Martwy punkt - Aro Sainz de la Maza - ebook
NOWOŚĆ

Martwy punkt ebook

Aro Sáinz de la Maza

0,0

29 osób interesuje się tą książką

Opis

Dla jednych Barcelona jest rajem.
Dla innych miastem, w którym każdy dług ma swoją mroczną cenę.

Na zalesionym zboczu wzgórza Tibidabo, które niczym wieża strażnicza góruje nad Barceloną, zostają znalezione zwłoki młodej studentki prawa.

Jednocześnie miastem wstrząsa seria makabrycznych ataków – w miejskich parkach ktoś w bestialski sposób zabija psy. Czy to krzyk rozpaczy ofiary systemu czy działanie wyrachowanego psychopaty?

Gdy dochodzi do kolejnej zbrodni, inspektor Milo Malart zdaje sobie sprawę, że wszystkie te wydarzenia łączy mroczny wspólny mianownik, którego nikt nie chce dostrzec. Nękany przez własne demony i lęk przed dziedzicznym szaleństwem, Malart musi zmierzyć się z prawdą ukrytą w cieniu barcelońskich wzgórz.

Martwy punkt to brutalny thriller noir, ukazujący portret Barcelony, w której nędza staje się paliwem dla zbrodni, a najmroczniejsze instynkty budzą się wraz z zapadającym nad miastem zmrokiem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 373

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



„Na tym polegała prawdziwa tragedia: że niekompetencja rządzących miała zniszczyć całe pokolenie, odbierając mu przyszłość”.

Milo Malart staje w obliczu dwóch morderstw i makabrycznej rzezi psów w Barcelonie. W tle – miasto naznaczone spustoszeniami kryzysu, bezrobociem i korupcją.

Dla Beatriz, oczywiście

I tak się właśnie kończy świat Nie hukiem ale skomleniem.

T.S. Eliot (tłum. Czesław Miłosz)

PROLOG

Musiał myśleć o wielu rzeczach. Na przykład o planie, choć planowanie nigdy nie było jego mocną stroną.

Postawił kołnierz starego płaszcza i potarł ramiona odzianymi w rękawiczki dłońmi. W środku było zimniej niż na ulicy. Włączył radio i nastawił je na kanał z wiadomościami. Nic nie mówili o tym, co zaszło, ale było jeszcze za wcześnie. Dziewczynka. Martwiła go dziewczynka o orientalnych rysach twarzy.

Trzeba było domknąć ten drobny szczegół.

Młody beagle obwąchał miejsce, nasikał na podłogę, a potem zaczął ciągnąć za nogawki jego spodni.

– Jesteś niegrzecznym psem – powiedział, głaszcząc go po głowie. – Będę musiał nauczyć cię dobrych manier. Ciebie i twoją właścicielkę. Wszyscy musimy się poświęcać, zwłaszcza że czasy są trudne.

Szczeniak dyszał z językiem zwisającym z jednej strony pyska. Wyglądał, jakby się uśmiechał. Gotowy do zabawy.

Mężczyzna chwycił miotłę, przydepnął włosie i szarpnął, żeby oderwać kij. Następnie oparł go o ścianę i przełamał na pół. Beagle od razu rzucił się na jeden z kawałków i merdając ogonem, złapał w zęby.

Upuścił go u jego stóp.

– Nie, to przecież dla ciebie.

1

Nikt nie przychodził tam z własnej woli, choć był to jeden z najczęściej odwiedzanych budynków w mieście. Ze swoim surowym, minimalistycznym wyglądem odcinał się na tle ołowianego nieba, pełnego ciemnych chmur, ludzie zaś wchodzili do środka ze spuszczonymi głowami i z posępnymi twarzami, pełni rezygnacji. Większość ubrana była na czarno i mówiła szeptem. Rzadko dało się usłyszeć śmiech. Przy rozsuwanych drzwiach jakiś mężczyzna w średnim wieku płakał zwrócony twarzą do ściany; parę kroków dalej kobieta i chłopiec ­trzymali się za ręce. Po niej widać było zniecierpliwienie, a po minie malca przerażenie.

Inspektor Milo Malart skrzywił się i wszedł na ostatni odcinek podjazdu prowadzącego do wejścia. Idąca obok niego podinspektorka Rebeca Mercader otuliła się szczelniej grubym anorakiem.

– Nie mogę pojąć, jak możesz chodzić tylko w kurtce, skoro mamy zero stopni – powiedziała. – Nie marzniesz?

– Zimno to stan umysłu. I przypominam ci, że przyszliśmy zobaczyć się z podejrzanym, a nie polować na niedźwiedzie.

– Stan umysłu? Ja ci dam stan umysłu – odparła Rebeca, wypuszczając obłoczki pary niczym rura wydechowa.

Weszli do domu pogrzebowego Les Corts.

Podczas gdy ona zdejmowała rękawiczki i wełnianą czapkę, Milo podszedł do ekranu przy recepcji, aby sprawdzić, w której sali żałobnej zarezerwowano miejsce dla rodziny Costa. Potem skierował się ku schodom.

Rebeca szybkim krokiem pogoniła za nim.

– I która to?

– Szósta.

W przeciwieństwie do starych barcelońskich domów pogrzebowych Les Corts wyróżniało się jasnym wnętrzem dzięki dużej przestrzeni otwartej ku niebu, wokół której rozmieszczono piętnaście sal na pierwszym piętrze. Hermetycznie zamknięta szklanymi ścianami, z zadbanym trawnikiem, kilkoma cyprysami i czterema granitowymi ławkami dawała schronienie tym, którzy chcieli zaczerpnąć powietrza lub uspokoić się przez chwilę, paląc papierosa bez wychodzenia przy tym z budynku.

– Ani mi się śni włazić do tej lodówki – mruknęła Rebeca.

Dotarli na szczyt schodów i inspektor Malart rozejrzał się po ogromnym holu. Wypatrzył salę numer sześć. Grupa około trzydziestu osób tłoczyła się w pobliżu drzwi. Mężczyźni w ciemnych garniturach, jasnych koszulach i krawatach; kobiety w czarnych sukniach, na obcasach i w rajstopach. Pośrodku stał mężczyzna. Wyglądał na przygnębionego. Był tęgi, niskiego wzrostu, o owalnej szczęce i nijakiej twarzy. Przyjmował wyrazy współczucia po obowiązkowych uściskach i pocałunkach oraz kilku banalnych słowach kondolencji, które Milo zdążył podsłuchać, gdy znalazł się obok.

Marcelo Costa, syn zmarłego, rozpoznał go natychmiast. Nie mogło być inaczej. Malart wyróżniał się ubiorem: dżinsy, ciężkie żółte buty kanadyjskiego drwala, czarny golf i wytarta skórzana kurtka. Do tego wzrost, zaniedbany wygląd, kilkudniowy zarost, potargane włosy i mina człowieka, który nie spał od tygodnia. Ich spojrzenia się spotkały, a wyłupiaste oczy Costy, podkreślone wielkimi fioletowymi sińcami, ukazały cały wachlarz emocji. Zaskoczenie, strach, niepokój, gniew, ulga. Milo odnotował wszystkie te sprzeczne sygnały.

Malart wyciągnął rękę, a tamten uścisnął ją mechanicznie. Miał miękką dłoń.

– Panie Costa, moje najszczersze wyrazy współczucia. Czy moglibyśmy zamienić kilka słów na osobności?

Twarz mężczyzny stężała.

– Nie rozumiem, co tu robicie. Przecież powiedziałem wam wszystko, co wiedziałem.

– To tylko kilka pytań, zajmie nam parę minut.

– A to nie może poczekać? Jesteśmy w trakcie czuwania – szepnął. Gestem wskazał coraz większą grupę ludzi wokół siebie. – Muszę się zajmować rodziną i przyjaciółmi, a jutro pogrzeb. Tyle czekaliśmy, by wreszcie oddali nam ciało ojca, żeby go pochować, a teraz wy…

– Z tym proszę zwrócić się do Instytutu Medycyny Sądowej, nie do nas. Inna możliwość jest taka, że pojedzie pan z nami na komisariat.

Costa wciągnął głęboko powietrze. Kątem oka zerkał na ludzi, którzy ukradkiem, lecz uważnie im się przyglądali.

– Dobrze, jak chcecie – zgodził się. – Ale nie moglibyście zadać mi tych pytań gdzieś bardziej na uboczu? Wiecie, o co chodzi…

– Świetny pomysł – odparł Milo i wskazał na schody. – Skoro pan pali, możemy wyjść do tego ogrodu, pasuje?

Marcelo Costa nerwowo skinął głową.

– Skończmy to jak najszybciej – rzucił, ruszając przed siebie.

Inspektor Malart, ignorując poirytowaną minę swojej partnerki, miał już pójść za nim, gdy na jego drodze stanęła kobieta. Ubrana była w szerokie spodnie i pasującą czarną tunikę, które ledwie maskowały jej zaawansowaną ciążę. Niepozorna, usiana czerwonymi plamkami twarz Marty Servert miała nieśmiały, przygaszony wyraz. Z zatroskaną miną zwróciła się do męża:

– Co się dzieje, Marcelo? Co tu robi policja?

– Spokojnie, kochanie, pogadam z nimi kilka minut i zaraz wrócę. Zajmij się w tym czasie gośćmi, dobrze?

Położyła rękę na wielkim brzuchu.

– Nie rozumiem. Czy jest jakiś problem? – zwróciła się do Milo i Rebeki. Próbowała zachować pozory naturalności, wyraźnie się pilnowała, by nie podnieść głosu. – Jesteśmy w trakcie czuwania, przeszkadzają nam państwo. To bardzo nie na miejscu. Jak śmiecie? I… i na oczach naszych… To wstyd, proszę stąd natychmiast wyjść i…

– Proszę się nie denerwować, proszę pani – przerwała jej podinspektorka Mercader. – W pani stanie to niewskazane. To tylko rutynowe pytania, nie ma powodu do zmartwień.

Marta Severt zmierzyła ją nieufnym spojrzeniem. Potem chwyciła męża za ramię i zdenerwowana powiedziała, że zamierza wezwać prawnika.

– Niech pani tak zrobi – odparł Milo. – To dobry pomysł, jeśli pani mąż miałby coś do ukrycia. – A potem zwrócił się do niego: – Panie Costa, czy zataił pan coś przed nami? Chce pan wezwać prawnika?

– Kochanie, zwracamy na siebie uwagę. – Costa puścił jej rękę. – Nie komplikujmy sprawy. Po co mielibyśmy kogoś wzywać? Odpowiem na pytania i tyle. Prawda, inspektorze?

– Prawda, właśnie tak.

Costa pocałował żonę w policzek i cała trójka ruszyła na dół. Marta Servert patrzyła za nimi, nie przestając głaskać brzuch, jakby chciała uspokoić dziecko.

Rebeca otworzyła szklane drzwi prowadzące do niewielkiego wewnętrznego ogrodu. Przepuściła Costę i Milo, a potem sama wyszła, zamykając za sobą. Zasunęła zamek anoraka aż po brodę i gdy tamci zajęli miejsce na jednej z ławek, oparła się o drzwi, zaledwie kilka kroków dalej. Założyła czapkę i rękawiczki, wciąż ściskając pod pachą podkładkę z notatnikiem.

Costa założył nogę na nogę i podciągnął poły marynarki pod szyję.

– No dobrze, słucham.

– W którym miesiącu jest pańska żona? – zapytał Milo.

– W ósmym.

– A więc spodziewacie się dziecka w lutym, dobra pora. Wodnik albo Ryby, jeśli się nie mylę. Zresztą wszystko jedno, oba to dobre znaki. I kto to będzie, chłopiec czy dziewczynka?

Mężczyzna zamrugał zdumiony.

– Chłopiec – powiedział.

– Doskonała wiadomość, gratuluję. Proszę pogratulować także żonie. To wasze pierwsze, prawda? Zobaczy pan, dzieci to błogosławieństwo. Nie ma nic piękniejszego, niż sprowadzić dziecko na świat, proszę mi wierzyć.

– To… bardzo pan uprzejmy, dziękuję.

– Odmieni to pańskie życie – dodał Milo z uśmiechem. – Są wspaniałe. Nie wyobraża pan sobie jeszcze, jakie to doświadczenie. Przekona się pan. Sam mi pan powie za kilka miesięcy.

Costa podrapał się po karku.

– Inspektorze, czy moglibyśmy przejść do rzeczy?

Milo kilka razy poklepał go lekko po kolanie.

– Marcelo, Marcelo, co my z tobą zrobimy?

– Słucham? Co pan mówi?

– Wiemy, że to ty zabiłeś swojego ojca. Mamy dowody, które bez cienia wątpliwości wskazują, że jesteś winny – powiedział.

Uważnie obserwował mordercę. Jego reakcje.

Mężczyzna zaprzeczał zaciekle, raz po raz. Milo milczał, wbijając w niego spojrzenie. Mimo przenikliwego zimna w tej szklanej lodówce zauważył, że po bladej twarzy Costy zaczynają spływać krople potu.

– Na miłość boską, mówię panu, że nikogo nie zabiłem.

Powtórzył swoją teorię, że sprawcami byli włamywacze, którzy zdołali przedostać się do holu budynku, a stamtąd, po wyłamaniu drzwi na podwórze, wdrapali się po rynnach na drugie piętro, gdzie wybili okno łazienki, by dostać się do mieszkania jego ojca. Uparcie twierdził, że włamywacze doskonale wiedzieli o dużej sumie pieniędzy ukrytej w sejfie, że zmusili ojca przemocą do zdradzenia szyfru, ale nie przewidzieli, iż dostanie zawału.

– Ciśnienie, typowe w jego wieku. To było za dużo dla mojego biednego ojca.

Milo słuchał jego opowieści z kamienną twarzą. Nie dziwiła go ta drobiazgowość. To zwykle cechowało kogoś, kto zmyśla, kto kłamie.

Mężczyzna ciągnął opowieść, twierdząc, że takie włamania to codzienność, że zdarzają się bez przerwy.

– Wystarczy poczytać gazety. To gangi zawodowców, większość ze Wschodu i… widząc, że nie żyje, nic nie zabrali i uciekli.

Zaczął się plątać w wyjaśnieniach, rzucał nerwowe spojrzenia ku grupce przyjaciół i rodziny, którzy zerkali na nich zza przeszklonych ścian. Zmusił się do uśmiechu. Milo natychmiast wyczuł fałsz – zdradzała go asymetria, brak kurzych łapek w kącikach oczu i nieznacznego opadnięcia brwi.

– Czy myśli pan, że miałbym odwagę kogoś zabić? A poza tym, jaki miałbym powód?

Utrzymywał ten sztuczny uśmiech, aż wreszcie udało mu się poruszyć mięśniami okrężnymi oczu i pojawiły się w końcu kurze łapki. Brwi jednak nie drgnęły nawet o milimetr i znów go zdradziły.

– Musi mi pan uwierzyć, inspektorze. Jestem niewinny. Nie miałem z tym nic wspólnego.

Uniósł brwi, choć nie zdołał powstrzymać ich od zbliżenia się do siebie – oznaka strachu i niepokoju. Ten cholerny Ekman i jego podręcznik o wykrywaniu kłamstw u podejrzanych, pomyślał Milo, który wciąż nie otwierał ust i zaczynał się nudzić. A gdy przyłapał się na analizowaniu kierunku spojrzeń rozmówcy, uznał, że ma już dość tej całej maskarady.

– Marcelo, dam ci radę. Uparte trzymanie się kłamstwa sprowadzi na ciebie gorsze konsekwencje niż te, które cię spotkają, jeśli się przyznasz. Rozumiesz?

– Przysięgam, to nie ja. Odpowiedzialni byli tamci włamywacze, którzy przywiązali mojego ojca do krzesła i wepchnęli mu chustkę do ust – powiedział. Poluzował węzeł krawata. – To te skurwysyny są winne jego śmierci, nie ja.

Milo wskazał na górę, ku grupie krewnych i znajomych.

– Pomyśl, Marcelo, pomyśl. I tak się dowiedzą. Lepiej będzie, jeśli się przyznasz. Wiemy, że to zrobiłeś. Mamy dowody, niepodważalne dowody.

Costa wytrzymał jego spojrzenie kilka sekund. Potem wyjął paczkę papierosów i zapalił jednego. Wypuszczając dym, opuścił nogę, a potem znów założył jedną na drugą.

Po trzecim zaciągnięciu się papierosem powiedział:

– Nie wiem, o jakich dowodach pan mówi, ja nie…

– Kłamiesz – przerwał mu Milo. – Wiemy, że to zrobiłeś.

– O tej porze, gdy doszło do zbrodni, byłem z…

– Ze swoją żoną, spałeś. To twoje alibi. Zapisane w jej zeznaniu. Że przez całą noc nie wychodziłeś z domu. Ale ona ma bardzo mocny sen i nie obudziła się, gdy opuściłeś mieszkanie. Popytaliśmy, trochę pogrzebaliśmy. Marcelo, popełniłeś błąd. Jeden z wielu. Zapomniałeś o kamerach.

– Kamerach? – Zaczął szybciej zaciągać się papierosem.

– Drogowych. Takich jak na Plaza del doctor Barraquer, naprzeciwko twojego domu. Nagrały cię, jak wyjeżdżałeś samochodem z parkingu.

– Pojechałem szukać dyżurnej apteki, bo…

– I takich jak na skrzyżowaniu Via Augusta z Santaló. Nagrały cię, jak skręcasz w stronę ulicy Herzegovina. A kto tam mieszkał? Bingo. Twój ojciec, ofiara.

– Jechałem do apteki na ulicy Descartes, ja…

– Trzecia kamera: ta na La Plaza Boston, gdzie dochodzi Herzegovina. I nie wspominaj mi o aptece w pobliżu, bo tamtej nocy nie pełniła dyżuru.

Costa mimowolnie podrapał się pod kolanem i zaczął tłumaczyć, że nie wspominał o tym wcześniej, bo nie miało to nic wspólnego ze sprawą. Powiedział, że ograniczył się do przejażdżki, nic więcej.

– Jak sobie chcesz – rzekł Milo. – Potrzebujesz więcej dowodów?

Marcelo skrzyżował ramiona. Skinął głową.

– Twój ojciec miał psa, owczarka z Majorki, czarnego jak smoła. Żaden sąsiad nie słyszał szczekania. Nie dziwi cię to? Ta rasa jest wierna swemu panu aż po grób, a nie mówimy o jakimś pudelku. Waży co najmniej czterdzieści kilo, dlatego twój ojciec nazywał go Gros. Kawał bydlaka. I niby wchodzą jacyś włamywacze, a on ani pisnął i nawet nie spróbował bronić właściciela? Daj spokój, Marcelo.

– Może go odurzyli, to byli profe…

– Daruj sobie, sprawdziliśmy. Ani śladu narkotyków.

Marcelo rzucił niedopałek na ziemię i przydepnął go butem.

– Nie można wierzyć we wszystko, co mówią o psach – odparł. Zaczął drapać się po przedramieniu. Wyjął kolejnego papierosa. – Gros jest łagodny jak baranek, słucha się nawet obcych. Moja żona go nie znosi, nie chce, żeby brudził w mieszkaniu. Teraz jest w samochodzie, na parkingu przed domem pogrzebowym. Moja żona mówi, że…

– Z całym szacunkiem, mam gdzieś, co mówi twoja żona. Widzisz, mogłeś mieć swoje powody, by go zabić, to jeszcze mogę zrozumieć. Ale skoro już się za to wziąłeś, mogłeś zrobić to porządnie. A ty jesteś partaczem.

Costa poderwał się z miejsca.

– Nie muszę tego znosić…

– Siadaj, Marcelo – powiedział Milo.

Mężczyzna natychmiast posłuchał.

– Pomówmy dalej o twoich błędach. Weźmy choćby wybite okno w łazience. Odnaleźliśmy szkło na wewnętrznym podwórzu, a nie w łazience, gdzie powinno spaść. Błąd na poziomie przedszkola. Dalej: drzwi na patio, które według ciebie mieli sforsować włamywacze. Nie znaleźliśmy śladów włamania. Kolejny szczegół, o którym zapomniałeś.

– Dozorca mógł zostawić je niedomknięte, jest w podeszłym wieku i…

– Nie odkryliśmy też żadnych śladów ani odcisków na rynnach. Chcesz mi powiedzieć, że twój ojciec tuż po północy wpuścił do domu obcych?

– A co mam panu powiedzieć? To wy jesteście śledczymi.

– Partacz z ciebie, Marcelo. Oto kim jesteś.

Mężczyzna poczerwieniał. Po chwili powtórzył, że nigdy nikogo nie zabił, że jest człowiekiem spokojnym, pracowitym, wiernym mężem… i że nigdy nie przyszłoby mu do głowy zrobić coś podobnego. Że bardzo żałuje, iż nie był z nimi szczery w sprawie przejażdżki, na którą się wybrał tamtej nocy, ale uznał, że to szczegół bez znaczenia dla śledztwa, dlatego go pominął. Że rozumie, iż mogło to wzbudzić podejrzenia, ale były one bezpodstawne, były stratą czasu, i że ubolewa nad tym, iż przemilczał ten epizod. A potem zasypał ich przeprosinami.

Milo słuchał jego paplaniny bez mrugnięcia okiem. Nie cierpiał takich typów – śliskich, tak się płaszczących. Ale takie rozmowy były częścią pracy. A konkretnie – nakłanianie, by przyznali się do winy. Milo wiedział, że Costa jest winny, nie miał co do tego żadnych wątpliwości, lecz nie dysponowali twardymi dowodami, tylko poszlakami, a jedynym sposobem, by postawić go przed sędzią, było doprowadzenie do przyznania się do zabójstwa. Podręcznik wskazywał drogę: nasilić lęk, sprowokować potrzebę uwolnienia się od ciężaru zbrodni, złamać opór, zmniejszyć obawy przed konsekwencjami, jeśli się przyzna, podsunąć moralne usprawiedliwienia, zbagatelizować wagę czynu, przerzucić winę…

Ale podręcznik nie zawsze działał.

Poza tym Milo nie ufał podręcznikom.

Z tym typem musiał improwizować. I wiedział jak. Czuł to wyraźnie. Musiał uderzyć w te emocje, których najbardziej mu brakowało. W czuły punkt. W słabość. Choć przyprawiało go to o mdłości.

– Zajebiście nawijasz, Marcelo. Ale mnie to nie przekonuje. Oszukujesz, a tak nie wolno. Twoje zeznanie pełne jest sprzeczności i kłamstw. Nic do siebie nie pasuje.

– Nikogo nie zabiłem – odparł znudzonym głosem Costa.

– Autopsja wykazała, że twój ojciec nie umarł na zawał, tylko się udusił. Udławił się własnymi wymiocinami. To straszna śmierć. – Wskazał ku górze. – Dlatego teraz tam leży, w sali żałobnej. Sam. Dostał już karę, prawda?

Costa ze zdumienia wytrzeszczył oczy.

– Co pan, do diabła, mówi?

– Że był skończonym dupkiem.

Mężczyzna zacisnął usta i uniósł wzrok ku zasnutemu chmurami niebu. Powoli pokręcił głową.

– Tu ma pan rację. Był sukinsynem.

Milo przysunął się bliżej na ławce.

– Tak bywa. Ojcem można zostać bez licencji. Gdybym ci opowiedział, jaki był mój… Dlatego mówię, że jestem w stanie cię zrozumieć. Czasem nie ma innego wyjścia. Wpadłeś więc na pomysł, żeby upozorować włamanie, by zatuszować morderstwo.

Costa milczał, wpatrzony w coraz cięższe i ciemniejsze chmury. Westchnął.

– Zanosi się na deszcz – powiedział. – Albo, przy odrobinie szczęścia, na śnieg. Byłoby cudownie, prawda? To śniegowe chmury.

Milo spojrzał na Rebekę i dyskretnie przysunął kciuk do ucha i mały palec do ust. Natychmiast wyjęła telefon z kieszeni.

– Marcelo.

– Ja nic nie zrobiłem – odparł, nie spuszczając wzroku.

Milo powoli wstał, stanął przed nim i pochylił się tak, że jego twarz znalazła się zaledwie kilka centymetrów od twarzy Costy. Położył mu dłonie na ramionach i powiedział:

– Chcesz, żebym opowiedział ci, jak to według mnie było?

– Niech pan robi, co chce. To i tak nic nie da.

El ángulo muerto

Copyright © Aro Sáinz de la Maza, 2016

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026

Copyright © for the translation by Robert Kędzierski, Anna Krochmal 2026

Redakcja – Sandra Popławska

Korekta – Kornelia Dąbrowska, Julia Młodzińska

Skład i łamanie – Joanna Pelc

Przygotowanie e-booka – Julia Dominika Rombel

Okładka – Zuzanna Pieczyńska / zpiart.com

Grafiki na okładce – chat gpt, freepik, pngtree

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, Kraków 2026

ISBN epub: 9788384062111

ISBN mobi: 9788384062104

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska

Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Martyna Całusińska, Ola Doligalska, Magdalena Ignaciuk-Rakowska

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga

E-commercei IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz

Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec

Finanse: Karolina Żak

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl

Spis treści

Okładka

Spis treści

Strony tytułowe

Cytat

Dedykacja

Cytat 2

Prolog

Rozdział 1

Strona Redakcyjna

Reklamy

Punkty orientacyjne

Cover

Spis treści