Ludzie z Miasta - Czerniak Maciej - ebook + książka
NOWOŚĆ

Ludzie z Miasta ebook

Czerniak Maciej

2,7

43 osoby interesują się tą książką

Opis

 

Lata dziewięćdziesiąte. W Mieście dochodzi do szokującej zbrodni. Ofiara to Tomasz Riehlke, jeden z dyrektorów agencji ubezpieczeniowej. Śledztwo prowadzi doświadczony komisarz Andrzej Kostrzewa. Wkrótce orientuje się, że uczestniczy w grze, w której stawką może być jego życie...
Co łączy tę sprawę z zabójstwem sprzed lat, prawnikiem z Chicago i policyjnym tajniakiem? Pewne tropy wiodą do lokalnych gangsterów, inne do mafii pruszkowskiej, a jeszcze inne – do dowództwa policji.

 

Kryminał Macieja Czerniaka to trzymająca w napięciu podróż do początków III RP, kiedy cinkciarze i bandyci stawali się biznesmenami, wchodzili do polityki albo zakładali przestępcze organizacje. Tak rodził się układ…

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 644

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,7 (6 ocen)
0
1
2
3
0

Popularność




Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2021

ISBN: 978-83-66966-44-4

Sylwii, Alkowi, Antkowi

CZĘŚĆ PIERWSZAŚMIERĆ

ROZDZIAŁ I. ROK 1999

Komisarz Andrzej Kostrzewa, szef Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Mieście, wpatrywał się w zakrwawiony kołnierz. Wiatr zdążył osuszyć tkaninę. Plama, przedtem soczyście malinowa, zmieniła odcień na brunatny. Wzrokiem omijał okolice głowy. Wystarczyło mu jedno spojrzenie. Zresztą już w drodze na miejsce zbrodni czuł delikatne skurcze żołądka.

— Egzekucja — powiedział starszy aspirant Rafał Olbratowski, który właśnie podszedł do komisarza. Kostrzewa zastanawiał się, czy w głosie policjanta słyszy tylko pewność, czy może też rodzaj satysfakcji. Po latach roboty tak się już ma. Empatia z czasem gdzieś ulatuje. Później chodzi już tylko o to, żeby umieć ukrywać ten postępujący zanik uczuć wyższych. Zachować to płowiejące przeświadczenie, że jeszcze jest się człowiekiem.

Kostrzewa obrócił się na pięcie, ciągle trwając w przysiadzie nad zwłokami. Z tyłu krzątali się technicy.

— Panie komisarzu, on uciekał. Kolejne ślady krwi są tam. — Policjant o lekko zezującym spojrzeniu, ale posturze godnej boksera wagi ciężkiej, wskazał za siebie.

W odległości dwóch, może trzech metrów w słabym snopie światła pobliskiej latarni i błyskach kogutów policyjnego radiowozu widniała zamarzająca na betonie ciemnoczerwona plama.

Kostrzewa wstał, rozprostowując ścierpnięte kolana. Nie odrywając wzroku od krwi, sięgnął do kieszeni płaszcza. Wyjął paczkę czerwonych marlboro.

— A to? — zapytał Olbratowskiego. Gliniarz odwrócił się, podążając wzrokiem za ręką komisarza. W miejscu, które ten wskazywał, widać było ślady palonej gumy. Czarną smugę długości około pięciu metrów stopniowo pokrywały płatki śniegu. Duże, ciężkie i powolne jak październikowe muchy. Olbratowski ruszył za komisarzem w kierunku śladów.

Kostrzewa stanął nad nimi i w końcu zapalił papierosa.

— Są jeszcze inne, tam — rzucił aspirant i wskazał w przeciwnym kierunku, choć w ciemności niewiele było widać. Miejsce znajdowało się poza kręgiem światła latarni. — Mamy ślady traseologiczne. Marka jednych opon to na pewno Dunlop, całoroczne. Drugą jeszcze ustalamy.

— A łuski? — Kostrzewa spojrzał na grupę techników pracujących w pobliżu. Ulicą Armii Ludowej w obu kierunkach ciągnęły sznury samochodów. Na parking wjeżdżał właśnie wóz transmisyjny telewizji. Za godzinę popołudniowy szczyt się skończy. Ludzie wrócą do domów, włączą telewizory. O wpół do ósmej, przy kolacji, dowiedzą się, że w Mieście ktoś zastrzelił dyrektora pionu odszkodowań z ubezpieczalni Argos.

— Dwie. Kaliber sześć i trzydzieści pięć milimetrów. Broni nie ma. To była szybka robota. Nikt się tu nie wahał.

— Stróż? — Kostrzewa spojrzał w kierunku zaparkowanej przed wejściem do ubezpieczalni policyjnej furgonetki, do której wsiadł właśnie jeden z policjantów. Kawałek dalej, przy wyjeździe z firmowego parkingu Argosu, stał szary wóz techników z symbolem mikroskopu na drzwiach. Cała scenografia migotała w świetle kogutów furgonetki. Po drugiej stronie Armii Ludowej zbierała się mała grupka gapiów. Kolejni przechodnie przystawali, przyglądali się pracującej ekipie, aż w końcu szli dalej. Mróz wygrywał z ciekawością.

— Twierdzi, że nic nie widział. Za to kilka razy powtarzał, że teraz go wypierdolą. Boi się — rzucił krótko Olbratowski.

— Z ubezpieczalni?

— Nie, pracuje w firmie ochroniarskiej. W Irbisie, zdaje się. Szefem jest tam Włodek Sekuła. — Aspirant w uśmiechu pokazał zęby. Duże, równe i białe jak śnieg.

— Pieprzony Włodek — warknął Kostrzewa. — Kiedy on poszedł na tę wcześniejszą? Pięć lat temu? Myślałem, że tylko ryby łowi — dodał z ironią, powoli idąc w stronę policyjnej suki.

— Biznes otworzył chyba rok temu. W lipcu podpisał umowę z Argosem. Ochrania też kilka banków i ratusz — powiedział aspirant-bokser Olbratowski. Obaj policjanci przystanęli przed samochodem. Kostrzewa ostatni raz się zaciągnął, rzucił peta na ziemię, wsmarował go podeszwą w śnieg i rozsunął drzwi furgonetki.

Włodzimierz Sekuła stwierdził, że nic nie wie. Kostrzewa mógłby jednak przysiąc, że były glina stracił rezon, gdy usłyszał, że jego pracownik to jak na razie jedyny świadek w sprawie jatki przed ubezpieczalnią. Gospodarz wbił plecy w głęboki skórzany fotel z wysokim oparciem. Na biało-czarny krajobraz, widoczny przez okno za Włodkiem, składały się trzy nagie jabłonie przykurczone na tle rozpadającej się szopy na węgiel. Płatki śniegu, choć już nie tak duże i ciężkie jak poprzedniego dnia, nadal niestrudzenie przysypywały świat.

— Ładnie się urządziłeś. — Kostrzewa strzepnął popiół z papierosa do popielniczki reklamującej Oktoberfest. Spadł dokładnie między dwa kufle trzymane przez porcelitową bardame. Zdawała się mówić: „Danke”.

Między gospodarzem a gościem było jakieś ledwo uchwytne podobieństwo. Zresztą obaj nieraz słyszeli, że „psa i bez munduru poznasz”. Wyglądali jak bracia, z których jeden przychodzi w odwiedziny do drugiego. Włodkowi od czasu, kiedy przeszedł na emeryturę, przybyło parę kilo, ale z jego nalanej twarzy świdrowały Kostrzewę wciąż te same nieufne, bystre i czujne oczy. No, może wąsy miał nieco dłuższe.

— Taa, moje królestwo. — Sekuła szeroko rozłożył ręce, rozpierając się w fotelu i rozglądając po pokoju. Biurko z wyprzedaży, ściany odświeżone, ale zdradzające lata użytkowania pawilonu przez innych gospodarzy. Do tego oprawione w ramki licencja detektywa i pozwolenie na działalność ochroniarską wiszące w jednym rzędzie z kalendarzem. Styczeń sponsorowała wygrzewająca się na plaży czarnowłosa modelka topless. Biodra obmywały jej fale lazurowego morza.

— Od czegoś trzeba zacząć. W pewnym sensie podziwiam cię, bo w końcu ile można jeździć na ryby — rzucił Kostrzewa. Włodek zarechotał.

— Ty skurczybyku, wiesz, ile nerwów mnie kosztowała ta buda? Cholesterol mi podskoczył przez cały ten biznes. Lekarz mi zalecił jeżdżenie na ryby. Że niby stres, papierosy, lata służby, relaks potrzebny i inne takie bzdury. I jak myślisz, ile razy moczyłem kija przez ostatnie pięć lat?

— Ile razy? — Kostrzewa zaciągnął się. Żar papierosa sięgał już ustnika. Zdusił peta, patrząc w śmiejące się oczy dziewczyny z Bawarii.

— Raz. I tyle z tego było, że znalazłem naszego Witka. Takie to były ryby. — Włodek zmienił ton. Zniknął luz. Jakieś słowo zastygło mu na ustach okolonych rudawym wąsem. — Andrzej, wiem, do czego zmierzasz. Skoro siedzę już w tym biznesie, to mogę coś wiedzieć, tak?

Kostrzewa zmierzył kumpla wzrokiem. Na ułamek sekundy przemknęła mu myśl, czy na pewno obaj grają jeszcze w to samo. Glina to glina, nawet były, ale świat niesie zbyt wiele pokus, kiedy człowiek w końcu żegna się z mundurem. Kiedy jest się kryminalnym, poznaje się zbyt wielu ludzi. I zbyt wiele rachunków pozostaje nieuregulowanych, kiedy w końcu oddaje się odznakę.

— Daj spokój, nic nie wiem o tej sprawie. Tamto to był przypadek. A to, co stało się wczoraj, to inna bajka. Inna liga. I w ogóle gra o inną stawkę. Wielu jest graczy w tym Mieście.

— Kiedy przydzieliłeś tego faceta na portiernię w Argosie? — przeszedł do konkretów Kostrzewa.

— Do cholery, Andrzej! Jakie to ma znaczenie? Dam sobie rękę uciąć, że kiedy to się stało, ten konował ode mnie dłubał w nosie i gapił się na Familiadę w swoim małym telewizorku pod biurkiem. Mniejsza więc o to. Są jacyś świadkowie? Przechodnie? Ktokolwiek… Macie coś? — Włodek się ożywił. Obaj zdawali sobie sprawę, że rozmowa może się tak potoczyć. Sekuła wiedział to od chwili, kiedy w drzwiach ujrzał dawnego kumpla. — Czego właściwie ode mnie oczekujesz? Dobra, po starej znajomości popytam na Mieście tych i owych, ale niczego nie obiecuję. Jeżeli się czegoś dowiem, odezwę się.

Rozległo się pukanie. Obite skórą drzwi uchyliła sekretarka Włodka. Przyniosła dwie kawy.

Komisarz Kostrzewa wiedział, że nie będzie łatwo. Ale jechał do Włodka z myślą, że nie ma innego wyjścia. Nie było tajemnicą, że firmy ochroniarskie to specyficzny biznes. To interesy równie często będące przykrywkami dla działalności przestępczej, co zakładane przez byłych gliniarzy. A czasem bywało, że to jedno i to samo. Stary, dobry Włodek jako policjant miał świetne ucho. Pozostawało liczyć na to, że wciąż je ma.

Agencja Sekuły mieściła się na osiedlu Ugory. Dwie przecznice dalej, w kierunku miejscowości Turnie, wyrastała ściana lasu. Kierowcę wyjeżdżającego z Miasta tą drogą w stronę Szczecina żegnały billboardy informujące o promocji na elektronikę w pierwszym hipermarkecie, który niedawno wyrósł w centrum. Kamienice powoli ustępowały miejsca szarym pudełkom peerelowskich domków jednorodzinnych. Miejscami nachylały się ku drodze wiejskie do niedawna chałupy, przeplatane bramami autokomisów, warsztatów wulkanizacyjnych, blacharskich i lakierniczych. Przed jednym z garaży wielki szyld oznajmiał: „Alternatory — Promocja”. Kostrzewa pomyślał, że Włodek musiał być nieźle zdeterminowany, skoro zdecydował się tu, w pawilonie po dawnej hurtowni, zrobić siedzibę agencji detektywistyczno-ochroniarskiej.

Wychodząc z budynku, poprawił kołnierz płaszcza i poszedł w kierunku swojej wysłużonej škody. Śnieg zdążył już pokryć dach i szyby, za to z rozgrzanej wcześniej maski spływały na zderzak strużki wody. Komisarz zostawił za sobą błotnistą, podziurawioną niczym księżyc kraterami ulicę Siedlecką i ruszył w stronę Miasta.

Na Mazurskiej rozpoczynał się właśnie popołudniowy szczyt. Ulicę spowijała siwa mgła z rur wydechowych. Sznury aut ciągnęły z centrum w kierunku osiedla Południowego i Rudzynia oraz podmiejskich miejscowości Dębina i Zapłotek. Škody, ople, polonezy i małe fiaty toczyły się z uporem, co chwila zatrzymując się na czerwonym świetle. Śnieg nadal padał, ale jego płatki nawet nie docierały do asfaltu. Wydawało się, że pochłania je siwa chmura gęstniejących spalin.

Kostrzewa mijał bure kamienice z ospowatymi, dziurawymi elewacjami, na których spod betonu przebijały nagie cegły. Przejechał pod wiaduktem, który po prawej przechodził w nasyp ciągnący się wzdłuż Czarnego Traktu, długiej wiejsko-miejskiej ulicy. Korek tężał, samochody przystawały. Po prawej wyrastał z ziemi szkielet biurowca. Mróz, który utrzymywał się od dwóch tygodni, wstrzymał budowę. Obok konstrukcji zwieńczonej rdzewiejącymi prętami zbrojeniowymi stała brudna betoniarka.

Chmura spalin gęstniała z każdym kilometrem w kierunku centrum. Ruch na rondzie Mazurskim właściwie zastygł. Przejazd zatarasował policyjny polonez na sygnale. Gliniarze w uchatkach rozmawiali z energicznie gestykulującym kierowcą białego kadeta. Obok na jednej nodze stał właściciel dużego fiata, który zdawał się kontemplować wygięte po zderzeniu drzwi auta. Jednocześnie próbował rozprostowywać drugą nogę, masując udo tuż nad kolanem. W końcu przewrócił się i usiadł na czerniejącej, szklistej zaspie.

Przed komendą przy Powstańców Śląskich stał z włączonym silnikiem wóz transmisyjny lokalnej TVP. Przed nim, ciepłem bijącym z otwartych drzwi auta, ogrzewał się dziennikarz. Biel koszuli wyzierającej spod jego płaszcza zdawała się rozświetlać otoczenie. Paląc, rozmawiał z mężczyzną w kurtce moro i podwiniętej na czoło czarnej kominiarce. Kostrzewa nie rozpoznał, czy facet w czapce to reporter „Kuriera”, czy „Gazety Miejskiej”. Obok stała grupka innych dziennikarzy prasowych i radiowych. Jeden z nich tak zagadał się z kolegą, że nieopacznie zszedł na ulicę. W ostatniej chwili cofnął się przed nadjeżdżającym autobusem. Taki tłumek przed komendą nie zdarzał się często.

Kostrzewa, przebijając się przez tę ciżbę, usłyszał strzępy rozmów. Wynikało z nich, że komendant na piętnastą trzydzieści zapowiedział konferencję prasową. I że już wpół do czwartej, a dalej każe ludziom stać na mrozie. Słyszał też padające co chwila nazwiska, pseudonimy i ksywy: Lewy, Baron, Mieciu, Czarek… Starszy reporter o pomarszczonej, zmęczonej twarzy, który jeszcze przed stanem wojennym zjadł zęby na sprawach kryminalnych, opisywanych przez siebie w „Gazecie Miejskiej”, mruknął pozbawionym emocji głosem, że nie takie rzeczy widywał. I że według niego sprawa jest gruba. Inni już wyrokowali, że to była egzekucja. Wysoki, szczupły reporter radiowy ze skórzaną torbą przewieszoną przez ramię — który dotąd jedynie, tupiąc w miejscu, żeby się rozgrzać, przysłuchiwał się rozmowom starszych kolegów — zaśmiał się. I dorzucił swoje trzy grosze, stwierdzając, że w ciekawych czasach przyszło mu żyć.

Widać było, że to, co stało się poprzedniego dnia, rozpala wyobraźnię. Trudno było jedynie powiedzieć, czy tylko dziennikarzy, czy także umęczonych miejską codziennością mieszkańców.

W komendzie wrzało jak w ulu. Kostrzewa wszedł schodami na drugie piętro, mijając pędzących w górę i w dół policjantów. Zbiegająca młoda aspirantka najpierw go minęła, ale zaraz zawróciła i zdążyła zatrzymać.

— Panie komisarzu, pytał o pana szef. Czeka u siebie.

Korytarz na drugim piętrze przypominał sztab dowodzenia garnizonem w czasie jakiejś operacji wojennej. Ludzie chodzili w tę i z powrotem. Drzwi do pokojów były pootwierane. Całe to szaleństwo działo się w rytm nakładających się na siebie dźwięków telefonów, klawiszy elektrycznych maszyn do pisania i telefaksów, które na przemian nadawały i wypluwały kolejne informacje. Inspektor Dubicki siedział u siebie za biurkiem i rozmawiał przez telefon. Aparat ginął pod stertą papierów. Kiedy Kostrzewa nieśpiesznie wszedł do pokoju, przełożony przywitał go machnięciem ręki i dał znać, żeby usiadł w fotelu pod ścianą. Wkrótce zakończył rozmowę krótkim mruknięciem i trzasnął słuchawką o aparat, aż zatrzęsło się biurko.

— Andrzej, powiem krótko. Mamy kibel. Ale to teraz twój ból głowy. Mój tu nie wystarczy. Za krótki jestem na tę sprawę. Musimy mieć konkrety na teraz.

— Panie inspektorze… — zaczął Kostrzewa.

— Co macie? Bo chyba coś jest? Za piętnaście minut idę do starego. A on schodzi na dół do prasy. I nie chcę potem słuchać, że przeze mnie pismaki go zżarły i wyrzygały!

Dubicki próbował wygrzebać coś spod sterty papierów. Szarpał się przez moment, klnąc pod nosem. W końcu wyciągnął gazetę, którą przedtem przygniótł telefonem. Rzucił ją na stos dokumentów. Niektóre posypały się na podłogę, przykrytą zniszczonym linoleum. Kostrzewa schylił się po nie. Potem spojrzał na dziennik. Z pierwszej strony gazety tłustą czcionką krzyczał tytuł: „Wojna gangów w Mieście”.

— Nie wiem, jak się z tego wygrzebiemy. Wielce prawdopodobne, że my też polegniemy w tej wojnie. W najlepszym wypadku skończymy jako ciecie albo konwojenci.

— Czekam na sekcję. Biegły balista ma określić trajektorię pocisku. Mamy łuski, mamy przynajmniej jednego świadka. Wygrzebiemy się — powiedział Kostrzewa, choć sam nie był co do tego przekonany.

Dubicki wbił w komisarza wzrok. Wyraz jego twarzy zdradzał, że nie wierzy w to, co właśnie usłyszał od szefa kryminalnych Komendy Wojewódzkiej. W końcu wstał, stanął przed Kostrzewą, oparty tyłem o biurko, i splótł ręce.

— Andrzej, może to będzie nasza ostatnia akcja. Może polecą nasze głowy. Zresztą nie tylko nasze. Ale jedno wiem na pewno. Nie na darmo jesteś szefem Wydziału Kryminalnego. Wiesz, ile zdrowia mnie kosztowało, żeby przekonać do ciebie starego. Chciał dać wydział Stanickiemu, temu półidiocie od papierkowej roboty. I gdyby nawet w tym przeklętym Mieście jeden gnojek od Lewego, Mietka czy Barona odstrzelił jaja drugiemu z konkurencyjnego klubu, to byłoby to pół biedy — pod warunkiem że sprawę zabójstwa spaprałby Stanicki. Dlaczego? Jesteś inteligentnym facetem i wiesz, że „górze” czasem jest na rękę, kiedy jeden śmieć sprzątnie drugiego. Problem w tym, że życie niesie niespodzianki. I jedną z nich jest to, co stało się wczoraj przed ubezpieczalnią. Dopóki chłopcy tłukli się nawzajem, nikogo to nie dziwiło, ale sprawa tego dyrektora śmierdzi na kilometr. Nigdy jeszcze nie sprzątnięto u nas urzędnika. Potrzebuję cię, Andrzej. Bo widzisz… chodzi o to, że w tym zasranym Mieście jest tylko jeden człowiek, który może sprawić, że wyjdziemy z tego z podniesionym czołem. Ty jesteś tym człowiekiem. Tobie jednemu jeszcze tu ufam.

ROZDZIAŁ II. ROK 1986

Tomasz Riehlke specjalnie na tę okazję pożyczył auto od teścia. Wysłużony wartburg z trudem pokonywał wyboje, brnąc przez breję gruntowej drogi, która biegła przez rozległą polanę. W oddali, po lewej stronie, widać było skraj płytkiej doliny. Wyniesienie, które ją ograniczało od północnej strony, porośnięte było sosnami. Był to wielki polodowcowy wał rozcinający krajobraz.

Droga ginęła w lesie, ale ponad czubkami drzew już było widać ostatnie piętra punktowców Nowego Miasta. Okna odznaczały się na nich żółcią i ciepłą bielą świateł. Bloki oświetlała łuna zachodzącego słońca. W tym świetle domy przypominały jakiś odległy, spiętrzony masyw górski.

Zapatrzona w ten krajobraz Tamara, siedząca na miejscu pasażera, co rusz spoglądała na krętą ścieżkę, którą tylko ktoś bardzo uparty mógł nazwać drogą gruntową. Tomek chwilami zerkał na żonę i widział, jak w zamyśleniu wydyma krwistoczerwone wydatne wargi. Krótko przed zachodem wydawały się jeszcze bardziej odcinać na tle białej cery. Pomyślał, że chyba to właśnie te usta, wydatne kości policzkowe i duże oczy pociągały go w niej najmocniej. Ich spojrzenia się spotkały.

— Tu rzeczywiście żyją ludzie — powiedziała w końcu.

— A co? Myślałaś, że chcę was wywieźć na koniec świata?

— Tomek, to jest koniec świata.

— Przynajmniej dużo przyrody wokół. Zielono.

Tomek dobrze jednak wiedział, że tylko się z nim droczyła. Oboje czekali na ten moment latami. W końcu otwierał się w ich życiu nowy rozdział. Wprowadzą się do nowego mieszkania.

— Tatuś, a do czyjego domu jedziemy? — odezwała się Natalka. Miała cztery lata, siedziała na tylnym siedzeniu wartburga i bawiła się (chociaż bardziej wyglądało to na pastwienie się) swoją lalką. Ta przypominała nieco młodą Jane Fondę, co Natalka często powtarzała — choć właściwie nie miała pojęcia, jak wygląda ta aktorka.

— Do naszego.

— Naszego? To będziemy mieszkać w lesie?

Rodzice wybuchnęli śmiechem. Tomek położył dłoń na ręce Tamary. Oboje spojrzeli na córkę. Rozglądała się po okolicy. Kiedy przejechali przez las, rozpostarł się przed nimi niemal surrealistyczny widok. Na gigantycznym karczowisku majestatycznie, niczym pradawny monolit, wyrastało blokowisko. Nawarstwione kaskadowo jak skały piaskowca. Potężna i upiornie szara betonowa bryła, marzenie dziesiątków tysięcy rodzin.

— Natalko, to jest właśnie nasz nowy dom.

— Ale tu brzydko.

— Zobaczysz, jak ładnie będzie wiosną. I las jest blisko. A pewnie pamiętasz, o czym rozmawialiśmy? — zapytał ojciec.

— O piesku? — W głosie dziewczynki zabrzmiała nuta zapomnianej, a teraz niespodziewanie obudzonej nadziei. Natalka się rozpromieniła.

— Aha…

— Naprawdę?

— Tylko pamiętaj, o czym mówiliśmy. To będzie twój pies i kiedy podrośniesz, będziesz go sama wyprowadzała — dodała Tamara.

— Codziennie?!

— No pewnie, że codziennie — zgodził się ojciec.

Dwusuwowy silnik wartburga zakaszlał, autem zakołysało, szarpnęło i samochód zatrzymał się na zabłoconym placu. Stały tam maluchy, kilka syren, łada i turkusowa dacia z wielkim złotym orłem naklejonym na masce. W pewnej odległości od nich ktoś zaparkował żółtego golfa.

Bloki od sosnowego boru oddzielała droga okalająca osiedle. Łączyła się z drogą dojazdową do Miasta. Osiedle nazwano już nawet sypialnią Miasta. Jego budowa rozpoczęła się pod koniec rządów Gierka, ale większość bloków — w tym ten, w którym mieli zamieszkać Riehlkowie — ukończono tuż po zawieszeniu stanu wojennego. To było jedno z największych osiedli w Polsce, wskazywane jako koronny przykład na inwestycje zapoczątkowane w latach siedemdziesiątych, a realizowane z amerykańskiej pożyczki zaciągniętej przez władze PRL-u. Dla mieszkańców nie miało to jednak większego znaczenia. Liczyło się, że mieli gdzie mieszkać, nawet jeśli od centrum Miasta dzieliło ich piętnaście kilometrów, bo gigantyczne blokowisko postawiono niemal w środku lasu. Ważne były mieszkania. Własne cztery kąty. Wolne od teściów, rodziców, wujków i pociotków gnieżdżących się razem w kamienicach Śródmieścia. Jakie znaczenie miała więc odległość od centrum, skoro dawała perspektywę niezależności?

Poza tym nowe osiedle, tak nienaturalnie wyrastające z lasu porastającego dolinę rzeki, miało pewne atuty. Bloki z wielkiej płyty przylegały bowiem do starego Miasteczka. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na dziwny twór. Jakby w tajemniczym procesie urbanistycznego pączkowania doszło do genetycznej aberracji i powstania komórki, której jeszcze przed dekadą żaden miejski „biolog” by się nie spodziewał. Było to dziwaczne zestawienie, ale miało pewien urok. Poza tym dzięki takiemu oderwaniu od Miasta mieszkańcy blokowiska nie byli zupełnie pozbawieni tożsamości. Co więcej, przeprowadzając się w tę okolicę, zyskiwali nową.

Ludzie ze starego Miasteczka — z malowniczo położonym niemal nad samą rzeką ryneczkiem, wianuszkiem kamieniczek wokół niego i z kościołem — buntowali się przeciw temu, że wraz z powstaniem nowego osiedla z płyty Miasto wchłonęło w swoje granice także Miasteczko. Trochę więc z przekory, trochę z przymusu, a może też z ludzkiej potrzeby budowania sojuszy solidaryzowali się z „nowymi”, z mieszkańcami blokowiska. Ta nowa tożsamość znalazła nawet odzwierciedlenie w nazwie osiedla. Nowe Miasto.

Tomek wysiadł z auta i otworzył drzwi małej. Natalka niemal po kostki wpadła w błoto, więc chwycił ją za ręce i, okręciwszy jak na karuzeli, postawił na skrawku trawnika. Wyjął chusteczkę i wytarł zabrudzone buty dziewczynki. Następnie wyciągnął dłoń do Tamary, a ta mocno ją chwyciła, ostrożnie wysiadając z samochodu. Właściwie nie powinna razem z nimi przyjeżdżać. Była w ósmym miesiącu ciąży i dwa tygodnie wcześniej obudził ją w środku nocy mocny ból brzucha. Był tak silny, że nie zastanawiali się długo, czy wezwać pogotowie. Sąsiedzi z dołu jako jedyni w kamienicy mieli telefon, więc Tomasz natychmiast do nich pobiegł. Karetka przyjechała wyjątkowo szybko. W szpitalu okazało się, że dziecko najwyraźniej postanowiło już zmienić pozycję w łonie matki. Lekarz zalecił, żeby Tamara przez najbliższe tygodnie nie wychodziła z domu.

Tomek podtrzymywał żonę za rękę, pomagając jej wydostać się z głębokiego żółtego błota. Uważnie na nią spojrzał.

— Wszystko w porządku? Jeśli chcesz, możemy przyjechać innym razem.

— To samo powiesz w komitecie partii, kiedy zapytają, czy obejrzeliśmy mieszkanie? W żadnym wypadku. Pójdziemy tam, choćbym miała zacząć rodzić — zażartowała.

— Obyś nie wypowiedziała tego w złą godzinę!

— Gdzie jest numer trzydzieści dwa? Dobrze mówię? — spytała.

— Tak, dokładnie. Musimy chyba obejść blok dookoła, wejście jest, zdaje się, z drugiej strony. O, tam pod lasem! — Tomek wskazał kierunek i spojrzał na Tamarę. — A gdzie Natalia?

Jeszcze chwilę wcześniej biegała pod lasem tuż za drogą okalającą osiedle. Oboje zaczęli się nerwowo rozglądać i równocześnie wołać córkę:

— Natalia! Natalia?!

W oddali rozległa się syrena pociągu. Spojrzeli na siebie. Tamara skrzywiła się i złapała za brzuch. Mimo bólu pokazała Tomkowi ręką, że ma biec w stronę lasu. Mężczyzna, wołając córkę, rzucił się ku zaroślom. Odgarniał gałęzie niskich młodych dębów, które porastały brzeg boru. Cały czas się rozglądał, ale nadal nigdzie nie widział dziecka. Instynkt podpowiadał mu, żeby biec tam, gdzie przez drzewa prześwitywały ostatnie tego dnia promienie słońca.

— Natalia!

— Tato! Tatuuusiu! — Usłyszał w końcu. Głos małej dobiegał gdzieś z prawej strony. Tomek nagle zdał sobie sprawę, czym jest ten prześwit. W pobliżu osiedla przebiegała linia kolejowa. Biegnąc, zaczął kląć w myślach i wyrzucać sobie brak wyobraźni. Dlaczego o tym nie pamiętał, do jasnej cholery?! Dlaczego pozwolił, żeby Natalia zniknęła mu z oczu, kiedy wysiedli z samochodu? Jasne, że pomagał Tamarze. Ale to go nie usprawiedliwia.

— Taaato! — Tym razem w głosie Natalii zabrzmiała niepokojąca nuta. Tomasz usłyszał ją pierwszy raz w życiu.

Wypadł z zarośli, omal nie spadając z trzymetrowej skarpy. W ostatniej chwili chwycił się gałęzi sosny. Skarłowaciałej i reumatycznie powykręcanej. Wtedy zobaczył Natalię. Była na dole, na torach. Próbowała się wdrapać na nasyp, ale jej stopy ślizgały się po rozmokłej gliniastej ziemi, więc stale osuwała się na podkłady kolejowe. Dziewczynka spróbowała się od nich odbić i złapać zwisających ze zbocza rzadkich kęp trawy. Znów zabrzmiała syrena. Tym razem pociąg był bliżej. Tylko patrzeć, jak wypadnie zza zakrętu, który zaczynał się dwieście metrów dalej.

Tomek ześlizgnął się, uważając, żeby w trakcie tego zjazdu nie zaczepić o jakiś korzeń wystający z ziemi. Wylądował tuż obok dziecka. Zobaczył szeroko otwarte i załzawione oczy Natalii. Szybko ją podniósł i mocno przycisnął jej zimny policzek do swojego. Dwoma susami pokonał tory i znaleźli się po drugiej stronie, gdzie teren łagodnie opadał ku łęgom nad rzeką. Obok nich przejechał rozpędzony pociąg. Pęd powietrza zmierzwił włosy córce i ojcu i osuszył łzy na ich policzkach. Kiedy w bezruchu patrzyli w tę rudą górę stali przesuwającą się przed ich oczami, na skarpie pojawiła się Tamara. Uklękła i płacząc, jedną ręką podtrzymywała brzuch, a drugą kurczowo trzymała się gałęzi karłowatej sosny.

Mieszkanie znajdowało się na piątym piętrze. Liczyło trzy pokoje. Salon z balkonem i kuchnia miały okna na wschód, a dwa mniejsze pokoje mieściły się po stronie zachodniej. Do tego osobna łazienka i toaleta. Tamarze i Tomkowi całe mieszkanie wydawało się luksusem. Przechadzali się po nim, nie mogąc uwierzyć, że już za dwa tygodnie mają tu zamieszkać.

W dodatku poprzedni właściciele zostawili wszystkie swoje meble. Doktorostwo Winiarscy postanowili bowiem na stare lata przeprowadzić się do Szwecji. Na Półwysep Skandynawski ściągnął ich brat pani Winiarskiej, który na początek zaproponował im ulokowanie się w swoim domu niedaleko Malmö. To zmotywowało doktorostwo do wyprowadzenia się z Polski. Bo niby to wciąż Skandynawia, ale jakaś taka bliższa, południowa, no i nad Bałtykiem. Nie bali się o pracę, bo według zapewnień brata-szwagra w Szwecji o zatrudnienie nie było trudno. Oczywiście Winiarscy nie traktowali tych obietnic dosłownie. Niemniej udało im się załatwić pracę na stanowiskach lekarzy internistów przy domu spokojnej starości w Malmö. W Polsce został ich syn Grzegorz.

Dwudziestopięciolatek nie poszedł w ich ślady, bo medycyna ani w ogóle nauka nigdy go nie pociągały, mimo to radził sobie w życiu całkiem nieźle. Od dziecka miał żyłkę do interesów. Jako osiemnastolatek, ku przerażeniu rodziców, rzucił szkołę. Kiedy tylko zniesiono w Polsce stan wojenny, wbrew ich woli wyjechał do NRD. Początkowo na miesiąc pod Bremę, na truskawki. W czasie pobytu postanowił jednak, że zostanie tam dłużej. W rezultacie, mimo protestu ojca, spędził za Odrą kolejnych sześć miesięcy. Kiedy wrócił z pieniędzmi, powiedział tylko, że mieszkał w Berlinie. Nie opowiadał, jak zarabiał na życie. Zajął się handlem walutą, a z czasem sam zaczął nakłaniać rodziców do wyjazdu z kraju.

Przedstawiciel spółdzielni mieszkaniowej stał przy drzwiach i kręcił pękiem kluczy.

— I co? Mieszkanko ładne, prawda?

Tamara i Tomasz nie odezwali się. Bali się zapeszyć. Jakby słowem niczym szpilką można było przekłuć ten cudowny balon z napisem: „Nasze mieszkanie”.

— Wie pan, w porównaniu z czynszówką przy Kwiatowej wszystko wydaje się ładne. Nawet ta… wielka płyta — powiedział w końcu Tomasz. W głębi duszy coś mu podpowiadało, żeby nie zdradzać, jak cholernie podoba mu się to mieszkanie. Nie chciał pokazać emocji, niczym kupiec, który ukrywa je w trakcie targowania się. Mimo że przecież tu o nic nie musiał się targować.

— Płyta, nie płyta, grunt, że na głowę się nie leje. No nie? — Gruby dozorca pogłaskał się po głowie, spojrzawszy na sufit.

— Trochę trzeba będzie pomalować tu i ówdzie, ale ogólnie rzecz biorąc, nie jest źle — odpowiedział Tomasz.

Dozorca nachylił się i uśmiechnął do Natalki, która siedziała na podłodze wyłożonej parkietową mozaiką i właśnie wydłubywała glinę z podeszwy swojego kozaczka. — I sąsiedzi w porządku. Żadnego, wiedzą państwo, elementu. Taki to jest w Starym Mieście, o tam. — Mężczyzna wskazał gdzieś za siebie. — Tu sami porządni ludzie, na poziomie. Pracujący, żadnych lewusów. Zresztą to od razu widać. Ja to szczególnie tak mam. Wystarczy mi chwila i już wiem, czego się po człowieku spodziewać — mówił, wciąż uśmiechając się do dziewczynki, która nie zwracała na niego uwagi, tylko odłupywała z butów kolejne skrawki zaschniętej żółtawej ziemi.

— Natalka! — odezwała się w końcu Tamara.

Dziewczynka wstała i przytuliła się do mamy, która otoczyła ją ramieniem i przycisnęła do biodra.

— Jak państwo — zakończył dozorca.

— Przepraszam, co pan powiedział? — nie zrozumiał Tomasz.

— No, mówię, porządni ludzie jak państwo. Sąsiedzi… No, lokatorzy są porządni. To miałem na myśli — wyjaśnił grubas.

Podrapał się po głowie, westchnął, rozłożył ręce i uśmiechnął się służbowo.

— No, nic. To ja was tu zostawiam. Rozejrzyjcie się jeszcze, a potem oddajcie klucz gospodarzowi. Mieszka na parterze pod trójką. Miłego oglądania!

Zniknął, a razem z nim zelżał odór potu. Riehlkowie uświadomili sobie obecność tej woni właściwie dopiero teraz. Pewnie dzięki świeżemu powietrzu, które wpadło do mieszkania z klatki schodowej, kiedy dozorca wychodził.

— Nie podoba mi się ten facet — powiedziała Tamara.

— Mnie też. Ale to chyba dobrze, no nie? — odpowiedział Tomek. Żona wybuchnęła śmiechem i szturchnęła go ramieniem.

Natalia stała przy oknie. W swoim przyszłym pokoju. Wcześniej, zaraz po tym, jak gruby pan wpuścił ich do mieszkania, obiegła pomieszczenia i zajrzała we wszystkie możliwe kąty. Ten pokój, jak powiedzieli rodzice, będzie jej. Tu posadzi lalki na półkach i będzie mogła bawić się, w co tylko zechce. Za oknem rozciągał się las, o którym dziewczynka już wiedziała, że przecina go linia kolejowa. Usłyszała gwizd lokomotywy. Nie zdawała sobie z tego jeszcze sprawy, ale ten dźwięk już zawsze będzie się jej kojarzył z wysokim nasypem, śliską ziemią i zapachem mchu, który teraz miała pod paznokciami. Ale będzie jej się kojarzył też z czymś jeszcze. Z błogim uczuciem, kiedy tata tulił ją z całej siły, chroniąc przed pędem powietrza pociągu.

Rok 1985

Uczelnia znajdowała się w samym centrum Miasta. Przy rondzie z wysepką, na której lada dzień, jak co roku pod koniec kwietnia, miały się pojawić klomby ze świeżo nasadzonymi bylinami. Ta nieosiągalna dla mieszczan wyspa, ten atol — całe dnie od piątej rano do piątej po południu niemal nieustannie obmywany przez fale przejeżdżających maluchów, fiatów, polonezów, ład, škód, syren, dacii i wartburgów — był jedynym w tej części Miasta miejscem, gdzie kolor odnosił zwycięstwo nad szarzyzną. Miesięcy tej chwały było jednak niewiele. Pelargonie i begonie, którymi decyzją rady miejskiej obsadzano środek ronda, trwały tam tylko od maja do września. Poza sezonem jedynym kontrapunktem dla opływającej rzeczywistość bylejakości był tu znajdujący się bliżej dworca PKP klub Zodiak. A raczej jego neon. Nocami jaśniał czerwienią, zielenią i bielą.

Budynek, w którym mieściła się szkoła, a właściwie Wyższa Uczelnia Pedagogiczna, był jednym z niewielu gmachów, które w Mieście mogły posłużyć jako przykład architektury socrealistycznej. Za czasów Gierka z tego gmachu wychodzili absolwenci Międzywojewódzkiej Szkoły Partyjnej. Po zmianie profilu i — co dla wielu było ważniejsze — nazwy szacownej uczelni studentów zaczęło przybywać. Nie zrażało ich, że wykłady prowadzi ta sama kadra, która jeszcze kilka lat temu kształciła partyjne robotniczo-chłopskie elity dla stołecznej centrali PRL-u. Co prawda w osiemdziesiątym, w czasie festiwalu „Solidarności”, przybyło kilku nowych wykładowców, ale ci miejsca długo nie zagrzali. Profesorem starej gwardii na pewno był Jan Riehlke.

Tomasz czekał na korytarzu na pierwszym piętrze. Siedział pod oknem, a po lewej stronie na podwyższeniu stało popiersie Lenina. Tomasz zastanawiał się, czy to marmur, czy tylko nieźle oszlifowany gres. Wpatrywał się też w tabliczkę wiszącą na drzwiach. Można było się z niej dowiedzieć, że jego ojciec wykłada na WUP literaturę dziewiętnastego wieku. Akurat miał dyżur. Tomasz wiedział, że w środku ktoś jest. Po jakichś dziesięciu minutach drzwi się otworzyły i wyszła z nich studentka ubrana w białą bluzkę i sięgającą kostek czarną spódnicę. Twarz miała okrągłą, rumianą. Tomek nie potrafił odgadnąć, czy dziewczyna wystroiła się tak na darmo, czy nie.

— Zaliczyła?

— Słucham? A, siadaj Tomek. — Ojciec wskazał miejsce na krześle, które jeszcze przed chwilą zajmowała zestresowana studentka.

— Pytałem, czy dobrze jej poszło.

— Zależy, jak na to spojrzeć. Obryta na blachę, prawie chciała recytować Anhellego. Ale mnie nie o to przecież chodziło. Wiersze mogą sobie w podstawówce deklamować, a książek o wieszczach naprodukowano tyle, że ułożone jedna przy drugiej zajęłyby spokojnie całą powierzchnię tego holu. Tymczasem ona nie znała tytułu jedynej w dziewiętnastym wieku powieści poświęconej życiu Romów w Polsce. — Jan Riehlke rozłożył ręce.

— Chata za wsią.

Ojciec uniósł palec.

— Otóż to! — Miał na nosie potężne okulary o sile kilku dioptrii, ale nie zestarzał się jeszcze tak bardzo jak niektórzy koledzy w jego wieku. Wciąż mógł uchodzić za przystojnego mężczyznę. I tak też widziały go koleżanki z WUP oraz komitetu partyjnego.

— Ojciec, jak ty załatwiłeś to mieszkanie?

— Od kiedy interesuje cię, czy i jak cokolwiek załatwiam?

— Daj spokój. Nie jestem już gówniarzem. Nigdy nie zmienię zdania o tym, co robisz. O tym, dlaczego trzymasz się z tymi…

— No, z kim? — zapytał ojciec, zdejmując okulary i po profesorsku marszcząc brwi. Tomasz nie znosił, kiedy to robił. Zawsze w takich chwilach miał ochotę powiedzieć, że nie jest jego studentem. Raz nie ugryzł się w język i skończyło się to awanturą. Jedną z nielicznych, jakie Tomasz pamiętał z dzieciństwa i swojej wczesnej młodości. Ojciec raczej nie miał zwyczaju wybuchać. Zresztą chyba właśnie ta jego cecha najbardziej wyprowadzała jego syna z równowagi.

— Mam na myśli, że te skurwysyny kiedyś odejdą, a ty nie zostaniesz z… piękną kartą w życiorysie. — Tomasz zdobył się na odwagę. Szybko jednak tego pożałował.

Jan Riehlke westchnął. Wstał i podszedł do okna. Uchylił je i do pokoju wpadło chłodne wczesnowiosenne powietrze o ledwie wyczuwalnej woni spalin.

— Nikt tak naprawdę nie wie, czy i kiedy odejdzie. Życiorysy się ludziom pobrudziły. Czystych chyba nikt już nie ma w tym kraju. Jaki z tego wniosek?

Tomasz słuchał, milcząc.

— Dbać o rodzinę. Bo dumą i czystym życiorysem się nie najesz, nie wyremontujesz mieszkania.

— Ojciec, wszystko mi jedno…

— W to akurat ci nie uwierzę.

— W każdym razie dziękuję. Nie wiem, jak to załatwiłeś, ale dziękuję.

— Nie mogłem patrzeć, jak się gnieździcie z teściami w tej klitce. Natalka rośnie. Będzie miała rodzeństwo. Trzeba jakoś żyć. À propos, jak ci idzie? Dyplom z Gdańska chyba coś tu jednak znaczy?

— Ojciec, nie zaczynaj znowu. Wiesz, co myślę o tych papierach.

— Wiem. I wiem, po co pojechałeś studiować do Gdańska.

— Nie miałem czasu pić ze stoczniowcami, jeśli o to ci chodzi.

— Przecież wiem. „Solidarność” „Solidarnością”, ale student i robotnik niełatwo się dogadają. Mimo wszystko.

— Nie to miałem na myśli. Pojechałem po dyplom z ekonomii i go mam. Za tydzień zaczynam pracę w ubezpieczalni.

Za mieszkanie mógł być wdzięczny wyłącznie ojcu i jego koneksjom. Jan Riehlke spotkał się, z kim trzeba, i postawił wódkę, komu trzeba. Dzięki temu on — Tomasz Riehlke — z żoną Tamarą, córką Natalią i drugim dzieckiem, które było w drodze, będą mieli gdzie mieszkać. Jak miałby się teraz z ojcem kłócić? O co? Dwa miesiące wcześniej pod naciskiem Tamary sam do niego przyjechał. Usiadł w salonie, wspólnie z ojcem i matką wypili kawę. Tomek powiedział, jak wygląda sytuacja. Że ciężko tak mieszkać pod jednym dachem w dwóch pokojach z teściami. A w kolejce po mieszkanie w Nowym Mieście mogliby czekać długie lata.

Oczywiście wiedział, że właśnie wchodzi w rolę, jakiej dotąd starał się unikać. Miał wrażenie, że prosząc rodziców o pomoc, zaprzecza sam sobie. I choć jednocześnie rozumiał, że tak trzeba, skoro chce zadbać o swoją rodzinę, to nie mógł odpędzić natrętnych myśli. Gdańsk jako miejsce studiowania wybrał nieprzypadkowo. W osiemdziesiątym trudno było o miejsce bardziej otwarte, tętniące życiem. Był tam ferment i wiara, że uda się osiągnąć coś niemożliwego. Studia ekonomiczne zaczął kilka tygodni po tym, jak Wałęsa podpisał porozumienia sierpniowe, a skończył, kiedy znaczna część brodatych facetów z jego otoczenia była już po odsiadkach i izolacjach w obozach internowania. Władza za wszelką cenę próbowała zohydzić narodowi niedawny festiwal wolności.

Tomek zdawał sobie powoli sprawę z tego, że rodzice, a szczególnie ojciec, wiedzieli o jego rozterkach. Nie zrobili mu wykładu, nie dali odczuć — chociaż mogli — że jest synem marnotrawnym. Spotkanie było rzeczowe, spokojne i pełne zrozumienia. Tomasz wracał od nich z lżejszym sercem. Zrobił coś wbrew sobie, ale dla dobra żony i dzieci. Za to pracę zawdzięczał tylko sobie. Nikogo nie prosił o pomoc w zatrudnieniu w PZU.

ROZDZIAŁ III. ROK 1999

Witold Anders, lat trzydzieści pięć, został znaleziony martwy dziewiętnastego września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku w jeziorze przepływowym pod Miastem. Dyrektor agencji ochrony Guard miał w klatce piersiowej dziury po trzech pociskach. Strzały oddano z bliskiej odległości. Ktoś przytroczył mu do nóg odważniki z siłowni. Po dwa do każdej kostki. W sumie ważyły pięćdziesiąt kilogramów. Dawno nie było w okolicy tak brutalnej egzekucji.

Komisarz Kostrzewa przywoływał w pamięci te obrazy sprzed dwóch i pół roku, idąc przez parking na tyłach szpitala uniwersyteckiego w Mieście. W kilku pawilonach znajdujących się za parkiem, którego ścieżkami w lecie zwykli spacerować pacjenci, mieściły się sale wykładowe, Laboratorium Genetyki Sądowej i prosektorium. W oddalonej o kilka kilometrów Komendzie Wojewódzkiej dwa jednopiętrowe skrzydła zajmowały laboratoria kryminalistyczne. Pracowali tam specjaliści daktyloskopii, chemii, traseologii, informatyki i między innymi osmologii, ale brakowało już miejsca na osobne laboratorium. Policja korzystała więc z usług lekarzy patologów szpitala uniwersyteckiego. Nie było to takie złe, bo po pierwsze, uczeni w cywilu mieli solidne umiejętności, a po drugie, mieli szerszy ogląd spraw medycznych niż zafiksowani na kryminalistyce medycy pracujący wyłącznie dla policji.

Laboratorium Medycyny Sądowej szpitala nie było jednak chronione tak solidnie jak choćby pracownia chemiczna w komendzie, do której swobodny dostęp miało tylko kilku pracowników zakładu. Tu przy wjeździe trzeba było jedynie okazać portierowi dowód osobisty albo odznakę, a ten podnosił szlaban i wskazywał najdogodniejsze miejsca do parkowania. Sam budynek też nie był specjalnie strzeżony. Wchodzących lustrował wzrokiem tylko jeden stróż.

Kostrzewa od razu skierował się w stronę wąskiego, długiego korytarza wiodącego do najdalej położonego pomieszczenia pawilonu „A”. Patologa, doktora Witolda Spyrę, spodziewał się znaleźć albo tam, albo w przylegającym do sali sekcyjnej pomieszczeniu socjalnym. O tej porze, krótko po siódmej rano, w prosektorium nie działo się zbyt wiele. Jak to w prosektorium. Tak czy inaczej, doktora Spyry nie było w pomieszczeniu ze stołem sekcyjnym. W sali pachnącej chemicznymi odczynnikami i wyłożonej kaflami po sam sufit kroki komisarza odbijały się tak głośnym echem, że Kostrzewa nie miał wątpliwości, iż dźwięk niesie się korytarzem do samej portierni. Taki hałas mógłby obudzić umarłego — ta myśl towarzyszyła mu zawsze, kiedy odwiedzał to miejsce.

Przez zapach płynu dezynfekcyjnego, którym podłoga i stół były myte kilka razy dziennie, przebijała nuta świeżo zmielonej i zaparzonej kawy. Ledwie Kostrzewa wyczuł tę woń, a z kantorka, w którym znajdowała się kanapa, fotel, telewizor, zlew i czajnik elektryczny, wyłoniła się ponura postać doktora Spyry. Chudy i mający na twarzy wypisane cierpienie lekarz sądowy, trzymając obiema rękami kubek z kawą, posępnie spojrzał na policjanta. Kostrzewa gotów był jednak przysiąc, że przez twarz doktora przebiegł nikły, ledwo dostrzegalny uśmiech. Trwało to ułamek sekundy, ale dawało wrażenie mglistego wspomnienia witalności osoby od lat obcującej głównie z umarłymi. Spyra miał prawie dwa metry wzrostu, ale komisarz był przekonany, że dobiegający siedemdziesiątki medyk w młodości był jeszcze wyższy. Niewielki, ale rzucający się w oczy garb był bowiem na pewno dorobkiem dziesiątek lat pochylania się nad ciałami.

— Co tam nowego, Wiciu? — zapytał policjant, podając rękę patologowi. Ten uśmiechnął się ponuro.

— Żebym nie wiem, jak się starał, to u mnie i tak niewiele będzie się działo — odpowiedział, odstawił kubek z kawą i wraz z komisarzem ruszył do sąsiadującej z prosektorium chłodni. — W przeciwieństwie do was. No, przyznaj, Andrzej, macie teraz niezły młyn w komendzie, co? — dodał, kiedy przystanęli w niewielkim pomieszczeniu, w którym stały trzy stoły sekcyjne. Ciała znajdujące się na katafalkach przykryto białymi płótnami. Lekarz ściągnął materiał z głowy nieboszczyka leżącego na najbliższym stole. — I to wszystko przez niego, prawda?

Na widok głowy, albo raczej tego, co z niej zostało, Kostrzewie zebrało się na wymioty. Opanował jednak odruch, na chwilę odwracając wzrok. Rozerwane mięśnie i ścięgna odsłaniały kilkucentymetrowej średnicy dziurę w czaszce. Krater — to słowo nasunęło się policjantowi na myśl — zajmował większość powierzchni w zatokowej części twarzoczaszki.

— Wylot po pierwszym strzale — wytłumaczył doktor Spyra. — Ten drugi był już celniejszy. Trafił w samą skroń. — Medyk, mówiąc to, imitował palcami lufę pistoletu. — Balista pewnie jeszcze to potwierdzi, ale dwa strzały były oddane bardzo szybko, jeden po drugim. Z początku nie wiedzieliśmy, co z tym ma wspólnego to. — Odsłonił prawą rękę denata. Naskórek na dłoni był otarty. — Można to wytłumaczyć w ten sposób, że kiedy pierwszy pocisk przeszył szyję lekko pod potylicą i rozerwał twarz pod prawym okiem, denat upadł na beton. Podparł się ręką, stąd ta powierzchowna rana. Kiedy później próbował wstać, odwrócił się do napastnika. Ten ułamek sekundy wystarczył, żeby dostał drugim pociskiem. Wszedł w skroń jak w masło i zatrzymał się na sklepieniu czaszki — zakończył wywód Spyra i splótł ręce na klatce piersiowej.

— Z jakiej odległości? — zapytał Kostrzewa.

— Można przyjąć, że pierwszy strzał padł mniej więcej z trzech, może czterech metrów, ale niech to jeszcze potwierdzi balista. Strzelec się nie popisał, ale chyba musiał biec. Drugi strzał był niemal z przyłożenia. Coś sprawiło, że napastnik mógł podejść tak blisko. Coś… Może się znali. Nie można oczywiście wykluczyć, że strzelec po prostu nadbiegł znienacka, zaskoczył ofiarę i tak oddał pierwszy strzał. Myślę jednak, że warto rozważyć też tę drugą opcję — mówił lekarz. Nie znasz dnia ani godziny — dodał…

Kiedy Miasto wstrzyma oddech, pomyślał Kostrzewa.

Śledztwo nie szło tak, jak powinno. Przynajmniej nie tak, jak by sobie tego życzył zarówno Kostrzewa, jak i jego przełożony. Po tygodniu od znalezienia ciała dyrektora stygnącego na zamrożonym parkingu przed ubezpieczalnią właściwie nic się w tej sprawie nie ruszyło.

Ochroniarz w ubezpieczalni okazał się zwykłym cieciem, emerytowanym milicjantem, który swoją pracę ma, mówiąc delikatnie, w wielkim poważaniu. Wychodził z założenia, że wcześniej i tak dopisywało mu szczęście, bo w ciężkich latach osiemdziesiątych, kiedy jeszcze był funkcjonariuszem, mógł zapewnić swojej rodzinie w miarę dostatnie życie, a teraz owszem, może i musiał dorabiać do lichej emerytury, ale chociaż żył sobie nie wypruwał. Tamtego dnia, dwunastego stycznia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku, siedział w dyżurce ze wzrokiem wlepionym w ekran telewizora. O godzinie siedemnastej prawie nikt już się nie kręcił na parterze. Ostatni klient wyszedł z sali obsługi interesantów pięć po trzeciej po południu. Chwilę później jak na komendę opuścili budynek wszyscy pracownicy z działu obsługi klienta. Zostało tylko dwóch naczelników i kilku analityków, którzy zajmowali pokoje na pierwszym piętrze. Ochroniarz czekał, żeby i oni sobie poszli, bo zazwyczaj po ich wyjściu czas już leciał raz dwa. Przychodził zmiennik, któremu mógł zostawić nocne stróżowanie.

Prezenterka lokalnej TVP w jaskrawofioletowej garsonce, siedząca na tle seledynowo-czerwonego logo stacji, mówiła o śledztwie w sprawie zabójstwa dyrektora. Po zbyt długim, przegadanym wstępie dziennikarki, z której twarzy nie znikał uśmiech, puszczono materiał reporterski z miejsca morderstwa.

Kostrzewa wygodniej usiadł w fotelu, wbijając wzrok w ekran telewizora. Otworzył puszkę kujawiaka, wziął łyk i poszukał pilota, żeby podgłośnić. Sięgnął po paczkę marlboro, patrząc na obraz z miejsca zabójstwa, przekazywany przez kamerę niesioną najwyraźniej przez biegnącego operatora. To plus złe oświetlenie i padający śnieg sprawiły, że przekaz co chwila się rozmywał. Policjanci przechodzący w tę i z powrotem przez kadr ciągnęli za sobą czerwono-szare smugi. Widz ledwie mógł dostrzec leżący na ziemi szary foliowy wór, który skrywał zwłoki. Kolejne ujęcie stanowiła setka z wypowiedzią podinspektora Marka Zubera, rzecznika Komendy Wojewódzkiej w Mieście.

— Ze wstępnych ustaleń wynika, że w kierunku mężczyzny oddano dwa strzały z broni palnej. Wiadomo też, że prawdopodobnie to drugi strzał był śmiertelny. W Komendzie Wojewódzkiej Policji powołany został specjalny zespół, który zbada okoliczności tego zabójstwa.

Na pytanie dziennikarki, czy można powiedzieć coś o motywie zbrodni, rzecznik odpowiedział krótko:

— Proszę państwa, to wszystko, co mogę przekazać na tę chwilę. Trwają czynności. Policja dokłada wszelkich starań, żeby wyjaśnić tę sprawę.

Ten sam materiał emitowano w telewizji w ostatnich dniach już któryś raz z kolei. Reportaż się skończył, a widzów ponownie powitała prezenterka z uśmiechem przyklejonym do ust. Kolejna informacja dotyczyła sesji Rady Miasta i planowanych podwyżek cen wody. Kostrzewa nie pamiętał już, po raz który próbował zebrać do kupy wszystkie dotychczasowe ustalenia. Najbardziej niepokojące było nie to, że do tej pory nie udało się wytypować żadnego podejrzanego o dokonanie zamachu na dyrektora. Powodem uczucia bezradności, które powoli zaczęło ogarniać komisarza, był fakt, że jak dotąd nie mają nawet kandydata na podejrzanego.

A przecież takie rzeczy, takie zbrodnie nie biorą się znikąd. Nikt ot tak nie zabija naczelnika Centrum Oceny Ryzyka i Likwidacji Szkód w ubezpieczalni Argos. Jeśli założyć, że możliwa jest każda ewentualność, to trzeba też przyjąć, że ktoś odstrzelił dyrektora omyłkowo. Ale pierwszym pytaniem, które nasuwa się śledczemu zastanawiającemu się nad taką wersją wydarzeń, i tak jest pytanie o motywację sprawcy. Ma ją każda zbrodnia. Nie da się wykluczyć, że motywacja może powstać nawet w ostatniej chwili, w ostatnich sekundach. Mówi się wtedy o zabójstwie w afekcie albo o zabójstwie z zamiarem ewentualnym. Kiedy ktoś zabija żonę podczas kłótni, to często potem twierdzi, że wcale nie pragnął jej śmierci. I nie kłamie. Zdarzają się też zabójstwa z zupełnego przypadku. Oto mąż pchnął żonę możliwie delikatnie, a ona niefortunnie poślizgnęła się na chodniczku i spadła ze schodów. Czasem więc prokurator kieruje do sądu akt oskarżenia w sprawie zabójstwa, a czasem udaje mu się w oskarżeniu zawrzeć „tylko” zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci. Zawsze jednak czyjaś śmierć jest wynikiem jakiegoś działania, choćby i najzupełniej przypadkowego. Życie jest okrutne i kruche, pomyślał Kostrzewa. Gdzieś musi być początek łańcucha zdarzeń prowadzącego do tragicznego finału.

W przypadku Riehlkego mogło, ale nie musiało tak być. Mógł, ale nie musiał zginąć przypadkiem. Jeśli przyjmie się scenariusz zakładający przypadkowe postrzelenie, trzeba by znaleźć odpowiedzi na kilka pytań. Po pierwsze, zakładając, że doszło do pomyłki i sprawca bądź sprawcy zabójstwa zamierzali zlikwidować kogoś innego, to należy ustalić, kto z innych pracowników ubezpieczalni mógł być ich celem. Dotąd innego kandydata nie znaleziono. Riehlke piastował tam stanowisko najbardziej eksponowane i najbardziej narażone na skrajne oceny interesantów. Dobrze, pomyślał Kostrzewa, zapomnijmy na chwilę o takim scenariuszu. Przyjmijmy, że pan dyrektor — co jest mało prawdopodobne — nie zdążył się nikomu narazić przez całą swoją karierę. Motyw rabunkowy? Ten można wykluczyć od razu. Co chcieliby ukraść napastnicy? Deawoo espero dyrektora zostało na parkingu za ubezpieczalnią. Obok denata na ziemi leżała jego aktówka. W wewnętrznej kieszeni płaszcza miał portfel. W nim wszystkie dokumenty, pieniądze, kartę kredytową i bankomatową. Wszystko zostało. Coś tu więc nie gra.

W telewizji pokazywano teraz w Wiadomościach na Jedynce gigantyczny korek na trasie międzynarodowej gdzieś na Podkarpaciu. Kilkuset kierowców i pasażerów klęło na grupę kilkudziesięciu osób, które blokowały przejazd. Uzbrojeni w widły rolnicy w grubych drelichach solidaryzowali się z robotnikami pobliskich zakładów mięsnych. Z tego, co mówił spiker, wynikało, że w sprywatyzowanej fabryce, która w momencie przejęcia od państwa była w katastrofalnej sytuacji, najpierw przeprowadzono cięcia płac, a kolejnym krokiem mają być zwolnienia grupowe. To samo, tylko prościej i bardziej emocjonalnie powtórzył przed kamerą odziany w zielony gruby sweter jeden z uczestników manifestacji, prawdopodobnie przywódca rolników. Nazywał się Andrzej Lepper.

Kiedy Kostrzewa sięgnął po kolejnego papierosa, zadzwonił telefon. Komisarz wstał i podszedł do komody w korytarzu. Podniósł słuchawkę, spoglądając w stronę kuchni, w której krzątała się Halina, jego żona.

— Andrzej? Mamy coś ciekawego. — Kostrzewa rozpoznał aspirant Ewę Milewską, liczącą trzydzieści dwa lata śledczą Wydziału Kryminalnego. Od roku razem z Rafałem Olbratowskim pełnili funkcje jednocześnie zastępców i pomocników Kostrzewy.

— Zamieniam się w słuch — rzucił.

— Myślę, że to istotne dla sprawy. Sama nie wiem, dlaczego wcześniej tego nie zauważyliśmy. Riehlke był naczelnikiem Centrum Oceny Ryzyka i Likwidacji Szkód w towarzystwie ubezpieczeniowym Argos dopiero od stycznia. To w znaczący sposób zawęża krąg ewentualnych podejrzanych, nie uważasz?

— Jak to? Przecież jego przełożony powiedział nam, że pracował w agencji cztery lata. I że zajmował się właśnie oceną ryzyka i likwidacją szkód. Nie rozumiem.

— Faktycznie, tak było — wyjaśniała policjantka. — Tylko że przedtem jego wydział podlegał bezpośrednio szefowi całej ubezpieczalni. Przełożonym Riehlkego był dyrektor agencji w Mieście, a sam wydział nie miał kierownika. Ani tym bardziej dyrektora. W listopadzie firma przeszła reorganizację. Dowiedziałam się, że po audycie, który ludzie z centrali przeprowadzili w lokalnych oddziałach ubezpieczalni, zdecydowano, że poszczególne zespoły zajmujące się oceną wniosków o wypłaty ubezpieczeń dostaną terenowych zwierzchników. Nowo powołani dyrektorzy stali się tym samym pracownikami centrali ubezpieczeniowej w Warszawie.

— Wiesz co? — przerwał Kostrzewa. — Masz cholerną rację. Nie wiem, jak mogliśmy to przegapić.

Ewa zaczynała w ogniwie prewencji Komendy Miejskiej, ale po trzech latach złożyła u swojego szefa podanie o przeniesienie do dochodzeniówki. Inspektor Dubicki z ociąganiem przystał na tę propozycję, w końcu wydając pozytywną decyzję — głównie dlatego, że kilka dni wcześniej raporty o odejście w stan spoczynku złożyło mu dwóch doświadczonych kryminalnych. Z komendy odchodzili ludzie mający za sobą długie lata służby. Obaj przyszli do Milicji Obywatelskiej jeszcze przed stanem wojennym, a później po transformacji doskonalili warsztat pracy śledczych. Ich odejście było wielką stratą dla wydziału, ale też dla całej komendy. I może właśnie dlatego komendant postanowił dać szansę młodej policjantce. Postawił na świeżą krew, a eksperyment się udał.

Ewa zaczęła pracę w duecie z Rafałem Olbratowskim. Z początku oboje nie byli zachwyceni, że ich sobie przydzielono. Po kilku miesiącach jednak okazało się, że ich współpraca układa się całkiem nieźle, i wtedy upomniał się o nich Kostrzewa. Wkrótce doświadczony pies Kostrzewa oraz jego podopieczni w osobach Milewskiej i Olbratowskiego zatrzęśli komendą. W sprawach prowadzonych przez to trio posypały się akty oskarżenia. Do sądu trafiły postępowania dotyczące chrzczonego oleju w sieci stacji dawnego CPN-u, do aresztu trafiło kilku narkotykowych bossów, nie mówiąc już o kilkunastu mniejszych dilerach wystających z trawką przed szkołami. Wreszcie finał przed sądem znalazła też sprawa zabójstwa handlarza futer ze Śródmieścia. To ostatnie dokonanie było, jak dotąd, największym z tych, które miał na koncie nowy zespół Kostrzewy. Po serii tych błyskotliwych sukcesów komendant miał nadzieję, że trio poradzi sobie również z rozwikłaniem sprawy zabójstwa Riehlkego.

Dom stał na Rudzyniu. W latach sześćdziesiątych ziemię można tam było kupić od gminy za bezcen. W tamtym okresie powiększono granice administracyjne Miasta. Władzom zależało, żeby lasy, łąki i ugory nad Kanałem Miejskim zamienić w osiedla mieszkaniowe. Działki znajdowały się, jak na standardy sprzed kilku dekad, daleko od centrum. Siedem kilometrów w linii prostej. Z biegiem lat dystans ten skrócił się w oczach zarówno mieszkańców, jak i potencjalnych klientów noszących się z zamiarem osiedlenia w tej dzielnicy. W efekcie ceny działek poszybowały w górę — ku zadowoleniu tych, którzy zdążyli wznieść tam swoje domy jednorodzinne dobrych kilka dekad wcześniej.

Ten dom spośród innych wyróżniała ceramiczna dachówka na kopertowym dachu. Tuje posadzone wzdłuż płotu były niskie, co sugerowało, że posadzono je tam całkiem niedawno. Kostrzewa, wysiadając z auta, pomyślał, że za kilka lat będą kompletnie zasłaniać oszkloną werandę o szerokich drzwiach widoczną teraz z ulicy. Widać było, że właściciel poświęcił sporo czasu na planowanie urokliwych zakamarków, ale nie zobaczy efektów swojej pracy. Nie dane mu było doczekać roku, w którym tuje utworzą parawan oddzielający jego małe królestwo od reszty świata.

Tamtego dnia ganek ginął w szaro-brunatnej mazi topniejącego śniegu, który pokrywał wszystko, jak okiem sięgnąć. Tamara miała puste oczy. Nie można się było doszukać w nich ani żalu, ani bólu po stracie męża. Od momentu, kiedy w progu domu państwa Riehlków stanął policjant i poinformował, że Tomasz leży martwy na parkingu za ubezpieczalnią, minął już tydzień. Siedem dni na lekach uspokajających, wyciszających i odbierających światu wyrazistość. W oczach Tamary, pięknej, szczupłej brunetki, można było dostrzec jeszcze coś innego. Kostrzewa widywał to już przedtem u bliskich innych ofiar. Wydawało się, że tęczówki, które okalały zionące czernią źrenice, płonęły teraz błękitnym płomieniem. Komisarz dobrze wiedział, że ten ogień jest podsycany przez valium.

Wdowa zaproponowała Kostrzewie kawę. Podziękował, poprosił jedynie o szklankę wody. Nie zapytała o kawę Olbratowskiego, który swoim cielskiem wypełnił już fotel stojący obok kanapy zajmowanej przez Kostrzewę. Starszy aspirant mimo to grzecznie podziękował.

— Najmocniej panią przepraszam, ale dłużej nie możemy czekać — rzucił Kostrzewa, starając się, żeby słowa nie zabrzmiały ani zbyt sucho, ani zbyt dobrotliwie. Wypowiedział je możliwie szybko. — Rozumie pani, mamy procedury.

Tamara spojrzała na policjantów nieprzytomnie. Potem zniknęła w kuchni. Nie można jej było przesłuchać w dzień śmierci męża. Było to zalecenie lekarza poparte opinią psychologa. Ten ostatni przyjechał do domu Tamary, kiedy lekarz wstrzyknął jej już środek uspokajający. Było to konieczne, ponieważ kobieta na wieść o śmierci męża wpadła w stan katatonii. Nie była w stanie wykrztusić z siebie słowa. Nie potrafiła odpowiedzieć na pytania stawiane przez młodych mundurowych z Komendy Miejskiej, którym wyznaczono rolę posłańców złej nowiny. Zresztą później samo kierownictwo komendy przyznało, że wysłanie do wdowy nieopierzonych funkcjonariuszy było nieporozumieniem. Nie wykazali się koniecznym taktem.

Kobieta wróciła do pokoju. Z tego, że zrobiła coś nie tak, zdała sobie sprawę dopiero wtedy, gdy zobaczyła zdziwione miny komisarza i aspiranta. Nikt z gości nie prosił o kawę, ona jednak ją zrobiła. Leki potrafią stonować ból, jednak przytępiają też jasność umysłu.

Kostrzewa niemym gestem dał znać, że wie o tym, rozumie i też jest w trudnej sytuacji.

— Pani Tamaro, muszę najpierw wyjaśnić pewne zawiłości… hm, techniczne. Wiem, że to niewłaściwe słowo, ale inne nie przychodzi mi do głowy.

Wdowa wpatrywała się w komisarza zapadniętymi, płonącymi oczyma. Kostrzewa nie miał wątpliwości, że słyszy wypowiadane przez niego słowa. Powątpiewał tylko, czy na pewno jest w stanie pojąć ich znaczenie. Od wejścia do domu miał wrażenie, że rozmawiać z Tamarą Riehlke to jak brnąć przez jezioro żelatyny.

— Wiemy na pewno, że pani mąż został zastrzelony z bliskiej odległości. Ktoś podszedł do niego i nacisnął spust. Dwa razy. Ktoś, kto najwyraźniej nie wzbudził jego nieufności. Kogo być może znał albo przynajmniej się nie bał. Czy zauważyła pani, żeby w ostatnim czasie… w ostatnich dniach, tygodniach pani mąż zachowywał się jakoś inaczej, niestandardowo?

Kostrzewie wydało się, że może wcale nie siedzi teraz w salonie domu Riehlków, może wcale nie mówi do wdowy po szefie pionu oceny ryzyka w ubezpieczalni. Może to wszystko mu się śni, a może on, komisarz policji, szef kryminalnych przechodzi teraz jakieś załamanie, próbując w zaciszu domu zebrać się w sobie przed tą trudną rozmową, wizualizując sobie wizytę u wdowy Riehlke. Był z niego stary policyjny pies, ale podobne sytuacje przeżywał niemal zawsze tak samo mocno. A przez te wszystkie lata nazbierało się ich niemało. Czuł to już w kościach. Spojrzał na Tamarę. Stała przy oknie i trzymała filiżankę z kawą. Oczy nabiegły jej krwią. Powieki wydawały się teraz jeszcze bardziej napuchnięte niż wtedy, kiedy witała się z gośćmi.

— Wie pan, mieliśmy taki rytuał. Oczywiście głównie w weekendy, ale w tygodniu też staraliśmy się go… dopełnić. Siadaliśmy rankiem z kawą. Ja przygotowywałam się do zajęć, czytałam kolokwia, pakowałam dokumenty, książki do torby. Nieraz szukałam prac semestralnych moich studentów, często dopiero rano zabierałam się za te wszystkie czynności porządkowe, bo bywało, że nocami jeszcze ślęczałam nad książkami. A on siadywał sobie tutaj — wskazała fotel stojący najbliżej okna — i czytał gazetę. Wie pan co? Nie zauważyłam, żeby cokolwiek się zmieniło w ostatnim czasie. Trzy dni temu nie miałam wątpliwości, że mąż zaraz po pracy wróci do domu… — Rozpłakała się.

Kostrzewa i Olbratowski spojrzeli po sobie.

— Panie komisarzu, czy ci ludzie przed domem długo tu jeszcze będą?

Szef kryminalnych zerknął w kierunku werandy wychodzącej na ogród. Za płotem w odległości może piętnastu metrów widać było zaparkowanego czarnego seata. Siedziało w nim dwóch mężczyzn. Rozmawiali. Jeden z nich spojrzał w kierunku domu.

— To niestety konieczne. Dla pani bezpieczeństwa.

— To dobrze, dzięki nim czuję się bezpieczniej.

Oprócz tej odpowiedzi Kostrzewa wyczytał w zaczerwienionych oczach Tamary to, czego nie odważyła się dopowiedzieć. Że policjanci, którzy dzień i noc pilnują jej i jej domu, sprawiają, że nie czuje się aż tak samotna. Choć to zupełnie obcy ludzie, prawdopodobnie ich obecność daje jej poczucie, że w jakiś sposób dzielą z nią tragedię, która ją spotkała. Wystarczy, że są.

Dla Kostrzewy oczywiste było, że żona zamordowanego jest pierwszym, a bywa, że jednym z najważniejszych świadków w sprawie. To elementarz pracy kryminalnego. Tyle jednak teorii, bo choć to świadek nie do przecenienia, to trudno korzystać z jego pomocy, kiedy pełni dobrej woli psychiatrzy nafaszerują go psychotropami. W takiej sytuacji rozmowa z wdową — choćby przeprowadzona przez najbardziej doświadczonego gliniarza — przypomina pogaduchy z samym zamordowanym. Dzisiaj kontynuowanie tego spotkania nie miało sensu. Kostrzewa zachodził w głowę, ile czasu zajmie Tamarze powrót do względnej normalności. Na razie jednak pozostawało liczyć jedynie na ludzi w terenie.

— Chłopcy już coś mają? — zapytał Olbratowskiego, kiedy tylko wyszli na ulicę przed domem Riehlków. Wyciągnął paczkę marlboro i zapalił. Siwa chmura dymu nie chciała się rozpłynąć w ciężkim i wilgotnym powietrzu.

Aspirant wyjął notesik z wewnętrznej kieszeni krótkiej skórzanej kurtki. Przewertował kilka kartek.

Na osiedlu Południowym czas się zatrzymał. Te same domy z ospowatymi elewacjami, te same brukowane ulice, niskie jednopiętrowe plomby — skurczone i zapadnięte, wtopione w chodniki — wciśnięte między dwu— i trzykondygnacyjne kamieniczki. Dachy spadziste, gościnne dla gołębi, kryjące ciasne poddasza. Kryjówki szczurów, poligony kotów. Podwórka małe, zakurzone, czasem zabłocone, ale też na swój sposób świąteczne, bo przystrojone flagami i proporcami prania przeciągniętego na sznurach, które rozpięto między rynnami kamienic a znajdującymi się po drugiej stronie komórkami na węgiel. Te ostatnie przypominają zabudowania jakichś zapomnianych, pominiętych przez historyków obozów z czasów wojny. Surowe, wzniesione z drobnej czerwonej cegły pawilony. Pachną węglowym pyłem, szczapami drewna, uryną.

Osiedle góruje nad Miastem. Położone na wzniesieniu utworzonym przez ciągnące się z zachodu na wschód zbocze doliny jest jak taras widokowy. Panorama rozpościera się z półkilometrowego parku między ulicami Staroszkolną a Filomatów. Rytm Miasta wybijają dzwony, których dźwięki rozchodzą się z wież kościołów — ewangelickiego, garnizonowego i fary. Świątynie wyznaczają trójkąt Starego Miasta, wrośniętego w dolinę, która opada ku Rzece, Wyspie Spichlerzy i, nieco dalej na północ, ku nieczynnej od lat śluzie na Kanale Miejskim.

W srebrnej škodzie zaparkowanej na skraju parku siedziało dwóch mężczyzn. Jeden z nich, ten zajmujący miejsce pasażera, drzemał z głową opartą o szybę. Drugi siedział rozpostarty wygodnie za kierownicą. Jedną rękę opierał o zagłówek siedzenia kolegi, w palcach drugiej trzymał wykałaczkę. Trwał niemal nieruchomo, jeśli nie liczyć rzadkich momentów, kiedy sięgał ręką do ust, żeby włożyć wykałaczkę między zęby. Wpatrywał się w bramę kamienicy znajdującej się w odległości około dwudziestu metrów. Zastanawiał się, jaki widok z okien mają mieszkańcy pierwszego piętra, a jaki ci z drugiego. Czy ci ostatni mogą wprost z kuchni oglądać miejską panoramę, czy tak jak tym z parteru i pierwszego piętra widok zasłaniają im rosnące w parku platany i klony.

Mężczyzna tkwił tak z kolegą w škodzie już czwartą godzinę. Zaczęli około trzeciej w nocy. Wiedział doskonale, że ich auto jest obserwowane. Zdawał sobie również sprawę z tego, że z okien obserwowanej kamienicy wpatruje się w ich srebrzystą škodę co najmniej kilkanaście par oczu. Ale właśnie o to chodziło. Tak to działa, bo jak zwykł mawiać jeden ze starszych kolegów z komendy: „niewidzialny się nie staniesz”. Pozostało więc dać sobie spokój z konspiracją i po prostu czekać na reakcję. Bo, rozmyślał kierowca, oni wiedzą, że my wiemy, że oni wiedzą. Ale to my czekamy na ich błąd.

W końcu zupełnie pogryzł wykałaczkę. Zostały z niej tylko mokre drzazgi. Niektóre powchodziły między zęby. Opuścił szybę auta. Zanim jednak zdążył wypluć resztki, które oblepiły mu język i dziąsła, przy tylnym błotniku, nie wiadomo skąd, wyrósł potężny osobnik w czarnym dresie. Kierowca spojrzał we wsteczne lusterko. Za autem stało jeszcze dwóch podobnych z postury. Ten z lewej podszedł bliżej i nachylił się do otwartego okna.

— I co, kurwa? Co wy tu odpierdalacie, chłopaki?!

Pasażer przebudził się i przecierając oczy, spojrzał w kierunku otwartego okna oraz wypełniającego je kwadratowego, łysego, nalanego łba. Olbrzym krzywo uśmiechnął się do śpiocha, ale ten grymas zaraz zniknął z jego twarzy.

— Co wy tu chcecie, pieski kochane, wyśledzić, co? Odpalać furę i jazda stąd, bo szef się zdenerwuje. No! — powiedział tonem szkolnego woźnego do niesfornych chłopców na długiej przerwie.

Kierowca nie myślał odpowiadać. Spojrzał na kolegę, który w tym samym momencie zerknął na zegarek, i bez słowa zdecydowali, co robić. Silnik škody zarzęził, policjant wcisnął gaz na luzie, żeby rozgrzać maszynę, w końcu wrzucił jedynkę i ruszył, nie oglądając się na mężczyzn, którzy stali wokół auta. Do ruszenia z miejsca, w którym mieli rozkaz prowadzić obserwację, przekonał go jeden z tych argumentów, które kończą dyskusję. Kwadratowy drab miał w kieszeni gnata i specjalnie podciągnął bluzę, żeby go pokazać.

Nie była to pierwsza taka sytuacja. W Mieście od dawna to policjanci byli na cenzurowanym. Poza tym patrole ostatnimi laty nader rzadko zapuszczały się w ten zakątek Południowego. Kiedy więc ktoś zauważył policję na jednej z okolicznych ulic, wiadomo było, że to nie rutynowy patrol, ale że coś się wydarzyło.

ROZDZIAŁ IV. ROK 1986

W końcu pojechali na wymarzone, pierwsze od dłuższego czasu prawdziwe wakacje. Zatrzymali się w Łebie. Tomasz znał tam rybaka, pana Świtałę, który mieszkał na skraju miasteczka. Odkąd Tomek pamiętał, jeździli do niego z rodzicami. Gospodarz wynajmował im za grosze pokój w pawilonie, który wybudował na podwórzu za swoim domem. Z jednej strony było podwórze, a z drugiej, za niskim płotem z małą furtką, szumiał pachnący las. Wystarczyło przejść pięćdziesiąt metrów krętą ścieżyną przez ten las, żeby zarośla zaczęły robić się coraz rzadsze, aż w końcu oczom ukazywało się morze. Tomasz zachodził w głowę, jak to możliwe, że przez tyle lat władze nie przyczepiły się do gospodarza. Że nie dochrapał się kolegium za nielegalne podnajmowanie ziemi turystom.

Wszystko było jednak na swoim miejscu. Tylko pies zniknął. Kundel miał chyba z piętnaście lat i zmarł poprzedniej jesieni. Tomasz wspominał go trochę jak członka rodziny. Jak jakiegoś dalekiego krewnego. Ale nie tak znowu odległego i obcego, żeby nie odwiedzać go raz do roku albo raz na dwa lata. Pamiętał, jak ten bury krótkonogi pies, może mieszaniec spaniela i owczarka, był szczeniakiem. Pamiętał też, jak w siedemdziesiątym czwartym razem z ojcem, mamą, psem siedzącym mu na kolanach, gospodarzem i całą jego rodziną oglądali w jednym z niewielu telewizorów w okolicy półfinałowy mecz Polski z Brazylią. Gorąco było wtedy niemiłosiernie. Przed meczem długo męczył rodziców, żeby drugi raz tamtego dnia poszli z nim na plażę. A potem rozpętała się burza. Taka, podczas której wydaje się, że niebo pęka, i podczas której dzieci, drżąc, w napięciu odliczają sekundy od błysku do grzmotu. Po latach człowiek już wie, że jeśli nastąpił błysk, a piorun nikogo nie poraził, to sam huk już nie jest groźny. Dla dziecka jednak to on jest najstraszniejszy — grzmot, przed którym trzeba zasłaniać uszy, który przeciągle przechodzi w głęboki bas.

Teraz, siedząc na progu drewnianego domku wczasowego w ośrodku Gośka, sąsiadującym z zagrodą Świtały, Tomasz zastanawiał się, czy te burze zapamiętane z dzieciństwa rzeczywiście były takie potężne. Czy może to tylko projekcja dziecięcej wyobraźni. Palił papierosa, trzymając na kolanach Natalkę. Opierała głowę o jego pierś i wsłuchiwała się w pomruki, którymi od kilku minut coraz częściej rozbrzmiewało niebo. Przestraszona podskoczyła i rozpłakała się, kiedy piorun uderzył tak blisko, że błysk zlał się w jedno z czystym i metalicznym hukiem. Igliwie, które zalegało przed gankiem domku, zaszeleściło od pierwszych kropli deszczu. Po chwili od reszty świata domek Riehlków odcinała już ściana wody.