Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czy da się zmienić mężczyznę, który już dawno porzucił wszelkie konwenanse?
Lucien Wrenn, książę Luhst, jest zbyt zepsuty, zbyt cyniczny i zbyt długo żyje według własnych zasad. Bez trudu łamie kobiece serca i nie stroni od skandali. Jest jednak jedna kobieta, której mieć nie powinien – lady Chastity Perrin, młodsza siostra jego najlepszego przyjaciela. I właśnie jej pragnął od zawsze.
Chastity od lat darzy Luciena uczuciem, choć mężczyzna, niegdyś przez nią podziwiany, dawno przestał przypominać troskliwego chłopca z przeszłości. Ona zaś poświęca się nauce i swoim badaniom medycznym, próbując znaleźć miejsce w świecie, który nie chce dopuścić kobiet do głosu.
Wszystko zmienia jeden zakład. Podczas letniego miesiąca pełnego bali i pokus Lucien musi zachować celibat, a Chastity znaleźć narzeczonego. Gdy kolejni kawalerowie zabiegają o względy odmienionej i pewnej siebie Chastity, Lucien po raz pierwszy poznaje smak prawdziwej zazdrości.
Między nimi wybucha uczucie, którego nie sposób już kontrolować. Każde spojrzenie, każdy dotyk i każda kłótnia tylko bardziej ich do siebie zbliżają. Chastity zaczyna dostrzegać w Lucienie coś więcej niż cynicznego rozpustnika, a on po raz pierwszy w życiu pragnie stać się lepszym człowiekiem – godnym ukochanej kobiety.
Kiedy jednak na jaw wychodzi niechlubna historia z przeszłości księcia, a starszy brat Chastity odkrywa prawdę, rozpętuje się prawdziwe piekło.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 339
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł oryginału: Duke of Luhst
Przekład z języka angielskiego: Edyta Stępkowska
Copyright © Mariah Stone, 2026
This edition: © Gyldendal Astra/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt graficzny okładki: Qamber Designs and Media. Copyright © Stone Publishing.
Adaptacja okładki: Marcin Słociński
Redakcja: Maria Zając
Korekta: Anna Nowak
ISBN 978-91-8098-962-6
Opracowanie e-booka:Marcin Słociński / www.monikaimarcin.com
Gyldendal A/S Klareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.gyldendalastra.fi
Epigraf
„Kochałem kobiety, nawet do szaleństwa, ale zawsze bardziej kochałem wolność”.
autor nieznany*
„Jedynym sposobem zwalczenia pokusy jest poddanie się jej”.
Oscar Wilde**
* Cytat często błędnie przypisywany Giacomo Casanovie.** Oscar Wilde, PortretDorianaGraya, przeł. Kazimierz Czachowski, Kraków 1928, s. 11. Tekst dostępny online w serwisie Wolne Lektury: https://wolnelektury.pl/media/book/pdf/wilde-portret-doriana-graya.pdf [dostęp: 8.05.2026].Credo Siedmiu Książąt Grzechu
Po drugie:
Chronić rodziny swoich braci jak swoją własną.
Rozdział 1
Gdy lady Chastity Perrin zanurzała zakrzywioną igłę w misce spirytusu, trzech rzeczy była absolutnie pewna:
Po pierwsze, prawdziwe damy nie chadzały bez przyzwoitek po londyńskich melinach.
Po drugie, niezamężne damy nie zostawały sam na sam z mężczyzną.
Po trzecie, porządne damy z całą pewnością nie przynosiły czystych igieł do skromnego, ale nieskazitelnie czystego gabinetu nielicencjonowanego lekarza, żeby pomóc mu w przeprowadzeniu operacji chirurgicznej, która była tak bardzo, tak straszliwie… ach, Boże… krwawa.
– Proszę, doktorze Sterling – powiedziała, wręczając mu igłę nawleczoną katgutem na talerzu, który uprzednio również przetarła alkoholem.
– Dziękuję, panno Chastity – odezwał się Brace Sterling, biorąc igłę do ręki i zerkając na pacjentkę, góra trzyletnią dziewczynkę o blond loczkach wystających spod brudnego, postrzępionego czepka. – Stello, to zaboli – ostrzegł. – Najmocniej cię przepraszam.
Babcia dziecka, która stała obok stołu zabiegowego i zaciskała kościste palce na szarym, dziurawym i mocno sfatygowanym szalu, patrząc spode łba, wyburczała z silnym cockneyowskim akcentem:
– Sama jest sobie winna. Stale się potyka. Niezdara z niej. Wszystko tłucze, talerze, kubki. Ciekawe, kto za to zapłaci.
Wielkie oczy dziewczynki napełniły się łzami i od razu skierowały ku podłodze. Skuliła drobne ramiona, jakby próbowała wyglądać na jeszcze mniejszą. Brudne, chude palce nerwowo skubały rąbek sukienki.
Wyraz takiego cierpienia na twarzy trzylatki łamał Chastity serce.
Jednocześnie rozpoznawała w niej siebie.
Chociaż była nieco starsza od Stelli – mogła mieć pięć lat – kiedy to się zaczęło, do dziś słyszała głos ojca karcącego ją za nieprzystojące damie zachowania, za garbienie się nad mikroskopem, grę w szachy czy oglądanie ilustracji w książkach o biologii.
Brace Sterling, wysoki, barczysty, przystojny mężczyzna o surowych rysach i niebieskich oczach, z jasnymi włosami związanymi w kucyk, wymienił z nią pośpieszne spojrzenia. Obawa w jego oczach stanowiła odbicie tej, którą sama czuła. Mała Stella była poważnie zaniedbywana.
– Pani Murray – zaczął doktor, zbierając ku sobie brzegi paskudnego rozcięcia na kostce dziewczynki. – Postąpiła pani słusznie, przynosząc tu to dziecko. Wiem, że troszczy się pani o nie najlepiej, jak potrafi, ale proszę ją traktować nieco życzliwiej, jeśli jest pani wykrzesać z siebie choć odrobinę dobroci. To ciągłe potykanie się może wynikać z tego, że dziewczynka jest niemal zagłodzona. Albo faktem, że ma dopiero trzy lata.
Kobieta spojrzała na niego gniewnie, wykrzywiając z goryczą usta.
– Moja córka była pokojówką w Róży i Koronie i zmarła przy porodzie. Nikt zaś nie wie, kim jest ojciec. Zapłacił jej złotym pierścionkiem i wypełnił brzuch dzieckiem. Gdybym mogła, to bym wyjechała i zamieszkała na farmie z moją siostrą. Ale tu przynajmniej mogę być praczką i zarobić jaki grosz. To cud, że udało mi się utrzymać to dziecko przy życiu tak długo.
– Robi pani, co w jej mocy – powtórzył doktor Sterling, choć Chastity nie była pewna, czy naprawdę w to wierzył, ponieważ w jego głosie pobrzmiewała tłumiona złość. – Tu, w Whitechapel, nikomu nie jest łatwo. Stello, skarbie, teraz muszę zaszyć ranę, a ty musisz być dzielna – zwrócił się znów do dziewczynki. – Możesz załapać babcię za rękę, jeśli to pomoże.
Stella zamrugała oczami wielkimi jak spodki, wciąż mokrymi od łez, i chwyciła dłoń pani Murray o szorstkiej, popękanej skórze i zgrubiałych stawach, bez wątpienia zniszczonych latami prania cudzych brudów.
Doktor pochylił się nad chudą, brudną nogą dziewczynki, sterczącą spod rąbka przykrótkiej obszarpanej sukienczyny. Rana została starannie oczyszczona alkoholem, co już musiało sprawić potworny ból temu biednemu dziecku. Chastity żałowała, że nie mogą zaoferować mu również ciepłej kąpieli i czystych ubrań.
Lekarz zaczął zszywać ranę swobodnymi, ale precyzyjnymi ruchami.
Stella wrzasnęła – co bardzo przystoi młodej damie.
Chastity nie – co zupełnie damie nie przystoi. Ani nie zemdlała. Choć bardzo tego chciała.
Kostka dziewczynki wyglądała, jakby wampir urządził sobie na niej ucztę. Albo wilk. Krew cały czas sączyła się z niej na twardą brązową skórę stołu zabiegowego.
Chastity wzdrygnęła się na wspomnienie innego lekarza, który w dzieciństwie zszywał poranione nadgarstki i ramiona jej brata, dokładnie tak jak teraz doktor Sterling. Jak zawsze poczuła ucisk w piersi, oddech stał się nierówny.
Aby zająć czymś myśli, rozejrzała się po gabinecie.
Przez okno wlewały się promienie słońca. Białe gipsowe ściany były obwieszone anatomicznymi ilustracjami na grubym papierze w kremowym kolorze. Pod przeciwległą ścianą stało dębowe biurko bejcowane na ciemny brąz i krzesło do kompletu. Obok ustawiono wysoką szafkę z przeszklonym frontem ukazującym półki pełne starannie uporządkowanych buteleczek z lekami i ususzonymi ziołami. Niedaleko, w podobnej szafce, mieściły się oprawione w skórę albo grube płótno teczki. W nich znajdowały się kartoteki pacjentów.
Z zewnątrz dobiegały odgłosy ruchliwej Petticoat Street i urządzanego na niej targowiska: okrzyki handlarzy, szczekanie psów, przekleństwa mężczyzn, wrzaski dzieciarni i pijacki śmiech.
– Ach, zamknijże się już, dziecko! – uciszała biedną Stellę pani Murray. – Bo jak nie, to przyjdzie pan Blackmore i cię zje! Na pewno wszystko słyszy, ten jego burdel jest na końcu ulicy.
Dziewczynka jęknęła jeszcze po raz ostatni i wypuściła dłoń babci, żeby obiema rękami zasłonić sobie usta. Jej oczy wciąż były wielkie i pełne łez.
Dłonie doktora Sterlinga na moment zastygły w bezruchu, ale nie oderwał wzroku od rany małej pacjentki. Wrócił do pracy, lecz szybko zapewnił dziewczynkę:
– Stello, w tej sprawie zachęcałbym cię, abyś nie słuchała babci. Ze strony pana Blackmore’a nic ci nie grozi. On nie tylko jako jedyny finansuje działalność tej kliniki, ale jest również jednym z moich najbliższych przyjaciół. Może i ma swoje wady, jednak z całą pewnością nie je dzieci.
Pani Murray burknęła coś pod nosem i wydęła wargę.
– Może i nie, ale aniołem to on nie jest. Nie przyjął mojej córki, kiedy poszła do Elizjum za robotą. A teraz nie żyje. I proszę, co z tego wyniknęło – rzuciła z kpiną, wskazując głową dziewczynkę.
Chastity nie mogła dłużej słuchać, jak ta kobieta pastwi się nad biednym dzieckiem. Widać było wyraźnie, że mała budzi w babce rozgoryczenie samym swoim istnieniem i że najwyraźniej nie przejmuje się ona emocjonalnymi bliznami, jakimi może naznaczyć życie tej biednej istoty. Chastity za to aż nazbyt dobrze wiedziała, jak głębokie rany zadaje rodzic, który nigdy nie jest dostatecznie zadowolony ze swoich dzieci.
– Wyniknęła z tego śliczna mała dziewczynka – odpowiedziała starszej kobiecie, patrząc w przerażone oczy Stelli. – Która nie zrobiła niczego złego i niczym nie zawiniła.
Pani Murray przeniosła teraz wzrok na Chastity.
– Jaśnie pani wybaczy – zaczęła, uśmiechając się krzywo – ale łatwo wymądrzać się przed nami, prostymi ludźmi, jak samej nie zaznało się głodu choćby przez jeden dzień.
Chastity spłonęła wstydem, bo słowa kobiety były jak policzek, boleśnie prawdziwe. Co o życiu w Whitechapel mogła wiedzieć córka księcia?
– I co w ogóle paniusia tu robi? Może pani szanowny małżonek znowuż próbuje się wkupić w łaski Wszechmocnego, łaskawie pomagając nam, biednym łachmytom? Bo jeśli tak, to lepiej by zrobił, gdyby rzucił jakim groszem, zamiast przysyłać nam swoją panią.
Kolejny przytyk był dla Chastity jak cios prosto w brzuch, a smutek dotkliwie przygniótł jej serce. Nigdy nie miała męża, nie dane jej było zaznać bezwarunkowej miłości ani więzi jak ta, która połączyła jej brata Doriana z jego żoną Patience. Pierwszego chłopca, jakiego kiedykolwiek pokochała, najlepszego przyjaciela swego brata, Luciena, straciła na zawsze. A mimo to musiała go widywać średnio raz w tygodniu, co było dla niej prawdziwą męką, którą dzielnie znosiła. Od dziecka wiedziała, że musi szczelnie zamknąć serce, aby ochronić się przed okrucieństwem, z jakim ojciec traktował ją, Doriana i ich mamę. Papa bardzo dobitnie pokazał jej, że nikt nigdy nie zdoła pokochać jej za to, kim naprawdę jest.
– Pani Murray – odezwał się doktor Sterling, wciąż skupiony na zabiegu. Jego głos był spokojny, a ruchy pewne. – Będę zmuszony poprosić panią o opuszczenie gabinetu, jeśli nie przestanie pani gnębić swej biednej wnuczki i szykanować panny Chastity. Która, skoro musi pani wiedzieć, pracuje nad niezwykle nowatorskimi metodami, pozwalającymi znacząco obniżyć ryzyko infekcji i gangreny. I robi to wszystko zupełnie za darmo.
Starsza kobieta zmrużyła oczy.
– Nic nie jest za darmo. Nie w Whitechapel.
Chastity znów poczuła falę upokorzenia, ale tym razem wstyd mieszał się ze złością.
– Kiedy poszłam z tymi badaniami do Szpitala Świętego Tomasza, to mi odmówili.
Na co tamta prychnęła:
– Czyli paniusia przyszła do nas, bo jej nie chcieli w najlepszym szpitalu w mieście? I my mamy uwierzyć w te jej nibymetody. A to dobre.
– W Świętym Tomaszu nie odmówili lady Chastity dlatego, że wątpią w słuszność jej metod – zaprotestował doktor Sterling.
– A czemu?
Chastity przypomniała sobie twarze członków rady zarządu szpitala, samych mężczyzn, w większości po pięćdziesiątce. Tylko jeden, nieco młodszy dżentelmen, lord Wardbury, wyglądał, jakby był skłonny się za nią wstawić. W jego oczach zobaczyła najwięcej życzliwości. Ale kiedy skończyła prezentację, te oczy zwęziły się z ledwie skrywanym rozbawieniem, a przewodniczący, którego protekcjonalny ton ociekał kpiną, oznajmił: „Choć pani… entuzjazm jest godny podziwu, zapewne sama pani rozumie, że kręgi medyczne to nie jest miejsce dla kobiety”.
Zdanie, pod którym jej ojciec mógłby się podpisać.
– Ponieważ jestem kobietą – wyjaśniła, z policzkami płonącymi na tamto wspomnienie.
Pani Murray westchnęła.
– No tak.
Chastity pokiwała ze smutkiem głową.
– Skoro wyższe sfery odrzucają moje wsparcie i moje ambicje z powodu płci, uważam, że jedyną słuszną reakcją jest odpłacić im taką samą wzgardą. Doktor Sterling, nie pobierając za to żadnych opłat, robi w tym gabinecie znacznie więcej dobrego, niż wszystkie tęgie głowy ze Świętego Tomasza są sobie w stanie wyobrazić.
Choć jej praca tutaj bez wątpienia była użyteczna, to jednak nigdy nie zyska uznania w świecie nauki… a tego pragnęła do bólu. Być może mogłaby porozmawiać z lordem Wardburym na osobności, poza radą zarządu. Wiedziała, że weźmie udział w letnisku urządzanym przez księcia Pryde’a. Przyjęcie miało trwać cały miesiąc, a ona musiała w nim uczestniczyć ze względu na koneksje swojego brata z księciem.
Dama pewna swoich kompetencji towarzyskich uznałaby to za doskonałą okazję, aby zaprzyjaźnić się z lordem Wardburym i – być może – wpłynąć na zmianę jego stanowiska. Zjednać go sobie. Przekonać, żeby dał jej szansę wykazać się w Szpitalu Świętego Tomasza, gdzie jej pracę śledziłyby największe naukowe autorytety. Gdzie mogłaby zdobyć silną pozycję w kręgach naukowych i tym samym dotrzeć ze swoją pomocą do większej liczby osób.
Zamiast tego Chastity zapewne przez cały miesiąc będzie się próbowała zlać się z tłem, wykorzystując swój niezrównany talent do unikania kontaktu wzrokowego.
– Przychodząc tu, ryzykuje pani swoją reputacją i bezpieczeństwem – powiedział cicho doktor Sterling, związując końce nici. – Sama. W tajemnicy przed bratem. – Zamoczył czystą szmatkę w alkoholu i przetarł zaszytą ranę. – Już po wszystkim, Stello – zwrócił się do dziewczynki i uśmiechnął ciepło. – Byłaś bardzo dzielna. Nałożę tylko opatrunek. Postaraj się przez kilka dni dużo odpoczywać. A pani, pani Murray, niech przyprowadzi do mnie wnuczkę jutro i potem za tydzień. Chcę widzieć, jak rana się goi.
Kilka godzin później, po tym, jak wypuścili Stellę do domu i wymienili się z doktorem notatkami i obserwacjami, Chastity wyszła z gabinetu. Pod butami mlaskało błoto wiecznie zalegające na Petticoat Street. Miała do przejścia kilka przecznic, żeby dotrzeć do rogu ulicy, gdzie czasem czekały dorożki.
Mijała ulicznych urwisów, krzepkich mężczyzn noszących beczki, przekupkę z koszem cuchnących sardeli, grupę głośno plotkujących praczek taszczących kosze bielizny i zaczepiającego przechodniów straganiarza z wózkiem poobijanych jabłek. W zaułku czaił się kieszonkowiec. Ze straganów ciągnących się środkiem ulicy dobiegały pokrzykiwania sprzedawców nawołujących klientów.
Dwaj mężczyźni stali oparci o odrapaną ścianę. Jeden miał na sobie połatany płaszcz, wiszący luźno na wychudzonej sylwetce. Drugi był w mocno przetartej koszuli. Obaj mieli ogorzałe, nabiegłe krwią twarze, dłonie trzymali blisko kieszeni wybrzuszonych tak, że Chastity pomyślała, że mogą być uzbrojeni. Jeden wyglądał znajomo. Możliwe, że widziała go na tej ulicy już wcześniej. Mijając tych mężczyzn, czuła na sobie ich wzrok. Jej suknia wyróżniała ją z tłumu, mimo że gdy szła do kliniki, zawsze wybierała brązy i szarości. Jej ubrania były po prostu zbyt nowe i zbyt starannie uszyte, włosy nienagannie uczesane, a czepki czyste i wyprasowane.
Każdy widział, że tu nie pasuje.
Mocniej ścisnęła haftowaną sakiewkę. Bez wątpienia stanowiła kuszący i łatwy łup.
Obejrzała się przez ramię i z przerażeniem stwierdziła, że obaj mężczyźni idą kilka metrów za nią, wymijając innych przechodniów i nie spuszczając jej z oczu.
Zimny pot spłynął jej po plecach.
Przyśpieszyła, torebka zakołysała się w jej dłoni. Czy naprawdę odważyliby się coś jej zrobić tu, na ulicy, przy tylu świadkach?
Po lewej migały budynki z popękanymi szybami w oknach, po prawej – brudne stragany. Okrzyki sprzedawców wydały jej się teraz ostrzejsze, przeszywały rozpaloną skórę. Przez nieuwagę prawą stopą wdepnęła w coś śliskiego, nie zdążyła nawet spojrzeć, co to było. Wymachując ramionami, runęła do przodu, ale w ostatniej chwili zdołała się złapać czyjegoś ramienia. Przed nią rozpierzchła się grupka urwisów.
Znów się obejrzała. Jej prześladowcy byli trzy kroki od niej. Chciała uciec, lecz zaraz potem poczuła, jak czyjaś dłoń zaciska się na jej ramieniu. Krzyk uwiązł jej w gardle, kiedy została szarpnięta do tyłu, wciąż jednak ściskała sakiewkę.
Postawniejszy z mężczyzn, ten w pożółkłej koszuli, patrzył na nią z wściekłością. Miał kartoflowaty nos i wyłupiaste oczy. Wielkie nieba! Została porwana? Dorian ją zabije… a zaraz potem zabije jej porywaczy.
– Co tu robisz? – warknął opryszek. – Taka dama jak ty?
Chastity usiłowała mu się wyszarpnąć. Wbiła łokieć w miękkie ciało. Oprawca stęknął, ale jej nie puścił.
– Puszczaj! – wycedziła przez zęby, wciąż wijąc się w jego uścisku.
Jakiś cień położył się na wszystkich trojgu.
– Dama powiedziała, żebyś ją puścił – zabrzmiał niski i uprzejmy głos.
I znajomy jak jej własny.
Porywacz znieruchomiał. Ulga zalała ją, zanim jeszcze odwróciła się i zobaczyła…
Luciena.
Jedno spojrzenie na jego twarz wystarczyło, aby zaparło jej dech. Rozmarzone fiołkowe oczy teraz płonęły wściekłością, gdy wbijał wzrok w obu mężczyzn. Wyraźnie zarysowana linia żuchwy była napięta, szerokie, pełne wargi wykrzywiły się w ponurym grymasie pod ostrymi kośćmi policzkowymi. Złociste włosy miał modnie rozwichrzone. Wysoki, barczysty, silny i lekki zarazem, wyglądał jak grecki bóg.
Napastnik od razu ją puścił.
– Nie chciałem jej zrobić krzywdy – zapewnił pośpiesznie. – Chciałem tylko odprowadzić pannę Chastity do dorożki.
Słysząc to, zmarszczyła brwi. Rzeczywiście wyglądał znajomo…
– Jestem Bill – przedstawił się i podciągnął rękaw, ukazując zagojoną bliznę. – Pan doktor i panienka leczyli mnie sześć tygodni temu, mówię, jak było. Chciałem tylko podziękować za pomoc.
Chastity aż zabrakło tchu.
– Ależ tak, Bill! – powiedziała, czując zawstydzenie pomieszane z ulgą. – Wybacz, nie poznałam cię.
Powinna się wstydzić. Od razu założyła najgorsze, a Bill chciał jej pomóc.
– Jaki doktor? – zaczął dociekać Lucien, marszcząc czoło. Spółgłoski wymawiał ciut niewyraźnie. – I niby jak cię leczyli?
Chastity przyjrzała mu się uważniej. Czuć było od niego brandy. Jego biały halsztuk był rozwiązany, a żółta kamizelka pod szarym, szytym na miarę frakiem – pognieciona. Na jego herbie rodowym z wyhaftowanym jeleniem widniała różowa plama. Dziś najwyraźniej postanowił zasłużyć na swoją reputację najbardziej rozpustnego spośród Siedmiu Książąt Grzechu.
Ulga Chastity prędko ustąpiła miejsca obawom.
Nie. Nie, nie! Tylko nie Lucien.
Tylko nie on! On nie mógł jej tutaj zobaczyć!
W panice spojrzała na wejście do Elizjum, dobrze utrzymanego, trzykondygnacyjnego ceglanego budynku zajmującego cały kwartał. Omiotła wzrokiem okna z zaciemnionymi szybami, przerażona, że zaraz ujrzy Doriana, idącego w ślad za Lucienem.
Ale nie. To było niemożliwe. Czasy, kiedy jej brat zachodził do Elizjum, dawno minęły. Teraz był szczęśliwie żonaty.
Za to jego najbliżsi przyjaciele – książęta Pryde, Enveigh, Irreverence, Eccess i Fortyne – właśnie wytaczali się z budynku, rozglądając się za swym towarzyszem i mrużąc oczy w słońcu.
– Hm… – zwróciła się ponownie do Billa, oglądając jego bliznę. – Wygląda na to, że rana ładnie się zagoiła. Nie wdało się żadne zakażenie, prawda?
– A skąd. Zagoiło się bez zarzutu, mówię, jak jest. Może jednak odprowadzę panienkę do powozu? To naprawdę nie jest miejsce dla takiej eleganckiej damy.
Pozostali książęta już szli w stronę Luciena i Chastity. Pryde jak zawsze w płaszczu w kolorze indygo i z potarganą brązową czupryną. Enveigh na zielono, łypiąc pożądliwie szarymi oczami. Eccess o włosach w odcieniu miodowego blondu – najwyższy z nich wszystkich – miał na sobie pomarańczową kamizelkę. Irreverence prezentował się nieskazitelnie w bieli, a Fortyne z długimi, kasztanowymi włosami związanymi z tyłu olśniewał w fiolecie.
– Książę Luhst mnie odprowadzi – zapewniła go pośpiesznie. – Dziękuję ci za pomoc, Bill. Obawiam się, że muszę już iść. – I zwracając się do Luciena, rzuciła gorączkowo: – Oni nie mogą mnie tu zobaczyć!
– To oczywiste. – Skinął głową. – Za mną, moja droga. Mój powóz czeka za rogiem. – Szybko pociągnął ją za sobą. Cały czas znajdował się między nią a książętami, więc żaden z nich jej nie zauważył.
Kiedy znaleźli się w środku, Chastity z ulgą wypuściła powietrze i zdjęła czepek, nagle zrobiło jej się bardzo gorąco.
– Zawieź mnie, proszę, do Mayfair. Stamtąd pojadę do Rath Hall.
Książę tylko się roześmiał w odpowiedzi.
– Mowy nie ma, najsłodsza. Nie spuszczę cię z oczu, dopóki osobiście nie oddam cię pod opiekę Doriana.
– Nie możesz tego zrobić! Nie wolno mi być z tobą sam na sam w powozie. Pomyśl o mojej reputacji.
Lucien wzruszył ramionami, zapukał w ścianę przed nimi i polecił woźnicy, że ma jechać do Rath Hall.
– Twój brat z pewnością zrozumie, że przy mnie jesteś bezpieczniejsza, niż włócząc się sama po Whitechapel.
Chastity zaschło w ustach i przebiegł ją lodowaty dreszcz. Kołysanie powozu na nierównej nawierzchni tylko wzmagało jej niepokój, a koła terkotały nieznośnie głośno. Jeśli Dorian się dowie, że od miesięcy samotnie wymykała się do Whitechapel… że pracowała sam na sam z lekarzem bez uprawnień… że narażała swoje bezpieczeństwo, chodząc po ciemnych zaułkach…
Wówczas będzie mogła porzucić wszelką nadzieję na dokończenie badań, którym poświęciła tyle lat. Pożegnać się z marzeniem o zdobyciu uznania w środowisku naukowym i podzieleniu się swoimi spostrzeżeniami z jak największą liczbą szpitali, żeby uchronić przed infekcjami niezliczone rzesze pacjentów.
Do Rath Hall była godzina drogi, tyle czasu miała na przekonanie Luciena, żeby nie mówił o niczym jej bratu. Godzinę sam na sam z nim, w ciasnej przestrzeni powozu. Godzinę wdychania zapachu jego skóry, goździków i drzewa sandałowego.
Na samą tę myśl przeszył ją gorący dreszcz.
Ten mężczyzna był uosobieniem upadku.
Wysoki, o doskonale umięśnionym ciele. Z anielskimi oczami największego grzesznika, jakiego kiedykolwiek poznała. I złocistymi puklami, które aż się prosiły, by odgarnąć mu je z oczu.
Na miłość boską, o czym ona w ogóle myślała? Przecież od lat nie była już w nim zakochana.
Żeby ukrócić te niedorzeczne fantazje, musiała sobie przypomnieć, dlaczego był taki rozchełstany – właśnie spędził noc w ramionach innych kobiet. Czuła nawet na nim ich perfumy. Ktoś inny – zapewne nie jedna kobieta – całował te pełne wargi, wodził palcem po kościach policzkowych i wyraźnie zaznaczonej żuchwie.
Nie ona.
To nigdy nie będzie ona.
– Powiesz mu, gdzie mnie znalazłeś? – spytała.
– To zależy.
– Od czego?
– Od tego, co tam robiłaś.
Objęła się ramionami.
– Nie mogę ci powiedzieć.
– Wobec tego czuję się zobowiązany powiadomić Doriana.
– Dobrze! Już dobrze. – Westchnęła głęboko, zbierając się na odwagę. – Asystuję pewnemu lekarzowi w Whitechapel. Wypróbowuję swoje nowe metody zapobiegania zakażeniom i pomagam mu w przygotowaniach do zabiegów, opiece nad pacjentami i tak dalej. W zamian mogę zapisywać wszystkie obserwacje, żeby sprawdzić, czy są podstawy, aby podzielić się swoimi spostrzeżeniami z szerszym gremium.
– Chastity, ty dobra duszo. – Teraz on westchnął. – Mogłem się domyślić, że wpadniesz na coś takiego.
Większość ludzi raczej nie nazwałaby jej dobrą. Przeciwnie, wielu jej nie lubiło i uważało, że jest chłodna i nazbyt zdystansowana.
Ale Lucien patrzył na nią inaczej.
– Proszę, nie mów Dorianowi – dodała.
– Moja droga, chcesz, żebym ukrywał coś przed swoim najlepszym przyjacielem.
– Wiem. Ale wciąż cię o to proszę.
Jego fioletowe oczy zapłonęły.
– Ach, najdroższa. Nie masz pojęcia, jak wiele byłbym gotów dla ciebie zrobić.
Jego ciepły oddech omiótł jej policzek, poczuła na sobie ciężar jego wzroku. Same słowa były niczym czułe muśnięcie dłoni.
Ale zaraz przywołała się do porządku – to był przecież urodzony bawidamek. Uwodziciel. Te wszystkie czułostki nic nie znaczyły, dla niego ona zawsze będzie jedynie siostrą najlepszego przyjaciela.
Mimo to jej zdradzieckie serce zabiło szybciej od samej jego bliskości.
– Ależ, Chastity, musisz mi dać jakiś dobry powód, żebym dla ciebie skłamał – zastrzegł. – Jestem winien Dorianowi lojalność. Nie mogę zdradzić ani jego, ani swoich pozostałych braci w grzechu.
Rozdział 2
Kiedy za oknami powozu coraz wyraźniej malował się zarys Rath Hall, w Lucienie narastał niepokój. Miał nadzieję, że Dorian od razu zaprosi go do gabinetu na szklaneczkę brandy, która ukoi jego potworny ból głowy – mający niewiele wspólnego z wczorajszą rozpustą, za to mnóstwo z piękną kobietą siedzącą przed nim.
Spierali się całą drogę od Whitechapel. Chastity poskarżyła mu się, że szpital w Mayfair wyłącznie dlatego, że jest kobietą, odrzucił jej prośbę o możliwość testowania u nich swojej metody.
Zrobiło mu się żal tej małej lwicy. Ból głowy i mdłości szybko jednak przytępiły zdolność myślenia i teraz, chociaż próbował się skupić, jego uwaga odpływała ku jej wargom. Rozmyślał o tym, jak mogłyby smakować.
Miała taką ładną twarz, z błękitnymi oczami i różanymi ustami… Wielka szkoda, że zgrabną sylwetkę ukrywała pod nudnymi sukniami z długimi rękawami i guzikami zapiętymi pod samą szyję. Jakby ziemia miała się rozstąpić, gdyby odsłoniła choć centymetr skóry. Zawsze wyprostowana niczym struna, często sprawiała wrażenie chłodnej i wyniosłej, wręcz nieczułej. Unikała okazji do poznawania nowych ludzi, twierdziła, że nie potrzebuje przyjaciół, skoro ma swoje książki, swoje badania…
Dobry Boże, czy to jej świętej pamięci ojciec zdołał stłamsić ją tak doszczętnie, że nie zostało w niej nic poza surowością i obsesyjnym zamiłowaniem do nauki? Pamiętał przecież, że jako dziewczynka wspinała się po drzewach i bawiła w piratów, że miała zaraźliwy śmiech i psotny błysk w oku. Wydaje się, że tamtej dziewczynki już nie ma, została pogrzebana pod grubą warstwą fałszywej skrytości i nijakości, którą Chastity nosiła niczym zbroję.
Czasem miał ochotę potrząsnąć nią tak, żeby ta powłoka wreszcie opadła, a Chastity w końcu przypomniała sobie, kim naprawdę jest.
Bo on wiedział, kim jest, tam w środku. Kobietą. Człowiekiem pięknym i spełnionym.
A teraz na dodatek włóczy się po Whitechapel, pracuje z jakimś lekarzem…
Nie, moment! Chyba kac zaczynał ustępować. Szok wywołany jej widokiem w pobliżu Elizjum i zamroczenie po całonocnej libacji sprawiły, że umknęło to, co prawdopodobnie było w tym wszystkim najistotniejsze.
– Był tam ktoś jeszcze prócz ciebie, w gabinecie tego człowieka…? – spytał i popatrzył na nią, mrużąc oczy. – U tego lekarza?
Chastity oderwała wzrok od szyby. Zaraz mieli się zatrzymać przed Rath Hall, a gdy to zrobią, rozmowa dobiegnie końca.
– Dlaczego pytasz? – odparła i poczuła, jak jej pierś gwałtownie unosi się i opada pod szarym spencerem.
– Bo chcę wiedzieć, czy powinienem złożyć mu wizytę i przetrącić kark.
– Nie musisz. Byli też pacjenci.
– Przez cały czas?
– Przez większość czasu. Nie spodziewasz się chyba, że pacjenci z ranami i połamanymi kończynami troszczyli się o moją cnotę.
Stłumił ryk wzbierający gdzieś w głębi gardła i spytał przez zaciśnięte zęby:
– On jest stary? Żonaty? Najlepiej powiedz, że interesują go mężczyźni.
– Jest w twoim wieku. Nie ma żony. Jeśli chodzi o jego upodobania, to nie mam pojęcia.
– Jak się nazywa?
Zmierzyła go wzrokiem i wyprostowała plecy.
– Wydaje się, że żywisz wobec niego nienajlepsze zamiary, a mimo to oczekujesz, że zdradzę ci jego nazwisko?
Wezbrał w nim niewytłumaczalny gniew. Jakaś jego część zastanawiała się nawet, co w niego wstąpiło. Zwykle nie wpadał w złość. Szczycił się tym, że wszystko potrafi obrócić w żart i unika nieprzyjemnych emocji.
– Pełna zgoda co do złych zamiarów – warknął. – Nazwisko, Chastity! Albo powiem Dorianowi.
Wyglądała na zdruzgotaną, a on natychmiast pożałował swojej groźby, ledwo te słowa opuściły jego usta.
– Lucien… – zaczęła.
Nie dał jej dokończyć.
– Jeśli chcesz, żebym zachował twój sekret, musisz mi powiedzieć, z kim mam do czynienia.
I komu później być może będzie trzeba porachować kości.
– Dobrze. Ale musisz obiecać, że nie zrobisz mu krzywdy.
– Tego obiecać nie mogę.
– Nie masz powodu źle mu życzyć! Zawsze jest dżentelmenem.
Dżentelmen… ktoś, kim Lucien nie bywał nigdy.
Nozdrza mu się rozszerzyły, zęby zazgrzytały. Co w niego wstąpiło? Troszczył się o nią, to oczywiste. Na Boga, to młodsza siostra Doriana.
Powóz się zatrzymał. Za oknem wyrastała ciemna gotycka rezydencja księcia Rath, niemal całkiem przesłaniając niebo i kradnąc popołudniowe światło. Kamerdyner i służba ustawili się w szeregu przed łukowym wejściem zdobionym rzeźbieniami.
– Nazwisko – zażądał raz jeszcze Lucien.
Żwir chrzęścił pod butami woźnicy, który podchodził otworzyć drzwi i rozłożyć schodki powozu.
Dorian i Patience mogli się pojawić lada chwila. Potem zjadą się pozostali książęta, żeby jutro wszyscy mogli udać się na przyjęcie do Pryde’a w jego wiejskiej posiadłości. Chastity nie miała wiele czasu i oboje o tym wiedzieli. Powiodła wzrokiem na Rath Hall.
– Przysięgam na swój honor, że powiem Dorianowi – ostrzegł Lucien i w głębi duszy nienawidził siebie za to, że na nią naciskał.
– W porządku – syknęła. – Doprawdy, czasem cię nienawidzę. Nazywa się Brace Sterling.
Lucien puścił do niej oko i w tym momencie woźnica otworzył drzwi, a z rezydencji wyszli Patience i Dorian. Dorian był wysoki, a w jego ciemnych włosach wyraźnie odznaczało się białe pasmo. Do tego miał przeszywające niebieskie oczy, którymi potrafił zmrozić każdego. Był najlepszym przyjacielem Luciena od dzieciństwa, zawsze bezwzględnie lojalny i opiekuńczy, o ostrym intelekcie i jeszcze ostrzejszym języku. Patience, nowa księżna Rath, stanowiła idealne przeciwieństwo Doriana – drobna, złotowłosa piękność o anielskiej twarzy i łagodnym usposobieniu. W jej niebieskich oczach lśniła dobroć, a policzki promieniały pierwszymi oznakami ciąży.
Lucien ponownie zwrócił się do Chastity.
– Człowiek Thorne’a Blackmore’a? – chciał się upewnić. – Jego wspólnik, bliski przyjaciel, którego Blackmore nazywa bratem?
– Tak – potwierdziła z dumą, co jeszcze bardziej go rozdrażniło.
Połamanie kości osobie tak blisko powiązanej z Blackmore’em mogłoby znacząco skomplikować sprawy. Przede wszystkim prawdopodobnie oznaczałoby dla Luciena zakaz wstępu do Elizjum. Ale, choć lubił odwiedzać to miejsce, w którym można było zaznać wszelakich rozkoszy, jakoś by to zniósł. Honor Chastity był ważniejszy.
Ale pozostawała jeszcze jedna kwestia – Sterling naprawdę był zdolnym lekarzem i z tego, co Lucien słyszał, robił w Whitechapel wiele dobrego. Szkoda byłoby skrzywdzić kogoś, kto pomagał ludziom.
Psiakrew, ta kobieta doprowadzi go do zguby.
– Lucien? – zawołał Dorian, kiedy podchodząc do powozu, zauważył, że przyjaciel wciąż nie wysiada. – Wszystko w porządku?
– Jeszcze nie skończyliśmy tej rozmowy – warknął Lucien.
Chastity zacisnęła wargi w cienką kreskę.
– Świetnie – rzuciła i wysiadła z powozu.
– Chastity! – zawołała zaskoczona Patience.
Dorian zmarszczył brwi i przez okno powozu zgromił Luciena wzrokiem. Ten wysiadł tuż za Chastity, a każdy krok odbijał się nieznośnym echem w jego pulsującej bólem głowie.
– Co robiłaś sama z Lucienem? – Jej brat żądał wyjaśnień.
Kobieta żachnęła się lekko, choć policzki jej płonęły.
– Nieraz bywałam sama z Lucienem. Dorastaliśmy razem.
– W zaciszu naszego domu – warknął Dorian. – Jeśli ktokolwiek was widział w Mayair…
Lucien próbował załagodzić sytuację jednym ze swoich rozbrajających uśmiechów.
– Zobaczyłem ją, jak chodziła po sklepach przy Bond Street – wyjaśnił – i zaproponowałem, że podwiozę ją do domu. I tak jechałem w tę stronę.
– Bond Street! – wykrzyknął Dorian. – Najruchliwsza z ulic Mayfair!
– Nikt nas nie widział – zapewnili go chórem Chastity i Lucien.
– Na pewno?
Chastity westchnęła.
– Dorianie. Jestem starą panną. Nawet jeśli ktoś nas zobaczył, to nikt nie dba o moją reputację na tyle, żeby zrobić z tego skandal. Poza tym wszyscy wiedzą, że Lucien to bliski przyjaciel rodziny.
– Nawet jeśli jesteś starsza niż większość panien na wydaniu, niezamężna kobieta zawsze naraża się na niebezpieczeństwo – upierał się Dorian. – Wszyscy łakną plotek. I każdy tylko wypatruje skandalu. Po co w ogóle pojechałaś na zakupy? Przecież stroje cię nie interesują.
– Potrzebowałam paru rzeczy na przyjęcie u Pryde’a – skłamała.
– Jakich rzeczy? – dociekał Dorian, mrużąc oczy.
– Ach, mój drogi, daj już spokój. Zapewne jakichś kobiecych drobiazgów – wtrąciła się Patience. – Prawda, szwagierko?
Dorian jeszcze bardziej się skrzywił i odwrócił od niej wzrok.
– W rzeczy samej – potwierdziła Chastity. – Kobiecych drobiazgów.
– W życiu nie słyszałem, żebyś mówiła o czymkolwiek kobiecym! – ryknął Dorian. – I dlaczego nikt ci nie towarzyszył? Gdzie była twoja przyzwoitka?
– Chciałam tylko odwiedzić ciocię. I pomyślałam, że przy okazji zajrzę na Bond Street.
– Siostro, powinnaś być ostrożniejsza. – Dorian nieco się uspokoił, kiedy wszyscy czworo skierowali się do wejścia. – Próbuję tylko cię chronić. Jesteś pewna, że nikt cię nie widział samej w jego towarzystwie?
Lucien poczuł się urażony tam, jak Dorian kąśliwie zaakcentował „jego”.
– Czyżby przemawiał przez ciebie strach, że gdyby ktoś nas widział, to musiałbym poślubić twoją siostrę?
Dorian rzucił mu przez ramię piorunujące spojrzenie.
– Lucien, każdy, tylko nie ty. Nigdy się z nią nie ożenisz ani jej nie dotkniesz. I nawet nie waż się na nią spojrzeć w niestosowny sposób.
To zabolało.
Lucien zerknął na Chastity, która obok niego wchodziła do domu. Ona za to nie wydawała się ani trochę urażona. Plecy miała proste i patrzyła przed siebie, wyglądała jak chodzący posąg, doskonałe ucieleśnienie kobiecego wdzięku.
– Tylko nie ja… – mruknął pod nosem.
– Chodź, Chastity. – W holu Patience wzięła ją pod ramię. – Pójdziemy do twojego laboratorium i opowiesz mi o postępach w swoich badaniach… i o tym, co sobie kobiecego kupiłaś!
Kiedy obie się oddaliły, Dorian zaprowadził Luciena do swojego gabinetu. Nalał im obu po kieliszku brandy, a Lucien przyglądał mu się bacznie, nagle zapominając o bólu głowy.
– Mówiłeś poważnie? Że każdy tylko nie ja?
Dorian spojrzał na niego zaskoczony, podając mu trunek.
– Naprawdę wciąż o tym rozmawiamy?
Lucien upił łyk.
– Najwyraźniej. Chciałbym się dowiedzieć, co jest ze mną nie tak. Znam was dwoje od dzieciństwa, właściwie odkąd pamiętam. Jestem twoim najlepszym przyjacielem. Znam ciebie i Chastity lepiej niż ktokolwiek inny. Z wyjątkiem Patience, oczywiście. Do diabła, Dorianie. Pomogłem ci zatuszować morderstwo i nie pisnąłem ani słowa. Jestem księciem, tak samo jak ty, i śmiem twierdzić, że dysponuję majątkiem niewiele mniejszym od twojego. Dlaczego więc nie ja?
Dorian zamrugał, wyraźnie skonfundowany.
– Dlaczego tak cię to dotknęło? Chcesz się ożenić z Chastity?
– Nie. Nie, ale trochę mnie ubodło to „każdy tylko nie ty” i chciałbym wiedzieć, co we mnie znajdujesz aż tak odrażającego.
Twarz Doriana złagodniała.
– Lucienie, nie przepuścisz żadnej kobiecie. Całe życie spędzasz w Elizjum, w sezonie uganiasz się za debiutantkami i wdówkami, a na letnisku tarzasz się w sianie ze służącymi. Na moim miejscu też byś nie chciał, żeby twoja siostra cierpiała przez jakiegoś lowelasa, prawda?
Ta łagodność w tonie przyjaciela zabolała go bardziej, niż gdyby na niego nawrzeszczał albo wymierzył mu cios, jak by to zrobił w czasach sprzed Patience.
I Lucien musiał mu przyznać rację, choć bardzo tego nie chciał. Niestety, jego życie było jedną wielką kompromitacją. Był zepsuty do szpiku, nadawał się tylko do jednego.
Uwodzenia.
Chastity zasługiwała na kogoś lepszego.
– Dorianie, wiesz, że bym jej nie skrzywdził. Nigdy.
A Dorian z zadowoleniem pokiwał głową i w tym momencie ktoś energicznie otworzył drzwi i do gabinetu wtoczyli się pozostali bracia w grzechu. Wyglądali na zmęczonych po całonocnej hulance, ale wciąż dopisywały im humory.
– Rath – przywitał się Eccess, klepiąc Doriana po plecach. – Brakowało nam cię wczoraj…
– Zdaje mi się, że jego noga więcej w Elizjum nie postanie – odezwał się Fortyne. – Nasz przyjaciel nie ma już w sobie gniewu.
– Racja – przytaknął Enveigh. – Twoja żona dokonała cudu.
– Kogo to obchodzi? – rzucił nonszalancko Irreverence i padł na kanapę, rozciągając ramiona na jej oparciu i krzyżując nogi w kostkach. – Najważniejsze, że my nigdy się nie zmienimy, prawda, Lucienie?
Książę Luhst zaśmiał się w odpowiedzi, ale nie zabrzmiało to szczerze. Trochę zazdrościł Dorianowi jego przemiany. Wewnętrznego spokoju i zadowolenia, jakim emanował. Lucien widywał go takim tylko w rzadkich chwilach dzieciństwa, zanim ojciec zniszczył w nim tamtego wrażliwego, emocjonalnego chłopca.
Jak by wyglądało jego własne życie, gdyby nie rządziła nim wiecznie niezaspokojona potrzeba fizycznej bliskości? Gdyby stał się wolnym człowiekiem? Kompletnym i spełnionym, jak Dorian?
Nie umiał sobie tego nawet wyobrazić.
Nie, to nie było dla niego. On by się w tym nigdy nie odnalazł.
– Racja – przytaknął. – My się na pewno nie zmienimy.
Dorian nalał wszystkim brandy, a panowie się rozsiedli i poczęli wymieniać nowiny.
– Ale Dorian owszem, on już się zmienił. – Pryde nagle wrócił do tematu. – Wkrótce zostanie ojcem. I mnie również niech będzie wolno porzucić obowiązek pozostania takim samym, bo niedługo i ja będę musiał się ożenić.
– Zezwalamy… – zapewnił go Irreverence.
– Oczywiście. Musisz podtrzymać swoją dumną dynastię, bo inaczej oszalejesz – dodał Eccess z przekąsem.
– W przeciwieństwie do Luciena – dorzucił Enveigh.
Na myśl, że miałby mieć dziecko, Lucien poczuł ścisk w żołądku.
W jego pamięci po dziś dzień niczym grzmoty huczały wściekłe krzyki matki… „Należało cię wyskrobać, tak jak tego chciałam. Nigdy nie zamierzałam sprowadzać na świat kolejnego szkodnika z rodu Luhstów”.
Enveigh miał rację. Jak Lucien miałby kiedykolwiek wziąć odpowiedzialność za drugiego człowieka? Za żonę, dziecko. Był szkodnikiem. Tylko by tę niewinną istotę zepsuł, dokładnie tak, jak sam został zepsuty przez swoich rodziców. Udowodniłby raz jeszcze – sobie i wszystkim – jak niewiele jest wart. Czy można było oczekiwać czegokolwiek innego od kogoś pozbawionego moralności?
Lucien zaśmiał się i dopił brandy.
– Jak ty mnie dobrze znasz. – A zaraz potem cicho, tak, że tylko Dorian go usłyszał, dodał: – Mnie nie musisz się obawiać, jeśli chodzi o Chastity. „Chronimy rodziny braci jak swoją własną”.
Drugi punkt ich credo, które podpisali którejś szalonej nocy w Elizjum. To credo było święte. Cokolwiek by się w ich życiu wydarzyło, credo było tą jedną rzeczą, w której w głębi duszy wszyscy byli zgodni.
– Oczywiście, Lucienie – zapewnił go łagodnie Dorian. – Wiem, że mogę ci ufać.
Tylko czy chroniąc tajemnicę Chastity, Lucien nie łamał zasady o wzajemnej ochronie rodzin?
Nie, to nic takiego. Cóż znaczy jedno białe kłamstewko dla przyjaźni takiej jak ich?
Poza tym on naprawdę zamierzał chronić Chastity jak własną…
No właśnie: własną… co?
Rozdział 3
Drzwi otworzyły się z impetem i uderzyły w ścianę, a na podłogę posypały się odpryski tynku.
Chastity i Patience, siedzące na kanapie przy stoliku kawowym, poderwały się zaskoczone. Kartki, które Chastity trzymała w dłoni, rozsypały się dookoła, gdy odwróciła się i spojrzała na intruza. Zdjęła okulary, żeby lepiej go widzieć.
Lucien rozglądał się w pijackim amoku, nieporadnie próbował schować koszulę do bryczesów. Wargi miał nabrzmiałe i lśniące, złote loki w nieładzie, przez co wyglądał jeszcze bardziej nonszalancko i zawadiacko. Frak zwisał niedbale z jednego ramienia, a kamizelka była rozpięta. Nie pojmowała, jak będąc w takim stanie, potrafił wciąż wyglądać niczym wcielenie Apolla.
– O. – Uśmiechnął się szeroko i przymknął powieki. – Witam szanowne panie.
Ktoś przemykał korytarzem za jego plecami. Pomywaczka, która czyściła kominki i sprzątała w laboratorium Chastity. Maisie! Dziewczyna była zarumieniona, wargi miała nabrzmiałe i czerwone, ale ciągle błąkał się na nich uśmiech zadowolenia. Mijając otwarte drzwi, z poczuciem winy spojrzała przelotnie na Chastity i szybko pobiegła dalej.
Wielkie nieba, czy on właśnie…
– Co ty wyprawiasz? – oburzyła się Chastity, zrywając się na nogi i rzucając na kanapę pozostałe strony ostatniej pracy Patience.
– Wybaczcie. – Rozejrzał się i położył dłonie na biodrach. Koszula nadal marszczyła się na jego wydatnych mięśniach. – Myślałem, że to moja komnata.
– Twoja komnata jest w zachodniej wieży – wycedziła przez zęby. – Jesteś w wieży wschodniej, gdzie mieszkam i gdzie mam swoje laboratorium.
Patience również wstała, a kartki, które trzymała w dłoni, starannie odłożyła na kanapę.
– Książę najwyraźniej nie domaga. Może powinien się położyć?
– Czuję się wyśmienicie! – zawołał i uśmiechnął się jeszcze szerzej. Zaczął przechadzać się po pomieszczeniu.
Laboratorium znajdowało się we wschodniej wieży ze względu na duże nasłonecznienie. Niemal połowę ściany zajmowały ołowiane okna witrażowe w romby. Aby w pełni wykorzystać światło, duże stoły robocze ustawiono pod samymi oknami. Leżały na nich przeróżne przyrządy – termometry, hydrometry, zlewki, kolby i menzurki – a także piętrzyły się stosy naukowych periodyków. W rogu, starannie zakryty, stał jej najcenniejszy dobytek: składany mikroskop, który zdobył dla niej Dorian dzięki swoim kontaktom w Towarzystwie Królewskim.
Lucien przechadzał się od stołu do stołu, wszystkiemu się przyglądał, cały czas chwiejąc się lekko i wykonując zamaszyste gesty, co chwilę brał do ręki a to jakąś buteleczkę, a to menzurkę.
– Lucienie, proszę cię, uważaj! – Chastity przyglądała się temu ze zgrozą.
Bóg jej świadkiem, mogłaby go rozszarpać! Czy można być aż tak nienasyconym? Po całonocnej rozpuście, gdy tylko przekroczył próg Rath Hall, musiał dopaść pomywaczkę i ją uwieść. A teraz jeszcze miał czelność bezceremonialnie wtargnąć do jej laboratorium, świątyni, w której czuła się bezpiecznie i pewnie, jakby chciał dosadniej zagrać jej na nosie.
– Książę – zwróciła się do niego ponownie Patience, tonem nadal spokojnym, acz stanowczym. – Jesteś zaufanym przyjacielem rodziny, ale wiem dobrze, czego dopuściłeś się wobec Maisie. Jeśli nie przestaniesz uwodzić pracującej w tym domu służby, powiem o wszystkim Dorianowi. A wtedy on cię zabije.
Lucien zaśmiał się krótko i przelotnie spojrzał na Chastity. Wziął do ręki kolbę z octem, jedną z substancji, które testowała pod kątem zmniejszania ryzyka zakażenia ran.
– Marie… to znaczy…Mona…
– Maisie! – Chastity nie wytrzymała.
– Maisie była bardzo smutna. – Machnął ręką, w której trzymał naczynie. – I nie było nikogo, kto mógłby ją pocieszyć.
Kolba wypadła mu z dłoni i roztrzaskała się o podłogę w drobny mak. Głośny huk na moment ogłuszył Chastity, a powietrze wypełnił ostry zapach czystego octu.
– O nie! – Patience zasłoniła usta. – Och, niedobrze mi, muszę… – Wybiegła, jedną dłonią wciąż zasłaniając usta, a drugą trzymając się za brzuch.
– Psiakrew… – Lucien patrzył tępo na odłamki na podłodze i kałużę octu u swoich stóp. – Przepraszam cię, Chastity!
Padł na kolana i zaczął zbierać kawałki szkła. Chastity przeszył strach. Nie, proszę, żadnych skaleczeń… Widok brata, który jako dziecko wyłonił się ze szklarni cały poraniony, na zawsze wypalił się w jej pamięci.
– Lucienie, zostaw to – rzuciła ostrym tonem i z szafki pod jednym ze stołów wyjęła kilka lnianych szmatek, których używała do czyszczenia przyrządów. – Proszę cię, nie ruszaj tego.
Ale nie posłuchał. Kiedy ona wycierała ocet i zgarniała szmatką odłamki, on zbierał je gołymi rękami i rzeczywiście po chwili ocet zabarwił się krwią.
Chastity na moment zastygła w panice. Znów miała przed oczami rany na nadgarstkach i dłoniach Doriana, krew, która wypływała z jego ciała nieprzerwanym strumieniem… I to, co było potem, kiedy lekarz zaszył rany, zakażenie… dni wypełnione czekaniem, aż gorączka zabije jej brata, który próbował tylko ją chronić…
Modlitwy, żeby przeżył.
– Lucienie! Ty krwawisz! – Szybko oprzytomniała i wyrzuciła szmatki do kubła na odpady. Zdrętwiałymi dłońmi podsunęła kubeł rannemu księciu, żeby też wrzucił do niego odłamki, które trzymał w ręce. – Pokaż mi to. – Podała mu rękę, pomagając wstać.
Skaleczył się w lewą dłoń, którą teraz trzymała w swojej. Była duża, z długimi palcami. Dotykanie jego skóry było jak dotykanie ognia – ekscytujące. Niebezpieczne.
I groziło poparzeniem.
Gwałtownie wciągnął powietrze i cofnął dłoń.
– Nic mi nie jest. To nic wielkiego.
– Krew to zawsze jest coś wielkiego – warknęła z zaskakującą nawet dla niej samej złością. Wszystko w tej sytuacji wydawało się zbyt znajome. I nie zamierzała być powodem, dla którego kolejny człowiek będzie musiał walczyć ze śmiertelną infekcją, jeśli mogła temu zapobiec. Zwłaszcza jeśli tym człowiekiem miał być Lucien. – Pozwól mi to obejrzeć – powiedziała z naciskiem i znów ujęła jego dłoń, żeby dokładnie się jej przyjrzeć.
Skaleczenie było niewielkie, na kłębie kciuka, i tylko lekko krwawiło. Odetchnęła z ulgą.
– To płytka rana – oznajmiła. – Szybko się zagoi, jeśli nie dojdzie do zakażenia… Zadbam, żeby nie wdała się infekcja, jak u Doriana.
Uniósł brwi.
– Niby jak?
Wielkie nieba, wciąż trzymała go za rękę. Podniosła wzrok i patrząc mu w oczy, natychmiast zatraciła się w bezkresnym błękicie i odcieniach fioletu pod długimi jasnymi rzęsami.
Weź się w garść! – upomniała się w myślach.
A na głos prychnęła.
– Usłyszałeś choć słowo z tego, o czym mówiłam w powozie?
– Wybacz, moja droga. To na pewno było fascynujące, ale po nocy w Elizjum niezbyt nadaję się do wysłuchiwania wykładów naukowych.
Westchnęła, wypuściła jego dłoń i podeszła do stołu poszukać alkoholu.
– Tak, oczywiście, to całkiem zrozumiałe… – mruknęła, przesuwające wzrokiem po fiolkach, buteleczkach i kolbach. – Zgłębiałam akurat pracę doktora Edwarda Jennera o szczepieniu. I kiedy czytałam o jego pomyśle, żeby zapobiegać ospie poprzez wprowadzanie do organizmu określonych substancji, przyszło mi do głowy, że być może w podobny sposób moglibyśmy zapobiegać także innym dolegliwościom, na przykład zakażeniom ran.
– Mów dalej, skarbie. To tylko teoria, prawda?
– Tak – przyznała pośpiesznie. Znalazła kolbę ze spirytusem i odwróciła się do niego. – Ale jak na razie z moich obserwacji wynika, że dbanie o czystość wydaje się zmniejszać ryzyko wystąpienia u pacjentów gorączki. Dlatego badam różne metody oczyszczania ran.
– Rozumiem… – Nagle popatrzył na kolbę w jej dłoni z zaciekawieniem, którego dawno u niego nie widziała. – Badania doktora Jennera nad ospą były fascynujące. Mam nadzieję, że twoje odniosą równie wielki sukces.
Podeszła do niego bliżej, poczuła, jak oddech jej przyśpiesza, ale zebrała się w sobie i oznajmiła:
– Dawno temu twój umysł fascynowała nauka. Szkoda, że tak go marnujesz. Lucienie, te hulanki i rozpusta cię wyniszczają.
– Daj spokój. Wszyscy kiedyś umrzemy.
Wzięła świeżą szmatkę.
– Ale twoje „kiedyś” jeszcze długo nie nadejdzie, jeśli tylko mogę temu zaradzić. Pamiętasz, jak było z Dorianem, kiedy się wydostał z tamtej szklarni?
W jednej chwili jego twarz stała się nieskończenie poważna.
– Trudno zapomnieć, że mój najlepszy przyjaciel prawie umarł z gorączki.
Odkorkowała szyjkę i w nozdrza uderzył ją ostry zapach alkoholu.
– Otóż to. Tamten lekarz, który opatrywał Doriana… Gdyby tylko odpowiednio oczyścił narzędzia i jego rany… Wyniki moich badań wskazują, że ryzyko zakażenia znacząco by wówczas spadło.
Lucien zmarszczył brwi, wpatrując się w nią bacznie swoimi fiołkowymi oczami.
– To dlatego się tym zajmujesz?
Gdyby go nie znała, mogłaby uznać zdumiony, ciepły wyraz jego twarzy za przejaw podziwu.
Tylko że Lucien, książę Luhst, nigdy nie mógłby podziwiać kogoś takiego jak ona. Sawantka i stara panna. Zapewne po prostu docenia, że postanowiła mu pomóc uniknąć zakażenia.
Przechyliła kolbę, nasączyła szmatkę spirytusem i z powrotem zamknęła naczynie korkiem.
– Tak. – Znów wzięła go za rękę. Wielkie nieba, jego dłoń była dwukrotnie większa od jej własnej. – Może zapiec – uprzedziła. – Wybacz.
Ostrożnie i delikatnie przesunęła szmatką po skaleczeniu. Usłyszała, jak gwałtownie nabiera powietrza.
– Wybacz – powtórzyła.
Boże drogi, jego skóra w miejscu, gdzie jej dotykała, emanowała czymś niespotykanym. Przez ciało Chastity przetoczyła się ciepła, łaskocząca fala. To było odurzające. Nawet jego wzrok czuła jak dotyk, wypełniał ją ciepłem, lekkością. Kiedy podniosła głowę, w jego oczach zobaczyła błysk czegoś, czego nie potrafiła nazwać.
– To moja wina – przypomniał jej. – Nie przepraszaj, skarbie.
Skarbie… Tak czule się do niej zwracał, niewątpliwie jak do wszystkich kobiet. Dopiero co pewnie tak samo pieszczotliwie szeptał do Maisie.
Ale ona nie była jego skarbem i nigdy nie będzie.
Owszem, kiedyś miała na to nadzieję, dawno temu, kiedy była głupią, nastoletnią trzpiotką, a on czarującym młodzieńcem. Kiedy myślała jeszcze, że uwaga, którą jej poświęca, może być czymś więcej niż przyjaźnią, kiedy miała nadzieję… Aż ta nadzieja legła w gruzach, a ona poczuła się okrutnie oszukana, gdy zza rogu zobaczyła go całującego się z inną dziewczyną.
Wtedy raz na zawsze wybiła sobie z głowy niemądre zauroczenie Lucienem.
Pośpiesznie starła resztę krwi szmatką nasączoną spirytusem, a potem kolejnym kawałkiem tkaniny owinęła ranę. Pilnie musiała przestać go dotykać, jakkolwiek to było przyjemne. Dotykanie go przypominało jej o dziewczynie, którą już nigdy nie będzie.
Gdy skończyła, wymamrotał podziękowania, a ona podeszła do okna i otworzyła je, żeby wywietrzyć zapach octu. Świeże, chłodne powietrze przewietrzyło również jej głowę i wypędziło z niej myśli o nim. Potem wróciła do sprzątania szkła i octu z podłogi.
– Lucienie, uniknąłbyś tego wszystkiego, gdybyś nie nadużywał alkoholu i nie sypiał z kim popadnie.
– Z obiema tymi rzeczami mogę w każdej chwili skończyć – zapewnił ją ze śmiechem i klęknął obok, żeby jej pomóc. – Za to ty, gdybyś tylko poświęciła swojemu życiu towarzyskiemu tyle samo czasu i pracy, ile poświęcasz swoim badaniom, nie musiałabyś w wieku dwudziestu ośmiu lat spędzać wieczorów samotnie, otoczona tylko swoimi przyrządami.
Zabolało ją to, ale nie dała tego po sobie poznać. Zebrała się w sobie i nawet spojrzała mu w oczy, choć czuła już, jak łzy pieką ją pod powiekami.
– Być może masz rację. Ale ja przynajmniej mam jakiś cel. A ty co masz, poza piciem i rozpustą?
Rozdział 4
Jej słowa ubodły go do żywego. Odchylił się nawet, jakby wymierzyła mu policzek. Miał ochotę zaatakować ponownie, obronić się jakoś, ale w głębi duszy wiedział, że miała rację.
Nie da się ukryć, że był pijany… a potem rozbił jej to szklane naczynie, niemal wywołał wymioty u ciężarnej, a na koniec Chastity musiała wszystko posprzątać. I wtedy o to spytała…
Dobre pytanie: co on miał?
Tylko samotność i pustkę.
Chastity, Dorian i pozostali książęta grzechu – wszyscy kiedyś przekonają się, co skrywa w swoim wnętrzu…
Nic.
Oczywiście, że mógłby skończyć z rozpustnym życiem. Nie był zwierzęciem, był człowiekiem. W pełni zdolnym do kontrolowania swoich popędów. Tylko… kiedy oplatały go kobiece nogi, kiedy przyciskało się do niego inne ciało i oboje drżeli z rozkoszy, czuł, że coś znaczy. Że nie jest sam.
Spółkowanie nie zniewalało go tak, jak niektórych mężczyzn zniewalało opium. Albo Eccessa zniewalał alkohol.
Nie.
Jemu nic nie dolegało.
To Chastity miała problem, nie umiała przestać się chować za swoimi szklanymi fiolkami i używać swojej inteligencji jako wymówki, żeby unikać poznawania kandydatów na męża.
Ból, który dostrzegł w oczach Chastity, gdy jej to wytknął, sprawił, że się wzdrygnął i chciał przeprosić. Już nawet otworzył usta, żeby to zrobić, ale wtedy ona tak energicznie zamoczyła szmatkę w wiadrze z wodą, że kilka kropel prysnęło mu w twarz.
– Wiesz, co myślę? – spytał zamiast przeprosin i wstał, kiedy ona znów zanurzyła ściereczkę w wodzie. Przyglądał się, jak wyżyma ją zwinnymi dłońmi. – Myślę, że całe twoje naukowe ambicje to jedynie próba odwrócenia uwagi od tego, że potrafisz znaleźć sobie męża.
Odwróciła się do niego, oczy miała wielkie, a twarz napiętą niczym maska, ale policzki jej płonęły.
Teraz przesadził.
Odstawiła wiadro na stół i wrzuciła do niego szmatę, tym razem szczodrze ochlapując mu twarz. Otarł mokre policzki, woda miała octowy zapach.
Jednym krótkim krokiem pokonała dzielący ich dystans. Była zimna i władcza, jak Królowa Śniegu.
– Odwracaniem uwagi jest raczej twoje wieczne uganianie się za kobietami. Jesteś żałosny, Lucienie! Nawet przy służącej najlepszego przyjaciela nie umiesz się pohamować. I to po nocy spędzonej w Elizjum!
Patrzył w jej niebieskie oczy, lśniące lodowym blaskiem.
A ona zaśmiała się i wolno pokręciła głową.
– Założę się, że miesiąca byś nie wytrzymał, żeby nie położyć się do łóżka z kimkolwiek.
– Też coś, nie miałbym z tym najmniejszego problemu – prychnął.
– Doprawdy? I nie tylko bez stosunku płciowego, ale nawet bez samozaspokojenia?
„Samozaspokojenie” i „stosunek płciowy” brzmiały w jej ustach nader intrygująco. Wyobraził sobie jej ponętne wargi czerwone od pocałunków… Opuścił wzrok na drobne piersi pod szarą muślinową sukienką z kołnierzykiem sięgającym podbródka. Jakże miły dla ucha byłby to dźwięk, gdyby tak rozedrzeć ten paskudny materiał i uwolnić jej piękne ciało od ubrania, które ją postarzało i czyniło niewidzialną.
– A cóż ty możesz wiedzieć o tych sprawach, droga Chastity? – spytał, podchodząc jeszcze bliżej.
Widok jej rozszerzonych źrenic, pochłaniających większość szafirowych tęczówek, słodkich warg rozchylających się ze zdumienia i piersi unoszącej się coraz gwałtowniej pod suknią godną guwernantki napawał go satysfakcją.
– Czytam książki – oznajmiła. – Doskonale się orientuję, czym jest miłość cielesna. Znam anatomię męską i kobiecą, włącznie z narządami płciowymi, i wiem, co zachodzi między kobietą a mężczyzną.
Oczywiście, że wie, jak mogłaby nie wiedzieć. Być może nie znał jej aż tak dobrze.
Pomyśleć, że czytała książki o spółkowaniu, studiowała męską i kobiecą anatomię w podręcznikach medycznych i mogłaby mu udzielać instrukcji… W tych swoich binoklach i z tą surową miną… Aż on stałby się tym, który jako pierwszy przebije się przez jej twardy pancerz i sprawi, że Chastity się rozpadnie, będzie się wić i straci kontrolę… Rozgrzane do czerwoności pożądanie wzburzyło krew i skumulowało się boleśnie pod bryczesami.
Nie, Lucienie. To Chastity. Siostra Doriana.
Co nie znaczy, że nie wolno mu się z nią trochę podroczyć. Zabawić pomysłem o tym absurdalnym zakładzie.
– Książki – żachnął się. – Kochanie, teoria i praktyka to dwie różne rzeczy. Ja mogę się powstrzymać od praktykowania. Za to ty od czytania raczej nie. Powiedziałbym wręcz, że za jego sprawą zamykasz się na ludzi do tego stopnia, iż wątpię, abyś w ciągu tego letniska poznała choć jedną nową osobę.
Jej wściekłe rumieńce zdradzały, że się z nim zgadza.
– Jeśli ty zdołasz rzucić hulanki, ja mogę porzucić książki – zapewniła go, choć bez większego przekonania. – Na pewno znajdzie się ktoś, z kim da się porozmawiać o nauce…
Otworzyła szerzej oczy, jakby coś sobie uświadomiła.
– Właściwie, to… – Powoli wygięła usta w uśmiechu. – Na przyjęciu Pryde’a będzie pewien dżentelmen, z którym mogę rozmawiać godzinami. – I pod nosem dodała: – O ile zbiorę się na odwagę.
Lucien zmrużył oczy. Kiedy do tego doszło? Nagle w jej życiu pojawia się jeszcze jeden nowy mężczyzna? Nie podobało mu się to, wcale a wcale. Skrzyżował ramiona na piersi.
– Kto to taki?
Znów kucnęła i wróciła do wycierania octu z podłogi, a on patrzył na jej pełne wdzięku plecy, na krągłe i obiecujące pośladki rysujące się pod szarymi fałdami sukni.
– Lord Oliver Evans, hrabia Wardbury.
Zamorduje drania.
– I dlaczego chcesz się zaznajomić właśnie z nim?
Pojęcia nie miał, jak jej się udawało wyglądać tak dostojnie, gdy kucała i wycierała plamę z podłogi. A jednak. Jej plecy pozostawały idealnie wyprostowane. Ramiona opuszczone. Twarz opanowana, jakby piła herbatkę z królową.
– Jest badaczem i lekarzem w Szpitalu Świętego Tomasza. I jednym z dżentelmenów, którzy odrzucili moją ofertę współpracy. Zamierzam go przekonać do zmiany zdania.
Lucien zmrużył oczy. Uczony? Hrabia? Chastity spędzająca czas w towarzystwie nieznanego mu mężczyzny? Nie, zdecydowanie mu się to nie podobało. Ile w ogóle lat miał ten jegomość? Niech Bóg ma go w opiece, lepiej, żeby był po osiemdziesiątce i miał żonę.
Nie. Na pewno nie wepchnie jej tak po prostu w ramiona innego mężczyzny. Musi jak najbardziej utrudnić jej ten zakład. Albo uczynić go na tyle kuszącym, żeby jemu samemu opłacało się zaryzykować. Zaraz, a może da się upiec obie pieczenie…
Pokręcił głową.
– Skarbie, jeśli uatrakcyjnisz mi nieco ten zakład, to jestem gotów go przyjąć.
Teraz ona przyjrzała mu się badawczo.
– A co by go twoim zdaniem uatrakcyjniło?
– Ty… mocno speszona.
Z zadowoleniem patrzył, jak na jej policzki zakrada się rumieniec. Czyli Królowa Śniegu ma jednak trochę ognistej krwi.
– Słuchaj – przekonywał. – Skoro ja mam zrobić coś, co nie będzie mi się podobało… to ty też musisz. Twierdzisz, że nie dam rady zachować wstrzemięźliwości przez trzydzieści dni. A ja twierdzę, że tobie nie uda się zdobyć propozycji małżeństwa.
Chastity zmarkotniała.
– Propozycji małżeństwa?
W życiu na to nie pójdzie. Nie dlatego, że by jej się to nie udało. Każdy mężczyzna byłby szczęściarzem, gdyby mógł ją dostać, a Lucien nigdy nie zdołałby na nią zasłużyć. Ale ona nie wyjdzie ze swojej skorupy i nie będzie się nawet starać kogokolwiek oczarować. Widział ją na różnych balach i przyjęciach. Jest na nich tak nieporadna, jakby miała drzazgę w paluchu.
– Propozycję małżeństwa… – powtórzyła, wciąż wyglądając na zdumioną, aż nagle, ku jego zaskoczeniu, dokończyła: – …od lorda Wardbury.
– Co?
– Może nie każdego zdołałabym przekonać do złożenia mi takiej propozycji, ale założę się, że z nim mogłoby mi się udać.
Nie. Nie, nie. Nie podobał mu się kierunek, w którym to zmierzało.
– On też jest naukowcem. – Chastity najwyraźniej poważnie rozważała taką możliwość. – Tematów do rozmowy nam nie zabraknie. Poza tym, gdybym już była jego żoną, może przekonałabym go, żeby pozwolił mi prowadzić badania we współpracy ze Szpitalem Świętego Tomasza.
Lucien przez chwilę nie mógł wydusić ani słowa.
– O tym nie pomyślałem.
– To ma sens! – Chastity naprawdę zapaliła się do tego pomysłu. Zaczęła chodzić po laboratorium tam i z powrotem. – Masz całkowitą rację. Powinnam umieć się odnaleźć wśród śmietanki towarzyskiej. Nigdy mnie nie interesowało bywanie na salonach, trwonienie czasu na herbatkach z innymi damami i słuchanie plotek. Przyznaję jednak, że umiejętności społeczne są moją słabością. Muszę nad nimi popracować. Podobnie jak ty będziesz musiał popracować nad samokontrolą i abstynencją. – Przerwała i spojrzała na niego. – A gdy już wygram, ty zaś, oczywiście, przegrasz, bo przecież w życiu nie zdołasz przepuścić chętnej damie, a już na pewno nie przez trzydzieści dni, to pomożesz mi opublikować moją pracę w Królewskim Towarzystwie Nauk Przyrodniczych. Twoja rodzina wspiera ich od lat, więc na pewno masz tam sporo do powiedzenia.
Nie wierzył własnym uszom. Chastity żądała, żeby wykorzystał swoje wpływy, aby jej pomóc? Dziewczynie, z którą kiedyś grał w berka, która raz śmiertelnie go nastraszyła, robiąc domowe fajerwerki z proszku metalicznego, i która wyróżniała się taką mądrością, że gdy był chłopcem, kompletnie go tym onieśmielała? Nie do wiary, że był jej do czegokolwiek potrzebny. I oczywiście chętnie by jej pomógł, nawet bez tego zakładu. No, ale skoro już się targowali…
– Wobec tego – zaczął chłodno, patrząc na nią z góry – jeśli ja wygram, spędzisz ze mną noc i będziemy robić, co tylko zechcę. – Wiedział, że się nie zgodzi, ale chciał zobaczyć, jak królowa lodu się peszy, chciał znów ujrzeć ten rozkoszny rumieniec.
A ona zrobiła wielkie oczy i bezwiednie otworzyła usta. I oto on, rumieniec. Zawstydzenie, które tak pragnął ujrzeć. Znał ją aż za dobrze.
Oczywiście, że Chastity nie odważy się próbować kogokolwiek oczarować. Nawet uczonego, któremu miała tyle do powiedzenia. Była bystra, ale w życiu nie uda jej się przekroczyć muru, jaki wokół siebie zbudowała, pozwolić, aby inni zobaczyli ją taką, jaką naprawdę jest.
O tak. On wygra, a ona przegra.
A wtedy, choć będzie go to sporo kosztowało, zachowa się wobec niej jak dżentelmen i na pewno nie wykorzysta okazji. Jej się pewnie wydaje, że będzie chciał ją rozebrać, ale on nigdy nie splamiłby jej honoru w taki sposób. Była siostrą Doriana. A on bez trudu umiał sobie wyobrazić jego gniew, nawet jeśli ostatnio zdawał się mieć go w sobie tak niewiele.
Za nic nie naraziłby swojej przyjaźni z Dorianem, nigdy.
Poza tym wiedział, że Chastity i tak nigdy by się nie zgodziła na tak absurdalny zakład. To wszystko było blefem i oboje o tym wiedzieli. Jednocześnie w jego myśli, całkiem nieproszony, wdarł się obraz jej zgorszonej twarzy, kiedy potajemnie wchodzi do jego sypialni, spodziewając się najgorszego.
Tymczasem skrzyżowała ręce na piersi.
– Lucienie, mówię poważnie. Żadnego współżycia. Żadnego samozadowalania. W ogóle żadnych zmysłowych przyjemności.
– A co, jeśli oboje wygramy? – przyszło mu do głowy. Chyba nie zamierzała się z nim założyć…
– Wtedy oboje dostaniemy swoje nagrody. Naprawdę mi zależy na twoim wsparciu dla mojego projektu.
Roześmiał się i powoli ruszył w jej stronę, oblizując dolną wargę. Możliwe, że nadal był zamroczony alkoholem. A może był do cna zdeprawowany. Tak czy inaczej, nie mógł się oprzeć pokusie. Wyciągnął do niej rękę i aż przeszył go prąd, gdy ją uścisnęła.
Powoli potrząsnął jej dłonią, trzymając ją mocno i patrząc jej prosto w oczy.
– Zakład stoi.
Rozdział 5
Następnego dnia powozy jeden po drugim podjeżdżały pod rezydencję Pryde’a i wysypywali się z nich goście prezentujący najnowszą londyńską modę. Rezydencja była dwupiętrowym pałacem z wysokimi kolumnami i oknami, a otaczał ją piękny, przypominający park ogród pośród łagodnych pagórków i lasów.
Archibald, książę Enveigh, stał obok Luciena oraz Doriana, Patience i Constantine’a, księcia Pryde. Enveigh prezentował się doskonale w ciemnozielonym atłasowym płaszczu prosto spod igły, z wyhaftowanym herbem rodowym przedstawiającym węża. Szare oczy, odznaczające się na tle lekkiej opalenizny i niepasujące swą bystrością do wciąż nieco rozchełstanego wyglądu, wwiercały się w pannę Anne Rose, która w tym momencie, wsparta na ramieniu lokaja, wysiadała z powozu.
– Panny Rose są tego lata wyjątkowo piękne – westchnął.
Lucien parsknął śmiechem, ale sam również zawiesił wzrok na drobnej sylwetce Anne Rose. Była szczuplejszą wersją swojej siostry. I jak wszystkie kobiety w tej rodzinie miała okrągłą, anielską twarz, wysokie kości policzkowe, złociste loki i oczy w niespotykanym odcieniu błękitu.
– Z ust mi to wyjąłeś – mruknął, chociaż bardziej po to, żeby dopiec Dorianowi niż z autentycznym zamiarem uwiedzenia szwagierki swojego najlepszego przyjaciela. Wystarczyło, że uwikłał się w tę przedziwną sytuację z jego siostrą.
Która, nawiasem mówiąc, stała właśnie na dziedzińcu i najwyraźniej postanowiła zrobić z siebie widowisko. Ich spojrzenia na moment się spotkały, kiedy zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę grupki dżentelmenów, samych niebezpiecznie atrakcyjnych kawalerów. Luciena ścisnęło w piersi z troski o tę dziewczynę, choć wiedział, że powinna zacząć się otwierać na nowe znajomości. Pokazać światu, jak piękną jest osobą.
– Ani mi się waż zbliżyć choć na krok do panny Rose – ostrzegł go Dorian, kiedy Patience się oddaliła i meandrując w tłumie gości, skierowała ku swojej siostrze.
– Żaden z was – dodał Pryde, który wyprostowany i majestatyczny przyglądał się przybyłemu towarzystwu z miną króla obserwującego swoich posłusznych dworzan. – Hrabina Rath poprosiła mnie, żebym zaprosił jej siostrę w ramach przysługi, żeby ją przedstawić w wyższych kręgach, z których Rose’owie byli dotąd wykluczani. A ponieważ po części sam się do tego ostracyzmu przyczyniłem, za sprawą wydarzeń wokół domniemanego samobójstwa jej brata, oraz dlatego, że uważam księżną za przyjaciółkę, chętnie przystałem na jej prośbę. Zaprosiłem jednak pannę Rose nie po to, żeby ją ktoś uwiódł i sprowadził na manowce, ale żeby być może znaleźć dla niej męża. Ona zresztą ma już wielbiciela, który specjalnie zmienił plany i postanowił przyjechać, gdy tylko się dowiedział, że będziemy ją gościć.
– To prawda, Patience i ja będziemy musieli jakoś okiełznać zalotników panny Rose – przyznał Dorian i zerkając na Chastity, dodał: – Przynajmniej konkurentami do ręki mojej siostry szczęśliwie nie muszę sobie zaprzątać głowy.
Lucien z trudem oderwał wzrok od Chastity.
– Wasza Gniewność, tylko się z tobą droczyłem – westchnął Enveigh. – Panna Rose należy do rodziny. Podlega ochronie.
Tak jak Chastity.
A jednak Lucien złamał drugą uświęconą przysięgę ich bractwa w grzechu, aby wzajemnie chronić swoje rodziny, i pchał Chastity w sytuacje, w których najprawdopodobniej się ośmieszy. A przede wszystkim, co było chyba jeszcze gorsze, pohańbił ją, ustanawiając dla siebie skandaliczną wprost nagrodę.
Lucien aż się skrzywił, gdy zobaczył, jak Chastity dyga niezgrabnie i zwracając się do mężczyzn, wygina ciało pod dziwacznym kątem. Ci zaś, mimo lekkiej konsternacji, mieli na twarzach maski uprzejmego zaciekawienia.
– Otóż to. – Dorian ucieszył się, że są co do tego zgodni. – Każdy z was może mieć dowolną kobietę poza tymi, które należą do rodziny. Mówię zwłaszcza do ciebie, Wasza Rozwiązłość.
Lucien popatrzył na Doriana piorunującego go wzrokiem i przeszył go dreszcz niepokoju. Na Boga, chyba nie dowiedział się o zakładzie, prawda?
– Słuchajcie… – Spojrzał po twarzach Pryde’a i Enveigha i okazało się, że wszyscy przyglądają mu się badawczo. – Dlaczego nagle tak się na mnie uwzięliście? Czy coś mnie ominęło?
– Patience powiedziała mi o Maisie – przyznał oskarżycielskim tonem Dorian. – Jeśli zaszła w ciążę, zajmiesz się nią i niemowlęciem. Nie pozwolę, aby ktokolwiek wykorzystał moją służącą i zrujnował jej życie. Jako książę nie możesz, rzecz jasna, się z nią ożenić. Ale miej przynajmniej tyle przyzwoitości, by ją utrzymywać.
Pryde odchrząknął, wyraźnie zmieszany. Ten temat niestety zawsze uderzał w czuły punkt. Jego sekret był znany pozostałym książętom, zgodnie z trzecim punktem credo o współdzieleniu wszystkich tajemnic, ale każda wzmianka o nim wywoływała chwilową konsternację i niepokój.
Choć nie tylko u Constantine’a.
Luciena też od zawsze przerażała myśl, że mógłby mieć dziecko. Gdy miało się na koncie niezliczoną liczbę kobiet, nie sposób było się nie zamartwiać, że w końcu któraś uczyni go ojcem. Stosował środki chroniące przed ciążą. Przede wszystkim prezerwatywy, woreczki zrobione z owczych jelit, ale do tego, oczywiście, nigdy nie kończył w środku.
A jeśli chodziło o Maisie, to nawet z nią nie spółkował. Doprowadził ją do rozkoszy palcami, a ona pieściła jego członka ustami, to wszystko.
