Książę Rozpusty - Mariah Stone - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Książę Rozpusty ebook i audiobook

Mariah Stone

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

70 osób interesuje się tą książką

Opis

Czy da się zmienić mężczyznę, który już dawno porzucił wszelkie konwenanse?

Lucien Wrenn, książę Luhst, jest zbyt zepsuty, zbyt cyniczny i zbyt długo żyje według własnych zasad. Bez trudu łamie kobiece serca i nie stroni od skandali. Jest jednak jedna kobieta, której mieć nie powinien – lady Chastity Perrin, młodsza siostra jego najlepszego przyjaciela. I właśnie jej pragnął od zawsze.

Chastity od lat darzy Luciena uczuciem, choć mężczyzna, niegdyś przez nią podziwiany, dawno przestał przypominać troskliwego chłopca z przeszłości. Ona zaś poświęca się nauce i swoim badaniom medycznym, próbując znaleźć miejsce w świecie, który nie chce dopuścić kobiet do głosu.

Wszystko zmienia jeden zakład. Podczas letniego miesiąca pełnego bali i pokus Lucien musi zachować celibat, a Chastity znaleźć narzeczonego. Gdy kolejni kawalerowie zabiegają o względy odmienionej i pewnej siebie Chastity, Lucien po raz pierwszy poznaje smak prawdziwej zazdrości.

Między nimi wybucha uczucie, którego nie sposób już kontrolować. Każde spojrzenie, każdy dotyk i każda kłótnia tylko bardziej ich do siebie zbliżają. Chastity zaczyna dostrzegać w Lucienie coś więcej niż cynicznego rozpustnika, a on po raz pierwszy w życiu pragnie stać się lepszym człowiekiem – godnym ukochanej kobiety.

Kiedy jednak na jaw wychodzi niechlubna historia z przeszłości księcia, a starszy brat Chastity odkrywa prawdę, rozpętuje się prawdziwe piekło.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 339

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 0 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Klaudia Bełcik

Oceny
4,3 (107 ocen)
60
27
13
7
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
mater0pocztaonetpl

Całkiem niezła

Polecam
00
kolomi59

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam .
00
lusiast

Nie oderwiesz się od lektury

Zdecydowanie polecam . Romans tradycyjną dozą historycznych niuansów . Czyta się dobrze .Zaraz zabieram się za następny tom.
00
Pawel15

Całkiem niezła

ok
00
Magga59

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00

Popularność




Fragment

Ty­tuł ory­gi­nału: Duke of Luhst

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Edyta Stęp­kow­ska

Co­py­ri­ght © Ma­riah Stone, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Qam­ber De­si­gns and Me­dia. Co­py­ri­ght © Stone Pu­bli­shing.

Ad­ap­ta­cja okładki: Mar­cin Sło­ciń­ski

Re­dak­cja: Ma­ria Za­jąc

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8098-962-6

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Gyl­den­dal A/S Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.fi

Epi­graf

„Ko­cha­łem ko­biety, na­wet do sza­leń­stwa, ale za­wsze bar­dziej ko­cha­łem wol­ność”.

au­tor nie­znany*

„Je­dy­nym spo­so­bem zwal­cze­nia po­kusy jest pod­da­nie się jej”.

Oscar Wilde**

* Cy­tat czę­sto błęd­nie przy­pi­sy­wany Gia­como Ca­sa­no­vie.** Oscar Wilde, Por­tretDo­rianaGraya, przeł. Ka­zi­mierz Cza­chow­ski, Kra­ków 1928, s. 11. Tekst do­stępny on­line w ser­wi­sie Wolne Lek­tury: https://wol­ne­lek­tury.pl/me­dia/book/pdf/wilde-por­tret-do­riana-graya.pdf [do­stęp: 8.05.2026].

Credo Sied­miu Ksią­żąt Grze­chu

Po dru­gie:

Chro­nić ro­dziny swo­ich braci jak swoją wła­sną.

Roz­dział 1

Gdy lady Cha­stity Per­rin za­nu­rzała za­krzy­wioną igłę w mi­sce spi­ry­tusu, trzech rze­czy była ab­so­lut­nie pewna:

Po pierw­sze, praw­dziwe damy nie cha­dzały bez przy­zwo­itek po lon­dyń­skich me­li­nach.

Po dru­gie, nie­za­mężne damy nie zo­sta­wały sam na sam z męż­czy­zną.

Po trze­cie, po­rządne damy z całą pew­no­ścią nie przy­no­siły czy­stych igieł do skrom­nego, ale nie­ska­zi­tel­nie czy­stego ga­bi­netu nie­li­cen­cjo­no­wa­nego le­ka­rza, żeby po­móc mu w prze­pro­wa­dze­niu ope­ra­cji chi­rur­gicz­nej, która była tak bar­dzo, tak strasz­li­wie… ach, Boże… krwawa.

– Pro­szę, dok­to­rze Ster­ling – po­wie­działa, wrę­cza­jąc mu igłę na­wle­czoną kat­gu­tem na ta­le­rzu, który uprzed­nio rów­nież prze­tarła al­ko­ho­lem.

– Dzię­kuję, panno Cha­stity – ode­zwał się Brace Ster­ling, bio­rąc igłę do ręki i zer­ka­jąc na pa­cjentkę, góra trzy­let­nią dziew­czynkę o blond locz­kach wy­sta­ją­cych spod brud­nego, po­strzę­pio­nego czepka. – Stello, to za­boli – ostrzegł. – Naj­moc­niej cię prze­pra­szam.

Bab­cia dziecka, która stała obok stołu za­bie­go­wego i za­ci­skała ko­ści­ste palce na sza­rym, dziu­ra­wym i mocno sfa­ty­go­wa­nym szalu, pa­trząc spode łba, wy­bur­czała z sil­nym cock­ney­ow­skim ak­cen­tem:

– Sama jest so­bie winna. Stale się po­tyka. Nie­zdara z niej. Wszystko tłu­cze, ta­le­rze, kubki. Cie­kawe, kto za to za­płaci.

Wiel­kie oczy dziew­czynki na­peł­niły się łzami i od razu skie­ro­wały ku pod­ło­dze. Sku­liła drobne ra­miona, jakby pró­bo­wała wy­glą­dać na jesz­cze mniej­szą. Brudne, chude palce ner­wowo sku­bały rą­bek su­kienki.

Wy­raz ta­kiego cier­pie­nia na twa­rzy trzy­latki ła­mał Cha­stity serce.

Jed­no­cze­śnie roz­po­zna­wała w niej sie­bie.

Cho­ciaż była nieco star­sza od Stelli – mo­gła mieć pięć lat – kiedy to się za­częło, do dziś sły­szała głos ojca kar­cą­cego ją za nie­przy­sto­jące da­mie za­cho­wa­nia, za gar­bie­nie się nad mi­kro­sko­pem, grę w sza­chy czy oglą­da­nie ilu­stra­cji w książ­kach o bio­lo­gii.

Brace Ster­ling, wy­soki, bar­czy­sty, przy­stojny męż­czy­zna o su­ro­wych ry­sach i nie­bie­skich oczach, z ja­snymi wło­sami zwią­za­nymi w ku­cyk, wy­mie­nił z nią po­śpieszne spoj­rze­nia. Obawa w jego oczach sta­no­wiła od­bi­cie tej, którą sama czuła. Mała Stella była po­waż­nie za­nie­dby­wana.

– Pani Mur­ray – za­czął dok­tor, zbie­ra­jąc ku so­bie brzegi pa­skud­nego roz­cię­cia na ko­stce dziew­czynki. – Po­stą­piła pani słusz­nie, przy­no­sząc tu to dziecko. Wiem, że trosz­czy się pani o nie naj­le­piej, jak po­trafi, ale pro­szę ją trak­to­wać nieco życz­li­wiej, je­śli jest pani wy­krze­sać z sie­bie choć odro­binę do­broci. To cią­głe po­ty­ka­nie się może wy­ni­kać z tego, że dziew­czynka jest nie­mal za­gło­dzona. Albo fak­tem, że ma do­piero trzy lata.

Ko­bieta spoj­rzała na niego gniew­nie, wy­krzy­wia­jąc z go­ry­czą usta.

– Moja córka była po­ko­jówką w Róży i Ko­ro­nie i zmarła przy po­ro­dzie. Nikt zaś nie wie, kim jest oj­ciec. Za­pła­cił jej zło­tym pier­ścion­kiem i wy­peł­nił brzuch dziec­kiem. Gdy­bym mo­gła, to bym wy­je­chała i za­miesz­kała na far­mie z moją sio­strą. Ale tu przy­naj­mniej mogę być praczką i za­ro­bić jaki grosz. To cud, że udało mi się utrzy­mać to dziecko przy ży­ciu tak długo.

– Robi pani, co w jej mocy – po­wtó­rzył dok­tor Ster­ling, choć Cha­stity nie była pewna, czy na­prawdę w to wie­rzył, po­nie­waż w jego gło­sie po­brzmie­wała tłu­miona złość. – Tu, w Whi­te­cha­pel, ni­komu nie jest ła­two. Stello, skar­bie, te­raz mu­szę za­szyć ranę, a ty mu­sisz być dzielna – zwró­cił się znów do dziew­czynki. – Mo­żesz za­ła­pać bab­cię za rękę, je­śli to po­może.

Stella za­mru­gała oczami wiel­kimi jak spodki, wciąż mo­krymi od łez, i chwy­ciła dłoń pani Mur­ray o szorst­kiej, po­pę­ka­nej skó­rze i zgru­bia­łych sta­wach, bez wąt­pie­nia znisz­czo­nych la­tami pra­nia cu­dzych bru­dów.

Dok­tor po­chy­lił się nad chudą, brudną nogą dziew­czynki, ster­czącą spod rąbka przy­krót­kiej ob­szar­pa­nej su­kien­czyny. Rana zo­stała sta­ran­nie oczysz­czona al­ko­ho­lem, co już mu­siało spra­wić po­tworny ból temu bied­nemu dziecku. Cha­stity ża­ło­wała, że nie mogą za­ofe­ro­wać mu rów­nież cie­płej ką­pieli i czy­stych ubrań.

Le­karz za­czął zszy­wać ranę swo­bod­nymi, ale pre­cy­zyj­nymi ru­chami.

Stella wrza­snęła – co bar­dzo przy­stoi mło­dej da­mie.

Cha­stity nie – co zu­peł­nie da­mie nie przy­stoi. Ani nie ze­mdlała. Choć bar­dzo tego chciała.

Kostka dziew­czynki wy­glą­dała, jakby wam­pir urzą­dził so­bie na niej ucztę. Albo wilk. Krew cały czas są­czyła się z niej na twardą brą­zową skórę stołu za­bie­go­wego.

Cha­stity wzdry­gnęła się na wspo­mnie­nie in­nego le­ka­rza, który w dzie­ciń­stwie zszy­wał po­ra­nione nad­garstki i ra­miona jej brata, do­kład­nie tak jak te­raz dok­tor Ster­ling. Jak za­wsze po­czuła ucisk w piersi, od­dech stał się nie­równy.

Aby za­jąć czymś my­śli, ro­zej­rzała się po ga­bi­ne­cie.

Przez okno wle­wały się pro­mie­nie słońca. Białe gip­sowe ściany były ob­wie­szone ana­to­micz­nymi ilu­stra­cjami na gru­bym pa­pie­rze w kre­mo­wym ko­lo­rze. Pod prze­ciw­le­głą ścianą stało dę­bowe biurko bej­co­wane na ciemny brąz i krze­sło do kom­pletu. Obok usta­wiono wy­soką szafkę z prze­szklo­nym fron­tem uka­zu­ją­cym półki pełne sta­ran­nie upo­rząd­ko­wa­nych bu­te­le­czek z le­kami i usu­szo­nymi zio­łami. Nie­da­leko, w po­dob­nej szafce, mie­ściły się opra­wione w skórę albo grube płótno teczki. W nich znaj­do­wały się kar­to­teki pa­cjen­tów.

Z ze­wnątrz do­bie­gały od­głosy ru­chli­wej Pet­ti­coat Street i urzą­dza­nego na niej tar­go­wi­ska: okrzyki han­dla­rzy, szcze­ka­nie psów, prze­kleń­stwa męż­czyzn, wrza­ski dzie­ciarni i pi­jacki śmiech.

– Ach, za­mknijże się już, dziecko! – uci­szała biedną Stellę pani Mur­ray. – Bo jak nie, to przyj­dzie pan Black­more i cię zje! Na pewno wszystko sły­szy, ten jego bur­del jest na końcu ulicy.

Dziew­czynka jęk­nęła jesz­cze po raz ostatni i wy­pu­ściła dłoń babci, żeby obiema rę­kami za­sło­nić so­bie usta. Jej oczy wciąż były wiel­kie i pełne łez.

Dło­nie dok­tora Ster­linga na mo­ment za­sty­gły w bez­ru­chu, ale nie ode­rwał wzroku od rany ma­łej pa­cjentki. Wró­cił do pracy, lecz szybko za­pew­nił dziew­czynkę:

– Stello, w tej spra­wie za­chę­cał­bym cię, abyś nie słu­chała babci. Ze strony pana Black­more’a nic ci nie grozi. On nie tylko jako je­dyny fi­nan­suje dzia­łal­ność tej kli­niki, ale jest rów­nież jed­nym z mo­ich naj­bliż­szych przy­ja­ciół. Może i ma swoje wady, jed­nak z całą pew­no­ścią nie je dzieci.

Pani Mur­ray burk­nęła coś pod no­sem i wy­dęła wargę.

– Może i nie, ale anio­łem to on nie jest. Nie przy­jął mo­jej córki, kiedy po­szła do Eli­zjum za ro­botą. A te­raz nie żyje. I pro­szę, co z tego wy­nik­nęło – rzu­ciła z kpiną, wska­zu­jąc głową dziew­czynkę.

Cha­stity nie mo­gła dłu­żej słu­chać, jak ta ko­bieta pa­stwi się nad bied­nym dziec­kiem. Wi­dać było wy­raź­nie, że mała bu­dzi w babce roz­go­ry­cze­nie sa­mym swoim ist­nie­niem i że naj­wy­raź­niej nie przej­muje się ona emo­cjo­nal­nymi bli­znami, ja­kimi może na­zna­czyć ży­cie tej bied­nej istoty. Cha­stity za to aż na­zbyt do­brze wie­działa, jak głę­bo­kie rany za­daje ro­dzic, który ni­gdy nie jest do­sta­tecz­nie za­do­wo­lony ze swo­ich dzieci.

– Wy­nik­nęła z tego śliczna mała dziew­czynka – od­po­wie­działa star­szej ko­bie­cie, pa­trząc w prze­ra­żone oczy Stelli. – Która nie zro­biła ni­czego złego i ni­czym nie za­wi­niła.

Pani Mur­ray prze­nio­sła te­raz wzrok na Cha­stity.

– Ja­śnie pani wy­ba­czy – za­częła, uśmie­cha­jąc się krzywo – ale ła­two wy­mą­drzać się przed nami, pro­stymi ludźmi, jak sa­mej nie za­znało się głodu choćby przez je­den dzień.

Cha­stity spło­nęła wsty­dem, bo słowa ko­biety były jak po­li­czek, bo­le­śnie praw­dziwe. Co o ży­ciu w Whi­te­cha­pel mo­gła wie­dzieć córka księ­cia?

– I co w ogóle pa­niu­sia tu robi? Może pani sza­nowny mał­żo­nek zno­wuż pró­buje się wku­pić w ła­ski Wszech­moc­nego, ła­ska­wie po­ma­ga­jąc nam, bied­nym łach­my­tom? Bo je­śli tak, to le­piej by zro­bił, gdyby rzu­cił ja­kim gro­szem, za­miast przy­sy­łać nam swoją pa­nią.

Ko­lejny przy­tyk był dla Cha­stity jak cios pro­sto w brzuch, a smu­tek do­tkli­wie przy­gniótł jej serce. Ni­gdy nie miała męża, nie dane jej było za­znać bez­wa­run­ko­wej mi­ło­ści ani więzi jak ta, która po­łą­czyła jej brata Do­riana z jego żoną Pa­tience. Pierw­szego chłopca, ja­kiego kie­dy­kol­wiek po­ko­chała, naj­lep­szego przy­ja­ciela swego brata, Lu­ciena, stra­ciła na za­wsze. A mimo to mu­siała go wi­dy­wać śred­nio raz w ty­go­dniu, co było dla niej praw­dziwą męką, którą dziel­nie zno­siła. Od dziecka wie­działa, że musi szczel­nie za­mknąć serce, aby ochro­nić się przed okru­cień­stwem, z ja­kim oj­ciec trak­to­wał ją, Do­riana i ich mamę. Papa bar­dzo do­bit­nie po­ka­zał jej, że nikt ni­gdy nie zdoła po­ko­chać jej za to, kim na­prawdę jest.

– Pani Mur­ray – ode­zwał się dok­tor Ster­ling, wciąż sku­piony na za­biegu. Jego głos był spo­kojny, a ru­chy pewne. – Będę zmu­szony po­pro­sić pa­nią o opusz­cze­nie ga­bi­netu, je­śli nie prze­sta­nie pani gnę­bić swej bied­nej wnuczki i szy­ka­no­wać panny Cha­stity. Która, skoro musi pani wie­dzieć, pra­cuje nad nie­zwy­kle no­wa­tor­skimi me­to­dami, po­zwa­la­ją­cymi zna­cząco ob­ni­żyć ry­zyko in­fek­cji i gan­greny. I robi to wszystko zu­peł­nie za darmo.

Star­sza ko­bieta zmru­żyła oczy.

– Nic nie jest za darmo. Nie w Whi­te­cha­pel.

Cha­stity znów po­czuła falę upo­ko­rze­nia, ale tym ra­zem wstyd mie­szał się ze zło­ścią.

– Kiedy po­szłam z tymi ba­da­niami do Szpi­tala Świę­tego To­ma­sza, to mi od­mó­wili.

Na co tamta prych­nęła:

– Czyli pa­niu­sia przy­szła do nas, bo jej nie chcieli w naj­lep­szym szpi­talu w mie­ście? I my mamy uwie­rzyć w te jej ni­by­me­tody. A to do­bre.

– W Świę­tym To­ma­szu nie od­mó­wili lady Cha­stity dla­tego, że wąt­pią w słusz­ność jej me­tod – za­pro­te­sto­wał dok­tor Ster­ling.

– A czemu?

Cha­stity przy­po­mniała so­bie twa­rze człon­ków rady za­rządu szpi­tala, sa­mych męż­czyzn, w więk­szo­ści po pięć­dzie­siątce. Tylko je­den, nieco młod­szy dżen­tel­men, lord Ward­bury, wy­glą­dał, jakby był skłonny się za nią wsta­wić. W jego oczach zo­ba­czyła naj­wię­cej życz­li­wo­ści. Ale kiedy skoń­czyła pre­zen­ta­cję, te oczy zwę­ziły się z le­d­wie skry­wa­nym roz­ba­wie­niem, a prze­wod­ni­czący, któ­rego pro­tek­cjo­nalny ton ocie­kał kpiną, oznaj­mił: „Choć pani… en­tu­zjazm jest godny po­dziwu, za­pewne sama pani ro­zu­mie, że kręgi me­dyczne to nie jest miej­sce dla ko­biety”.

Zda­nie, pod któ­rym jej oj­ciec mógłby się pod­pi­sać.

– Po­nie­waż je­stem ko­bietą – wy­ja­śniła, z po­licz­kami pło­ną­cymi na tamto wspo­mnie­nie.

Pani Mur­ray wes­tchnęła.

– No tak.

Cha­stity po­ki­wała ze smut­kiem głową.

– Skoro wyż­sze sfery od­rzu­cają moje wspar­cie i moje am­bi­cje z po­wodu płci, uwa­żam, że je­dyną słuszną re­ak­cją jest od­pła­cić im taką samą wzgardą. Dok­tor Ster­ling, nie po­bie­ra­jąc za to żad­nych opłat, robi w tym ga­bi­ne­cie znacz­nie wię­cej do­brego, niż wszyst­kie tę­gie głowy ze Świę­tego To­ma­sza są so­bie w sta­nie wy­obra­zić.

Choć jej praca tu­taj bez wąt­pie­nia była uży­teczna, to jed­nak ni­gdy nie zy­ska uzna­nia w świe­cie na­uki… a tego pra­gnęła do bólu. Być może mo­głaby po­roz­ma­wiać z lor­dem Ward­bu­rym na osob­no­ści, poza radą za­rządu. Wie­działa, że weź­mie udział w let­ni­sku urzą­dza­nym przez księ­cia Pryde’a. Przy­ję­cie miało trwać cały mie­siąc, a ona mu­siała w nim uczest­ni­czyć ze względu na ko­nek­sje swo­jego brata z księ­ciem.

Dama pewna swo­ich kom­pe­ten­cji to­wa­rzy­skich uzna­łaby to za do­sko­nałą oka­zję, aby za­przy­jaź­nić się z lor­dem Ward­bu­rym i – być może – wpły­nąć na zmianę jego sta­no­wi­ska. Zjed­nać go so­bie. Prze­ko­nać, żeby dał jej szansę wy­ka­zać się w Szpi­talu Świę­tego To­ma­sza, gdzie jej pracę śle­dzi­łyby naj­więk­sze na­ukowe au­to­ry­tety. Gdzie mo­głaby zdo­być silną po­zy­cję w krę­gach na­uko­wych i tym sa­mym do­trzeć ze swoją po­mocą do więk­szej liczby osób.

Za­miast tego Cha­stity za­pewne przez cały mie­siąc bę­dzie się pró­bo­wała zlać się z tłem, wy­ko­rzy­stu­jąc swój nie­zrów­nany ta­lent do uni­ka­nia kon­taktu wzro­ko­wego.

– Przy­cho­dząc tu, ry­zy­kuje pani swoją re­pu­ta­cją i bez­pie­czeń­stwem – po­wie­dział ci­cho dok­tor Ster­ling, zwią­zu­jąc końce nici. – Sama. W ta­jem­nicy przed bra­tem. – Za­mo­czył czy­stą szmatkę w al­ko­holu i prze­tarł za­szytą ranę. – Już po wszyst­kim, Stello – zwró­cił się do dziew­czynki i uśmiech­nął cie­pło. – By­łaś bar­dzo dzielna. Na­łożę tylko opa­tru­nek. Po­sta­raj się przez kilka dni dużo od­po­czy­wać. A pani, pani Mur­ray, niech przy­pro­wa­dzi do mnie wnuczkę ju­tro i po­tem za ty­dzień. Chcę wi­dzieć, jak rana się goi.

Kilka go­dzin póź­niej, po tym, jak wy­pu­ścili Stellę do domu i wy­mie­nili się z dok­to­rem no­tat­kami i ob­ser­wa­cjami, Cha­stity wy­szła z ga­bi­netu. Pod bu­tami mla­skało błoto wiecz­nie za­le­ga­jące na Pet­ti­coat Street. Miała do przej­ścia kilka prze­cznic, żeby do­trzeć do rogu ulicy, gdzie cza­sem cze­kały do­rożki.

Mi­jała ulicz­nych urwi­sów, krzep­kich męż­czyzn no­szą­cych beczki, prze­kupkę z ko­szem cuch­ną­cych sar­deli, grupę gło­śno plot­ku­ją­cych pra­czek tasz­czą­cych ko­sze bie­li­zny i za­cze­pia­ją­cego prze­chod­niów stra­ga­nia­rza z wóz­kiem po­obi­ja­nych ja­błek. W za­ułku czaił się kie­szon­ko­wiec. Ze stra­ga­nów cią­gną­cych się środ­kiem ulicy do­bie­gały po­krzy­ki­wa­nia sprze­daw­ców na­wo­łu­ją­cych klien­tów.

Dwaj męż­czyźni stali oparci o odra­paną ścianę. Je­den miał na so­bie po­ła­tany płaszcz, wi­szący luźno na wy­chu­dzo­nej syl­wetce. Drugi był w mocno prze­tar­tej ko­szuli. Obaj mieli ogo­rzałe, na­bie­głe krwią twa­rze, dło­nie trzy­mali bli­sko kie­szeni wy­brzu­szo­nych tak, że Cha­stity po­my­ślała, że mogą być uzbro­jeni. Je­den wy­glą­dał zna­jomo. Moż­liwe, że wi­działa go na tej ulicy już wcze­śniej. Mi­ja­jąc tych męż­czyzn, czuła na so­bie ich wzrok. Jej suk­nia wy­róż­niała ją z tłumu, mimo że gdy szła do kli­niki, za­wsze wy­bie­rała brązy i sza­ro­ści. Jej ubra­nia były po pro­stu zbyt nowe i zbyt sta­ran­nie uszyte, włosy nie­na­gan­nie ucze­sane, a czepki czy­ste i wy­pra­so­wane.

Każdy wi­dział, że tu nie pa­suje.

Moc­niej ści­snęła ha­fto­waną sa­kiewkę. Bez wąt­pie­nia sta­no­wiła ku­szący i ła­twy łup.

Obej­rzała się przez ra­mię i z prze­ra­że­niem stwier­dziła, że obaj męż­czyźni idą kilka me­trów za nią, wy­mi­ja­jąc in­nych prze­chod­niów i nie spusz­cza­jąc jej z oczu.

Zimny pot spły­nął jej po ple­cach.

Przy­śpie­szyła, to­rebka za­ko­ły­sała się w jej dłoni. Czy na­prawdę od­wa­ży­liby się coś jej zro­bić tu, na ulicy, przy tylu świad­kach?

Po le­wej mi­gały bu­dynki z po­pę­ka­nymi szy­bami w oknach, po pra­wej – brudne stra­gany. Okrzyki sprze­daw­ców wy­dały jej się te­raz ostrzej­sze, prze­szy­wały roz­pa­loną skórę. Przez nie­uwagę prawą stopą wdep­nęła w coś śli­skiego, nie zdą­żyła na­wet spoj­rzeć, co to było. Wy­ma­chu­jąc ra­mio­nami, ru­nęła do przodu, ale w ostat­niej chwili zdo­łała się zła­pać czy­je­goś ra­mie­nia. Przed nią roz­pierz­chła się grupka urwi­sów.

Znów się obej­rzała. Jej prze­śla­dowcy byli trzy kroki od niej. Chciała uciec, lecz za­raz po­tem po­czuła, jak czy­jaś dłoń za­ci­ska się na jej ra­mie­niu. Krzyk uwiązł jej w gar­dle, kiedy zo­stała szarp­nięta do tyłu, wciąż jed­nak ści­skała sa­kiewkę.

Po­staw­niej­szy z męż­czyzn, ten w po­żół­kłej ko­szuli, pa­trzył na nią z wście­kło­ścią. Miał kar­to­flo­waty nos i wy­łu­pia­ste oczy. Wiel­kie nieba! Zo­stała po­rwana? Do­rian ją za­bije… a za­raz po­tem za­bije jej po­ry­wa­czy.

– Co tu ro­bisz? – wark­nął opry­szek. – Taka dama jak ty?

Cha­stity usi­ło­wała mu się wy­szarp­nąć. Wbiła ło­kieć w mięk­kie ciało. Oprawca stęk­nął, ale jej nie pu­ścił.

– Pusz­czaj! – wy­ce­dziła przez zęby, wciąż wi­jąc się w jego uści­sku.

Ja­kiś cień po­ło­żył się na wszyst­kich trojgu.

– Dama po­wie­działa, że­byś ją pu­ścił – za­brzmiał ni­ski i uprzejmy głos.

I zna­jomy jak jej wła­sny.

Po­ry­wacz znie­ru­cho­miał. Ulga za­lała ją, za­nim jesz­cze od­wró­ciła się i zo­ba­czyła…

Lu­ciena.

Jedno spoj­rze­nie na jego twarz wy­star­czyło, aby za­parło jej dech. Roz­ma­rzone fioł­kowe oczy te­raz pło­nęły wście­kło­ścią, gdy wbi­jał wzrok w obu męż­czyzn. Wy­raź­nie za­ry­so­wana li­nia żu­chwy była na­pięta, sze­ro­kie, pełne wargi wy­krzy­wiły się w po­nu­rym gry­ma­sie pod ostrymi ko­śćmi po­licz­ko­wymi. Zło­ci­ste włosy miał mod­nie roz­wi­chrzone. Wy­soki, bar­czy­sty, silny i lekki za­ra­zem, wy­glą­dał jak grecki bóg.

Na­past­nik od razu ją pu­ścił.

– Nie chcia­łem jej zro­bić krzywdy – za­pew­nił po­śpiesz­nie. – Chcia­łem tylko od­pro­wa­dzić pannę Cha­stity do do­rożki.

Sły­sząc to, zmarsz­czyła brwi. Rze­czy­wi­ście wy­glą­dał zna­jomo…

– Je­stem Bill – przed­sta­wił się i pod­cią­gnął rę­kaw, uka­zu­jąc za­go­joną bli­znę. – Pan dok­tor i pa­nienka le­czyli mnie sześć ty­go­dni temu, mó­wię, jak było. Chcia­łem tylko po­dzię­ko­wać za po­moc.

Cha­stity aż za­bra­kło tchu.

– Ależ tak, Bill! – po­wie­działa, czu­jąc za­wsty­dze­nie po­mie­szane z ulgą. – Wy­bacz, nie po­zna­łam cię.

Po­winna się wsty­dzić. Od razu za­ło­żyła naj­gor­sze, a Bill chciał jej po­móc.

– Jaki dok­tor? – za­czął do­cie­kać Lu­cien, marsz­cząc czoło. Spół­gło­ski wy­ma­wiał ciut nie­wy­raź­nie. – I niby jak cię le­czyli?

Cha­stity przyj­rzała mu się uważ­niej. Czuć było od niego brandy. Jego biały halsz­tuk był roz­wią­zany, a żółta ka­mi­zelka pod sza­rym, szy­tym na miarę fra­kiem – po­gnie­ciona. Na jego her­bie ro­do­wym z wy­ha­fto­wa­nym je­le­niem wid­niała ró­żowa plama. Dziś naj­wy­raź­niej po­sta­no­wił za­słu­żyć na swoją re­pu­ta­cję naj­bar­dziej roz­pust­nego spo­śród Sied­miu Ksią­żąt Grze­chu.

Ulga Cha­stity prędko ustą­piła miej­sca oba­wom.

Nie. Nie, nie! Tylko nie Lu­cien.

Tylko nie on! On nie mógł jej tu­taj zo­ba­czyć!

W pa­nice spoj­rzała na wej­ście do Eli­zjum, do­brze utrzy­ma­nego, trzy­kon­dy­gna­cyj­nego ce­gla­nego bu­dynku zaj­mu­ją­cego cały kwar­tał. Omio­tła wzro­kiem okna z za­ciem­nio­nymi szy­bami, prze­ra­żona, że za­raz uj­rzy Do­riana, idą­cego w ślad za Lu­cie­nem.

Ale nie. To było nie­moż­liwe. Czasy, kiedy jej brat za­cho­dził do Eli­zjum, dawno mi­nęły. Te­raz był szczę­śli­wie żo­naty.

Za to jego naj­bliżsi przy­ja­ciele – ksią­żęta Pryde, Enve­igh, Ir­re­ve­rence, Ec­cess i For­tyne – wła­śnie wy­ta­czali się z bu­dynku, roz­glą­da­jąc się za swym to­wa­rzy­szem i mru­żąc oczy w słońcu.

– Hm… – zwró­ciła się po­now­nie do Billa, oglą­da­jąc jego bli­znę. – Wy­gląda na to, że rana ład­nie się za­go­iła. Nie wdało się żadne za­ka­że­nie, prawda?

– A skąd. Za­go­iło się bez za­rzutu, mó­wię, jak jest. Może jed­nak od­pro­wa­dzę pa­nienkę do po­wozu? To na­prawdę nie jest miej­sce dla ta­kiej ele­ganc­kiej damy.

Po­zo­stali ksią­żęta już szli w stronę Lu­ciena i Cha­stity. Pryde jak za­wsze w płasz­czu w ko­lo­rze in­dygo i z po­tar­ganą brą­zową czu­pryną. Enve­igh na zie­lono, ły­piąc po­żą­dli­wie sza­rymi oczami. Ec­cess o wło­sach w od­cie­niu mio­do­wego blondu – naj­wyż­szy z nich wszyst­kich – miał na so­bie po­ma­rań­czową ka­mi­zelkę. Ir­re­ve­rence pre­zen­to­wał się nie­ska­zi­tel­nie w bieli, a For­tyne z dłu­gimi, kasz­ta­no­wymi wło­sami zwią­za­nymi z tyłu olśnie­wał w fio­le­cie.

– Książę Luhst mnie od­pro­wa­dzi – za­pew­niła go po­śpiesz­nie. – Dzię­kuję ci za po­moc, Bill. Oba­wiam się, że mu­szę już iść. – I zwra­ca­jąc się do Lu­ciena, rzu­ciła go­rącz­kowo: – Oni nie mogą mnie tu zo­ba­czyć!

– To oczy­wi­ste. – Ski­nął głową. – Za mną, moja droga. Mój po­wóz czeka za ro­giem. – Szybko po­cią­gnął ją za sobą. Cały czas znaj­do­wał się mię­dzy nią a ksią­żę­tami, więc ża­den z nich jej nie za­uwa­żył.

Kiedy zna­leźli się w środku, Cha­stity z ulgą wy­pu­ściła po­wie­trze i zdjęła cze­pek, na­gle zro­biło jej się bar­dzo go­rąco.

– Za­wieź mnie, pro­szę, do May­fair. Stam­tąd po­jadę do Rath Hall.

Książę tylko się ro­ze­śmiał w od­po­wie­dzi.

– Mowy nie ma, naj­słod­sza. Nie spusz­czę cię z oczu, do­póki oso­bi­ście nie od­dam cię pod opiekę Do­riana.

– Nie mo­żesz tego zro­bić! Nie wolno mi być z tobą sam na sam w po­wo­zie. Po­myśl o mo­jej re­pu­ta­cji.

Lu­cien wzru­szył ra­mio­nami, za­pu­kał w ścianę przed nimi i po­le­cił woź­nicy, że ma je­chać do Rath Hall.

– Twój brat z pew­no­ścią zro­zu­mie, że przy mnie je­steś bez­piecz­niej­sza, niż włó­cząc się sama po Whi­te­cha­pel.

Cha­stity za­schło w ustach i prze­biegł ją lo­do­waty dreszcz. Ko­ły­sa­nie po­wozu na nie­rów­nej na­wierzchni tylko wzma­gało jej nie­po­kój, a koła ter­ko­tały nie­zno­śnie gło­śno. Je­śli Do­rian się do­wie, że od mie­sięcy sa­mot­nie wy­my­kała się do Whi­te­cha­pel… że pra­co­wała sam na sam z le­ka­rzem bez upraw­nień… że na­ra­żała swoje bez­pie­czeń­stwo, cho­dząc po ciem­nych za­uł­kach…

Wów­czas bę­dzie mo­gła po­rzu­cić wszelką na­dzieję na do­koń­cze­nie ba­dań, któ­rym po­świę­ciła tyle lat. Po­że­gnać się z ma­rze­niem o zdo­by­ciu uzna­nia w śro­do­wi­sku na­uko­wym i po­dzie­le­niu się swo­imi spo­strze­że­niami z jak naj­więk­szą liczbą szpi­tali, żeby uchro­nić przed in­fek­cjami nie­zli­czone rze­sze pa­cjen­tów.

Do Rath Hall była go­dzina drogi, tyle czasu miała na prze­ko­na­nie Lu­ciena, żeby nie mó­wił o ni­czym jej bratu. Go­dzinę sam na sam z nim, w cia­snej prze­strzeni po­wozu. Go­dzinę wdy­cha­nia za­pa­chu jego skóry, goź­dzi­ków i drzewa san­da­ło­wego.

Na samą tę myśl prze­szył ją go­rący dreszcz.

Ten męż­czy­zna był uoso­bie­niem upadku.

Wy­soki, o do­sko­nale umię­śnio­nym ciele. Z aniel­skimi oczami naj­więk­szego grzesz­nika, ja­kiego kie­dy­kol­wiek po­znała. I zło­ci­stymi pu­klami, które aż się pro­siły, by od­gar­nąć mu je z oczu.

Na mi­łość bo­ską, o czym ona w ogóle my­ślała? Prze­cież od lat nie była już w nim za­ko­chana.

Żeby ukró­cić te nie­do­rzeczne fan­ta­zje, mu­siała so­bie przy­po­mnieć, dla­czego był taki roz­cheł­stany – wła­śnie spę­dził noc w ra­mio­nach in­nych ko­biet. Czuła na­wet na nim ich per­fumy. Ktoś inny – za­pewne nie jedna ko­bieta – ca­ło­wał te pełne wargi, wo­dził pal­cem po ko­ściach po­licz­ko­wych i wy­raź­nie za­zna­czo­nej żu­chwie.

Nie ona.

To ni­gdy nie bę­dzie ona.

– Po­wiesz mu, gdzie mnie zna­la­złeś? – spy­tała.

– To za­leży.

– Od czego?

– Od tego, co tam ro­bi­łaś.

Ob­jęła się ra­mio­nami.

– Nie mogę ci po­wie­dzieć.

– Wo­bec tego czuję się zo­bo­wią­zany po­wia­do­mić Do­riana.

– Do­brze! Już do­brze. – Wes­tchnęła głę­boko, zbie­ra­jąc się na od­wagę. – Asy­stuję pew­nemu le­ka­rzowi w Whi­te­cha­pel. Wy­pró­bo­wuję swoje nowe me­tody za­po­bie­ga­nia za­ka­że­niom i po­ma­gam mu w przy­go­to­wa­niach do za­bie­gów, opiece nad pa­cjen­tami i tak da­lej. W za­mian mogę za­pi­sy­wać wszyst­kie ob­ser­wa­cje, żeby spraw­dzić, czy są pod­stawy, aby po­dzie­lić się swo­imi spo­strze­że­niami z szer­szym gre­mium.

– Cha­stity, ty do­bra du­szo. – Te­raz on wes­tchnął. – Mo­głem się do­my­ślić, że wpad­niesz na coś ta­kiego.

Więk­szość lu­dzi ra­czej nie na­zwa­łaby jej do­brą. Prze­ciw­nie, wielu jej nie lu­biło i uwa­żało, że jest chłodna i na­zbyt zdy­stan­so­wana.

Ale Lu­cien pa­trzył na nią ina­czej.

– Pro­szę, nie mów Do­ria­nowi – do­dała.

– Moja droga, chcesz, że­bym ukry­wał coś przed swoim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem.

– Wiem. Ale wciąż cię o to pro­szę.

Jego fio­le­towe oczy za­pło­nęły.

– Ach, naj­droż­sza. Nie masz po­ję­cia, jak wiele był­bym go­tów dla cie­bie zro­bić.

Jego cie­pły od­dech omiótł jej po­li­czek, po­czuła na so­bie cię­żar jego wzroku. Same słowa były ni­czym czułe mu­śnię­cie dłoni.

Ale za­raz przy­wo­łała się do po­rządku – to był prze­cież uro­dzony ba­wi­da­mek. Uwo­dzi­ciel. Te wszyst­kie czu­łostki nic nie zna­czyły, dla niego ona za­wsze bę­dzie je­dy­nie sio­strą naj­lep­szego przy­ja­ciela.

Mimo to jej zdra­dziec­kie serce za­biło szyb­ciej od sa­mej jego bli­sko­ści.

– Ależ, Cha­stity, mu­sisz mi dać ja­kiś do­bry po­wód, że­bym dla cie­bie skła­mał – za­strzegł. – Je­stem wi­nien Do­ria­nowi lo­jal­ność. Nie mogę zdra­dzić ani jego, ani swo­ich po­zo­sta­łych braci w grze­chu.

Roz­dział 2

Kiedy za oknami po­wozu co­raz wy­raź­niej ma­lo­wał się za­rys Rath Hall, w Lu­cie­nie na­ra­stał nie­po­kój. Miał na­dzieję, że Do­rian od razu za­prosi go do ga­bi­netu na szkla­neczkę brandy, która ukoi jego po­tworny ból głowy – ma­jący nie­wiele wspól­nego z wczo­raj­szą roz­pu­stą, za to mnó­stwo z piękną ko­bietą sie­dzącą przed nim.

Spie­rali się całą drogę od Whi­te­cha­pel. Cha­stity po­skar­żyła mu się, że szpi­tal w May­fair wy­łącz­nie dla­tego, że jest ko­bietą, od­rzu­cił jej prośbę o moż­li­wość te­sto­wa­nia u nich swo­jej me­tody.

Zro­biło mu się żal tej ma­łej lwicy. Ból głowy i mdło­ści szybko jed­nak przy­tę­piły zdol­ność my­śle­nia i te­raz, cho­ciaż pró­bo­wał się sku­pić, jego uwaga od­pły­wała ku jej war­gom. Roz­my­ślał o tym, jak mo­głyby sma­ko­wać.

Miała taką ładną twarz, z błę­kit­nymi oczami i ró­ża­nymi ustami… Wielka szkoda, że zgrabną syl­wetkę ukry­wała pod nud­nymi suk­niami z dłu­gimi rę­ka­wami i gu­zi­kami za­pię­tymi pod samą szyję. Jakby zie­mia miała się roz­stą­pić, gdyby od­sło­niła choć cen­ty­metr skóry. Za­wsze wy­pro­sto­wana ni­czym struna, czę­sto spra­wiała wra­że­nie chłod­nej i wy­nio­słej, wręcz nie­czu­łej. Uni­kała oka­zji do po­zna­wa­nia no­wych lu­dzi, twier­dziła, że nie po­trze­buje przy­ja­ciół, skoro ma swoje książki, swoje ba­da­nia…

Do­bry Boże, czy to jej świę­tej pa­mięci oj­ciec zdo­łał stłam­sić ją tak do­szczęt­nie, że nie zo­stało w niej nic poza su­ro­wo­ścią i ob­se­syj­nym za­mi­ło­wa­niem do na­uki? Pa­mię­tał prze­cież, że jako dziew­czynka wspi­nała się po drze­wach i ba­wiła w pi­ra­tów, że miała za­raź­liwy śmiech i psotny błysk w oku. Wy­daje się, że tam­tej dziew­czynki już nie ma, zo­stała po­grze­bana pod grubą war­stwą fał­szy­wej skry­to­ści i ni­ja­ko­ści, którą Cha­stity no­siła ni­czym zbroję.

Cza­sem miał ochotę po­trzą­snąć nią tak, żeby ta po­włoka wresz­cie opa­dła, a Cha­stity w końcu przy­po­mniała so­bie, kim na­prawdę jest.

Bo on wie­dział, kim jest, tam w środku. Ko­bietą. Czło­wie­kiem pięk­nym i speł­nio­nym.

A te­raz na do­da­tek włó­czy się po Whi­te­cha­pel, pra­cuje z ja­kimś le­ka­rzem…

Nie, mo­ment! Chyba kac za­czy­nał ustę­po­wać. Szok wy­wo­łany jej wi­do­kiem w po­bliżu Eli­zjum i za­mro­cze­nie po ca­ło­noc­nej li­ba­cji spra­wiły, że umknęło to, co praw­do­po­dob­nie było w tym wszyst­kim naj­istot­niej­sze.

– Był tam ktoś jesz­cze prócz cie­bie, w ga­bi­ne­cie tego czło­wieka…? – spy­tał i po­pa­trzył na nią, mru­żąc oczy. – U tego le­ka­rza?

Cha­stity ode­rwała wzrok od szyby. Za­raz mieli się za­trzy­mać przed Rath Hall, a gdy to zro­bią, roz­mowa do­bie­gnie końca.

– Dla­czego py­tasz? – od­parła i po­czuła, jak jej pierś gwał­tow­nie unosi się i opada pod sza­rym spen­ce­rem.

– Bo chcę wie­dzieć, czy po­wi­nie­nem zło­żyć mu wi­zytę i prze­trą­cić kark.

– Nie mu­sisz. Byli też pa­cjenci.

– Przez cały czas?

– Przez więk­szość czasu. Nie spo­dzie­wasz się chyba, że pa­cjenci z ra­nami i po­ła­ma­nymi koń­czy­nami trosz­czyli się o moją cnotę.

Stłu­mił ryk wzbie­ra­jący gdzieś w głębi gar­dła i spy­tał przez za­ci­śnięte zęby:

– On jest stary? Żo­naty? Naj­le­piej po­wiedz, że in­te­re­sują go męż­czyźni.

– Jest w twoim wieku. Nie ma żony. Je­śli cho­dzi o jego upodo­ba­nia, to nie mam po­ję­cia.

– Jak się na­zywa?

Zmie­rzyła go wzro­kiem i wy­pro­sto­wała plecy.

– Wy­daje się, że ży­wisz wo­bec niego nie­naj­lep­sze za­miary, a mimo to ocze­ku­jesz, że zdra­dzę ci jego na­zwi­sko?

Wez­brał w nim nie­wy­tłu­ma­czalny gniew. Ja­kaś jego część za­sta­na­wiała się na­wet, co w niego wstą­piło. Zwy­kle nie wpa­dał w złość. Szczy­cił się tym, że wszystko po­trafi ob­ró­cić w żart i unika nie­przy­jem­nych emo­cji.

– Pełna zgoda co do złych za­mia­rów – wark­nął. – Na­zwi­sko, Cha­stity! Albo po­wiem Do­ria­nowi.

Wy­glą­dała na zdru­zgo­taną, a on na­tych­miast po­ża­ło­wał swo­jej groźby, le­dwo te słowa opu­ściły jego usta.

– Lu­cien… – za­częła.

Nie dał jej do­koń­czyć.

– Je­śli chcesz, że­bym za­cho­wał twój se­kret, mu­sisz mi po­wie­dzieć, z kim mam do czy­nie­nia.

I komu póź­niej być może bę­dzie trzeba po­ra­cho­wać ko­ści.

– Do­brze. Ale mu­sisz obie­cać, że nie zro­bisz mu krzywdy.

– Tego obie­cać nie mogę.

– Nie masz po­wodu źle mu ży­czyć! Za­wsze jest dżen­tel­me­nem.

Dżen­tel­men… ktoś, kim Lu­cien nie by­wał ni­gdy.

Noz­drza mu się roz­sze­rzyły, zęby za­zgrzy­tały. Co w niego wstą­piło? Trosz­czył się o nią, to oczy­wi­ste. Na Boga, to młod­sza sio­stra Do­riana.

Po­wóz się za­trzy­mał. Za oknem wy­ra­stała ciemna go­tycka re­zy­den­cja księ­cia Rath, nie­mal cał­kiem prze­sła­nia­jąc niebo i krad­nąc po­po­łu­dniowe świa­tło. Ka­mer­dy­ner i służba usta­wili się w sze­regu przed łu­ko­wym wej­ściem zdo­bio­nym rzeź­bie­niami.

– Na­zwi­sko – za­żą­dał raz jesz­cze Lu­cien.

Żwir chrzę­ścił pod bu­tami woź­nicy, który pod­cho­dził otwo­rzyć drzwi i roz­ło­żyć schodki po­wozu.

Do­rian i Pa­tience mo­gli się po­ja­wić lada chwila. Po­tem zjadą się po­zo­stali ksią­żęta, żeby ju­tro wszy­scy mo­gli udać się na przy­ję­cie do Pryde’a w jego wiej­skiej po­sia­dło­ści. Cha­stity nie miała wiele czasu i oboje o tym wie­dzieli. Po­wio­dła wzro­kiem na Rath Hall.

– Przy­się­gam na swój ho­nor, że po­wiem Do­ria­nowi – ostrzegł Lu­cien i w głębi du­szy nie­na­wi­dził sie­bie za to, że na nią na­ci­skał.

– W po­rządku – syk­nęła. – Do­prawdy, cza­sem cię nie­na­wi­dzę. Na­zywa się Brace Ster­ling.

Lu­cien pu­ścił do niej oko i w tym mo­men­cie woź­nica otwo­rzył drzwi, a z re­zy­den­cji wy­szli Pa­tience i Do­rian. Do­rian był wy­soki, a w jego ciem­nych wło­sach wy­raź­nie od­zna­czało się białe pa­smo. Do tego miał prze­szy­wa­jące nie­bie­skie oczy, któ­rymi po­tra­fił zmro­zić każ­dego. Był naj­lep­szym przy­ja­cie­lem Lu­ciena od dzie­ciń­stwa, za­wsze bez­względ­nie lo­jalny i opie­kuń­czy, o ostrym in­te­lek­cie i jesz­cze ostrzej­szym ję­zyku. Pa­tience, nowa księżna Rath, sta­no­wiła ide­alne prze­ci­wień­stwo Do­riana – drobna, zło­to­włosa pięk­ność o aniel­skiej twa­rzy i ła­god­nym uspo­so­bie­niu. W jej nie­bie­skich oczach lśniła do­broć, a po­liczki pro­mie­niały pierw­szymi ozna­kami ciąży.

Lu­cien po­now­nie zwró­cił się do Cha­stity.

– Czło­wiek Thorne’a Black­more’a? – chciał się upew­nić. – Jego wspól­nik, bli­ski przy­ja­ciel, któ­rego Black­more na­zywa bra­tem?

– Tak – po­twier­dziła z dumą, co jesz­cze bar­dziej go roz­draż­niło.

Po­ła­ma­nie ko­ści oso­bie tak bli­sko po­wią­za­nej z Black­more’em mo­głoby zna­cząco skom­pli­ko­wać sprawy. Przede wszyst­kim praw­do­po­dob­nie ozna­cza­łoby dla Lu­ciena za­kaz wstępu do Eli­zjum. Ale, choć lu­bił od­wie­dzać to miej­sce, w któ­rym można było za­znać wsze­la­kich roz­ko­szy, ja­koś by to zniósł. Ho­nor Cha­stity był waż­niej­szy.

Ale po­zo­sta­wała jesz­cze jedna kwe­stia – Ster­ling na­prawdę był zdol­nym le­ka­rzem i z tego, co Lu­cien sły­szał, ro­bił w Whi­te­cha­pel wiele do­brego. Szkoda by­łoby skrzyw­dzić ko­goś, kto po­ma­gał lu­dziom.

Psia­krew, ta ko­bieta do­pro­wa­dzi go do zguby.

– Lu­cien? – za­wo­łał Do­rian, kiedy pod­cho­dząc do po­wozu, za­uwa­żył, że przy­ja­ciel wciąż nie wy­siada. – Wszystko w po­rządku?

– Jesz­cze nie skoń­czy­li­śmy tej roz­mowy – wark­nął Lu­cien.

Cha­stity za­ci­snęła wargi w cienką kre­skę.

– Świet­nie – rzu­ciła i wy­sia­dła z po­wozu.

– Cha­stity! – za­wo­łała za­sko­czona Pa­tience.

Do­rian zmarsz­czył brwi i przez okno po­wozu zgro­mił Lu­ciena wzro­kiem. Ten wy­siadł tuż za Cha­stity, a każdy krok od­bi­jał się nie­zno­śnym echem w jego pul­su­ją­cej bó­lem gło­wie.

– Co ro­bi­łaś sama z Lu­cie­nem? – Jej brat żą­dał wy­ja­śnień.

Ko­bieta żach­nęła się lekko, choć po­liczki jej pło­nęły.

– Nie­raz by­wa­łam sama z Lu­cie­nem. Do­ra­sta­li­śmy ra­zem.

– W za­ci­szu na­szego domu – wark­nął Do­rian. – Je­śli kto­kol­wiek was wi­dział w May­air…

Lu­cien pró­bo­wał za­ła­go­dzić sy­tu­ację jed­nym ze swo­ich roz­bra­ja­ją­cych uśmie­chów.

– Zo­ba­czy­łem ją, jak cho­dziła po skle­pach przy Bond Street – wy­ja­śnił – i za­pro­po­no­wa­łem, że pod­wiozę ją do domu. I tak je­cha­łem w tę stronę.

– Bond Street! – wy­krzyk­nął Do­rian. – Naj­ru­chliw­sza z ulic May­fair!

– Nikt nas nie wi­dział – za­pew­nili go chó­rem Cha­stity i Lu­cien.

– Na pewno?

Cha­stity wes­tchnęła.

– Do­ria­nie. Je­stem starą panną. Na­wet je­śli ktoś nas zo­ba­czył, to nikt nie dba o moją re­pu­ta­cję na tyle, żeby zro­bić z tego skan­dal. Poza tym wszy­scy wie­dzą, że Lu­cien to bli­ski przy­ja­ciel ro­dziny.

– Na­wet je­śli je­steś star­sza niż więk­szość pa­nien na wy­da­niu, nie­za­mężna ko­bieta za­wsze na­raża się na nie­bez­pie­czeń­stwo – upie­rał się Do­rian. – Wszy­scy łakną plo­tek. I każdy tylko wy­pa­truje skan­dalu. Po co w ogóle po­je­cha­łaś na za­kupy? Prze­cież stroje cię nie in­te­re­sują.

– Po­trze­bo­wa­łam paru rze­czy na przy­ję­cie u Pryde’a – skła­mała.

– Ja­kich rze­czy? – do­cie­kał Do­rian, mru­żąc oczy.

– Ach, mój drogi, daj już spo­kój. Za­pewne ja­kichś ko­bie­cych dro­bia­zgów – wtrą­ciła się Pa­tience. – Prawda, szwa­gierko?

Do­rian jesz­cze bar­dziej się skrzy­wił i od­wró­cił od niej wzrok.

– W rze­czy sa­mej – po­twier­dziła Cha­stity. – Ko­bie­cych dro­bia­zgów.

– W ży­ciu nie sły­sza­łem, że­byś mó­wiła o czym­kol­wiek ko­bie­cym! – ryk­nął Do­rian. – I dla­czego nikt ci nie to­wa­rzy­szył? Gdzie była twoja przy­zwo­itka?

– Chcia­łam tylko od­wie­dzić cio­cię. I po­my­śla­łam, że przy oka­zji zaj­rzę na Bond Street.

– Sio­stro, po­win­naś być ostroż­niej­sza. – Do­rian nieco się uspo­koił, kiedy wszy­scy czworo skie­ro­wali się do wej­ścia. – Pró­buję tylko cię chro­nić. Je­steś pewna, że nikt cię nie wi­dział sa­mej w jego to­wa­rzy­stwie?

Lu­cien po­czuł się ura­żony tam, jak Do­rian ką­śli­wie za­ak­cen­to­wał „jego”.

– Czyżby prze­ma­wiał przez cie­bie strach, że gdyby ktoś nas wi­dział, to mu­siał­bym po­ślu­bić twoją sio­strę?

Do­rian rzu­cił mu przez ra­mię pio­ru­nu­jące spoj­rze­nie.

– Lu­cien, każdy, tylko nie ty. Ni­gdy się z nią nie oże­nisz ani jej nie do­tkniesz. I na­wet nie waż się na nią spoj­rzeć w nie­sto­sowny spo­sób.

To za­bo­lało.

Lu­cien zer­k­nął na Cha­stity, która obok niego wcho­dziła do domu. Ona za to nie wy­da­wała się ani tro­chę ura­żona. Plecy miała pro­ste i pa­trzyła przed sie­bie, wy­glą­dała jak cho­dzący po­sąg, do­sko­nałe ucie­le­śnie­nie ko­bie­cego wdzięku.

– Tylko nie ja… – mruk­nął pod no­sem.

– Chodź, Cha­stity. – W holu Pa­tience wzięła ją pod ra­mię. – Pój­dziemy do two­jego la­bo­ra­to­rium i opo­wiesz mi o po­stę­pach w swo­ich ba­da­niach… i o tym, co so­bie ko­bie­cego ku­pi­łaś!

Kiedy obie się od­da­liły, Do­rian za­pro­wa­dził Lu­ciena do swo­jego ga­bi­netu. Na­lał im obu po kie­liszku brandy, a Lu­cien przy­glą­dał mu się bacz­nie, na­gle za­po­mi­na­jąc o bólu głowy.

– Mó­wi­łeś po­waż­nie? Że każdy tylko nie ja?

Do­rian spoj­rzał na niego za­sko­czony, po­da­jąc mu tru­nek.

– Na­prawdę wciąż o tym roz­ma­wiamy?

Lu­cien upił łyk.

– Naj­wy­raź­niej. Chciał­bym się do­wie­dzieć, co jest ze mną nie tak. Znam was dwoje od dzie­ciń­stwa, wła­ści­wie od­kąd pa­mię­tam. Je­stem twoim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Znam cie­bie i Cha­stity le­piej niż kto­kol­wiek inny. Z wy­jąt­kiem Pa­tience, oczy­wi­ście. Do dia­bła, Do­ria­nie. Po­mo­głem ci za­tu­szo­wać mor­der­stwo i nie pi­sną­łem ani słowa. Je­stem księ­ciem, tak samo jak ty, i śmiem twier­dzić, że dys­po­nuję ma­jąt­kiem nie­wiele mniej­szym od two­jego. Dla­czego więc nie ja?

Do­rian za­mru­gał, wy­raź­nie skon­fun­do­wany.

– Dla­czego tak cię to do­tknęło? Chcesz się oże­nić z Cha­stity?

– Nie. Nie, ale tro­chę mnie ubo­dło to „każdy tylko nie ty” i chciał­bym wie­dzieć, co we mnie znaj­du­jesz aż tak od­ra­ża­ją­cego.

Twarz Do­riana zła­god­niała.

– Lu­cie­nie, nie prze­pu­ścisz żad­nej ko­bie­cie. Całe ży­cie spę­dzasz w Eli­zjum, w se­zo­nie uga­niasz się za de­biu­tant­kami i wdów­kami, a na let­ni­sku ta­rzasz się w sia­nie ze słu­żą­cymi. Na moim miej­scu też byś nie chciał, żeby twoja sio­stra cier­piała przez ja­kie­goś lo­we­lasa, prawda?

Ta ła­god­ność w to­nie przy­ja­ciela za­bo­lała go bar­dziej, niż gdyby na niego na­wrzesz­czał albo wy­mie­rzył mu cios, jak by to zro­bił w cza­sach sprzed Pa­tience.

I Lu­cien mu­siał mu przy­znać ra­cję, choć bar­dzo tego nie chciał. Nie­stety, jego ży­cie było jedną wielką kom­pro­mi­ta­cją. Był ze­psuty do szpiku, nada­wał się tylko do jed­nego.

Uwo­dze­nia.

Cha­stity za­słu­gi­wała na ko­goś lep­szego.

– Do­ria­nie, wiesz, że bym jej nie skrzyw­dził. Ni­gdy.

A Do­rian z za­do­wo­le­niem po­ki­wał głową i w tym mo­men­cie ktoś ener­gicz­nie otwo­rzył drzwi i do ga­bi­netu wto­czyli się po­zo­stali bra­cia w grze­chu. Wy­glą­dali na zmę­czo­nych po ca­ło­noc­nej hu­lance, ale wciąż do­pi­sy­wały im hu­mory.

– Rath – przy­wi­tał się Ec­cess, kle­piąc Do­riana po ple­cach. – Bra­ko­wało nam cię wczo­raj…

– Zdaje mi się, że jego noga wię­cej w Eli­zjum nie po­sta­nie – ode­zwał się For­tyne. – Nasz przy­ja­ciel nie ma już w so­bie gniewu.

– Ra­cja – przy­tak­nął Enve­igh. – Twoja żona do­ko­nała cudu.

– Kogo to ob­cho­dzi? – rzu­cił non­sza­lancko Ir­re­ve­rence i padł na ka­napę, roz­cią­ga­jąc ra­miona na jej opar­ciu i krzy­żu­jąc nogi w kost­kach. – Naj­waż­niej­sze, że my ni­gdy się nie zmie­nimy, prawda, Lu­cie­nie?

Książę Luhst za­śmiał się w od­po­wie­dzi, ale nie za­brzmiało to szcze­rze. Tro­chę za­zdro­ścił Do­ria­nowi jego prze­miany. We­wnętrz­nego spo­koju i za­do­wo­le­nia, ja­kim ema­no­wał. Lu­cien wi­dy­wał go ta­kim tylko w rzad­kich chwi­lach dzie­ciń­stwa, za­nim oj­ciec znisz­czył w nim tam­tego wraż­li­wego, emo­cjo­nal­nego chłopca.

Jak by wy­glą­dało jego wła­sne ży­cie, gdyby nie rzą­dziła nim wiecz­nie nie­za­spo­ko­jona po­trzeba fi­zycz­nej bli­sko­ści? Gdyby stał się wol­nym czło­wie­kiem? Kom­plet­nym i speł­nio­nym, jak Do­rian?

Nie umiał so­bie tego na­wet wy­obra­zić.

Nie, to nie było dla niego. On by się w tym ni­gdy nie od­na­lazł.

– Ra­cja – przy­tak­nął. – My się na pewno nie zmie­nimy.

Do­rian na­lał wszyst­kim brandy, a pa­no­wie się roz­sie­dli i po­częli wy­mie­niać no­winy.

– Ale Do­rian ow­szem, on już się zmie­nił. – Pryde na­gle wró­cił do te­matu. – Wkrótce zo­sta­nie oj­cem. I mnie rów­nież niech bę­dzie wolno po­rzu­cić obo­wią­zek po­zo­sta­nia ta­kim sa­mym, bo nie­długo i ja będę mu­siał się oże­nić.

– Ze­zwa­lamy… – za­pew­nił go Ir­re­ve­rence.

– Oczy­wi­ście. Mu­sisz pod­trzy­mać swoją dumną dy­na­stię, bo ina­czej osza­le­jesz – do­dał Ec­cess z prze­ką­sem.

– W prze­ci­wień­stwie do Lu­ciena – do­rzu­cił Enve­igh.

Na myśl, że miałby mieć dziecko, Lu­cien po­czuł ścisk w żo­łądku.

W jego pa­mięci po dziś dzień ni­czym grzmoty hu­czały wście­kłe krzyki matki… „Na­le­żało cię wy­skro­bać, tak jak tego chcia­łam. Ni­gdy nie za­mie­rza­łam spro­wa­dzać na świat ko­lej­nego szkod­nika z rodu Luh­stów”.

Enve­igh miał ra­cję. Jak Lu­cien miałby kie­dy­kol­wiek wziąć od­po­wie­dzial­ność za dru­giego czło­wieka? Za żonę, dziecko. Był szkod­ni­kiem. Tylko by tę nie­winną istotę ze­psuł, do­kład­nie tak, jak sam zo­stał ze­psuty przez swo­ich ro­dzi­ców. Udo­wod­niłby raz jesz­cze – so­bie i wszyst­kim – jak nie­wiele jest wart. Czy można było ocze­ki­wać cze­go­kol­wiek in­nego od ko­goś po­zba­wio­nego mo­ral­no­ści?

Lu­cien za­śmiał się i do­pił brandy.

– Jak ty mnie do­brze znasz. – A za­raz po­tem ci­cho, tak, że tylko Do­rian go usły­szał, do­dał: – Mnie nie mu­sisz się oba­wiać, je­śli cho­dzi o Cha­stity. „Chro­nimy ro­dziny braci jak swoją wła­sną”.

Drugi punkt ich credo, które pod­pi­sali któ­rejś sza­lo­nej nocy w Eli­zjum. To credo było święte. Co­kol­wiek by się w ich ży­ciu wy­da­rzyło, credo było tą jedną rze­czą, w któ­rej w głębi du­szy wszy­scy byli zgodni.

– Oczy­wi­ście, Lu­cie­nie – za­pew­nił go ła­god­nie Do­rian. – Wiem, że mogę ci ufać.

Tylko czy chro­niąc ta­jem­nicę Cha­stity, Lu­cien nie ła­mał za­sady o wza­jem­nej ochro­nie ro­dzin?

Nie, to nic ta­kiego. Cóż zna­czy jedno białe kłam­stewko dla przy­jaźni ta­kiej jak ich?

Poza tym on na­prawdę za­mie­rzał chro­nić Cha­stity jak wła­sną…

No wła­śnie: wła­sną… co?

Roz­dział 3

Drzwi otwo­rzyły się z im­pe­tem i ude­rzyły w ścianę, a na pod­łogę po­sy­pały się od­pry­ski tynku.

Cha­stity i Pa­tience, sie­dzące na ka­na­pie przy sto­liku ka­wo­wym, po­de­rwały się za­sko­czone. Kartki, które Cha­stity trzy­mała w dłoni, roz­sy­pały się do­okoła, gdy od­wró­ciła się i spoj­rzała na in­truza. Zdjęła oku­lary, żeby le­piej go wi­dzieć.

Lu­cien roz­glą­dał się w pi­jac­kim amoku, nie­po­rad­nie pró­bo­wał scho­wać ko­szulę do bry­cze­sów. Wargi miał na­brzmiałe i lśniące, złote loki w nie­ła­dzie, przez co wy­glą­dał jesz­cze bar­dziej non­sza­lancko i za­wa­diacko. Frak zwi­sał nie­dbale z jed­nego ra­mie­nia, a ka­mi­zelka była roz­pięta. Nie poj­mo­wała, jak bę­dąc w ta­kim sta­nie, po­tra­fił wciąż wy­glą­dać ni­czym wcie­le­nie Apolla.

– O. – Uśmiech­nął się sze­roko i przy­mknął po­wieki. – Wi­tam sza­nowne pa­nie.

Ktoś prze­my­kał ko­ry­ta­rzem za jego ple­cami. Po­my­waczka, która czy­ściła ko­minki i sprzą­tała w la­bo­ra­to­rium Cha­stity. Ma­isie! Dziew­czyna była za­ru­mie­niona, wargi miała na­brzmiałe i czer­wone, ale cią­gle błą­kał się na nich uśmiech za­do­wo­le­nia. Mi­ja­jąc otwarte drzwi, z po­czu­ciem winy spoj­rzała prze­lot­nie na Cha­stity i szybko po­bie­gła da­lej.

Wiel­kie nieba, czy on wła­śnie…

– Co ty wy­pra­wiasz? – obu­rzyła się Cha­stity, zry­wa­jąc się na nogi i rzu­ca­jąc na ka­napę po­zo­stałe strony ostat­niej pracy Pa­tience.

– Wy­bacz­cie. – Ro­zej­rzał się i po­ło­żył dło­nie na bio­drach. Ko­szula na­dal marsz­czyła się na jego wy­dat­nych mię­śniach. – My­śla­łem, że to moja kom­nata.

– Twoja kom­nata jest w za­chod­niej wieży – wy­ce­dziła przez zęby. – Je­steś w wieży wschod­niej, gdzie miesz­kam i gdzie mam swoje la­bo­ra­to­rium.

Pa­tience rów­nież wstała, a kartki, które trzy­mała w dłoni, sta­ran­nie odło­żyła na ka­napę.

– Książę naj­wy­raź­niej nie do­maga. Może po­wi­nien się po­ło­żyć?

– Czuję się wy­śmie­ni­cie! – za­wo­łał i uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej. Za­czął prze­cha­dzać się po po­miesz­cze­niu.

La­bo­ra­to­rium znaj­do­wało się we wschod­niej wieży ze względu na duże na­sło­necz­nie­nie. Nie­mal po­łowę ściany zaj­mo­wały oło­wiane okna wi­tra­żowe w romby. Aby w pełni wy­ko­rzy­stać świa­tło, duże stoły ro­bo­cze usta­wiono pod sa­mymi oknami. Le­żały na nich prze­różne przy­rządy – ter­mo­me­try, hy­dro­me­try, zlewki, kolby i men­zurki – a także pię­trzyły się stosy na­uko­wych pe­rio­dy­ków. W rogu, sta­ran­nie za­kryty, stał jej naj­cen­niej­szy do­by­tek: skła­dany mi­kro­skop, który zdo­był dla niej Do­rian dzięki swoim kon­tak­tom w To­wa­rzy­stwie Kró­lew­skim.

Lu­cien prze­cha­dzał się od stołu do stołu, wszyst­kiemu się przy­glą­dał, cały czas chwie­jąc się lekko i wy­ko­nu­jąc za­ma­szy­ste ge­sty, co chwilę brał do ręki a to ja­kąś bu­te­leczkę, a to men­zurkę.

– Lu­cie­nie, pro­szę cię, uwa­żaj! – Cha­stity przy­glą­dała się temu ze zgrozą.

Bóg jej świad­kiem, mo­głaby go roz­szar­pać! Czy można być aż tak nie­na­sy­co­nym? Po ca­ło­noc­nej roz­pu­ście, gdy tylko prze­kro­czył próg Rath Hall, mu­siał do­paść po­my­waczkę i ją uwieść. A te­raz jesz­cze miał czel­ność bez­ce­re­mo­nial­nie wtar­gnąć do jej la­bo­ra­to­rium, świą­tyni, w któ­rej czuła się bez­piecz­nie i pew­nie, jakby chciał do­sad­niej za­grać jej na no­sie.

– Książę – zwró­ciła się do niego po­now­nie Pa­tience, to­nem na­dal spo­koj­nym, acz sta­now­czym. – Je­steś za­ufa­nym przy­ja­cie­lem ro­dziny, ale wiem do­brze, czego do­pu­ści­łeś się wo­bec Ma­isie. Je­śli nie prze­sta­niesz uwo­dzić pra­cu­ją­cej w tym domu służby, po­wiem o wszyst­kim Do­ria­nowi. A wtedy on cię za­bije.

Lu­cien za­śmiał się krótko i prze­lot­nie spoj­rzał na Cha­stity. Wziął do ręki kolbę z octem, jedną z sub­stan­cji, które te­sto­wała pod ką­tem zmniej­sza­nia ry­zyka za­ka­że­nia ran.

– Ma­rie… to zna­czy…Mona…

– Ma­isie! – Cha­stity nie wy­trzy­mała.

– Ma­isie była bar­dzo smutna. – Mach­nął ręką, w któ­rej trzy­mał na­czy­nie. – I nie było ni­kogo, kto mógłby ją po­cie­szyć.

Kolba wy­pa­dła mu z dłoni i roz­trza­skała się o pod­łogę w drobny mak. Gło­śny huk na mo­ment ogłu­szył Cha­stity, a po­wie­trze wy­peł­nił ostry za­pach czy­stego octu.

– O nie! – Pa­tience za­sło­niła usta. – Och, nie­do­brze mi, mu­szę… – Wy­bie­gła, jedną dło­nią wciąż za­sła­nia­jąc usta, a drugą trzy­ma­jąc się za brzuch.

– Psia­krew… – Lu­cien pa­trzył tępo na odłamki na pod­ło­dze i ka­łużę octu u swo­ich stóp. – Prze­pra­szam cię, Cha­stity!

Padł na ko­lana i za­czął zbie­rać ka­wałki szkła. Cha­stity prze­szył strach. Nie, pro­szę, żad­nych ska­le­czeń… Wi­dok brata, który jako dziecko wy­ło­nił się ze szklarni cały po­ra­niony, na za­wsze wy­pa­lił się w jej pa­mięci.

– Lu­cie­nie, zo­staw to – rzu­ciła ostrym to­nem i z szafki pod jed­nym ze sto­łów wy­jęła kilka lnia­nych szma­tek, któ­rych uży­wała do czysz­cze­nia przy­rzą­dów. – Pro­szę cię, nie ru­szaj tego.

Ale nie po­słu­chał. Kiedy ona wy­cie­rała ocet i zgar­niała szmatką odłamki, on zbie­rał je go­łymi rę­kami i rze­czy­wi­ście po chwili ocet za­bar­wił się krwią.

Cha­stity na mo­ment za­sty­gła w pa­nice. Znów miała przed oczami rany na nad­garst­kach i dło­niach Do­riana, krew, która wy­pły­wała z jego ciała nie­prze­rwa­nym stru­mie­niem… I to, co było po­tem, kiedy le­karz za­szył rany, za­ka­że­nie… dni wy­peł­nione cze­ka­niem, aż go­rączka za­bije jej brata, który pró­bo­wał tylko ją chro­nić…

Mo­dli­twy, żeby prze­żył.

– Lu­cie­nie! Ty krwa­wisz! – Szybko oprzy­tom­niała i wy­rzu­ciła szmatki do ku­bła na od­pady. Zdrę­twia­łymi dłońmi pod­su­nęła ku­beł ran­nemu księ­ciu, żeby też wrzu­cił do niego odłamki, które trzy­mał w ręce. – Po­każ mi to. – Po­dała mu rękę, po­ma­ga­jąc wstać.

Ska­le­czył się w lewą dłoń, którą te­raz trzy­mała w swo­jej. Była duża, z dłu­gimi pal­cami. Do­ty­ka­nie jego skóry było jak do­ty­ka­nie ognia – eks­cy­tu­jące. Nie­bez­pieczne.

I gro­ziło po­pa­rze­niem.

Gwał­tow­nie wcią­gnął po­wie­trze i cof­nął dłoń.

– Nic mi nie jest. To nic wiel­kiego.

– Krew to za­wsze jest coś wiel­kiego – wark­nęła z za­ska­ku­jącą na­wet dla niej sa­mej zło­ścią. Wszystko w tej sy­tu­acji wy­da­wało się zbyt zna­jome. I nie za­mie­rzała być po­wo­dem, dla któ­rego ko­lejny czło­wiek bę­dzie mu­siał wal­czyć ze śmier­telną in­fek­cją, je­śli mo­gła temu za­po­biec. Zwłasz­cza je­śli tym czło­wie­kiem miał być Lu­cien. – Po­zwól mi to obej­rzeć – po­wie­działa z na­ci­skiem i znów ujęła jego dłoń, żeby do­kład­nie się jej przyj­rzeć.

Ska­le­cze­nie było nie­wiel­kie, na kłę­bie kciuka, i tylko lekko krwa­wiło. Ode­tchnęła z ulgą.

– To płytka rana – oznaj­miła. – Szybko się za­goi, je­śli nie doj­dzie do za­ka­że­nia… Za­dbam, żeby nie wdała się in­fek­cja, jak u Do­riana.

Uniósł brwi.

– Niby jak?

Wiel­kie nieba, wciąż trzy­mała go za rękę. Pod­nio­sła wzrok i pa­trząc mu w oczy, na­tych­miast za­tra­ciła się w bez­kre­snym błę­ki­cie i od­cie­niach fio­letu pod dłu­gimi ja­snymi rzę­sami.

Weź się w garść! – upo­mniała się w my­ślach.

A na głos prych­nęła.

– Usły­sza­łeś choć słowo z tego, o czym mó­wi­łam w po­wo­zie?

– Wy­bacz, moja droga. To na pewno było fa­scy­nu­jące, ale po nocy w Eli­zjum nie­zbyt na­daję się do wy­słu­chi­wa­nia wy­kła­dów na­uko­wych.

Wes­tchnęła, wy­pu­ściła jego dłoń i po­de­szła do stołu po­szu­kać al­ko­holu.

– Tak, oczy­wi­ście, to cał­kiem zro­zu­miałe… – mruk­nęła, prze­su­wa­jące wzro­kiem po fiol­kach, bu­te­lecz­kach i kol­bach. – Zgłę­bia­łam aku­rat pracę dok­tora Edwarda Jen­nera o szcze­pie­niu. I kiedy czy­ta­łam o jego po­my­śle, żeby za­po­bie­gać ospie po­przez wpro­wa­dza­nie do or­ga­ni­zmu okre­ślo­nych sub­stan­cji, przy­szło mi do głowy, że być może w po­dobny spo­sób mo­gli­by­śmy za­po­bie­gać także in­nym do­le­gli­wo­ściom, na przy­kład za­ka­że­niom ran.

– Mów da­lej, skar­bie. To tylko teo­ria, prawda?

– Tak – przy­znała po­śpiesz­nie. Zna­la­zła kolbę ze spi­ry­tu­sem i od­wró­ciła się do niego. – Ale jak na ra­zie z mo­ich ob­ser­wa­cji wy­nika, że dba­nie o czy­stość wy­daje się zmniej­szać ry­zyko wy­stą­pie­nia u pa­cjen­tów go­rączki. Dla­tego ba­dam różne me­tody oczysz­cza­nia ran.

– Ro­zu­miem… – Na­gle po­pa­trzył na kolbę w jej dłoni z za­cie­ka­wie­niem, któ­rego dawno u niego nie wi­działa. – Ba­da­nia dok­tora Jen­nera nad ospą były fa­scy­nu­jące. Mam na­dzieję, że twoje od­niosą rów­nie wielki suk­ces.

Po­de­szła do niego bli­żej, po­czuła, jak od­dech jej przy­śpie­sza, ale ze­brała się w so­bie i oznaj­miła:

– Dawno temu twój umysł fa­scy­no­wała na­uka. Szkoda, że tak go mar­nu­jesz. Lu­cie­nie, te hu­lanki i roz­pu­sta cię wy­nisz­czają.

– Daj spo­kój. Wszy­scy kie­dyś umrzemy.

Wzięła świeżą szmatkę.

– Ale twoje „kie­dyś” jesz­cze długo nie na­dej­dzie, je­śli tylko mogę temu za­ra­dzić. Pa­mię­tasz, jak było z Do­ria­nem, kiedy się wy­do­stał z tam­tej szklarni?

W jed­nej chwili jego twarz stała się nie­skoń­cze­nie po­ważna.

– Trudno za­po­mnieć, że mój naj­lep­szy przy­ja­ciel pra­wie umarł z go­rączki.

Od­kor­ko­wała szyjkę i w noz­drza ude­rzył ją ostry za­pach al­ko­holu.

– Otóż to. Tam­ten le­karz, który opa­try­wał Do­riana… Gdyby tylko od­po­wied­nio oczy­ścił na­rzę­dzia i jego rany… Wy­niki mo­ich ba­dań wska­zują, że ry­zyko za­ka­że­nia zna­cząco by wów­czas spa­dło.

Lu­cien zmarsz­czył brwi, wpa­tru­jąc się w nią bacz­nie swo­imi fioł­ko­wymi oczami.

– To dla­tego się tym zaj­mu­jesz?

Gdyby go nie znała, mo­głaby uznać zdu­miony, cie­pły wy­raz jego twa­rzy za prze­jaw po­dziwu.

Tylko że Lu­cien, książę Luhst, ni­gdy nie mógłby po­dzi­wiać ko­goś ta­kiego jak ona. Sa­wantka i stara panna. Za­pewne po pro­stu do­ce­nia, że po­sta­no­wiła mu po­móc unik­nąć za­ka­że­nia.

Prze­chy­liła kolbę, na­są­czyła szmatkę spi­ry­tu­sem i z po­wro­tem za­mknęła na­czy­nie kor­kiem.

– Tak. – Znów wzięła go za rękę. Wiel­kie nieba, jego dłoń była dwu­krot­nie więk­sza od jej wła­snej. – Może za­piec – uprze­dziła. – Wy­bacz.

Ostroż­nie i de­li­kat­nie prze­su­nęła szmatką po ska­le­cze­niu. Usły­szała, jak gwał­tow­nie na­biera po­wie­trza.

– Wy­bacz – po­wtó­rzyła.

Boże drogi, jego skóra w miej­scu, gdzie jej do­ty­kała, ema­no­wała czymś nie­spo­ty­ka­nym. Przez ciało Cha­stity prze­to­czyła się cie­pła, ła­sko­cząca fala. To było odu­rza­jące. Na­wet jego wzrok czuła jak do­tyk, wy­peł­niał ją cie­płem, lek­ko­ścią. Kiedy pod­nio­sła głowę, w jego oczach zo­ba­czyła błysk cze­goś, czego nie po­tra­fiła na­zwać.

– To moja wina – przy­po­mniał jej. – Nie prze­pra­szaj, skar­bie.

Skar­bie… Tak czule się do niej zwra­cał, nie­wąt­pli­wie jak do wszyst­kich ko­biet. Do­piero co pew­nie tak samo piesz­czo­tli­wie szep­tał do Ma­isie.

Ale ona nie była jego skar­bem i ni­gdy nie bę­dzie.

Ow­szem, kie­dyś miała na to na­dzieję, dawno temu, kiedy była głu­pią, na­sto­let­nią trzpiotką, a on cza­ru­ją­cym mło­dzień­cem. Kiedy my­ślała jesz­cze, że uwaga, którą jej po­święca, może być czymś wię­cej niż przy­jaź­nią, kiedy miała na­dzieję… Aż ta na­dzieja le­gła w gru­zach, a ona po­czuła się okrut­nie oszu­kana, gdy zza rogu zo­ba­czyła go ca­łu­ją­cego się z inną dziew­czyną.

Wtedy raz na za­wsze wy­biła so­bie z głowy nie­mą­dre za­uro­cze­nie Lu­cie­nem.

Po­śpiesz­nie starła resztę krwi szmatką na­są­czoną spi­ry­tu­sem, a po­tem ko­lej­nym ka­wał­kiem tka­niny owi­nęła ranę. Pil­nie mu­siała prze­stać go do­ty­kać, jak­kol­wiek to było przy­jemne. Do­ty­ka­nie go przy­po­mi­nało jej o dziew­czy­nie, którą już ni­gdy nie bę­dzie.

Gdy skoń­czyła, wy­mam­ro­tał po­dzię­ko­wa­nia, a ona po­de­szła do okna i otwo­rzyła je, żeby wy­wie­trzyć za­pach octu. Świeże, chłodne po­wie­trze prze­wie­trzyło rów­nież jej głowę i wy­pę­dziło z niej my­śli o nim. Po­tem wró­ciła do sprzą­ta­nia szkła i octu z pod­łogi.

– Lu­cie­nie, unik­nął­byś tego wszyst­kiego, gdy­byś nie nad­uży­wał al­ko­holu i nie sy­piał z kim po­pad­nie.

– Z obiema tymi rze­czami mogę w każ­dej chwili skoń­czyć – za­pew­nił ją ze śmie­chem i klęk­nął obok, żeby jej po­móc. – Za to ty, gdy­byś tylko po­świę­ciła swo­jemu ży­ciu to­wa­rzy­skiemu tyle samo czasu i pracy, ile po­świę­casz swoim ba­da­niom, nie mu­sia­ła­byś w wieku dwu­dzie­stu ośmiu lat spę­dzać wie­czo­rów sa­mot­nie, oto­czona tylko swo­imi przy­rzą­dami.

Za­bo­lało ją to, ale nie dała tego po so­bie po­znać. Ze­brała się w so­bie i na­wet spoj­rzała mu w oczy, choć czuła już, jak łzy pieką ją pod po­wie­kami.

– Być może masz ra­cję. Ale ja przy­naj­mniej mam ja­kiś cel. A ty co masz, poza pi­ciem i roz­pu­stą?

Roz­dział 4

Jej słowa ubo­dły go do ży­wego. Od­chy­lił się na­wet, jakby wy­mie­rzyła mu po­li­czek. Miał ochotę za­ata­ko­wać po­now­nie, obro­nić się ja­koś, ale w głębi du­szy wie­dział, że miała ra­cję.

Nie da się ukryć, że był pi­jany… a po­tem roz­bił jej to szklane na­czy­nie, nie­mal wy­wo­łał wy­mioty u cię­żar­nej, a na ko­niec Cha­stity mu­siała wszystko po­sprzą­tać. I wtedy o to spy­tała…

Do­bre py­ta­nie: co on miał?

Tylko sa­mot­ność i pustkę.

Cha­stity, Do­rian i po­zo­stali ksią­żęta grze­chu – wszy­scy kie­dyś prze­ko­nają się, co skrywa w swoim wnę­trzu…

Nic.

Oczy­wi­ście, że mógłby skoń­czyć z roz­pust­nym ży­ciem. Nie był zwie­rzę­ciem, był czło­wie­kiem. W pełni zdol­nym do kon­tro­lo­wa­nia swo­ich po­pę­dów. Tylko… kiedy opla­tały go ko­biece nogi, kiedy przy­ci­skało się do niego inne ciało i oboje drżeli z roz­ko­szy, czuł, że coś zna­czy. Że nie jest sam.

Spół­ko­wa­nie nie znie­wa­lało go tak, jak nie­któ­rych męż­czyzn znie­wa­lało opium. Albo Ec­cessa znie­wa­lał al­ko­hol.

Nie.

Jemu nic nie do­le­gało.

To Cha­stity miała pro­blem, nie umiała prze­stać się cho­wać za swo­imi szkla­nymi fiol­kami i uży­wać swo­jej in­te­li­gen­cji jako wy­mówki, żeby uni­kać po­zna­wa­nia kan­dy­da­tów na męża.

Ból, który do­strzegł w oczach Cha­stity, gdy jej to wy­tknął, spra­wił, że się wzdry­gnął i chciał prze­pro­sić. Już na­wet otwo­rzył usta, żeby to zro­bić, ale wtedy ona tak ener­gicz­nie za­mo­czyła szmatkę w wia­drze z wodą, że kilka kro­pel pry­snęło mu w twarz.

– Wiesz, co my­ślę? – spy­tał za­miast prze­pro­sin i wstał, kiedy ona znów za­nu­rzyła ście­reczkę w wo­dzie. Przy­glą­dał się, jak wy­żyma ją zwin­nymi dłońmi. – My­ślę, że całe twoje na­ukowe am­bi­cje to je­dy­nie próba od­wró­ce­nia uwagi od tego, że po­tra­fisz zna­leźć so­bie męża.

Od­wró­ciła się do niego, oczy miała wiel­kie, a twarz na­piętą ni­czym ma­ska, ale po­liczki jej pło­nęły.

Te­raz prze­sa­dził.

Od­sta­wiła wia­dro na stół i wrzu­ciła do niego szmatę, tym ra­zem szczo­drze ochla­pu­jąc mu twarz. Otarł mo­kre po­liczki, woda miała octowy za­pach.

Jed­nym krót­kim kro­kiem po­ko­nała dzie­lący ich dy­stans. Była zimna i wład­cza, jak Kró­lowa Śniegu.

– Od­wra­ca­niem uwagi jest ra­czej twoje wieczne uga­nia­nie się za ko­bie­tami. Je­steś ża­ło­sny, Lu­cie­nie! Na­wet przy słu­żą­cej naj­lep­szego przy­ja­ciela nie umiesz się po­ha­mo­wać. I to po nocy spę­dzo­nej w Eli­zjum!

Pa­trzył w jej nie­bie­skie oczy, lśniące lo­do­wym bla­skiem.

A ona za­śmiała się i wolno po­krę­ciła głową.

– Za­łożę się, że mie­siąca byś nie wy­trzy­mał, żeby nie po­ło­żyć się do łóżka z kim­kol­wiek.

– Też coś, nie miał­bym z tym naj­mniej­szego pro­blemu – prych­nął.

– Do­prawdy? I nie tylko bez sto­sunku płcio­wego, ale na­wet bez sa­mo­za­spo­ko­je­nia?

„Sa­mo­za­spo­ko­je­nie” i „sto­su­nek płciowy” brzmiały w jej ustach na­der in­try­gu­jąco. Wy­obra­ził so­bie jej po­nętne wargi czer­wone od po­ca­łun­ków… Opu­ścił wzrok na drobne piersi pod szarą mu­śli­nową su­kienką z koł­nie­rzy­kiem się­ga­ją­cym pod­bródka. Jakże miły dla ucha byłby to dźwięk, gdyby tak ro­ze­drzeć ten pa­skudny ma­te­riał i uwol­nić jej piękne ciało od ubra­nia, które ją po­sta­rzało i czy­niło nie­wi­dzialną.

– A cóż ty mo­żesz wie­dzieć o tych spra­wach, droga Cha­stity? – spy­tał, pod­cho­dząc jesz­cze bli­żej.

Wi­dok jej roz­sze­rzo­nych źre­nic, po­chła­nia­ją­cych więk­szość sza­fi­ro­wych tę­czó­wek, słod­kich warg roz­chy­la­ją­cych się ze zdu­mie­nia i piersi uno­szą­cej się co­raz gwał­tow­niej pod suk­nią godną gu­wer­nantki na­pa­wał go sa­tys­fak­cją.

– Czy­tam książki – oznaj­miła. – Do­sko­nale się orien­tuję, czym jest mi­łość cie­le­sna. Znam ana­to­mię mę­ską i ko­biecą, włącz­nie z na­rzą­dami płcio­wymi, i wiem, co za­cho­dzi mię­dzy ko­bietą a męż­czy­zną.

Oczy­wi­ście, że wie, jak mo­głaby nie wie­dzieć. Być może nie znał jej aż tak do­brze.

Po­my­śleć, że czy­tała książki o spół­ko­wa­niu, stu­dio­wała mę­ską i ko­biecą ana­to­mię w pod­ręcz­ni­kach me­dycz­nych i mo­głaby mu udzie­lać in­struk­cji… W tych swo­ich bi­no­klach i z tą su­rową miną… Aż on stałby się tym, który jako pierw­szy prze­bije się przez jej twardy pan­cerz i sprawi, że Cha­stity się roz­pad­nie, bę­dzie się wić i straci kon­trolę… Roz­grzane do czer­wo­no­ści po­żą­da­nie wzbu­rzyło krew i sku­mu­lo­wało się bo­le­śnie pod bry­cze­sami.

Nie, Lu­cie­nie. To Cha­stity. Sio­stra Do­riana.

Co nie zna­czy, że nie wolno mu się z nią tro­chę po­dro­czyć. Za­ba­wić po­my­słem o tym ab­sur­dal­nym za­kła­dzie.

– Książki – żach­nął się. – Ko­cha­nie, teo­ria i prak­tyka to dwie różne rze­czy. Ja mogę się po­wstrzy­mać od prak­ty­ko­wa­nia. Za to ty od czy­ta­nia ra­czej nie. Po­wie­dział­bym wręcz, że za jego sprawą za­my­kasz się na lu­dzi do tego stop­nia, iż wąt­pię, abyś w ciągu tego let­ni­ska po­znała choć jedną nową osobę.

Jej wście­kłe ru­mieńce zdra­dzały, że się z nim zga­dza.

– Je­śli ty zdo­łasz rzu­cić hu­lanki, ja mogę po­rzu­cić książki – za­pew­niła go, choć bez więk­szego prze­ko­na­nia. – Na pewno znaj­dzie się ktoś, z kim da się po­roz­ma­wiać o na­uce…

Otwo­rzyła sze­rzej oczy, jakby coś so­bie uświa­do­miła.

– Wła­ści­wie, to… – Po­woli wy­gięła usta w uśmie­chu. – Na przy­ję­ciu Pryde’a bę­dzie pe­wien dżen­tel­men, z któ­rym mogę roz­ma­wiać go­dzi­nami. – I pod no­sem do­dała: – O ile zbiorę się na od­wagę.

Lu­cien zmru­żył oczy. Kiedy do tego do­szło? Na­gle w jej ży­ciu po­ja­wia się jesz­cze je­den nowy męż­czy­zna? Nie po­do­bało mu się to, wcale a wcale. Skrzy­żo­wał ra­miona na piersi.

– Kto to taki?

Znów kuc­nęła i wró­ciła do wy­cie­ra­nia octu z pod­łogi, a on pa­trzył na jej pełne wdzięku plecy, na krą­głe i obie­cu­jące po­śladki ry­su­jące się pod sza­rymi fał­dami sukni.

– Lord Oli­ver Evans, hra­bia Ward­bury.

Za­mor­duje dra­nia.

– I dla­czego chcesz się za­zna­jo­mić wła­śnie z nim?

Po­ję­cia nie miał, jak jej się uda­wało wy­glą­dać tak do­stoj­nie, gdy ku­cała i wy­cie­rała plamę z pod­łogi. A jed­nak. Jej plecy po­zo­sta­wały ide­al­nie wy­pro­sto­wane. Ra­miona opusz­czone. Twarz opa­no­wana, jakby piła her­batkę z kró­lową.

– Jest ba­da­czem i le­ka­rzem w Szpi­talu Świę­tego To­ma­sza. I jed­nym z dżen­tel­me­nów, któ­rzy od­rzu­cili moją ofertę współ­pracy. Za­mie­rzam go prze­ko­nać do zmiany zda­nia.

Lu­cien zmru­żył oczy. Uczony? Hra­bia? Cha­stity spę­dza­jąca czas w to­wa­rzy­stwie nie­zna­nego mu męż­czy­zny? Nie, zde­cy­do­wa­nie mu się to nie po­do­bało. Ile w ogóle lat miał ten je­go­mość? Niech Bóg ma go w opiece, le­piej, żeby był po osiem­dzie­siątce i miał żonę.

Nie. Na pewno nie we­pchnie jej tak po pro­stu w ra­miona in­nego męż­czy­zny. Musi jak naj­bar­dziej utrud­nić jej ten za­kład. Albo uczy­nić go na tyle ku­szą­cym, żeby jemu sa­memu opła­cało się za­ry­zy­ko­wać. Za­raz, a może da się upiec obie pie­cze­nie…

Po­krę­cił głową.

– Skar­bie, je­śli uatrak­cyj­nisz mi nieco ten za­kład, to je­stem go­tów go przy­jąć.

Te­raz ona przyj­rzała mu się ba­daw­czo.

– A co by go twoim zda­niem uatrak­cyj­niło?

– Ty… mocno spe­szona.

Z za­do­wo­le­niem pa­trzył, jak na jej po­liczki za­krada się ru­mie­niec. Czyli Kró­lowa Śniegu ma jed­nak tro­chę ogni­stej krwi.

– Słu­chaj – prze­ko­ny­wał. – Skoro ja mam zro­bić coś, co nie bę­dzie mi się po­do­bało… to ty też mu­sisz. Twier­dzisz, że nie dam rady za­cho­wać wstrze­mięź­li­wo­ści przez trzy­dzie­ści dni. A ja twier­dzę, że to­bie nie uda się zdo­być pro­po­zy­cji mał­żeń­stwa.

Cha­stity zmar­kot­niała.

– Pro­po­zy­cji mał­żeń­stwa?

W ży­ciu na to nie pój­dzie. Nie dla­tego, że by jej się to nie udało. Każdy męż­czy­zna byłby szczę­ścia­rzem, gdyby mógł ją do­stać, a Lu­cien ni­gdy nie zdo­łałby na nią za­słu­żyć. Ale ona nie wyj­dzie ze swo­jej sko­rupy i nie bę­dzie się na­wet sta­rać ko­go­kol­wiek ocza­ro­wać. Wi­dział ją na róż­nych ba­lach i przy­ję­ciach. Jest na nich tak nie­po­radna, jakby miała drza­zgę w pa­lu­chu.

– Pro­po­zy­cję mał­żeń­stwa… – po­wtó­rzyła, wciąż wy­glą­da­jąc na zdu­mioną, aż na­gle, ku jego za­sko­cze­niu, do­koń­czyła: – …od lorda Ward­bury.

– Co?

– Może nie każ­dego zdo­ła­ła­bym prze­ko­nać do zło­że­nia mi ta­kiej pro­po­zy­cji, ale za­łożę się, że z nim mo­głoby mi się udać.

Nie. Nie, nie. Nie po­do­bał mu się kie­ru­nek, w któ­rym to zmie­rzało.

– On też jest na­ukow­cem. – Cha­stity naj­wy­raź­niej po­waż­nie roz­wa­żała taką moż­li­wość. – Te­ma­tów do roz­mowy nam nie za­brak­nie. Poza tym, gdy­bym już była jego żoną, może prze­ko­na­ła­bym go, żeby po­zwo­lił mi pro­wa­dzić ba­da­nia we współ­pracy ze Szpi­ta­lem Świę­tego To­ma­sza.

Lu­cien przez chwilę nie mógł wy­du­sić ani słowa.

– O tym nie po­my­śla­łem.

– To ma sens! – Cha­stity na­prawdę za­pa­liła się do tego po­my­słu. Za­częła cho­dzić po la­bo­ra­to­rium tam i z po­wro­tem. – Masz cał­ko­witą ra­cję. Po­win­nam umieć się od­na­leźć wśród śmie­tanki to­wa­rzy­skiej. Ni­gdy mnie nie in­te­re­so­wało by­wa­nie na sa­lo­nach, trwo­nie­nie czasu na her­bat­kach z in­nymi da­mami i słu­cha­nie plo­tek. Przy­znaję jed­nak, że umie­jęt­no­ści spo­łeczne są moją sła­bo­ścią. Mu­szę nad nimi po­pra­co­wać. Po­dob­nie jak ty bę­dziesz mu­siał po­pra­co­wać nad sa­mo­kon­trolą i abs­ty­nen­cją. – Prze­rwała i spoj­rzała na niego. – A gdy już wy­gram, ty zaś, oczy­wi­ście, prze­grasz, bo prze­cież w ży­ciu nie zdo­łasz prze­pu­ścić chęt­nej da­mie, a już na pewno nie przez trzy­dzie­ści dni, to po­mo­żesz mi opu­bli­ko­wać moją pracę w Kró­lew­skim To­wa­rzy­stwie Nauk Przy­rod­ni­czych. Twoja ro­dzina wspiera ich od lat, więc na pewno masz tam sporo do po­wie­dze­nia.

Nie wie­rzył wła­snym uszom. Cha­stity żą­dała, żeby wy­ko­rzy­stał swoje wpływy, aby jej po­móc? Dziew­czy­nie, z którą kie­dyś grał w berka, która raz śmier­tel­nie go na­stra­szyła, ro­biąc do­mowe fa­jer­werki z proszku me­ta­licz­nego, i która wy­róż­niała się taką mą­dro­ścią, że gdy był chłop­cem, kom­plet­nie go tym onie­śmie­lała? Nie do wiary, że był jej do cze­go­kol­wiek po­trzebny. I oczy­wi­ście chęt­nie by jej po­mógł, na­wet bez tego za­kładu. No, ale skoro już się tar­go­wali…

– Wo­bec tego – za­czął chłodno, pa­trząc na nią z góry – je­śli ja wy­gram, spę­dzisz ze mną noc i bę­dziemy ro­bić, co tylko ze­chcę. – Wie­dział, że się nie zgo­dzi, ale chciał zo­ba­czyć, jak kró­lowa lodu się pe­szy, chciał znów uj­rzeć ten roz­koszny ru­mie­niec.

A ona zro­biła wiel­kie oczy i bez­wied­nie otwo­rzyła usta. I oto on, ru­mie­niec. Za­wsty­dze­nie, które tak pra­gnął uj­rzeć. Znał ją aż za do­brze.

Oczy­wi­ście, że Cha­stity nie od­waży się pró­bo­wać ko­go­kol­wiek ocza­ro­wać. Na­wet uczo­nego, któ­remu miała tyle do po­wie­dze­nia. Była by­stra, ale w ży­ciu nie uda jej się prze­kro­czyć muru, jaki wo­kół sie­bie zbu­do­wała, po­zwo­lić, aby inni zo­ba­czyli ją taką, jaką na­prawdę jest.

O tak. On wy­gra, a ona prze­gra.

A wtedy, choć bę­dzie go to sporo kosz­to­wało, za­chowa się wo­bec niej jak dżen­tel­men i na pewno nie wy­ko­rzy­sta oka­zji. Jej się pew­nie wy­daje, że bę­dzie chciał ją ro­ze­brać, ale on ni­gdy nie spla­miłby jej ho­noru w taki spo­sób. Była sio­strą Do­riana. A on bez trudu umiał so­bie wy­obra­zić jego gniew, na­wet je­śli ostat­nio zda­wał się mieć go w so­bie tak nie­wiele.

Za nic nie na­ra­ziłby swo­jej przy­jaźni z Do­ria­nem, ni­gdy.

Poza tym wie­dział, że Cha­stity i tak ni­gdy by się nie zgo­dziła na tak ab­sur­dalny za­kład. To wszystko było ble­fem i oboje o tym wie­dzieli. Jed­no­cze­śnie w jego my­śli, cał­kiem nie­pro­szony, wdarł się ob­raz jej zgor­szo­nej twa­rzy, kiedy po­ta­jem­nie wcho­dzi do jego sy­pialni, spo­dzie­wa­jąc się naj­gor­szego.

Tym­cza­sem skrzy­żo­wała ręce na piersi.

– Lu­cie­nie, mó­wię po­waż­nie. Żad­nego współ­ży­cia. Żad­nego sa­mo­za­do­wa­la­nia. W ogóle żad­nych zmy­sło­wych przy­jem­no­ści.

– A co, je­śli oboje wy­gramy? – przy­szło mu do głowy. Chyba nie za­mie­rzała się z nim za­ło­żyć…

– Wtedy oboje do­sta­niemy swoje na­grody. Na­prawdę mi za­leży na twoim wspar­ciu dla mo­jego pro­jektu.

Ro­ze­śmiał się i po­woli ru­szył w jej stronę, ob­li­zu­jąc dolną wargę. Moż­liwe, że na­dal był za­mro­czony al­ko­ho­lem. A może był do cna zde­pra­wo­wany. Tak czy ina­czej, nie mógł się oprzeć po­ku­sie. Wy­cią­gnął do niej rękę i aż prze­szył go prąd, gdy ją uści­snęła.

Po­woli po­trzą­snął jej dło­nią, trzy­ma­jąc ją mocno i pa­trząc jej pro­sto w oczy.

– Za­kład stoi.

Roz­dział 5

Na­stęp­nego dnia po­wozy je­den po dru­gim pod­jeż­dżały pod re­zy­den­cję Pryde’a i wy­sy­py­wali się z nich go­ście pre­zen­tu­jący naj­now­szą lon­dyń­ską modę. Re­zy­den­cja była dwu­pię­tro­wym pa­ła­cem z wy­so­kimi ko­lum­nami i oknami, a ota­czał ją piękny, przy­po­mi­na­jący park ogród po­śród ła­god­nych pa­gór­ków i la­sów.

Ar­chi­bald, książę Enve­igh, stał obok Lu­ciena oraz Do­riana, Pa­tience i Con­stan­tine’a, księ­cia Pryde. Enve­igh pre­zen­to­wał się do­sko­nale w ciem­no­zie­lo­nym atła­so­wym płasz­czu pro­sto spod igły, z wy­ha­fto­wa­nym her­bem ro­do­wym przed­sta­wia­ją­cym węża. Szare oczy, od­zna­cza­jące się na tle lek­kiej opa­le­ni­zny i nie­pa­su­jące swą by­stro­ścią do wciąż nieco roz­cheł­sta­nego wy­glądu, wwier­cały się w pannę Anne Rose, która w tym mo­men­cie, wsparta na ra­mie­niu lo­kaja, wy­sia­dała z po­wozu.

– Panny Rose są tego lata wy­jąt­kowo piękne – wes­tchnął.

Lu­cien par­sk­nął śmie­chem, ale sam rów­nież za­wie­sił wzrok na drob­nej syl­wetce Anne Rose. Była szczu­plej­szą wer­sją swo­jej sio­stry. I jak wszyst­kie ko­biety w tej ro­dzi­nie miała okrą­głą, aniel­ską twarz, wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe, zło­ci­ste loki i oczy w nie­spo­ty­ka­nym od­cie­niu błę­kitu.

– Z ust mi to wy­ją­łeś – mruk­nął, cho­ciaż bar­dziej po to, żeby do­piec Do­ria­nowi niż z au­ten­tycz­nym za­mia­rem uwie­dze­nia szwa­gierki swo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela. Wy­star­czyło, że uwi­kłał się w tę prze­dziwną sy­tu­ację z jego sio­strą.

Która, na­wia­sem mó­wiąc, stała wła­śnie na dzie­dzińcu i naj­wy­raź­niej po­sta­no­wiła zro­bić z sie­bie wi­do­wi­sko. Ich spoj­rze­nia na mo­ment się spo­tkały, kiedy zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szyła w stronę grupki dżen­tel­me­nów, sa­mych nie­bez­piecz­nie atrak­cyj­nych ka­wa­le­rów. Lu­ciena ści­snęło w piersi z tro­ski o tę dziew­czynę, choć wie­dział, że po­winna za­cząć się otwie­rać na nowe zna­jo­mo­ści. Po­ka­zać światu, jak piękną jest osobą.

– Ani mi się waż zbli­żyć choć na krok do panny Rose – ostrzegł go Do­rian, kiedy Pa­tience się od­da­liła i me­an­dru­jąc w tłu­mie go­ści, skie­ro­wała ku swo­jej sio­strze.

– Ża­den z was – do­dał Pryde, który wy­pro­sto­wany i ma­je­sta­tyczny przy­glą­dał się przy­by­łemu to­wa­rzy­stwu z miną króla ob­ser­wu­ją­cego swo­ich po­słusz­nych dwo­rzan. – Hra­bina Rath po­pro­siła mnie, że­bym za­pro­sił jej sio­strę w ra­mach przy­sługi, żeby ją przed­sta­wić w wyż­szych krę­gach, z któ­rych Rose’owie byli do­tąd wy­klu­czani. A po­nie­waż po czę­ści sam się do tego ostra­cy­zmu przy­czy­ni­łem, za sprawą wy­da­rzeń wo­kół do­mnie­ma­nego sa­mo­bój­stwa jej brata, oraz dla­tego, że uwa­żam księżną za przy­ja­ciółkę, chęt­nie przy­sta­łem na jej prośbę. Za­pro­si­łem jed­nak pannę Rose nie po to, żeby ją ktoś uwiódł i spro­wa­dził na ma­nowce, ale żeby być może zna­leźć dla niej męża. Ona zresztą ma już wiel­bi­ciela, który spe­cjal­nie zmie­nił plany i po­sta­no­wił przy­je­chać, gdy tylko się do­wie­dział, że bę­dziemy ją go­ścić.

– To prawda, Pa­tience i ja bę­dziemy mu­sieli ja­koś okieł­znać za­lot­ni­ków panny Rose – przy­znał Do­rian i zer­ka­jąc na Cha­stity, do­dał: – Przy­naj­mniej kon­ku­ren­tami do ręki mo­jej sio­stry szczę­śli­wie nie mu­szę so­bie za­przą­tać głowy.

Lu­cien z tru­dem ode­rwał wzrok od Cha­stity.

– Wa­sza Gniew­ność, tylko się z tobą dro­czy­łem – wes­tchnął Enve­igh. – Panna Rose na­leży do ro­dziny. Pod­lega ochro­nie.

Tak jak Cha­stity.

A jed­nak Lu­cien zła­mał drugą uświę­coną przy­sięgę ich brac­twa w grze­chu, aby wza­jem­nie chro­nić swoje ro­dziny, i pchał Cha­stity w sy­tu­acje, w któ­rych naj­praw­do­po­dob­niej się ośmie­szy. A przede wszyst­kim, co było chyba jesz­cze gor­sze, po­hań­bił ją, usta­na­wia­jąc dla sie­bie skan­da­liczną wprost na­grodę.

Lu­cien aż się skrzy­wił, gdy zo­ba­czył, jak Cha­stity dyga nie­zgrab­nie i zwra­ca­jąc się do męż­czyzn, wy­gina ciało pod dzi­wacz­nym ką­tem. Ci zaś, mimo lek­kiej kon­ster­na­cji, mieli na twa­rzach ma­ski uprzej­mego za­cie­ka­wie­nia.

– Otóż to. – Do­rian ucie­szył się, że są co do tego zgodni. – Każdy z was może mieć do­wolną ko­bietę poza tymi, które na­leżą do ro­dziny. Mó­wię zwłasz­cza do cie­bie, Wa­sza Roz­wią­złość.

Lu­cien po­pa­trzył na Do­riana pio­ru­nu­ją­cego go wzro­kiem i prze­szył go dreszcz nie­po­koju. Na Boga, chyba nie do­wie­dział się o za­kła­dzie, prawda?

– Słu­chaj­cie… – Spoj­rzał po twa­rzach Pryde’a i Enve­igha i oka­zało się, że wszy­scy przy­glą­dają mu się ba­daw­czo. – Dla­czego na­gle tak się na mnie uwzię­li­ście? Czy coś mnie omi­nęło?

– Pa­tience po­wie­działa mi o Ma­isie – przy­znał oskar­ży­ciel­skim to­nem Do­rian. – Je­śli za­szła w ciążę, zaj­miesz się nią i nie­mow­lę­ciem. Nie po­zwolę, aby kto­kol­wiek wy­ko­rzy­stał moją słu­żącą i zruj­no­wał jej ży­cie. Jako książę nie mo­żesz, rzecz ja­sna, się z nią oże­nić. Ale miej przy­naj­mniej tyle przy­zwo­ito­ści, by ją utrzy­my­wać.

Pryde od­chrząk­nął, wy­raź­nie zmie­szany. Ten te­mat nie­stety za­wsze ude­rzał w czuły punkt. Jego se­kret był znany po­zo­sta­łym ksią­żę­tom, zgod­nie z trze­cim punk­tem credo o współ­dzie­le­niu wszyst­kich ta­jem­nic, ale każda wzmianka o nim wy­wo­ły­wała chwi­lową kon­ster­na­cję i nie­po­kój.

Choć nie tylko u Con­stan­tine’a.

Lu­ciena też od za­wsze prze­ra­żała myśl, że mógłby mieć dziecko. Gdy miało się na kon­cie nie­zli­czoną liczbę ko­biet, nie spo­sób było się nie za­mar­twiać, że w końcu któ­raś uczyni go oj­cem. Sto­so­wał środki chro­niące przed ciążą. Przede wszyst­kim pre­zer­wa­tywy, wo­reczki zro­bione z owczych je­lit, ale do tego, oczy­wi­ście, ni­gdy nie koń­czył w środku.

A je­śli cho­dziło o Ma­isie, to na­wet z nią nie spół­ko­wał. Do­pro­wa­dził ją do roz­ko­szy pal­cami, a ona pie­ściła jego członka ustami, to wszystko.