Książę Gniewu - Mariah Stone - ebook

Książę Gniewu ebook

Mariah Stone

0,0

Opis

Piękność poskramia bestię, gdy małżeństwo z rozsądku przeradza się w uczucie, którego żadne z nich się nie spodziewało.

Dorian, książę Rath, skrywa mroczną tajemnicę, od lat niedającą mu spokoju. Trawiony gniewem i poczuciem winy, gotów jest ponieść każdą karę, by odkupić swoje grzechy. Nawet poślubić zupełnie mu obcą młodszą siostrę swojej ofiary, by ocalić jej rodzinę przed ruiną.

Przysięga, że nigdy jej nie dotknie. Ma chronić niewinną kobietę przed własnym zepsuciem i mrocznymi pragnieniami. Dziewczyna musi jednak zostać u jego boku przez rok i podporządkować się surowym zasadom księcia.

Patience Rose, utalentowana botaniczka, wnosi do ponurego świata Doriana światło, nieobecne tam od dawna. Jej pogoda ducha, szczerość i naturalny urok powoli kruszą mur, który zbudował wokół siebie książę. Ona łamie wszystkie jego zasady. On próbuje ją za to karać… lecz Patience wcale nie boi się konsekwencji.

Miłość zaczyna leczyć duszę Ratha i przemieniać jego mroczną rezydencję w prawdziwy dom. Jest jednak coś, co wciąż stoi między nimi: przerażająca tajemnica z przeszłości, która może zaprowadzić księcia na szubienicę. A Patience zrobi wszystko, by odkryć prawdę.

„Książę Gniewu” to pierwszy tom intrygującej serii Siedmiu Książąt Grzechu, pełnej namiętności, tajemnic i mrocznych sekretów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 409

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Fragment

Ty­tuł ory­gi­nału: Duke of Rath

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Jo­anna Bar­bara Ber­nat

Co­py­ri­ght © Ma­riah Stone, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Qam­ber De­si­gns and Me­dia. Co­py­ri­ght © Stone Pu­bli­shing.

Ad­ap­ta­cja okładki: Mar­cin Sło­ciń­ski

Re­dak­cja: Ma­ria Za­jąc

Ko­rekta: Ju­styna Ku­kian

ISBN 978-91-8098-958-9

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Gyl­den­dal A/S Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.fi

Epi­graf

„Ko­cha­łem ją wbrew roz­sąd­kowi z utratą spo­koju du­szy, szczę­ścia, mimo bez­na­dziej­no­ści, opa­no­wu­ją­cej mnie cza­sami”.

Char­les Dic­kens*

„Ale za wszyst­kie te wy­stępki je­stem od­po­wie­dzialny przed Bo­giem i tylko przed Bo­giem”.

au­tor nie­znany**

* Char­les Dic­kens, Wiel­kiena­dzieje, przeł. An­toni Ma­za­now­ski, War­szawa 1918, s. 22.** Cy­tat błęd­nie przy­pi­sy­wany Fio­do­rowi Do­sto­jew­skiemu.

Credo Sied­miu Ksią­żąt Grze­chu

Po pierw­sze:

Wszyst­kie pra­gnie­nia są na­tu­ralne – bez względu na ich nie­go­dzi­wość.

Roz­dział 1

Rath Hall, ma­rzec 1814 roku

Krew ska­py­wała na żwi­rową ścieżkę, zna­cząc ją ciem­nymi pla­mami, gdy Do­rian Per­rin, książę Rath, wkra­czał w ko­lejny dzień udręki. U jego boku kro­czył wil­czarz ir­landzki, Ty­tan. Ich kroki roz­ci­nały swym sze­le­stem ci­szę ro­do­wej po­sia­dło­ści. Po­śród gę­stej mgły ma­ja­czyły czarne, bez­listne drzewa, wy­cią­ga­jąc ku niemu cien­kie, ostre jak szpony ga­łę­zie, a chłód wil­got­nego po­wie­trza prze­ni­kał ma­te­riał ko­szuli, do­się­ga­jąc roz­pa­lo­nej, wil­got­nej od potu skóry księ­cia.

Do­brze. Za­słu­żył na każdy ból.

Roz­ha­ra­tane knyk­cie le­wej dłoni Do­riana krwa­wiły ob­fi­cie, prawa zaś po­zo­sta­wała w rę­ka­wiczce, skry­wa­ją­cej bli­zny bę­dące nie­ustan­nym przy­po­mnie­niem po­je­dynku, który go prze­śla­do­wał – do­wo­dem naj­strasz­liw­szego czynu, ja­kiego kie­dy­kol­wiek się do­pu­ścił. Zdej­mo­wał rę­ka­wiczkę tylko na tre­ningi bok­ser­skie, tak jak tego ranka. Dwa­na­ście lat nie­mal bez kon­taktu z po­wie­trzem nie przy­słu­żyło się po­kry­tej bli­znami skó­rze.

Ty­tan upar­cie pró­bo­wał zli­zy­wać krew z od­sło­nię­tych knykci Do­riana swym ró­żo­wym ję­zy­kiem. Szorstka, siwa sierść psa sprę­ży­ście ugi­nała się pod dło­nią księ­cia, gdy bez­wied­nie gła­skał czwo­ro­noż­nego przy­ja­ciela. Jedno z oczu wil­cza­rza było mlecz­no­białe, dru­gie czarne i błysz­czące. Się­gał Do­ria­nowi do pasa, a jego dłu­gie, ostre kły bu­dziły nie­po­kój na­wet wśród lo­ka­jów.

Na przy­cię­tym traw­niku sta­jenny trzy­mał Ere­busa, ma­syw­nego czar­nego ko­nia peł­nej krwi an­giel­skiej. Ogier pry­chał i roz­ko­py­wał darń w nie­cier­pli­wym ocze­ki­wa­niu. Do­rian po­ło­żył prawą dłoń na szyi zwie­rzę­cia, czu­jąc krew są­czącą się spod skóry rę­ka­wiczki.

– Do­ria­nie, naj­droż­szy – ode­zwał się zza jego ple­ców wy­soki, ko­biecy głos.

Książę od­wró­cił się, szybko spla­ta­jąc ręce za ple­cami.

Lady Bu­cha­nan, sio­stra zmar­łej matki, stała przed nim wraz z jego sio­strą, Cha­stity.

Ciemne mury Rath Hall wy­ło­niły się z mgły za nimi – trzy pię­tra zwie­trza­łego ka­mie­nia, po­ro­śnię­tego mchem i po­ro­stami. Wy­so­kie, ostro­łu­kowe okna ze szpro­sami, wy­peł­nione oło­wia­nymi wi­tra­żami, prze­ci­nały fa­sadę. Wie­życzki flan­ko­wały bryłę bu­dowli. Ich iglice roz­pły­wały się we mgle.

– Cio­ciu – rzekł na po­wi­ta­nie. – Sio­stro.

Po­ranny chłód wbi­jał się w skórę jak igły. Czoło Do­riana było zimne i lep­kie, a wil­gotne od wy­siłku włosy przy­kle­iły się do skroni. Ten ból i dys­kom­fort nie wy­star­czały jed­nak, by uci­szyć drze­miącą w nim be­stię.

W sza­rych, życz­li­wych i prze­ni­kli­wych oczach ciotki do­strzegł tro­skę.

– Czy zjesz z nami śnia­da­nie? Przy­je­cha­łam tylko na je­den dzień.

Jego ciotka – dama po sześć­dzie­siątce, wciąż pre­fe­ru­jąca suk­nie z do­pa­so­wa­nymi gor­se­tami i peł­nymi spód­ni­cami, modne w po­przed­niej epoce – przy­była wczo­raj i za­trzy­mała się na noc w dro­dze do Lon­dynu, gdzie za kilka ty­go­dni miał roz­po­cząć się se­zon. Rath Hall le­żało za­le­d­wie go­dzinę drogi od sto­licy, na tyle bli­sko, by łą­czyć urok wsi z wy­godą me­tro­po­lii.

Ty­tan usiadł przy bu­tach Do­riana i wy­dał z sie­bie znie­cier­pli­wione skom­le­nie.

Cha­stity, sio­stra księ­cia – bły­sko­tliwa i szczę­śli­wie nie­za­mężna – miała dwa­dzie­ścia osiem lat, cztery mniej niż on. Była rów­nie ciem­no­włosa co brat, zza oku­la­rów spo­glą­dały ude­rza­jąco błę­kitne oczy. Od in­nych ksią­żę­cych sióstr róż­niła się pro­stotą stroju: no­siła skromną szarą suk­nię, współ­gra­jącą z imie­niem ozna­cza­ją­cym czy­stość i nie­win­ność. Włosy upi­nała w cia­sny, prak­tyczny kok.

– Są­dzi­łem, że ze­chcesz zjeść śnia­da­nie w swo­jej sy­pialni – skła­mał. – A Cha­stity wie, że co rano wy­bie­ram się na prze­jażdżkę.

Po­czuł, jak krew ka­pie mu z dłoni pro­sto na trawę za ple­cami. Spoj­rze­nie Cha­stity ze­śli­zgnęło się po jego syl­wetce, za­trzy­mało na kar­ma­zy­no­wych kro­plach, a po­tem po­dą­żyło ich śla­dem z darni na żwi­rową ścieżkę.

Zbla­dła.

– Do­ria­nie, je­steś ranny! – wy­krzyk­nęła, ru­sza­jąc ku niemu.

Cof­nął się, ude­rza­jąc ple­cami w bok ko­nia, lecz Cha­stity nie zwol­niła. Mi­nęła sta­jen­nego i chwy­ciła Do­riana za lewą rękę, nim zdo­łał ją po­wstrzy­mać. Wcią­gnęła po­wie­trze z prze­ra­że­niem, do­strze­gł­szy krwawe roz­cię­cia na jego knyk­ciach.

Książę skrzy­wił się, sły­sząc okrzyk stra­chu z ust ciotki. Po­wi­nien był za­ban­da­żo­wać palce. Albo od­je­chać wcze­śniej.

– Co ty zro­bi­łeś? – za­py­tała Cha­stity sta­now­czo.

Do­rian za­zgrzy­tał zę­bami.

– Prze­sa­dzi­łem z bok­sem, to wszystko. Nie ma po­trzeby się nade mną roz­czu­lać.

Tego ranka przez wiele go­dzin wbi­jał pię­ści w wy­słu­żoną skórę worka tre­nin­go­wego. Każdy cios się­gał aż do ko­ści. Pot na gór­nej war­dze miał słony smak, a me­ta­liczny za­pach krwi przy­no­sił sa­tys­fak­cję. Cią­gły ból pra­wej dłoni ustą­pił miej­sca na­głym, słod­kim ka­tu­szom.

Ciotka po­spie­szyła w jego stronę, sze­lesz­cząc spód­ni­cami.

– Je­stem tu tylko na jedną noc, a ty ro­bisz coś ta­kiego? Roz­bi­jasz so­bie ręce do krwi?

Dłoń w rę­ka­wiczce była śli­ska i go­rąca, pul­so­wała bó­lem. Od­dy­chał ciężko, jakby wal­czył o każdy haust po­wie­trza.

– Nie mia­łam po­ję­cia, że ro­bisz ta­kie rze­czy – cią­gnęła. – Cha­stity, wie­dzia­łaś o tym?

Młoda ko­bieta po­krę­ciła głową.

– Wie­dzia­łam tylko, że tre­nuje ran­kami. Nie mia­łam świa­do­mo­ści, do czego się po­suwa… Do­ria­nie, dla­czego przy­naj­mniej tego nie opa­trzy­łeś?

Prze­łknął ślinę. Prawda była par­szywa – chciał czuć wię­cej bólu. Każda kro­pla krwi miała go przy­bli­żyć do od­ku­pie­nia.

– Nic mi nie jest. – Wy­rwał dłoń z uści­sku Cha­stity.

– Przy­niosę kosz z opa­trun­kami – po­wie­działa sta­now­czo. – Mam śro­dek an­ty­sep­tyczny… Rany trzeba na­tych­miast oczy­ścić, żeby nie do­szło do mar­twicy.

Mar­twica…

O tak. Wie­dział, jak groźna bywa – i jak wi­dok jego krwi działa na sio­strę. Już raz pra­wie go stra­ciła. To dla­tego tak bar­dzo za­an­ga­żo­wała się w stu­dia me­dyczne.

Oczy lady Bu­cha­nan wy­peł­niły się łzami.

– Spójrz na sie­bie: ukry­wasz się przed ro­dziną, ka­rzesz wła­sne ciało, izo­lu­jesz się. Dla­czego to ro­bisz?

Do­rian spoj­rzał ciotce w oczy i za­ci­snął szczękę. Jak miałby opi­sać de­mony, które go na­wie­dzały? Po­czu­cie winy, które nie­ustan­nie to­czyło jego du­szę?

– Jest mi do­brze tak, jak jest, cio­ciu – wy­ce­dził. – Nie po­trze­buję sa­lo­no­wych roz­ry­wek ani ro­dzin­nych zo­bo­wią­zań.

Po­krę­ciła głową.

– Mój drogi. Po­wi­nie­neś czer­pać ra­dość z ży­cia: zna­leźć ko­cha­jącą żonę, za­ło­żyć ro­dzinę, prze­żyć swoje naj­szczę­śliw­sze lata.

Od­wró­cił się, na­pi­na­jąc ra­miona. Te słowa bo­le­śnie go ude­rzyły. Żona? Ro­dzina? Szczę­ście? Brzmiały jak coś nie­osią­gal­nego. Jak on, z rę­kami spla­mio­nymi krwią i ser­cem po­ciem­nia­łym z wście­kło­ści, miałby za­słu­żyć na ta­kie bło­go­sła­wień­stwa?

– Nie wiesz, o czym mó­wisz – mruk­nął szorstko.

Wzrok Cha­stity spo­czął na jego pra­wej dłoni w rę­ka­wiczce.

– Le­dwo mo­żesz nią pi­sać, a mimo to ka­tu­jesz ją do krwi? Wy­gląda to tak, jak­byś się za coś ka­rał.

Do­rian gwał­tow­nie uniósł głowę.

– Zaj­mij się swo­imi spra­wami, Cha­stity.

Łzy na­pły­nęły jej do oczu, lecz wy­pro­sto­wała ra­miona. Zro­biło mu się wstyd. Był dla niej zbyt oschły. Gniew ustą­pił miej­sca drę­czą­cemu po­czu­ciu winy.

– Nie burcz na sio­strę – na­po­mniała księ­cia sta­now­czo ciotka. – Mó­wię cał­kiem po­waż­nie. Mu­sisz się oże­nić i po­sta­rać o dzie­dzica. To nie tylko twój obo­wią­zek jako księ­cia, ale rów­nież coś, co mo­głoby ci przy­nieść ulgę. Mi­łość po­trafi uzdra­wiać, sio­strzeń­cze. Je­śli nie ta do żony, to choćby do wła­snego dziecka.

Wy­dał z sie­bie ni­skie wark­nię­cie.

– Nie warcz na mnie – skar­ciła go. – Nie je­steś lwem. I wiesz, że mam ra­cję.

– Cio­ciu, na­prawdę…

– Wiem, że po­wta­rzam to od lat, ale kto ma to ro­bić, skoro twoi ro­dzice nie żyją? Wiesz, że twoja matka, moja droga sio­stra, po­wie­dzia­łaby to samo. A twoje dzieci by­łyby dla mnie jak wnuki.

Wes­tchnął prze­cią­gle, z ca­łych sił po­wstrzy­mu­jąc ko­lejne wark­nię­cie.

– Cio­ciu, mó­wi­łem już wiele razy: nie chcę się że­nić. Nie chcę mieć dzieci.

Zbli­żyła się po­woli, a jej duże, za­szklone łzami oczy przy­wo­dziły na myśl ża­ło­sne spoj­rze­nie po­rzu­co­nego ko­cię­cia. Ujęła go lekko za ra­mię.

– Ma­lutka wnuczka albo wnuk bar­dzo by mnie uszczę­śli­wili, naj­droż­szy. Kto wie, ile jesz­cze lat zo­stało mi na tym świe­cie? Chcia­ła­bym spę­dzić je na ko­ły­sa­niu nie­mow­lę­cia i za­ba­wie z nim.

Niech to dia­bli…

Znała je­dyną drogę do jego serca – li­tość. Od lat zaj­mo­wała w nim miej­sce matki. Praw­dziwa ode­szła, gdy miał dwa­na­ście lat, a wcze­śniej przez długi czas w ogóle jej nie wi­dy­wał – oj­ciec ode­słał ją, by „zro­bić z przy­szłego księ­cia męż­czy­znę, a nie roz­ka­pry­szo­nego ba­chora”.

Całe swoje – jak­kol­wiek wąt­pliwe – czło­wie­czeń­stwo za­wdzię­czał ciotce.

Dla tych dwóch ko­biet go­tów był prze­no­sić góry.

– Za­sta­no­wię się nad tym – mruk­nął.

Ciotka uśmiech­nęła się z ulgą.

– Tylko o to pro­szę. Nie bę­dziemy ci prze­szka­dzać w ćwi­cze­niach. Do­siądź swego pie­kiel­nego ru­maka.

– A co z two­imi dłońmi? – za­py­tała Cha­stity.

– Na­zywa się Ere­bus – burk­nął, wciąż nieco przy­tło­czony wła­sną sła­bo­ścią wo­bec emo­cjo­nal­nych za­bie­gów ciotki. – A z dłońmi wszystko w po­rządku.

Sio­stra i ciotka od­wró­ciły się i ru­szyły ku do­mo­stwu. Bez­rad­ność i cier­pie­nie ma­lu­jące się na twa­rzy Cha­stity były dla niego nie do znie­sie­nia. Lecz wła­snymi ra­nami się nie przej­mo­wał. Je­śli miałby umrzeć z po­wodu za­ka­że­nia, tym le­piej – jego udręka wresz­cie by się skoń­czyła.

Wsko­czył na grzbiet Ere­busa, a sta­jenny od­su­nął się po­słusz­nie. Jedno ci­che cmok­nię­cie wy­star­czyło. Koń pu­ścił się ga­lo­pem. Ty­tan ru­szył za nimi, jego ma­sywne łapy po­ru­szały się mia­rowo.

Mknął przez spo­witą mgłą oko­licę, z pa­lą­cym ogniem w mię­śniach, uno­sząc się lekko w strze­mio­nach, gdy jego bio­dra pod­da­wały się ryt­mowi koń­skiego biegu. Ciemne syl­wetki sę­ka­tych drzew ma­ja­czyły w mlecz­nej mgle – stare i mar­twe, jak jego du­sza. Roz­ko­szo­wał się ostrym po­wie­trzem sma­ga­ją­cym jego skórę. Pręd­ko­ścią. Wol­no­ścią. Dziką ucieczką.

Gniew Do­riana pło­nął, gdy pę­dził przed sie­bie, szu­ka­jąc uko­je­nia w wy­czer­pu­ją­cym wy­siłku. Lecz bez względu na to, jak da­leko i jak szybko gnał, nie był w sta­nie uciec przed tym, co no­sił w gło­wie… od tego, co ni­gdy go nie opusz­czało.

Od ży­wego wspo­mnie­nia dnia, kiedy w po­ry­wie wście­kło­ści po­zba­wił ży­cia pana Johna Rose’a pod­czas po­je­dynku…

Od po­dej­rze­nia, że John uszko­dził jego pi­sto­let.

Od uspo­ka­ja­ją­cych słów se­kun­dan­tów – jego i Johna – że nie do­strze­gli żad­nych nie­pra­wi­dło­wo­ści.

A po­tem była już tylko eks­plo­zja w jego dłoni.

Gniew po­chło­nął go z nie­wy­obra­żalną siłą.

Walka… strzał z pi­sto­letu Johna… ciało opa­da­jące na Do­riana.

Mar­twe.

Gdy w końcu wró­cił do Rath Hall i zsiadł z ko­nia przy sta­wie na ty­łach ogrodu, ubra­nie miał prze­siąk­nięte po­tem. Ciężki od­dech mie­szał się z zim­nym, wil­got­nym po­wie­trzem. Ty­tan rów­nież dy­szał, krą­żąc przy brzegu stawu, z no­sem w prze­ro­śnię­tej tra­wie.

Ból mię­śni przy­niósł nie­mal ulgę. Tego wła­śnie chciał. Umysł jed­nak po­zo­sta­wał nie­spo­kojny, na­wie­dzany wspo­mnie­niami fa­tal­nego po­ranka sprzed dwu­na­stu lat, gdy stał się mor­dercą. Choć był ma­rzec, a woda na­dal lo­do­wata, Do­rian zdjął buty, prze­biegł kilka kro­ków i za­nu­rzył się w męt­nej toni stawu.

Szok prze­szył go na wskroś, lecz przy­jął go z sa­tys­fak­cją. Lo­do­waty uścisk wody otu­lił ciało. Odrę­twie­nie wpeł­zło w żyły. Każdy ruch był walką z nie­ubła­ga­nym cię­ża­rem prze­szło­ści. Ciemna, mu­li­sta woda prze­sło­niła mu wi­dok. Pły­nął da­lej, koń­czyny sta­wały się co­raz cięż­sze, klatka pier­siowa na­pi­nała się bo­le­śnie. Czy kie­dy­kol­wiek uda mu się wy­rwać z tego mroku? Czy za­zna wol­no­ści? Serce cią­żyło mu od żalu i winy.

Lo­do­wata woda przy­lgnęła do jego skóry jak ca­łun, gdy wy­wlókł się na błot­ni­sty brzeg. Upadł, z tru­dem ła­piąc od­dech. Pierś uno­siła się i opa­dała gwał­tow­nie.

Mru­gnął, strzą­sa­jąc wodę z oczu, i do­strzegł w od­dali ruch – dwóch jeźdź­ców, któ­rych roz­po­znał na­tych­miast, na­wet przez mgłę. Ci ksią­żęta byli jego naj­bliż­szymi so­jusz­ni­kami. łą­czyły ich wspólne grze­chy i ta­jem­nice. Pod­niósł się po­woli, a woda spły­wała z niego stru­gami, two­rząc ka­łuże u stóp. Jeźdźcy pod­je­chali i za­trzy­mali się na­prze­ciw niego.

– Tu je­steś, Do­ria­nie – za­wo­łał Lu­cien, książę Luhst, ze­ska­ku­jąc z ko­nia i z roz­ba­wie­niem przy­glą­da­jąc się prze­mo­czo­nemu przy­ja­cie­lowi. Złote włosy har­mo­ni­zo­wały z żół­tymi zdo­bie­niami jego płasz­cza, na któ­rym wid­niał ro­dowy herb z wy­twor­nym je­le­niem.

– Wi­dzę, że od­da­jesz się swoim sta­rym na­wy­kom. Do­syć tego. Przy­je­cha­li­śmy za­brać cię z po­wro­tem do mia­sta. Twoja nie­obec­ność zo­stała za­uwa­żona.

Obok Lu­ciena zsiadł z ko­nia rów­nież Con­stan­tine Buc­c­le­igh, książę Pryde, wy­soki i dumny. Ubrany był w in­dygo, a wilk w her­bie świad­czył o jego za­cie­kłej lo­jal­no­ści i ho­no­rze. Nie­wiele się zmie­nił przez ostat­nie dwa­na­ście lat – może tylko stał się chłod­niej­szy, no­sząc dumę jak zbroję. Od tam­tego strasz­nego po­ranka był jed­nak jed­nym z naj­bliż­szych Do­ria­nowi przy­ja­ciół.

– Gdzie jest po­zo­stała czwórka? – za­py­tał Do­rian.

Miał na my­śli resztę ich brac­twa – Sied­miu Ksią­żąt Grze­chu, jak żar­to­bli­wie się na­zy­wali, bo zda­wali się uosa­biać sie­dem grze­chów głów­nych. Na­wet ich na­zwi­ska brzmiały jak prze­winy: Rath – gniew, Luhst – roz­pu­sta, Pryde – py­cha, Enve­igh – za­zdrość, Ir­re­ve­rence – próż­niac­two, Ec­cess – prze­syt i For­tyne – chci­wość.

– Cze­kają w Eli­zjum – od­parł Pryde.

Ty­tan, skom­ląc ra­do­śnie, po­biegł w ich stronę. Prze­ra­ża­jąca be­stia znik­nęła. Pie­kielny pies Do­riana zmie­nił się w roz­en­tu­zja­zmo­wa­nego szcze­niaka, ma­cha­ją­cego ku­dła­tym, dłu­gim jak mio­tła ogo­nem i li­żą­cego dło­nie ksią­żąt. Twarz Pryde’a roz­ja­śnił sze­roki uśmiech – wy­nio­sły ary­sto­krata ustą­pił miej­sca chłopcu, który wresz­cie mógł po­ba­wić się z pu­pi­lem. Opadł na ko­lana i po­dra­pał Ty­tana po dłu­gim brzu­chu, a pies prze­wró­cił się na grzbiet, roz­pły­wa­jąc się w czy­stej bło­go­ści.

– Jedźmy do mia­sta – po­wie­dział Lu­cien. – Oby de­mony, które w nas drze­mią, dały się choć na chwilę udo­bru­chać.

Od­sta­wili ko­nie do stajni, po czym ru­szyli w głąb Rath Hall, prze­cho­dząc przez oka­załe, spo­wite pół­mro­kiem ko­ry­ta­rze. Z ciem­nych płó­cien ob­ser­wo­wały ich su­rowe ob­li­cza przod­ków Do­riana. W sa­lach stały wy­so­kie grec­kie po­sągi, a na kre­den­sach pię­trzyły się sta­tu­etki, wazy i re­li­kwie z ca­łego świata – skarby, z któ­rych jego oj­ciec był nie­zmier­nie dumny.

Ksią­żęta po­dą­żyli za Do­ria­nem do jego sy­pialni. Słu­żący Howe zer­k­nął na dłoń swego pana. Rana była świeża, choć krwa­wie­nie ustało.

– Sam to opa­trzę – za­strzegł Do­rian.

Nie po­zwo­lił lo­ka­jowi obej­rzeć blizn na pra­wej ręce. Wszedł do gar­de­roby, zdjął rę­ka­wicę i przy­jął każde ostry ukłu­cie bólu. Zmył krew w mied­nicy, osu­szył skórę i na­cią­gnął świeżą skó­rzaną rę­ka­wicę.

Gdy wró­cił do po­koju, ka­mer­dy­ner Po­pwell na­le­wał Luh­stowi i Pryde’owi trunki. Wnę­trze wy­peł­niały brzęk szla­chet­nego krysz­tału i ciężki aro­mat sta­rej brandy.

– Czy lady Cha­stity jest w domu? – za­py­tał Lu­cien, wy­glą­da­jąc przez okno.

Do­rian, Cha­stity i Lu­cien do­ra­stali ra­zem, dla­tego py­tał o nią przy każ­dej wi­zy­cie. Do­rian ufał mu jak bratu po tym wszyst­kim, co prze­szli, lecz wie­dział też, że to nie­po­prawny uwo­dzi­ciel.

– Jest. Pew­nie je te­raz śnia­da­nie z na­szą ciotką.

– Lu­cie­nie, wiesz, że mo­żesz mieć do­słow­nie każdą ko­bietę na świe­cie oprócz lady Cha­stity Per­rin? – wtrą­cił Pryde.

– Wie – uciął Do­rian, po­sy­ła­jąc Lu­cie­nowi ostrze­gaw­cze, po­nure spoj­rze­nie.

Ten, nie­ty­powo dla sie­bie, wy­glą­dał na spe­szo­nego.

– To musi być dla cie­bie męka – do­dał Pryde.

– A co z twoją ciotką? – Lu­cien wy­raź­nie zmie­nił te­mat. – Znowu mó­wiła o mał­żeń­stwie?

Do­rian wes­tchnął, za­po­mi­na­jąc na chwilę o prze­szło­ści.

– Tak, wciąż ma na­dzieję. Zro­bił­bym wiele, by ją uszczę­śli­wić. Gdy­bym tylko po­tra­fił po­go­dzić to z wła­snymi pra­gnie­niami.

Za­milkł, na­po­ty­ka­jąc pełne zro­zu­mie­nia spoj­rze­nia przy­ja­ciół. Wszy­scy znali cię­żar ro­dzin­nych obo­wiąz­ków i spo­łecz­nych ocze­ki­wań, ja­kie nio­sły za sobą ich ty­tuły – i trud buntu wo­bec tychże po­win­no­ści.

– Skoro mowa o pra­gnie­niach – ode­zwał się Lu­cien – sły­sza­łem, że w nad­cho­dzą­cym se­zo­nie mia­sto bę­dzie pełne uro­czych mło­dych dam. Może któ­raś roz­topi lód serca Ra­tha?

Pryde par­sk­nął śmie­chem, lecz Do­rian mil­czał, gdy Howe na­cią­gał na niego świeżą ko­szulę. Nie po­tra­fił wy­rzu­cić z głowy prośby ciotki. Pra­gnął dać jej szczę­ście, lecz wi­zja żony u boku wciąż wy­da­wała mu się nie­wy­obra­żalna – sama myśl o ko­niecz­no­ści jej po­szu­ki­wa­nia była dla niego nie do znie­sie­nia.

Zmro­ziła go sama per­spek­tywa tych po­twor­nych bali, na któ­rych ob­sia­dłyby go roz­en­tu­zja­zmo­wane de­biu­tantki w to­wa­rzy­stwie roz­e­mo­cjo­no­wa­nych ma­tek. Dreszcz prze­biegł mu po ple­cach. Howe na mo­ment prze­rwał wią­za­nie koł­nie­rzyka i wy­mru­czał prze­pro­siny.

– To nie twoja wina, Howe – mruk­nął Do­rian. – Nie mu­sisz prze­pra­szać.

– Czy wiesz, kogo wi­dzia­łem w mie­ście ze­szłej nocy? – Pryde zmie­nił te­mat, ku wiel­kiej uldze Do­riana. – Pana Geo­rge’a Rose’a.

Rose…

Do­rian znie­ru­cho­miał. Knyk­cie mu po­bie­lały, gdy ści­snął kra­wędź stołu. Miał wra­że­nie, że lo­do­wata dłoń wbiła mu się w pierś i ści­snęła serce.

– Do­prawdy? – wy­du­sił z sie­bie.

Howe do­pi­nał ostatni gu­zik ka­mi­zelki, nie­świa­dom bu­rzy wstrzą­sa­ją­cej jego pa­nem.

– Tak – cią­gnął Pryde, nie do­strze­ga­jąc na­pię­cia Do­riana. – Bie­dak pró­buje sprze­dać wszystko, by spła­cić ro­snące długi. Wy­gląda na to, że kształ­ce­nie Johna w Oks­for­dzie do reszty wy­czer­pały ich marne środki i są te­raz bez gro­sza przy du­szy.

Do­rian za­ci­snął szczękę. Po­czu­cie winy gry­zło go od środka jak wy­głod­niała be­stia.

– Dla­czego zo­stali z ni­czym? – za­py­tał przez spierzch­nięte usta.

– Po­nie­waż wszy­scy wie­rzą, że John sam ode­brał so­bie ży­cie – od­parł Pryde. – Plotki ob­ró­ciły się prze­ciw ro­dzi­nie Rose’ów. Dawni zna­jomi od­su­nęli się, bo­jąc się sko­ja­rzeń ze zszar­ga­nym na­zwi­skiem. Sześć có­rek nie miało wi­do­ków na za­mąż­pój­ście, a utrzy­ma­nie du­żej po­sia­dło­ści przy ma­le­ją­cych do­cho­dach cał­kiem ich po­grą­żyło. John był ostat­nią na­dzieją na po­prawę losu. Te­raz le­dwo wiążą ko­niec z koń­cem.

– Sześć có­rek… – po­wtó­rzył Do­rian.

Twa­rze przy­ja­ciół fa­lo­wały mu przed oczami, a w gło­wie kłę­biły się my­śli.

– Do­prawdy, pech – mruk­nął Lu­cien, nie spusz­cza­jąc z niego wzroku.

– Pró­bo­wa­łem po­móc – do­dał Pryde. – Da­łem panu Rose’owi wi­zy­tówkę księ­cia For­tyne’a. Mają się dziś spo­tkać.

Do­rian spoj­rzał na Pryde’a, gdy Howe po­pra­wiał mu kra­wat.

– Znasz For­tyne’a. Wy­kupi po­sia­dłość za bez­cen, przy­wróci jej dawną świet­ność i za­cznie na niej za­ra­biać.

– Pan Rose zna­lazł się w roz­pacz­li­wym po­ło­że­niu – od­parł Pryde. – Chce sprze­dać jak naj­szyb­ciej, byle unik­nąć wię­zie­nia dla dłuż­ni­ków. Każda suma bę­dzie lep­sza niż żadna.

Wię­zie­nie dla dłuż­ni­ków. A co z sze­ścioma mło­dymi ko­bie­tami i ich matką? Bez pie­nię­dzy i ko­nek­sji – przy­tu­łek, nę­dza. Dłoń Do­riana za­pul­so­wała bó­lem – bli­zny, ro­ze­rwane ścię­gna, świeże rany… Gniew eks­plo­do­wał, a za­raz po­tem spa­dło na niego miaż­dżące po­czu­cie winy za znisz­czone ży­cie.

Nie jedno – osiem ko­lej­nych. Sześć sióstr i dwoje ro­dzi­ców.

Czy mógł mieć na su­mie­niu jesz­cze osiem ist­nień? Przy­po­mniał so­bie bła­galny wy­raz twa­rzy ciotki, na­dzieję i łzy, gdy mó­wiła o wnu­kach.

Niech to dia­bli.

Pan Rose miał sześć nie­za­męż­nych có­rek i dług, który roz­pacz­li­wie pró­bo­wał spła­cić.

– Być może… da się to roz­wią­zać ina­czej – po­wie­dział Do­rian, sam nie wie­rząc we wła­sne słowa.

– Ina­czej? – Pryde uniósł brew.

Do­rian za­klął pod no­sem. Pewna moż­li­wość krą­żyła mu z upo­rem po gło­wie. Sza­leń­stwo – a jed­nak, je­śli ro­dzina się zgo­dzi, wy­star­czyłby rok u boku jed­nej z sióstr Johna. Spła­ciłby długi. Dla do­bra ciotki uda­wałby mał­żeń­stwo. Nie do­tknąłby dziew­czyny, nie ro­ściłby so­bie praw, które przy­słu­gi­wa­łyby mu jako mę­żowi. Po roku, gdy nie po­ja­wi­łoby się dziecko, orze­kliby, że młoda ko­bieta jest bez­płodna – i tyle. Ciotka, przy odro­bi­nie szczę­ścia, da­łaby mu spo­kój i prze­nio­sła swe na­dzieje na Cha­stity.

Czy osza­lał, czy to miało sens?

– Tak – po­wie­dział wresz­cie, pa­trząc ko­lejno na przy­ja­ciół.

Wal­czył z na­tło­kiem my­śli. Po­ślu­bie­nie sio­stry swo­jej ofiary ozna­czało zwią­za­nie się z ro­dziną, którą skrzyw­dził naj­bar­dziej. Zwąt­pie­nie i lęk ści­snęły go w gar­dle. Czy na­prawdę tak roz­pacz­li­wie pra­gnął zdjąć z du­szy to prze­kleń­stwo?

Wie­dział jed­nak, że bli­żej za­dość­uczy­nie­nia za grze­chy już być nie mógł.

Knyk­cie pa­liły, ból na­ra­stał w rytm przy­spie­sza­ją­cego pulsu. Zro­biłby to nie dla sie­bie, lecz dla ho­noru, dla po­kuty, dla próby od­ku­pie­nia choć ułamka krzywd.

Za­czerp­nął po­wie­trza.

– Po­ślu­bię jedną z có­rek pana Rose’a. I spłacę jego długi.

– Ni­gdy na­wet nie spo­tka­łeś żad­nej z nich! – wy­krzyk­nął Pryde. – Chcesz się oświad­czyć, nie wi­dząc panny mło­dej? I jak wy­bie­rzesz jedną z sze­ściu?

– To bez zna­cze­nia. Wy­biorę naj­młod­szą, je­śli jest w od­po­wied­nim wieku, bę­dzie naj­bar­dziej skora do współ­pracy, wolna od ro­man­tycz­nych zo­bo­wią­zań. Ile ma lat?

– Osiem­na­ście – od­parł Luhst. Zda­wał się za­wsze dys­po­no­wać wy­czer­pu­ją­cymi wia­do­mo­ściami o każ­dej wol­nej da­mie w Lon­dy­nie.

– W ta­kim ra­zie się nada.

– Je­steś pe­wien, Do­ria­nie? – za­py­tał ci­cho Lu­cien. – To de­cy­zja, która zmieni bieg two­jego ży­cia.

– Wiem – od­rzekł. – Tylko tak mogę udo­bru­chać ciotkę i po­móc ro­dzi­nie czło­wieka, któ­rego po­zba­wi­łem ży­cia.

– Za­sta­nów się jesz­cze – po­pro­sił Pryde. – Po­myśl o re­pu­ta­cji. Ro­dzinę Rose’ów od lat ota­cza skan­dal.

– Z mo­jego po­wodu.

– A co z nami? Po­mo­gli­śmy ci za­tu­szo­wać mor­der­stwo.

– Ni­gdy was nie zdra­dzę. Ma­cie moją lo­jal­ność aż po grób.

– Jak zdo­łasz spoj­rzeć jej w oczy i być przy niej sobą? – nie da­wał za wy­graną Pryde. – A je­śli się za­ko­chasz? Albo ona w to­bie? Po­my­śla­łeś o tym?

– Nie, Con­stan­tine. Nie spo­dzie­wam się, by kie­dy­kol­wiek chciała się do mnie zbli­żyć. Nie ma czło­wieka mniej god­nego mi­ło­ści niż ja.

Howe po­mógł mu wsu­nąć ra­miona w rę­kawy czar­nego płasz­cza z her­bem Rath – lwem w pło­mie­niach. Do­rian spoj­rzał w lu­stro. Lo­kaj omiótł szczotką jego barki i kar­ma­zy­nową ka­mi­zelkę.

– Ale… – za­czął Pryde.

Do­rian się wy­pro­sto­wał i uniósł pod­bró­dek. W spoj­rze­niu miał su­rową de­ter­mi­na­cję. Przyj­mie to wy­zwa­nie, choćby miało go znisz­czyć.

– By­łeś tam – po­wie­dział ci­cho. – Wiesz, co zro­bi­łem. Wiesz, że mu­szę od­ku­pić swe winy. Za­bierz mnie do pana Rose’a.

Roz­dział 2

– Kim oni są? – wy­szep­tał ktoś ze zgro­ma­dzo­nych.

Ko­bieta ukrad­kiem zer­k­nęła przez ra­mię, pod­czas gdy pa­stor wy­gła­szał nie­dzielne ka­za­nie.

Pannę Pa­tience Rose prze­szedł dreszcz, mimo po­ran­nego słońca wpa­da­ją­cego przez nie­wiel­kie okna ko­ścioła w Har­rin­ger. Sie­działa przed nią cała kon­gre­ga­cja. Mię­dzy nimi a jej ro­dziną po­zo­stały dwie pu­ste ławki.

– Nie­sławna ro­dzina Rose’ów – roz­legł się gło­śny szept in­nej ko­biety. – Ich syn ode­brał so­bie ży­cie.

Matka na­gle zbla­dła – mu­siała to usły­szeć. Pa­tience ści­snęła jej dłoń. Po­zo­stałe pięć sióstr sie­działo w tej sa­mej ławce, ści­śnięte jak ogórki w sło­iku, sta­ra­jąc się za­jąć jak naj­mniej miej­sca w ko­ściele.

To było ich stałe miej­sce od dwu­na­stu lat.

– Och… – szep­nęła pierw­sza ko­bieta i po­słała ro­dzi­nie Rose’ów spoj­rze­nie pełne cie­ka­wo­ści i po­zor­nej tro­ski. – Ja­kie to okropne. Co za skan­dal!

– O tak – przy­tak­nęła druga. – To bar­dzo nie­przy­jemna sprawa. Był ich ostat­nią na­dzieją na po­prawę losu. Te­raz pan Rose jest na skraju ru­iny, pró­buje sprze­dać swój ma­ją­tek w Lon­dy­nie. Nie­wiele zresztą warty.

Mama się wier­ciła, oczy miała za­czer­wie­nione od łez, a usta ścią­gnięte w wą­ską li­nię. Pa­tience – ucie­le­śnie­nie cier­pli­wo­ści za­pi­sa­nej w imie­niu – po­ło­żyła głowę na ra­mie­niu matki i po­gła­dziła ją po dłoni.

Na szczę­ście na­bo­żeń­stwo za­koń­czyło się po kilku mi­nu­tach i ko­biety z ro­dziny Rose’ów jako pierw­sze po­de­rwały się z ławki, by wyjść. Gdy Pa­tience szła za sio­strami i matką, głosy wier­nych, sze­lest ubrań i szu­ra­nie stóp po wy­po­le­ro­wa­nym ka­mie­niu od­bi­jały się w świą­tyni gło­śnym echem. Pani Rose była wy­raź­nie zde­ner­wo­wana. Jedną rę­ka­wiczką za­sła­niała drugą, by ukryć łatę i gruby szew po sta­ran­nej na­pra­wie wy­ko­na­nej przez Anne, sio­strę Pa­tience – ro­dzinną haf­ciarkę i kraw­cową.

Kiedy wy­szły na świeże, mar­cowe po­wie­trze, dziew­czyna wes­tchnęła z ulgą i już miała ru­szyć po­lną ścieżką w stronę Rose Cot­tage, gdy ku jej za­sko­cze­niu matka po­wie­działa:

– Zo­stańmy jesz­cze chwilę.

To było do niej zu­peł­nie nie­po­dobne – to wier­ce­nie się, ten na­pięty uśmiech, tak bar­dzo nie­pa­su­jący do wy­razu wiel­kich, zmar­twio­nych oczu.

– Je­steś pewna, mamo? – za­py­tała Pa­tience.

– Wszy­scy za­raz wyjdą – za­uwa­żyła Anne, spo­glą­da­jąc na su­rowy ka­mienny ko­ściół oto­czony za­dba­nymi krze­wami i przy­strzy­żo­nym traw­ni­kiem.

Wzrok mamy po­wę­dro­wał ku drzwiom, skąd do­bie­gały co­raz gło­śniej­sze roz­mowy wier­nych.

– Rze­czy­wi­ście – przy­znała.

Ze­szły na bok żwi­ro­wej ścieżki.

– Mam po­mysł, który może po­móc ta­cie. Po­zy­tywne my­śli, prawda, dziew­częta? Skoro on jest w Lon­dy­nie, ja spró­buję zro­bić, co w mo­jej mocy. Nie za­szko­dzi, czyż nie?

– To za­leży – od­parła naj­star­sza z sióstr, dwu­dzie­sto­ośmio­let­nia Emily.

– Prze­ko­nasz się – po­wie­działa mama, po­sy­ła­jąc jej uśmiech tak wy­mu­szony, że Pa­tience prze­biegł dreszcz.

Wszyst­kie sio­stry nie­mal jed­no­cze­śnie przy­brały po­dobne miny.

Wierni je­den po dru­gim opusz­czali ko­ściół. Za­moż­niejsi pa­ra­fia­nie, ubrani w naj­lep­sze nie­dzielne je­dwa­bie i ak­sa­mity, wy­cho­dzili z do­stojną po­wagą, a prost­szy lud wio­ski po­dą­żał za nimi. Dzier­żawcy i oko­liczni rol­nicy mieli na so­bie mocne, szorst­kie, lecz czy­ste ubra­nia. Wśród nich mie­szali się pie­ka­rze, krawcy i rze­mieśl­nicy w nieco lep­szych, prak­tycz­nych stro­jach.

Gdy mi­jali ro­dzinę Rose’ów, roz­mowy na chwilę mil­kły, a kroki zwal­niały. Le­d­wie do­strze­gal­nymi, sub­tel­nymi skrę­tami i ner­wo­wymi spoj­rze­niami na boki zwięk­szali dy­stans mię­dzy sobą a Rose’ami, pil­nu­jąc, by dzie­liło ich co naj­mniej kilka kro­ków – jakby po­wie­trze wo­kół ko­biet było ska­żone skan­da­lem.

W końcu z ko­ścioła wy­szła lady Ju­stina Fit­zroy, mar­kiza de Vir­toux, w to­wa­rzy­stwie syna.

Pa­tience sku­bała brzeg swo­jej sukni. Mar­kiza była wy­soką, piękną ko­bietą o sze­ro­kich ra­mio­nach. Miała w so­bie kró­lew­ską wy­nio­słość i chłód. Wło­żyła no­wo­cze­sną suk­nię z wy­so­kim sta­nem – dość nie­zwy­kłą jak na ko­bietę w jej wieku, które zwy­kle trzy­mały się fa­so­nów no­szo­nych w mło­do­ści, z do­pa­so­waną ta­lią i roz­ło­ży­stą spód­nicą. Lady de Vir­toux była pa­tronką pa­ra­fii w Har­rin­ger i wła­ści­cielką po­bli­skiej po­sia­dło­ści, w któ­rej cza­sem spę­dzała zimę. Zbli­ża­jący się se­zon za­mie­rzała, jak co roku, spę­dzić w Lon­dy­nie.

Jej syn no­sił za­szczytny ty­tuł wi­ceh­ra­biego Mi­que, odzie­dzi­czony po ojcu. Był męż­czy­zną po czter­dzie­stce, do­brze zbu­do­wa­nym, o przy­stoj­nych, ostrych ry­sach twa­rzy, moc­nym no­sie i kwa­dra­to­wej szczęce. Wą­sko osa­dzone zie­lone oczy i bujna grzywa fa­lo­wa­nych czar­nych wło­sów nada­wały mu su­rowy wy­gląd.

Lady de Vir­toux rzu­ciła ma­mie, Pa­tience i jej sio­strom spoj­rze­nie pełne zdzi­wie­nia i od­razy, po czym od­wró­ciła wzrok i ru­szyła w prze­ciw­nym kie­runku, szep­cząc coś do wi­ceh­ra­biego.

Pa­tience przy­gry­zła wargę. Ża­ło­wała, że nie opu­ściły ko­ścioła wcze­śniej, jak ro­biły to od lat w każdą nie­dzielę, za­nim ich obec­ność zdą­żyła ura­zić tych, któ­rzy nie mieli w swo­ich ro­dzi­nach żad­nych ta­jem­nic ani skan­dali.

Dło­nie mamy drżały, gdy spla­tała je ner­wowo. Wcią­gnęła głę­boko po­wie­trze, jakby do­da­wała so­bie od­wagi, i ru­szyła pro­sto w stronę mar­kizy.

– Mamo! – syk­nęła Pa­tience, a Anne wy­cią­gnęła rękę, jakby chciała za­trzy­mać matkę.

To było jak pa­trze­nie na nie­uchronny wy­pa­dek, któ­rego nie spo­sób po­wstrzy­mać.

– Lady de Vir­toux – po­wie­działa mama, dy­ga­jąc. – Lor­dzie Mi­que. – Skło­niła się rów­nież przed mło­dzień­cem.

Oboje spoj­rzeli na nią z wy­ra­zem czy­stej grozy i cof­nęli się o krok.

– Pro­szę wy­ba­czyć – rzu­ciła mar­kiza, od­wra­ca­jąc się ple­cami do mamy, go­towa odejść.

– Pro­szę! – za­wo­łała mama. – Nie po­de­szła­bym, gdy­bym nie była w roz­pacz­li­wej sy­tu­acji. Zajmę pań­stwu tylko chwilę.

Pa­tience i jej sio­stry wy­mie­niły spoj­rze­nia. Anne miała łzy w oczach, po­liczki pło­nęły jej ze wstydu.

– Co ona robi? – szep­nęła Emily. – Czy nie wi­dzi, że jej obec­ność nie jest po­żą­dana?

– Po­wstrzy­maj łzy, Anne – wy­szep­tała Be­atrice. – Weź się w garść. Nie po­trze­bu­jemy ko­lej­nego upo­ko­rze­nia. Uśmiech­nij­cie się wszyst­kie. Jak za­wsze.

Pa­tience z prze­ra­że­niem pa­trzyła, jak usta sióstr roz­cią­gają się w nie­na­tu­ral­nych uśmie­chach, jakby wy­ry­so­wa­nych dzie­cięcą ręką – smutne oczy i cien­kie wargi wy­krzy­wione w gry­ma­sie.

W tej chwili z ko­ścioła wy­szedł pro­boszcz pa­ra­fii, pa­stor Me­non – ni­ski męż­czy­zna po pięć­dzie­siątce, o ja­jo­wa­tej gło­wie i wy­dat­nym brzu­chu. Na jego twa­rzy go­ścił sze­roki uśmiech, który znik­nął, gdy do­strzegł pa­nią Rose i mar­kizę.

Zmarsz­czył brwi, a lady de Vir­toux ciężko wes­tchnęła.

– No cóż, po nie­dziel­nym na­bo­żeń­stwie na­leży oka­zać cnotę i mi­ło­sier­dzie – po­wie­działa chłodno. – Czego pani ode mnie ocze­kuje, pani Rose?

Uko­rzona ko­bieta ob­li­zała su­che, blade wargi. Dło­nie wciąż jej drżały.

– Dzię­kuję. Jest pani bar­dzo ła­skawa, lady de Vir­toux.

Wi­ceh­ra­bia Mi­que stał z unie­sio­nym pod­bród­kiem, trzy­ma­jąc chu­s­teczkę tak, jakby był go­tów na­tych­miast za­sło­nić nią nos przed nie­ist­nie­ją­cym za­pa­chem.

– Cho­dzi o ma­ją­tek mo­jego męża. O nasz dom. Rose Cot­tage i pięć na­le­żą­cych do niego go­spo­darstw. Nie przy­szła­bym z tą prośbą, gdyby sy­tu­acja nie była tak roz­pacz­liwa. Mój mąż jest te­raz w Lon­dy­nie i pró­buje sprze­dać wszystko, by spła­cić długi. Więk­szość z nich wo­bec pań­stwa ro­dziny, oczy­wi­ście. Jest pani znana z wiel­kiego mi­ło­sier­dzia. Pro­szę, niech pani po­prosi męża, by wy­co­fał na­kaz ca­pias ad sa­tis­fa­cien­dum wo­bec nas.

Ca­pias ad sa­tis­fa­cien­dum – na­kaz aresz­to­wa­nia dłuż­nika – był środ­kiem praw­nym, na mocy któ­rego wie­rzy­ciel mógł do­pro­wa­dzić do uwię­zie­nia dłuż­nika do czasu spłaty na­leż­no­ści.

Górna warga lady de Vir­toux unio­sła się w wy­ra­zie nie­smaku.

– Sąd dał panu Rose’owi czas na ure­gu­lo­wa­nie na­leż­no­ści i uwa­żam, że zo­stał po­trak­to­wany aż nadto spra­wie­dli­wie.

– Ow­szem. Je­śli jed­nak nie znaj­dzie na­bywcy albo nie zdoła ze­brać ca­łej kwoty, trafi do wię­zie­nia dla dłuż­ni­ków. Pro­szę, lady de Vir­toux, za chwilę stra­cimy dom. Pro­szę nie od­bie­rać na­szym dzie­ciom ojca… Stra­ci­li­śmy już syna…

Ku prze­ra­że­niu wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych pani Rose ci­cho za­szlo­chała przed ko­ścio­łem. Nie miała chu­s­teczki, a lord Mi­que z pew­no­ścią nie za­mie­rzał za­ofe­ro­wać swo­jej, więc otarła łzy pal­cami w rę­ka­wiczce.

Wspo­mnie­nie sa­mo­bój­stwa Johna spra­wiło, że wo­kół za­pa­dła ciężka ci­sza. Za­raz po­tem przez tłum prze­biegł szept – mie­sza­nina li­to­ści i po­gardy. Spoj­rze­nia wę­dro­wały mię­dzy pa­nią Rose a wy­nio­słą damą, spra­gnione wi­do­wi­ska. Nie­któ­rzy się od­wra­cali, a ich wy­pro­sto­wane, na­pięte ciała i cien­kie li­nie ust mó­wiły wszystko o ich dez­apro­ba­cie.

Anne mocno uści­snęła dłoń Pa­tience.

Wy­raz twa­rzy mar­kizy był otwar­cie szy­der­czy, gdy spoj­rzała na żonę dłuż­nika z góry.

– Śmie pani zwra­cać się do mnie z tak bez­czelną prośbą? Fi­nan­sowa hańba pani ro­dziny jest po­wszech­nie znana, a pani ma czel­ność szu­kać u mnie po­mocy? – Jej głos wprost ocie­kał po­gardą.

Twarz pani Rose po­bla­dła.

– Pro­szę, lady de Vir­toux, bła­gam… Mój mąż może umrzeć w wię­zie­niu dla dłuż­ni­ków, a wtedy moim cór­kom i mnie po­zo­sta­nie że­brać na ulicy.

– Trzeba było po­my­śleć o tym wcze­śniej, za­nim za­czę­li­ście po­ży­czać pie­nią­dze na prawo i lewo – oświad­czyła mar­kiza. – Poza tym jako ko­bieta po­winna pani znać swoje miej­sce, a nie wtrą­cać się do mę­skich in­te­re­sów. Niech pani nie waży się wię­cej do mnie zwra­cać. Nie ży­czę so­bie być ko­ja­rzona z ta­kim upad­kiem.

Pa­tience wy­stą­piła na­przód i de­li­kat­nie po­ło­żyła dłoń na ra­mie­niu matki. Bez mru­gnię­cia okiem od­wza­jem­niła lo­do­wate spoj­rze­nie wiel­kiej damy. Nie po­zwoli, by okru­cień­stwo tej ko­biety zła­mało du­cha jej ro­dziny. Znajdą spo­sób – tego na­uczyli ją mama i tata.

– Pro­szę wy­ba­czyć ma­mie, lady de Vir­toux – po­wie­działa, od­cią­ga­jąc szlo­cha­jącą matkę. – Nie bę­dziemy już pani nie­po­koić. I pro­szę być spo­kojną, po­ra­dzimy so­bie.

Pod cię­ża­rem spoj­rzeń i szep­tów ode­szły ubitą drogą w stronę Rose Cot­tage. Po­wrót pie­szo miał im za­jąć co naj­mniej go­dzinę, ale ruch do­brze zrobi ma­mie – po­zwoli ode­rwać my­śli od upo­ka­rza­ją­cej sceny, na­cie­szyć się słoń­cem i sku­pić się na po­zy­ty­wach.

Poza tym Pa­tience nie mo­gła się do­cze­kać po­wrotu do swo­ich róż.

Rze­czy­wi­ście, gdy wra­cały, mama się uspo­ko­iła i na­wet zdo­łała przy­wo­łać na twarz swój zwy­kły uśmiech.

– Mamo – ode­zwała się Pa­tience mniej wię­cej w po­ło­wie drogi, kiedy do­znała na­głego olśnie­nia – a gdy­by­śmy użyły la­wendy i płat­ków róż z mo­jego ogrodu, żeby zro­bić sa­szetki za­pa­chowe? Mo­gły­by­śmy sprze­dać je na targu i za­ro­bić parę gro­szy, za­nim tata wróci.

– Wspa­niały po­mysł, ko­cha­nie! – ucie­szyła się mama. – Wresz­cie twoje róże będą się mo­gły na coś przy­dać. Zo­stały ci jesz­cze su­szone kwiaty z ze­szłego roku?

– Z pew­no­ścią.

– Wiem, gdzie są – wtrą­ciła Anne. – Po­szu­kam.

Anne była naj­lep­szą przy­ja­ciółką Pa­tience – nie tylko dla­tego, że były naj­bliż­sze so­bie wie­kiem. Obie skry­cie ko­chały na­ukę: Anne pa­sjo­no­wała się ma­te­ma­tyką, Pa­tience bo­ta­niką, choć nie mo­gły dzie­lić się swo­imi za­in­te­re­so­wa­niami z ni­kim poza sobą na­wza­jem.

– Ale, Pa­tience – ode­zwała się Emily – kto by chciał od nas co­kol­wiek ku­pić?

Py­ta­nie za­wi­sło w ci­szy nad sied­mioma ko­bie­tami.

– Ktoś może – od­parła Pa­tience, choć bez wiel­kiego prze­ko­na­nia. – Spró­bo­wać warto.

Pół go­dziny póź­niej, gdy Anne po­szła szu­kać su­szo­nych płat­ków róż i la­wendy, Pa­tience udała się do ogrodu, by przy­ciąć swoje au­tor­skie krzy­żówki. Uklę­kła przy krze­wie, wcią­ga­jąc w płuca po­wie­trze nio­sące obiet­nicę wio­sny.

Miała na so­bie ja­sno­zie­loną suk­nię, któ­rej lata świet­no­ści dawno mi­nęły. Dół był ubru­dzony, a żółty far­tuch szpe­ciło co naj­mniej pięć łat. Grzbie­tem nad­garstka Od­su­wała ko­smyki ja­snych wło­sów wy­my­ka­jące się spod wy­słu­żo­nego słom­ko­wego ka­pe­lu­sza. Wo­lała pra­co­wać go­łymi rę­kami, choć od­bi­jało się to na ich sta­nie – miała od­ci­ski i za­dra­pa­nia, a pod pa­znok­ciami zie­mię, któ­rej nie po­tra­fiła usu­nąć, choćby szo­ro­wała je go­dzi­nami.

Po­nie­waż w domu nie było służby, każda z sióstr od­po­wia­dała za swoją część go­spo­dar­stwa. Pa­tience przy­padł ogród wa­rzywny cią­gnący się za do­mem. O tej po­rze roku nie­wiele dało się upra­wiać poza grosz­kiem i rzod­kiewką. W piw­nicy zo­stało jesz­cze tro­chę ze­szło­rocz­nych, po­marsz­czo­nych wa­rzyw ko­rze­nio­wych i ziem­nia­ków, lecz nie wy­star­czą już na długo.

Od­da­wa­nie się bo­ta­nicz­nym pro­jek­tom – ta­kim jak krzy­żo­wa­nie róż – było nie­prak­tyczne, więc mu­siała się spie­szyć, za­nim mama lub któ­raś z sióstr, poza Anne, ją przy­ła­pie.

Pal­cami ba­dała krzew, wy­szu­ku­jąc mar­twe lub chore po zi­mie pędy. Więk­szość ro­śliny była jesz­cze naga, w fa­zie spo­czynku, ale na koń­cach ga­łą­zek pęcz­niały już drobne, czer­wo­nawe pąki li­ści – pierw­sze oznaki no­wego wzro­stu. Krzew był wznie­siony i silny, z mniej­szą liczbą kol­ców niż u ty­po­wej róży ga­lij­skiej, co uła­twiało pie­lę­gna­cję. Choć nie miał jesz­cze kwia­tów, Pa­tience po­tra­fiła je so­bie wy­obra­zić.

Reszta ogrodu kwi­tła. Pa­tience na­prawdę uwiel­biała zaj­mo­wać się ro­śli­nami – ob­ser­wo­wać, jak ro­sną mar­chew, ka­pu­sta i pa­ster­nak, szu­kać spo­so­bów na walkę ze szkod­ni­kami, ulep­szać re­cep­tury na­wo­zów, ob­my­ślać me­tody na zwięk­sze­nie plo­nów. Wszystko roz­kwi­tało pod jej opieką.

Ogró­dek wa­rzywny i sad z ja­bło­niami i gru­szami były w do­sko­na­łym sta­nie, go­towe na nowe za­siewy, na­wo­że­nie, pie­lę­gna­cję i zbiory.

Kilka me­trów da­lej stała ma­leńka Rose Cot­tage. W prze­ci­wień­stwie do sadu i ogrodu wa­rzyw­nego dom nie był wcale za­dbany – od lat po­pa­dał w ru­inę. Biała farba na fra­mu­gach okien i krzy­wych okien­ni­cach dawno się złusz­czyła. Ce­gły kru­szały. Je­den na­roż­nik da­chu się za­padł i prze­cie­kał tak bar­dzo, że na ścia­nach i su­fi­cie po­ja­wiła się pleśń. Kilka szyb od dawna było wy­bi­tych i za­stą­pio­nych de­skami.

Gdyby tylko John żył… Skoń­czyłby Oks­ford, zo­stałby praw­ni­kiem w Lon­dy­nie i wspie­rałby ojca – kon­tak­tami, pie­niędzmi. Może po­mógłby też nie­któ­rym z sióstr do­brze wyjść za mąż…

– Pa­tience, tu je­steś! – za­wo­łała Anne, pod­bie­ga­jąc do niej. Złote loki, ty­powe dla Rose’ów, pod­ska­ki­wały przy każ­dym kroku. – Tata wró­cił z Lon­dynu! Roz­pacz­li­wie cię szuka.

– Nie po­wie­dzia­łaś im, że je­stem przy ró­żach? – jęk­nęła Pa­tience. – Nie chcę, żeby wie­dzieli, że wciąż się nimi zaj­muję.

– Moja za­pra­co­wana ogrod­niczka – dro­czyła się Anne, sia­da­jąc obok sio­stry na ziemi. – Ale to chyba nie o róże cho­dzi.

– Wró­cił wcze­śniej. – Pa­tience otrze­pała dło­nie z ziemi. – Mó­wił, czy udało mu się sprze­dać po­sia­dłość? – Ści­snęło ją w piersi na myśl o opusz­cze­niu je­dy­nego domu, jaki znała przez osiem­na­ście lat. Jej róże. Jej wa­rzywa. Jej sad.

– Nie – od­parła Anne, po­ma­ga­jąc jej wstać. – Wszę­dzie cię szuka, jakby ktoś go go­nił.

Pa­tience unio­sła brwi.

– Czego mógłby ode mnie chcieć? – Była wdzięczna, że jest naj­młod­sza, bez per­spek­tyw i ocze­ki­wań. Mo­gła upra­wiać ogród, czy­tać i pro­wa­dzić swoje małe ba­da­nia. – My­ślisz, że zna­lazł spo­sób, by po­pra­wić na­szą sy­tu­ację i unik­nąć wię­zie­nia dla dłuż­ni­ków?

Anne ci­cho za­chi­cho­tała.

– Je­steś nie­po­prawną opty­mistką, sio­strzyczko.

Pa­tience się uśmiech­nęła.

– Czyż nie wszyst­kie ta­kie je­ste­śmy?

Spo­kój ogrodu za­kłó­ciły na­głe szyb­kie, cięż­kie kroki na żwi­rze. Pa­tience pod­nio­sła głowę, a serce przy­spie­szyło, kiedy usły­szała zna­jome głosy ro­dzi­ców.

– Pa­tience! Pa­tience! – wo­łała mama, uno­sząc w biegu spód­nicę. – Gdzie je­steś, na­sza ma­rzy­cielko?

– Wró­ci­łem z no­winą, która od­mieni na­sze ży­cie na za­wsze! – krzy­czał tata, a jego głos niósł się po ca­łym obej­ściu.

Pa­tience i Anne wy­mie­niły za­sko­czone spoj­rze­nie. Po­de­rwały się na nogi, za­cie­ka­wione i za­nie­po­ko­jone. Gdy po­spie­szyły w stronę domu, Pa­tience do­strze­gła cztery po­zo­stałe sio­stry po­dą­ża­jące za ro­dzi­cami.

Oj­ciec, ni­ski męż­czy­zna o fa­lu­ją­cych, si­wych wło­sach do ra­mion, od­dy­chał ciężko. Miał okrą­głą twarz i duże nie­bie­skie oczy. Ubrany był w zno­szony, za­bru­dzony be­żowy płaszcz i bry­czesy.

– Jest! – Mama wska­zała na Pa­tience, ła­piąc od­dech. – Oto ona, pa­nie Rose!

– Ach, Pa­tience, chodź tu­taj! – za­wo­łał oj­ciec, za­trzy­mu­jąc się i chwy­ta­jąc za okrą­gły brzuch. Twarz miał za­czer­wie­nioną z emo­cji. – Dziew­częta, zbierz­cie się.

Sio­stry wy­mie­niły nie­spo­kojne spoj­rze­nia, a en­tu­zjazm matki przy­gasł pod cię­ża­rem na­pię­cia, które za­wi­sło w po­wie­trzu.

– Mó­wi­łem wam – cią­gnął oj­ciec, uno­sząc ręce – żeby ni­gdy nie tra­cić na­dziei. Na­wet w naj­czar­niej­szej go­dzi­nie.

– Czy ta go­dzina mi­nęła, tato? – za­py­tała Emily. – Zna­la­złeś kupca?

– Nie. Stało się coś lep­szego!

Przy­ga­sły wzrok ojca spo­czął na Pa­tience, a na jego twa­rzy po­ja­wił się nie­mal obłą­kany uśmiech, który wzbu­dził w dziew­czy­nie nie­po­kój.

– Pa­tience, moja droga – oznaj­mił – wy­cho­dzisz za mąż za księ­cia!

Za­pa­dła ogłu­sza­jąca ci­sza. Pa­tience po­czuła, jakby ktoś ude­rzył ją w pierś i po­zba­wił tchu. Sio­stry wpa­try­wały się w nią z nie­do­wie­rza­niem. W ich oczach do­strze­gła szok i coś jesz­cze… za­zdrość.

– Ja? Za księ­cia? – wy­du­siła z le­d­wo­ścią Pa­tience.

– Ow­szem – po­twier­dził oj­ciec z dumą. – Książę Rath po­pro­sił o twoją rękę, a ja przy­ją­łem jego pro­po­zy­cję w twoim imie­niu. To mał­żeń­stwo ocali na­szą ro­dzinę od nę­dzy.

Brudna dłoń Pa­tience za­ci­snęła się na far­tu­chu. Czuła, że zie­mia usuwa się jej spod stóp. Sły­szała słowa ojca, lecz nie po­tra­fiła ich po­jąć. Jak książę mógł chcieć wła­śnie ją? Ni­gdy nie by­wała w to­wa­rzy­stwie. Nikt z wyż­szych sfer na­wet nie wie­dział o jej ist­nie­niu.

– Dla­czego ja? – za­py­tała drżą­cym gło­sem. – Mam pięć star­szych i bar­dziej uta­len­to­wa­nych sióstr!

Spoj­rzała na Anne, która uśmiech­nęła się po­krze­pia­jąco.

– Książę po­pro­sił o naj­młod­szą – wy­ja­śnił oj­ciec – bo uznał, że naj­mniej praw­do­po­dobne jest, byś była uwi­kłana w ro­manse albo miała ad­o­ra­to­rów. Zda­wał się też po­ru­szony tym, co sły­szał o two­jej ła­god­nej na­tu­rze.

Słowa za­wi­sły w po­wie­trzu, a ogród za­wi­ro­wał Pa­tience przed oczami. Mru­gała szybko, szu­ka­jąc opar­cia – zna­la­zła je w ra­mie­niu Anne, moc­nym i pew­nym. Gdy pró­bo­wała coś po­wie­dzieć, z jej ust wy­do­był się je­dy­nie szept:

– K… książę?

– To nie­spra­wie­dliwe! – obu­rzyła się Be­atrice. – Emily i ja by­wa­ły­śmy już w to­wa­rzy­stwie! Star­sze sio­stry po­winny wy­cho­dzić za mąż przed naj­młod­szą!

– Zga­dzam się – przy­tak­nęła Pa­tience. – Może książę chciałby zo­ba­czyć ob­razy Emily… albo po­słu­chać śpiewu Be­atrice? Zmie­niłby zda­nie!

Cla­rice prych­nęła.

– Czy nie dość, że stra­ci­ły­śmy brata?

Na wzmiankę o Joh­nie Pa­tience drgnęła. Serce znów ści­snął jej do­brze znany ból.

– A te­raz mamy jesz­cze zno­sić ko­lejne upo­ko­rze­nie, bo po­mi­nięto nas przy za­mąż­pój­ściu? – wtrą­ciła Fran­ces.

– Ko­chane – ode­zwała się mama – nie ule­gaj­cie mrocz­nym emo­cjom. Za­zdrość… tak was nie wy­cho­wa­li­śmy. Pa­mię­taj­cie o ko­szyku. Za­mknij­cie to wszystko w środku.

– Do­brze po­wie­dziane, naj­droż­sza – przy­tak­nął oj­ciec. – Książę był nie­ugięty. Sam by­łem tak samo zdu­miony jak wy. Po­pro­sił o rękę naj­młod­szej… Spłaci moje długi za­raz po ślu­bie, dzięki czemu nie tra­fię do wię­zie­nia dla dłuż­ni­ków, nie bę­dziemy mu­sieli sprze­da­wać domu ani wy­jeż­dżać. Ale po­sta­wił też wa­runki.

Pa­tience prze­łknęła ślinę. W wy­obraźni wi­działa, jak jej róże usy­chają bez opieki, jak więdną gro­szek i rzod­kiewki. Ni­gdy nie do­koń­czy swo­jej pracy. Krzy­żówka róży, któ­rej na­wet nie nadała jesz­cze na­zwy, umrze ra­zem z jej ma­rze­niami.

– Po roku mał­żeń­stwa książę prze­każe nam po­sia­dłość, która za­pewni stały do­chód – cią­gnął oj­ciec. – Jed­nak przez ten czas mu­sisz z nim po­zo­stać. Je­śli odej­dziesz, umowa prze­staje obo­wią­zy­wać.

Pa­tience za­lała fala roz­pa­czy. Zro­zu­miała, jak wiel­kiej ofiary się od niej wy­maga. Ma­rze­nia o ba­da­niach bo­ta­nicz­nych i ukoń­cze­niu pracy wy­my­kały się jej z rąk.

Nie chciała tego. Ni­gdy nie chciała wy­cho­dzić za mąż – a już na pewno nie za księ­cia. Co, je­śli był stary, lu­bieżny i okrutny, a ona miała być tylko środ­kiem do celu?

Mama po­ło­żyła dłoń na ra­mie­niu córki i spoj­rzała na nią bła­gal­nie wiel­kimi, brą­zo­wymi oczami.

– Taka jest rola ko­biety, ko­cha­nie – po­wie­działa ci­cho. – Po to ro­dzimy się dziew­czę­tami. By za­wrzeć ko­rzystne mał­żeń­stwo: dla sie­bie i dla ro­dziny. Od­kąd nie ma Johna, nie­wiele może nas ura­to­wać. To je­dyna szansa.

Cię­żar ocze­ki­wań przy­gnia­tał Pa­tience z co­raz więk­szą siłą. Wie­działa jed­nak, że nie może po­zwo­lić, by po­chło­nęła ją roz­pacz. Za­wsze była opty­mistką – te­raz bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek mu­siała się tego trzy­mać.

– Do­brze – od­parła, czu­jąc łzy pod po­wie­kami. – Wyjdę za księ­cia Rath.

Mama za­pisz­czała z ra­do­ści, ta­cie wy­rwał się okrzyk szczę­ścia. Sio­stry znów za­częły się spie­rać, a Anne spoj­rzała na Pa­tience z tro­ską.

Jej do­tych­cza­sowe ży­cie do­bie­gło końca – i nie było już od­wrotu.

Roz­dział 3

Dzień ślubu – trzy dni póź­niej

Spoj­rze­nie Do­riana co chwila ucie­kało w dół nawy, ku ma­syw­nym dę­bo­wym drzwiom, przez które lada chwila miała wejść jego przy­szła żona.

Raz po raz za­ci­skał i roz­luź­niał zra­nioną dłoń, pró­bu­jąc zmniej­szyć ucisk skó­rza­nej rę­ka­wicy na bli­zny. Stary dzie­kan Ka­te­dry Świę­tego Be­ne­dykta w Ra­th­ford raz po raz po­dejrz­li­wie spo­glą­dał w jej stronę.

Ka­te­dra wy­glą­dała tego dnia szcze­gól­nie pięk­nie: wszę­dzie pło­nęły świece, a mi­ster­nie rzeź­bione ko­lumny, ławy i oł­tarz za ple­cami dzie­kana – przy­kryty śnież­no­bia­łym ob­ru­sem – przy­brano drob­nymi bu­kie­tami prze­bi­śnie­gów, kro­ku­sów i pier­wiosn­ków. Ściany zdo­biły bo­gato ha­fto­wane go­be­liny.

Po­wie­trze było gę­ste od za­pa­chu psz­cze­lego wo­sku, ka­dzi­dła i per­fum do­stoj­nych go­ści. Dla Do­riana cuch­nęło jed­nak ni­czym w wię­zie­niu.

Drew­niane ławy wy­peł­niał tłum. Jego ciotka sie­działa obok jed­nej ze swo­ich naj­lep­szych przy­ja­ció­łek, księż­nej wdowy Gran­dhamp­ton, po dru­giej stro­nie miała zaś lady Cha­stity. Sio­stra Do­riana nie mo­gła uwie­rzyć wła­snym uszom, gdy do­wie­działa się o na­głych za­rę­czy­nach. Miej­sca za nimi za­jęli lord Spen­cer Se­aton z żoną Jo­anną, a także bra­cia Spen­cera – Ri­chard i Pre­ston – wraz z mał­żon­kami. Sio­stra Spen­cera, Cal­liope, od nie­dawna księżna, sie­działa u boku męża, Na­tha­niela, księ­cia Kel­ford.

Ich szepty wy­peł­niały prze­strzeń, a Spen­cer co chwila po­sy­łał Do­ria­nowi spoj­rze­nia pełne współ­czu­cia, ale i zdu­mie­nia. Jak wszy­scy, był wstrzą­śnięty za­pro­sze­niem na na­gły ślub przy­ja­ciela, który przy­siągł po­zo­stać ka­wa­le­rem.

Za Se­ato­nami sie­dzieli Pryde, Enve­igh, Ec­cess, Ir­re­ve­rence i For­tyne – każdy z in­nym wy­ra­zem twa­rzy. Pryde spo­glą­dał na Do­riana po­nuro. Przez cały ty­dzień nie usta­wał w swych ka­za­niach: co on so­bie wy­obraża, za­mie­rza­jąc po­ślu­bić sio­strę czło­wieka, któ­rego za­bił? Czy nie bie­rze pod uwagę, że prawda może wyjść na jaw? A co ze szcze­ro­ścią? Przy­się­gli mil­czeć, za­po­mnieć, uznać sprawę za za­mkniętą – a te­raz na­ra­żał się na kon­se­kwen­cje karne, je­śli córka Rose’ów kie­dy­kol­wiek do­wie się, co się na­prawdę wy­da­rzyło.

Lu­cien sku­piał się głów­nie na tym, że Do­rian wresz­cie bę­dzie mógł roz­ła­do­wy­wać mroczną ener­gię każ­dej nocy w ra­mio­nach jed­nej ko­biety.

Ec­cess był w do­sko­na­łym hu­mo­rze, śmiał się jak zwy­kle, upo­jony my­ślą, że mał­żeń­stwo z nie­zna­jomą to na­der za­bawny żart losu.

Ir­re­ve­rence, ze swą bun­tow­ni­czą na­turą, twier­dził, że to i tak nie ma szans się udać.

Enve­igh tylko pa­trzył na Do­riana spod ciem­nych wło­sów, a w jego sta­lo­wym spoj­rze­niu czaił się ból. „Ro­bisz coś, na co wszyst­kim nam za­bra­kłoby od­wagi”, po­wie­dział.

For­tyne zaś skwi­to­wał chłodno, że je­śli już ktoś ma się że­nić, po­wi­nien wy­brać żonę z po­sa­giem i ko­nek­sjami. Mał­żeń­stwo to trans­ak­cja, nie akt mi­ło­sier­dzia.

Wszy­scy jed­nak nie­cier­pli­wie cze­kali, by zo­ba­czyć pannę młodą – tak samo jak Do­rian.

Wie­dział tylko, że ma osiem­na­ście lat i na­zywa się panna Pa­tience Rose.

Jej ro­dzina sie­działa po dru­giej stro­nie nawy – ru­miani, o ja­snych wło­sach i nie­bie­skich oczach – i wszy­scy wier­cili się z prze­ję­cia. Je­śli choć odro­binę przy­po­mi­nała ich wszyst­kich – a także Johna, o nie­mal aniel­skiej uro­dzie – z pew­no­ścią była bar­dzo uro­dziwa.

Wresz­cie or­gany za­brzmiały uro­czy­ście, a po ple­cach Do­riana prze­biegł ner­wowy dreszcz. Coś w nim pę­kło. Nie na­le­żał do lu­dzi, któ­rzy ucie­kają przed nie­bez­pie­czeń­stwem. Ura­to­wał Jo­annę, żonę Spen­cera, przed śmier­cią. Re­gu­lar­nie wy­gry­wał walki bok­ser­skie. Wy­zy­wał na po­je­dynki co naj­mniej tu­zin razy – na Boga.

A jed­nak w wi­doku ko­biety, z którą miał się zwią­zać na za­wsze, był ja­kiś nie­moż­liwy do unie­sie­nia cię­żar.

Od­wró­cił się od drzwi. Se­kundy upły­wały w ryt­mie gwał­tow­nych ude­rzeń jego serca. Czuł ucisk w piersi, żo­łą­dek miał ści­śnięty w su­peł, a puls w zra­nio­nej dłoni bił jak bę­ben wo­jenny.

Usły­szał skrzy­pie­nie drzwi i ci­chy sze­lest tka­nin, kiedy go­ście ob­ra­cali się w jej stronę, szep­cząc pod­eks­cy­to­wani. Nie­osło­nięta lewa dłoń była śli­ska od potu – wy­tarł ją, zu­peł­nie nie po ksią­żę­cemu, o czarne pan­ta­lony.

Pa­nie, czy to może się już skoń­czyć?

To cier­pie­nie miało być jego po­kutą za naj­więk­szy grzech. To mał­żeń­stwo – drob­nym kro­kiem ku od­ku­pie­niu nie­wy­ba­czal­nego.

Nie było już od­wrotu. Mu­siał spoj­rzeć w oczy swo­jemu lo­sowi. Zo­ba­czyć swoją straż­niczkę wię­zienną. Swo­jego kata w sukni ślub­nej.

Od­wró­cił się.

Jego wzrok spo­czął na niej.

Czas się za­trzy­mał.

Nie – on w ogóle prze­stał ist­nieć.

Znik­nęło wszystko poza drobną, słodko za­okrą­gloną, ja­sno­włosą po­sta­cią o wiel­kich, błę­kit­nych oczach i ide­al­nej, aniel­skiej twa­rzy. Pro­mień słońca wpa­da­jący przez wi­traże ka­te­dry spra­wiał, że zda­wała się ja­śnieć mięk­kim, zło­tym bla­skiem, a włosy ukła­dały się wo­kół głowy ni­czym au­re­ola. Wiel­kie oczy iskrzyły. Wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe ry­so­wały się w mięk­kiej, peł­nej twa­rzy. Pro­sta, ładna li­nia nosa do­peł­niała har­mo­nij­nych ry­sów. Pełne usta w ko­lo­rze ró­ża­nego płatka, z wy­raź­nie za­ry­so­wa­nym łu­kiem ku­pi­dyna, kon­tra­sto­wały z nieco peł­niej­szą dolną wargą. Ob­fity biust za­zna­czał się de­li­katną bruzdą nad li­nią de­koltu. Ra­miona były za­okrą­glone – cała syl­wetka krą­gła, miękka, pełna ży­cia. Na­wet stara mu­śli­nowa suk­nia, za­pewne nie­gdyś biała, dziś o od­cie­niu spra­nego, żół­ta­wego płótna, nie była w sta­nie stłu­mić tego dziw­nego, gwał­tow­nego uczu­cia swo­bod­nego spa­da­nia, które roz­lało się w żo­łądku księ­cia.

Do­rian wi­dział w ży­ciu wiele piękna. Olśnie­wa­jące ko­biety lon­dyń­skiej so­cjety, wła­sny ele­gancki dom z im­po­nu­jącą ko­lek­cją sztuki, gro­ma­dzoną przez ojca i przod­ków. Po­dró­żo­wał nad Mo­rze Śród­ziemne, w Alpy i do Szko­cji. Co mie­siąc by­wał w Eli­zjum, w to­wa­rzy­stwie naj­pięk­niej­szych ko­biet lek­kich oby­cza­jów, ja­kie Lon­dyn miał do za­ofe­ro­wa­nia. Oglą­dał za­pie­ra­jące dech w pier­siach za­chody słońca, pej­zaże, po­tęgę mo­rza.

Ale ta aniel­ska twarz, ten nie­winny uśmiech, to spoj­rze­nie szcze­rej do­broci nio­sły w so­bie we­wnętrzne świa­tło – tak od­mienne od mroku, który skry­wał w so­bie.

Zro­zu­miał to z prze­ra­ża­jącą ja­sno­ścią w jed­nej chwili.

Przez całe trzy­dzie­ści dwa lata swo­jego ży­cia nie wi­dział nic pięk­niej­szego niż panna Pa­tience Rose.

Jego żona.

Roz­dział 4

Pa­tience szła nawą, nie czu­jąc wła­snego ciała.

Prze­strzeń przed nią – wspa­niała, czy­sta mo­zaika po­sadzki – zda­wała się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność, a po le­wej i pra­wej stro­nie wy­peł­niały ją ławy pełne wpa­tru­ją­cych się w nią lu­dzi. Ośle­pia­jące świa­tło spra­wiało, że nie wi­działa naj­waż­niej­szej osoby – męż­czy­zny cze­ka­ją­cego na nią na końcu nawy.

Męż­czy­zny, który miał ją po­siąść, wy­da­wać jej po­le­ce­nia, ro­bić z nią, co ze­chce. Prze­szedł ją dreszcz. Zmie­rzała do oł­ta­rza, by po­ślu­bić nie­zna­jo­mego, który miał dość wła­dzy i ma­jątku, by za­aran­żo­wać to mał­żeń­stwo, nie wi­dząc jej wcze­śniej ani razu.

Dla­czego wła­ści­wie jej chciał?

Po le­wej stro­nie sie­działa jej ro­dzina – mama i sio­stry w swo­ich naj­lep­szych stro­jach, w wie­lo­krot­nie ce­ro­wa­nych czep­kach ozdo­bio­nych prze­bi­śnie­gami, z pe­le­ry­nami peł­nymi łat i sta­ran­nie zszy­tych dziur. Tata, w swoim zwy­kłym be­żo­wym sur­du­cie i bry­cze­sach, umył kę­dzie­rzawą siwą czu­prynę. Ły­sina na czubku głowy i czer­wone po­liczki lśniły. Ja­sno­nie­bie­skie oczy pa­trzyły na nią z uwiel­bie­niem i mi­ło­ścią – bo miała po­ślu­bić księ­cia i ich oca­lić.

Ja­koś sta­wiała kroki, choć każdy był jak bro­dze­nie w ba­gnie. Czuła się ma­leńka i nic nie­zna­cząca pod wy­so­kimi, skle­pio­nymi su­fi­tami, idąc tą długą, do­stojną nawą.

Po dru­giej stro­nie sie­dzieli go­ście księ­cia – piękni, dumni męż­czyźni i ko­biety, tak olśnie­wa­jący, że każdy z nich mógłby ucho­dzić za ob­raz albo dzieło sztuki. Ich stroje nie miały dziur ani łat, nie było na nich plam. No­sili bi­żu­te­rię, mi­ster­nie wy­ko­nane kwiaty z je­dwa­biu i atłasu, wy­so­kie kra­waty i herby ro­dowe. Plecy mieli wy­pro­sto­wane, dło­nie wolne od brudu i od­ci­sków, skóra pach­niała dro­gimi per­fu­mami.

Byli wspa­niali, wy­socy, ważni.

I do tego świata miała wejść?

Ona, która co nie­dzielę sia­dała na końcu ko­ścioła, bo żadna sza­no­wana ro­dzina w pa­ra­fii nie chciała sie­dzieć bli­sko Rose’ów. Ona, która dzie­liła łóżko z dwiema sio­strami. Ona, któ­rej pa­znok­cie ni­gdy w ży­ciu nie były na­prawdę czy­ste.

Ona – księżną…

Cóż za żart.

Żart i strata. Ni­gdy nie do­koń­czy swo­jej pracy, ni­gdy nie zo­ba­czy efek­tów wie­lo­let­nich prób krzy­żo­wa­nia róż. Nie wie­działa pra­wie nic o by­ciu księżną, ale była nie­mal pewna, że nie­wiele ma wspól­nemu z dniami wy­peł­nio­nymi grze­ba­niem w ziemi.

Zrobi jed­nak, co bę­dzie trzeba. Naj­waż­niej­sze, żeby za­pew­nić ro­dzi­nie bez­pie­czeń­stwo. John miał po­pra­wić ich los dzięki stu­diom w Oks­for­dzie i pracy praw­nika w Lon­dy­nie. Ale oczy­wi­ście już tego nie zrobi.

Zrobi to ona.

Oj­ciec nie trafi do wię­zie­nia dla dłuż­ni­ków, mama i sio­stry nie skoń­czą w przy­tułku ani na ulicy. Po­świę­ce­nie ró­ża­nego pro­jektu i na­uko­wych am­bi­cji było tego warte.

Mu­siała tylko od­wró­cić się od smutku, prze­łknąć łzy i przy­brać uśmiech – tak jak ro­biła to przez całe ży­cie, od śmierci Johna. Sku­pić się na ja­snej stro­nie rze­czy­wi­sto­ści i za­po­mnieć o tym, co traci.

Spoj­rzeć pro­sto przed sie­bie – na przy­szłego męża.

Ośle­pia­jące świa­tło wresz­cie osła­bło i mo­gła zo­ba­czyć męż­czy­znę sto­ją­cego obok pa­stora.

I wtedy resztki opa­no­wa­nia, ja­kie zdo­łała w so­bie ze­brać, wy­pa­ro­wały.

Był wy­soki. Sto­jąc na pod­wyż­sze­niu przy oł­ta­rzu, zda­wał się się­gać aż do skle­pio­nych, go­tyc­kich stro­pów. Star­szy od niej, lecz nie tak stary, jak się oba­wiała – ra­czej około czter­dziestki. Miał w so­bie coś po­są­go­wego, coś po­nad­cza­so­wego. Pa­smo si­wi­zny na tle ciem­nych, nie­mal atra­men­to­wych wło­sów spra­wiało, że jego ude­rza­jąco błę­kitne oczy wy­da­wały się jesz­cze ja­śniej­sze.

Była już bli­sko po­de­stu i nie po­tra­fiła ode­rwać wzroku od księ­cia.

Na Boga, był zbu­do­wany jak grecki po­sąg – ma­te­riał czar­nych pan­ta­lo­nów opi­nał grube, mu­sku­larne uda. Wą­skie bio­dra, szczu­pła ta­lia, sze­roka klatka pier­siowa i ra­miona ry­so­wały się wy­raź­nie pod ide­al­nie skro­jo­nym czar­nym sur­du­tem. Pod nim miał kar­ma­zy­nową ka­mi­zelkę i sta­ran­nie za­wią­zany śnież­no­biały kra­wat.

Ko­smyki w mod­nym nie­ła­dzie, jakby po­tar­gane wia­trem, oka­lały kan­cia­stą, ogo­loną twarz. Miał wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe, a pro­stą li­nię nosa prze­ci­nało nie­wiel­kie zgru­bie­nie – może po zła­ma­niu? Do­strze­gła też kilka drob­nych nie­do­sko­na­ło­ści: ja­śniej­szą plamkę skóry na jed­nej trze­ciej dłu­go­ści gę­stej, czar­nej brwi oraz biały ślad po le­wej stro­nie peł­nej dol­nej wargi. Czy to były bli­zny? Po czym?

Pa­trzył na nią z tak prze­szy­wa­jącą in­ten­syw­no­ścią, że dreszcz prze­biegł jej po ple­cach. Jakby za­glą­dał pod ma­skę jej uśmie­chu – pro­sto w strach, smu­tek i po­czu­cie straty. Nie mo­gła się po­zbyć wra­że­nia, że zu­peł­nie tu nie pa­suje – jakby uno­siła się w próżni, wy­rwana z ko­rze­niami.

Nogi miała jak z waty, w żo­łądku kłę­bił się rój brzę­czą­cych psz­czół. Nie czuła rąk trzy­ma­ją­cych bu­kiet prze­bi­śnie­gów, choć ką­tem oka wi­działa, jak białe płatki drżą. Była lepka od potu i roz­pa­lona, pło­nęła od środka. Im bli­żej do niego pod­cho­dziła, tym mniej­sza się czuła pod tym chłod­nym, prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem wspa­nia­łego męż­czy­zny.

Jej mąż. Naj­waż­niej­szy czło­wiek w jej ży­ciu. Miała do niego na­le­żeć, być jego…

Boże, co ten za­chwy­ca­jący męż­czy­zna mu­siał o niej my­śleć? Z pew­no­ścią wi­dział po­żół­kły ma­te­riał jej sukni, każdą łatę i cerę.

Nie. Co ro­biła, gdy była prze­ra­żona albo nie­pewna?

Uśmie­chała się. My­ślała po­zy­tyw­nie. I ni­gdy, prze­nigdy nie po­ka­zy­wała tych ciem­nych, nie­zdro­wych uczuć – ani in­nym, ani so­bie.

Więc to wła­śnie zro­biła.

Roz­cią­gnęła usta w sze­ro­kim uśmie­chu i spoj­rzała na niego.

I wtedy się po­tknęła.

Jej stopa za­ha­czyła o kra­wędź schodka. Drew­niana pod­łoga mknęła ku jej twa­rzy. Ude­rze­nie by­łoby straszne – czuła już, jak ból eks­plo­duje w po­liczku, oku i no­sie, w czaszce. Ja­kież to upo­ka­rza­jące – pierw­szą rze­czą, jaką zrobi przed swoim mę­żem, księ­ciem, jego ary­sto­kra­tycz­nymi go­śćmi i pa­sto­rem, bę­dzie ru­nię­cie twa­rzą na po­sadzkę.

Po ka­te­drze prze­to­czył się zbio­rowy jęk prze­ra­że­nia.

Ale pod­łoga ni­gdy nie do­tknęła przy­szłej panny mło­dej.

Uczu­cie spa­da­nia na­gle się urwało. Za­wi­sła w po­wie­trzu, gdy dwie silne dło­nie chwy­ciły ją za ra­miona. Jakby zstą­pił anioł stróż – siła była więk­sza niż co­kol­wiek, czego do­tąd do­świad­czyła.

Po­czuła cie­pło, bez­pie­czeń­stwo, ochronę. I lekki brak tchu. Jego do­tyk wy­wo­łał w niej mro­wie­nie, jakby po ciele prze­bie­gły drobne, kłu­jące iskierki.

Po chwili po­sta­wił ją na nogi i pu­ścił. Znów stała sama, z ser­cem wa­lą­cym o że­bra, wpa­trzona w lo­do­wate oczy księ­cia.

Pa­stor od­chrząk­nął, a szmer gło­sów i dźwięk or­ga­nów uci­chły.

– Czy mogę za­cząć, Wa­sza Ksią­żęca Mość?

– Tak – od­parł książę Rath.

Och, ten głos… Głę­boki i gładki jak ak­sa­mit.

Reszta ce­re­mo­nii mi­nęła jak we mgle. Pa­stor mo­no­ton­nie wy­po­wia­dał bło­go­sła­wień­stwa i mo­dli­twy, po­tem książę po­wie­dział „tak” – i ona, prze­klęta, też.

Wresz­cie przy­szła pora, by na­ło­żył jej ob­rączkę. Zimna, wil­gotna dłoń drżała, gdy wy­cią­gała ją w jego stronę. Kiedy ujął ją w swoją, za­uwa­żyła coś dziw­nego – miał na so­bie jedną rę­ka­wiczkę, prawą. Grubą, czarną, skó­rzaną. Skóra była gładka, poza kil­koma prze­tar­tymi i zma­to­wia­łymi miej­scami. Dla­czego za­sła­niał dłoń? Czy był ranny? Może to rana po jeź­dzie kon­nej, która wciąż się go­iła.

Pal­cami le­wej dłoni wsu­nął złotą ob­rączkę na jej czwarty pa­lec – ten, który, jak mó­wiono, łą­czy się bez­po­śred­nio z ser­cem. Do­tyk jego cie­płej, su­chej skóry prze­szył ją dresz­czem. Miał dłu­gie palce, dużą, zde­cy­do­wa­nie mę­ską dłoń, lekko opa­loną, z otar­ciami na kost­kach. Ude­rzył coś nie­dawno? Jak wy­glą­dała druga dłoń, skoro tę miał od­sło­niętą?

Po­tem pod­pi­sali księgę pa­ra­fialną i było po wszyst­kim.

Wśród okrzy­ków i szep­tów ze­szli nawą, nie do­ty­ka­jąc się, i wsie­dli do cze­ka­ją­cej przed ka­te­drą ka­rety. Ktoś ob­sy­pał ich płat­kami kwia­tów.

Ale w jej sercu nie tliła się ra­dość. To był naj­trud­niej­szy dzień w jej ży­ciu, choć pró­bo­wała się trzy­mać po­zy­tyw­nych my­śli. Oj­ciec bę­dzie bez­pieczny. Mama i sio­stry będą bez­pieczne.

Ale co z nią?

Roz­dział 5

Ka­reta ko­ły­sała się pod nią, a za oknem prze­su­wał się za­pie­ra­jący dech w pier­siach kra­jo­braz – fa­lu­jące wzgó­rza i ży­wo­płoty pod nie­bem w ko­lo­rze oczu jej męża…

Po­wie­trze było świeże, a jed­nak Pa­tience bra­ko­wało tchu.

Byli sami.

Chyba po raz pierw­szy w ży­ciu zna­la­zła się sam na sam z do­ro­słym męż­czy­zną, który nie był jej oj­cem ani bra­tem. Po raz pierw­szy też sie­działa w ka­re­cie za­przę­żo­nej w cztery ko­nie, z woź­nicą i dwoma lo­ka­jami sto­ją­cymi z tyłu. Po raz pierw­szy była w po­jeź­dzie wy­ło­żo­nym czar­nymi i kar­ma­zy­no­wymi je­dwa­biami, ha­fto­wa­nymi zło­tymi lwami w pło­mie­niach.

Koszt za­słon i je­dwa­bi­stej ta­pi­cerki ścian mu­siał być wyż­szy niż war­tość wszyst­kich su­kien jej sióstr ra­zem wzię­tych. Do­bry Boże, Anne mo­głaby uszyć z tego ma­te­riału suk­nię ba­lową.

Za oknem wi­działa te­raz białe ob­łoki prze­su­wa­jące się po nie­bie, dzier­żaw­ców pra­cu­ją­cych na po­lach, kępy drzew roz­siane po kra­jo­bra­zie, prze­pla­tane krze­wami i za­ro­ślami.

Wszystko to na­le­żało do niego. Tak jak ona.

Ner­wowo sku­bała fałdę sukni dłońmi w sta­rych ko­ron­ko­wych rę­ka­wicz­kach. Całe ciało miała wil­gotne od potu, ta­siemki czepka wpi­jały się jej bo­le­śnie pod brodą.

On sie­dział na­prze­ciwko – przy­stojny i onie­śmie­la­jący, z oczami te­raz ciem­no­nie­bie­skimi, ko­loru bez­kre­snego oce­anu, pod dłu­gimi, gę­stymi, ele­gancko wy­gię­tymi brwiami. Przez za­pach skóry, drewna i czy­stej tka­niny wy­czu­wała jego woń – piżmo, ber­ga­motkę i pieprz. Na Boga, na­wet wy­glą­dał tro­chę jak lew. Bli­sko osa­dzone oczy, wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe i nos – sze­roki i długi, a za­ra­zem kró­lew­ski i po­cią­ga­jący. Ostra, kan­cia­sta li­nia szczęki pra­co­wała pod ide­al­nie gładką skórą, pełne usta były ścią­gnięte w cienką li­nię. Ra­miona pod ide­al­nie skro­jo­nym sur­du­tem po­zo­sta­wały na­pięte, a wiel­kie dło­nie za­ci­skały się na kra­wę­dziach sie­dzi­ska tak mocno, że skó­rzana rę­ka­wiczka na pra­wej dłoni była roz­cią­gnięta do gra­nic moż­li­wo­ści. Roz­sze­rzone źre­nice błą­dziły po wi­doku za oknem. Od­dy­chał szybko – kra­wę­dzie kar­ma­zy­no­wej ka­mi­zelki uno­siły się i opa­dały.

Zde­cy­do­wa­nie był nie­za­do­wo­lony. A może po pro­stu rów­nie spięty jak ona, po ślu­bie z nie­zna­jomą.

Po­trzeba roz­ła­do­wa­nia na­pię­cia, zła­go­dze­nia at­mos­fery, spra­wie­nia, by po­czuł się swo­bod­niej, nie po­zwa­lała jej da­lej mil­czeć. To było to, co po­tra­fiła naj­le­piej.

Ale o co za­py­tać wła­snego męża, kiedy nie wie­działa o nim nic?

Czy po­winna spy­tać, dla­czego jest tak roz­draż­niony?

Co jadł na śnia­da­nie?

Jaki jest jego ulu­biony ko­lor?

Co lubi czy­tać?

Czy po­trafi za­żar­to­wać? Boże, ze­ślij jej ja­kiś po­mysł na żart…

Nic. Je­dyne, o czym po­tra­fiła my­śleć, to jak wiele miej­sca zaj­mo­wał w cia­snej prze­strzeni ka­rety… która wcale prze­cież nie była cia­sna. Zda­wała się więk­sza niż spi­żar­nia w Rose Cot­tage.

Ci­sza mię­dzy nimi gęst­niała i cią­gnęła się tak długo, że dźwię­czała w uszach wy­so­kim, nie­przy­jem­nym to­nem. Nie wie­działa, gdzie po­dziać nogi, by nie do­tknąć jego ko­lan – było to nie­moż­liwe. Jego dłu­gie, mu­sku­larne nogi obej­mo­wały jej ko­lana. Ro­biła wszystko, by nie wpa­try­wać się w ry­su­jące się pod ma­te­ria­łem li­nie mię­śni. Po chwili skrzy­żo­wał po­tężne ra­miona na piersi – na­wet przez war­stwy ubra­nia wi­działa wy­raźny za­rys na­pię­tych mu­sku­łów.

W końcu coś w niej pę­kło i nie była już w sta­nie po­wstrzy­mać słów.

„Na li­tość bo­ską, po­wiedz co­kol­wiek po­zy­tyw­nego!” – na­ka­zała so­bie, za­nim otwo­rzyła usta.

– Chyba na­leżą się nam gra­tu­la­cje – ode­zwała się za­chryp­nię­tym gło­sem.

Był jak lew – chłodny, czujny, ob­ser­wu­jący zdo­bycz. Jego spoj­rze­nie prze­szyło ją na wskroś. Po­czuła się naga i bez­bronna, choć była szczel­nie okryta rę­ka­wicz­kami, czep­kiem i dłu­gim płasz­czem.

– Gra­tu­la­cje z ja­kiego po­wodu? – wark­nął.

Och, ten głos… Na­wet pod­szyty iry­ta­cją był naj­pięk­niej­szym, naj­głęb­szym mę­skim gło­sem, jaki kie­dy­kol­wiek sły­szała.

– Na­szego ślubu.

– Nie są­dzę, by było w zwy­czaju skła­dać so­bie na­wza­jem gra­tu­la­cje.

Za­śmiała się ner­wowo.

– Chyba rze­czy­wi­ście.

Znów za­pa­dła ci­sza. Sku­bała miękką ta­pi­cerkę pal­cami w rę­ka­wicz­kach. Nitka za­ha­czyła o nie­rów­ność pa­znok­cia i aż ją świerz­biło, by ją uwol­nić, wy­gła­dzić, ale nie śmiała.

Czuła się bar­dziej bez­bronna niż kie­dy­kol­wiek.

Znów od­wró­cił wzrok w stronę okna. Li­nia jego szczęki pra­co­wała ner­wowo, jakby pod skórą było uwię­zione ja­kieś stwo­rze­nie. Gor­set ści­skał jej klatkę pier­siową – prze­klęty gor­set – więc ła­pała po­wie­trze, pró­bu­jąc się uspo­koić. Boże, jak długo może trwać droga z ko­ścioła do Rath Hall?

Ktoś mu­siał coś po­wie­dzieć. Co­kol­wiek.

To była bez wąt­pie­nia naj­bar­dziej na­pięta i nie­zręczna sy­tu­acja w jej ży­ciu. Nie mo­gła dłu­żej zno­sić ci­szy. Dys­kom­fort uno­sił się w po­wie­trzu ni­czym gry­zący za­pach, któ­rego roz­pacz­li­wie pra­gnęła się po­zbyć.

– Co ja­dłeś na śnia­da­nie? – pal­nęła, a on spoj­rzał na nią z dez­orien­ta­cją.

Nie uśmiech­nął się, ale przy­naj­mniej z jego twa­rzy znik­nął gniewny gry­mas. Usta się roz­luź­niły, a oczy po­ja­śniały, przy­bie­ra­jąc ko­lor nieba tuż przed zmierz­chem. Coś w niej sa­mej jakby odro­binę się roz­luź­niło.

– To­sty – od­parł. – I pi­łem kawę.

– Kawę… – po­wtó­rzyła.

Jej my­śli od razu po­bie­gły do ka­wowca, Cof­fea ara­bica. Po­cho­dził z gór­skich re­jo­nów Afryki Wschod­niej i ro­dziła czer­wone ziarna, które po wy­pra­że­niu były ce­nione przez tak wielu. Rósł w wil­got­nym, cie­płym kli­ma­cie strefy pod­zwrot­ni­ko­wej. Ma­rzyła, by kie­dyś zo­ba­czyć praw­dziwy krzew ka­wowy i móc go zba­dać.

Ale to nie były rze­czy, o któ­rych po­winna mó­wić księżna.

– Ni­gdy nie pi­łam kawy – przy­znała. W isto­cie w ich domu nie było pie­nię­dzy na­wet na po­rządną her­batę, pili więc na­pary z mięty, la­wendy, owo­ców dzi­kiej róży i in­nych ziół, które Pa­tience upra­wiała lub zbie­rała w po­bli­skim le­sie. – Czy jest smaczna?

Pa­trzył na nią tym swoim prze­szy­wa­ją­cym spoj­rze­niem.

– Tak.

– A jak sma­kuje?

– In­ten­syw­nie. Można po­wie­dzieć, że jest tro­chę gorzka, ale przy­jem­nie pa­lona.

– Och. Czy to prawda, że po ka­wie czło­wiek czuje się żyw­szy i ma wię­cej ener­gii?

Ski­nął głową.

– Chyba tak.

Za­śmiała się ci­cho.

– Czy wie pan, że we­dług le­gendy kawa zo­stała od­kryta, gdy kozy zja­dły jej ja­gody i za­częły bie­gać jak opę­tane?

– Nie. Nie wie­dzia­łem.

– A same ro­śliny są po­dobno bar­dzo ładne. Tak przy­naj­mniej wy­nika z ilu­stra­cji bo­ta­nicz­nych, które wi­dzia­łam. Błysz­czące li­ście. Białe kwiaty. Czer­wone owoce.

Zmru­żył oczy.

– Ilu­stra­cji bo­ta­nicz­nych?

– Tak. Brat przy­wiózł nam księgę z ilu­stra­cjami bo­ta­nicz­nymi, gdy od­wie­dził nas w cza­sie stu­diów w Oks­for­dzie.

Wy­raz jego twa­rzy zmie­nił się gwał­tow­nie – za­sko­cze­nie ustą­piło miej­sca na­głej bla­do­ści, jakby zo­ba­czył du­cha.

A po­tem w jed­nej chwili znów się od­mie­nił. Mię­dzy jego brwiami po­ja­wiły się bruzdy. Źre­nice się roz­sze­rzyły, a oczy po­ciem­niały do barwy wzbu­rzo­nego mo­rza.

– Droga pani, zrobi pani przy­sługę i so­bie, i mnie, je­śli przez resztę drogi za­chowa pani mil­cze­nie.

Otwo­rzyła usta, po czym je za­mknęła. Co tak bar­dzo go roz­zło­ściło?

Mama miała ra­cję. Nie po­winna była tak in­te­re­so­wać się bo­ta­niką. On był księ­ciem – oczy­wi­ście mógł nie po­chwa­lać jej na­uko­wych za­pę­dów. Boże, psuła to mał­żeń­stwo już w pierw­szych mi­nu­tach.

Może po­winna wró­cić do bez­piecz­niej­szych te­ma­tów – na przy­kład do śnia­da­nia – byle nie wspo­mi­nać o ro­śli­nach, choć jej my­śli upar­cie wra­cały do ka­wowca: do sys­temu ko­rze­nio­wego, do tego, jak do­pro­wa­dzić go do kwit­nie­nia i owo­co­wa­nia.

– Lubi pan dżem tru­skaw­kowy? – za­py­tała.

Nie myśl o tru­skaw­kach! O tym, że naj­le­piej ro­sną w prze­pusz­czal­nej, gli­nia­stej gle­bie i owo­cują od póź­nej wio­sny do wcze­snego lata, zwłasz­cza przy ob­fi­tym słońcu.

Zmarsz­czył brwi.

– Pro­si­łem, pani, byś mil­czała.

– My­śla­łam, że dżem tru­skaw­kowy to bez­pieczny te­mat. Lubi pan dżem tru­skaw­kowy?

Od­chrząk­nął.

– Nie mam nic prze­ciwko.

Prze­twory były więc bez­piecz­nym te­ma­tem.

– Ja też. A ma­li­nowy?

Ści­snął pal­cami na­sadę nosa.

– Pro­szę. Bła­gam. Nie musi pani wy­peł­niać ci­szy py­ta­niami o moje pre­fe­ren­cje do­ty­czące dże­mów.

– Pro­szę mi wy­ba­czyć. Hm… A może pan chciałby za­dać mi ja­kieś py­ta­nie?

– Nie.

Za­mru­gała.

– Och. Czy tak dzia­łają ksią­żęce mał­żeń­stwa? Nikt z ni­kim nie roz­ma­wia?

– Tego wła­śnie bym so­bie ży­czył.

– Mu­szę przy­znać, że ni­gdy nie by­łam do­bra w mil­cze­niu. Mama za­wsze mó­wiła, że uro­dzi­łam się pod ga­du­ło­watą gwiazdą – do­dała z na­dzieją w gło­sie.

Jego lo­do­wate spoj­rze­nie znów na niej spo­częło.

– A ja uro­dzi­łem się pod gwiazdą, która ceni ci­szę i spo­kój.

– Ale na pewno jest coś, o czym lubi pan roz­ma­wiać – pró­bo­wała jesz­cze. – Po­li­tyka? A może ko­nie? Męż­czyźni zwy­kle je lu­bią… przy­naj­mniej tak czy­ta­łam.

W jego oczach mi­gnęło coś nie­ja­snego.

– Tak pani czy­tała?

Och, było jed­nak le­piej, kiedy mil­czał.

– Tak. Nie znam wielu męż­czyzn. Czy ra­czej wielu lu­dzi. Więk­szość tego, co wiem, po­cho­dzi od mamy i taty oraz z ksią­żek.

Przyj­rzał się jej uważ­nie – po­czuła, jak jej po­liczki ob­lewa pa­lący ru­mie­niec.

Do­bry Boże, był taki świa­towy, taki do­świad­czony. Przez chwilę czuła za­zdrość. Z pew­no­ścią my­ślał, że jest młoda, na­iwna i za­mknięta w swoim wiej­skim świe­cie. Ja­kie ona miała prawo być żoną tak pew­nego sie­bie męż­czy­zny? Po­trze­bo­wał przy swoim boku ko­goś sil­nego. Ja­kież to mu­siało być ko­jące – wie­dzieć do­kład­nie, czego się chce, i nie pró­bo­wać ni­kogo za­do­wa­lać.

– Nie ma pani żad­nych przy­ja­ciół na wsi? Córki miej­sco­wego pa­stora pew­nie z li­to­ści ra­czą do­trzy­my­wać pani to­wa­rzy­stwa.

Wstyd ude­rzył ją jak fala go­rąca.

– Ow­szem, pa­stor i jego żona oraz córki to je­dyni są­sie­dzi, któ­rzy utrzy­my­wali z nami kon­takty. Ale ra­czej z obo­wiązku niż z sym­pa­tii. Mimo to do­brze było mieć ko­goś, z kim można po­roz­ma­wiać, poza sio­strami i ro­dzi­cami.

Na twa­rzy księ­cia od­ma­lo­wało się zdu­mie­nie, a po­tem coś na kształt bo­le­snego po­czu­cia winy. Przy­gar­bił ra­miona, spoj­rze­nie przy­ciem­niało. Od­wró­cił się, a żyły na jego szyi pul­so­wały.

Wy­glą­dał, jakby ba­lan­so­wał na kra­wę­dzi fu­rii – ni­czym roz­wście­czony lew. Po­winna zo­sta­wić go w spo­koju. A jed­nak wciąż draż­niła dra­pież­nika.

Drgnęła skó­rzana rę­ka­wiczka na jego pra­wej dłoni. Wy­da­wało jej się, że po jego twa­rzy prze­mknął gry­mas bólu.

– Czy mogę za­py­tać, co stało się z pań­ską dło­nią? – ze­brała się na od­wagę. – Za­uwa­ży­łam rę­ka­wiczkę.

Przez chwilę wy­glą­dało, jakby miał się zła­mać, zda­wało się, że nieco się roz­luź­nił. Lecz za­raz znów ze­sztyw­niał, a gdy się ode­zwał, jego głos był zim­niej­szy niż sy­be­ryj­skie wia­try.

– Droga pani, czy twoim za­mia­rem jest drę­czyć mnie py­ta­niami? Czy też masz na tyle skromne zdol­no­ści in­te­lek­tu­alne, że moja wy­raźna prośba o mil­cze­nie oka­zała się dla cie­bie trudna do zro­zu­mie­nia?

Pa­tience cof­nęła się, jakby ją ude­rzono. Na po­liczki wy­pły­nął ru­mie­niec wstydu, ale i cze­goś na kształt gniewu. Sta­rała się być uprzejma, pró­bo­wała roz­ła­do­wać na­pię­cie, a on od­pła­cił jej po­gardą. Gdy w końcu się ode­zwała, jej głos był ci­chy, lecz twardy – aż sama się zdzi­wiła.

– Sta­ra­łam się tylko spra­wić, by ta po­dróż była mniej… przy­tła­cza­jąca. Co, jak wi­dzę, nie jest ła­twym za­da­niem.

Wy­da­wało jej się, że w jego oczach mi­gnął cień żalu. Lecz znik­nął rów­nie szybko, jak się po­ja­wił – ustę­pu­jąc miej­sca lo­do­wa­tej ma­sce.

Reszta drogi mi­nęła w cięż­kiej, nie­zno­śnej ci­szy, która zda­wała się trze­cim pa­sa­że­rem. Pa­tience sie­działa z dłońmi zło­żo­nymi na ko­la­nach, a jej my­śli ga­lo­po­wały.

Oj­ciec mó­wił, że książę chciał szybko się oże­nić i że wy­brał ją, bo chciał żony „ule­głej” – i wła­śnie taka pró­bo­wała być: miła, ugo­dowa, to­wa­rzy­ska. Ale skoro tak bar­dzo pra­gnął ci­szy i sa­mot­no­ści, po co w ogóle się że­nił? Miał prze­cież do wy­boru znacz­nie le­piej uro­dzone panny, przy­go­to­wane do roli księż­nej. Na na­zwi­sku Rose cią­żył skan­dal. Ona nie znała się na ni­czym poza ogro­dem, ró­żami i tym, jak trzy­mać głowę wy­soko oraz my­śleć po­zy­tyw­nie.