Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Piękność poskramia bestię, gdy małżeństwo z rozsądku przeradza się w uczucie, którego żadne z nich się nie spodziewało.
Dorian, książę Rath, skrywa mroczną tajemnicę, od lat niedającą mu spokoju. Trawiony gniewem i poczuciem winy, gotów jest ponieść każdą karę, by odkupić swoje grzechy. Nawet poślubić zupełnie mu obcą młodszą siostrę swojej ofiary, by ocalić jej rodzinę przed ruiną.
Przysięga, że nigdy jej nie dotknie. Ma chronić niewinną kobietę przed własnym zepsuciem i mrocznymi pragnieniami. Dziewczyna musi jednak zostać u jego boku przez rok i podporządkować się surowym zasadom księcia.
Patience Rose, utalentowana botaniczka, wnosi do ponurego świata Doriana światło, nieobecne tam od dawna. Jej pogoda ducha, szczerość i naturalny urok powoli kruszą mur, który zbudował wokół siebie książę. Ona łamie wszystkie jego zasady. On próbuje ją za to karać… lecz Patience wcale nie boi się konsekwencji.
Miłość zaczyna leczyć duszę Ratha i przemieniać jego mroczną rezydencję w prawdziwy dom. Jest jednak coś, co wciąż stoi między nimi: przerażająca tajemnica z przeszłości, która może zaprowadzić księcia na szubienicę. A Patience zrobi wszystko, by odkryć prawdę.
„Książę Gniewu” to pierwszy tom intrygującej serii Siedmiu Książąt Grzechu, pełnej namiętności, tajemnic i mrocznych sekretów.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 409
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł oryginału: Duke of Rath
Przekład z języka angielskiego: Joanna Barbara Bernat
Copyright © Mariah Stone, 2026
This edition: © Gyldendal Astra/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt graficzny okładki: Qamber Designs and Media. Copyright © Stone Publishing.
Adaptacja okładki: Marcin Słociński
Redakcja: Maria Zając
Korekta: Justyna Kukian
ISBN 978-91-8098-958-9
Opracowanie e-booka:Marcin Słociński / www.monikaimarcin.com
Gyldendal A/S Klareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.gyldendalastra.fi
Epigraf
„Kochałem ją wbrew rozsądkowi z utratą spokoju duszy, szczęścia, mimo beznadziejności, opanowującej mnie czasami”.
Charles Dickens*
„Ale za wszystkie te występki jestem odpowiedzialny przed Bogiem i tylko przed Bogiem”.
autor nieznany**
* Charles Dickens, Wielkienadzieje, przeł. Antoni Mazanowski, Warszawa 1918, s. 22.** Cytat błędnie przypisywany Fiodorowi Dostojewskiemu.Credo Siedmiu Książąt Grzechu
Po pierwsze:
Wszystkie pragnienia są naturalne – bez względu na ich niegodziwość.
Rozdział 1
Rath Hall, marzec 1814 roku
Krew skapywała na żwirową ścieżkę, znacząc ją ciemnymi plamami, gdy Dorian Perrin, książę Rath, wkraczał w kolejny dzień udręki. U jego boku kroczył wilczarz irlandzki, Tytan. Ich kroki rozcinały swym szelestem ciszę rodowej posiadłości. Pośród gęstej mgły majaczyły czarne, bezlistne drzewa, wyciągając ku niemu cienkie, ostre jak szpony gałęzie, a chłód wilgotnego powietrza przenikał materiał koszuli, dosięgając rozpalonej, wilgotnej od potu skóry księcia.
Dobrze. Zasłużył na każdy ból.
Rozharatane knykcie lewej dłoni Doriana krwawiły obficie, prawa zaś pozostawała w rękawiczce, skrywającej blizny będące nieustannym przypomnieniem pojedynku, który go prześladował – dowodem najstraszliwszego czynu, jakiego kiedykolwiek się dopuścił. Zdejmował rękawiczkę tylko na treningi bokserskie, tak jak tego ranka. Dwanaście lat niemal bez kontaktu z powietrzem nie przysłużyło się pokrytej bliznami skórze.
Tytan uparcie próbował zlizywać krew z odsłoniętych knykci Doriana swym różowym językiem. Szorstka, siwa sierść psa sprężyście uginała się pod dłonią księcia, gdy bezwiednie głaskał czworonożnego przyjaciela. Jedno z oczu wilczarza było mlecznobiałe, drugie czarne i błyszczące. Sięgał Dorianowi do pasa, a jego długie, ostre kły budziły niepokój nawet wśród lokajów.
Na przyciętym trawniku stajenny trzymał Erebusa, masywnego czarnego konia pełnej krwi angielskiej. Ogier prychał i rozkopywał darń w niecierpliwym oczekiwaniu. Dorian położył prawą dłoń na szyi zwierzęcia, czując krew sączącą się spod skóry rękawiczki.
– Dorianie, najdroższy – odezwał się zza jego pleców wysoki, kobiecy głos.
Książę odwrócił się, szybko splatając ręce za plecami.
Lady Buchanan, siostra zmarłej matki, stała przed nim wraz z jego siostrą, Chastity.
Ciemne mury Rath Hall wyłoniły się z mgły za nimi – trzy piętra zwietrzałego kamienia, porośniętego mchem i porostami. Wysokie, ostrołukowe okna ze szprosami, wypełnione ołowianymi witrażami, przecinały fasadę. Wieżyczki flankowały bryłę budowli. Ich iglice rozpływały się we mgle.
– Ciociu – rzekł na powitanie. – Siostro.
Poranny chłód wbijał się w skórę jak igły. Czoło Doriana było zimne i lepkie, a wilgotne od wysiłku włosy przykleiły się do skroni. Ten ból i dyskomfort nie wystarczały jednak, by uciszyć drzemiącą w nim bestię.
W szarych, życzliwych i przenikliwych oczach ciotki dostrzegł troskę.
– Czy zjesz z nami śniadanie? Przyjechałam tylko na jeden dzień.
Jego ciotka – dama po sześćdziesiątce, wciąż preferująca suknie z dopasowanymi gorsetami i pełnymi spódnicami, modne w poprzedniej epoce – przybyła wczoraj i zatrzymała się na noc w drodze do Londynu, gdzie za kilka tygodni miał rozpocząć się sezon. Rath Hall leżało zaledwie godzinę drogi od stolicy, na tyle blisko, by łączyć urok wsi z wygodą metropolii.
Tytan usiadł przy butach Doriana i wydał z siebie zniecierpliwione skomlenie.
Chastity, siostra księcia – błyskotliwa i szczęśliwie niezamężna – miała dwadzieścia osiem lat, cztery mniej niż on. Była równie ciemnowłosa co brat, zza okularów spoglądały uderzająco błękitne oczy. Od innych książęcych sióstr różniła się prostotą stroju: nosiła skromną szarą suknię, współgrającą z imieniem oznaczającym czystość i niewinność. Włosy upinała w ciasny, praktyczny kok.
– Sądziłem, że zechcesz zjeść śniadanie w swojej sypialni – skłamał. – A Chastity wie, że co rano wybieram się na przejażdżkę.
Poczuł, jak krew kapie mu z dłoni prosto na trawę za plecami. Spojrzenie Chastity ześlizgnęło się po jego sylwetce, zatrzymało na karmazynowych kroplach, a potem podążyło ich śladem z darni na żwirową ścieżkę.
Zbladła.
– Dorianie, jesteś ranny! – wykrzyknęła, ruszając ku niemu.
Cofnął się, uderzając plecami w bok konia, lecz Chastity nie zwolniła. Minęła stajennego i chwyciła Doriana za lewą rękę, nim zdołał ją powstrzymać. Wciągnęła powietrze z przerażeniem, dostrzegłszy krwawe rozcięcia na jego knykciach.
Książę skrzywił się, słysząc okrzyk strachu z ust ciotki. Powinien był zabandażować palce. Albo odjechać wcześniej.
– Co ty zrobiłeś? – zapytała Chastity stanowczo.
Dorian zazgrzytał zębami.
– Przesadziłem z boksem, to wszystko. Nie ma potrzeby się nade mną rozczulać.
Tego ranka przez wiele godzin wbijał pięści w wysłużoną skórę worka treningowego. Każdy cios sięgał aż do kości. Pot na górnej wardze miał słony smak, a metaliczny zapach krwi przynosił satysfakcję. Ciągły ból prawej dłoni ustąpił miejsca nagłym, słodkim katuszom.
Ciotka pospieszyła w jego stronę, szeleszcząc spódnicami.
– Jestem tu tylko na jedną noc, a ty robisz coś takiego? Rozbijasz sobie ręce do krwi?
Dłoń w rękawiczce była śliska i gorąca, pulsowała bólem. Oddychał ciężko, jakby walczył o każdy haust powietrza.
– Nie miałam pojęcia, że robisz takie rzeczy – ciągnęła. – Chastity, wiedziałaś o tym?
Młoda kobieta pokręciła głową.
– Wiedziałam tylko, że trenuje rankami. Nie miałam świadomości, do czego się posuwa… Dorianie, dlaczego przynajmniej tego nie opatrzyłeś?
Przełknął ślinę. Prawda była parszywa – chciał czuć więcej bólu. Każda kropla krwi miała go przybliżyć do odkupienia.
– Nic mi nie jest. – Wyrwał dłoń z uścisku Chastity.
– Przyniosę kosz z opatrunkami – powiedziała stanowczo. – Mam środek antyseptyczny… Rany trzeba natychmiast oczyścić, żeby nie doszło do martwicy.
Martwica…
O tak. Wiedział, jak groźna bywa – i jak widok jego krwi działa na siostrę. Już raz prawie go straciła. To dlatego tak bardzo zaangażowała się w studia medyczne.
Oczy lady Buchanan wypełniły się łzami.
– Spójrz na siebie: ukrywasz się przed rodziną, karzesz własne ciało, izolujesz się. Dlaczego to robisz?
Dorian spojrzał ciotce w oczy i zacisnął szczękę. Jak miałby opisać demony, które go nawiedzały? Poczucie winy, które nieustannie toczyło jego duszę?
– Jest mi dobrze tak, jak jest, ciociu – wycedził. – Nie potrzebuję salonowych rozrywek ani rodzinnych zobowiązań.
Pokręciła głową.
– Mój drogi. Powinieneś czerpać radość z życia: znaleźć kochającą żonę, założyć rodzinę, przeżyć swoje najszczęśliwsze lata.
Odwrócił się, napinając ramiona. Te słowa boleśnie go uderzyły. Żona? Rodzina? Szczęście? Brzmiały jak coś nieosiągalnego. Jak on, z rękami splamionymi krwią i sercem pociemniałym z wściekłości, miałby zasłużyć na takie błogosławieństwa?
– Nie wiesz, o czym mówisz – mruknął szorstko.
Wzrok Chastity spoczął na jego prawej dłoni w rękawiczce.
– Ledwo możesz nią pisać, a mimo to katujesz ją do krwi? Wygląda to tak, jakbyś się za coś karał.
Dorian gwałtownie uniósł głowę.
– Zajmij się swoimi sprawami, Chastity.
Łzy napłynęły jej do oczu, lecz wyprostowała ramiona. Zrobiło mu się wstyd. Był dla niej zbyt oschły. Gniew ustąpił miejsca dręczącemu poczuciu winy.
– Nie burcz na siostrę – napomniała księcia stanowczo ciotka. – Mówię całkiem poważnie. Musisz się ożenić i postarać o dziedzica. To nie tylko twój obowiązek jako księcia, ale również coś, co mogłoby ci przynieść ulgę. Miłość potrafi uzdrawiać, siostrzeńcze. Jeśli nie ta do żony, to choćby do własnego dziecka.
Wydał z siebie niskie warknięcie.
– Nie warcz na mnie – skarciła go. – Nie jesteś lwem. I wiesz, że mam rację.
– Ciociu, naprawdę…
– Wiem, że powtarzam to od lat, ale kto ma to robić, skoro twoi rodzice nie żyją? Wiesz, że twoja matka, moja droga siostra, powiedziałaby to samo. A twoje dzieci byłyby dla mnie jak wnuki.
Westchnął przeciągle, z całych sił powstrzymując kolejne warknięcie.
– Ciociu, mówiłem już wiele razy: nie chcę się żenić. Nie chcę mieć dzieci.
Zbliżyła się powoli, a jej duże, zaszklone łzami oczy przywodziły na myśl żałosne spojrzenie porzuconego kocięcia. Ujęła go lekko za ramię.
– Malutka wnuczka albo wnuk bardzo by mnie uszczęśliwili, najdroższy. Kto wie, ile jeszcze lat zostało mi na tym świecie? Chciałabym spędzić je na kołysaniu niemowlęcia i zabawie z nim.
Niech to diabli…
Znała jedyną drogę do jego serca – litość. Od lat zajmowała w nim miejsce matki. Prawdziwa odeszła, gdy miał dwanaście lat, a wcześniej przez długi czas w ogóle jej nie widywał – ojciec odesłał ją, by „zrobić z przyszłego księcia mężczyznę, a nie rozkapryszonego bachora”.
Całe swoje – jakkolwiek wątpliwe – człowieczeństwo zawdzięczał ciotce.
Dla tych dwóch kobiet gotów był przenosić góry.
– Zastanowię się nad tym – mruknął.
Ciotka uśmiechnęła się z ulgą.
– Tylko o to proszę. Nie będziemy ci przeszkadzać w ćwiczeniach. Dosiądź swego piekielnego rumaka.
– A co z twoimi dłońmi? – zapytała Chastity.
– Nazywa się Erebus – burknął, wciąż nieco przytłoczony własną słabością wobec emocjonalnych zabiegów ciotki. – A z dłońmi wszystko w porządku.
Siostra i ciotka odwróciły się i ruszyły ku domostwu. Bezradność i cierpienie malujące się na twarzy Chastity były dla niego nie do zniesienia. Lecz własnymi ranami się nie przejmował. Jeśli miałby umrzeć z powodu zakażenia, tym lepiej – jego udręka wreszcie by się skończyła.
Wskoczył na grzbiet Erebusa, a stajenny odsunął się posłusznie. Jedno ciche cmoknięcie wystarczyło. Koń puścił się galopem. Tytan ruszył za nimi, jego masywne łapy poruszały się miarowo.
Mknął przez spowitą mgłą okolicę, z palącym ogniem w mięśniach, unosząc się lekko w strzemionach, gdy jego biodra poddawały się rytmowi końskiego biegu. Ciemne sylwetki sękatych drzew majaczyły w mlecznej mgle – stare i martwe, jak jego dusza. Rozkoszował się ostrym powietrzem smagającym jego skórę. Prędkością. Wolnością. Dziką ucieczką.
Gniew Doriana płonął, gdy pędził przed siebie, szukając ukojenia w wyczerpującym wysiłku. Lecz bez względu na to, jak daleko i jak szybko gnał, nie był w stanie uciec przed tym, co nosił w głowie… od tego, co nigdy go nie opuszczało.
Od żywego wspomnienia dnia, kiedy w porywie wściekłości pozbawił życia pana Johna Rose’a podczas pojedynku…
Od podejrzenia, że John uszkodził jego pistolet.
Od uspokajających słów sekundantów – jego i Johna – że nie dostrzegli żadnych nieprawidłowości.
A potem była już tylko eksplozja w jego dłoni.
Gniew pochłonął go z niewyobrażalną siłą.
Walka… strzał z pistoletu Johna… ciało opadające na Doriana.
Martwe.
Gdy w końcu wrócił do Rath Hall i zsiadł z konia przy stawie na tyłach ogrodu, ubranie miał przesiąknięte potem. Ciężki oddech mieszał się z zimnym, wilgotnym powietrzem. Tytan również dyszał, krążąc przy brzegu stawu, z nosem w przerośniętej trawie.
Ból mięśni przyniósł niemal ulgę. Tego właśnie chciał. Umysł jednak pozostawał niespokojny, nawiedzany wspomnieniami fatalnego poranka sprzed dwunastu lat, gdy stał się mordercą. Choć był marzec, a woda nadal lodowata, Dorian zdjął buty, przebiegł kilka kroków i zanurzył się w mętnej toni stawu.
Szok przeszył go na wskroś, lecz przyjął go z satysfakcją. Lodowaty uścisk wody otulił ciało. Odrętwienie wpełzło w żyły. Każdy ruch był walką z nieubłaganym ciężarem przeszłości. Ciemna, mulista woda przesłoniła mu widok. Płynął dalej, kończyny stawały się coraz cięższe, klatka piersiowa napinała się boleśnie. Czy kiedykolwiek uda mu się wyrwać z tego mroku? Czy zazna wolności? Serce ciążyło mu od żalu i winy.
Lodowata woda przylgnęła do jego skóry jak całun, gdy wywlókł się na błotnisty brzeg. Upadł, z trudem łapiąc oddech. Pierś unosiła się i opadała gwałtownie.
Mrugnął, strząsając wodę z oczu, i dostrzegł w oddali ruch – dwóch jeźdźców, których rozpoznał natychmiast, nawet przez mgłę. Ci książęta byli jego najbliższymi sojusznikami. łączyły ich wspólne grzechy i tajemnice. Podniósł się powoli, a woda spływała z niego strugami, tworząc kałuże u stóp. Jeźdźcy podjechali i zatrzymali się naprzeciw niego.
– Tu jesteś, Dorianie – zawołał Lucien, książę Luhst, zeskakując z konia i z rozbawieniem przyglądając się przemoczonemu przyjacielowi. Złote włosy harmonizowały z żółtymi zdobieniami jego płaszcza, na którym widniał rodowy herb z wytwornym jeleniem.
– Widzę, że oddajesz się swoim starym nawykom. Dosyć tego. Przyjechaliśmy zabrać cię z powrotem do miasta. Twoja nieobecność została zauważona.
Obok Luciena zsiadł z konia również Constantine Buccleigh, książę Pryde, wysoki i dumny. Ubrany był w indygo, a wilk w herbie świadczył o jego zaciekłej lojalności i honorze. Niewiele się zmienił przez ostatnie dwanaście lat – może tylko stał się chłodniejszy, nosząc dumę jak zbroję. Od tamtego strasznego poranka był jednak jednym z najbliższych Dorianowi przyjaciół.
– Gdzie jest pozostała czwórka? – zapytał Dorian.
Miał na myśli resztę ich bractwa – Siedmiu Książąt Grzechu, jak żartobliwie się nazywali, bo zdawali się uosabiać siedem grzechów głównych. Nawet ich nazwiska brzmiały jak przewiny: Rath – gniew, Luhst – rozpusta, Pryde – pycha, Enveigh – zazdrość, Irreverence – próżniactwo, Eccess – przesyt i Fortyne – chciwość.
– Czekają w Elizjum – odparł Pryde.
Tytan, skomląc radośnie, pobiegł w ich stronę. Przerażająca bestia zniknęła. Piekielny pies Doriana zmienił się w rozentuzjazmowanego szczeniaka, machającego kudłatym, długim jak miotła ogonem i liżącego dłonie książąt. Twarz Pryde’a rozjaśnił szeroki uśmiech – wyniosły arystokrata ustąpił miejsca chłopcu, który wreszcie mógł pobawić się z pupilem. Opadł na kolana i podrapał Tytana po długim brzuchu, a pies przewrócił się na grzbiet, rozpływając się w czystej błogości.
– Jedźmy do miasta – powiedział Lucien. – Oby demony, które w nas drzemią, dały się choć na chwilę udobruchać.
Odstawili konie do stajni, po czym ruszyli w głąb Rath Hall, przechodząc przez okazałe, spowite półmrokiem korytarze. Z ciemnych płócien obserwowały ich surowe oblicza przodków Doriana. W salach stały wysokie greckie posągi, a na kredensach piętrzyły się statuetki, wazy i relikwie z całego świata – skarby, z których jego ojciec był niezmiernie dumny.
Książęta podążyli za Dorianem do jego sypialni. Służący Howe zerknął na dłoń swego pana. Rana była świeża, choć krwawienie ustało.
– Sam to opatrzę – zastrzegł Dorian.
Nie pozwolił lokajowi obejrzeć blizn na prawej ręce. Wszedł do garderoby, zdjął rękawicę i przyjął każde ostry ukłucie bólu. Zmył krew w miednicy, osuszył skórę i naciągnął świeżą skórzaną rękawicę.
Gdy wrócił do pokoju, kamerdyner Popwell nalewał Luhstowi i Pryde’owi trunki. Wnętrze wypełniały brzęk szlachetnego kryształu i ciężki aromat starej brandy.
– Czy lady Chastity jest w domu? – zapytał Lucien, wyglądając przez okno.
Dorian, Chastity i Lucien dorastali razem, dlatego pytał o nią przy każdej wizycie. Dorian ufał mu jak bratu po tym wszystkim, co przeszli, lecz wiedział też, że to niepoprawny uwodziciel.
– Jest. Pewnie je teraz śniadanie z naszą ciotką.
– Lucienie, wiesz, że możesz mieć dosłownie każdą kobietę na świecie oprócz lady Chastity Perrin? – wtrącił Pryde.
– Wie – uciął Dorian, posyłając Lucienowi ostrzegawcze, ponure spojrzenie.
Ten, nietypowo dla siebie, wyglądał na speszonego.
– To musi być dla ciebie męka – dodał Pryde.
– A co z twoją ciotką? – Lucien wyraźnie zmienił temat. – Znowu mówiła o małżeństwie?
Dorian westchnął, zapominając na chwilę o przeszłości.
– Tak, wciąż ma nadzieję. Zrobiłbym wiele, by ją uszczęśliwić. Gdybym tylko potrafił pogodzić to z własnymi pragnieniami.
Zamilkł, napotykając pełne zrozumienia spojrzenia przyjaciół. Wszyscy znali ciężar rodzinnych obowiązków i społecznych oczekiwań, jakie niosły za sobą ich tytuły – i trud buntu wobec tychże powinności.
– Skoro mowa o pragnieniach – odezwał się Lucien – słyszałem, że w nadchodzącym sezonie miasto będzie pełne uroczych młodych dam. Może któraś roztopi lód serca Ratha?
Pryde parsknął śmiechem, lecz Dorian milczał, gdy Howe naciągał na niego świeżą koszulę. Nie potrafił wyrzucić z głowy prośby ciotki. Pragnął dać jej szczęście, lecz wizja żony u boku wciąż wydawała mu się niewyobrażalna – sama myśl o konieczności jej poszukiwania była dla niego nie do zniesienia.
Zmroziła go sama perspektywa tych potwornych bali, na których obsiadłyby go rozentuzjazmowane debiutantki w towarzystwie rozemocjonowanych matek. Dreszcz przebiegł mu po plecach. Howe na moment przerwał wiązanie kołnierzyka i wymruczał przeprosiny.
– To nie twoja wina, Howe – mruknął Dorian. – Nie musisz przepraszać.
– Czy wiesz, kogo widziałem w mieście zeszłej nocy? – Pryde zmienił temat, ku wielkiej uldze Doriana. – Pana George’a Rose’a.
Rose…
Dorian znieruchomiał. Knykcie mu pobielały, gdy ścisnął krawędź stołu. Miał wrażenie, że lodowata dłoń wbiła mu się w pierś i ścisnęła serce.
– Doprawdy? – wydusił z siebie.
Howe dopinał ostatni guzik kamizelki, nieświadom burzy wstrząsającej jego panem.
– Tak – ciągnął Pryde, nie dostrzegając napięcia Doriana. – Biedak próbuje sprzedać wszystko, by spłacić rosnące długi. Wygląda na to, że kształcenie Johna w Oksfordzie do reszty wyczerpały ich marne środki i są teraz bez grosza przy duszy.
Dorian zacisnął szczękę. Poczucie winy gryzło go od środka jak wygłodniała bestia.
– Dlaczego zostali z niczym? – zapytał przez spierzchnięte usta.
– Ponieważ wszyscy wierzą, że John sam odebrał sobie życie – odparł Pryde. – Plotki obróciły się przeciw rodzinie Rose’ów. Dawni znajomi odsunęli się, bojąc się skojarzeń ze zszarganym nazwiskiem. Sześć córek nie miało widoków na zamążpójście, a utrzymanie dużej posiadłości przy malejących dochodach całkiem ich pogrążyło. John był ostatnią nadzieją na poprawę losu. Teraz ledwo wiążą koniec z końcem.
– Sześć córek… – powtórzył Dorian.
Twarze przyjaciół falowały mu przed oczami, a w głowie kłębiły się myśli.
– Doprawdy, pech – mruknął Lucien, nie spuszczając z niego wzroku.
– Próbowałem pomóc – dodał Pryde. – Dałem panu Rose’owi wizytówkę księcia Fortyne’a. Mają się dziś spotkać.
Dorian spojrzał na Pryde’a, gdy Howe poprawiał mu krawat.
– Znasz Fortyne’a. Wykupi posiadłość za bezcen, przywróci jej dawną świetność i zacznie na niej zarabiać.
– Pan Rose znalazł się w rozpaczliwym położeniu – odparł Pryde. – Chce sprzedać jak najszybciej, byle uniknąć więzienia dla dłużników. Każda suma będzie lepsza niż żadna.
Więzienie dla dłużników. A co z sześcioma młodymi kobietami i ich matką? Bez pieniędzy i koneksji – przytułek, nędza. Dłoń Doriana zapulsowała bólem – blizny, rozerwane ścięgna, świeże rany… Gniew eksplodował, a zaraz potem spadło na niego miażdżące poczucie winy za zniszczone życie.
Nie jedno – osiem kolejnych. Sześć sióstr i dwoje rodziców.
Czy mógł mieć na sumieniu jeszcze osiem istnień? Przypomniał sobie błagalny wyraz twarzy ciotki, nadzieję i łzy, gdy mówiła o wnukach.
Niech to diabli.
Pan Rose miał sześć niezamężnych córek i dług, który rozpaczliwie próbował spłacić.
– Być może… da się to rozwiązać inaczej – powiedział Dorian, sam nie wierząc we własne słowa.
– Inaczej? – Pryde uniósł brew.
Dorian zaklął pod nosem. Pewna możliwość krążyła mu z uporem po głowie. Szaleństwo – a jednak, jeśli rodzina się zgodzi, wystarczyłby rok u boku jednej z sióstr Johna. Spłaciłby długi. Dla dobra ciotki udawałby małżeństwo. Nie dotknąłby dziewczyny, nie rościłby sobie praw, które przysługiwałyby mu jako mężowi. Po roku, gdy nie pojawiłoby się dziecko, orzekliby, że młoda kobieta jest bezpłodna – i tyle. Ciotka, przy odrobinie szczęścia, dałaby mu spokój i przeniosła swe nadzieje na Chastity.
Czy oszalał, czy to miało sens?
– Tak – powiedział wreszcie, patrząc kolejno na przyjaciół.
Walczył z natłokiem myśli. Poślubienie siostry swojej ofiary oznaczało związanie się z rodziną, którą skrzywdził najbardziej. Zwątpienie i lęk ścisnęły go w gardle. Czy naprawdę tak rozpaczliwie pragnął zdjąć z duszy to przekleństwo?
Wiedział jednak, że bliżej zadośćuczynienia za grzechy już być nie mógł.
Knykcie paliły, ból narastał w rytm przyspieszającego pulsu. Zrobiłby to nie dla siebie, lecz dla honoru, dla pokuty, dla próby odkupienia choć ułamka krzywd.
Zaczerpnął powietrza.
– Poślubię jedną z córek pana Rose’a. I spłacę jego długi.
– Nigdy nawet nie spotkałeś żadnej z nich! – wykrzyknął Pryde. – Chcesz się oświadczyć, nie widząc panny młodej? I jak wybierzesz jedną z sześciu?
– To bez znaczenia. Wybiorę najmłodszą, jeśli jest w odpowiednim wieku, będzie najbardziej skora do współpracy, wolna od romantycznych zobowiązań. Ile ma lat?
– Osiemnaście – odparł Luhst. Zdawał się zawsze dysponować wyczerpującymi wiadomościami o każdej wolnej damie w Londynie.
– W takim razie się nada.
– Jesteś pewien, Dorianie? – zapytał cicho Lucien. – To decyzja, która zmieni bieg twojego życia.
– Wiem – odrzekł. – Tylko tak mogę udobruchać ciotkę i pomóc rodzinie człowieka, którego pozbawiłem życia.
– Zastanów się jeszcze – poprosił Pryde. – Pomyśl o reputacji. Rodzinę Rose’ów od lat otacza skandal.
– Z mojego powodu.
– A co z nami? Pomogliśmy ci zatuszować morderstwo.
– Nigdy was nie zdradzę. Macie moją lojalność aż po grób.
– Jak zdołasz spojrzeć jej w oczy i być przy niej sobą? – nie dawał za wygraną Pryde. – A jeśli się zakochasz? Albo ona w tobie? Pomyślałeś o tym?
– Nie, Constantine. Nie spodziewam się, by kiedykolwiek chciała się do mnie zbliżyć. Nie ma człowieka mniej godnego miłości niż ja.
Howe pomógł mu wsunąć ramiona w rękawy czarnego płaszcza z herbem Rath – lwem w płomieniach. Dorian spojrzał w lustro. Lokaj omiótł szczotką jego barki i karmazynową kamizelkę.
– Ale… – zaczął Pryde.
Dorian się wyprostował i uniósł podbródek. W spojrzeniu miał surową determinację. Przyjmie to wyzwanie, choćby miało go zniszczyć.
– Byłeś tam – powiedział cicho. – Wiesz, co zrobiłem. Wiesz, że muszę odkupić swe winy. Zabierz mnie do pana Rose’a.
Rozdział 2
– Kim oni są? – wyszeptał ktoś ze zgromadzonych.
Kobieta ukradkiem zerknęła przez ramię, podczas gdy pastor wygłaszał niedzielne kazanie.
Pannę Patience Rose przeszedł dreszcz, mimo porannego słońca wpadającego przez niewielkie okna kościoła w Harringer. Siedziała przed nią cała kongregacja. Między nimi a jej rodziną pozostały dwie puste ławki.
– Niesławna rodzina Rose’ów – rozległ się głośny szept innej kobiety. – Ich syn odebrał sobie życie.
Matka nagle zbladła – musiała to usłyszeć. Patience ścisnęła jej dłoń. Pozostałe pięć sióstr siedziało w tej samej ławce, ściśnięte jak ogórki w słoiku, starając się zająć jak najmniej miejsca w kościele.
To było ich stałe miejsce od dwunastu lat.
– Och… – szepnęła pierwsza kobieta i posłała rodzinie Rose’ów spojrzenie pełne ciekawości i pozornej troski. – Jakie to okropne. Co za skandal!
– O tak – przytaknęła druga. – To bardzo nieprzyjemna sprawa. Był ich ostatnią nadzieją na poprawę losu. Teraz pan Rose jest na skraju ruiny, próbuje sprzedać swój majątek w Londynie. Niewiele zresztą warty.
Mama się wierciła, oczy miała zaczerwienione od łez, a usta ściągnięte w wąską linię. Patience – ucieleśnienie cierpliwości zapisanej w imieniu – położyła głowę na ramieniu matki i pogładziła ją po dłoni.
Na szczęście nabożeństwo zakończyło się po kilku minutach i kobiety z rodziny Rose’ów jako pierwsze poderwały się z ławki, by wyjść. Gdy Patience szła za siostrami i matką, głosy wiernych, szelest ubrań i szuranie stóp po wypolerowanym kamieniu odbijały się w świątyni głośnym echem. Pani Rose była wyraźnie zdenerwowana. Jedną rękawiczką zasłaniała drugą, by ukryć łatę i gruby szew po starannej naprawie wykonanej przez Anne, siostrę Patience – rodzinną hafciarkę i krawcową.
Kiedy wyszły na świeże, marcowe powietrze, dziewczyna westchnęła z ulgą i już miała ruszyć polną ścieżką w stronę Rose Cottage, gdy ku jej zaskoczeniu matka powiedziała:
– Zostańmy jeszcze chwilę.
To było do niej zupełnie niepodobne – to wiercenie się, ten napięty uśmiech, tak bardzo niepasujący do wyrazu wielkich, zmartwionych oczu.
– Jesteś pewna, mamo? – zapytała Patience.
– Wszyscy zaraz wyjdą – zauważyła Anne, spoglądając na surowy kamienny kościół otoczony zadbanymi krzewami i przystrzyżonym trawnikiem.
Wzrok mamy powędrował ku drzwiom, skąd dobiegały coraz głośniejsze rozmowy wiernych.
– Rzeczywiście – przyznała.
Zeszły na bok żwirowej ścieżki.
– Mam pomysł, który może pomóc tacie. Pozytywne myśli, prawda, dziewczęta? Skoro on jest w Londynie, ja spróbuję zrobić, co w mojej mocy. Nie zaszkodzi, czyż nie?
– To zależy – odparła najstarsza z sióstr, dwudziestoośmioletnia Emily.
– Przekonasz się – powiedziała mama, posyłając jej uśmiech tak wymuszony, że Patience przebiegł dreszcz.
Wszystkie siostry niemal jednocześnie przybrały podobne miny.
Wierni jeden po drugim opuszczali kościół. Zamożniejsi parafianie, ubrani w najlepsze niedzielne jedwabie i aksamity, wychodzili z dostojną powagą, a prostszy lud wioski podążał za nimi. Dzierżawcy i okoliczni rolnicy mieli na sobie mocne, szorstkie, lecz czyste ubrania. Wśród nich mieszali się piekarze, krawcy i rzemieślnicy w nieco lepszych, praktycznych strojach.
Gdy mijali rodzinę Rose’ów, rozmowy na chwilę milkły, a kroki zwalniały. Ledwie dostrzegalnymi, subtelnymi skrętami i nerwowymi spojrzeniami na boki zwiększali dystans między sobą a Rose’ami, pilnując, by dzieliło ich co najmniej kilka kroków – jakby powietrze wokół kobiet było skażone skandalem.
W końcu z kościoła wyszła lady Justina Fitzroy, markiza de Virtoux, w towarzystwie syna.
Patience skubała brzeg swojej sukni. Markiza była wysoką, piękną kobietą o szerokich ramionach. Miała w sobie królewską wyniosłość i chłód. Włożyła nowoczesną suknię z wysokim stanem – dość niezwykłą jak na kobietę w jej wieku, które zwykle trzymały się fasonów noszonych w młodości, z dopasowaną talią i rozłożystą spódnicą. Lady de Virtoux była patronką parafii w Harringer i właścicielką pobliskiej posiadłości, w której czasem spędzała zimę. Zbliżający się sezon zamierzała, jak co roku, spędzić w Londynie.
Jej syn nosił zaszczytny tytuł wicehrabiego Mique, odziedziczony po ojcu. Był mężczyzną po czterdziestce, dobrze zbudowanym, o przystojnych, ostrych rysach twarzy, mocnym nosie i kwadratowej szczęce. Wąsko osadzone zielone oczy i bujna grzywa falowanych czarnych włosów nadawały mu surowy wygląd.
Lady de Virtoux rzuciła mamie, Patience i jej siostrom spojrzenie pełne zdziwienia i odrazy, po czym odwróciła wzrok i ruszyła w przeciwnym kierunku, szepcząc coś do wicehrabiego.
Patience przygryzła wargę. Żałowała, że nie opuściły kościoła wcześniej, jak robiły to od lat w każdą niedzielę, zanim ich obecność zdążyła urazić tych, którzy nie mieli w swoich rodzinach żadnych tajemnic ani skandali.
Dłonie mamy drżały, gdy splatała je nerwowo. Wciągnęła głęboko powietrze, jakby dodawała sobie odwagi, i ruszyła prosto w stronę markizy.
– Mamo! – syknęła Patience, a Anne wyciągnęła rękę, jakby chciała zatrzymać matkę.
To było jak patrzenie na nieuchronny wypadek, którego nie sposób powstrzymać.
– Lady de Virtoux – powiedziała mama, dygając. – Lordzie Mique. – Skłoniła się również przed młodzieńcem.
Oboje spojrzeli na nią z wyrazem czystej grozy i cofnęli się o krok.
– Proszę wybaczyć – rzuciła markiza, odwracając się plecami do mamy, gotowa odejść.
– Proszę! – zawołała mama. – Nie podeszłabym, gdybym nie była w rozpaczliwej sytuacji. Zajmę państwu tylko chwilę.
Patience i jej siostry wymieniły spojrzenia. Anne miała łzy w oczach, policzki płonęły jej ze wstydu.
– Co ona robi? – szepnęła Emily. – Czy nie widzi, że jej obecność nie jest pożądana?
– Powstrzymaj łzy, Anne – wyszeptała Beatrice. – Weź się w garść. Nie potrzebujemy kolejnego upokorzenia. Uśmiechnijcie się wszystkie. Jak zawsze.
Patience z przerażeniem patrzyła, jak usta sióstr rozciągają się w nienaturalnych uśmiechach, jakby wyrysowanych dziecięcą ręką – smutne oczy i cienkie wargi wykrzywione w grymasie.
W tej chwili z kościoła wyszedł proboszcz parafii, pastor Menon – niski mężczyzna po pięćdziesiątce, o jajowatej głowie i wydatnym brzuchu. Na jego twarzy gościł szeroki uśmiech, który zniknął, gdy dostrzegł panią Rose i markizę.
Zmarszczył brwi, a lady de Virtoux ciężko westchnęła.
– No cóż, po niedzielnym nabożeństwie należy okazać cnotę i miłosierdzie – powiedziała chłodno. – Czego pani ode mnie oczekuje, pani Rose?
Ukorzona kobieta oblizała suche, blade wargi. Dłonie wciąż jej drżały.
– Dziękuję. Jest pani bardzo łaskawa, lady de Virtoux.
Wicehrabia Mique stał z uniesionym podbródkiem, trzymając chusteczkę tak, jakby był gotów natychmiast zasłonić nią nos przed nieistniejącym zapachem.
– Chodzi o majątek mojego męża. O nasz dom. Rose Cottage i pięć należących do niego gospodarstw. Nie przyszłabym z tą prośbą, gdyby sytuacja nie była tak rozpaczliwa. Mój mąż jest teraz w Londynie i próbuje sprzedać wszystko, by spłacić długi. Większość z nich wobec państwa rodziny, oczywiście. Jest pani znana z wielkiego miłosierdzia. Proszę, niech pani poprosi męża, by wycofał nakaz capias ad satisfaciendum wobec nas.
Capias ad satisfaciendum – nakaz aresztowania dłużnika – był środkiem prawnym, na mocy którego wierzyciel mógł doprowadzić do uwięzienia dłużnika do czasu spłaty należności.
Górna warga lady de Virtoux uniosła się w wyrazie niesmaku.
– Sąd dał panu Rose’owi czas na uregulowanie należności i uważam, że został potraktowany aż nadto sprawiedliwie.
– Owszem. Jeśli jednak nie znajdzie nabywcy albo nie zdoła zebrać całej kwoty, trafi do więzienia dla dłużników. Proszę, lady de Virtoux, za chwilę stracimy dom. Proszę nie odbierać naszym dzieciom ojca… Straciliśmy już syna…
Ku przerażeniu wszystkich zgromadzonych pani Rose cicho zaszlochała przed kościołem. Nie miała chusteczki, a lord Mique z pewnością nie zamierzał zaoferować swojej, więc otarła łzy palcami w rękawiczce.
Wspomnienie samobójstwa Johna sprawiło, że wokół zapadła ciężka cisza. Zaraz potem przez tłum przebiegł szept – mieszanina litości i pogardy. Spojrzenia wędrowały między panią Rose a wyniosłą damą, spragnione widowiska. Niektórzy się odwracali, a ich wyprostowane, napięte ciała i cienkie linie ust mówiły wszystko o ich dezaprobacie.
Anne mocno uścisnęła dłoń Patience.
Wyraz twarzy markizy był otwarcie szyderczy, gdy spojrzała na żonę dłużnika z góry.
– Śmie pani zwracać się do mnie z tak bezczelną prośbą? Finansowa hańba pani rodziny jest powszechnie znana, a pani ma czelność szukać u mnie pomocy? – Jej głos wprost ociekał pogardą.
Twarz pani Rose pobladła.
– Proszę, lady de Virtoux, błagam… Mój mąż może umrzeć w więzieniu dla dłużników, a wtedy moim córkom i mnie pozostanie żebrać na ulicy.
– Trzeba było pomyśleć o tym wcześniej, zanim zaczęliście pożyczać pieniądze na prawo i lewo – oświadczyła markiza. – Poza tym jako kobieta powinna pani znać swoje miejsce, a nie wtrącać się do męskich interesów. Niech pani nie waży się więcej do mnie zwracać. Nie życzę sobie być kojarzona z takim upadkiem.
Patience wystąpiła naprzód i delikatnie położyła dłoń na ramieniu matki. Bez mrugnięcia okiem odwzajemniła lodowate spojrzenie wielkiej damy. Nie pozwoli, by okrucieństwo tej kobiety złamało ducha jej rodziny. Znajdą sposób – tego nauczyli ją mama i tata.
– Proszę wybaczyć mamie, lady de Virtoux – powiedziała, odciągając szlochającą matkę. – Nie będziemy już pani niepokoić. I proszę być spokojną, poradzimy sobie.
Pod ciężarem spojrzeń i szeptów odeszły ubitą drogą w stronę Rose Cottage. Powrót pieszo miał im zająć co najmniej godzinę, ale ruch dobrze zrobi mamie – pozwoli oderwać myśli od upokarzającej sceny, nacieszyć się słońcem i skupić się na pozytywach.
Poza tym Patience nie mogła się doczekać powrotu do swoich róż.
Rzeczywiście, gdy wracały, mama się uspokoiła i nawet zdołała przywołać na twarz swój zwykły uśmiech.
– Mamo – odezwała się Patience mniej więcej w połowie drogi, kiedy doznała nagłego olśnienia – a gdybyśmy użyły lawendy i płatków róż z mojego ogrodu, żeby zrobić saszetki zapachowe? Mogłybyśmy sprzedać je na targu i zarobić parę groszy, zanim tata wróci.
– Wspaniały pomysł, kochanie! – ucieszyła się mama. – Wreszcie twoje róże będą się mogły na coś przydać. Zostały ci jeszcze suszone kwiaty z zeszłego roku?
– Z pewnością.
– Wiem, gdzie są – wtrąciła Anne. – Poszukam.
Anne była najlepszą przyjaciółką Patience – nie tylko dlatego, że były najbliższe sobie wiekiem. Obie skrycie kochały naukę: Anne pasjonowała się matematyką, Patience botaniką, choć nie mogły dzielić się swoimi zainteresowaniami z nikim poza sobą nawzajem.
– Ale, Patience – odezwała się Emily – kto by chciał od nas cokolwiek kupić?
Pytanie zawisło w ciszy nad siedmioma kobietami.
– Ktoś może – odparła Patience, choć bez wielkiego przekonania. – Spróbować warto.
Pół godziny później, gdy Anne poszła szukać suszonych płatków róż i lawendy, Patience udała się do ogrodu, by przyciąć swoje autorskie krzyżówki. Uklękła przy krzewie, wciągając w płuca powietrze niosące obietnicę wiosny.
Miała na sobie jasnozieloną suknię, której lata świetności dawno minęły. Dół był ubrudzony, a żółty fartuch szpeciło co najmniej pięć łat. Grzbietem nadgarstka Odsuwała kosmyki jasnych włosów wymykające się spod wysłużonego słomkowego kapelusza. Wolała pracować gołymi rękami, choć odbijało się to na ich stanie – miała odciski i zadrapania, a pod paznokciami ziemię, której nie potrafiła usunąć, choćby szorowała je godzinami.
Ponieważ w domu nie było służby, każda z sióstr odpowiadała za swoją część gospodarstwa. Patience przypadł ogród warzywny ciągnący się za domem. O tej porze roku niewiele dało się uprawiać poza groszkiem i rzodkiewką. W piwnicy zostało jeszcze trochę zeszłorocznych, pomarszczonych warzyw korzeniowych i ziemniaków, lecz nie wystarczą już na długo.
Oddawanie się botanicznym projektom – takim jak krzyżowanie róż – było niepraktyczne, więc musiała się spieszyć, zanim mama lub któraś z sióstr, poza Anne, ją przyłapie.
Palcami badała krzew, wyszukując martwe lub chore po zimie pędy. Większość rośliny była jeszcze naga, w fazie spoczynku, ale na końcach gałązek pęczniały już drobne, czerwonawe pąki liści – pierwsze oznaki nowego wzrostu. Krzew był wzniesiony i silny, z mniejszą liczbą kolców niż u typowej róży galijskiej, co ułatwiało pielęgnację. Choć nie miał jeszcze kwiatów, Patience potrafiła je sobie wyobrazić.
Reszta ogrodu kwitła. Patience naprawdę uwielbiała zajmować się roślinami – obserwować, jak rosną marchew, kapusta i pasternak, szukać sposobów na walkę ze szkodnikami, ulepszać receptury nawozów, obmyślać metody na zwiększenie plonów. Wszystko rozkwitało pod jej opieką.
Ogródek warzywny i sad z jabłoniami i gruszami były w doskonałym stanie, gotowe na nowe zasiewy, nawożenie, pielęgnację i zbiory.
Kilka metrów dalej stała maleńka Rose Cottage. W przeciwieństwie do sadu i ogrodu warzywnego dom nie był wcale zadbany – od lat popadał w ruinę. Biała farba na framugach okien i krzywych okiennicach dawno się złuszczyła. Cegły kruszały. Jeden narożnik dachu się zapadł i przeciekał tak bardzo, że na ścianach i suficie pojawiła się pleśń. Kilka szyb od dawna było wybitych i zastąpionych deskami.
Gdyby tylko John żył… Skończyłby Oksford, zostałby prawnikiem w Londynie i wspierałby ojca – kontaktami, pieniędzmi. Może pomógłby też niektórym z sióstr dobrze wyjść za mąż…
– Patience, tu jesteś! – zawołała Anne, podbiegając do niej. Złote loki, typowe dla Rose’ów, podskakiwały przy każdym kroku. – Tata wrócił z Londynu! Rozpaczliwie cię szuka.
– Nie powiedziałaś im, że jestem przy różach? – jęknęła Patience. – Nie chcę, żeby wiedzieli, że wciąż się nimi zajmuję.
– Moja zapracowana ogrodniczka – droczyła się Anne, siadając obok siostry na ziemi. – Ale to chyba nie o róże chodzi.
– Wrócił wcześniej. – Patience otrzepała dłonie z ziemi. – Mówił, czy udało mu się sprzedać posiadłość? – Ścisnęło ją w piersi na myśl o opuszczeniu jedynego domu, jaki znała przez osiemnaście lat. Jej róże. Jej warzywa. Jej sad.
– Nie – odparła Anne, pomagając jej wstać. – Wszędzie cię szuka, jakby ktoś go gonił.
Patience uniosła brwi.
– Czego mógłby ode mnie chcieć? – Była wdzięczna, że jest najmłodsza, bez perspektyw i oczekiwań. Mogła uprawiać ogród, czytać i prowadzić swoje małe badania. – Myślisz, że znalazł sposób, by poprawić naszą sytuację i uniknąć więzienia dla dłużników?
Anne cicho zachichotała.
– Jesteś niepoprawną optymistką, siostrzyczko.
Patience się uśmiechnęła.
– Czyż nie wszystkie takie jesteśmy?
Spokój ogrodu zakłóciły nagłe szybkie, ciężkie kroki na żwirze. Patience podniosła głowę, a serce przyspieszyło, kiedy usłyszała znajome głosy rodziców.
– Patience! Patience! – wołała mama, unosząc w biegu spódnicę. – Gdzie jesteś, nasza marzycielko?
– Wróciłem z nowiną, która odmieni nasze życie na zawsze! – krzyczał tata, a jego głos niósł się po całym obejściu.
Patience i Anne wymieniły zaskoczone spojrzenie. Poderwały się na nogi, zaciekawione i zaniepokojone. Gdy pospieszyły w stronę domu, Patience dostrzegła cztery pozostałe siostry podążające za rodzicami.
Ojciec, niski mężczyzna o falujących, siwych włosach do ramion, oddychał ciężko. Miał okrągłą twarz i duże niebieskie oczy. Ubrany był w znoszony, zabrudzony beżowy płaszcz i bryczesy.
– Jest! – Mama wskazała na Patience, łapiąc oddech. – Oto ona, panie Rose!
– Ach, Patience, chodź tutaj! – zawołał ojciec, zatrzymując się i chwytając za okrągły brzuch. Twarz miał zaczerwienioną z emocji. – Dziewczęta, zbierzcie się.
Siostry wymieniły niespokojne spojrzenia, a entuzjazm matki przygasł pod ciężarem napięcia, które zawisło w powietrzu.
– Mówiłem wam – ciągnął ojciec, unosząc ręce – żeby nigdy nie tracić nadziei. Nawet w najczarniejszej godzinie.
– Czy ta godzina minęła, tato? – zapytała Emily. – Znalazłeś kupca?
– Nie. Stało się coś lepszego!
Przygasły wzrok ojca spoczął na Patience, a na jego twarzy pojawił się niemal obłąkany uśmiech, który wzbudził w dziewczynie niepokój.
– Patience, moja droga – oznajmił – wychodzisz za mąż za księcia!
Zapadła ogłuszająca cisza. Patience poczuła, jakby ktoś uderzył ją w pierś i pozbawił tchu. Siostry wpatrywały się w nią z niedowierzaniem. W ich oczach dostrzegła szok i coś jeszcze… zazdrość.
– Ja? Za księcia? – wydusiła z ledwością Patience.
– Owszem – potwierdził ojciec z dumą. – Książę Rath poprosił o twoją rękę, a ja przyjąłem jego propozycję w twoim imieniu. To małżeństwo ocali naszą rodzinę od nędzy.
Brudna dłoń Patience zacisnęła się na fartuchu. Czuła, że ziemia usuwa się jej spod stóp. Słyszała słowa ojca, lecz nie potrafiła ich pojąć. Jak książę mógł chcieć właśnie ją? Nigdy nie bywała w towarzystwie. Nikt z wyższych sfer nawet nie wiedział o jej istnieniu.
– Dlaczego ja? – zapytała drżącym głosem. – Mam pięć starszych i bardziej utalentowanych sióstr!
Spojrzała na Anne, która uśmiechnęła się pokrzepiająco.
– Książę poprosił o najmłodszą – wyjaśnił ojciec – bo uznał, że najmniej prawdopodobne jest, byś była uwikłana w romanse albo miała adoratorów. Zdawał się też poruszony tym, co słyszał o twojej łagodnej naturze.
Słowa zawisły w powietrzu, a ogród zawirował Patience przed oczami. Mrugała szybko, szukając oparcia – znalazła je w ramieniu Anne, mocnym i pewnym. Gdy próbowała coś powiedzieć, z jej ust wydobył się jedynie szept:
– K… książę?
– To niesprawiedliwe! – oburzyła się Beatrice. – Emily i ja bywałyśmy już w towarzystwie! Starsze siostry powinny wychodzić za mąż przed najmłodszą!
– Zgadzam się – przytaknęła Patience. – Może książę chciałby zobaczyć obrazy Emily… albo posłuchać śpiewu Beatrice? Zmieniłby zdanie!
Clarice prychnęła.
– Czy nie dość, że straciłyśmy brata?
Na wzmiankę o Johnie Patience drgnęła. Serce znów ścisnął jej dobrze znany ból.
– A teraz mamy jeszcze znosić kolejne upokorzenie, bo pominięto nas przy zamążpójściu? – wtrąciła Frances.
– Kochane – odezwała się mama – nie ulegajcie mrocznym emocjom. Zazdrość… tak was nie wychowaliśmy. Pamiętajcie o koszyku. Zamknijcie to wszystko w środku.
– Dobrze powiedziane, najdroższa – przytaknął ojciec. – Książę był nieugięty. Sam byłem tak samo zdumiony jak wy. Poprosił o rękę najmłodszej… Spłaci moje długi zaraz po ślubie, dzięki czemu nie trafię do więzienia dla dłużników, nie będziemy musieli sprzedawać domu ani wyjeżdżać. Ale postawił też warunki.
Patience przełknęła ślinę. W wyobraźni widziała, jak jej róże usychają bez opieki, jak więdną groszek i rzodkiewki. Nigdy nie dokończy swojej pracy. Krzyżówka róży, której nawet nie nadała jeszcze nazwy, umrze razem z jej marzeniami.
– Po roku małżeństwa książę przekaże nam posiadłość, która zapewni stały dochód – ciągnął ojciec. – Jednak przez ten czas musisz z nim pozostać. Jeśli odejdziesz, umowa przestaje obowiązywać.
Patience zalała fala rozpaczy. Zrozumiała, jak wielkiej ofiary się od niej wymaga. Marzenia o badaniach botanicznych i ukończeniu pracy wymykały się jej z rąk.
Nie chciała tego. Nigdy nie chciała wychodzić za mąż – a już na pewno nie za księcia. Co, jeśli był stary, lubieżny i okrutny, a ona miała być tylko środkiem do celu?
Mama położyła dłoń na ramieniu córki i spojrzała na nią błagalnie wielkimi, brązowymi oczami.
– Taka jest rola kobiety, kochanie – powiedziała cicho. – Po to rodzimy się dziewczętami. By zawrzeć korzystne małżeństwo: dla siebie i dla rodziny. Odkąd nie ma Johna, niewiele może nas uratować. To jedyna szansa.
Ciężar oczekiwań przygniatał Patience z coraz większą siłą. Wiedziała jednak, że nie może pozwolić, by pochłonęła ją rozpacz. Zawsze była optymistką – teraz bardziej niż kiedykolwiek musiała się tego trzymać.
– Dobrze – odparła, czując łzy pod powiekami. – Wyjdę za księcia Rath.
Mama zapiszczała z radości, tacie wyrwał się okrzyk szczęścia. Siostry znów zaczęły się spierać, a Anne spojrzała na Patience z troską.
Jej dotychczasowe życie dobiegło końca – i nie było już odwrotu.
Rozdział 3
Dzień ślubu – trzy dni później
Spojrzenie Doriana co chwila uciekało w dół nawy, ku masywnym dębowym drzwiom, przez które lada chwila miała wejść jego przyszła żona.
Raz po raz zaciskał i rozluźniał zranioną dłoń, próbując zmniejszyć ucisk skórzanej rękawicy na blizny. Stary dziekan Katedry Świętego Benedykta w Rathford raz po raz podejrzliwie spoglądał w jej stronę.
Katedra wyglądała tego dnia szczególnie pięknie: wszędzie płonęły świece, a misternie rzeźbione kolumny, ławy i ołtarz za plecami dziekana – przykryty śnieżnobiałym obrusem – przybrano drobnymi bukietami przebiśniegów, krokusów i pierwiosnków. Ściany zdobiły bogato haftowane gobeliny.
Powietrze było gęste od zapachu pszczelego wosku, kadzidła i perfum dostojnych gości. Dla Doriana cuchnęło jednak niczym w więzieniu.
Drewniane ławy wypełniał tłum. Jego ciotka siedziała obok jednej ze swoich najlepszych przyjaciółek, księżnej wdowy Grandhampton, po drugiej stronie miała zaś lady Chastity. Siostra Doriana nie mogła uwierzyć własnym uszom, gdy dowiedziała się o nagłych zaręczynach. Miejsca za nimi zajęli lord Spencer Seaton z żoną Joanną, a także bracia Spencera – Richard i Preston – wraz z małżonkami. Siostra Spencera, Calliope, od niedawna księżna, siedziała u boku męża, Nathaniela, księcia Kelford.
Ich szepty wypełniały przestrzeń, a Spencer co chwila posyłał Dorianowi spojrzenia pełne współczucia, ale i zdumienia. Jak wszyscy, był wstrząśnięty zaproszeniem na nagły ślub przyjaciela, który przysiągł pozostać kawalerem.
Za Seatonami siedzieli Pryde, Enveigh, Eccess, Irreverence i Fortyne – każdy z innym wyrazem twarzy. Pryde spoglądał na Doriana ponuro. Przez cały tydzień nie ustawał w swych kazaniach: co on sobie wyobraża, zamierzając poślubić siostrę człowieka, którego zabił? Czy nie bierze pod uwagę, że prawda może wyjść na jaw? A co ze szczerością? Przysięgli milczeć, zapomnieć, uznać sprawę za zamkniętą – a teraz narażał się na konsekwencje karne, jeśli córka Rose’ów kiedykolwiek dowie się, co się naprawdę wydarzyło.
Lucien skupiał się głównie na tym, że Dorian wreszcie będzie mógł rozładowywać mroczną energię każdej nocy w ramionach jednej kobiety.
Eccess był w doskonałym humorze, śmiał się jak zwykle, upojony myślą, że małżeństwo z nieznajomą to nader zabawny żart losu.
Irreverence, ze swą buntowniczą naturą, twierdził, że to i tak nie ma szans się udać.
Enveigh tylko patrzył na Doriana spod ciemnych włosów, a w jego stalowym spojrzeniu czaił się ból. „Robisz coś, na co wszystkim nam zabrakłoby odwagi”, powiedział.
Fortyne zaś skwitował chłodno, że jeśli już ktoś ma się żenić, powinien wybrać żonę z posagiem i koneksjami. Małżeństwo to transakcja, nie akt miłosierdzia.
Wszyscy jednak niecierpliwie czekali, by zobaczyć pannę młodą – tak samo jak Dorian.
Wiedział tylko, że ma osiemnaście lat i nazywa się panna Patience Rose.
Jej rodzina siedziała po drugiej stronie nawy – rumiani, o jasnych włosach i niebieskich oczach – i wszyscy wiercili się z przejęcia. Jeśli choć odrobinę przypominała ich wszystkich – a także Johna, o niemal anielskiej urodzie – z pewnością była bardzo urodziwa.
Wreszcie organy zabrzmiały uroczyście, a po plecach Doriana przebiegł nerwowy dreszcz. Coś w nim pękło. Nie należał do ludzi, którzy uciekają przed niebezpieczeństwem. Uratował Joannę, żonę Spencera, przed śmiercią. Regularnie wygrywał walki bokserskie. Wyzywał na pojedynki co najmniej tuzin razy – na Boga.
A jednak w widoku kobiety, z którą miał się związać na zawsze, był jakiś niemożliwy do uniesienia ciężar.
Odwrócił się od drzwi. Sekundy upływały w rytmie gwałtownych uderzeń jego serca. Czuł ucisk w piersi, żołądek miał ściśnięty w supeł, a puls w zranionej dłoni bił jak bęben wojenny.
Usłyszał skrzypienie drzwi i cichy szelest tkanin, kiedy goście obracali się w jej stronę, szepcząc podekscytowani. Nieosłonięta lewa dłoń była śliska od potu – wytarł ją, zupełnie nie po książęcemu, o czarne pantalony.
Panie, czy to może się już skończyć?
To cierpienie miało być jego pokutą za największy grzech. To małżeństwo – drobnym krokiem ku odkupieniu niewybaczalnego.
Nie było już odwrotu. Musiał spojrzeć w oczy swojemu losowi. Zobaczyć swoją strażniczkę więzienną. Swojego kata w sukni ślubnej.
Odwrócił się.
Jego wzrok spoczął na niej.
Czas się zatrzymał.
Nie – on w ogóle przestał istnieć.
Zniknęło wszystko poza drobną, słodko zaokrągloną, jasnowłosą postacią o wielkich, błękitnych oczach i idealnej, anielskiej twarzy. Promień słońca wpadający przez witraże katedry sprawiał, że zdawała się jaśnieć miękkim, złotym blaskiem, a włosy układały się wokół głowy niczym aureola. Wielkie oczy iskrzyły. Wysokie kości policzkowe rysowały się w miękkiej, pełnej twarzy. Prosta, ładna linia nosa dopełniała harmonijnych rysów. Pełne usta w kolorze różanego płatka, z wyraźnie zarysowanym łukiem kupidyna, kontrastowały z nieco pełniejszą dolną wargą. Obfity biust zaznaczał się delikatną bruzdą nad linią dekoltu. Ramiona były zaokrąglone – cała sylwetka krągła, miękka, pełna życia. Nawet stara muślinowa suknia, zapewne niegdyś biała, dziś o odcieniu spranego, żółtawego płótna, nie była w stanie stłumić tego dziwnego, gwałtownego uczucia swobodnego spadania, które rozlało się w żołądku księcia.
Dorian widział w życiu wiele piękna. Olśniewające kobiety londyńskiej socjety, własny elegancki dom z imponującą kolekcją sztuki, gromadzoną przez ojca i przodków. Podróżował nad Morze Śródziemne, w Alpy i do Szkocji. Co miesiąc bywał w Elizjum, w towarzystwie najpiękniejszych kobiet lekkich obyczajów, jakie Londyn miał do zaoferowania. Oglądał zapierające dech w piersiach zachody słońca, pejzaże, potęgę morza.
Ale ta anielska twarz, ten niewinny uśmiech, to spojrzenie szczerej dobroci niosły w sobie wewnętrzne światło – tak odmienne od mroku, który skrywał w sobie.
Zrozumiał to z przerażającą jasnością w jednej chwili.
Przez całe trzydzieści dwa lata swojego życia nie widział nic piękniejszego niż panna Patience Rose.
Jego żona.
Rozdział 4
Patience szła nawą, nie czując własnego ciała.
Przestrzeń przed nią – wspaniała, czysta mozaika posadzki – zdawała się ciągnąć w nieskończoność, a po lewej i prawej stronie wypełniały ją ławy pełne wpatrujących się w nią ludzi. Oślepiające światło sprawiało, że nie widziała najważniejszej osoby – mężczyzny czekającego na nią na końcu nawy.
Mężczyzny, który miał ją posiąść, wydawać jej polecenia, robić z nią, co zechce. Przeszedł ją dreszcz. Zmierzała do ołtarza, by poślubić nieznajomego, który miał dość władzy i majątku, by zaaranżować to małżeństwo, nie widząc jej wcześniej ani razu.
Dlaczego właściwie jej chciał?
Po lewej stronie siedziała jej rodzina – mama i siostry w swoich najlepszych strojach, w wielokrotnie cerowanych czepkach ozdobionych przebiśniegami, z pelerynami pełnymi łat i starannie zszytych dziur. Tata, w swoim zwykłym beżowym surducie i bryczesach, umył kędzierzawą siwą czuprynę. Łysina na czubku głowy i czerwone policzki lśniły. Jasnoniebieskie oczy patrzyły na nią z uwielbieniem i miłością – bo miała poślubić księcia i ich ocalić.
Jakoś stawiała kroki, choć każdy był jak brodzenie w bagnie. Czuła się maleńka i nic nieznacząca pod wysokimi, sklepionymi sufitami, idąc tą długą, dostojną nawą.
Po drugiej stronie siedzieli goście księcia – piękni, dumni mężczyźni i kobiety, tak olśniewający, że każdy z nich mógłby uchodzić za obraz albo dzieło sztuki. Ich stroje nie miały dziur ani łat, nie było na nich plam. Nosili biżuterię, misternie wykonane kwiaty z jedwabiu i atłasu, wysokie krawaty i herby rodowe. Plecy mieli wyprostowane, dłonie wolne od brudu i odcisków, skóra pachniała drogimi perfumami.
Byli wspaniali, wysocy, ważni.
I do tego świata miała wejść?
Ona, która co niedzielę siadała na końcu kościoła, bo żadna szanowana rodzina w parafii nie chciała siedzieć blisko Rose’ów. Ona, która dzieliła łóżko z dwiema siostrami. Ona, której paznokcie nigdy w życiu nie były naprawdę czyste.
Ona – księżną…
Cóż za żart.
Żart i strata. Nigdy nie dokończy swojej pracy, nigdy nie zobaczy efektów wieloletnich prób krzyżowania róż. Nie wiedziała prawie nic o byciu księżną, ale była niemal pewna, że niewiele ma wspólnemu z dniami wypełnionymi grzebaniem w ziemi.
Zrobi jednak, co będzie trzeba. Najważniejsze, żeby zapewnić rodzinie bezpieczeństwo. John miał poprawić ich los dzięki studiom w Oksfordzie i pracy prawnika w Londynie. Ale oczywiście już tego nie zrobi.
Zrobi to ona.
Ojciec nie trafi do więzienia dla dłużników, mama i siostry nie skończą w przytułku ani na ulicy. Poświęcenie różanego projektu i naukowych ambicji było tego warte.
Musiała tylko odwrócić się od smutku, przełknąć łzy i przybrać uśmiech – tak jak robiła to przez całe życie, od śmierci Johna. Skupić się na jasnej stronie rzeczywistości i zapomnieć o tym, co traci.
Spojrzeć prosto przed siebie – na przyszłego męża.
Oślepiające światło wreszcie osłabło i mogła zobaczyć mężczyznę stojącego obok pastora.
I wtedy resztki opanowania, jakie zdołała w sobie zebrać, wyparowały.
Był wysoki. Stojąc na podwyższeniu przy ołtarzu, zdawał się sięgać aż do sklepionych, gotyckich stropów. Starszy od niej, lecz nie tak stary, jak się obawiała – raczej około czterdziestki. Miał w sobie coś posągowego, coś ponadczasowego. Pasmo siwizny na tle ciemnych, niemal atramentowych włosów sprawiało, że jego uderzająco błękitne oczy wydawały się jeszcze jaśniejsze.
Była już blisko podestu i nie potrafiła oderwać wzroku od księcia.
Na Boga, był zbudowany jak grecki posąg – materiał czarnych pantalonów opinał grube, muskularne uda. Wąskie biodra, szczupła talia, szeroka klatka piersiowa i ramiona rysowały się wyraźnie pod idealnie skrojonym czarnym surdutem. Pod nim miał karmazynową kamizelkę i starannie zawiązany śnieżnobiały krawat.
Kosmyki w modnym nieładzie, jakby potargane wiatrem, okalały kanciastą, ogoloną twarz. Miał wysokie kości policzkowe, a prostą linię nosa przecinało niewielkie zgrubienie – może po złamaniu? Dostrzegła też kilka drobnych niedoskonałości: jaśniejszą plamkę skóry na jednej trzeciej długości gęstej, czarnej brwi oraz biały ślad po lewej stronie pełnej dolnej wargi. Czy to były blizny? Po czym?
Patrzył na nią z tak przeszywającą intensywnością, że dreszcz przebiegł jej po plecach. Jakby zaglądał pod maskę jej uśmiechu – prosto w strach, smutek i poczucie straty. Nie mogła się pozbyć wrażenia, że zupełnie tu nie pasuje – jakby unosiła się w próżni, wyrwana z korzeniami.
Nogi miała jak z waty, w żołądku kłębił się rój brzęczących pszczół. Nie czuła rąk trzymających bukiet przebiśniegów, choć kątem oka widziała, jak białe płatki drżą. Była lepka od potu i rozpalona, płonęła od środka. Im bliżej do niego podchodziła, tym mniejsza się czuła pod tym chłodnym, przenikliwym spojrzeniem wspaniałego mężczyzny.
Jej mąż. Najważniejszy człowiek w jej życiu. Miała do niego należeć, być jego…
Boże, co ten zachwycający mężczyzna musiał o niej myśleć? Z pewnością widział pożółkły materiał jej sukni, każdą łatę i cerę.
Nie. Co robiła, gdy była przerażona albo niepewna?
Uśmiechała się. Myślała pozytywnie. I nigdy, przenigdy nie pokazywała tych ciemnych, niezdrowych uczuć – ani innym, ani sobie.
Więc to właśnie zrobiła.
Rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu i spojrzała na niego.
I wtedy się potknęła.
Jej stopa zahaczyła o krawędź schodka. Drewniana podłoga mknęła ku jej twarzy. Uderzenie byłoby straszne – czuła już, jak ból eksploduje w policzku, oku i nosie, w czaszce. Jakież to upokarzające – pierwszą rzeczą, jaką zrobi przed swoim mężem, księciem, jego arystokratycznymi gośćmi i pastorem, będzie runięcie twarzą na posadzkę.
Po katedrze przetoczył się zbiorowy jęk przerażenia.
Ale podłoga nigdy nie dotknęła przyszłej panny młodej.
Uczucie spadania nagle się urwało. Zawisła w powietrzu, gdy dwie silne dłonie chwyciły ją za ramiona. Jakby zstąpił anioł stróż – siła była większa niż cokolwiek, czego dotąd doświadczyła.
Poczuła ciepło, bezpieczeństwo, ochronę. I lekki brak tchu. Jego dotyk wywołał w niej mrowienie, jakby po ciele przebiegły drobne, kłujące iskierki.
Po chwili postawił ją na nogi i puścił. Znów stała sama, z sercem walącym o żebra, wpatrzona w lodowate oczy księcia.
Pastor odchrząknął, a szmer głosów i dźwięk organów ucichły.
– Czy mogę zacząć, Wasza Książęca Mość?
– Tak – odparł książę Rath.
Och, ten głos… Głęboki i gładki jak aksamit.
Reszta ceremonii minęła jak we mgle. Pastor monotonnie wypowiadał błogosławieństwa i modlitwy, potem książę powiedział „tak” – i ona, przeklęta, też.
Wreszcie przyszła pora, by nałożył jej obrączkę. Zimna, wilgotna dłoń drżała, gdy wyciągała ją w jego stronę. Kiedy ujął ją w swoją, zauważyła coś dziwnego – miał na sobie jedną rękawiczkę, prawą. Grubą, czarną, skórzaną. Skóra była gładka, poza kilkoma przetartymi i zmatowiałymi miejscami. Dlaczego zasłaniał dłoń? Czy był ranny? Może to rana po jeździe konnej, która wciąż się goiła.
Palcami lewej dłoni wsunął złotą obrączkę na jej czwarty palec – ten, który, jak mówiono, łączy się bezpośrednio z sercem. Dotyk jego ciepłej, suchej skóry przeszył ją dreszczem. Miał długie palce, dużą, zdecydowanie męską dłoń, lekko opaloną, z otarciami na kostkach. Uderzył coś niedawno? Jak wyglądała druga dłoń, skoro tę miał odsłoniętą?
Potem podpisali księgę parafialną i było po wszystkim.
Wśród okrzyków i szeptów zeszli nawą, nie dotykając się, i wsiedli do czekającej przed katedrą karety. Ktoś obsypał ich płatkami kwiatów.
Ale w jej sercu nie tliła się radość. To był najtrudniejszy dzień w jej życiu, choć próbowała się trzymać pozytywnych myśli. Ojciec będzie bezpieczny. Mama i siostry będą bezpieczne.
Ale co z nią?
Rozdział 5
Kareta kołysała się pod nią, a za oknem przesuwał się zapierający dech w piersiach krajobraz – falujące wzgórza i żywopłoty pod niebem w kolorze oczu jej męża…
Powietrze było świeże, a jednak Patience brakowało tchu.
Byli sami.
Chyba po raz pierwszy w życiu znalazła się sam na sam z dorosłym mężczyzną, który nie był jej ojcem ani bratem. Po raz pierwszy też siedziała w karecie zaprzężonej w cztery konie, z woźnicą i dwoma lokajami stojącymi z tyłu. Po raz pierwszy była w pojeździe wyłożonym czarnymi i karmazynowymi jedwabiami, haftowanymi złotymi lwami w płomieniach.
Koszt zasłon i jedwabistej tapicerki ścian musiał być wyższy niż wartość wszystkich sukien jej sióstr razem wziętych. Dobry Boże, Anne mogłaby uszyć z tego materiału suknię balową.
Za oknem widziała teraz białe obłoki przesuwające się po niebie, dzierżawców pracujących na polach, kępy drzew rozsiane po krajobrazie, przeplatane krzewami i zaroślami.
Wszystko to należało do niego. Tak jak ona.
Nerwowo skubała fałdę sukni dłońmi w starych koronkowych rękawiczkach. Całe ciało miała wilgotne od potu, tasiemki czepka wpijały się jej boleśnie pod brodą.
On siedział naprzeciwko – przystojny i onieśmielający, z oczami teraz ciemnoniebieskimi, koloru bezkresnego oceanu, pod długimi, gęstymi, elegancko wygiętymi brwiami. Przez zapach skóry, drewna i czystej tkaniny wyczuwała jego woń – piżmo, bergamotkę i pieprz. Na Boga, nawet wyglądał trochę jak lew. Blisko osadzone oczy, wysokie kości policzkowe i nos – szeroki i długi, a zarazem królewski i pociągający. Ostra, kanciasta linia szczęki pracowała pod idealnie gładką skórą, pełne usta były ściągnięte w cienką linię. Ramiona pod idealnie skrojonym surdutem pozostawały napięte, a wielkie dłonie zaciskały się na krawędziach siedziska tak mocno, że skórzana rękawiczka na prawej dłoni była rozciągnięta do granic możliwości. Rozszerzone źrenice błądziły po widoku za oknem. Oddychał szybko – krawędzie karmazynowej kamizelki unosiły się i opadały.
Zdecydowanie był niezadowolony. A może po prostu równie spięty jak ona, po ślubie z nieznajomą.
Potrzeba rozładowania napięcia, złagodzenia atmosfery, sprawienia, by poczuł się swobodniej, nie pozwalała jej dalej milczeć. To było to, co potrafiła najlepiej.
Ale o co zapytać własnego męża, kiedy nie wiedziała o nim nic?
Czy powinna spytać, dlaczego jest tak rozdrażniony?
Co jadł na śniadanie?
Jaki jest jego ulubiony kolor?
Co lubi czytać?
Czy potrafi zażartować? Boże, ześlij jej jakiś pomysł na żart…
Nic. Jedyne, o czym potrafiła myśleć, to jak wiele miejsca zajmował w ciasnej przestrzeni karety… która wcale przecież nie była ciasna. Zdawała się większa niż spiżarnia w Rose Cottage.
Cisza między nimi gęstniała i ciągnęła się tak długo, że dźwięczała w uszach wysokim, nieprzyjemnym tonem. Nie wiedziała, gdzie podziać nogi, by nie dotknąć jego kolan – było to niemożliwe. Jego długie, muskularne nogi obejmowały jej kolana. Robiła wszystko, by nie wpatrywać się w rysujące się pod materiałem linie mięśni. Po chwili skrzyżował potężne ramiona na piersi – nawet przez warstwy ubrania widziała wyraźny zarys napiętych muskułów.
W końcu coś w niej pękło i nie była już w stanie powstrzymać słów.
„Na litość boską, powiedz cokolwiek pozytywnego!” – nakazała sobie, zanim otworzyła usta.
– Chyba należą się nam gratulacje – odezwała się zachrypniętym głosem.
Był jak lew – chłodny, czujny, obserwujący zdobycz. Jego spojrzenie przeszyło ją na wskroś. Poczuła się naga i bezbronna, choć była szczelnie okryta rękawiczkami, czepkiem i długim płaszczem.
– Gratulacje z jakiego powodu? – warknął.
Och, ten głos… Nawet podszyty irytacją był najpiękniejszym, najgłębszym męskim głosem, jaki kiedykolwiek słyszała.
– Naszego ślubu.
– Nie sądzę, by było w zwyczaju składać sobie nawzajem gratulacje.
Zaśmiała się nerwowo.
– Chyba rzeczywiście.
Znów zapadła cisza. Skubała miękką tapicerkę palcami w rękawiczkach. Nitka zahaczyła o nierówność paznokcia i aż ją świerzbiło, by ją uwolnić, wygładzić, ale nie śmiała.
Czuła się bardziej bezbronna niż kiedykolwiek.
Znów odwrócił wzrok w stronę okna. Linia jego szczęki pracowała nerwowo, jakby pod skórą było uwięzione jakieś stworzenie. Gorset ściskał jej klatkę piersiową – przeklęty gorset – więc łapała powietrze, próbując się uspokoić. Boże, jak długo może trwać droga z kościoła do Rath Hall?
Ktoś musiał coś powiedzieć. Cokolwiek.
To była bez wątpienia najbardziej napięta i niezręczna sytuacja w jej życiu. Nie mogła dłużej znosić ciszy. Dyskomfort unosił się w powietrzu niczym gryzący zapach, którego rozpaczliwie pragnęła się pozbyć.
– Co jadłeś na śniadanie? – palnęła, a on spojrzał na nią z dezorientacją.
Nie uśmiechnął się, ale przynajmniej z jego twarzy zniknął gniewny grymas. Usta się rozluźniły, a oczy pojaśniały, przybierając kolor nieba tuż przed zmierzchem. Coś w niej samej jakby odrobinę się rozluźniło.
– Tosty – odparł. – I piłem kawę.
– Kawę… – powtórzyła.
Jej myśli od razu pobiegły do kawowca, Coffea arabica. Pochodził z górskich rejonów Afryki Wschodniej i rodziła czerwone ziarna, które po wyprażeniu były cenione przez tak wielu. Rósł w wilgotnym, ciepłym klimacie strefy podzwrotnikowej. Marzyła, by kiedyś zobaczyć prawdziwy krzew kawowy i móc go zbadać.
Ale to nie były rzeczy, o których powinna mówić księżna.
– Nigdy nie piłam kawy – przyznała. W istocie w ich domu nie było pieniędzy nawet na porządną herbatę, pili więc napary z mięty, lawendy, owoców dzikiej róży i innych ziół, które Patience uprawiała lub zbierała w pobliskim lesie. – Czy jest smaczna?
Patrzył na nią tym swoim przeszywającym spojrzeniem.
– Tak.
– A jak smakuje?
– Intensywnie. Można powiedzieć, że jest trochę gorzka, ale przyjemnie palona.
– Och. Czy to prawda, że po kawie człowiek czuje się żywszy i ma więcej energii?
Skinął głową.
– Chyba tak.
Zaśmiała się cicho.
– Czy wie pan, że według legendy kawa została odkryta, gdy kozy zjadły jej jagody i zaczęły biegać jak opętane?
– Nie. Nie wiedziałem.
– A same rośliny są podobno bardzo ładne. Tak przynajmniej wynika z ilustracji botanicznych, które widziałam. Błyszczące liście. Białe kwiaty. Czerwone owoce.
Zmrużył oczy.
– Ilustracji botanicznych?
– Tak. Brat przywiózł nam księgę z ilustracjami botanicznymi, gdy odwiedził nas w czasie studiów w Oksfordzie.
Wyraz jego twarzy zmienił się gwałtownie – zaskoczenie ustąpiło miejsca nagłej bladości, jakby zobaczył ducha.
A potem w jednej chwili znów się odmienił. Między jego brwiami pojawiły się bruzdy. Źrenice się rozszerzyły, a oczy pociemniały do barwy wzburzonego morza.
– Droga pani, zrobi pani przysługę i sobie, i mnie, jeśli przez resztę drogi zachowa pani milczenie.
Otworzyła usta, po czym je zamknęła. Co tak bardzo go rozzłościło?
Mama miała rację. Nie powinna była tak interesować się botaniką. On był księciem – oczywiście mógł nie pochwalać jej naukowych zapędów. Boże, psuła to małżeństwo już w pierwszych minutach.
Może powinna wrócić do bezpieczniejszych tematów – na przykład do śniadania – byle nie wspominać o roślinach, choć jej myśli uparcie wracały do kawowca: do systemu korzeniowego, do tego, jak doprowadzić go do kwitnienia i owocowania.
– Lubi pan dżem truskawkowy? – zapytała.
Nie myśl o truskawkach! O tym, że najlepiej rosną w przepuszczalnej, gliniastej glebie i owocują od późnej wiosny do wczesnego lata, zwłaszcza przy obfitym słońcu.
Zmarszczył brwi.
– Prosiłem, pani, byś milczała.
– Myślałam, że dżem truskawkowy to bezpieczny temat. Lubi pan dżem truskawkowy?
Odchrząknął.
– Nie mam nic przeciwko.
Przetwory były więc bezpiecznym tematem.
– Ja też. A malinowy?
Ścisnął palcami nasadę nosa.
– Proszę. Błagam. Nie musi pani wypełniać ciszy pytaniami o moje preferencje dotyczące dżemów.
– Proszę mi wybaczyć. Hm… A może pan chciałby zadać mi jakieś pytanie?
– Nie.
Zamrugała.
– Och. Czy tak działają książęce małżeństwa? Nikt z nikim nie rozmawia?
– Tego właśnie bym sobie życzył.
– Muszę przyznać, że nigdy nie byłam dobra w milczeniu. Mama zawsze mówiła, że urodziłam się pod gadułowatą gwiazdą – dodała z nadzieją w głosie.
Jego lodowate spojrzenie znów na niej spoczęło.
– A ja urodziłem się pod gwiazdą, która ceni ciszę i spokój.
– Ale na pewno jest coś, o czym lubi pan rozmawiać – próbowała jeszcze. – Polityka? A może konie? Mężczyźni zwykle je lubią… przynajmniej tak czytałam.
W jego oczach mignęło coś niejasnego.
– Tak pani czytała?
Och, było jednak lepiej, kiedy milczał.
– Tak. Nie znam wielu mężczyzn. Czy raczej wielu ludzi. Większość tego, co wiem, pochodzi od mamy i taty oraz z książek.
Przyjrzał się jej uważnie – poczuła, jak jej policzki oblewa palący rumieniec.
Dobry Boże, był taki światowy, taki doświadczony. Przez chwilę czuła zazdrość. Z pewnością myślał, że jest młoda, naiwna i zamknięta w swoim wiejskim świecie. Jakie ona miała prawo być żoną tak pewnego siebie mężczyzny? Potrzebował przy swoim boku kogoś silnego. Jakież to musiało być kojące – wiedzieć dokładnie, czego się chce, i nie próbować nikogo zadowalać.
– Nie ma pani żadnych przyjaciół na wsi? Córki miejscowego pastora pewnie z litości raczą dotrzymywać pani towarzystwa.
Wstyd uderzył ją jak fala gorąca.
– Owszem, pastor i jego żona oraz córki to jedyni sąsiedzi, którzy utrzymywali z nami kontakty. Ale raczej z obowiązku niż z sympatii. Mimo to dobrze było mieć kogoś, z kim można porozmawiać, poza siostrami i rodzicami.
Na twarzy księcia odmalowało się zdumienie, a potem coś na kształt bolesnego poczucia winy. Przygarbił ramiona, spojrzenie przyciemniało. Odwrócił się, a żyły na jego szyi pulsowały.
Wyglądał, jakby balansował na krawędzi furii – niczym rozwścieczony lew. Powinna zostawić go w spokoju. A jednak wciąż drażniła drapieżnika.
Drgnęła skórzana rękawiczka na jego prawej dłoni. Wydawało jej się, że po jego twarzy przemknął grymas bólu.
– Czy mogę zapytać, co stało się z pańską dłonią? – zebrała się na odwagę. – Zauważyłam rękawiczkę.
Przez chwilę wyglądało, jakby miał się złamać, zdawało się, że nieco się rozluźnił. Lecz zaraz znów zesztywniał, a gdy się odezwał, jego głos był zimniejszy niż syberyjskie wiatry.
– Droga pani, czy twoim zamiarem jest dręczyć mnie pytaniami? Czy też masz na tyle skromne zdolności intelektualne, że moja wyraźna prośba o milczenie okazała się dla ciebie trudna do zrozumienia?
Patience cofnęła się, jakby ją uderzono. Na policzki wypłynął rumieniec wstydu, ale i czegoś na kształt gniewu. Starała się być uprzejma, próbowała rozładować napięcie, a on odpłacił jej pogardą. Gdy w końcu się odezwała, jej głos był cichy, lecz twardy – aż sama się zdziwiła.
– Starałam się tylko sprawić, by ta podróż była mniej… przytłaczająca. Co, jak widzę, nie jest łatwym zadaniem.
Wydawało jej się, że w jego oczach mignął cień żalu. Lecz zniknął równie szybko, jak się pojawił – ustępując miejsca lodowatej masce.
Reszta drogi minęła w ciężkiej, nieznośnej ciszy, która zdawała się trzecim pasażerem. Patience siedziała z dłońmi złożonymi na kolanach, a jej myśli galopowały.
Ojciec mówił, że książę chciał szybko się ożenić i że wybrał ją, bo chciał żony „uległej” – i właśnie taka próbowała być: miła, ugodowa, towarzyska. Ale skoro tak bardzo pragnął ciszy i samotności, po co w ogóle się żenił? Miał przecież do wyboru znacznie lepiej urodzone panny, przygotowane do roli księżnej. Na nazwisku Rose ciążył skandal. Ona nie znała się na niczym poza ogrodem, różami i tym, jak trzymać głowę wysoko oraz myśleć pozytywnie.
