Inspektor Stucky. Ekspedientki z Treviso - Fulvio Ervas - ebook

10 osób właśnie czyta

Opis

Klimatyczny włoski kryminał osadzony w stolicy prosecco!

Zbliża się Boże Narodzenie. Jakiś maniak napastuje piękne sprzedawczynie z Treviso, niebezpiecznie burząc spokój radosnego czasu zakupów. Inspektor Stucky musi bezzwłocznie interweniować, ale wciąż się gubi pośród zaułków miasta i rozkoszy podniebienia.

W tym samym czasie niejaki Max Pierini opowiada na kozetce psychoanalityka swoją tragikomiczną epopeję bohatera miejskich odpadów, założyciela rodzinnego przedsiębiorstwa utylizacji śmieci zlokalizowanego poza miastem.

Przedstawiamy Wam I tom z nadzwyczajnej włoskiej serii kryminałów. W Ekspedientkach z Treviso, Pingwinach z grilla, Buffallo Billu w Wenecji, Póki jest prosecco, póty jest nadzieja (ekranizacja tej powieści w Polsce otrzymała tytuł Ostatnie prosecco hrabiego Ancilotto) i Miłość jest rozpuszczalna w wodzie Fulvio Ervas opowiada o śledztwach inspektora Stucky’ego, policjanta dżentelmena, po matce Persa, po ojcu Wenecjanina oraz o Venetto, przepięknej prowincji położonej w północno-wschodnich Włoszech.

Fulvio Ervas urodził się w Musile di Piave 23 lipca 1955 roku, nie wiedząc nic o tym, że kilka miesięcy wcześniej zmarł Albert Einstein. Kiedy już się o tym dowie, zapisze się do liceum z pełnym dumy przekonaniem, że zdobędzie jakąś naukową kompetencję. Fascynacja zwierzętami odmiennymi od człowieka doprowadza go do ukończenia studiów w dziedzinie nauk rolniczych ze specjalizacją w zootechnice na podstawie rozprawy pod niepokojącym tytułem Ochrona i utrzymanie krów rasy burlina. Uczy przedmiotów przyrodniczych w bezkresnym imperium edukacji narodowej, ale oblegają go historie. W pociągu, ogrodzie i na sali gimnastycznej wydarzenia i ludzie tłoczą mu się w głowie i nie dają spokoju, póki nie poczują, że spoczywają bezpiecznie w rękach czytelników. Zadebiutował wspólnie z siostrą Luisą powieścią Loteria (nagrodzoną Premio Calvino w 2001 roku). Mieszka w prowincji Treviso z żoną, córką i nie do końca określoną liczbą zwierząt domowych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 245

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ulica w Treviso

© Aga Karmol

Każdy wie, jak wielkim przywilejem jest zamieszkiwanie w pięknym miejscu. Jaki wpływ na samopoczucie ma harmonijny plac, dźwięk bijących dzwonów ślizgający się po starych dachówkach kamienic. Przez szacunek nie będziemy tu wspominać przygnębiających budowli na przedmieściach ani ponurych gmachów z betonu, zupełnie obcych otoczeniu, w którym powstały.

Dziś bowiem chcemy przywołać pozytywny przykład: oto troska o zachowanie lokalnego dziedzictwa i dobrą jakość życia może wydać wspaniałe owoce.

Chcemy pochwalić cel, jaki władze miejskie wszelkiego rodzaju i szczebla realizowały, uchwalając prawa służące nie tylko estetyce miasta, ale także dobru jego substancji ludzkiej. Chcemy pochwalić działania, które wywołały życzliwy uśmiech, uprzejmość i szacunek.

Dziś możemy powiedzieć, że miasto stało się organizmem otwartym: w Treviso nikt nie jest obcy.

Wszędzie mnożą się inicjatywy wspierające gościnność, mieszkający na tym terenie obcokrajowcy otrzymali przypinkę do ubrania z wielkim kolorowym napisem DOBRZE, ŻE JESTEŚ, zreedukowani zostali „od urodzenia dumni z pochodzenia”, mierzący wartość człowieka tym, jak blisko, czy też jak daleko od równika się urodził.

Jeśli coś jeszcze pozostało z niechlubnej przeszłości, to tylko pijackie gadki.

Jeśli nawet zdarzy się jakaś przykrość, będzie niczym lekki wietrzyk.

(z archiwum dziennika „Il Gazzettino”, 24 grudnia 1999 roku)

1 grudnia

– Antimama... – westchnął inspektor Stucky, zmuszając się do uważnego słuchania tego, co mówi młoda sprzedawczyni. Dopiero co poprzedniego ranka pochował Martiniego, a już musi się zająć nową sprawą...

Pozwolił, by kobieta opowiedziała o niespokojnej drodze do pracy (a przecież ona tak nienawidzi prowadzenia samochodu!) i o stalowej rolecie, którą musiała codziennie podnosić i opuszczać; pozwolił jej ponarzekać na to, co się wydarzyło, i podkreślić, jak wkłada w wykonywaną pracę całą siebie; pozwolił, by rozwodziła się nad sklepem wielobranżowym, nad karafkami z niebieskiego plastiku, szczotkami do czesania labradorów, podstawkami pod szklanki z włókna węglowego, karteczkami post-it z całującymi się rybkami, ponieważ wiele z tych drobiazgów zaprojektował jej chłopak, wschodząca gwiazda sztuk użytkowych, który w każdą sobotę zawozi ją do pracy i parkuje na piazza della Vittoria – „Na piazza della Vittoria, naprawdę?”, próbował powstrzymać ten potok słów Stucky – tak, bo chce pokręcić się po centrum i jeszcze pomachać do niej przez witrynę; pozwolił wreszcie, by pouczyła go o wartości tego, co sprzedawała, tysiąca drobnych przedmiotów kruchej użyteczności, ponieważ to, co zbędne, daje poczucie bezpieczeństwa, pokazuje, jak długą drogę pokonano od świadomości nieposiadania niczego do wiary w posiadanie wielu rzeczy.

Inspektor przyglądał się żółtemu segregatorowi leżącemu na biurku. „Ekspedientki”, powinien był napisać na etykiecie z niebieską obwódką, ale uznał, że byłoby to śmieszne.

– Czy czuje się pani już nieco spokojniejsza, signorina Leonardi?

Popatrzyła na niego przez chwilę, odgarnęła włosy, które spadły jej na czoło.

– Spokojniejsza? Nie za bardzo.

Stucky przyjrzał się jej twarzy, próbując dostrzec podobieństwo do komisarza Leonardiego. Nie, nie przypominała stryja. A komisarz za nic w świecie nie akceptował, by jego jedyna bratanica była traktowana jak ktoś pierwszy lepszy.

– To wydarzyło się wczoraj wieczorem na parkingu pod domem, tak?

– Tak, w dzielnicy Sant’Artemio. Dopiero co wróciłam z pracy.

– Napastnik coś do pani powiedział?

– Powiedział: głupia.

– I zaszedł panią od tyłu.

– Od tyłu. Nic nie widziałam, panie inspektorze.

– A kiedy pani zauważyła czekoladkę?

– Poczułam, że bardzo szybko wkłada mi rękę do kieszeni. Kiedy sobie poszedł, znalazłam w niej czekoladkę...

Czekoladka leżała na biurku i Stucky nie potrafił odmówić sobie spojrzenia na ten niewielki kawałek słodyczy, opakowany w sreberko z błękitnymi gwiazdkami. Co to w ogóle za napastnik, który wkłada ofierze czekoladkę do kieszeni płaszcza? W całej tej sprawie było coś dziwacznego. Może komisarz Leonardi coś wyczuł i przysłał mu swą bliską krewną, zanim wydarzy się coś naprawdę złego.

– Czy wcześniej ktoś pani dokuczał?

– Co pan rozumie przez dokuczanie?

Dziewczyna miała czarne i gęste, wręcz demoniczne brwi. I niebieskie oczy, które, gdy na nie spojrzeć, promieniały światłem. Pomyślał o energii, jaką się ma w tym wieku. Jakich wrogów można mieć, kiedy się ma dwadzieścia lat? I pomyślał, że to dziwne widzieć bratanicę przełożonego w charakterze pokrzywdzonej, dziewczynę, która od czasu do czasu wpadała do kwestury i z którą Martini zamieniał niekiedy aż nazbyt uprzejme dwa słowa. To rzeczywiście prawda, że raz się jest po stronie mikroskopu, a raz po stronie drobnoustrojów.

Dobrze, powiedział, proszę się już nie martwić, my się tym zajmiemy.

Mogło chodzić o jakieś głupstwo, widział już takie rzeczy. Ostatecznie większość przykrości, jakich ludzie doświadczają, uważa się za głupstwa, nie znajdzie się ich w podręcznikach kryminologii. Wielka rzeka codziennych zmartwień nie pozostawi śladów w przyszłych badaniach archeologicznych na temat wymiaru sprawiedliwości.

Uspokoił komisarza:

– Zwykły figiel. Może gość był podpity, niech się pan nie przejmuje.

– Cieszę się.

– Przez kilka dni każę eskortować pańską bratanicę do domu.

Inspektor wyślizgnął się na tyły piazza dei Signori. Kątem oka rejestrował rzędy miedzianych tabliczek kancelarii adwokackich, notariuszowskich i prywatnych gabinetów lekarskich, przytwierdzonych obok bram bogatych kamienic. Przez niektóre z nich dało się zobaczyć eleganckie wnętrza, marmurowe i kamienne schody, kawałki ogrodów i ceglane mury. Zanim się zorientował, znalazł się na Ponte di San Francesco, moście pierwszej kategorii[1], co podkreślała stojąca przed nim tabliczka informacyjna. Przystanął, oparł się o balustradę i pomyślał o garści ziemi, którą rzucił na trumnę Martiniego. Powinien się domyślić, że coś było nie tak z przyjacielem, pomyślał sobie, skoro w październiku nie chciał wziąć udziału w Ombralonga[2], której dotąd nie opuszczał. Nie mam ochoty się upijać, powiedział zupełnie nie swoim tonem.

Rok wcześniej przebrali się za policjantów po cywilnemu, przyrzekając sobie nawzajem, że niczym kameleony wtopią się w tłum i staną się podobni tysiącom aspirujących pijaków: odrobinę szczęśliwi, odrobinę zagubieni i bardzo towarzyscy. Podobnie jak inni aspirujący pijacy, stukali do drzwi wszystkich gospód po drodze i wszędzie bez cienia litości wpuszczano ich do środka. Skończyli późną nocą na jakiejś ławce, a potem, gdy siedzieli nad brzegiem kanału, niemal dotykając wody stopami, Martini zapytał go, czy kiedyś robił to w trójkącie. W trójkącie z kim? A to już niech pan powie, inspektorze. Zawsze mówił mu na pan, kiedy rozmowa schodziła na sprawy seksu. Bardzo cenił tę cechę Martiniego, to jego spoufalanie się, a czasem nabieranie dystansu, tę jego stałą troskę, by zająć tylko tyle przestrzeni, ile mu przyznano.

Inspektor wszedł w wąską via Trevisi i z Ponte della Malvasia rzucił okiem na wielki dywan zajmujący część sklepowej witryny po prawej.

Uśmiechnął się, widząc, że na stosie dywanów w środku siedzi dai[3] Cyrus. Skrzyżowane nogi, tradycyjny ciemnoszary garnitur, biała koszula zapięta pod samą szyję. Obowiązkową szklaneczkę z herbatą trzymał na wysokości ust i jak zawsze myślami przebywał daleko stąd. To był jedyny perski krewny, jaki mu pozostał w dającej się zaakceptować odległości.

– Jak tam, dada[4]? – powiedział, otwierając drzwi z przytwierdzonym do nich dzwonkiem, który dźwięczał przez dłuższą chwilę.

Za plecami Cyrusa wisiała wielka wyblakła fotografia doktora Mosaddeka[5], czyli po prostu „Pana Premiera”, jak go nazywał wuj. Jeszcze bardziej skrzyżował nogi, stawiając szklaneczkę na tacy leżącej na dywanach. Spojrzał na niego, najpierw melancholijnie, a potem uśmiechnął się szerokim grzecznościowym uśmiechem i wyciągnął rękę, całując siostrzeńca na powitanie.

– Czeturi?

– Chubam[6]. A jak interesy, dada?

– Lepiej ode mnie.

– Zdrowie, wujku?

– Żołądek. Siedzenie na dywanach nie służy mi już tak, jak dawniej. Ale nie narzekam. A ty narzekasz?

– Ani trochę. Chociaż...

Cyrus czekał w milczeniu, pozwalając, by inspektor dokończył zdanie, o ile naprawdę tego chce.

– Może jakiś kłopot w pracy.

– Nic więcej?

– Także przykrość... przyjaciel.

– Czasem tak bywa, że zima mija, a mrok zostaje – orzekł mężczyzna, nie patrząc już na niego.

[1] We Włoszech most pierwszej kategorii to taki, po którym może odbywać się ruch wszystkich pojazdów. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

[2] Tradycyjny festiwal wina w Treviso, którego uczestnicy, odziani w fartuch i wyposażeni w kubek, torbę i mapę miasta z zaznaczonymi barami i gospodami, odwiedzają poszczególne miejsca, degustując produkty lokalnego winiarstwa.

[3] Dai (pers.) – wuj.

[4] Dada (pers.) – w tym kontekście zwrot podobny do naszego: mój stary, mój drogi.

[5] Mohammad Mosaddek (1882–1967) – irański prawnik i polityk, demokratycznie wybrany premier Iranu w latach 1951–1953, obalony w wyniku sponsorowanego przez CIA zamachu stanu.

[6] Czeturi? Chubam (pers.) – Jak się masz? Dobrze.

2 grudnia

Następnego dnia musiał uznać, że sprawa zaczyna wyglądać na rozwojową. Kolejna ekspedientka.

Zamknęła sklep i poszła do samochodu zaparkowanego na piazza della Vittoria, kiedy jakiś typ zaszedł ją od tyłu, popchnął, znieważył słownie, a następnie uciekł ile sił w nogach.

Biedaczka wbiegła przez bramę kwestury, o mało nie tratując dyżurującego policjanta.

Zaprowadzili ją do Stucky’ego dokładnie na sam koniec jego zmiany. Właśnie porządkował biurko i kiedy zobaczył stojącą w drzwiach młodą kobietę, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, uprzedził ją i zapytał:

– Ekspedientka? Proszę mi pokazać czekoladkę!

Kobieta, wciąż przejęta, pokręciła głową i zaczęła opowiadać, co się stało, udając, że szlocha.

Stucky pozwolił jej otrzeć oczy, a potem poprosił, by włożyła ręce do kieszeni. Kobieta wyciągnęła z lewej maleńką czekoladkę opakowaną w sreberko.

– Kupiła ją pani?

Pokręciła głową.

– A więc włożył ją pani napastnik. Widziała go pani?

– Tylko od tyłu... – szepnęła dziewczyna.

– Wysoki? Niski?

– Trudno powiedzieć. Taki... średni.

A żeby to! Ugryzł się w język. Coś go w tym wszystkim irytowało. Głównie ta czekoladka.

– Czy kiedykolwiek przydarzyło się pani coś podobnego?

– Kiedy?

– Przed dzisiejszym wieczorem.

– Nigdy.

– Proszę się nie martwić. Ochronimy was. To się już nie powtórzy.

– Mój wujek pracuje w „Il Gazzettino”, mogę mu o tym opowiedzieć?

– Tylko nie to! Dajmy spokój gazetom i dziennikarzom.

– Ale jak się o tym napisze w „Il Gazzettino”, to może ten drań się przestraszy, poczuje się obserwowany...

– A jeśli on nie czyta „Il Gazzettino”?

– Wszyscy czytają „Il Gazzettino”, bo inaczej skąd by wiedzieli, co się dzieje?

– No tak.

I taki to był tydzień: we wtorek wieczorem jedna mała napaść, w czwartek wieczorem kolejna, taka sama. Prawdopodobnie jakiś przygłup. Jakby się tak zastanowić, to trochę ich na tym świecie zostało.

– Przygłup?

– Przygłup, panie komisarzu – skłamał Stucky, jakby chciał przegnać burzę, której nadejście czuł w powietrzu. Byle nie przyniosła ze sobą gradu. Nie ma nic gorszego niż grad w środku zimy. Poskrobał się po kilkudniowym zaroście.

– Poza tym pańska bratanica, komisarzu, nie przekazała mi żadnych danych, których by się dało uchwycić...

– Bo ich nie miała, Stucky! Nie miała niczego...

– Z całym szacunkiem, panie komisarzu, ale co my wiemy o naszych bliskich?

Zirytowany Leonardi kazał dwóm policjantom dyskretnie monitorować sklepy w okolicach piazza dei Signori, przekonany, że złoczyńca czeka na swoje ofiary na ulicy pod koniec ich dnia pracy i śledzi je aż do miejsca napaści.

3 grudnia

W piątek rano Stucky wyszedł ze swojego wynajętego mieszkania przy vicolo Dotti w odrobinę lepszym nastroju. Powiedzmy, że humor zaczął mu się z wolna podnosić z poziomu ziemi i zaczynał oscylować na wysokości kolan. Wydawało mu się nawet, że nieco lepiej widzi, przynajmniej od tego czasu, kiedy musiał mocno zmrużyć oczy, by trafić grudką ziemi w trumnę Martiniego.

Uliczka, bardzo stara, krótka i ślepa, zakończona pięknym murem, stanowiła istny koncentrat wdów i panien, tak gęsty, że inspektor musiał zasłaniać się kłamstwem o swym rychłym ożenku, odkładanym co prawda z miesiąca na miesiąc, by bronić się przed ofensywą dwóch swoich sąsiadek, sióstr całkiem zacnych, gdyby nie ich nadmierne zamiłowanie do białego welonu.

Gdy dotarł do kwestury, czekała na niego niespodzianka: to się stało znowu, tym razem w porze otwarcia sklepów. Kolejna ekspedientka została gwałtownie poszarpana, kiedy schylała się, by podnieść sklepową kratę. Zrobił się mały rwetes, dziewczyna zaczęła krzyczeć wniebogłosy i paru emerytów, kuśtykając i podskakując, ruszyło jej na pomoc. Fizyczna niewydolność zatrzymała ich już po kilku metrach i nie udało im się zobaczyć drania, który rozpłynął się w powietrzu, kiedy oni próbowali złapać oddech. Dziewczyna, jasnowłosa i świeża niczym duńskie ciasteczko maślane, pobiegła zgłosić zdarzenie.

Stucky popatrzył na czekoladkę, którą kobieta położyła na biurku.

– Rzucił tym we mnie – parsknęła blondynka, naśladując ruch delikatnymi pazurkami polakierowanymi na czarno.

– Widziała go pani?

– Tylko ruch ręki, która czymś rzucała... i dostałam czekoladką.

– Co to za sklep, w którym pani pracuje, signorina Gentili?

– Szkło domowe.

Uważnie zanotował wszystkie szczegóły, które podała mu kobieta. Pochwałę pitbula należącego do jej chłopaka, który z pewnością by ją obronił, i żal z powodu kozaczków na obcasie, przez które upadła, i to, że czuje się często obserwowana, nawet wtedy, kiedy idzie na pocztę albo do banku, albo do kościoła. Przyglądają mi się, westchnęła, przyciskając dłonie do policzków, jakby kochała je ponad wszystko. Kiedy wyszła, chwycił w palce maleńkie zawiniątko. Słynne czekoladki znane pod marką Baci, czyli Całuski. Cynfolia była urzekająca. Rozwinął ją, myśląc, że nigdy nie dawał w prezencie czekoladek, ani też ich nie dostawał, nigdy nie czuł takiej potrzeby. No, może raz czy drugi czekoladki z rumem z Cuneo, dla ich aromatu i wielkości, dla tej przesady w najczystszej postaci, tak samo jak gianduja ze śmietanką, kupowane na Fondamenta delle Zattere, kiedy mieszkał w Wenecji podczas studiów. Rozpakował Całuska, położył na talerzyku, rozprostował prostokątny kawałek cynfolii i delikatnie położył na nim cienki pasek papieru, na którym wydrukowano krótką sentencję, dołączaną do każdej czekoladki z osobna.

Całuski, którymi sprawca obdarzył zaatakowane ekspedientki, oddał do policyjnego laboratorium, lecz analiza wykazała jedynie, że to zwyczajne czekoladki: kakao, orzechy laskowe, cukier. Wszystko jak trzeba. Nie wierzył, żeby zawierały truciznę, co to, to nie. Gość cię atakuje, wrzuca do kieszeni zatrute baci i liczy na to, że ktoś go zje? Chciał po prostu dać jakiś mały bonus chłopakom z laboratorium, niech i oni coś mają ze śledztwa.

Dlaczego czekoladka? Co oznaczała? Stucky odgryzł kawałek. Nic szczególnego, słodka, przyjemna w smaku. To oczywiście nie wystarczyło, by traktować sprawę w kategoriach romantycznych, jakby za atakami stał jakiś amant krótkodystansowiec. Nawet przez chwilę nie pomyślał, że chodzi o miłość czy namiętność.

Ekspedientki, westchnął Stucky, ekspedientki, a chciałby nazywać je cukiereczkami, motylkami, pączkami orchidei. Niezłe cipy, nazwałby je Martini, pozując na wulgarnego. Ale nie można, powiedział sobie, popijając kawę. Nie na głos.

Nie pamiętał innych epizodów napastowania w poprzednich tygodniach. Napady i groźby były specjalnością Martiniego.

W ciągu dwóch dni dostał w spadku po przyjacielu nie tylko tonę żalu i bólu, ale także stertę papierzysk. Poszedł do jego pokoju, wciąż jeszcze pustego, i czując się tak, jakby podnosił kamień nagrobny, zaczął otwierać szuflady. Na grzbiecie pierwszej, wypisane czarnym pisakiem, widniało ulubione motto Martiniego w dialekcie weneckim: Rivo co rivo ma co rivo rivo. „Zrozumiem, kiedy zrozumiem, ale jak już zrozumiem, to naprawdę zrozumiem”. W środku znajdowała się żółta teczka z napisem „Ekspedientki”, wypisanym pełnym zawijasów pismem kolegi. Stucky uśmiechnął się do swoich wspomnień.

„Wszyscy profilują kryminalistów, a tu trzeba patrzeć na nich en face”.

„Martini, a mnie jak byś sprofilował?”

„Spółka szczęścia i intuicji”.

„Fleming też odkrył penicylinę przez łut szczęścia i nikt nie narzeka. No dobrze, ale więcej szczęścia czy intuicji?”

„Intuicja jest udziałowcem mniejszościowym”.

W teczce nie było wiele: cztery ekspedientki złożyły doniesienie, że odbierały w sklepie groźnie brzmiące telefony.

Zapisał adresy, a następnie uprzedził kobiety telefonicznie, że nie dzwoni ich prześladowca, lecz kwestura, i że odwiedzi je w niedługim czasie.

Zaczął od sklepu z krawatami przy vicolo Barberia; ekspedientka była młodą kobietą o pełnych wargach, ciemnowłosą i śniadą; wysokie obcasy dodawały jej majestatycznego wyglądu.

– Dopiero teraz przychodzicie? Teraz już nie ma potrzeby! – przywitała go z irytacją w głosie. Wyczuła, że Martini nie potraktował poważnie tych zgłoszeń, przekonany, że potrafi ocenić, które z przykrości należą do przejściowych. Życie pokarało go za tę naiwność.

Tylko krawaty, zapytał zbity z tropu Stucky, a ona w odpowiedzi mruknęła, że akcesoria.

– Jakiego rodzaju?

Paski, rękawiczki, szelki, portfele, ale to prawda, najważniejszym artykułem są krawaty, zwłaszcza klubowe. Klasyczne, dla notariuszy, adwokatów, doradców podatkowych i przedstawicieli handlowych. Tych od hi-fi i tych od zegarków.

– Proszę powiedzieć, co się wydarzyło?

– Cały tydzień telefonów z groźbami.

– Do domu?

– Nie, tu do sklepu. Od poniedziałku do piątku, dwa razy dziennie.

– Który to był tydzień?

– Od poniedziałku dwudziestego drugiego do piątku dwudziestego szóstego listopada.

– Nieprzyzwoite słowa?

– Rzecz gustu...

– A według pani?

– Mówił, że jestem tępa i pusta jak bęben. Niewyraźnie mówił, trochę bełkotliwie. Mówił mi: nie potrafisz się nawet podpisać...

– To obraźliwe. A... prawdziwe groźby?

Kobieta zanurzyła palce lewej dłoni we włosach, odgarniając je do tyłu. Nosiła wspaniały złoty pierścionek.

– Obrażanie kogoś bez powodu to nie groźba?

– Prawda. Przygotowuję odpowiednie środki bezpieczeństwa. Umieścimy pani sklep na szczycie listy. Nic się pani nie stanie.

– No pewnie. A póki co przywozi mnie tu i stąd odwozi narzeczony.

– Jesteśmy też my, to znaczy policjanci.

– Ale ja już mam mojego narzeczonego.

– Ach, oczywiście.

– Dzięki temu oszczędzą na nas podatnicy.

– Godne pochwały. A jeśli coś się jeszcze wydarzy, proszę bez wahania zawiadomić kwesturę. To nie obciąży zanadto podatnika.

Następny był sklep z perfumami niedaleko katedry. Dziewczyna porządkowała wystawę w witrynie. Długie palce przesuwały opakowania z gracją czaplego dzioba.

– Chciałbym porozmawiać z signoriną Casale.

– To ja. Jeśli to w związku z telefonami...

– Tak, wiem, nie spieszyliśmy się przesadnie. Jestem inspektor Stucky. Stucky przez „ce ka”.

– Stucky? – Kobieta spojrzała na niego zdziwiona.

– Włoch i przyjęty do policji w drodze regulaminowego konkursu. A co do telefonów...

– Tylko jednego dnia odebrałam sześć. Może się to powtórzy i myślę, że będę się musiała przyzwyczaić. Moja matka też tak mówi: przywyknij. Ludzie mają różne problemy w pracy, twoim są telefony. Matka mówi, że jest wiele dziewczyn, do których wydzwaniają nawet na telefon domowy. Okropni ludzie. Będę musiała się przyzwyczaić...

– Co pani usłyszała przez telefon?

– Bełkotliwy głos. Nie wszystko dało się zrozumieć. Że jestem głupia, że jestem pusta. Powiedział mi: Idź sobie! Ja zapytałam, a gdzie mam iść?

– A on?

– Idź do diabła, odpowiedział...

– Do diabła?

– I jeszcze dodał: Niewierna. Według mnie to wariat. Myśli pan, że może zrobić coś złego?

Stucky już miał odpowiedzieć, kiedy do sklepu weszła klientka. W jednej chwili zmieniając ton głosu, ekspedientka zapytała: Czym mogę pani służyć? Kobieta szukała nowego zapachu, zastanawiała się, mam jakąś ideę, ale nie potrafię jej ująć słowami, zapach ma mnie zaskoczyć, rozumie pani, o co mi chodzi? Jak wtedy, kiedy szukasz... nie wiem...

– Jak wtedy, kiedy się szuka adoratora, a on nagle wychodzi zza rogu.

– O właśnie.

– Ten zapach będzie doskonały. – Rozpyliła jej mały obłok na wewnętrznej stronie nadgarstka i delikatnie rozprowadziła kciukiem. Cytrusy, powiedziała kobieta, powąchawszy.

– Proszę jeszcze raz powąchać.

– Cytrusy, ale zapach się jakby oddala...

– Tak samo jak adorator. Pojawia się, zaskakuje i już jest daleko. Proszę mi wierzyć, są najlepsze.

– Zapach cytrusów prawie całkiem znikł, rzeczywiście. Teraz coś jak piżmo, ale delikatne, i... wanilia?

– Podoba się pani?

Ze swojego miejsca w kącie Stucky patrzył, jak dziewczyna się uśmiecha, uprzejmie rozmawia, troskliwie i sprawnie pakuje zakupione perfumy, zamienia jeszcze kilka słów z klientką i w końcu się z nią żegna.

– Nie zrobią pani nic złego, signorina Casale. Może pani być spokojna. À propos, kiedy zaczęły się telefony?

– To chyba było... piętnastego albo szesnastego listopada.

Stucky ruszył dalej wzdłuż via Campana. Teraz patrzył na witryny z obcym mu dotychczas zainteresowaniem. To był cały świat. Dla niego w większej części nieznany. Czy był jakiś sens w rozmieszczeniu tych sklepów? Papierniczy, lodziarnia, koszule, lampy, perły i złoto – i to wszystko w przypadkowym porządku?

Trzecim sklepem była narożna trafika z elegancką wystawą fajek i tytoni.

– Pani Verzieri? – zapytał kobietę stojącą nieruchomo za kontuarem i w tej samej chwili jego wzrok padł na godło wyryte w drewnie: „Tytoń Verzieri, od 1928 roku”.

– Czym mogę służyć? – odparła kobieta, wpatrując się w mankiety jego płaszcza i na krótką chwilę błyskając złotą muszlą kolczyka w uchu.

– Jest pani żoną właściciela?

– Właścicielką. On był zwyczajnym przedstawicielem i wciąż wierzy, że może być przedstawicielem czego tylko zechce na całym świecie.

– Ja w związku z telefonami. Jestem inspektor Stucky.

– Austriak?

– Nie, proszę pani, Włoch.

– Jak już panu powiedziałam przez telefon, nic szczególnego. Dwa albo trzy razy w ciągu dnia, a potem już nic.

– Pamięta pani dzień?

– Trzynastego listopada, w sobotę.

– Co pani powiedziano?

– Żebym się wstydziła...

– Że jest pani ekspedientką?

– Ja?

– Ach, w rzeczy samej. Pani jest przecież właścicielką.

– Tak jak moja babka i moja matka. Od tysiąc dziewięćset dwudziestego ósmego.

Sklep z bielizną, w którym pracowała czwarta ekspedientka, był wciśnięty pomiędzy bank i księgarnię.

Przyglądając się witrynie, Stucky oszacował, że w sklepie nie może się znajdować więcej niż kilka kilogramów towaru. Jedna z najlżejszych działalności w mieście.

Signorina Bergamin, jak przedstawiła się dziewczyna, była wspaniałą przedstawicielką swojej kategorii: ciemnowłosą, magnetyczną, prostą jak słupek kwiatu lilii. Koordynowała spojrzeniem mały oddział dziewcząt, które zamieniały anatomiczne proporcje w rozmiary, rozdając uśmiechy i zachwyty – oczywiście, fantastycznie, czarująco, pięknie – podczas gdy niebiański orszak dam poruszał biustonoszami w kolorach malwowym, łososiowym i kwiatu truskawki.

– A więc otrzymała pani nieprzyjemne telefony, w których ktoś wypowiadał pod pani adresem niepochlebne słowa.

– Dosyć niepochlebne. – Mówiąc to, podniosła jednocześnie cieniutkie koronkowe stringi, które niemal zawisły w powietrzu.

– Obrażono panią?

– Usłyszałam męski głos, który powiedział mi, że mam się wstydzić i że zostanę ukarana...

– Ukarana? Powiedział wprost, że będzie pani ukarana?

– Dokładnie tak powiedział.

– A jak pani zinterpretowała te słowa? Jako groźby?

Kobieta powolnymi ruchami rozciągała podwiązkę.

– Tak, groźby.

– Jest jakiś powód, z którego mieliby pani grozić?

– Nie wydaje mi się...

– Kiedy to się stało?

– W zeszłą sobotę.

– I natychmiast zawiadomiła pani policję?

– Zatelefonowałam od razu. Lepiej zachowywać ostrożność.

Wracając do kwestury, Stucky zaczął porządkować w głowie informacje, które uzyskał, i wbrew własnym chęciom zaczął traktować sprawę poważnie. Od telefonów do aktów agresji, sprawa się rozwijała. Martini się odmeldował w samą porę. Żadne tam „Zrozumiem, kiedy zrozumiem, ale jak już zrozumiem, to zrozumiem”.

Na schodkach piazza dei Signori Stucky zobaczył Checa Malagę, jak nazywała jegomościa większość ludzi, choć inspektor doskonale znał jego prawdziwe imię i nazwisko oraz przynależność do rodu najbardziej renomowanych cukierników w mieście. Ubranie pachniało mu jeszcze masłem i mlekiem, aromatami do ciasta, rumem i migdałami. Mężczyzna żebrał dla przyjemności, porządnie ubrany i ogolony, z długimi siwymi włosami zaczesanymi do tyłu i w ciemnych okularach kryjących ślepotę, którą spowodował zbyt szybki motocykl marki Gucci przy wejściu w zakręt drogi prowadzącej między łagodnymi wzgórzami w okolicach Asolo. Żebrał tak, jak bogatemu przystoi, z białym kotem o błękitnych oczach na smyczy i małym Alim, Tunezyjczykiem z urodzenia i żebrakiem z zawodu, który trzymał zamiast niego kapelusz na datki, uśmiechając się bez cienia pretensji do przyspieszających kroku przechodniów. Stucky rzucił drobną monetę chłopakowi i przywitał się z Chekiem Malagą, który z serdecznością odwzajemnił powitanie, poznając policjanta po głosie.

– Jak się pan miewa, inspektorze?

– Nie narzekam.

– W samej rzeczy nie słyszałem.

– Jak pan sądzi, spokój w mieście?

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału: Commesse di Treviso

Copyright © Fulvio Ervas 2006, 2011.

Copyright © Marcos y Marcos 2006, 2011.

All rights reserved.

Copyright © 2019 for the Polish edition by Smak Słowa

Copyright © for the Polish translation by Tomasz Kwiecień

Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być publikowana ani powielana w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Redakcja i korekta: Anna Mackiewicz

Konsultacja – język perski: Ivonna Nowicka

Projekt graficzny i skład książki: Agnieszka Karmolińska

Projekt okładki: Agnieszka Karmolińska

Zdjęcia wykorzystane na okładce:

© istockphotos.com / corradobarattaphotos

© istockphotos.com / Sam Edwards

ISBN 978-83-65731-59-3

Smak Słowa

ul. Sobieskiego 26/4,

81-781 Sopot

Tel. 507-030-045

Szukaj nas także na

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.eLib.pl