Hidden Obsession - Zofia Czechowska - ebook
NOWOŚĆ

Hidden Obsession ebook

Zofia Czechowska

5,0

232 osoby interesują się tą książką

Opis

Jedno spotkanie, o którym ona nie pamięta. 

Jedno spotkanie, o którym on nigdy nie zapomni.

Lilliana Temblay spełnia swoje marzenie i wraz z rodzicami wylatuje na wakacje do Paryża. Tak jak myślała, stolica Francji wywiera na niej piorunujące wrażenie. Pod koniec pobytu ma jednak miejsce pewne zdarzenie. Na Lillianę wpada nieznajomy i oblewa ją kawą. 

Ten incydent nie zmienia w życiu dziewczyny niczego, ale dla Laurenta Ferreiry ten dzień okazuje się przełomowy. 

Nienawidzący spóźnień student prawa na prestiżowej uczelni nie potrafi przestać myśleć o nieznajomej z kawiarni i kiedy później przyjaciel podsuwa pomysł, by dowiedzieć się, kim była, Laurent postanawia odkryć jej tożsamość. 

Wszystko zmienia jednak wiadomość otrzymana przez mężczyznę cztery lata później.

Dziewczyna, o której myślał tak obsesyjnie, wraca na stałe do Paryża. 

Będzie studiowała na tej samej uczelni, na której on pracuje.

Zaczną mijać się na korytarzach i być może ona nigdy się nie dowie, że już się spotkali…

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. 

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 755

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
zuzia85099

Nie oderwiesz się od lektury

Hidden Obsession to wyjątkowa i piękna książka, która skradła moje serce bezgranicznie już od pierwszych stron. Mam nadzieję, że Laurent i Lilliana spodobają się wam równie bardzo jak mi i również oddacie im małą cząstkę siebie ❤️‍🩹
10



Copyright © for the text by Zofia Czechowska

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Alicja Chybińska

Korekta: Katarzyna Chybińska, Wiktoria Garczewska, Kamila Grotowska

Skład i łamanie: Paulina Romanek

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

ISBN 978-83-8418-880-4 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

OD AUTORKI

Drogi czytelniku!

Wydarzenia opisane w książce są fikcją literacką. Relacja między głównymi bohaterami jest wytworem wyobraźni i nie powinna mieć miejsca w rzeczywistości.

PROLOG

Lilliana

Cztery lata wcześniej

Tego dnia pogoda w Paryżu nie sprzyjała zwiedzającym. Niebo pokrywały ciemne chmury, a wszystkie prognozy zapowiadały obfite opady deszczu. Chodniki momentami chowały się pod warstwą wody, a ulice opustoszały, jakbyśmy wcale nie znajdowali się na jednej z najbardziej uczęszczanych dróg w mieście. Byli jednak tacy ludzie jak my, którym kompletnie nic nie przeszkadzało. Nie przylecieliśmy na drugi koniec świata po to, aby patrzeć na miasto zza okien apartamentu.

Nasz pobyt we Francji dobiegał końca. Jeszcze przed przylotem pozostawałam bezapelacyjnie zakochana w tym miejscu, a teraz? Wzbudziło ono we mnie trudne do zdefiniowania uczucie wolności. Kilka dni sprawiło, że zaznałam prawdziwego szczęścia, a w głowie wysnułam scenariusz, w którym moje życie toczyło się właśnie tu.

Klimat Paryża sprawiał, że nie chciałam wracać do domu. Tam czekała wizja nauki i przygotowania do egzaminów końcowych. To samo liczyło się z wyborem kierunku studiów. Wtedy nadchodziły pytania: pozostać w Stanach czy pójść o krok dalej i spełnić to marzenie na drugim końcu świata. Lecz utrzymanie się tutaj na własną rękę wydawało się cholernie trudne. Nie żeby w Nowym Jorku było łatwe. W pobliżu rodziny wszystko wydawało się jednak inne.

Marzenia o idealnej wizji przyszłości przerwał nagły deszcz. Zaczął padać nie do końca niespodziewanie, bo przecież wiedzieliśmy, że miał nadejść, ale mieliśmy nadzieję, że zdążymy usiąść w kawiarni znajdującej się po drugiej stronie ulicy.

Przeszliśmy ten kawałek całkiem sprawnie, choć nie obyło się bez przemoczonych ubrań. W moim przypadku wyszło chyba najgorzej, bo opady pochłonęły mnie w całości. Dosłownie od czubka głowy do butów zaczynających powoli przepuszczać wodę moczącą mi skarpetki. Rodzice zaopatrzyli się w parasol, który chociaż trochę uchronił ich przed całkowitym zmoknięciem. Natomiast ja, świadoma konsekwencji, pozostawiłam swój w holu.

I to pierwszy błąd popełniony tego dnia.

Gdy przekroczyliśmy próg kawiarnio-piekarni, przywitał nas przyjemny zapach mielonej kawy i świeżo upieczonych rogalików francuskich. Większość miejsc okazała się zajęta, a lokal wypełniali głównie ludzie nieco starsi ode mnie, mający przerwę w zajęciach lub uciekający przed nadchodzącym deszczem.

Złożyliśmy zamówienie, a po chwili zasiedliśmy przy małym stoliku z widokiem na ulicę. Ja natomiast skupiłam się na wnętrzu, rozglądając się za toaletą, aby względnie doprowadzić się do porządku.

Rodziców pochłonęła dyskusja na temat nowo otwartej przez mamę kwiaciarni w jednej z dzielnic Nowego Jorku. To druga pod jej szyldem, pierwszej oddała niemal całe swoje życie. Kochała tworzyć różnorodne bukiety i testować kompozycje, zazwyczaj jeszcze bardziej skradając serca swoich klientów.

– Zaraz wrócę. – Wskazałam palcem w stronę toalet.

Mama lekko pokiwała na to głową i wróciła do dyskusji z tatą.

Szukając miejsca docelowego, przyglądałam się wystrojowi, nie za bardzo zwracając uwagę na to, co działo się wokół. Dlatego też nie zauważyłam, gdy na mojej drodze stanął facet. Facet z kubkiem gorącej kawy w dłoni. To były sekundy. On zapatrzył się w telefon i kierował w stronę wyjścia. A ja, cóż, nie patrzyłam przed siebie. Przywaliłam w jego tors, a zaraz potem zapiszczałam ze strachu i bólu, który dotarł do mnie po kilku sekundach.

Jakiś gość wylał na mnie pieprzoną kawę.

Patrzył na mnie, zmieszany zaistniałą sytuacją, a mnie w oczach stanęły łzy. Po chwili zjechał spojrzeniem na moją białą sukienkę. Znaczy teraz już nie do końca białą, bo widniała na niej duża, brązowa plama. Gdyby tego było mało, to ubranie miało głęboko wycięty dekolt. Oczywiście, że to tam skóra piekła najbardziej, a jej odcień stopniowo zmieniał się w wyrazistą czerwień. Nieznajomy zacisnął nerwowo zęby i kolejny raz spojrzał mi w oczy. By mu się dobrze przyjrzeć, musiałam unieść wysoko głowę.

Nieznajomy nie wyglądał na pozbawionego emocji. Przez wcześniejszy ruch jego żuchwa wydawała się nienaturalnie ostra, a pełne usta ułożyły się w prostą linię. Z ciemnych oczu biła lekka irytacja, a pod wpływem niezręcznej ciszy palcami muskał końcówki brązowych włosów.

Przeskanowałam szybko jego sylwetkę, sprawdzając, czy mały wypadek nie odbił się też na nim. Na szczęście koszula ani spodnie faceta nie zostały zabrudzone.

Jeszcze raz przeskanowałam jego postać, zwracając uwagę na wzrost. Rzadko zdarzało mi się spotykać chłopaków aż tyle wyższych ode mnie. Nie zdziwiłabym się, gdyby zbliżał się do sześciu stóp i siedmiu cali.

W ostatniej chwili moją ciekawość wzbudził breloczek przywieszony do markowej torby. Elegancka fasada elitarnej szkoły pozostawała mi bliska, a fascynacja nią – szalona.

Wyglądał na studenta. Zgadzałoby się, że przyszedł tu przed zajęciami, bo obok znajdowała się prestiżowa Sorbona. Marzyłam, by na niej studiować.

Przywołałam się do porządku i z piekącym dekoltem odwróciłam się w stronę miejsca docelowego. Rzuciłam ciche „przepraszam” swoim łamanym francuskim i wyminęłam nieznajomego, biegnąc w kierunku toalety. Miałam wrażenie, że chciał coś powiedzieć, ale nie dostał ku temu okazji, bo w kolejnej sekundzie znajdowałam się przy drzwiach pomieszczenia.

Gdy zostałam już sama, zdjęłam torebkę i położyłam ją na blacie obok umywalki. Popatrzyłam na siebie w lustrze i jęknęłam niezadowolona. Włosy mokre i posklejane od deszczu, makijaż w nienajlepszym stanie. Tusz na dolnych rzęsach się rozmazał, a pomadka została zjedzona. Ale to nie to wydawało się najgorsze. Biało-brązowa sukienka była cała przemoczona, a skóra na dekolcie – zaczerwieniona. Wyglądało to strasznie. Szybko wyjęłam telefon i napisałam wiadomość do mamy.

Ja:

Masz może jakąś koszulę na zmianę?

Dlaczego akurat koszula? Bo mamie raz było ciepło, a raz trzęsła się z zimna i czasami zabierała coś do przebrania. Oby tym razem się przydało.

Mama:

Niestety nie. A coś się stało? Aż tak przemokłaś, że potrzebujesz się przebrać?

Super.

Ja:

Mogłabyś przyjść do damskiej toalety? Dam Ci pieniądze i pójdziesz kupić mi coś na zmianę. Proszę.

Nie otrzymałam odpowiedzi.

Wyjęłam portfel z torebki i go otworzyłam. Odłożyłam na bok dokumenty i zaczęłam odliczać pieniądze. W momencie gdy wyjęłam banknot, drzwi się otworzyły, a ja odwróciłam głowę z nadzieją, że to mama. Myliłam się. To był nieznajomy brunet, który wylał na mnie kawę. Nieco się przestraszyłam, gdy zamknął za sobą drzwi. Wpatrywał się w moją twarz z niewzruszoną miną. Na szczęście cisza nie trwała długo, w końcu się odezwał.

– Wszystko w porządku? – zapytał całkiem płynnym angielskim.

Namoczyłam ręcznik papierowy w zimnej wodzie i przyłożyłam do miejsca oparzenia.

W tym przypadku tylko tyle mogłam zrobić.

– Bardzo boli? – odezwał się po raz kolejny, gdy nie odpowiedziałam, i wskazał skórę na dekolcie.

Początkowo ból dokuczał nieznośnie, ale teraz czułam lekkie pieczenie, i to tylko gdy się poruszałam.

Chcąc się odezwać, zwróciłam uwagę, że kątem oka patrzył na dokumenty rozrzucone na umywalce. Moje wyraźne chrząknięcie sprowadziło go na ziemię.

– Już nie boli, jeśli nie masz nic więcej do powiedzenia, to byłabym wdzięczna, jakbyś sobie poszedł. Nie chcę sensacji.

Krótko przytaknął, po czym przeleciał wzrokiem po moich włosach, twarzy i sylwetce. Kącik ust delikatnie mu drgnął, a gdy chciał coś powiedzieć, do toalety weszła zaniepokojona mama.

Tylko tego mi brakowało.

– Dziecko, co ci się stało? – zapytała.

Nie zdążyłam odpowiedzieć, a z jej ust padło następne:

– Lilliano Temblay, co ten obcy facet robi z tobą w toalecie?

Tym razem w jej głosie rozpoznałam zdenerwowanie.

Złapałam się za głowę i głośno odetchnęłam. Poczekałam trzy sekundy z zamiarem wyznania jej prawdy, lecz nieznajomy postanowił zrobić to szybciej.

– Wpadłem na pani córkę i wylałem na nią kawę – odpowiedział ponurym tonem.

– Och – tylko tyle zdołała wykrztusić, gdy ja stałam z boku i nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać.

– Oczywiście nie zrobiłem tego celowo. Zapatrzyłem się w telefon i jej nie widziałem. Pokryję koszty prania twojej sukienki i kupna nowych ciuchów – oświadczył w pełni przekonany.

Nie chciałam, żeby mi cokolwiek kupował. Wystarczyło, że mama pójdzie do sklepu, przebiorę się i sprawa zostanie zamknięta.

Rodzicielka skanowała mnie wzrokiem, jakby chciała usłyszeć inną wersję.

– Mamo, serio tak było. Przyszedł tu, żeby zapytać, czy wszystko w porządku. Możemy już skończyć? Proszę, idź do sklepu. Kup coś, co zakryje mi tę plamę – skierowałam słowa do mamy. – A ty niczego mi nie oddawaj. Chcę jak najszybciej włożyć coś suchego. – Tym razem zwróciłam się do mężczyzny.

Lekko przytaknęła i posłała mi ciepły uśmiech. Skierowałyśmy wzrok na nieznajomego, a on ukłonił się delikatnie i podążył w stronę drzwi.

Gdy mama również wyszła, odetchnęłam z ulgą i zaczęłam doprowadzać twarz i włosy do porządku.

Marzyłam tylko o tym, by ten poranek się zakończył.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Laurent

Wrzesień w tym roku okazał się dla nas kompletnie parszywy, a to nie pomagało mi w powrocie do studenckiej rzeczywistości. W głębi duszy liczyłem, że pogoda się nade mną zlituje i dam radę w spokoju złożyć swoje niezmienne zamówienie w pobliskiej kawiarni.

Zajęcia miały zacząć się za niecałe pół godziny, więc to był komfortowy czas na szybki spacer po kawę.

Wraz z otwarciem drewnianych drzwi, oprócz dzwoneczka witającego gości, usłyszałem gwar docierający z wnętrza.

Błagam, nie teraz.

Kolejka do kas, gdzie słownie składało się zamówienia, wydawała się długa. Oprócz mnie zjawiło się tu wielu studentów i im, tak samo jak mnie, zależało na czasie.

Czyżby dzisiaj miało być pierwsze spóźnienie w tym roku?

Generalnie niespecjalnie mnie one obchodziły. No chyba że mówiliśmy o wykładach z jednym profesorem, który wyjątkowo czepiał się o takie wybryki. A ich regularność wpływała potem na jego stosunek do studentów i wcale nie ułatwiała późniejszego zdobycia zaliczeń.

Ku mojemu szczęściu nikt specjalnie nie wdawał się w gadki z pracownikami. Dlatego też szybko dotarłem do lady i złożyłem zamówienie, podkreślając, że dziś wyjątkowo mi się spieszy.

W oczekiwaniu na kawę wyjąłem telefon i analizowałem podesłane notatki z ostatnich zajęć. W pewnej chwili podniosłem wzrok na wchodzącą do środka rodzinę, która nie miała tyle szczęścia co ja i zmoczył ją deszcz.

W zasadzie tylko dziewczyna zwróciła moją uwagę swoim śmiechem i błyskiem w oczach. Blond końcówki miała całe zmoczone, a sukienka prosiła o porządne wysuszenie.

Powróciłem wzrokiem do telefonu, skupiając się na istotnych pojęciach prawa międzynarodowego. Powtarzałem sobie je w głowie, opierając się bokiem o zabudowę kasy i nie zważając za bardzo na ruch w lokalu.

Zerkając co jakiś czas na zegarek, coraz bardziej zdawałem sobie sprawę, że mogłem nie zdążyć. Moja cierpliwość powoli się kończyła i miałem nadzieję, że zaraz będę mógł oddalić się w stronę wyjścia.

– Twoja kawa – usłyszałem głos po drugiej stronie lady.

Chwyciłem po omacku za kubek i skupiając się na teorii, ruszyłem na pamięć przed siebie. Ostatnie powtórki miały się okazać najlepszą formą przygotowania, ale wszystko legło w gruzach, gdy na torsie poczułem ciężar, a z gorącego napoju nie pozostało nic oprócz papierowego kubeczka.

To chyba mi się śniło.

Uniosłem wzrok znad ekranu telefonu i z niemałą irytacją spojrzałem na dziewczynę, która wydawała się równie zdziwiona jak ja. W jej jasnoniebieskich oczach błyszczały łzy, a ja przez krótką chwilę nie wiedziałem, czym zostały spowodowane.

Cóż, wystarczyło zjechać spojrzeniem, aby zdać sobie sprawę, że kawa nie wylądowała na podłodze, tylko na dekolcie i już nie śnieżnobiałej sukience dziewczyny. Skóra nieznajomej była wyraźnie zaczerwieniona, a zaciśnięte wargi świadczyły o towarzyszącym jej dyskomforcie.

To wszystko działo się w niesamowicie szybkim tempie. Brakło czasu na reakcję. Następnie przez kilka wolno płynących sekund zdezorientowani wpatrywaliśmy się w siebie. I zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, wszystko znowu nabrało tempa, a ona rzuciła ciche przeprosiny i uciekła, by schować się w damskiej toalecie.

Nie wiedziałem, co zrobić. Spojrzałem na godzinę i zdałem sobie sprawę, że nie mam szans na zjawienie się pod salą punktualnie. Przeskoczyłem wzrokiem do baristki, która już się we mnie wpatrywała. Prawdopodobnie widziała też całe zajście. Lekkim ruchem głowy skinęła w stronę toalet, sugerując, bym poszedł do nieznajomej.

Przekląłem cicho i po raz ostatni rozejrzałem się po lokalu. Pozostali goście byli zajęci sobą, więc nikt chyba nie zwrócił uwagi na oparzoną dziewczynę. Przecisnąłem się obok dwóch Francuzów blokujących korytarz prowadzący do toalet i starając się zachować dyskrecję, wślizgnąłem się do pomieszczenia przeznaczonego dla kobiet.

Zaraz po tym, jak zamknąłem drzwi, nieznajoma chciała coś powiedzieć, ale gdy tylko jej wzrok padł na mnie, na twarzy pojawił się szczery zawód. Co chwilę zwilżała już mokry ręcznik papierowy – jak mogłem się domyślić – aby chociaż trochę zminimalizować pieczenie oparzonej skóry.

Staliśmy przez chwilę w niezręcznej ciszy. Emocje nieco się ustabilizowały, a ja próbowałem brzmieć jak najbardziej spokojnie.

– Wszystko w porządku? – zapytałem w końcu, pamiętając, że najprawdopodobniej miałem do czynienia z turystką.

Nieznajoma nie odpowiedziała. Zamiast tego sięgnęła po kolejne listki papieru i zanurzyła je w zimnej wodzie, aby chwilę później przyłożyć do oparzenia.

– Bardzo boli? – ponowiłem, chcąc zyskać pewność, że nie stało się jej nic poważniejszego.

Skanując jej ciało i przestrzeń wokół niej, zwróciłem uwagę na należącą do dziewczyny torebkę. A zaraz potem powiodłem wzrokiem na mebel za nią.

Cała umywalka była zawalona jej rzeczami osobistymi. Od kosmetyków aż po dokumenty leżące danymi do góry.

Dlatego też pozwoliłem sobie niedyskretnie spojrzeć na pogrubione imię i nazwisko.

Lilliana Temblay.

I nie zdążyłem odczytać nic więcej, bo jej wyraźne chrząknięcie sprawiło, że powróciłem na ziemię i skupiłem się na poszkodowanej.

– Już nie boli, jeśli nie masz nic więcej do powiedzenia, to byłabym wdzięczna, jakbyś sobie poszedł. Nie chcę sensacji – przyznała cicho i zadziwiająco spokojnie.

Choć po jej odpowiedzi w moim sercu pojawiło się dziwne i niespotykane dotąd uczucie. Niby nie wyraziła się wrednie, ale chyba spodziewałem się czegoś więcej.

Zdążyłem tylko pokiwać zrozumiale głową. Zamierzałem wyjść z pomieszczenia, ale wtedy do toalety wparowała jej mama, której na mój widok kolory odpłynęły minimalnie z twarzy.

Chyba nie spodziewała się takiego obrotu wydarzeń.

– Dziecko, co ci się stało? – Na twarzy kobiety wymalowało się niezrozumienie.

A po niezadowolonej minie dziewczyny mogłem wnioskować, że miała dosyć tej całej sytuacji.

Chciałem chociaż trochę uratować ją z opresji i zapragnąłem się odezwać, ale jej rodzicielka okazała się szybsza:

– Lilliano Temblay, co ten obcy facet robi z tobą w toalecie?

Taaa… ta sytuacja była absurdalna.

– Wpadłem na pani córkę i wylałem na nią kawę – odpowiedziałem szybko, równie podirytowany.

– Och. – Popatrzyła uważnie na naszą dwójkę, jakby doszukiwała się kłamstwa.

Błagam, skończmy to już.

– Mamo, serio tak było. Przyszedł tu, aby zapytać, czy wszystko w porządku. Możemy już skończyć? Proszę, idź do sklepu. Kup coś, co zakryje mi tę plamę – popatrzyła z błaganiem na matkę – a ty niczego mi nie oddawaj. Chcę jak najszybciej włożyć coś suchego – powiedziała ciszej do mnie.

Zrezygnowany tylko kiwnąłem głową i po raz ostatni przyjrzałem się blondynce. Surowym wzrokiem zabroniła mi zrobienia czegokolwiek, więc sprawnie ewakuowałem się z toalety. Idąc korytarzem w stronę wyjścia, czułem na sobie kilka spojrzeń, ale zupełnie je zignorowałem.

– Nie chcesz jeszcze jednej kawy? – zagadała barmanka, która widziała całe to zamieszanie.

– Może jutro – rzuciłem głośniej, nawet na nią nie spoglądając.

Prosiłem w duchu, aby profesor miał dzisiaj dobry humor.

Oczywiście, że po wyjściu na zewnątrz złapał mnie rzęsisty deszcz. Szybkim krokiem zmierzałem na pobliską uczelnię, chcąc jak najbardziej zredukować czas spóźnienia.

Wchodząc do budynku, którego suche wnętrze okazało się zbawieniem, otworzyłem grupowy czat zatytułowany: „Dlaczego nadal nie ma nazwy?!?” i nieco zziębnięty oraz zmęczony napisałem wiadomość:

Laurent:

Czy po drodze na uczelnię możecie pójść do kawiarni i kupić mi dużą czarną kawę? Jestem spóźniony.

Moi przyjaciele byli niemal zawsze w niedoczasie, dlatego teraz byli moją ostatnią deską ratunku.

Wiadomość zwrotna przyszła po niecałej minucie.

Michael:

Zaspałeś czy miałeś koleżankę na noc i za późno wyszedłeś z domu?

Laurent:

Dobrze wiesz, że nie. Opowiem wam później.

Rzadko kiedy spotykałem się z dziewczynami. Oczywiście w okresie studiów, a w szczególności podczas imprez, zdarzało mi się z jakimiś rozmawiać. Ale to było na tyle. Żadna nie wpadła mi specjalnie w oko, abym chciał spędzić z nią więcej czasu.

Michael:

OK, kupię ci, ale będę tak za 20 minut.

Żadna nowość.

Trudno mi przetrwać dzień bez dużej czarnej kawy o poranku. W tygodniu od rana robiłem trening, brałem prysznic i zmierzałem do kawiarni po napój oraz coś na śniadanie. Potem prosto na zajęcia. Nie lubiłem, gdy coś zaburzało moją rutynę.

Cóż, dziś zaburzyła mi ją pewna blondynka.

Duże dwa niebieskoszare punkty zakotwiczyły się w mojej głowie i nie chciały jej opuścić. Lilliana wydawała się zupełnie innym typem kobiety niż te widywane zazwyczaj na ulicach. Kolor włosów i oczu zdecydowanie różnił się od śródziemnomorskich standardów. Kolejną rzeczą odróżniającą ją od Francuzek był wzrost. Moje metr dziewięćdziesiąt pięć do jej może trochę więcej niż metra siedemdziesięciu. Usta miała pełne, różowe, muśnięte jakimś błyszczykiem czy balsamem. Nie znałem się na tym. I ostatnią rzeczą, która zrobiła mi wodę z mózgu, pozostawał jej zapach. Owocowy, ale niewpadający w mocne i słodkie nuty. Początkowo stała się denerwującą poszkodowaną w tym małym wypadku, ale z czasem zaczęła robić coś złego z moją głową.

A potem usłyszałem jej głos. Przyjemny, z perfekcyjnym amerykańskim akcentem.

Nie wiem, co się ze mną stało. Nigdy tak nie reagowałem na żadną kobietę. Służyły mi tylko do krótkiej gadki i nie oczekiwałem od nich niczego więcej. Wiedziałem, że się mną interesowały, ale na tym się kończyło.

Prawda wyglądała tak, że prawdopodobnie już nigdy więcej jej nie zobaczę.

Na chwilę przestałem rozmyślać o dziewczynie z kawiarni i spojrzałem na wiadomość wysłaną na naszą grupę.

William:

o kurwa, to co musiało się stać, że twój codzienny rytuał został naruszony

Laurent:

Opowiem wam później. Lepiej powiedz, jak było z Lucasem?

William:

zajebiście, ale szczegóły innym razem. Spotkajmy się dziś i wszystko przegadajmy. Dwudziesta u mnie w apartamencie?

Michael:

już nie mogę się doczekać.

Prychnąłem na ten sarkazm.

William:

udam, że wcale nie czuć w tym sarkazmu.

a ty Laurent?

Laurent:

Co ja?

William:

Będziesz?

Laurent:

Będę.

Will nie ukrywał się ze swoją orientacją. To, że wolał mężczyzn, pozostawało wiadome od jego szesnastych urodzin, gdy pocałował jakiegoś chłopaka ze szkoły. Cóż, od tamtego czasu często randkował z innymi facetami, więc to dla nas żadna nowość. Ważne, żeby czuł się szczęśliwy.

Odczytałem resztę wiadomości od znajomych i rodziny, ale z trudem mogłem się skupić, bo ciągle myślałem o blondwłosej dziewczynie, która z kogoś spotkanego zupełnym przypadkiem stała się nurtującą mnie istotą.

Musiałem znać więcej szczegółów na jej temat.

I już wiedziałem, co zrobię.

ROZDZIAŁ DRUGI

Lilliana

Cztery lata później

Siedziałam na ostatniej już walizce, która ledwo się domykała. Kolejne dwie stały całkowicie zapięte i gotowe do podróży.

Przeprowadzka na inny kontynent nie była wcale prosta.

W zasadzie to nikt nie powiedział, że taka się okaże.

Harowałam jednak na ten moment przez ostatnie cztery lata. Na zmianę chodziłam do pracy i uczyłam się, aby na koniec zostać zakwalifikowana na Sorbonę. Dokładnie na tę śniącą mi się po nocach, a proces aplikacji na nią częściej doprowadzał mnie do szału niż podekscytowania.

Ale hektolitry wylanych łez przełożyły się na pozytywny rezultat, zmieniający bieg mojego życia.

Początkowo, gdy zobaczyłam listę przyjętych, nie mogłam uwierzyć, że widnieje tam moje nazwisko. Jasne, przecież po to tak się trudziłam, lecz gdy to stało się faktem, wszystko nagle zwolniło.

Przez ten cały czas rodzice wspierali mnie, jak tylko mogli. A gdy się dowiedzieli, że wyjeżdżam na studia na inny kontynent, to się popłakali. Z dumy, że ich jedyne dziecko spełniało swoje największe marzenie.

Byłam osobą lubiącą robić wszystko po swojemu i nieprzepadającą za przyjmowaniem pomocy od innych. Tu, w Nowym Jorku, miałam całkiem sporo znajomych, ale nie nazwałabym tych relacji głębokimi. W większości przypadków z mojej winy, bo poświęciłam się pracy i po prostu je zaniedbałam. Lubiłam spędzić z kimś miło czas, ale na tym się kończyło. Nowy Jork pozostawał znany z przelotnych znajomości. Nic stałego, co mogłoby cię zaprowadzić do trwałej i prawdziwej przyjaźni. Ludzie żyli w pośpiechu, a spotkanie kogoś nowego oznaczało krótką znajomość, która szybko odchodziła w zapomnienie.

– Musimy się zbierać na lotnisko, kochanie – odezwał się tata, przekraczając próg mojego pokoju.

– Jeszcze chwila – odpowiedziałam mu z nerwowym uśmiechem. – Pomógłbyś mi zanieść walizki do samochodu? – W końcu podniosłam na niego wzrok.

– Jasne, córeczko. – Przejął ode mnie dwa bagaże i ruszył w stronę wyjścia. Zatrzymał się w drzwiach i dostrzegł, że potrzebowałam chwili dla siebie, więc dopowiedział: – Poczekamy na ciebie w samochodzie.

James Temblay nie pozostawał zbyt wylewnym ojcem, ale wiedziałam, że bardzo mnie kochał i podziwiał. Gdy dowiedział się o moim wyjeździe, nie mógł znieść faktu, że jego córka się przeprowadza. Jasne, czuł się cholernie dumny, ale i milion razy pytał, czy sobie poradzę i czy na pewno chcę tam lecieć. Od zawsze myślał, że wybiorę jakiś kierunek artystyczny. Od małego lubiłam projektować wnętrza. Miałam okazję razem z nim oglądać nieruchomości i sprawiało mi to przyjemność. On z zawodu był deweloperem i odkąd pamiętam, zabierał mnie do nowych realizacji, a ja w głowie urządzałam pomieszczenia.

Skończyło się jednak na prawie, i to w stolicy Francji.

Ostatni raz rozejrzałam się po pokoju. Nie był duży. Szare ściany i zasłony w tym samym kolorze. Duże, ciemne łóżko, a na nim kolekcja poduszek i maskotek. Czarne, okazałe biurko i regał na książki. Generalnie w całym pomieszczeniu panował mrok, ale ja to lubiłam. Zapewniało mi to spokój i mogłam się lepiej skupić. To za tym miejscem przyjdzie mi tęsknić najbardziej. To moja oaza.

Po raz ostatni przeleciałam wzrokiem po idealnie czystej i uporządkowanej przestrzeni. Nieco niepewna, westchnęłam głęboko i opuściłam sypialnię, kierując się do wyjścia.

Schodziłam po schodach, czując się cholernie dziwnie. Zostawiałam miejsce, w którym się wychowałam i spędziłam mnóstwo cudownych chwil. Sprawdziłam dokładnie każde pomieszczenie, by się upewnić, że niczego w nich nie zostawiłam. Ostatnie tygodnie przepełniały ekscytacja i lekki stres, a teraz w mojej głowie kłębiło się mnóstwo myśli, powodujących, że nie chciałam opuszczać Nowego Jorku.

– Pracowałaś na to przez ostatnie lata. Przecież to twoje największe marzenie – powiedziałam do siebie, próbując zmotywować się do znalezienia pozytywów.

Zarzuciłam wypełniony po brzegi plecak na ramiona. Chwyciłam ostatnią walizkę i wyszłam z domu. W kilku krokach znalazłam się przy zaparkowanym samochodzie.

Nadal nie mogłam uwierzyć, że to już ten moment.

Zamieszkam w Paryżu.

– Zamknęłaś dom? – dopytała nerwowo mama.

Była równie przejęta co ja.

Albo nawet bardziej.

– Tak. – Podałam jej klucz i zapięłam pas.

– A jesteś pewna, że wszystko spakowałaś? – dociekała.

– Nie, ale jeśli czegoś zapomnę, to sobie kupię na miejscu. Zrozum, że dam sobie radę – zapewniłam spokojnie, choć po kilku dniach poświęconych na pakowanie miałam dość tych ciągłych pytań.

– Dobrze wiesz, że się martwię – oznajmiła.

Oczywiście, że wiedziałam. I doceniałam, ale nie chciałam tego dłużej słuchać. Nie będę mieszkać w dziurze, tylko w dużym mieście, gdzie sklepów było pod dostatkiem.

– Najważniejsze, że mam telefon, ładowarkę, pieniądze i dokumenty. Dzięki temu uda mi się przeżyć – wytłumaczyłam mamie z uśmiechem, ale wiedziałam, że ta odpowiedź jej nie satysfakcjonuje.

– Jasne, jedźmy już – stwierdziła i ruszyliśmy w drogę na lotnisko.

***

Zaraz po pojawieniu się na lotnisku nadałam duże bagaże i skierowałam się w stronę rodziców. Cóż, zaraz miał nadejść moment, którego najbardziej się obawiałam. Pożegnanie.

– Kochanie, pamiętaj o nas i wiedz, że gdyby coś się działo, to możesz dzwonić o każdej porze dnia i nocy. Na pewno sobie poradzisz, pięknie mówisz po francusku, masz załatwioną pracę i mieszkanie. W dokumentach masz zapisaną ulicę i numer oraz wszystkie ważne informacje dotyczące apartamentu. Gdybyś potrzebowała pieniędzy, mów, a my ci pomożemy – tłumaczyła przejęta mama.

– Mamo, ja wszystko wiem – jęknęłam, dając jej znać, że wystarczyło mi już jej matczynych porad. – Musisz zrozumieć, że masz już dorosłą i samodzielną córkę i ona właśnie wyjeżdża na studia. Jestem bardziej ogarnięta, niż myślisz. Poradzę sobie.

– Wiem, wiem, ale chyba nie dociera do mnie, że zaczynasz nowe życie. – Patrzyła na mnie ze łzami w oczach.

W końcu pomiędzy nami stanął tata.

– Adeline, mogłabyś już skończyć? Przecież Lilla doskonale sobie poradzi – oświadczył rozbawiony, ratując mnie z opresji.

Na te słowa mama nic mu nie odpowiedziała, jedynie bardziej się rozpłakała. Zbliżyłam się do niej i wtuliłam w jej ciało. Sama próbowałam powstrzymać wzruszenie, co okazało się niełatwe. Gładziłam ręką jej plecy, chcąc dodać otuchy. Będę bardzo za nimi tęsknić. Pomimo trudnych momentów miałam z nią fantastyczną relację. Trwała u mojego boku zawsze, gdy jej potrzebowałam, i obdarzała ogromną miłością. W dzieciństwie zawsze przed snem gładziła mnie po plecach i opowiadała mi bajki. Widziałam w niej ogromny autorytet. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszej mamy.

– Nie przepytam cię, co spakowałaś i czy wszystko masz. Liczę, że spełnisz tam swoje marzenia i znajdziesz kogoś, komu możesz zaufać. Żebyśmy mieli jasność, chodzi o przyjaciółkę. Pamiętaj że masz studia i pracę, więc chłopaki nie wchodzą w grę. Trochę wkurza mnie to, że nie będę mógł zareagować, kiedy koło ciebie zacznie się kręcić jakiś facet. – Tym razem wywód zaczął ojciec.

– Już myślałam, że gorzej być nie może. – Zaśmiałam się w ramię mamy.

– Skarbie, rób to, co kochasz, i wiedz, że nigdy nie przestaniemy cię wspierać. Za każdym możliwym razem postaramy się pokazać to, jak bardzo jesteśmy z ciebie dumni. Jasne, żarty żartami, ale dla nas najważniejsze jest twoje szczęście. Nic innego się nie liczy. Wiem, że daleko mi do idealnego ojca, ale zawsze w jakiś sposób chciałem ci pokazać, że cię kocham. Bez względu na to, co robisz i co będziesz robiła, pozostaniesz moją dumą i oczkiem w głowie. Kocham cię, córeczko – wyznał i objął mnie oraz mamę.

Nie wytrzymałam. Łzy leciały mi strumieniem, mocząc bluzę taty. Nie interesowało mnie to, że dookoła kręcili się inni ludzie czy że ubranie ojca całe przemoknie. W tym momencie potrzebowałam tylko bliskości z rodzicami.

Po chwili, gdy się uspokoiłam, wysunęłam się z ich uścisku i poprawiłam ramiączko plecaka.

– To chyba czas, abym przeszła przez kontrolę – oznajmiłam.

– Jeżeli chcesz odlecieć tym samolotem, to musisz. – Tata się uśmiechnął, trzymając mamę w objęciach.

– Wiecie, że to tylko przeprowadzka? Nie ma co się smucić. W końcu w domu zapanuje spokój, a ja nie wyjeżdżam na zawsze. Nikt nie będzie palił garnków ani zostawiał syfu. Będziemy codziennie ze sobą rozmawiać, a jeżeli kasa i czas pozwolą, to mnie odwiedzicie – rzuciłam do nich.

Spojrzeli na siebie, a potem popatrzyli na mnie z politowaniem.

– Wiesz ty co – zaczął ojciec – na ciebie chyba już czas. Im dłużej tu stoisz, tym więcej głupot przychodzi ci do głowy.

– Dam wam znać, gdy wyląduję. Nie zanudźcie się tu beze mnie.

Wtuliłam się w nich po raz ostatni. Cała moja twarz została obsypana pocałunkami. Oderwałam się od bliskich i ruszyłam w stronę kontroli bezpieczeństwa. Posłałam im ostatniego buziaka i usłyszałam słowa taty.

– Pamiętaj, żeby nie wpaść w ręce żadnego Francuza! Słyszałem, że bywają zarozumiałymi dupkami! – wykrzyknął, a w jego głosie usłyszałam nutkę rozbawienia.

Pokręciłam głową z udawanym zrezygnowaniem.

– Kocham was! – To ostatnie, co powiedziałam, i ruszyłam dalej.

Czas spełniać swoje marzenia.

– Dziękuję, życzę miłego dnia! – zwróciłam się do kierowcy Ubera, gdy wysadził mnie na jednej z paryskich uliczek.

Cała podróż okazała się wyczerpująca. Lot trwał niecałe osiem godzin, podczas których nie zmrużyłam oka. Jasne, że podejmowałam próby zaśnięcia, ale przeszkadzały mi w tym hałasujące dzieci i chodzące stewardesy. Jakby tego było mało, po wylądowaniu półtorej godziny czekałam na odbiór walizek. Prawie kolejne tyle spędziłam, aby dojechać do mieszkania.

Po wyjściu z samochodu czułam się jeszcze bardziej brudna i zmęczona. Skierowałam się do pięknej, odnowionej kamienicy, którą od jednej z głównych ulic stolicy dzieliło około pięciuset pięćdziesięciu jardów. Do mieszkania prowadziła jednokierunkowa droga kończąca się przy Ogrodach Luksemburskich. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że to spokojne miejsce. Bulwar Saint-Germain znajdował się prostopadle do tej, którą zamieszkiwałam. Mieściło się tam mnóstwo kawiarni czy sklepów nadających tej okolicy pozornie bezpieczny obraz.

Słaba kondycja dała o sobie znać po wejściu na pierwsze piętro z trzema walizkami. Generalnie podróż w pojedynkę z takim bagażem okazała się uciążliwa. Otworzyłam drzwi i przekroczyłam próg mieszkania.

Było przytulne i zdecydowanie wystarczające dla moich potrzeb. Zaraz po wejściu po prawej znajdowała się mała kuchnia z wyspą i dwoma krzesłami barowymi. Tuż za nimi stała kanapa, a przed nią szafka pod telewizor. Szara ściana oddzielała salon z aneksem kuchennym od sypialni z podwójnym łóżkiem i szafkami nocnymi. W pomieszczeniu do spania znajdowały się dwie pary drzwi. Za jednymi skrywała się łazienka, a za drugimi mała garderoba. Całe mieszkanie utrzymano w ciemnych barwach i nadano mu nowoczesnego stylu, co w jakimś stopniu przypominało mi o moim domu.

Chwilę po wstępnym rozpakowaniu walizek poinformowałam rodziców i znajomych o dotarciu na miejsce. Skończyło się to godzinną rozmową z mamą i tatą. Musieli zyskać pewność, że niczego mi nie brakowało, oraz dostałam milion wskazówek, co mam robić, żeby było łatwiej. Zakończyłam pogaduszki, gdy zaczęły nudzić mnie ich złote rady. Powiedziałam, że powinnam iść na podstawowe zakupy, i nie skłamałam, bo musiałam się zaopatrzyć w ręczniki, pościel i jedzenie.

Pierwszą część sprawunków miałam za sobą. Artykuły spożywcze znajdowały się już w lodówce i na półkach w kuchni, ale zostało mi jeszcze wyposażenie mieszkania. Chciałam załatwić najpotrzebniejsze sprawy przed rozpoczęciem studiów i pracy, bo obawiałam się, że w trakcie roku mogę nie mieć do tego głowy. Po godzinie stałam przed ogromnym sklepem meblowym, który, jak wyczytałam w internecie, cieszył się popularnością w całej Europie, a ceny w nim nie były jakoś bardzo wysokie. W telefonie wypisałam sobie listę potrzebnych rzeczy, ponieważ zależało mi na konkretnych i szybkich zakupach.

W szczególności że zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki.

Zbliżałam się do kas, pokonując ostatnie alejki sklepu, gdy niecelowo, z koszem pełnym produktów, natknęłam się na kłócącą się parę. Już na pierwszy rzut oka widziałam między nimi różnicę wieku. Ona była młodsza, drobnej postury, o delikatnych rysach twarzy, a on o wiele wyższy, umięśniony, ze srogą miną. Obydwoje mieli ciemne, brązowe włosy i w jakimś stopniu wydawali się do siebie podobni.

Zazwyczaj nie wiedziałam, co zrobić w takich sytuacjach. Z jednej strony znajdowali się pośrodku sklepu, gdzie przewijały się setki ludzi, a z drugiej głupio mi przechodzić obok nich i zakłócać głośną dyskusję. Tak samo stało się w tej sytuacji. Zwrócili na mnie uwagę. Facet wyglądał śmiertelnie poważnie, a w oczach dziewczyny błyszczało rozbawienie. Po chwili mężczyzna nie wytrzymał.

– Lea, kurwa, zrozum, że nie mam ani chęci, ani czasu, żeby chodzić z tobą po sklepach tylko po to, by rozglądać się za jakimiś mebelkami! – wykrzyknął w jej stronę, a na jej twarzy pojawiło się jeszcze większe rozbawienie.

– Po to mam starszego brata, żeby pomagał mi w dźwiganiu mebli do mieszkania – odpowiedziała roześmiana, jakby ta kłótnia nie była dla niej niczym istotnym.

– Zacznijmy od tego, że jeszcze nie masz tego mieszkania. Przyjechałem tu z tobą, żeby wybrać regały do kancelarii, a skończyło się na tym, że ich nie mamy, a ty wymyślasz rzeczy do kuchni i sypialni. Zabierz na zakupy kogoś ze swoich znajomych i nie komplikuj mi życia! – wyrzucił podirytowany w jej stronę.

Nagle zapanowała cisza, a para dowiedziała się o swojej widowni. Skierowali na mnie spojrzenia, a mnie automatycznie zrobiło się głupio. Czułam się przytłoczona uwagą mężczyzny. Wypalał dziurę w moich źrenicach, a gdy podniosłam wzrok, poczułam coś osobliwego. Jego brązowe tęczówki wydały mi się dziwnie znajome, choć to przecież niemożliwe, żebyśmy się wcześniej widzieli. Wojnę na spojrzenia przerwała nam dziewczyna stojąca obok niego.

– Przepraszam, że musiałaś słuchać tej awantury. Nie moja wina, że on ma jakieś „ale” do wszystkiego – powiedziała.

– Nie, to ja przepraszam. Nie powinnam była podsłuchiwać. Strasznie mi głupio – zaczęłam się tłumaczyć.

– Obawiam się, że każdy w okolicy chociaż na chwilę zwrócił na nas uwagę. – Podeszła bliżej i posłała mi sympatyczny uśmiech.

– Lea jestem, miło poznać. – Wyciągnęła do mnie dłoń.

– Lilliana, jeszcze raz przepraszam, że tak się na was gapiłam – szepnęłam dosyć nieśmiało.

Gdy wypowiedziałam swoje imię, facet wziął głęboki wdech, zwracając uwagę naszej dwójki. Siostra spojrzała na niego pytająco, a on szybko doprowadził się do porządku, nadal emanując irytacją.

– A tobie co się stało? – rzuciła zdziwiona.

– Nic, możemy się zbierać? – zapytał zdenerwowany.

– Ta – przewróciła oczami – a ty, Lilla, masz jak wrócić do domu? – odezwała się Lea, zaskakując mnie pytaniem.

– Zamówię Ubera i nie ma sprawy – oznajmiłam z przekonaniem.

– Jesteś pewna, że nie potrzebujesz podwózki? Wiem, że trochę podejrzanie to brzmi, ale dla nas to nie problem. Poza tym Lau jest rozpoznawalny i raczej nie decydowałby się na jakieś słabe zagrywki – zapewniła, nie zapytawszy mężczyzny o zdanie.

Jezu, biły od niej takie ciepło i empatia, że naprawdę mało brakowało, abym się zgodziła.

– Nie, mieszkam dosyć daleko i zapewne nie po drodze. Dziękuję za propozycję. – Uśmiechnęłam się miło i wymigałam od przyjęcia pomocy dziewczyny.

– No dobra. – Chyba zdała sobie sprawę, że mnie nie przekona. – W takim razie kończymy zakupy czy chcesz jeszcze czegoś poszukać? – Dopiero teraz zwróciła się do brata.

– Tak, możemy iść. – Facet unikał kontaktu wzrokowego i choć wcześniej, podczas kłótni z siostrą, miał dużo do powiedzenia, tak teraz siedział cicho.

– Iść do domu czy iść kontynuować zakupy? – Westchnęła, wyglądając na lekko zdziwioną szybką zmianą postawy chłopaka.

– Chodźmy do domu – sapnął wyraźnie zmęczony. – Dzisiaj już i tak nic nie znajdziemy – poddał się.

Nowa znajoma tylko przytaknęła.

– Jeszcze raz przepraszam, że tak bezczelnie podsłuchiwałam. I powodzenia… w szukaniu mebli. – Posłałam im uśmiech i ruszyłam z wypełnionym koszykiem w stronę kas.

W drodze do nich czułam wzrok na plecach. Niemal byłam pewna czyj. Nie wiedziałam w zasadzie, jak nazywał się chłopak, ale dostrzegałam w nim coś szczególnego. Jasne, był przystojny, nawet bardzo, ale coś mi w nim nie grało.

Po zapłaceniu za zakupy zamówiłam podwózkę, wybierając opcję większego samochodu. Przetransportowanie tego wszystkiego nie było proste, ale w końcu się udało. Ogromnego wsparcia udzielił mi kierowca, bo mało że okazał się sympatyczny, to gdy zobaczył, jak się trudzę, bez zająknięcia mi pomógł.

Po godzinie dotarłam do domu; podziękowałam mężczyźnie, wręczając mu drobny napiwek. Przez całą drogę myślałam o niecodziennym zapoznaniu z Leą. Dziewczyna wydawała się naprawdę miła, ewenementem był natomiast jej brat gbur, który nie wyglądał na szczęśliwego z obecności obcej osoby.

Szybko wyrzuciłam z głowy myśli o tym spotkaniu i dopóki miałam siły, porozkładałam wszystko w domu i w miarę go ogarnęłam. Nadal czułam się nieco dziwnie i z trudem mogłam się przyzwyczaić do nowej rzeczywistości.

Z tych emocji nawet nie tknęłam jedzenia, tylko po sprzątaniu poszłam pod prysznic, a potem rzuciłam się na łóżko w świeżą pościel i niemal od razu zasnęłam.

Do głowy znowu wpadł mi jednak nieznajomy mężczyzna, a w myślach pojawiało się jedno pytanie:

O co mu chodziło?

ROZDZIAŁ TRZECI

Laurent

Cztery lata wcześniej

Z hukiem otworzyłem duże, drewniane drzwi sali wykładowej. Niemal wszyscy obecni zwrócili oczy w moją stronę. Nic dziwnego. Stałem w progu spóźniony i mokry od deszczu. W głębi pomieszczenia rozległ się śmiech jednego z moich przyjaciół, który jak na złość musiał zjawić się dzisiaj o czasie. A ostatnie, na co miałem ochotę, to słuchanie komentarzy chłopaków. W końcu w kilku krokach znalazłem się przy odpowiednim rzędzie ławek i zanim zająłem miejsce, odwróciłem się w stronę wykładowcy i powiedziałem:

– Przepraszam za spóźnienie, panie profesorze.

On w odpowiedzi tylko skinął głową i kazał mi niezwłocznie usiąść. Wrócił do prowadzenia zajęć w momencie, gdy zrobiłem to, o co prosił. Jedno miejsce obok było jeszcze puste – czekało na Michaela niosącego kawę, której bardzo potrzebowałem. W ciszy wyjąłem laptop i odpaliłem program do sporządzania notatek. Słuchanie wykładu i chociaż udawanie, że coś robiłem, przerwał mi William.

– Gdybyś poprosił, to przyniósłbym ci suche spodnie – szepnął rozbawiony. – Nie mogę uwierzyć, że przyszedłeś na zajęcia spóźniony, bez kawy, a do tego wyglądasz na kompletnie rozstrojonego. To do ciebie niepodobne – dodał.

– Możesz się zamknąć? – burknąłem zirytowany, mówiąc to głośniej, niż zamierzałem.

– Czy ja wam przeszkadzam, panowie? – wtrącił profesor. – Panie Ferreira, nie dość, że pan się spóźnia, to jeszcze przeszkadza mi w prowadzeniu wykładu. Chce mnie pan zastąpić? – skarcił spokojnym tonem, uszczypliwe pytanie jednak wystarczyło, aby zmrozić całą salę.

– Nie, przepraszam – mruknąłem krótko.

Wrócił do tematu, a ja starałem się poświęcać mu jak najwięcej uwagi. Lecz nie trwało to długo, bo w drzwiach auli pojawił się nasz przyjaciel, ponownie zakłócając przebieg zajęć.

– Błagam cię. Usiądź i nawet nie waż się odzywać. – To jedyne, co profesor powiedział do Michaela.

Na szczęście chłopak zauważył, że to nieodpowiedni dzień na żarty, usiadł na swoim miejscu i podał mi upragniony kubek z ciepłym napojem. Nawet nie pokusiłem się o ciche podziękowanie, tylko do końca zajęć uważnie słuchałem, o czym opowiadał wykładowca.

– Mógłbyś mi powiedzieć, co się wydarzyło? – To jako pierwsze padło z ust spóźnionego przyjaciela zaraz po tym, jak zamknęliśmy za sobą drzwi do sali.

Przewróciłem oczami i wyrzuciłem papierowy kubeczek, wymigując się od odpowiedzi.

– Już nie bądź taki – drążył drugi kumpel, dotrzymując mi kroku.

– Zupełnie nic. Wylałem kawę po drodze na uczelnię, okej? – nieco skłamałem, a że byłem w tym chujowy, to od razu się zorientowali, iż nie mówiłem całej prawdy. – Och, dobra. Nie teraz. Spotkamy się później i wam opowiem. – W reakcji na te słowa usłyszałem tylko przybijanie piątki dla uczczenia zwycięstwa.

***

Wyszedłem z mieszkania, przebrany z eleganckich ciuchów w te bardziej domowe. W końcu niedawno przestało padać i na niebie pojawiło się słońce. Kierowałem się w stronę czarnego Mercedesa, bo wóz aż się prosił o wizytę na myjni. Choć przez to, że panowała jesienna pogoda, musiałbym codziennie pozbywać się błota i zacieków.

W drodze na parking wszedłem w konwersację z chłopakami i wybrałem połączenie.

– Jedziesz już? – wybrzmiał w głośniku głos Williama.

– Zaraz wyjeżdżam. Potrzebujecie czegoś ze sklepu? – zapytałem.

– Jeżeli chcemy się napić, to tak, a jak nie, to nie – oznajmił pewnie.

– Ja odpadam. Jutro są zajęcia i nie chcę siedzieć na kacu – odparłem zgodnie z prawdą.

– Nikt nie mówi o mocnym alkoholu. Symbolicznie po piwku – Will starał się mnie przekonać.

W międzyczasie do rozmowy przyłączył się Michael.

– Ja odpadam – odezwał się od razu.

– Serio? – zapytał z zawodem w głosie Perez.

– Serio, pamiętaj, że naszym celem jest wyciągniecie informacji od Laurenta, a nie najebanie się – zwrócił się do niego.

– Ale ja miałem na myśli coś le…

– Nie – przerwał mu Royer, a ja wsłuchiwałem się w ich rozmowę, wyjeżdżając z parkingu – wychodzę z mieszkania i jadę do ciebie.

– Ja też już ruszyłem, będę za pół godziny – powiedziałem i zanim William wymyślił coś nowego, zakończyłem rozmowę.

Tuż po zatrzaśnięciu za sobą drzwi do mieszkania przyjaciela poczułem charakterystyczny cytrusowy zapach zapalonych świeczek. Jego lokum urządzono prosto i schludnie. Chłopak zawsze dbał o porządek, co było do niego bardzo niepodobne. Po przejściu korytarzem ujrzałem dwójkę rozmawiających kumpli, a w tle zakłócający rozmowę mecz NBA.

Nie zdążyłem nawet usiąść obok nich, a już zostałem zalany ich pytaniami.

– Od rana próbuję zrozumieć, co takiego ci się stało. Najpierw myślałem, że w końcu spotkałeś się z jakąś dziewczyną, potem stwierdziłem, że może wróciłeś do Melody, ale z drugiej strony chyba aż tak cię nie pojebało – zaczął Michael, gdy dosiadłem się do nich na kanapę.

– Jeśli znowu zaczniesz się spotykać z tą rudowłosą, to nie oczekuj, że będę się z tobą zadawać. Nie wiem, co ty w niej widziałeś oprócz dużej dupy. Ani nie jest inteligentna, ani ładna – tym razem odezwał się William.

– Kurwa, co to za pomysł – skomentowałem zniesmaczony, nawiązując do swojej ostatniej relacji, która okazała się kompletnym niewypałem. – To, co się dzisiaj stało, to niby nic istotnego, ale jednak czuję się jakoś… dziwnie? – Sam nie wiedziałem, jakie to uczucie.

– W takim razie o co chodzi? Możesz jaśniej? Co to jest, jakaś zgadywanka? Gadasz do nas szyframi, zamiast powiedzieć od razu. – Zaczął zasypywać mnie pytaniami.

Michael natomiast tylko zapadł się zaciekawiony w kanapę, uniósł lekko brew z rozbawienia i ułożył dłonie za głową, czekając na kontynuację historii.

– Chodzi o to, że dziś jak zwykle poszedłem do tej kawiarni obok uczelni. Wszystko szło dobrze, ale w momencie gdy z niej wychodziłem, to wpadła na mnie jakaś dziewczyna i oblałem ją kawą. Kurwa, zrobiłem to niechcący i pobiegłem za nią do toalety, by sprawdzić, czy wszystko okej.

– I co, to tyle? – zapytał znudzony.

– No nie, powiedziałem, że opłacę jej nowe ciuchy, na co ona się nie zgodziła. Ogólnie wydawała się dosyć nieśmiała, ale te kilka spędzonych z nią minut było dziwne – wyrzuciłem z siebie to, co męczyło mnie od rana.

– Co to znaczy, że było dziwne? – Do rozmowy włączył się Michael.

– Trudno powiedzieć. Włączył mi się odruch, by okazać troskę i chęć pomocy oraz to… – Skrzywiłem się na tę myśl.

– Co? – powiedzieli w tym samym momencie.

– Była naprawdę urocza, a to nie poprawiało sytuacji – przyznałem.

W salonie nastała cisza.

– Chcesz powiedzieć, że się zakochałeś? – wypalił Will.

– Nie, idioto. Nie zakochałem się – prychnąłem kpiąco.

– To jak inaczej zamierzasz to nazwać? Bo ty przecież nigdy nie uważałeś, że jakaś dziewczyna była urocza – zapytał.

– Nie dobijaj mnie. Naprawdę nie wiem, co ona ze mną zrobiła. Na dodatek to wszystko działo się tak szybko, że nie dowiedziałem się o niej nic więcej. – Kontynuując, zdałem sobie sprawę, że pragnienie poznania jej stawało się niepokojące.

– Serio, kurwa? – wypalił Michael.

– Znaczy, wiem tyle, że nie pochodziła stąd. Nie mówiła po francusku, tylko po angielsku. I w sumie nie spytałem, jak się nazywa, ale widziałem jej dowód – przyznałem.

– Czy wy myślicie o tym samym co ja? – wtrącił William.

Moje serce zabiło dwa razy szybciej.

– Wiecie, że gdyby się dowiedziała, to mogłaby to zgłosić na policję albo założyłaby nam sprawę w sądzie? – zasugerował Michael.

Jego tata zajmował się cyberprzestępstwami, a on nieraz podglądał jego pracę. Zdarzały się sytuacje, gdy dla sportu pogłębialiśmy wiedzę w tym temacie, biorąc na warsztat ludzi ze szkoły. Nie istniało na to logiczne wytłumaczenie.

– Myślałem o tym cały dzień… – zacząłem, ale przerwał mi William.

– Zastanów się jeszcze raz, zanim to powiesz – upomniał, doskonale wiedząc, jak brzmiała odpowiedź.

– Dobrze wiesz, że to nie pierwszy raz, gdy to robimy – wytknąłem, szukając jakiejkolwiek wymówki.

– Ale chcesz sprawdzić przypadkową laskę, którą oblałeś kawą, i uważasz ją za „uroczą”? – Zdecydowanie dziwił się tym, co chciałem zrobić. – To zajebiście dziwne, Lau. – Chyba brzmiał na zaniepokojonego.

– Ja już nic nie wiem. – Wypuściłem nerwowo powietrze, nie umiejąc znaleźć żadnego racjonalnego wyjaśnienia.

Wcale się nie dziwiłem, że tak zareagował. Do tej pory jedyne moje kontakty z kobietami to nieudolne rozmowy, a z Melody wytrzymałem krótko. Szybko zaczęła mnie denerwować. Poza tym w tamtym „związku” z jej strony nie chodziło o uczucia.

– Zróbmy tak: jeśli do piątku nic się nie zmieni, a ona nadal będzie siedziała ci w głowie, to spotkamy się u mnie i ją prześwietlimy – odezwał się w końcu Michael, proponując jakieś rozwiązanie. – Do tego czasu nie kombinuj za bardzo na własną rękę i też nie świruj – poprosił.

I oby tak było.

***

Wcale nie było lepiej.

Pomimo że tuż po zakończeniu tygodnia na uniwersytecie powinienem czuć ulgę, wyszło inaczej. Przez cały czas myśli krążyły wokół pewnej blondynki, o której właśnie dziś miałem dowiedzieć się więcej. Czułem się zestresowany i podirytowany, bo nie mogłem się przez nią skupić na ważnych wykładach. Zaraz po zajęciach planowałem się spotkać z chłopakami i z każdą mijającą chwilą miałem coraz większe wątpliwości co do tego pomysłu.

Po wejściu do mieszkania rzuciłem klucze na szafkę przy drzwiach i podążyłem w głąb apartamentu. Sięgnąłem po paczkę papierosów znajdującą się na blacie kuchennym i poszedłem w stronę dużego balkonu. Usiadłem na szarej kanapie i odpaliłem szluga. Pojebane, że obca dziewczyna mogła tak zawrócić w głowie. A jeszcze dziwniejsze, że od momentu poznania jej nic nie znajdowało się na swoim miejscu.

Otrząsnąłem się z gnębiących mnie myśli, gdy popiół spadł mi na beżowe garniturowe spodnie. Szybko strzepałem brud z nogawki i wstałem, by pójść w stronę barierki. Widok na Wieżę Eiffla mnie uspokajał. Generalnie widok na Paryż z tej perspektywy zachwycał. Dostałem to mieszkanie od rodziców przed pójściem na studia i byłem im za to wdzięczny. Całe zostało urządzone w ciemnych barwach, co pomagało mi w koncentracji i nadawało elegancji. Drzwi balkonowe zostawiłem otwarte, aby wnętrze mogło się przewietrzyć po całym dniu mojej nieobecności. Usiadłem na kanapie i odpisałem na wiadomości. Jedną z nich było potwierdzenie dzisiejszego spotkania u Michaela o dziewiętnastej wraz z propozycją nocki. Pewnie mieli w planach picie, ale ja odmówiłem. Nie wiedziałem, czego mogłem się spodziewać po sprawdzeniu dziewczyny, a poza tym potrzebowałem spędzić trochę czasu sam.

Po kilku godzinach znalazłem się u przyjaciela. Gdy przyszedłem, wszystko okazało się gotowe. Cholernie się stresowałem, ale było już za późno, aby się wycofać.

– Siadaj – zaczął podekscytowany gospodarz – zaczniemy klasycznie od przeglądu mediów – naprostował. – Jak się nazywa?

Kolejne trzy przyspieszone uderzenia serca.

– Lilliana Temblay – wykrztusiłem na wydechu.

Przyjaciel wpisał jej imię i początkowo nie wydarzyło się nic ciekawego. Konta z prostym profilowym w lustrze, bez żadnych innych zdjęć. Chwilę później wykonał jednak kilka tylko sobie znanych kroków i na bocznym monitorze wyskoczyła cała sekwencja dotycząca życia dziewczyny.

W pokoju panowała cisza. Postępowali cholernie nieodpowiedzialnie. Nie chodziło mi o dokładne przeanalizowanie jej danych, potrzebowałem wiedzieć, gdzie mieszkała i ile miała lat. Można mi zasugerować, abym sprawdził to poprzez social media, lecz informacje z takiego źródła nie były pewne. Chłopaki prawdopodobnie czekały, aż odezwę się pierwszy, dając mi czas na przeanalizowanie danych.

Lilliana Gabriella Temblay. Siedemnaście lat. Mieszkanka Nowego Jorku oraz uczennica jednego z liceów miejskich. I wiele, wiele innych informacji.

Ale te pierwsze mi wystarczyły. Nieznajoma, która namieszała mi w głowie, była młodsza ode mnie o sześć lat i mieszkała na drugim końcu świata. W zasadzie to jeszcze dziecko.

W pewnym stopniu spłynęła po mnie fala ulgi, lecz zaraz zastąpiło ją uczucie żalu, że to pierwsze i prawdopodobnie ostatnie nasze spotkanie. Okazałem się głupi, mając cień nadziei, że zatrzymała się tu na stałe. Musiałem jednak odgonić wszystkie negatywne myśli i zapomnieć o niej.

– No to sobie niezłą dziewczynę upatrzyłeś. Nie dość, że taka młoda, to jeszcze Amerykanka – wypalił Will.

– Dobra, koniec tego. Wyłącz to i przynieś whisky, którą ostatnio kupiłem. Pogadajmy o czymś przyjemniejszym – zaproponowałem pomimo wcześniejszego braku chęci do spożywania z nimi alkoholu, zaskakując samego siebie.

Bo oni dobrze wiedzieli, że na tym się nie skończyło i będzie zajmowała moje myśli.

***

Trzy tygodnie przed przeprowadzką Lilliany

Wyłączyłem komputer i złożyłem wszystkie znajdujące się na blacie papiery. Zbliżała się piętnasta, co oznaczało koniec mojej pracy. Znaczy, byłem swoim własnym szefem, więc sam regulowałem jej godziny, lecz dzisiejsze spotkanie z siostrą i rodzicami zmusiło mnie do skończenia wcześniej. Resztę potrzebnych  mi materiałów spakowałem do torby i zbierałem się do wyjścia z biura. Ale zanim przekroczyłem próg, zwróciłem się w stronę gabinetu mojego przyjaciela.

Rok po zakończeniu studiów i po rozmowie z tatą przejąłem jego kancelarię prawną, zostając wraz z Michaelem jej współwłaścicielami. Znaczy tata nadal miał w niej jakieś udziały i rzadko, bo rzadko, ale pojawiał się na spotkaniach z najważniejszymi klientami. Poza tym skupił się na dodatkowych kursach, które umożliwiły mu objęcie posady wykładowcy na Sorbonie. Po latach pracy w branży postanowił trochę odpuścić i postawić na coś równie ciekawego, ale mniej obciążającego głowę.

I tym samym rzucił nas na głęboką wodę, dając pole manewru do zarządzania firmą niemal od razu po zrobieniu specjalizacji i otrzymaniu zezwolenia na wykonywanie zawodu.

Początki okazały się trudne, ale kto by się dziwił, skoro w pierwszym członie nazwy firmy znajdowało się nazwisko znane na cały Paryż i okolice. Od samego początku poprzeczka zawisła wysoko, a nam udało się ją jakoś przeskoczyć.

Teraz mijał drugi rok, odkąd rozwijaliśmy się w tej branży.

I aby nie było za łatwo, ja również postawiłem na kursy, po których zyskałem możliwość prowadzenia zajęć z powszechnej historii prawa i państwa. Od zeszłego roku miałem pod opieką studentów na tym samym uniwersytecie co ojciec. Ci na początku myśleli, że z racji mojego wieku będą między nami obowiązywały relacje przyjacielskie.

Szybko zdali sobie jednak sprawę, że się mylili.

Otworzyłem duże szklane drzwi i przekroczyłem próg gabinetu Michaela. Przez cztery lata kumpel wiele się nie zmienił. Stał się bardziej umięśniony, a praca w zawodzie sprawiła, że wyglądał poważniej. Lekki zarost nosił zawsze estetycznie przystrzyżony, a ciemne włosy elegancko ułożone. Był singlem tak jak ja, choć łatwo było zauważyć, że kobiety za nim latały.

Coś innego mogłem powiedzieć o Williamie. Od czasów studiów spoważniał, lecz nie całkowicie. Po skończeniu uczelni, pomimo możliwości, nie obrał ścieżki prawniczej. Szybko po zdobyciu dyplomu rozpoczął naukę zarządzania w biznesie i w tym odnajdował się idealnie.

No i jako jedyny z naszej trójki był w szczęśliwym związku. Od trzech lat w jego głowie siedzi facet poznany na wakacjach w Hiszpanii. Mieszkał w Barcelonie, po roku związku zdecydował się jednak wprowadzić do Willa. Podczas wspólnych spotkań również zawsze się pojawiał. Na początku jego pobytu w Paryżu było trochę niezręcznie, z czasem jednak lepiej się poznaliśmy i Nicolas okazał się całkiem w porządku gościem.

– Wychodzę już do domu, bo dziś idziemy z Leą i rodzicami szukać dla niej mieszkania – zacząłem.

– Nadal go nie znaleźliście? – zapytał.

– Wiesz, jak to z rodzicami. Są wymagający. Niby oglądaliśmy jakieś fajne, ale nie powalały. Mam nadzieję, że niedługo coś znajdziemy, bo ona zaczyna studia, a brak lokum ją stresuje – odpowiedziałem.

– No to powodzenia i jak znajdziecie, to powiedz Lei, że czekam na zaproszenie na parapetówkę – rzucił rozbawiony.

– No tak, bo ona nie ma swoich znajomych – sarknąłem, wiedząc, że niestety znajdzie się na tej liście gości.

Zamieniliśmy jeszcze kilka zdań o pracy i ruszyłem w stronę windy.

Wieczorem, gdy w końcu dotarłem do mieszkania, miałem z tyłu głowy to, że czekały mnie obowiązki. Przebrałem się w luźniejsze ciuchy i postawiłem na chwilę dla siebie.

Zza otwartych drzwi balkonowych wydobywały się odgłosy przejeżdżających samochodów oraz rozciągał się piękny widok na miasto po zmroku. Czułem się padnięty po ciężkim dniu w biurze i nieudanych poszukiwaniach miejsca dla siostry. Zrobiłem sobie kolejną kawę i niechętnie usiadłem do zaległości z pracy. W tle leciały wiadomości, na które czasami zerkałem.

Nie spędziłem przy laptopie dużo czasu. Odhaczyłem najważniejsze punkty wymagające mojej uwagi, ale to było na tyle. Potrzebowałem odpoczynku, więc sprawnie posprzątałem stanowisko i zająłem się sobą.

Ze względu na ciepłe, letnie wieczory stale wietrzyłem mieszkanie. Nalałem sobie do kieliszka czerwonego wina i przeszedłem na balkon, by tam oprzeć się o balustradę i spokojnie podziwiać miasto. Nie minęło kilka sekund, a usłyszałem dzwoniący telefon. Przeszło mi przez myśl, by go olać i spędzić jeszcze choć chwilę samemu.

Ale on nie przestawał dzwonić.

Westchnąłem i odstawiłem alkohol na stół. Chwyciłem urządzenie i spojrzałem na ekran.

Michael.

Zdziwiło mnie to połączenie, bo jeżeli to coś związanego z obowiązkami służbowymi, to nigdy nie zawracał mi głowy po godzinach i załatwiał to następnego dnia w biurze.

– Halo – zacząłem.

– Kurwa, stary, nie uwierzysz – zaczął lekko podenerwowany, ale wyczułem w jego głosie także nutkę ekscytacji.

– Co się stało? – zapytałem.

– Ja mam nadzieję, że nie wkradł się żaden błąd i to pra… – mówił dalej, coraz bardziej mnie niecierpliwiąc.

Bo co, do cholery jasnej, mogło się stać?

– Do brzegu – pospieszyłem go.

I zanim wypowiedział następne słowa, po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza.

– Lilliana Temblay wraca do Paryża. Tym razem nie na wakacje, tylko zamierza tu studiować. Złożyła dokumenty na prawo na Sorbonie.

Nie odpowiedziałem mu na to.

Siedziałem cicho.

Kobieta, która zawróciła mi w głowie i o której nie mogłem przestać myśleć, wracała.

Kurwa.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Lilliana

Właśnie rozpoczynał się trzeci tydzień mojego mieszkania w Paryżu. Z każdym dniem czułam się tu coraz swobodniej, a samo miasto wywoływało we mnie niewyobrażalną mieszankę emocji.

Stworzyłam sobie względną rutynę i popadłam w wir pracy. Mój pierwszy rok miał rozpocząć się dopiero dziś, a ja ze zniecierpliwieniem odliczałam do niego godziny.

Stałam przed lustrem w sypialni zawalonej ciuchami potencjalnie nadającymi się do włożenia na inaugurację. Porównywałam wiele eleganckich stylizacji, zastanawiając się, czy powinnam brać to tak bardzo na poważnie.

Ostatecznie wybrałam czarną spódniczkę przed kolana oraz białą koszulę z długimi rękawami. Cały strój uzupełniłam pasującym do dołu krawatem oraz złotą biżuterią. Nie pomalowałam się zbyt mocno. Na zewnątrz było całkiem ciepło, a poza tym tuż po oficjalnym rozpoczęciu szłam na zmianę w kawiarni. Wiedziałam, że po całym dniu w ruchu makijaż nie wyglądałby za dobrze. Na końcu spryskałam się ulubionymi wiśniowymi perfumami, używanymi od lat.

Praca w knajpie sprawiała mi ogromną przyjemność. Stały kontakt z ludźmi pozwalał mi na podszkalanie francuskiego, choć i tak opanowałam go na całkiem przyzwoitym poziomie. Poza tym wysoka pensja oraz częste napiwki zapewniały spokój związany z moją sytuacją finansową. Oczywiście miałam odłożoną sporą sumę, teraz jednak się nie martwiłam, że w pewnym momencie może mi zabraknąć kasy.

Kończyłam odpisywać mamie, która już ochłonęła po tej całej sytuacji z moją przeprowadzką. Poza tym rezerwowaliśmy wieczory na rozmowy i chociaż nie niwelowały one mojej tęsknoty, to stanowiły przyjemny element dnia.

Spakowałam do torby wszystkie potrzebne rzeczy i w momencie gdy sięgnęłam po szklankę z wodą, usłyszałam przychodzącą wiadomość.

Tata:

Mama nie dała mi prawa głosu, więc piszę. Pamiętaj, że jesteś cudowna i zdolna. Trzymam za Ciebie kciuki.

Lilla:

Kocham Cię, dziękuję.

On odesłał mi serduszko.

Dopakowałam ostatnie potrzebne rzeczy i wyszłam z mieszkania, nie chcąc spóźnić się na autobus.

Oprócz mnie w pojeździe znajdowało się dużo elegancko ubranych studentów. Oni jednak nie sprawiali wrażenia zainteresowanych czymkolwiek innym niż ekrany ich telefonów. A ja wręcz przeciwnie. Odkąd przyleciałam do Paryża, czułam się jak w innej rzeczywistości. Gdy miałam taką możliwość, zwiedzałam miasto, uczyłam się kultury i sposobu życia. Ten, wbrew pozorom, bardzo różnił się od tego nowojorskiego.

Ludzie wydawali się tu bardziej… wyluzowani?

Sama droga z przystanku do głównego gmachu uczelni wymagała przejścia może stu metrów. Zaraz zza zakrętu wyłaniał się znany na cały świat i zarazem główny budynek mojej uczelni. Musiałam przystanąć i wziąć głęboki wdech, bo to wszystko wydawało się nierealne.

Do tej pory widziałam go raz, te cztery lata temu.

– Lilliano, to ty? – Usłyszałam za sobą wołanie, lecz nie do końca rozpoznałam barwę głosu.

Odwróciłam się i zauważyłam biegnącą w moją stronę Leę.

Co ona tu robiła?

– Hej – rzuciłam wyraźnie zaskoczona.

– Nie mów, że ty też będziesz tu studiować! – Emanowała tak pozytywną energią, że cały kumulujący się we mnie stres nagle zniknął.

– Prawo. – Uśmiechnęłam się szczerze. – A ty?

Nie była już taka zadowolona.

– Medycyna i ten sam uniwersytet, ale inna lokalizacja.

Pokiwałam ze zrozumieniem głową.

– Ale ze względu na inaugurację przyjechaliśmy tu – dodała.

Przyjechaliśmy?

– Laurent tu wykłada. W sumie tak samo jak nasz tata. Powodzenia, bo bywają całkiem wymagający. – Puściła do mnie oczko.

Uśmiechnęłam się do niej dosyć niepewnie.

– Ale skoro cię tu przyjęto, to musisz być naprawdę dobra. Co ty na to, abyśmy wymieniły się numerami? Sama ostatnio wspominałaś, że to wszystko jest dla ciebie nowe. Jakbyś potrzebowała z czymkolwiek pomocy, to śmiało pisz. – Wyjęła smartfon i prosiła, abym wpisała swoje namiary.

Wow, to naprawdę miłe.

– Dziękuję. Gdybyś kiedyś miała wolną chwilę, wpadnij do kawiarni, w której pracuję. W ramach podziękowania za pomoc masz u mnie kawy i słodkości ze zniżką pracowniczą – oznajmiłam.

– Och, to bardziej okazja dla mojego brata, co nie, Lau? – Entuzjastycznie zwróciła się w jego stronę. – Nie zdziwiłabym się, gdyby miał w pobliskich restauracjach zniżki stałego klienta. On pije kawę w chorych ilościach. – Po tych słowach po raz pierwszy zdecydowałam się unieść oczy, tym samym nawiązując z mężczyzną kontakt wzrokowy.

I przez moment odniosłam wrażenie, że w jego spojrzeniu pojawiło się ciepło, a usta się uchyliły, jakby chciał coś powiedzieć. Ale w następnej chwili ktoś go zaczepił, a cała pozornie przyjazna aura zamieniła się w chłód i uprzedzenie.

– A tak właściwie, gdzie znajduje się ta kawiarnia? – zapytała, odsuwając się lekko od brata i prawdopodobnie innego profesora.

– Obok uniwersytetu. To ta na rogu ulicy. Odwiedziłam ją kiedyś przy okazji wizyty w mieście. Nie za dobrze wspominam ten dzień, ale zdecydowałam się wysłać im CV i mnie przyjęli.

Gdy o tym opowiedziałam, to Laurent dziwnie na mnie spojrzał. Jego siostra jednak nie zwróciła na to uwagi i się odezwała:

– Wybrałaś najlepsze możliwe miejsce. Jest na wyciągnięcie ręki, w dodatku Lau zawsze je zachwala. Nie mogę się doczekać!

Jej entuzjazm i pozytywna energia wywoływały uśmiech na mojej twarzy.

Czy mogłam wymarzyć sobie lepsze rozpoczęcie studiów?

Oczekując na inaugurację, dużo rozmawiałyśmy. Dowiedziałam się, że przez te dwa tygodnie dziewczyna najprawdopodobniej znalazła wymarzone mieszkanie oraz zaprosiła mnie na wspólne meblowanie. Chętnie się zgodziłam. W końcu w trakcie podróży odezwał się Laurent. Oznajmił, że w tym roku ma prowadzić cztery godziny wykładów dla naszego roku. Lecz to by było tyle i swoją wypowiedź zakończył tym, że szczegółów dowiem się na miejscu.

Niecałe trzy godziny później wyszłam z budynku uniwersytetu. Podczas oficjalnego rozpoczęcia zostaliśmy serdecznie powitani oraz przekazano nam kilka ważnych rad. Tuż po wejściu do budynku rozdzieliłam się z Leą i zbliżyłam się do grupy ludzi z wydziału prawa. Poznałam kilka osób, które wydawały się całkiem miłe.

W trakcie trwania przemowy w tłumie złapałam kontakt wzrokowy z Laurentem. A w zasadzie to przyłapałam go na gapieniu się na mnie. Gdy się zorientował, że wyczułam jego wzrok, szybko odwrócił głowę, a na moich ustach pojawił się minimalny uśmiech. Zachowanie mężczyzny wydawało się co najmniej dziwne, ale po raz kolejny przymknęłam na to oko.

Tuż przed zakończeniem zostali nam przedstawieni nasi wykładowcy. Oprócz Laurenta poznałam jego ojca, który – jak się okazało – był tym Gabrielem Ferreirą znanym mi z ważnych rozpraw i wywiadów w telewizji.

I ja niby zakolegowałam się z jego córką?

Gdy tylko przekroczyłam próg kawiarni, wiedziałam, że czeka mnie intensywna zmiana. Nic dziwnego, skoro studenci opuścili uczelnię tak jak ja. Szybko poszłam do pomieszczenia dla pracowników i przebrałam się w obcisłą koszulkę z długimi rękawami, a wokół bioder owinęłam czarny fartuch. Włosy związałam w niski kok i wyszłam, by rozpocząć obsługę klientów.

Podczas pracy nie miałam za wiele czasu na rozmowę ze współpracownikami. Zazwyczaj znajdowała się przestrzeń na dyskusję o mojej przeprowadzce i tym, jak sobie tutaj radziłam. Poznane tu osoby okazały się naprawdę miłe i dbały, bym czuła się komfortowo w pracy. Moje obawy co do odrzucenia przez innych zniknęły po drugim dniu w tym miejscu.

Na początku zajęłam się wyłożeniem ciepłych, pachnących croissantów i innych wypieków. Ten zapach jakby przyciągnął ludzi, bo tuż potem miałam urwanie głowy i latałam od stolika do stolika lub obsługiwałam klientów przy kasie.

Zazwyczaj podczas realizowania zamówień miałam czas, aby zamienić z gośćmi kilka słów. Dziś masowo odbierałam zamówienia, jedynie się do nich uśmiechając i życząc im miłego dnia.

Po dwóch godzinach intensywnej pracy ruch w kawiarni nieco się zmniejszył. Pozwoliłam sobie na chwilę przerwy, by wypić kawę i przejrzeć media. Zamieniłam też kilka zdań z Leą.

Lea:

Przepraszam, że nie mogłam wpaść po rozpoczęciu. Rodzice napisali mi, że jedziemy dziś wybrać meble i wyposażenie do kuchni, a później mamy wspólny obiad. Jak u Ciebie?

Lilla:

Nie martw się, dziś mam takie urwanie głowy, że nawet nie byłoby czasu, aby porozmawiać. Samo rozpoczęcie w miarę spokojnie, ludzie tam też wydają się w porządku. Dziwnie mi z myślą, że trafię pod skrzydła Twojego brata i taty. Muszę zaraz wracać do pracy. Ale zanim pójdę, to liczę na zdjęcia ze sklepu. Powodzenia.

Lea:

Właśnie siedzę z tatą i opowiadam mu o Tobie. Nie obawiaj się go, choć wiedz, że jest naprawdę wymagający. Jak będę w sklepie, to zostaniesz zasypana zdjęciami. Przyjemnej pracy.

Na to już nie odpowiedziałam, tylko wyłączyłam telefon. Włożyłam go do kieszeni fartuszka i skierowałam się ku wyjściu z pomieszczenia. Podczas mojej krótkiej nieobecności na niebie pojawiły się chmury, powodując, że w budynku zrobiło się znacznie ciemniej. Zapaliłam dodatkowe lampki i zajęłam miejsce przy kasie, by znowu zacząć obsługiwać ludzi. Tym razem jednak było zdecydowanie swobodniej i pozwoliłam sobie na rozmowy z niektórymi z nich.

Wymieniałam papier do wydruku paragonu, gdy przyszedł kolejny klient. Poprosiłam o sekundę cierpliwości i gdy skończyłam, odwróciłam się i skierowałam wzrok na gościa.

A nim okazał się Laurent.

Teraz nie wiedziałam, czy powinnam mówić Laurent, czy pan profesor.

Przeszło mi przez myśl, żeby zwrócić się do niego na ty, lecz szybko wybiłam to sobie z głowy, ponieważ nigdy nie rozmawialiśmy sam na sam i nie przeszliśmy na ty. Nie chciałam też podkreślać, że jest moim wykładowcą, więc zdecydowałam się potraktować go jak zwykłego klienta.

– Dzień dobry, czy mogę przyjąć zamówienie? – Uśmiechnęłam się delikatnie.

– Dzień dobry. Dużą czarną kawę poproszę – odezwał się łagodnym tonem, skanując spojrzeniem moją twarz i sylwetkę.

Gdy wklepywałam do systemu zamówienie, zapadła pomiędzy nami niezręczna cisza. Czułam na sobie jego wzrok, w żaden sposób tego jednak nie skomentowałam.

– Czy życzy pan sobie coś jeszcze? – zapytałam, unosząc oczy zza kasy na ladzie.

– Nie, to wszystko – oznajmił poważnie.

– Będzie na miejscu czy na wynos? – zadałam kolejne pytanie, choć nie obdarzyłam mężczyzny uśmiechem jak wcześniej.

– Na miejscu, poproszę – oświadczył, a ja zaproponowałam mu zajęcie miejsca i zaczęłam przygotowywać napój.