Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
25 osób interesuje się tą książką
W Los Angeles ludzie znikają bez śladu. I nikt nie zadaje pytań.
Terrence „Trouble” Rubble jest włóczęgą o dobrych intencjach i wyjątkowo złym szczęściu. Gdy trafia na brutalny napad, nie potrafi odwrócić wzroku. Ratuje młodą kobietę przed śmiercią, ale zanim ofiara traci przytomność, szepcze mu do ucha jedno słowo.
To słowo otwiera drzwi do spisku, którego trop prowadzi w najciemniejsze zakamarki miasta. Znikają ci, o których nikt się nie upomina. Milczą media, milczą służby, a ludzie mający władzę zrobią wszystko, by prawda nigdy nie wyszła na jaw.
Trouble wie tylko jedno: jeśli zacznie grzebać zbyt głęboko, ktoś będzie chciał go uciszyć na zawsze.
Czym naprawdę są Death Dealers? I ilu ludzi musi jeszcze zginąć, zanim Los Angeles usłyszy prawdę?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 400
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TROUBLE
CZĘŚĆ DWA
Handlarze śmiercią
Tytuł oryginalny: The Death Dealers
Autor: Matthew Doggett
Korekta: Cowper Author Services
© Copyright by Matthew Doggett, 2022 USA
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Cowper Publishing, Berlin 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana bez pisemnej zgody właściciela praw.
Wydanie I Berlin 2026
Wydawnictwo Cowper Publishing
ISBN 978-3-912281-54-5
Pistolet był ciężki; przy każdym kroku ściągał w dół dużą przednią kieszeń bluzy z kapturem. Choć dłonie i tak miał już mokre od nocnego upału i ciężaru tego, co miał zrobić, Raymundo wepchnął je do tej kieszeni, zacisnął obie dłonie na broni i ruszył dalej, kuśtykając po spękanym chodniku.
Ból nogi tej nocy nie dokuczał aż tak bardzo — może przez adrenalinę, która zdążyła już w nim wezbrać — ale ból głowy rozkręcił się na dobre. Orteza ciasno obejmowała nogę i nie pozwalała mu jej zgiąć. Na potworny ból głowy nie miał jednak nic równie poręcznego. Ani na koszmarne myśli, które nie przestawały krążyć mu po głowie. Zanim wyszedł w noc, połknął garść dostępnych bez recepty tabletek przeciwbólowych, bo chciał mieć możliwie jasną głowę; chciał działać szybko i bez wahania, gdy przyjdzie użyć pistoletu.
Gdy przesuwał prawym kciukiem po bezpieczniku Hi-Pointa C9, czuł się pewniej. W myślach przećwiczył sekwencję ruchów, które będzie musiał wykonać: podejść na tyle blisko, żeby potwierdzić cel, kciukiem odbezpieczyć broń, wyjąć ją z kieszeni, wycelować, wsuwając palec w kabłąk spustowy, a potem nacisnąć spust. Pięć kroków, powtarzał sobie. Tylko pięć. Nabój tkwił już w komorze taniego dziewięciomilimetrowego pistoletu, więc wystarczyło przesunąć bezpiecznik w dół, żeby broń była gotowa do strzału.
Wydał sporą część tego, co mu zostało, na taksówkę do odludnego miejsca, żeby wypróbować broń. Nie chciał niczego zostawiać przypadkowi.
Na skrzyżowaniu skręcił w prawo i zobaczył restaurację. Był to lokal z tacos — prawdziwy, należący do ludzi z Meksyku. Znał właścicieli po imieniu. Byli imigrantami, tak jak on. Lokal był czynny do północy, jeszcze przez godzinę. Wiedział jednak, że o tej porze ruch zamiera. To było ważne.
Dokuśtykał pod restaurację. W środku zobaczył latynoską parę przy stoliku i dwoje pracowników. Nie wszedł. Zamiast tego skierował się na skraj parkingu, gdzie mur z pustaków oddzielał lokal z tacos od sąsiedniej pralni samoobsługowej. Przy murze było ciemno. Ani pomarańczowa poświata pobliskiej latarni, ani żółty blask z wnętrza restauracji nie docierały do tego miejsca.
Stał tam, w ciemności, i czekał. Ślina napłynęła mu do ust; z nerwów zbierało mu się na wymioty. Przełknął ją, ale gardło miał dziwnie obce. Jakby nie potrafił normalnie przełykać. Jakby ciało odmawiało posłuszeństwa. Ból nogi i ból głowy plątały mu myśli. Zmuszał się, by pamiętać o pięciu krokach. I o tym, dlaczego musiał to zrobić.
Po kilku długich minutach usłyszał chrzęst opon i niski pomruk potężnego silnika, który pracował daleko poniżej swoich możliwości. Spojrzał na drogę za murem z pustaków i zobaczył, jak wyłonił się przód radiowozu. Gdy pojazd powoli przetaczał się obok muru, na jego boku ukazał się emblemat Departamentu Szeryfa Hrabstwa Los Angeles. Raymundo przełknął z trudem, wodząc wzrokiem za samochodem skręcającym na parking lokalu z tacos.
Widział w środku dwie osoby — dwóch zastępców szeryfa — choć było zbyt ciemno, by dostrzec szczegóły. Kiedy kierowca zatrzymał radiowóz, Raymundo zrobił krok naprzód i spoconym kciukiem odbezpieczył pistolet. Już wyprzedzał własny plan, wykonywał kroki w złej kolejności. Ale gdy serce zaczęło ogłuszająco dudnić mu w uszach, zrozumiał, że jest za późno, by cokolwiek zmienić. O wiele za późno.
Drzwi do restauracji znajdowały się po przeciwnej stronie radiowozu niż Raymundo, więc obszedł auto od tyłu, gdy obaj zastępcy wysiadali. Kierowca zamknął drzwi i wtedy dostrzegł Raymunda. To był on. Choć Raymundo nigdy nie widział go osobiście, tej twarzy nie zapomniałby nigdy. Nie mógłby jej zapomnieć. Dopóki żył. Zastępca szeryfa Schlosser.
Na szerokiej twarzy Schlossera nie było cienia rozpoznania. Oczywiście, że nie. Raymundo znał Schlossera — a przynajmniej miał takie wrażenie. Schlosser jednak nie znał Raymunda. Różowawa, jakby opuchnięta skóra Schlossera lśniła tłusto w świetle restauracji. Krótkie, przerzedzone włosy miał ścięte na płasko i utrwalone jakimś żelem. Raymunda wciąż dzieliło od niego dobre cztery i pół metra, ale zastępca natychmiast spiął się czujnie i położył dłoń na broni w kaburze.
Raymundo odwrócił wzrok, udając, że idzie do restauracji. Z każdym krokiem zastanawiał się, czy zastępca go przejrzy. Czy zobaczy, co kłębi mu się w głowie. Spodziewał się, że zastępca wyciągnie broń i go zastrzeli. A może po prostu na to liczył.
— Hej — zawołał drugi zastępca, wychodząc przed radiowóz.
Raymundo zatrzymał się i odwrócił. — Tak? — powiedział. Usta miał teraz suche, a dłonie trzęsły mu się, zaciśnięte na broni w dużej przedniej kieszeni bluzy.
— Dobre tu jedzenie? — zapytał drugi zastępca.
— Słucham? — powiedział Raymundo, robiąc kolejny krok w stronę Schlossera, gdy drugi zastępca ruszył wzdłuż przedniego błotnika radiowozu.
— Często tu jadasz? — zapytał zastępca. — Kolega z pracy polecał. Mówił, że to najlepsza knajpa z tacos w Los Angeles.
Raymundo był teraz niecałe dwa metry od Schlossera, gdy wyjął pistolet z kieszeni bluzy i wymierzył mu w głowę. Małe oczy mężczyzny zrobiły się wielkie. Raymundo spojrzał w nie tylko przez moment, po czym nacisnął spust. Pocisk przebił czaszkę Schlossera tuż nad lewym okiem i pod takim kątem, że rozerwał na zewnątrz górną lewą część czaszki.
Raymundo podszedł bliżej i strzelił do Schlossera jeszcze dwa razy, kiedy ten leżał już na ziemi. Drugi zastępca sięgnął po broń i od razu rzucił się do ucieczki, ku osłonie za samochodem.
Raymundo wpatrywał się w to, co zrobił, ledwie rejestrując krzyki dobiegające z restauracji. Szybko zrozumiał, że to wszystko było na nic. Jak mógł być tak głupi? Nikogo nie dało się ocalić. Jego samego najmniej.
Poczuł miażdżący ogrom systemu, który miał zaraz runąć na niego jak lawina. Myśli pognały mu w panice, szukając jakiegokolwiek wyjścia. Czegoś, czego nie było. Krew i strzępy mózgu zastępcy Schlossera odcinały się od brudnego asfaltu, niemożliwie jaskrawe w pomarańczowo-żółtym świetle. I nagle nie miał już wątpliwości, co musi zrobić. Ta myśl przesłoniła wszystko inne, jakby była nieunikniona. Niosła ulgę swoją mroczną ostatecznością.
Zastępca, teraz ukryty za radiowozem, mówił coś przez radio głosem cienkim ze strachu. Raymundo nie chciał na niego czekać. Nie mógł na niego czekać. Przyłożył pistolet do własnej skroni, zmówił szybką, bezgłośną modlitwę i nacisnął spust.
Coś w tym ledwie uchwyconym ruchu przykuło uwagę Trouble’a i obudziło w nim głęboki, instynktowny odruch. Odwrócił głowę, żeby spojrzeć w boczną mieszkalną uliczkę, którą właśnie mijał na motocyklu. Mignęło mu to tak szybko, że umysł potrzebował chwili, by przebiec przez możliwe wersje tego, co zobaczył.
Mężczyzna unosił wysoko ramię, trzymając coś w dłoni, a ułożenie ręki zasłaniało Trouble’owi jego twarz. Grał w coś? Może rzucał piłkę? Albo odbijał tę, którą ktoś rzucił w jego stronę?
Nie. Kąt się nie zgadzał. Chyba że uderzał piłkę prosto w ziemię. A Trouble nigdy nie słyszał o takiej grze.
W tym ruchu było coś, co kojarzyło się z przemocą — a przemoc Trouble znał aż za dobrze. Przez krótką chwilę wydawało mu się, że ruchowi towarzyszył dźwięk, ledwie słyszalny spod dudnienia rzędowego dwucylindrowca. Stęknięcie, pomyślał. Albo gwałtowny wdech. A może po prostu dopowiadał sobie resztę, próbując z brakujących fragmentów złożyć pełny obraz.
Odtworzył to sobie szybko w głowie, niemal nieświadomie, składając wszystko w mgnieniu oka — szybciej nawet niż trwało tamto półsekundowe spojrzenie. I wtedy zaskoczyło. Mężczyzna uderzał z góry w kogoś leżącego na ziemi; w dłoni miał łyżkę do opon. Może klucz do kół. A z boku stali inni? Przyglądali się?
Trouble rozważał, czy nie jechać dalej, ale im dłużej o tym myślał, tym wyraźniej docierało do niego, że postać na ziemi — jeśli ktoś tam rzeczywiście leżał — najprawdopodobniej była dzieckiem.
Zanim minął dwie przecznice za tamtą ulicą, zdecydował, że zawróci. Sprawdził lusterka, skręcił w następną ulicę po prawej i zrobił ciasne kółko, żeby wyjechać z niej w lewo, z powrotem na główną. W Los Angeles była noc, a w tej części miasta ruch nie był duży. Przynajmniej jak na Los Angeles, co oznaczało, że i tak musiał poczekać na lukę, żeby skręcić w lewo. Kiedy wreszcie ją znalazł, dodał gazu i pokonał te dwie przecznice dwa razy szybciej niż przedtem.
Skręcił w tamtą ulicę i natychmiast zobaczył, że miał rację. No, prawie rację.
Zobaczył trzech mężczyzn. Wszyscy mieli na sobie dżinsy, kurtki z kapturem i czarne kominiarki. Dwie kurtki były czarne, trzecia niebieska. Z daleka wyglądało, jakby cała trójka miała lateksowe rękawiczki. Wszyscy trzej przerwali to, co robili, i spojrzeli na Trouble’a, gdy warkot motocykla wlał się w ulicę. Dobrze. Nie bili już leżącego na ziemi dziecka — tyle że to nie było dziecko. To była kobieta. Wyjątkowo drobna, dlatego mózg Trouble’a, mając do dyspozycji tylko strzępy informacji, uznał ją za dziecko.
Nie wiedział, czy kobieta żyje, i nie zamierzał popełnić błędu polegającego na poświęceniu jej całej uwagi, żeby to sprawdzić. Zamiast tego szybko omiótł mężczyzn wzrokiem w poszukiwaniu broni, przeliczając swoje szanse. W kieszeni skórzanej kurtki miał załadowanego Sig Sauera P220, a drugi pistolet kalibru .45 ACP — w jednej z sakw. Po dziewięć naboi w każdym.
Nie wyglądało jednak, żeby ci ludzie byli uzbrojeni w coś więcej niż ręczne narzędzia. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Jedyną widoczną bronią była czarna łyżka do opon w dłoni faceta w niebieskiej kurtce. Trouble zwolnił, podjeżdżając bliżej; silnik motocykla ciężko dudnił pod nim. Patrzył na nich tak, jakby był tylko facetem, który akurat tędy przejeżdżał. Tyle że zwykły przejezdny pod ich twardymi spojrzeniami niewątpliwie odwróciłby wzrok w geście uległości. Trouble go nie odwrócił. Chciał zobaczyć, co zrobią. Najlepiej, gdyby uciekli.
Ale nie uciekli.
Ich głowy odwróciły się jednocześnie, gdy Trouble przejeżdżał obok z prędkością piętnastu kilometrów na godzinę. Przy ulicy stały parterowe domy w stylu ranczo, zbudowane w latach pięćdziesiątych albo sześćdziesiątych. W wielu ogródkach nie było już trawników, tylko płaty gołej ziemi, z których wyrastały chwasty. Te, które trawniki miały, porastała chorobliwie żółta trawa. Kilka samochodów stało przy krawężniku, kilka na podjazdach. Trzej zamaskowani mężczyźni i pobita kobieta znajdowali się przed brązowo-beżowym domem z ciemnymi oknami. Zajmowali jakieś dwadzieścia metrów między dwoma pojazdami: srebrnym SUV-em Chevroleta z przodu i starym sedanem Saturna z tyłu.
Trouble zatrzymał się tuż przed SUV-em, zaparkował motocykl i wyszedł na środek ulicy, kierując się z powrotem w stronę miejsca napaści. Trzej zamaskowani mężczyźni odsunęli się od krawężnika i stanęli przed zakrwawioną kobietą. Zasłonili ją sobą, jakby bali się, że Trouble sam chce ją pobić. To nasze bicie, mówiły ich ciała. A może po prostu nie chcieli, żeby dobrze się jej przyjrzał.
— Czego, kurwa, chcesz? — powiedział facet w niebieskiej kurtce, niedbale trzymając zakrwawioną łyżkę do opon przy boku. Stał na czele płytkiego trójkąta, z dwoma ludźmi w czarnych kurtkach nieco z tyłu i po bokach. Był wielki. Szeroki, wysoki, ciężki. Trouble, który miał około metra osiemdziesiąt osiem, ocenił go na metr dziewięćdziesiąt pięć, może dziewięćdziesiąt osiem. Może miał lekką nadwagę, ale głównie były to mięśnie. Spokojnie ze sto trzydzieści pięć kilo.
— Zdziwiłbyś się, gdybym powiedział, że chcę, żebyście przestali bić tę kobietę? — zapytał Trouble, zatrzymując się jakieś trzy metry od faceta w niebieskiej kurtce. Nawet pod luźnymi kurtkami i dżinsami tamtych dwóch widział, że nie byli mali. Mieli pod ubraniem trochę masy. Po prostu nie tyle, co ich ewidentny przywódca.
Ten w niebieskiej kurtce cmoknął przez zęby. — Stary, wypierdalaj stąd, bo cię rozjebiemy — powiedział z chicanowskim akcentem, takim, jakim mówili niektórzy Latynosi z Los Angeles. Dziwne, bo pierwsze zdanie zabrzmiało inaczej. Trouble’owi zabrzmiało to jak zwykły biały facet z Zachodniego Wybrzeża.
— Co ona w ogóle zrobiła? — zapytał Trouble, ignorując polecenie. — Czy po prostu nie lubisz kobiet?
— Nie słyszałeś, co powiedziałem, białasie? Pilnuj swojego nosa albo będziesz miał przejebane. — Wciąż ten sam akcent. Dwaj pozostali spojrzeli po sobie za plecami prowodyra. Trouble wytrącał ich z równowagi. Nie byli przyzwyczajeni, że ktoś im się stawia. Wyglądało na to, że im się to nie podoba.
— Nigdzie się nie wybieram. I już zadzwoniłem na policję — powiedział Trouble, do prawdy dodając kłamstwo. — Więc róbcie, co musicie. Ja tu jestem.
Facet w niebieskiej kurtce zaśmiał się bez cienia humoru, po czym zrobił krok w stronę Trouble’a. Trouble spiął się, gotów do walki. Jeden z mężczyzn za tamtym sięgnął do przodu i złapał go za ramię dłonią w lateksowej rękawiczce.
Przez chwilę szeptali między sobą, potem spojrzeli na kobietę. Nie poruszyła się od momentu, gdy Trouble podjechał, a z tej odległości nie mógł stwierdzić, czy wciąż oddycha. Podejrzewał, że nie.
Wyglądało na to, że doszli do porozumienia. Dwaj faceci w czarnych kurtkach odsunęli się od kobiety i ruszyli w stronę SUV-a. Ten w niebieskiej kurtce stał jeszcze przez sekundę, patrząc na nią z góry. Zanim Trouble zdążył cokolwiek zrobić, uderzył ją w głowę łyżką do opon. Odgłos był odrażająco mokry i głuchy. — Jebana suka — powiedział.
Trouble miał już w dłoni odbezpieczoną czterdziestkę piątkę, zanim tamten się odwrócił. — Odsuń się od niej, bo dostaniesz kulę w klatę — powiedział. — Jebana suka — dodał i dopiero wtedy dotarło do niego, że jest naprawdę, do głębi wściekły. W głowie szalała szybka, brudna kalkulacja: zabić tego typa i wiać. Ale żeby sprawa nie wróciła i go nie pogrążyła, musiałby zabić też tamtych dwóch. A to było za wiele, nawet dla niego, choć jego furia uważała w tej chwili, że to najlepszy pomysł na świecie.
Facet w niebieskiej kurtce uniósł ręce i odsunął się od niej, tak jak kazał Trouble. Dwaj pozostali próbowali podkraść się w stronę SUV-a, ale na to nie mógł pozwolić. Z tego, co wiedział, mogli mieć w środku broń samopowtarzalną. Szybko zmienił pozycję, żeby łatwiej trzymać wszystkich trzech na muszce. — O was dwóch nie zapomniałem — powiedział. Tamci dwaj podnieśli ręce.
Wiedział, że musi wezwać policję, i kusiło go, żeby trzymać ich na muszce, dopóki tego nie zrobi. Ale Trouble był poszukiwany w co najmniej jednym stanie i nie miał pewności, czy w Kalifornii nie wystawiono za nim nakazu. Wybrał najlepszą z gównianych opcji: przegnać ich stąd, zadzwonić pod 911 i zniknąć. Widział już, że SUV nie ma tablic rejestracyjnych, ale miał pomysł, jak policja mogłaby go zidentyfikować.
— Zrobicie tak — powiedział Trouble. — Wsiądziecie… — Urwał, gdy światła reflektorów zalały mu plecy. Za nim w ulicę skręcił samochód. Kurwa. Po dźwięku poznał, że to nie radiowóz. Nie brzmiał na zadbany; amortyzatory jęczały, a części grzechotały przy skręcie. Trouble uznał, że to sedan. I po chwili okazało się, że miał rację.
Stary, kanciasty sedan potoczył się powoli i zrównał się z Trouble’em, zanim kierowca najwyraźniej zorientował się, co się dzieje. Trouble wciąż patrzył na zamaskowanych mężczyzn, a samochód obserwował kątem oka. Kierowca depnął na gaz, pomknął ulicą i skręcił w prawo na skrzyżowaniu ćwierć mili dalej.
Policja mogła zjawić się lada chwila. A Trouble musiał zniknąć. Zrobił, co miał zrobić.
— Dobra — powiedział. — Teraz będzie tak. Wsiądziecie do swojego Chevy i odjedziecie. A ja będę trzymał waszego kolegę na muszce, dopóki tego nie zrobicie. Jeśli ktoś wykona ruch, który mi się nie spodoba, zabiję go, a potem spróbuję szczęścia z wami. Zrozumiano?
Żaden z mężczyzn nic nie powiedział.
— Albo mogę was wszystkich zastrzelić tu i teraz. I właśnie to zrobię, jeśli nie usłyszę twierdzącej odpowiedzi.
— Tak, rozumiemy — powiedział jeden z tych w czarnych kurtkach. Bez udawanego akcentu. Brzmiał jak Kalifornijczyk.
Drugi w czarnej kurtce też powiedział, że rozumie. Ten w niebieskiej tylko skinął głową.
— Rzuć łyżkę do opon — polecił mu Trouble.
Rzucił.
— Dobra. Kto prowadzi?
— Ja — powiedział ten w niebieskiej kurtce.
— Dobrze. Wsiadasz pierwszy, a twoi kumple zostają tam, gdzie ich widzę. Potem oni mogą wsiąść, a wy, dupki, możecie odjechać. I tyle. Teraz ruszaj, ale ręce trzymaj w górze.
Trouble przesuwał się bokiem, gdy facet w niebieskiej kurtce ruszył w stronę Chevroleta, mijając po drodze dwóch kumpli. Trouble znów zmienił kąt, pilnując, by trzymać się na tyle daleko, żeby nie dopuścić do ataku, i na tyle blisko, żeby móc celnie strzelać. Facet wsiadł na miejsce kierowcy SUV-a i bez polecenia położył ręce na kierownicy. Boczne okno od strony kierowcy było już opuszczone, co ułatwiało sprawę. Z bronią wciąż wycelowaną w kierowcę Trouble podszedł odrobinę bliżej, po czym kazał pozostałym dwóm wsiadać. Powoli.
Obserwował ich, szybko przerzucając wzrok po całej trójce, gdy kazał dwóm pozostałym wsiąść na tylne siedzenie przez tylne drzwi po stronie kierowcy. Kiedy byli już w środku, pozwolił temu w niebieskiej kurtce uruchomić silnik. Kluczyki tkwiły w stacyjce.
— Masz przesrane — powiedział kierowca, wrzucając bieg i znów brzmiąc jak biały facet z Kalifornii.
— Jeśli tkniesz mój motocykl, wpakuję w ciebie cały magazynek — powiedział Trouble, wiedząc, że maszyna zaparkowana tuż przed nim będzie kuszącym celem dla takiego dupka jak ten ukryty za kominiarką.
SUV odjechał od krawężnika, a Trouble przeszedł z nim kilka kroków, trzymając lufę pistoletu wycelowaną w głowę kierowcy. Kiedy tył przestrzeni bagażowej znalazł się dokładnie naprzeciw niego, przeniósł lufę i oddał trzy szybkie strzały w tylny boczny panel po stronie kierowcy, tuż pod szybą. Pojazd wyrwał ulicą, dokładnie tak, jak Trouble miał nadzieję.
Gdy tylne światła zniknęły za rogiem, Trouble podbiegł do kobiety i pochylił się, przykładając dwa palce do jej szyi, żeby wyczuć puls. Był, ale słaby. Twarz miała tak spuchniętą i porozcinaną, że trudno mu było wyobrazić sobie, jak wyglądała wcześniej. Wiedział tylko, że była drobna, czarnoskóra i o krok od śmierci. Prawe przedramię wyglądało na złamane — bez wątpienia uraz obronny — a czaszkę prawdopodobnie miała pękniętą w kilku miejscach.
Trouble wyciągnął telefon lewą ręką; nie chciał odkładać pistoletu. Już miał wybrać 911, gdy kobieta poruszyła się i odwróciła głowę. Jedno szkliste oko wyjrzało spomiędzy opuchniętych powiek.
— Sprowadzę ci pomoc — powiedział Trouble. — Dzwonię po karetkę. Tylko się nie ruszaj.
Oko uciekło gdzieś na bok, po czym znów zatrzymało się na nim. Wargi kobiety poruszyły się. Coś mówiła. Trouble pochylił się, zbliżając ucho do jej ust.
— caldera — wyszeptała. — caldera.
Trouble skinął głową.
— Dobra — powiedział. — Ale nie wiem, co to znaczy.
Dźwięk ryczącego silnika przykuł uwagę Trouble’a. Szybko chwycił kobietę pod pachy i odciągnął ją za osłonę pobliskiego Saturna. Strzały rozległy się dokładnie wtedy, gdy wciągał ją za samochód. Usłyszał pięć szybkich wystrzałów; trzy głucho uderzyły w karoserię. Telefon wciąż trzymał w lewej ręce, pistolet w prawej. Srebrny SUV jechał dalej ze zgaszonymi światłami. Trouble wstał i wycelował broń, ale nie strzelił. Nie chciał ryzykować, że zabłąkana kula trafi w któryś z domów albo w samochód na przecznicy. Patrzył, jak SUV znika za rogiem.
Wrócił do kobiety i uklęknął obok, mając nadzieję, że nie pogorszył jej stanu, kiedy ją ruszył. Odetchnął z ulgą, gdy sprawdził, czy nie ma ran postrzałowych, i żadnej nie znalazł.
Przez kilka długich chwil siedział obok niej i obserwował ulicę na wypadek, gdyby wrócili.
Oczy kobiety były już zamknięte. Zastanawiał się, co próbowała mu powiedzieć tym jednym słowem. Nie miał pojęcia.
Trouble zadzwonił pod 911 z telefonu na kartę. Wiedział, że będzie musiał się go pozbyć i załatwić nowy, ale to było drobne zmartwienie. Rozmowa trwała krótko, bo tak właśnie chciał. Im dłużej wisiał na linii, tym większa była szansa, że wplącze się w tę sytuację bardziej, niż by chciał. Nie znał tej kobiety. Nie znał też skurwieli, którzy jej to zrobili. Owszem, źle się z tym czuł, ale następnego dnia miał spotkanie w Meksyku i nie chciał go przegapić.
Trouble podał dyżurnemu 911 adres, prawdopodobne obrażenia kobiety i informację, że trzej mężczyźni, którzy to zrobili, jechali srebrnym SUV-em Chevroleta z trzema dziurami po kulach w lewym tylnym błotniku. Potem się rozłączył, gdy dyżurny był w połowie pytania o jego dane.
Rzucił ostatnie spojrzenie na kobietę, po czym podbiegł do maszyny, żeby się stamtąd zmyć. Kiedy wsiadał na Triumpha, zauważył sylwetki w otwartych drzwiach. Teraz, kiedy było po wszystkim, ludzie zrobili się ciekawi. I pewnie podadzą policji jego rysopis.
Wielu z nich pewnie słyszało lub widziało, co się dzieje, ale postanowili nic nie robić. Takie było Los Angeles. Albo każde większe amerykańskie miasto. Może każde miasto na świecie. Ludzie woleli chować głowy, kiedy ich pomoc była najbardziej potrzebna. Ale teraz, kiedy został tylko Trouble, który próbował pomóc, wylazili z domów, żeby zagrać grzecznych świadków.
Trouble pokręcił głową, podkręcił gaz, wrzucił bieg i ruszył ulicą. Skręcił w lewo, planując przejechać kilka przecznic przez osiedle, zanim znów skręci w lewo na główną ulicę, którą jechał, gdy zobaczył napaść. Potem mógłby ruszyć dalej.
Ale — jak zwykle przy zasranym pechu Trouble’a — nie dostał szansy. Gdy tylko skręcił w lewo, zobaczył radiowóz pędzący ku niemu z włączonymi światłami, ale bez syreny. Wóz był jakieś sto jardów dalej i szybko się zbliżał. Bez wątpienia odpowiadał na wezwanie Trouble’a pod 911 — a może innego dobrego samarytanina. Motocyklista nie mógł zrobić nic innego — jechać dalej i starać się wyglądać i zachowywać normalnie. Zawrócić? Na pewno zwróciłby na siebie uwagę. A zanim dotarłby do następnego skrzyżowania, radiowóz już by go dopadł. Więc patrzył przed siebie i trzymał odrobinę powyżej dwudziestu pięciu mil na godzinę.
Miał nadzieję, kiedy dystans malał. Ale nie zdziwił się, gdy w ostatniej chwili nos radiowozu skręcił w lewo i zablokował drogę.
— Kurwa mać — mruknął Trouble, zatrzymując się i zjeżdżając blisko krawężnika. Opuścił podpórkę piętą i miał nadzieję, że ktokolwiek siedzi w wozie, okaże się profesjonalistą, a nie jakimś nadgorliwym dupkiem w glanach.
Drzwi pasażera radiowozu otworzyły się i wysiadł z nich młody mężczyzna w beżowej koszuli mundurowej. Po nienaturalnie wypukłym przodzie koszuli Trouble poznał, że facet ma pod spodem kamizelkę kuloodporną. W prześwicie między otwartymi drzwiami a karoserią pojawił się pistolet, a za przyrządami celowniczymi ustawiła się opalona twarz mężczyzny.
— Wiem — powiedział Trouble, unosząc ręce.
— Odsuń się od motocykla — powiedział funkcjonariusz. Po drugiej stronie samochodu kierowca też już wysiadł i mierzył do Trouble’a z broni służbowej ponad dachem wozu. Ten wyglądał na nieco starszego i znacznie mniej nakręconego.
Trouble zszedł z motocykla, wciąż z rękami w górze.
— Panowie, słyszycie mnie? — zawołał tak głośno, jak się odważył.
— Zamknij się i na ziemię — powiedział pasażer. — Twarzą w dół.
— Zakładam, że mnie słyszycie, bo muszę wam coś ważnego powiedzieć — odparł Trouble, klękając.
— Powiedziałem, zamknij—
— Słyszę cię — powiedział kierowca. — O co chodzi?
— Mam broń w kieszeni kurtki, tutaj — powiedział Trouble, wskazując kieszeń podbródkiem. — I drugą w prawej sakwie motocykla.
— No proszę — powiedział kierowca. — Słyszałeś? Facet ma dwa gnaty. I jest na tyle miły, że nam o nich mówi.
— To wciąż mam się położyć na brzuchu? — zapytał Trouble.
— Tak — powiedział kierowca.
Trouble zrobił, jak mu kazano. Młodszy podszedł, przyklęknął mu na plecach i założył mu kajdanki. Obaj funkcjonariusze podnieśli Trouble’a na nogi i przyprowadzili go do radiowozu, opierając go o karoserię. Kiedy już go ustawili, młodszy funkcjonariusz wyciągnął laminowaną kartę i odczytał z niej Trouble’owi prawa, pilnując, żeby odczytać je słowo w słowo, choć pewnie potrafiłby wyrecytować je z pamięci.
Młodszy funkcjonariusz zapytał potem Trouble’a, czy ma w kieszeniach coś ostrego, a starszy odszedł na bok i mówił do radia, informując dyspozytornię, że zatrzymują podejrzanego.
— Broń to najniebezpieczniejsza rzecz, jaką mam przy sobie — powiedział Trouble. — I jest załadowana. Bezpiecznik włączony, ale i tak wolałbym nie oberwać z własnej broni. Więc proszę, ostrożnie z nią.
Młody funkcjonariusz wyjął pistolet, a wraz z nim portfel Trouble’a, telefon, jednorazową zapalniczkę i trochę drobnych, które miał przy sobie. Trouble pomyślał, żeby powiedzieć im o kobiecie, ale wiedział, że nie zostawią go, żeby się nią zająć. Policja tak nie działa. Poza tym od strony głównej drogi dochodził zbliżający się dźwięk syreny. Uznał, że to karetka.
Aresztowanie przebiegło dość standardowo. Trouble nie powiedział nic o tej wpadce z trzema zamaskowanymi typami. W zasadzie nie odezwał się już po tym, jak powiedział im o broni i upewnił się, że nie oberwie, kiedy ją z niego wyjmowali.
Nie wiedział dokładnie, ile groziło mu za noszenie niezarejestrowanej i ukrytej broni palnej bez pozwolenia, ale podejrzewał, że co najmniej kilka lat. W dorosłym życiu nie miał szczególnie bogatej kartoteki, lecz jego przestępstwa z czasów nieletnich pewnie same w sobie biły rekordy, a nigdy nie zadał sobie trudu, żeby wystąpić o ich zatarcie. Oparł się o siedzenie i próbował nie myśleć o młocarni, w którą zaraz miał zostać wrzucony, znanej jako Amerykański System Wymiaru Sprawiedliwości.
Kiedy prowadzili go na tylne siedzenie radiowozu, zauważył oznaczenie Compton Sheriff. Wywnioskował więc, że jest w Compton. Choć znał Los Angeles dobrze, nie znał go aż tak dobrze. Wokół LA było mnóstwo małych miejscowości, z których każda miała własną policję albo podlegała Departamentowi Szeryfa Hrabstwa Los Angeles.
Po kilku minutach podjechał kolejny radiowóz i zatrzymał się obok tego, w którym siedział Trouble. To również był wóz z oznaczeniem Compton Sheriff, a dwaj funkcjonariusze wysiedli, żeby pogadać z kolegami. Tylna szyba w radiowozie Trouble’a była uchylona, pewnie dlatego, że w środku śmierdziało, jakby ktoś niedawno zwymiotował. Dzięki temu słyszał strzępy rozmowy, gdy funkcjonariusze stali, blokując ulicę i nie spiesząc się z odjazdem.
Słuchając ich paplaniny, Trouble dowiedział się, że dwaj, którzy go aresztowali, to Slaughton i Beischel. Slaughton był kierowcą, a Beischel tym młodszym; Trouble uznał, że chłopak chętnie zdeptałby mu twarz, gdyby w pobliżu nie było starszego. Ale „starszy” to rzecz względna. Trouble szacował Slaughtona na mniej więcej swój wiek, może trochę więcej, okolice trzydziestu pięciu lat. Młodszy wyglądał na faceta tuż po dwudziestce.
Dwaj pozostali gliniarze, z których nazwisko tylko jednego wychwycił, najwyraźniej przyjechali z dalszej części drogi. Dwóch z czterech mężczyzn stało plecami do Trouble’a, a dwóch twarzą w jego stronę, więc słyszał tylko urywki rozmowy. Ale najbardziej interesowało go to, czy kobieta przeżyje.
— Jak wyglądała? — zapytał Slaughton jednego z pozostałych funkcjonariuszy z patrolu, tego, którego nazwiska Trouble nie usłyszał.
Gliniarz pokręcił głową, pochylił się z kciukami zatkniętymi za pas i splunął na asfalt.
— Nie najlepiej. Ktoś ją nieźle urządził.
— Zgwałcili ją? — zapytał głośno Beischel, oglądając się przez ramię na Trouble’a.
— Nie, nic takiego — powiedział ten drugi. Wyglądał na najstarszego z grupy, miał jakieś czterdzieści lat. Gruby kark wylewał mu się znad wyprasowanego beżowego kołnierzyka munduru, a dłonie — z ciasnych rękawów. Trouble pomyślał, że wygląda to niewygodnie, ale facet zdawał się tym nie przejmować. Miał cienkie, brązowe włosy, krótko ostrzyżone i zaczesane z przedziałkiem na lewo. — Pobili ją pieprzoną łyżką do opon. Czaszkę ma chyba pękniętą. Ale świadkowie mówią, że ten koleś próbował to przerwać — dodał, wysuwając tępy podbródek w stronę Trouble’a.
To była ulga. Nie oskarżą go o usiłowanie zabójstwa ani pobicie. Przynajmniej miał taką nadzieję. Dziwniejsze rzeczy zdarzały się cały czas.
— Dla mnie wygląda na gnojka — stwierdził Beischel. — My go ustawimy. Jeśli naprawdę nie miał z tym nic wspólnego, i tak pójdzie siedzieć za te spluwy — 150.
Mówił z niemal desperacką potrzebą, żeby go słuchano i traktowano poważnie. Trouble widział wyraźnie, że dzieciak próbuje zaimponować pozostałym zastępcom. Wciąż uczył się, jak być gliną. Pewnie wciąż uczył się też, jak być sobą.
— Detektywi będą chcieli przynajmniej go w tej sprawie przesłuchać — powiedział drugi gliniarz, wzruszając ramionami, jakby chciał dać do zrozumienia, że to już nie od niego zależy. Jego wzrok przesunął się powoli po Trouble’u, jakby Trouble był częścią krajobrazu. Kolejny delikwent do wepchnięcia w system.
— Tak czy siak — dodał — zdziwię się, jeśli ona przeżyje noc.
Trouble oparł się o siedzenie z westchnieniem. Żałował, że nie zastrzelił tego jednego zamaskowanego drania, kiedy miał okazję. Mógł zabić tego drania, a to spłoszyłoby pozostałych dwóch. Potem zdążyłby uciec daleko stąd, zanim zjawią się gliny. Szlag.
Ani przez chwilę nie żałował jednak, że się zatrzymał, by spróbować pomóc kobiecie. To nie leżało w jego naturze. Owszem, mógł przez moment rozważać, żeby się nie zatrzymywać, ale to było raczej zwykłe gdybanie — jego mózg urządzał sobie takie ćwiczenie przy każdej decyzji.
Miał spędzić kilka następnych lat za kratkami, ale wiedział, że bez względu na to, jak ciężko będzie w środku, nigdy nie pozwoli sobie żałować, że zatrzymał się dla tej kobiety. Ale tego, że nie zastrzelił tamtego? To mogło go dręczyć po nocach. Zwłaszcza jeśli kobieta umrze. Strzał mógł powstrzymać tamtego przed ostatnim uderzeniem. A to już byłoby coś.
Wkrótce obie pary rozeszły się do swoich wozów. A potem Trouble’a odwieziono do lokalnego aresztu.
— Myślisz, że uda ci się wyjść za kaucją? — zapytał Slaughton, prowadząc.
— Nie wiem — odpowiedział szczerze Trouble. — Może.
— No to ci powiem, co zrobię. Bo słyszałem, że się zatrzymałeś, żeby spróbować pomóc tej kobiecie, nie każę odholować twojego motocykla. Jeśli uda ci się wyjść za kaucją, będzie stał dokładnie tam, gdzie go zostawiłeś. Zaoszczędzisz parę stówek.
Trouble skinął głową. Jeśli facet spodziewał się podziękowania, nie miał go dostać.
Slaughton uśmiechnął się do niego w lusterku — takim uśmiechem człowieka, który wie swoje. Trouble niechętnie to przyznawał, ale ten gość nawet przypadł mu do gustu.
Trouble siedział przykuty kajdankami do ławki w areszcie gdzieś w pobliżu autostrady I-105. Choć wychował się głównie w Kalifornii, stan był ogromny, a Los Angeles z jakiegoś powodu wydawało mu się jeszcze większe. Był pewien, że gdyby jakimś cudem udało mu się wyjść za kaucją — na co szanse były naprawdę marne — zdołałby wrócić do motocykla, każąc taksówkarzowi wysadzić się przy ostatnim dużym skrzyżowaniu, które minął, zanim zjechał na pobocze.
Na ławce obok Trouble’a siedziało jeszcze kilku mężczyzn, przykutych kajdankami i czekających na rejestrację. Jak miał w zwyczaju, nie nawiązywał z nimi kontaktu wzrokowego ani nie próbował rozmawiać. Nie dlatego, że byli w areszcie — po prostu tak traktował ludzi w ogóle.
Dwaj zastępcy szeryfa, którzy go aresztowali, nosili te same beżowe koszule i zielone spodnie co ci pracujący w areszcie. Dla niego gliny to gliny, ale po długim życiu pełnym starć z różnymi funkcjonariuszami prawa wiedział też, że Departament Szeryfa Hrabstwa Los Angeles zarządza aresztami w hrabstwie.
Kiedy przyszła jego kolej na procedurę przyjęcia, podszedł do niego zastępca szeryfa i zdjął mu kajdanki. Spisał dane osobowe Trouble’a, w tym stary adres z kalifornijskiego prawa jazdy, któremu wkrótce kończyła się ważność.
— Nielegalne posiadanie broni palnej, co? — rzucił zastępca, stukając w klawiaturę.
Trouble milczał.
Następnie zaprowadzili go na zdjęcie. Potem pobrali odciski palców i odbitki dłoni. Gdy skończyli, zastępca poprowadził Trouble’a do pokoju bez okien, gdzie czekał inny funkcjonariusz. Facet miał znudzoną minę, kiedy kazał Trouble’owi zdjąć wszystko z siebie.
Trouble posłuchał, zaczynając od wysłużonej lekkiej skórzanej kurtki, która towarzyszyła mu od lat. Potem zdjął czarny T-shirt, buty i dżinsy. Na koniec ściągnął bieliznę i skarpetki. Zastępca odsunął stopą stos ubrań na bok. Kazał Trouble’owi przykucnąć nisko i kaszlnąć, upewniając się, że niczego w sobie nie ukrył.
Kazał też motocykliście unieść najbardziej wrażliwe części anatomii, żeby upewnić się, że nic się pod nimi ani wokół nich nie kryje. Trouble nie miał pojęcia, co można by schować pod rodzinnymi klejnotami, ale zrobił, o co go poproszono, chcąc mieć już za sobą to upokarzające zajęcie.
Następnie zastępca, w lateksowych rękawiczkach, sprawdził Trouble’owi za uszami i we włosach. Kazał mu też szeroko otworzyć usta, powiedzieć „aaa”, unosząc język.
Motocyklista dostał bieliznę, skarpetki, pomarańczowy kombinezon i klapki, które z ulgą włożył. Po szybkim i pobieżnym badaniu, które nie wykryłoby nawet otwartego złamania, zaprowadzono Trouble’a do jednej z sześciu małych cel w ścianie dużego, półkolistego pomieszczenia.
Metalowe drzwi zatrzasnęły się za nim z łoskotem. U góry miały małe, zakratowane okienko, przez które Trouble mógł patrzeć na salę, ale nie było tam na co patrzeć.
W celi znajdowała się betonowa prycza, toaleta i umywalka. Miała około dwóch i pół metra długości i metr dwadzieścia szerokości. Usiadł na skraju pryczy i przez chwilę zastanawiał się, dlaczego nie umieszczono go z resztą osadzonych. Nie żeby mu to przeszkadzało. To całkowicie mu odpowiadało. Był po prostu ciekawy. Ale wkrótce ciekawość odpłynęła i Trouble nastawił się na długie czekanie.
Minęło nieco ponad godzinę, zanim ktoś załomotał w drzwi.
— Chcesz zadzwonić? — zapytał głos z zewnątrz.
Trouble wstał z pryczy.
— Tak.
Z drugiej strony drzwi dobiegł szczęk metalu o metal, zanim je otworzono. Stał tam zastępca, którego Trouble nigdy wcześniej nie widział. Wyglądał na mniej więcej jego rówieśnika. Był Latynosem, miał krótkie, szczecinaste włosy i cienki wąs. Na plakietce widniało nazwisko Navar.
— Idziemy — polecił Navar.
Trouble wyszedł z celi i czekał, aż Navar zamknie drzwi.
— Tędy — powiedział Navar, wskazując w głąb aresztu.
Trouble ruszył przodem, a Navar szedł za nim.
— Tu w lewo.
Trouble skręcił w lewo i zatrzymał się przy drzwiach, czekając, aż Navar je odblokuje i otworzy. Weszli do kolejnego korytarza, Trouble znów na czele. Gdy szli, z naprzeciwka nadchodził inny zastępca szeryfa. Był krępym białym mężczyzną, wyglądającym jak skrzyżowanie surfera z zawodnikiem UFC. Miał nażelowane, wyblakłe od słońca blond włosy, jak na zastępcę długie, jakieś pięć centymetrów. Wpatrywał się w Trouble’a, gdy zbliżali się do siebie, a jego twarde zielone oczy świdrowały motocyklistę jak lasery. Trouble nie należał do tych, którzy pierwsi odwracają wzrok — wytrzymał spojrzenie mężczyzny, dopóki się nie zrównali.
— Na co się, kurwa, gapisz? — warknął zastępca, stając nos w nos z Trouble’em.
— Odpuść — powiedział Navar z tyłu, kładąc ciężką dłoń na ramieniu Trouble’a. Motocyklista dopiero po chwili zrozumiał, że Navar mówi do niego, a nie do drugiego zastępcy.
Trouble odwrócił głowę, by spojrzeć na Navara. Uśmiechnął się do Latynosa, po czym z tym samym uśmiechem odwrócił się z powrotem do drugiego zastępcy. Blondyn odwzajemnił uśmiech, po czym wbił kolano w brzuch Trouble’a. Motocyklista zgiął się wpół, ale uniósł lewe przedramię przed twarz, chroniąc się przed kolejnym ciosem.
— Wystarczy, Hartmann — powiedział Navar. Trouble usłyszał odgłos splunięcia. Potem blond zastępca — Hartmann — odszedł.
Motocyklista wyprostował się, zaciskając szczękę, i obejrzał się przez ramię. Hartmann stał przy drzwiach, przez które Trouble i Latynos właśnie przeszli, ale był do nich odwrócony tyłem. Twarzą zwrócony w stronę Trouble’a, znów się w niego wpatrywał.
— Odwróć się, do cholery — powiedział Navar.
Trouble odwrócił się, wodząc wzrokiem po podłodze. Ale to, czego szukał, nie było na podłodze. Było na lewym bucie Navara. Mała plama białej, pienistej śliny, szpecąca nieskazitelnie wypolerowaną skórę.
— Siedzę w areszcie — powiedział Trouble.
Po drugiej stronie linii zapadła tak długa cisza, że Trouble pomyślał, iż połączenie się urwało.
— Czyli mówisz mi, że ta rozmowa jest nagrywana — odezwał się mężczyzna.
— Właśnie to mówię — odparł Trouble. — I proszę cię o drobną pomoc. Może skontaktujesz się z kimś, kto wpłaci za mnie kaucję? Podobno jestem w Lynwood.
Trouble zapytał, gdzie go trzymają, zanim podniósł słuchawkę. Navar powiedział mu, że siedzi w Century Station, posterunku szeryfa w Lynwood. Przede wszystkim był to areszt dla kobiet, ale dla Compton i Lynwood pełnił też funkcję tymczasowego przystanku dla zatrzymanych mężczyzn, zanim przewieziono ich gdzie indziej.
Mężczyzna, którego Trouble znał tylko jako Murke, roześmiał się w słuchawkę. Trouble ledwo go znał, ale przyjął od niego ofertę paru dorywczych robót w Meksyku. Motocyklista wiedział, że telefon do Murke’a był strzałem w ciemno. Wiedział jednak, że ten facet ma wtyki wszędzie. Śmiech ze słuchawki nie dawał mu nadziei.
— Nie będę miał tego numeru, kiedy wyjdziesz — powiedział Murke, kiedy wreszcie przestał się śmiać. — Czy to będzie za dzień, za tydzień, czy za pieprzony rok. Będziesz musiał odezwać się inną drogą. Ale sam nie wiem, stary. Chyba naprawdę nieźle dałeś dupy. Nie mogę tu na ciebie czekać w nieskończoność.
— Czyli… mam rozumieć, że nie? — zapytał Trouble.
To znów rozśmieszyło faceta.
— Jesteś zabawny. O kurwa, naprawdę jesteś zabawny. Co ty w ogóle zrobiłeś, że cię aresztowali? Nie, nie mów. Nie chcę wiedzieć. Powodzenia.
Połączenie się urwało.
Sukinsyn, pomyślał Trouble, odkładając zatłuszczoną słuchawkę.
— Nie wyszło? — zapytał Navar, stojący nieopodal.
Trouble pokręcił głową.
Zastępca szeryfa wzruszył ramionami. Trouble zauważył, że Navar w pewnym momencie wytarł ślinę z buta, kiedy Trouble nie patrzył. Zauważył też, że mężczyzna przygląda mu się z czymś w rodzaju zainteresowania. A może ciekawości. Opuścił skrzyżowane na piersi ramiona, odsunął się od ściany, o którą się opierał, i gestem kazał Trouble’owi znów iść przodem. Tacy jak oni nie pozwalali zatrzymanym iść za sobą. Sprytne.
— No więc co zrobiłeś, żeby tu trafić? — zapytał Navar, gdy wracali korytarzem od rzędu czterech telefonów osadzonych w ścianie.
— Złe miejsce, zły czas — odparł Trouble.
— Miało to coś wspólnego z tym zajściem przy Wilmington Avenue?
Trouble odwrócił się w pół kroku.
— Nie pobiłem tej kobiety.
Navar pokręcił głową.
— Słyszałem historię od chłopaków, którzy cię przywieźli. Według świadków podszedłeś i próbowałeś to powstrzymać. Niewielu by się na to zdobyło. Powinieneś do nas dołączyć. Nosić odznakę.
Trouble parsknął śmiechem, choć było jasne, że Navar żartuje.
— Nie, dzięki. To nie dla mnie.
— Nawet gdyby mi nie powiedzieli, wieść o czymś takim i tak by się rozeszła — powiedział Navar, a jego ton spoważniał. — Kiedy jakaś kobieta zostaje niemal zatłuczona na śmierć na naszym terenie, wszyscy o tym wiedzą. Mamy tu takie powiedzenie — kobiet i dzieci się nie rusza.
— Tak mówią na wojnie — odparł Trouble, odwracając się, by iść dalej.
— Tak — powiedział Navar. — Zgadza się.
— Słyszałeś, czy ona przeżyje?
— Jeszcze nie wiadomo.
Zatrzymali się przy drzwiach. Navar podszedł, żeby je otworzyć. Kiedy obaj przeszli, odezwał się znowu:
— Wiesz, kim ona jest? Albo dlaczego to zrobili?
— Nie mam pojęcia.
Navar mruknął, ale coś w jego głosie, kiedy zadawał pytanie, dało Trouble’owi do myślenia. Tego rodzaju pogawędki nie były normalne między zastępcami szeryfa a podejrzanymi. Dziwne to było.
Trouble podszedł do celi, którą zajmował przed rozmową telefoniczną, ale Navar pokręcił głową.
— Tutaj — powiedział zastępca.
Trouble uniósł brew, lecz zrobił, co mu kazano, i podszedł do innej celi. W środku było ciemno.
— Światło padło — stwierdził, wchodząc.
— Tak — powiedział Navar. — Przykro mi.
Zamknął drzwi. Zostawił Trouble’a tylko ze smugą światła wpadającą przez małe, zakratowane okienko przy górnej krawędzi drzwi.
Trouble leżał na niewygodnej betonowej płycie, która miała udawać łóżko, kiedy usłyszał, że ktoś otwiera drzwi z zewnątrz. Nie miał w zwyczaju przyjmować tego, co nadchodziło, na leżąco, więc przerzucił nogi przez krawędź i postawił stopy w więziennych klapkach na chłodnej betonowej podłodze. Wstał dokładnie w chwili, gdy drzwi się otworzyły, wpuszczając coraz szerszy snop światła. Światło padło mu na twarz, więc zmrużył oczy.
— Chodź ze mną — polecił Navar.
Jego głos brzmiał inaczej. Było w nim coś naglącego, czego wcześniej nie słyszał. Od razu się spiął.
— Dokąd?
Navar obejrzał się za siebie. Minęło kilka godzin, odkąd zabrał go do telefonu. To znaczyło, że najpewniej był bardzo wczesny ranek. Może druga, może trzecia.
— Po prostu chodź — powiedział Navar.
Był zdenerwowany. Robił coś, czego nie powinien. Myśli Trouble’a natychmiast powędrowały do drugiego zastępcy. Hartmanna. Czy Navar prowadził go w zasadzkę? Czy zastępca szeryfa posunąłby się tak daleko, żeby zemścić się na aresztancie, którego nawet nie znał, tylko za to, że się na niego gapił? Na wpół zapamiętane doniesienia zalały Trouble’owi głowę. O gangach w Departamencie Szeryfa Hrabstwa Los Angeles — jawnej tajemnicy, z którą góra albo nie chciała, albo nie potrafiła sobie poradzić. To trwało od lat, prawda? Trouble był niemal pewien, że tak, jeśli tylko jego rozbita pamięć wygrzebywała coś prawdziwego.
— Powiedz mi wprost, Navar — powiedział. — Czy zaraz dostanę wpierdol?
Zastępca spojrzał na niego z zaciśniętą szczęką i miną mówiącą: „po co ja w ogóle próbuję?”.
— Tak — odparł. — Ja ci zaraz spuszczę wpierdol, jeśli ze mną nie pójdziesz. A teraz przestań się, kurwa, wygłupiać. Próbuję ci pomóc.
Trouble westchnął i wyszedł z celi. Tym razem Navar szedł przed nim, co motocyklista uznał za dobry znak. Chyba jednak nie szedł na wpierdol. Wyszli tą samą drogą, którą Trouble trafił do środka. Kiedy dotarli do biur, gdzie siedział, podczas gdy funkcjonariusz wprowadzał jego dane do systemu, zerknął na zegar. Była trzecia dwadzieścia nad ranem.
Navar zaprowadził go do pustego pokoju. Tego samego, w którym przeszukano mu każdą jamę ciała, a jego godność solidnie oberwała.
— Przebierz się. Szybko — powiedział.
Dopiero wtedy Trouble zauważył stertę swoich ubrań na stole w rogu. Nie trzeba mu było powtarzać. Zamknął drzwi, zdjął pomarańczowy kombinezon i całą resztę rzeczy, które mu wydali, wciągnął własne ubrania i w nie więcej niż dwie minuty zasznurował buty. Sięgnął do kieszeni. Zwrócono mu portfel, telefon, zapalniczkę i drobne, a także kluczyki do motocykla.
Wyszedł z pokoju i znów poczuł się o wiele bardziej sobą. Navar wyprowadził go z części aresztowej i przeprowadził przez kilka służbowych korytarzy. Po mniej więcej dwóch minutach marszu dotarli do zewnętrznych drzwi. Navar pchnął je i przytrzymał dla Trouble’a.
— Idź — powiedział. — Czeka tam na ciebie kobieta. Ma na imię Jeanne. Rób, co ci powie.
— Co tu się, do cholery, dzieje? — zapytał Trouble z półuśmiechem.
Navar pokręcił głową.
— Chyba mnie, kurwa, pogięło, oto co. A teraz idź tamtędy i skręć w lewo. Powiedziała, że będzie czekać na parkingu z włączonymi światłami.
Trouble odwrócił się, żeby odejść. Był ciekawy, ale nie na tyle, żeby zostać i gadać. Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Nie mógł się jednak powstrzymać przed ostatnim pytaniem.
— Jest jakaś szansa, że odzyskam broń?
Navar parsknął śmiechem. Krótkim, szyderczym, ale jednak śmiechem.
— Wypierdalaj stąd — powiedział i zamknął drzwi.
Warto było strzelić, pomyślał Trouble, oddalając się pospiesznie od budynku, jak polecił zastępca. Skręcił w lewo i znalazł się na parkingu. Ciężar aresztu opadł mu z ramion, gdy tylko wyszedł na zewnątrz. I rzeczywiście zobaczył samochód stojący z włączonym silnikiem na niemal pustym parkingu. Reflektory mignęły, a przez uchylone okno po stronie kierowcy wysunęła się smukła brązowa dłoń i pomachała do niego.
Trouble podszedł do auta i pochylił się przy oknie pasażera. Szyba opadła z brzęczeniem, odsłaniając wnętrze nowszego sedana i piękną kobietę za kierownicą.
— To ty jesteś Terrence, tak? — zapytała. A potem, zanim zdążył odpowiedzieć: — Wsiadaj.
Trouble przyjrzał jej się uważnie. Ocenił ją na końcówkę dwudziestki albo początek trzydziestki. Była Latynoską albo rdzenną Amerykanką, albo jakąś mieszanką jednego i drugiego. Miała na sobie czarne dżinsy przetarte na kolanach do szarości i luźną flanelową koszulę z podwiniętymi rękawami. Lśniące czarne włosy związała w koński ogon. Jej skóra miała ten odcień brązu, który Trouble kojarzył z ludźmi żyjącymi od pokoleń blisko równika. Była gładka, nieskazitelna i zdawała się odbijać łagodne światło deski rozdzielczej, zamiast je pochłaniać. Jej duże, ciemne oczy nie odrywały się od Trouble’a, kiedy motocyklista stał tam zgięty w pasie, obserwując ją i próbując jak najciaśniej ją zaszufladkować.
— Kim jesteś? — zapytał.
— Jestem Jeanne. To ty uratowałeś Lailę, prawda?
— Nie znam żadnej Laili, a twoje imię nic mi nie mówi. To po prostu imię, które podał mi glina.
Jeanne westchnęła, ramiona jej opadły. Spojrzała przez lewe ramię, na ulicę za parkingiem. Oczy jej się rozszerzyły.
— No wsiadaj do samochodu — warknęła.
Trouble podążył za jej wzrokiem, prostując się, żeby spojrzeć ponad dach sedana. Ulicą nadjeżdżał radiowóz szeryfa. Otworzył drzwi i wsiadł, zanim wóz podjechał wystarczająco blisko, żeby gliny w środku zdążyły mu się przyjrzeć.
— Może odjedźmy kilka przecznic stąd — powiedział.
— A co ty, do cholery, myślałeś, że próbuję zrobić? — odparła, wyjeżdżając z parkingu tuż po tym, jak radiowóz wjechał na teren posterunku sąsiednim podjazdem.
— No cóż — powiedział Trouble. — Nie codziennie człowiek wychodzi z aresztu bez powodu i słyszy, że ma się spotkać z kompletnie obcą osobą.
— No cóż — odparła Jeanne. — Dla mnie to też była dość dziwna noc. A ty jesteś tylko jej częścią, Terrence.
— Mów mi Trouble.
— Poważnie?
Trouble skinął głową.
— Tak. To moje imię, odkąd byłem dzieciakiem.
Jeanne pokręciła głową.
— Robi się coraz dziwniej — mruknęła pod nosem.
Przejechali, jak Trouble oszacował, nieco ponad półtora kilometra, po czym zatrzymali się przy parku Sibrie. Jeanne zaparkowała i obróciła się półbokiem w fotelu.
— Dobrze — powiedział Trouble. — Czas na opowieść.
— Nawet nie wiesz, jak bardzo masz rację — odparła. Wyglądała, jakby zbierała myśli, zanim znów się odezwała. — Jestem dziennikarką. A kobieta, którą bili tamci mężczyźni, też jest dziennikarką. Pracujemy dla tej samej redakcji.
Trouble skinął głową.
— Okej. Czyli wsadziła nos tam, gdzie nie trzeba? To chcesz powiedzieć?
— To najbardziej trzyma się kupy. Problem w tym, że nie wiem, w co konkretnie. Miałam nadzieję, że może udało ci się z nią porozmawiać.
Trouble przypomniał sobie jedno słowo, które kobieta zdołała do niego powiedzieć.
— Nie była w stanie rozmawiać — odparł. — Wciąż żyje?
Jeanne posłała mu spojrzenie, którego nie potrafił odczytać.
— Tak. Praktycznie całą noc ją operowali. Chciałam do niej pójść, ale w środku nocy przyjaciół nie wpuszczają do pacjentów. Więc siedziałam i czekałam na wiadomość od mamy Laili. Napisała do mnie tuż przed tym, jak zadzwonił zastępca szeryfa z posterunku.
— O zastępcy za chwilę — powiedział Trouble. — Jak ona się trzyma? Laila?
— Jeśli chodzi o trwałe następstwa, trzeba czekać. Nie była w stanie się z nikim porozumieć. Oczywiście utrzymują ją w sedacji.
To oznaczało, że Trouble był prawdopodobnie ostatnią osobą, z którą rozmawiała. Chyba że odezwała się do ratowników albo personelu szpitala. Wątpił jednak.
— Masz na to jakiś dowód? Wspólne zdjęcia albo coś?
— Dowód? — oburzyła się Jeanne. — Dlaczego? Za kogo ty mnie masz?
— Po prostu zrób mi tę przyjemność. Mam problemy z zaufaniem, okej?
Jeanne prychnęła i wyciągnęła telefon z uchwytu obok kierownicy. Postukała kciukami w ekran, a potem pokazała Trouble’owi zdjęcie. Było to selfie dwóch uśmiechniętych kobiet, przyciśniętych policzkami do siebie, żeby zmieściły się w kadrze. Zrobiono je na szczycie góry na pustyni i jedną z tych kobiet na pewno była Jeanne. Druga mogła być tą samą kobietą, którą Trouble widział pobitą na ziemi. Trudno było stwierdzić. Po pobiciu jej twarz była zniekształcona, ale kobieta na zdjęciu z pewnością miała podobne rysy. I te same oczy.
— Okej — powiedział Trouble, opierając się w fotelu. — A ten zastępca?
— Słuchaj — odparła. — Bez urazy, ale jeśli Laila z tobą nie rozmawiała, to chyba nie mamy o czym rozmawiać. Doceniam, że się przy niej zatrzymałeś i w ogóle, ale mam dużo do przemyślenia i mnóstwo do napisania. Mogę cię gdzieś podrzucić? Masz może gdzieś w pobliżu auto?
Trouble spojrzał przez okno pasażera na ciemny park, zastanawiając się, jaki powinien być jego następny ruch. Bez broni czuł się nagi, ale zawsze mógł zdobyć nową. Musiał wrócić do motocykla. Gdyby mu się udało, nadal zdążyłby do Meksyku na spotkanie z Murke’iem. Nie wiedział dokładnie, co go tam czeka, ale wiedział, że w grę wchodzą dobre pieniądze. Poza tym Trouble zawsze lubił Meksyk.
Ale obraz tej kobiety — Laili — leżącej na ziemi, dźwięk klucza do kół uderzającego w jej ciało i cicha desperacja, z jaką wypowiedziała jedno słowo, caldera, nie dawały mu spokoju. Caldera. Trouble nie znał dobrze hiszpańskiego, ale wydawało mu się, że to słowo ma coś wspólnego z wodą. Może oznaczało oazę? Nie był pewien. Musiał to sprawdzić. A teraz miał już z powrotem telefon, więc mógł. Najpierw jednak chciał wyciągnąć od Jeanne trochę więcej informacji.
Więc to tyle? Zostaję? zapytał sam siebie.
Ciekawość zabiła motocyklistę, który wtykał nos w cudze sprawy, powiedział sobie. Ale z drugiej strony nigdy nie był najlepszy w słuchaniu rad. Nawet własnych.
— Jesteś głodna? — zapytał, odwracając się do coraz bardziej zniecierpliwionej Jeanne. — Mam informacje, które mogą cię zainteresować.
Rozdział czwarty
Musieli pojechać do West Athens, do najbliższej całodobowej knajpy. Jeanne prowadziła w milczeniu, wyraźnie roztrząsając w myślach to, co Trouble przed nią ukrywał. Chciał najpierw poznać całą historię z zastępcą szeryfa Navarem, zanim zdradzi jej „calderę”, cokolwiek to znaczyło. Równie dobrze mogły to być bzdury, bezładne majaczenia kobiety po urazie głowy. Ale może nie. Może coś jednak znaczyło. I może Jeanne wiedziała, o co chodzi.
Dotarli do Denny’s pięć minut przed czwartą nad ranem. Na zmianie była jedna kelnerka i jeden kucharz. Przy stoliku siedział wielki facet we flaneli i jadł stos naleśników zalany taką ilością syropu, że starczyłoby go na całe drzewo. Poza nim Trouble i Jeanne byli jedynymi klientami.
Wybrali boks przy oknie od frontu. Kelnerka wyglądała, jakby ciągnęła nocną zmianę na SOR-ze, a nie w Denny’s; burknięciem przyjęła zamówienie Trouble’a na jajecznicę, bekon i podsmażane ziemniaki. Zamówił też kawę, a Jeanne gestem dała znać, że też chce kawę.
— Co to za informacja? — zapytała Jeanne. W tym świetle Trouble dostrzegł, jaka była delikatna. Miała drobne, szczupłe dłonie, bardziej pasujące do wyrośniętego dziecka niż do dorosłej kobiety. Zauważył też, że nie była umalowana. I nie musiała być. Miała naturalnie promienną cerę i ciemne oczy. Proste włosy lśniły pod restauracyjnymi lampami, a kilka kosmyków wymknęło się z kucyka i opadało wokół jej dużych oczu i poważnej twarzy.
— Nie próbuję cię zwodzić — powiedział. — Twoja przyjaciółka, Laila, naprawdę coś mi powiedziała. Ale najpierw chcę wiedzieć, dlaczego funkcjonariusz szacownego i nieprzekupnego Departamentu Szeryfa Hrabstwa Los Angeles miałby tak po prostu puścić wolno kogoś takiego jak ja. To przede wszystkim nie daje mi spokoju.
— Wow — powiedziała Jeanne, krzyżując ręce na piersi. — Nie obchodzi cię, że Laili stała się krzywda? Chcesz tylko wiedzieć, dlaczego wypuścili cię z aresztu? Dość samolubne, jak dla mnie.
— Ty mówisz: samolubne. Ja mówię: ludzka natura. Poza tym dlaczego samolubny facet miałby się zatrzymać i ryzykować ciężkie obrażenia albo śmierć, żeby pomóc twojej przyjaciółce, skoro mógł po prostu jechać dalej?
— Kompleks bohatera? Wiecznie musisz wybawiać kobiety? Może nie zatrzymałbyś się, gdyby to był mężczyzna.
— Myśl sobie, co chcesz. Gówno mnie to obchodzi. Fakt: zatrzymałem się. I chyba mogę oczekiwać przynajmniej odrobiny informacji. Jesteś reporterką. Nie wykorzystałabyś cennego kąska informacji, żeby dostać to, czego chcesz?
Jeanne spiorunowała go wzrokiem, ale nie miała riposty.
Kelnerka przyniosła im kawę. Trouble podziękował.
— Co za problem? — zapytał, gdy kelnerka odeszła. — Dlaczego po prostu mi nie powiesz?
— A dlaczego ty po prostu mi nie powiesz? — odparła.
— Bo już jasno dałaś mi do zrozumienia, że nie jestem ci do niczego potrzebny, jeśli twoja przyjaciółka nic mi nie powiedziała. Więc jestem ciekaw. I może trochę już w to wciągnięty.
— Czyli jednak masz kompleks bohatera?
Trouble wychwycił w jej głosie łagodniejszą nutę. Uśmiechnął się do niej. Potarła oczy dłońmi i jęknęła.
