Za dużo kłopotów - Matthew Doggett - ebook

Za dużo kłopotów ebook

Matthew Doggett

0,0

Opis

Jeden człowiek. Dwa kartele. Zdecydowanie za dużo kłopotów.

Życie Terrence’a „Trouble’a” Rubble’a od dawna przypomina koszmar. Jest włóczęgą, przestępcą i człowiekiem, który trzyma się własnego kodeksu. Teraz staje się także celem.

Kiedy napad wymyka się spod kontroli, Trouble wpada w sam środek wojny karteli. Każda ze stron dochodzi do tego samego wniosku: ten człowiek musi zniknąć. Tropiony przez ludzi, którzy nie znają litości, Rubble musi walczyć nie tylko o własne życie, lecz także o tych, na których jeszcze mu zależy.

Jego przyjaciele są atakowani. Wrogowie zaciskają pętlę. A Trouble nie zamierza uciekać, dopóki winni nie zapłacą za wszystko.

Czy człowiek z przeszłością pełną przemocy może wymierzyć sprawiedliwość tym, którzy zrobili z niej sposób na życie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 283

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



ZA DUŻO KŁOPOTÓW

TROUBLE

BOOK JEDEN

MATTHEW DOGGETT

Za dużo kłopotów

Tytuł oryginalny: Too Much Trouble

Autor: Matthew Doggett

© Copyright by Matthew Doggett, 2022

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Cowper Publishing, Berlin 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana bez pisemnej zgody właściciela praw.

Wydanie I Berlin 2026

Wydawnictwo Cowper Publishing

ISBN 978-3-912281-53-8

PROLOG

Nikt tak naprawdę nie wiedział, skąd wziął się ten pomysł. Pojawił się w raporcie z odprawy jako przypis. Coś, o czym można było wspomnieć, gdyby starczyło czasu. Można by go nazwać wytworem instytucjonalnego myślenia. Instytucje mają przecież pamięć; bywają też, od czasu do czasu, zdolne do całkiem oryginalnych pomysłów.

Ten konkretny pomysł nie potoczył się zwykłym torem. Szybko zepchnięto go na bocznicę, przechwycono i zmuszono, by zygzakiem krążył po niższych, a z czasem także wyższych szczeblach rządu Stanów Zjednoczonych, zanim trafił na biurko wykonawcy. Tyle że nie zwykłego. A właściwie nie tyle na biurko, ile do ucha.

Papierowego śladu po tym zlepku słów, układającym się w spójną myśl, nie było żadnego. Ten ślad urwał się już pierwszego dnia istnienia pomysłu — w niszczarce.

Wspomniano o nim — odczytano go z kartki — a potem niemal wszyscy obecni w pokoju zapomnieli o sprawie. Nie było w tym nic niezwykłego. Właściwie zdarzało się to bardzo często: właśnie w tym pokoju najróżniejsze pomysły — znakomite i fatalne — na chwilę ożywały w formie dyskusji. Większość z nich rozpoznawano od razu jako to, czym były, i szybko puszczano w niepamięć. Ten jednak przez większą część roku tkwił uśpiony gdzieś z tyłu głowy pewnego młodego człowieka.

Jak większość ledwie zarysowanych pomysłów, nie robił wielkiego wrażenia. Potrzeba było tego młodego człowieka — Stuarta Vanguarda Jr. — żeby naprawdę tchnąć w niego życie. To on musiał przy nim majstrować, analizować go i obracać w głowie, aż nadawał się do wdrożenia. Trzeba było też trafić z nim w odpowiedni moment. W ciągu roku na świecie potrafi się zmienić bardzo wiele, a właśnie w tym czasie pojawiło się zapotrzebowanie na taki pomysł.

Sześć miesięcy po tym, jak Stuart Vanguard Jr. pozwolił pomysłowi zapuścić korzenie w swojej głowie, dostał awans. Po ocenie psychologicznej, przebrnięciu przez rozmaite biurokratyczne przeszkody, gruntownym, wręcz inwazyjnym prześwietleniu przeszłości oraz po tym, jak jego ojciec, Stuart Vanguard Sr., upomniał się o dawną przysługę, młodego człowieka przeniesiono do innego biura, pod innego szefa, gdzie wymagano od niego innych umiejętności.

Vanguard Jr. niemal już o nim zapomniał, kiedy pewnego ranka czytał gazetę. Artykuł z pierwszej strony, poświęcony wyzwaniom stojącym przed stanami, które niedawno, decyzją wyborców, zalegalizowały marihuanę, wyrwał uśpiony pomysł z letargu. Potem przez większą część tygodnia przygotowywał prezentację dla szefa. Oczywiście cała prezentacja sprowadzała się do wyćwiczonego wystąpienia — ze względu na drażliwy charakter ich pracy i dość odrażającą naturę pomysłu, który przedstawiał.

Jak się okazało, szef był przychylnie nastawiony do pomysłu. Starszy mężczyzna zwołał ludzi, którzy jego zdaniem potrafiliby zorganizować takie przedsięwzięcie na małą skalę. Na próbę.

To była decyzja na wyczucie.

Na tym etapie rola Vanguarda jako inkubatora dobiegła końca. Nie dopuszczono go do spotkania, które dwa dni później zorganizował jego przełożony. Trzech mężczyzn siedziało w dużym, posępnie wystawnym rządowym gabinecie i przez kilka godzin omawiało pomysł. Obracali go na wszystkie strony, pilnując przede wszystkim jednego: gdyby wdrożenie poszło bokiem albo wybuchło im prosto w twarz, trop nie mógł doprowadzić do nich. Ani nawet w ich pobliże.

Ostatecznie uznali, że przy odpowiednich środkach ostrożności da się to zrobić. Rachunek kosztów i korzyści zamknął się ku zadowoleniu całej trójki. Jeśli projekt się powiedzie, będą mogli pochwalić się nim w odpowiednim towarzystwie. Jeśli się nie powiedzie, wyprą się wszelkiej wiedzy o jego istnieniu. Tak czy inaczej, pozostaną z dala od reflektorów, czyli dokładnie tam, gdzie woleli być.

Następnego ranka wykonano szyfrowane połączenie.

Tydzień później specjalista leciał lotem rejsowym do stanu Kolorado, pod przybranym nazwiskiem.

JEDEN

Trouble zaczął się rozgrzewać przed treningiem. Nie planował go, ale dawno temu nauczył się, że okazję do ruchu trzeba łapać wtedy, kiedy sama się nadarza. A ta z każdą chwilą wyglądała coraz lepiej.

Rozejrzał się po sklepiku na stacji, żeby upewnić się, że w pobliżu nie ma nikogo więcej. Nawet gdyby ktoś zobaczył jego trening, nie sądził, by miało to większe znaczenie. Nie zamierzał tu długo zostać. Był tylko przejazdem, w drodze po zmianę otoczenia, której bardzo potrzebował.

Spojrzał przez szybę na motocykl — swoje cacko — stojący przy dystrybutorze. Drobny problem: wciąż musiał zatankować. Właśnie po to się zatrzymał. Z drugiej strony był na kompletnym odludziu. Nawet jeśli ekspedientka zadzwoni po gliny, Trouble zniknie stąd na długo przed ich przyjazdem.

Drobiazg.

Tyle że gdyby jednak zadzwoniła po gliny, a patrol akurat kręcił się w pobliżu, Trouble zostałby aresztowany. Bez dwóch zdań. Przy przeszukaniu znaleźliby przy nim dość heroiny, żeby zamknąć go na długo. Nie dorzuciliby mu zarzutu handlu; nie miał tego aż tyle. Ale i tak wystarczyłoby, żeby przesiedział za kratami aż do czterdziestki. Ryzyko było realne.

Trouble wychylił się lekko w prawo, żeby zerknąć zza ramienia faceta na młodą ekspedientkę. Teraz już wyraźnie drżała, ze spuszczonym wzrokiem.

Po gliny nie zadzwoni.

— To jakieś jaja — rzucił facet przy ladzie, a głos wznosił mu się z oburzenia. — Sprzedaj mi po prostu to pieprzone piwo, ty głupia dziwko.

Trouble patrzył, jak tamten przesuwa zgrzewkę taniego sikacza po ladzie, prosto w drżącą dłoń dziewczyny opartą na blacie. Cofnęła rękę, jakby zgrzewka parzyła ją w palce.

— P-przepraszam, nie mogę sprzedać panu piwa bez dowodu. Mogłabym mieć kłopoty — mówiła z wahaniem, wciąż nie odrywając wzroku od brudnego plastikowego blatu. Kłopotami się nie martw, pomyślał Trouble. Od kłopotów jestem ja.

— Wyglądam, jakbym był za młody na piwo? — zapytał facet, niemal krzycząc.

Trouble ocenił, że mogło być różnie. Gość był duży, ale to jeszcze niczego nie przesądzało. Ten dupek mógł mieć równie dobrze osiemnaście, jak dwadzieścia pięć lat. Trudno powiedzieć.

— Patrz na mnie, ty pizdo! — wrzasnął facet, nachylając się nad ladą i sięgając albo po piwo, albo po dziewczynę. A może po jedno i drugie. Trouble nie był pewien. Ekspedientka odskoczyła i wpadła plecami na ścianę papierosów. Zanim facet zdążył czegokolwiek dotknąć, Trouble szarpnął go do tyłu za kołnierz pastelowej koszuli.

Czas zacząć trening.

Nie chcąc narobić szkód w sklepie, Trouble obrócił faceta i wypchnął go tyłem przez drzwi. Elektroniczny dzwonek brzęknął obojętnie, gdy tamten zatoczył się, runął na plecy i wylądował na lśniącej plamie oleju na betonowej płycie pod wysoką aluminiową wiatą osłaniającą dystrybutory. Trouble wrócił do ekspedientki i położył na ladzie dwudziestkę.

— Za dwadzieścia na czwórkę, proszę — powiedział do zszokowanej dziewczyny, po czym wyszedł na zewnątrz.

Twarz dupka była ceglastoczerwona i wykrzywiona w szyderczym grymasie, gdy zbierał się z ziemi.

— Spierdalaj — rzucił Trouble, idąc w stronę motocykla.

Facet pozwolił mu przejść obok, dokładnie tak, jak Trouble przewidywał. Zdradziło go szuranie butów: ruszył za Trouble’em i zamachnął się obszernym sierpowym, celując w tył jego głowy. To był dziwny ruch, pomyślał później Trouble. Gdyby cios doszedł celu, gość prawdopodobnie złamałby sobie rękę. Może zamroczyłoby Trouble’a, ale niewiele więcej.

Złość robi z ludźmi dziwne rzeczy.

Trouble uchylił się, uskoczył w bok, odwrócił się i wpakował łokieć prosto w zęby faceta. Przez skórzany rękaw kurtki poczuł, jak siekacze tamtego wginają się w głąb ust. O dziwo, gość utrzymał się na nogach i znów ruszył na Trouble’a. Musnął bark Trouble’a i raz solidnie trafił go w żebra, zanim Trouble powalił go ciosem w nerkę i kopnięciem w głowę. Facet osunął się plecami po pustym dystrybutorze.

Kiedy Trouble skończył tankować, dupek wciąż był nieprzytomny. Ekspedientka widziała wszystko z wnętrza małej stacji. Pomachała mu na pożegnanie, gdy wyjeżdżał z parkingu. Wydawała się miłą dziewczyną.

Trouble miał rację. Nie zadzwoniła po policję. Ale najwyraźniej do kogoś jednak zadzwoniła. Kiedy wyjeżdżał ze stacji, na parking z piskiem opon wpadł zakurzony pikap. Dwóch facetów wyskoczyło z auta i podeszło do nieprzytomnego dupka. Jeden był starszy, drugi mniej więcej w wieku dziewczyny. Może ojciec z bratem albo z chłopakiem. Dziewczyna wskazała na Trouble’a, gdy oddalał się na motocyklu. Obaj mężczyźni mu pomachali. Trouble uniósł rękę w odpowiedzi.

Do usług. I tak potrzebował ruchu.

DWA

Brad Thompson czuł się szczęściarzem. Kiedy wyszedł tylnymi drzwiami niewielkiego białego budynku, miał wrażenie, że wszystko wreszcie zaczyna mu się układać. Jego zespół miał zaklepanych kilka koncertów w nadchodzących tygodniach, w całkiem przyzwoitych klubach w Denver, a wokalista i zarazem menedżer próbował zorganizować trasę po sąsiednich stanach. Pracowali nad albumem — sami opłacili czas w studiu — i zamierzali promować go na całego.

Owszem, on i Trina, jego dziewczyna, zaliczyli kolejną potężną awanturę, ale było to już jakieś dwa tygodnie temu. Poza tym cała kłótnia poszła o to, że Brad nie zarabiał żadnych pieniędzy, nie licząc okazjonalnej setki dolców z wyjątkowo udanego koncertu, a takie koncerty nie zdarzały się często. Ile razy już jej wyjaśniał (ona nazywała to „mansplainingiem”), że świat zwyczajnie nie dojrzał jeszcze do death-noise-synth-metalu na poziomie Burned Ego?

Na to zwykle pytała, dlaczego nie ruszy tyłka i nie znajdzie sobie pracy, zanim świat do tego dojrzeje. Dobre sobie. Wiedziała, w co się pakuje, kiedy zeszli się trzy lata temu. Jasne, wtedy pracował jeszcze w Best Buy. Wylali go krótko po tym, jak razem zamieszkali, bo opuścił o jedną zmianę za dużo.

To nie tak, że nie było jej stać. Miała tę swoją dorosłą pracę w firmie ubezpieczeniowej, gdzie robiła coś tam. Trina mówiła mu dziesiątki razy, co dokładnie robi, ale jakoś nigdy nie potrafił zapamiętać tego na dłużej niż pięć minut.

Nie był przecież złym chłopakiem i właśnie dlatego ciągłe kłótnie nie dawały mu spokoju. Ich sprzeczki zaczynały się od pasywno-agresywnych przytyków z obu stron, a po kilku godzinach albo kilku dniach przeradzały się w pełne wrzasków awantury, zwykle w zagraconym salonie ich mieszkania z jedną sypialnią.

Brad nigdy nie podniósł ręki na Trinę ani na żadną inną kobietę, a kiedy wiedział, że zawinił, zwykle szybko przepraszał. Był lojalny do bólu i nigdy jej nie zdradził. Poza tym po kłótni zawsze przynosił Trinie sushi i małego żółwia wyrzeźbionego z mydła z uroczego rodzinnego butiku, który odwiedzili na jednej z pierwszych randek. Trina zachwycała się żółwiami morskimi — swoimi ulubionymi zwierzętami — a Brad to zapamiętał. Pamiętał to wyraźnie: jak mrużyła oczy, jak unosiły jej się kąciki ust i ten ledwie słyszalny czuły pomruk, który jej się wymknął. Wtedy zrozumiał, że oszalał na jej punkcie. Serce podskoczyło mu w piersi, żołądek zrobił fikołka. Był jej.

Ich pierwsza kłótnia dotyczyła jedzenia, jak u tylu par. Coś tak powszechnego i tak głupiego, że jeszcze tej samej nocy Brad natknął się w internecie na pierwszy z wielu memów na ten temat. W każdym memie, który widział, niezdecydowaną, a zarazem wybredną połową związku była kobieta.

U Brada i Triny role się odwróciły. Tamtego wieczoru, niecałe trzy lata temu, Trina chciała wyjść coś zjeść, a Brad powiedział, że jasne, może być i wszystko mu jedno, dokąd pójdą. Po wielu propozycjach Triny i po tym, jak Brad wiele razy rzucił półgębkiem: „Jasne, skarbie, jak chcesz”, Trina w końcu zdecydowała się na nową knajpę z sushi, na co Brad odpowiedział: „Och, skarbie, wszystko, byle nie sushi”.

Dla Triny, wtedy potwornie głodnej, zestresowanej wyjątkowo ciężkim dniem w pracy i pełnej wątpliwości co do niezdecydowanego chłopaka, z którym zamieszkała w wieku dwudziestu czterech lat, to było za wiele. Kiedy krótka, ale emocjonalnie wyczerpująca kłótnia i późniejsze godzenie się dobiegły końca, oboje się z tego śmiali. Brad, snując się bez celu po internecie w telefonie, trafił na mema i pokazał go Trinie w chwili, którą oboje uznali za niewiarygodny zbieg okoliczności. Było to małe objawienie nie tylko w ich związku, lecz także w ich młodym życiu. Zrozumieli, że wciąż muszą się o sobie wiele nauczyć i że oboje mają dziwactwa, które nieuchronnie będą im działać na nerwy.

Od tamtej pory kłócili się o rzeczy błahe i mniej błahe, ale ostatnie awantury były jakieś inne. Brad nie wiedział, czy przesadnie reaguje na wyjątkowo długą serię nieporozumień i pecha, czy naprawdę powstaje między nimi wyrwa nie do zasypania. Miał wrażenie, że świat rozpada mu się wokół. Jakby utknął w niekończącej się zimie. Nic nie rosło, nic nie rozkwitało, wszystko więdło i umierało.

Ta zima ciągnęła się przez sześć miesięcy i skończyła dopiero mniej więcej dwa tygodnie wcześniej. Kłótnie z Triną co drugi dzień (co było jeszcze jakoś do zniesienia, kiedy kończyły się seksem na zgodę, ale ostatnio nawet to się nie zdarzało). Kłótnie z kolegami z zespołu o kierunek i promocję Burned Ego. Żadnych perspektyw na pracę poza podawaniem jedzenia. Rosnące koszty życia, prawie żadnych nowych koncertów Burned Ego i, jakby tego było mało, rodzice odmówili mu kolejnych pożyczek.

Co miał zrobić dwudziestoośmioletni muzyk? A potem nagle, ni z tego, ni z owego, przez znajomego znajomego dostał namiar na robotę. Łatwą, dobrze płatną i taką, która nie będzie kolidowała z kapelą. No jasne, że brał.

Od tego czasu z Triną częściej uprawiali seks i rzadziej się kłócili, a wyrwa zdawała się sama zasypywać. Z resztą zespołu doszedł do porozumienia (choć na razie kruchego) co do kierunku, w którym miała iść kapela, a jego problemy finansowe najwyraźniej się skończyły.

Zrobił kilka kroków od budynku i przystanął na moment, żeby poczuć słońce na twarzy, lekki wiatr we włosach i słodki zapach szybko rozkwitającego lata. Tak. Życie jest piękne.

Nie pierwszy raz Brad zastanawiał się, jakim cudem miał tyle szczęścia, że dostał taką robotę. Większość takich firm, jeśli nie wszystkie, zatrudniała ludzi z ogromnym doświadczeniem i przeszkoleniem, nie wspominając o ciężkim sprzęcie i poważnych procedurach. Na pewno nie zamierzał poruszać tego tematu przy szefowej. Nie chciał podsuwać jej pomysłów. Poza tym czuł, że jeśli będzie o tym myślał zbyt długo i zbyt intensywnie, na pewno zapeszy, więc odsunął te myśli, wsiadł do starego, wyblakłego od słońca hatchbacka i ruszył.

Starał się za każdym razem wybierać inną trasę — tak mu kazano, kiedy zaczynał — ale wariantów było tylko kilka, chyba że nadłożyłby sporo drogi. Nie chciał zmieniać trzydziestominutowej roboty w godzinną. W końcu tak czy inaczej płacili mu tyle samo.

Gdyby pojechał dłuższą trasą, prawdopodobnie uniknąłby losu, który na niego czekał. Przynajmniej tego dnia.

Ale nie pojechał.

Jednym okiem śledził drogę, drugim lusterka; wypatrywał, czy ktoś za nim nie jedzie. Nie rozpoznawał żadnego z samochodów; wszystkie wyglądały normalnie. Nie miał złych przeczuć, więc postanowił pojechać trasą, którą jechał przedwczoraj. Był pewien, że nic mu nie grozi. Kiedy skręcił w prawo na 40th, podgłośnił radio i zaczął śpiewać razem z jakimś rozwodnionym, cukierkowym popowym kawałkiem, którego słów nie znał. Pop z listy Top 40, opium dla mas, był jego wstydliwą przyjemnością. Koledzy z zespołu na pewno wykopaliby go z kapeli, gdyby poznali tę haniebną skłonność. Był w swoim żywiole i po raz kolejny zauważył, że sprawy idą ku lepszemu.

A potem, gdy zatrzymał się przed znakiem stopu, ktoś wjechał mu w tył auta. Po lekkim uderzeniu głową szarpnęło mu do tyłu, na zagłówek.

— Cholera! — rzucił, wściekle patrząc w lusterko wsteczne.

Zatrzymał auto i wysiadł, rozcierając kark. To było nic, ledwie muśnięcie, i Bradowi nic się nie stało, ale uznał, że najlepiej będzie grać poszkodowanego, dopóki nie zobaczy, z kim ma do czynienia. Jasne, finansowo wreszcie wychodził na prostą, ale zawsze rozglądał się za okazją do łatwej kasy. Stłuczka mogła się opłacić. Po amerykańsku.

Uderzył w niego P.T. Cruiser, pojazd, którym w wyobrażeniu Brada jeździły wyłącznie młode kobiety albo starsze, które żałowały, że nie są już młode. Na żadnym z samochodów nie było widać uszkodzeń.

Z miejsca kierowcy wysiadł schludny Latynos w średnim wieku i ruszył w stronę Brada z przepraszającą miną. Brad zauważył bliznę u góry czoła, tuż przy linii włosów, ale nie zwrócił na nią większej uwagi. Gdyby miał lepszą pamięć, przypomniałby sobie, że mężczyzna pasujący do tego opisu jest podejrzany o potrójne zabójstwo. Nie dalej niż dwa wieczory wcześniej Brad widział policyjny portret pamięciowy mężczyzny, który stał teraz przed nim. Według materiału z wiadomości, który wpadł Bradowi jednym uchem i wypadł drugim, facet był powiązany z rosnącym w siłę meksykańskim kartelem, który podobno działał w Denver.

Brad zauważył też młodego, równie schludnego białego faceta, który wysiadł od strony pasażera, z poważną miną. Wyglądał na młodszego od Brada i był o głowę wyższy. Miał na sobie koszulę z krótkim rękawem i kołnierzykiem oraz szorty khaki. Podszedł do hatchbacka Brada od strony pasażera. Na tylnym siedzeniu Cruisera siedział jeszcze jeden mężczyzna. Po prostu się gapił.

— Strasznie przepraszam, stary. Nic ci nie jest? — zapytał kierowca. Blizna na jego czole drgnęła, gdy uniósł brwi.

— Nie wiem — odparł Brad, wciąż masując kark i grając swoje. — Nieźle mi szarpnęło głową.

Kierowca uśmiechnął się do niego.

— Co ty tam masz? — zapytał pasażer. Brad odwrócił się i zobaczył, że tamten stoi przy przednich drzwiach hatchbacka od strony pasażera i wskazuje przez szybę na torbę leżącą na siedzeniu. Nagle Brad poczuł się bardzo nieswojo. Opuścił rękę z karku.

— Eee… to nic takiego. Tylko rzeczy z pracy. Właściwie już dobrze się czuję, panowie. Nie ma co mieszać w to ubezpieczenia — powiedział, cofając się do auta.

— Mnie to wygląda na torbę bankową. I to wielką. Wypchaną po brzegi. Jak myślisz, Mr. G? Wygląda ci na pełną torbę bankową? — zapytał pasażer, zwracając się do Latynosa z blizną.

— Tak, Mason. Zdecydowanie — odparł Mr. G, nawet nie spoglądając na torbę. Brad spojrzał na Masona. Tamten powoli oderwał wzrok od torby i ponad dachem auta spojrzał Bradowi prosto w oczy. Brad nie wytrzymał tego spojrzenia i zerknął z powrotem na kierowcę, który wciąż stał za hatchbackiem i uśmiechał się do niego. Jakiś samochód powoli ich minął. Żaden z mężczyzn się nie odezwał. Kiedy auto odjechało, zostali sami na ulicy.

— No to ja już pójd⁠—

— Zaraz, wyglądasz mi znajomo. Nie pracujesz przypadkiem dla Lori? — zapytał pasażer, Mason, wchodząc mu w słowo. Ulga owiała Brada jak letni wiatr — ciepła i kojąca. To byli znajomi jego szefowej. Panikował bez powodu. Odwrócił głowę do pasażera i uśmiechnął się z ulgą.

— Tak, właściwie tak. Mały ten świa⁠—

Znów mu przerwano, ale tym razem nie głosem. Rozległ się głośny trzask, a kula wbiła mu się w brzuch, tuż pod splotem słonecznym, wybijając powietrze z płuc.

Usiadł ciężko na asfalcie, mimowolnie. Nogi przestały działać. Spojrzał z niedowierzaniem na kierowcę z blizną. Mr. G, tak go nazwali. Pod uśmiechniętymi ustami zobaczył pistolet w jego dłoni. Ten uśmiech nie zmienił się od pierwszej wymiany zdań. Bradowi nagle przypomniał się materiał z wiadomości. Jego umysł próbował ogarnąć sytuację: krew lejącą się z brzucha i ból, który dopiero zaczynał dawać o sobie znać.

Uśmiech wciąż był taki sam. Mr. G podszedł do Brada, a Brad powoli przyjmował do wiadomości, że naprawdę został postrzelony. Mężczyzna z blizną nie spuszczał wzroku z jego oczu. Zbliżył się i wpakował w niego kolejny pocisk. Tym razem kula weszła w czaszkę Brada, zostawiając na asfalcie przy przednim zderzaku hatchbacka rozbryzg krwi i mózgu.

Kiedy kilka minut później przyjechała policja, P.T. Cruiser już zniknął — razem z całą trójką i z torbą pieniędzy, która wcześniej leżała na siedzeniu pasażera w samochodzie Brada.

TRZY

Tim patrzył z ponurym niedowierzaniem, jak sedan podjeżdża do krawężnika. Dzieciak za kierownicą miał błyszczące oczy i rozdziawioną gębę. Tim spojrzał na stojącego obok Josepha, a mina współpracownika powiedziała mu wszystko. Krzaczaste brwi Josepha ściągnęły się, pospolite rysy wykrzywiły mu się w grymas bardziej stłumiony niż wściekły. Był o głowę niższy od Tima, dziesięć lat starszy i zaczynał łapać trochę tego tłuszczu, który w okolicach trzydziestego piątego roku życia odkłada się z prawdziwym impetem — a Joe miał ten próg już za sobą. Mimo to Tim wiedział, że Joseph jest profesjonalistą. Pracowali razem wystarczająco długo. Joe nie wychodził z siebie przy pierwszej oznace kłopotów. Nie. Zostawiał to sobie na później. Ale nawet wtedy był to konstruktywny rodzaj złości: Joe robił, co trzeba.

Tim wzruszył ramionami i obejrzał się przez ramię na Raya, który kucał pod ceglaną ścianą budynku i palił papierosa. Patrzył, jak na twarzy Raya pojawia się zrozumienie, a potem mrok, gdy dzieciak wysiadł z sedana niczym handlarz używanymi autami, gotów zacząć wciskać kit.

Ray wcale nie miał na imię Ray. Tim nie wiedział, jak naprawdę się nazywa, ale na bank nie Ray. Ktoś kiedyś powiedział mu, że to ironiczna ksywka, bo gość był takim, kurwa, promieniem słońca. Tim zgadywał, że facet ma bliskowschodnie korzenie, ale pewności nie miał. Podobnie jak sam Tim, Ray nie był biały. Jakiego dokładnie koloru — tego Tim nie wiedział. Nie żeby miało to większe znaczenie. Wiedział tylko, że facet dobrze się ubiera i nie pierdoli się z nikim.

Ray rzucił Timowi krótkie spojrzenie, po czym wstał i utkwił ponury wzrok w dzieciaku, którego imienia Tim nie mógł sobie przypomnieć.

Lato dopiero się zaczynało, a pogoda w Mile High City nie mogła być lepsza. Poranne słońce miękko odbijało się od czteroletniego sedana; w złotobeżowym lakierze na moment mignęło odbicie twarzy Tima, gdy zszedł z krawężnika i obszedł maskę od strony kierowcy. Dzieciak minął go z uśmiechem. Tim pokręcił głową z powagą. Wiedział, co się święci. Zatrzymał się przy drzwiach; za jego plecami z rzadka przejeżdżały samochody, a on mierzył auto wzrokiem.

Tim nie miał wątpliwości, że Joseph wie, iż na tym etapie z samochodem nie da się już nic zrobić. Wypracowali roboczą komunikację wymagającą niewielu słów, więc Tim nie zdziwił się, gdy Joe ominął dzieciaka i otworzył przednie drzwi od strony pasażera. Joe też przystanął i obejrzał się na Raya.

Najwyraźniej dzieciak był równie głupi, co szczęśliwy, bo uśmiech nie schodził mu z twarzy. Uśmiech, który mówił: „No proszę, nieźle mi poszło, co? Teraz dajcie smakołyk i pozwólcie pobawić się z dużymi chłopcami”. Tim z narastającym złym przeczuciem patrzył, jak Ray podchodzi i mierzy wzrokiem dzieciaka, który miał może dwadzieścia lat. Samochód był rodzajem egzaminu, a trójce czekającej na chodniku należało zaimponować. Nie zaimponował im. Ani trochę.

Ku zaskoczeniu Tima Ray nie zrobił nic gwałtownego. Odsunął się od dzieciaka, który dopiero zaczynał przeczuwać, że coś jest nie tak. Gdyby trzymał język za zębami, wszystko byłoby dobrze, ale ta jego rybia gęba rozwarła się i wypłynęły z niej słowa. Dopadły Raya akurat wtedy, gdy szedł do tylnych drzwi auta.

— Co jest? Nawet „dziękuję” nie usłyszę? Świetna z was ekipa. Gość kradnie dla was auto, a dostaje tylko krzywe spojrzenie. — Ray zatrzymał się nagle, jakby dzieciak uderzył go w plecy. Odwrócił się powoli i wszedł z powrotem na krawężnik. Cholera, dzieciak miał jaja. Nawet nie drgnął, stał tylko z tymi wielkimi zębami wystającymi z na wpół otwartych ust. Tim westchnął.

Ray otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zaraz zrezygnował. Zamiast tego uderzył dzieciaka łokciem prosto w nos. Mocno. Chłopak padł na poplamiony chodnik, łapiąc gwałtownie powietrze i wytrzeszczając oczy.

— Wygląda ci to na pieprzonego pikapa? — zapytał Ray, wskazując na sedana, który warczał cicho metr dalej.

— Pikap, osobówka… jaka to różnica? — wyjęczał dzieciak przez nos. Rayowi puściły nerwy. Zaczął kopać chłopaka butami derby o ostrych noskach. Trafił go kilka razy, gdy dzieciak próbował uciekać po chodniku na czworaka, a krew lejąca się z jego nosa plamiła beton.

— Ray! — zawołał Tim, stukając się w nadgarstek, żeby pokazać, że pora ruszać.

Ray rzucił w stronę dzieciaka jadowitą wiązankę przekleństw. Tamten zdołał podnieść się i chwiejnie oddalał się chodnikiem, a Ray wrócił do samochodu.

Nastrój w aucie niewiele różnił się od tego na chodniku. Tim nie był pewien, co czują inni, ale on miał dziwne przeczucie co do tej roboty. Niekoniecznie chciał ją robić, ale rozumiał, że trzeba ją wykonać. Tak to już działało. Gdyby jej nie zrobili, straciliby wiarygodność i wkrótce zostaliby bez dobrze płatnych zleceń. A Tim, jakby co, nie miał ochoty wracać do okradania stacji benzynowych i handlowania dragami. Dość już się w tym gównie nataplał.

Gdy mijali mężczyznę i kobietę wchodzących do luksusowego butiku, Joe rzucił komentarz o tyłku kobiety. Ray wybuchnął tubalnym, ochrypłym śmiechem. Tim też się zaśmiał. Ale wcale nie patrzył na nią. Patrzył na faceta, który sam miał naprawdę niezły tyłek. Tim nie interesował się kobietami, ale jego współpracownicy o tym nie wiedzieli.

Prawdę mówiąc, gdyby po prostu im o tym powiedział, przez kilka tygodni pewnie byłoby najwyżej trochę dziwnie i niezręcznie, ale wolał nie ryzykować.

Jednym z minusów fachu Tima był nie tylko brak ubezpieczenia zdrowotnego i stomatologicznego, ale też ogólny brak zrozumienia dla całej tej kwestii pod tytułem: faceci, których kręcą faceci. Uważał, że jego koledzy pod względem orientacji seksualnej mentalnie utknęli w latach pięćdziesiątych. Tim kochał swoją robotę i nie chciał jej stracić przez coś, co bez trudu mógł zachować dla siebie. Lubił wolność, adrenalinę i kasę — przynajmniej na razie.

Niestety utrzymywanie pozorów heteroseksualności oznaczało, że od czasu do czasu musiał brać udział w popisach macho i poniżaniu kobiet, po których zawsze miał kaca moralnego. W duchu przepraszał adresatki gwizdów i sprośnych uwag. Był zdziwiony, że Ray nie opuścił szyby, by zawołać do kobiety. Uznał, że pewnie było jeszcze za wcześnie, a oni wszyscy martwili się tym sedanem. W każdym innym przypadku Ray dałby kobiecie znać o swoim zainteresowaniu — i z radością skorzystałby z okazji, żeby wystraszyć jej faceta na śmierć.

Dziwne, ale Tim sam chętnie zachowywał się podobnie wobec mężczyzn w gejowskich klubach, które odwiedzał poza pracą, głównie wobec bardziej zniewieściałych facetów, którzy akurat się napatoczyli. Z doświadczenia Tima wynikało, że mężczyznom to się podobało. Może chodziło o kulturę i klubowe środowisko. W każdym razie kilka razy wylądował z kimś w łóżku właśnie dzięki sprośnym, bezpośrednim uwagom rzucanym do facetów. Nie słyszał, żeby choć jednemu mężczyźnie udało się to samo z kobietami. Oczywiście w klubach nie była to norma, ale u niego działało. Może przez tę czystą pewność siebie, którą emanował.

Dojazd na miejsce zajął im piętnaście minut. Zaparkowali i siedzieli, czekając, obserwując i licząc, że sedan nie okaże się problemem. Resztki luźnej rozmowy ucichły. Wcześniej gadali głównie o różnych niesprawdzonych rekrutach, niedawnej zmianie taktyki i o tym, czy rozsądnie jest brać się za taką robotę, zwłaszcza w taki sposób. To nie były poważne dyskusje. Zwykłe narzekanie na robotę, takie, jakie uprawiają ludzie na całym świecie, najczęściej nawet nie zauważając, że to robią.

Kiedy zbliżał się czas akcji, przestali rozmawiać i zaczęli przygotowania — sprawdzali broń i zapasowe magazynki, rozglądali się za policją, upewniali się, że mają dobre pole widzenia. Sprawdzali wszystko po dwa, trzy razy, jak dobrzy żołnierze.

Wtedy z tyłu brązowego budynku, dalej, po drugiej stronie ulicy, otworzyły się drzwi służbowe. Cała trójka w sedanie wstrzymała oddech i uważnie przyjrzała się mężczyźnie, który wyszedł. Szybko stało się jasne, że idzie do wielkiego amerykańskiego pikapa zaparkowanego w alejce za budynkiem. Kurwa. Niemal dało się to słowo usłyszeć, choć żaden z nich go nie wypowiedział. Kurwa. Pieprzony pikap.

Nie chodziło tylko o wielkie auto. Nowym problemem był człowiek za kierownicą. Sposób, w jaki się poruszał, jasno dawał do zrozumienia, że mają do czynienia z zawodowcem. Był duży, miał co najmniej metr dziewięćdziesiąt, choć z oddali trudno było ocenić. Wychodząc z budynku, rozejrzał się uważnie, omiatając wzrokiem kolejne sektory. Prawie na pewno miał przy sobie spluwę.

Problemy.

Musieli wymyślić coś kreatywnego, i to szybko. Plan zakładał przejęcie kuriera w promieniu trzech przecznic od budynku. Dalej szanse zaczynały się przechylać przeciwko nim. Pościg odpadał, a jego dokładnej trasy też nie znali; wiedzieli tylko, że za każdym razem opuszcza okolicę tym samym trzyprzecznicowym odcinkiem, a potem zmienia trasę, nie wybierając dwa razy w tygodniu dokładnie tej samej drogi.

Taranowanie celu — ich pierwotny plan — odpadało z oczywistych względów. Joseph, Ray i Tim wciąż nie zamienili słowa od momentu, gdy mężczyzna wyszedł z budynku. Wszyscy wiedzieli, że muszą myśleć. Szybko. Tim wrzucił bieg i ruszył za pikapem, ufając, że na coś wpadnie, a jeśli nie on, to Joe albo Ray wymyślą coś, zanim będzie za późno.

W ciągu dwóch przecznic mieli nowy plan. Choć nie mogli uderzyć w planowanym promieniu trzech przecznic, wciąż mogli ograniczyć czas, przez jaki będą na widoku. Oby tylko gość w pikapie nie okazał się zbyt sprytny i nie zaczął krążyć w kółko.

Pognali równoległą alejką i szybko wyprzedzili pikapa. Poranny szczyt już minął, więc ruch uliczny im sprzyjał. Tim zatrzymał auto, wyskoczył i pobiegł w stronę rogu. Joe przesiadł się na miejsce kierowcy, gdy Tim się oddalał. Tim zwolnił do kroku tuż przed tym, jak miał wejść w pole widzenia na skrzyżowaniu. Kiedy dotarł do rogu, pikap podjechał do świateł. Gdyby było zielone, sprawa wymknęłaby mu się z rąk i spadłaby na sprawne barki Joe'ego i Raya. Ale było czerwone. Wielkolud w pikapie zerknął w lewo, prosto na Tima, jedynego pieszego w zasięgu wzroku.

Obrzucił Tima wprawnym spojrzeniem od stóp do głów, a potem wrócił do obserwowania świateł, czekając na zmianę. Najwyraźniej nie uznał go za zagrożenie. Tim uśmiechnął się pod nosem. Miał dwadzieścia pięć lat i był ubrany jak typowy milenials: rurki, obcisły T-shirt, modna skórzana kurtka i jaskrawe, wysokie buty. Wyglądał na hipstera.

Ubranie skrywało jednak niemały arsenał. Z tyłu za paskiem miał Berettę M9, ukrytą pod lekką skórzaną kurtką. Choć na pierwszy rzut oka wydawał się chudy, był świetnie wyrzeźbiony, miał ciało gimnastyka i był znacznie silniejszy, niż wyglądał. Do tego nosił mały, ale ostry nóż w pochwie przy kostce, schowany pod marszczącą się nogawką rurek tuż nad prawym butem.

Za plecami Tim usłyszał, jak sedan z Josephem i Rayem przejeżdża przez ulicę do następnej alejki. Mieli czekać na następnym skrzyżowaniu. Tim przeszedł przed maską mruczącego pikapa i ruszył wzdłuż jego boku. Ot, zwykły facet na spacerze.

Gdy tylko upewnił się, że znalazł się w martwym polu kierowcy, wyciągnął pistolet, obrócił się jednym szybkim ruchem i dopadł do drzwi od strony pasażera. Jednocześnie uderzył rękojeścią pistoletu w szybę i szarpnął za klamkę, na wypadek gdyby drzwi były otwarte.

Zrobienie obu rzeczy naraz było sprytnym zagraniem. Mogło oszczędzić mu bezcenną sekundę albo dwie, gdyby drzwi jednak były otwarte, a samo szarpnięcie za klamkę mogło zaalarmować kierowcę, który wcisnąłby gaz i uciekł. Poza tym wiele nowoczesnych aut blokowało się automatycznie po osiągnięciu określonej prędkości albo przejechaniu określonego dystansu — albo po jednym i drugim. Tim nie był tego do końca pewien.

Jak się okazało, drzwi były zamknięte. Szyba posypała się, a Tim wcisnął prawą rękę z pistoletem do kabiny i mocno zaparł stopy na stopniu podniesionego pikapa dokładnie w momencie, gdy facet dodał gazu. Oddał strzał ostrzegawczy i szyba po stronie kierowcy też się rozsypała.

— Zatrzymaj ten pieprzony samochód.

Gość, nie odrywając oczu od drogi, zrobił, co mu kazano, zjeżdżając do szeregu pustych miejsc parkingowych wzdłuż krawężnika. Tim zauważył, że wygląda na bardziej wściekłego niż przestraszonego, co oznaczało, że nie wolno z nim pogrywać.

Mięśnie ramion kierowcy napinały się i drgały, gdy trzymał kierownicę obiema rękami, spięty od gniewu i adrenaliny. Wyglądał na byłego wojskowego. Miał krótko ostrzyżone włosy, a na lewym przedramieniu tatuaż z czaszką i nożem — wojskowy wzór, zgadywał Tim, ale nie miał pewności. Miał na sobie kraciastą koszulę z krótkim rękawem, dżinsy i kowbojskie buciory. Cowboy.

— Wrzuć na P — rozkazał Tim.

Cowboy zrobił, co mu kazano. Tim trzymał go na muszce, lewą ręką otwierając drzwi od środka. Zeskoczył ze stopnia pikapa na chodnik, otwierając drzwi na oścież. Ulicą przejechało kilka samochodów, ale nikt się nie zatrzymywał ani nie zwalniał, nie słyszał też syren. Tim musiał się spieszyć. Strzał w mieście nie przejdzie bez echa. Na szczęście byli w okolicy, gdzie większość firm to warsztaty mechaniczne, zakłady obróbki metalu, punkty recyklingu albo lombardy. Mało pieszych, za to mnóstwo hałasu wokół. Mieli trochę czasu.

— Dobra — powiedział Tim, siadając na miejscu pasażera, prosto na potłuczone szkło. — Wrzuć D i bardzo powoli miń następne światła. Widzisz tam po prawej tego paskudnego beżowego sedana?

Facet skinął głową, wciąż patrząc przed siebie, wciąż wściekły.

— Zaparkuj za nim.

Byli około dziewięćdziesięciu metrów od sedana, w którym siedzieli Joseph i Ray. Tim widział Josepha patrzącego w lusterko wsteczne i Raya wykręcającego się na tylnym siedzeniu, wpatrzonego w pikapa.

Tim trzymał Cowboya na muszce prawą ręką, a lewą zaczął grzebać w kabinie pikapa. Sprawdził schowek, zajrzał pod siedzenie i do konsoli środkowej, ale nie znalazł tego, czego szukał.

— Gdzie kasa?

— Jaka kasa?

— Nie pogrywaj ze mną, człowieku. Widziałem, jak wynosisz ją z warsztatu. Miałeś ją pod pachą, w jednej z tych czerwonych toreb bankowych. Gdzie jest? Albo cię zastrzelę i sam ją znajdę.

Cowboy zawahał się; szczęki miał zaciśnięte.

— Posłuchaj — westchnął Tim. — Tu nie chodzi o ciebie. To odwet za to, co zrobił szef twojego szefa. Chodzi o wyrównanie rachunków. Zabili kuriera. Nie musi się tak skończyć. Nie musisz umrzeć. Ale mam rozkaz zabrać pieniądze. Więc gdzie. Kurwa. Jest?

Zatrzymali się za sedanem. Joseph i Ray zaczęli wysiadać z auta z bronią w ręku. Zatrzymali się, gdy zobaczyli kobietę idącą chodnikiem w ich stronę. Cowboy zaczął sięgać lewą ręką w dół, między siedzenie a drzwi.

— Ani drgnij — ostrzegł Tim. — Mów. I nie odrywaj rąk od kierownicy.

Cowboy otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale nagle przestał. Zauważył kobietę na chodniku. Tim kątem oka też dostrzegł ruch z tej samej strony i lekko się odwrócił, żeby zobaczyć, co się dzieje.

Kobieta zatrzymała się na chodniku w pobliżu przedniego prawego narożnika pikapa, wpatrując się w dwóch mężczyzn. A raczej: w pistolet, który trzymał Tim. Wyglądała na zaskoczoną i niepewną.

Tim pomyślał, że może pracuje w biurze poręczeń kaucyjnych albo w jednym z pobliskich lombardów. Ubranie miała stare i znoszone; twarz i przygarbione ramiona wyglądały równie zmęczone, ale oczy miała twarde, napięte. Teraz biegały między twarzą Tima a bronią w jego ręku.

Wpatrywali się w siebie przez czas, który wydawał się wiecznością. Wtedy Tim wyczuł ruch ze strony Cowboya i odwrócił się, by zobaczyć, jak w prawej dłoni Cowboya unosi się rewolwer .38 Special, niemal na wysokości głowy Tima. Kobieta na chodniku rzuciła się do ucieczki tuż przed tym, jak Cowboy wypalił do Tima, który odchylił głowę o kilka centymetrów w lewo. Broń wypaliła tuż obok niego, kula przeleciała przez pusty otwór po wybitej szybie i o włos minęła głowę kobiety biegnącej obok auta.

Sekundę później Tim strzelił do Cowboya. Był ogłuszony, oczy same mu się zacisnęły, więc kula poszła trochę bokiem i trafiła Cowboya wysoko w lewe ramię. Kiedy Tim otworzył oczy, lewą ręką trzymał już prawy nadgarstek Cowboya i walczył o to, by odsunąć broń od swojej twarzy.

Joe i Ray wysiedli z sedana i zmierzali do pikapa, ale Tim krzyknął do nich, wciąż szamocząc się z Cowboyem:

— Widziała moją twarz! Widziała nas wszystkich! Ja się nim zajmę! Za nią!

Joe i Ray rzucili się za kobietą.

Tim całą uwagę skupił z powrotem na rannym Cowboyu. Pchnął jego rękę w dół, kierując lufę swojej broni prosto w prawe przedramię mężczyzny. Nacisnął spust. Cowboy upuścił pistolet i zawył z bólu, nie mogąc go utrzymać z potrzaskanym przedramieniem i przeciętymi ścięgnami. Tim natychmiast przyłożył mu pistolet do głowy. Odwrócił wzrok tuż przed tym, jak oddał dwa szybkie strzały. Krew opryskała mu prawą stronę twarzy.

Wysiadając z pikapa, Tim usłyszał strzały i spojrzał w dół chodnika. Zobaczył, jak ciało kobiety uderza o chodnik jakieś pięćdziesiąt metrów dalej. Sposób, w jaki upadła, mówił mu, że nie żyła, zanim dotknęła betonu. Joe i Ray biegli z powrotem do niego, mocno pracując ramionami, z oczami szeroko otwartymi. Tim podbiegł do drzwi kierowcy, szarpnął je i pozwolił Cowboyowi wypaść na asfalt z odstrzeloną górną połową czaszki.

Przeszukał schowek w drzwiach i znalazł torbę bankową. Otarł trochę krwi z torby o kraciastą koszulę Cowboya, po czym rzucił do nadbiegających Joe'ego i Raya:

— Spieprzamy stąd!

Trzej mężczyźni zrobili krok w stronę sedana i zamarli. Ludzie wychylali głowy z drzwi zakładów, z telefonami kurczowo przyciśniętymi do uszu. Na drodze nie było żadnych samochodów. Nie wiedzieli, czy to zbieg okoliczności, czy skutek strzelaniny. Jak na przemysłową część miasta, było zbyt cicho, zbyt nieruchomo. W powietrzu wisiał ciężar, który czuli wszyscy wokół.