Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 29.09.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Mroczny thriller o władzy, przemocy i sekretach, za które płaci się życiem.
Sylwestrowa noc, zaginiona nastolatka i śledztwo, które błyskawicznie wymyka się spod kontroli. Justyna Kołyska wchodzi w świat kłamstw, przemocy i układów sięgających najwyższych szczebli władzy. Gdy na jaw wychodzą kolejne śmierci, staje się jasne, że ktoś zrobi wszystko, by prawda nigdy nie ujrzała światła dziennego.
W świecie, gdzie każdy kłamie, prawda kosztuje najwięcej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 552
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Gabriela Pawlina, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Kuba Magierowski
Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak
Korekta: Joanna Jóźwiak, Anna Nowak
Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl
PR & marketing: Magdalena Drogoś-Kraszewska, Jagoda Świegot
ISBN: 978-83-8441-487-3
Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Seria: FILIA Mroczna Strona
mrocznastrona.pl
Dla wszystkich, których świat nauczył milczeć, ukrywać się i brać mniej, niż na to zasługiwali.
Historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Wszystkie imiona, nazwiska, miejsca i nazwy organizacji zostały zmienione. Ewentualne podobieństwa są przypadkowe.
Wrzesień 2020
Dochodziła dwudziesta pierwsza. Klinika była już pusta i nikt oprócz pary ochroniarzy nie kręcił się po jej terenie. Za oknem padał deszcz. Grube krople uderzały o szyby, raz po raz zagłuszając przedłużającą się ciszę.
Grzegorz Matysiak wybrał po raz setny ten sam numer i zaklął zaraz potem, gdy miła pani po drugiej stronie ponownie poinformowała, że osoba, z którą próbuje się skontaktować od pięciu dni, jest poza zasięgiem. Można wyjechać na weekend dla przewietrzenia głowy, warczał sam do siebie w myślach, ale żeby nigdy z niego nie wrócić? Nikt, kto prowadził taki biznes, nie znikał na tyle czasu. Coś musiało się wydarzyć; nie stać ich było, by nadal się łudzić, że wszystko jest dobrze.
Mężczyzna rzucił na blat smartfon, spoglądając na swojego wspólnika. Andrzej Brzeziński był najstarszy z całej ich trójki, choć wolał określenie: „najbardziej doświadczony”. Teraz, gdy Grzegorz na niego patrzył, zupełnie nic na to nie wskazywało. Wyglądając przez okno z rękami sztywno zaciśniętymi na piersi, prezentował raczej marny obraz człowieka, na którego zwykle się kreował.
– Od początku mówiłem, że to się tak skończy – przerwał ciszę, a Grzegorz przewrócił oczami.
– Nie przypominam sobie, żebyś się specjalnie wzbraniał.
Klinika rozwijała się zbyt wolno. Konkurencja była spora, a żaden z nich nie miał bogatego zaplecza. Sukces w tej dziedzinie zależał nie tylko od faktycznych umiejętności, ale też od sprzętu i opinii w bardzo specyficznym gronie bywalców podobnych miejsc. Wszyscy byli już znużeni walką o najmniejszego klienta. Propozycja Hibnera zmieniła wszystko na lepsze.
Tylko gdzie, do cholery, ten palant teraz był?
Za oknem zawył wiatr. Coś uderzyło o szybę i obaj się obejrzeli, lecz tam, na zewnątrz, była tylko ciemność. Przepastna i tego dnia wyjątkowo wroga. Deszcz zacinał tak mocno, że nawet mdłe światła podjazdu wydawały się przygaszone. Czyżby podnosiła się pierwsza jesienna mgła?
– Musimy zgłosić na policję zaginięcie – kontynuował Brzeziński, przeczesując nerwowo włosy. – Niedługo ktoś zauważy jego nieobecność i jak to będzie wyglądało?
Miał niestety rację. Hibner był typem samotnika, ale taka akcja… Był na to zbyt odpowiedzialnym człowiekiem, a ten interes stanowił jego oczko w głowie.
Oni trzej mieli idealny układ i sama myśl o wiszącej nad ich głowami zmianie doprowadzała Grzegorza do szału. Hibner sprowadzał klientów, a on i Andrzej robili za twarze promujące klinikę. Obaj to kochali. Splendor i przepych. Nagłówki w prasie, zdjęcia w gazetach i na portalach branżowych. Teraz jednak, w obliczu przedłużającej się nieobecności wspólnika, pierwszy raz wizja bycia na świeczniku wcale im się nie podobała.
– Najpierw należy posprzątać, zwłaszcza komputery – zasugerował Matysiak, ponownie sięgając po telefon.
– Ja pierdolę, jeszcze to… Przecież on nas zabije, jak się dowie.
– Więc zrobimy to tak, żeby się nie dowiedział. Dzwoń po kuzyna. Będzie wiedział, jak się tego pozbyć.
Brzeziński przytaknął, poklepał się po spodniach i zorientowawszy się, że nie ma przy sobie telefonu, wstał i ruszył do drzwi.
– Może poczekajmy z wezwaniem ich, aż tu wszystko będzie gotowe?
– Nie mamy czasu. Oni się tu nie pojawią w ciągu godziny, ale pewnie trochę minie, zanim pozwolą nam iść z tym na policję. Im szybciej zaczną, tym szybciej się wyniosą. Dzwoń po kuzyna. Jeszcze dzisiaj ma tu być i wszystkim się zająć.
Andrzej nie był przekonany. Zawsze miał problem z komputerami. Do każdej skomplikowanej procedury robił notatki, inaczej totalnie się gubił. Matysiak musiał jednak przyznać: mało kto potrafił tak dużo w jego specjalizacji. Gdyby nie to, już dawno zastąpiliby go kimś młodszym. Mógł być tchórzem, ale lubił pieniądze bardziej niż nienawidził swojego strachu i dla nich był w stanie zrobić wszystko. Także – albo zwłaszcza – milczeć.
Grzegorz poczekał, aż za wspólnikiem zamkną się drzwi, po czym wybrał numer, pod który miał nadzieję nigdy nie musieć dzwonić.
– Co się stało? – zapytał nieznany, chrapliwy głos.
– Mamy problem z Doktorem – oznajmił Grzegorz, pamiętając, by nie używać nazwisk. – Zniknął i nie ma z nim kontaktu. Pojechał do nowej dziewczyny, gdzieś pod Duklę chyba, i nigdy stamtąd nie wrócił. Trzeba to zgłosić, ale…
– Będziemy jutro rano – przerwał mu głos pozbawiony odrobiny emocji. – Odwołajcie wizyty, dajcie personelowi dzień wolny. Macie być tylko wy. Rozumiesz?
– Tak…
Grzegorz chciał zapytać, czego się spodziewać, ale połączenie zostało zerwane. Coś, najpewniej kawałek gałęzi z pobliskiego dębu, ponownie uderzyło o szybę z taką siłą, że Matysiak aż drgnął. Niepokój wlewał mu się do żył przez pory w skórze i docierał tak do serca, które w ostatnich dniach biło stanowczo zbyt szybko. Wszystko znów się zmieniało i w kościach czuł, że tym razem nie na lepsze.
„Hej… słuchaj. Tak myślę o tym, co mówiłaś wczoraj przy barze, zanim ktoś nam przerwał. Że w Krośnie szkło jest wszędzie, ale nikt nie tłumaczy, co ono właściwie znaczy, i że z gwiazdami jest tak samo. Na przykład: dlaczego migoczą? No to skoro nikt ci tego nie wyjaśnił, to pozwól, że będę twoim bohaterem [śmiech]. To nie gwiazdy migoczą, tylko kolejne warstwy atmosfery, przez które próbujesz je zobaczyć. Ludzi też widzimy przez takie warstwy, nie sądzisz? Nawet nie zauważając, co siedzi pomiędzy…”
Materiał dowodowy nr 17/ŚW/21
Załącznik: transkrypcja wiadomości głosowej – A. Świtoń
Styczeń 2021
Mróz szczypał w policzki, gdy z sercem w gardle wbiegała na ścieżkę przy wałach. Obejrzała się za siebie i zwolniła kroku. Z daleka słychać było dudnienie muzyki, krzyki i śmiechy ludzi. Starała się go zgubić już dobre pół godziny, ale zdołał ją wypatrzyć w najliczniejszym tłumie. Złapał za ramię i ciągnął w swoją stronę. Próbowała się opierać, był jednak silniejszy. Zawsze był silniejszy.
Rozgarnęła niedbale śnieg zalegający na ławce i padła na nią ciężko. Wszystko ją bolało. A najbardziej serce. To zdradliwe, kłamliwe serce, które zawsze pragnęło zbyt dużo. Zamknęła oczy, próbując uspokoić oddech, który wcale nie zwalniał, choć już przecież nie biegła. Światło latarni odbijało się od śniegu jak od szkła. Zupełnie jakby samo miasto chciało ją oślepić, by nie widziała prawdy.
Próbowała uspokoić oddech. Tylko że nic się nie działo. Płuca wciąż odmawiały współpracy, wpuszczając jedynie odrobinę tlenu potrzebnego do przeżycia.
– Nie możesz tak uciekać przez wieczność.
Znajomy głos sprawił, że serce jej zamarło. Odruchowo popatrzyła w jego stronę, otwierając oczy. Był blisko. Jego zapach, mieszanina korzennych, dymnych woni, uderzył ją po nozdrzach i drapał po gardle.
Rozkasłała się i spadła z ławeczki.
– Zostaw mnie – warknęła, próbując wstać, ale miejsce, na które upadła, było wydeptaną, lodowatą ślizgawką. – Powiedziałam ci już, że nie chcę mieć z tobą nic do czynienia!
– Nie taka była umowa.
– Mam w dupie tę umowę!
Podniosła się i w przypływie odwagi spojrzała mu w twarz. Wciąż siedział na ławce, z łokciami wspartymi o kolana. Ciemne oczy zdawały się w tym świetle pozbawione białek. Wyglądał jak suma jej wszystkich koszmarów. I tak jak w jej wspomnieniach i snach, jego rysy z każdą sekundą zaczynały się zmieniać – wykrzywiać i marszczyć, aż odsłonił zęby i wstał.
Cofnęła się o krok, a kiedy on ruszył w jej stronę, morderczo spokojnie, zrobiła następny, a potem kolejny i jeszcze jeden. Ścieżka przy wałach była wąska, a po prawej śnieg schodził niżej, do skarpy.
– Mieliśmy umowę. Wiesz, co się dzieje z dziewczynkami, które nie dotrzymują słowa?
– Pierdol się – syknęła.
– Ale kiedy ja chcę pierdolić ciebie!
Ruszył do biegu niespodziewanie; śnieg pod jej stopami ponownie zamienił się w lodową taflę, gdy zerwała się do ucieczki. Zanim zdołała zapanować nad sobą, leżała już na plecach, a ból potłuczonego ciała i głowy na sekundę ją ogłuszył. Poczuła dłoń zaciskającą się na kostce. Szarpnęła się i nie przestawała, dopóki nacisk nie zniknął. Zaczęła znów się cofać. Na oślep, sunąc tyłkiem po lodzie i śniegu. Od zimna prawie nie czuła rąk, ale i tak próbowała się oddalić. Uciec przed wściekłością, która na nią patrzyła.
Nagle jedna jej dłoń, zamiast na twardy, ubity przez przechodniów lodowy śnieg, trafiła na nicość. Dziewczyna obejrzała się jeszcze i dopiero teraz dostrzegła, że przeczołgała się nie wzdłuż ścieżki, tylko w stronę wału. Zaczęła się zsuwać, gdy ta sama męska ręka zamknęła się na jej kostce.
– I co teraz powiesz, kruszynko?
Coś w niej pękło. Świat rozprysł się na miliony drobnych kawałeczków. Zalały ją dźwięki i światło, wszystko naraz wirowało w niekończącej się pętli. Spadała. A potem… Potem było już tylko zimno – i ciemność.
10 godzin wcześniej
Mieszkanie było małe, ale ładnie umeblowane. Miało też najwygodniejsze łóżko, na jakim Justyna Kołyska kiedykolwiek spała. Tę noc zamierzała spędzić właśnie w nim, w towarzystwie schłodzonego szampana i jedzenia, które jej mama i babcia zapakowały tego ranka do bagażnika samochodu.
Święta w domu zawsze wprawiały ją w nostalgiczny nastrój. Miała dużą, hałaśliwą rodzinę, czyniącą ze świątecznych spotkań formę sportu. Tam, pośrodku mazurskiej wsi, Justyna spędziła zaledwie tydzień, ale był to czas, na który oczekiwała co roku. Niestety nie mogła zostać dłużej. Musiała wrócić.
Była w samym środku potężnej sprawy. CBŚP przygotowywało się do niej od lat. W ukryciu, konspiracji, tak bardzo po cichu, że niekiedy nawet przed sobą udawali, że jej nie prowadzą. Zaginięcie nastolatki parę miesięcy temu uruchomiło lawinę zdarzeń, której nie udało się zatrzymać. Dzisiaj, zmuszeni do improwizowania, próbowali z całych sił minimalizować szkody. Zrobili kilka kroków wstecz, choć tylko pozornie.
Ich cel był czujny. Ostrożny. Tak cholernie sprytny, że jeden nieprzemyślany ruch mógł wszystko zaprzepaścić. W głowie komisarz brzmiało to okropnie, a jednak…
Kołyska była w swoim żywiole. Nie pierwszy raz pracowała jako przynęta, za to pierwszy tak cholernie na widoku. Przeniesiono ją do krośnieńskiego wydziału kryminalnego, ponieważ dopatrzono się w tym mieście niewyjaśnionych przestępstw w liczbie znacznie przekraczającej normy. Justyna miała zbadać temat, pokierować śledczymi, obudzić do życia uśpione sprawy i poprawić ten fatalny wynik. Ale to były zaledwie oficjalne obowiązki. Tak naprawdę polowano tu tylko na jednego człowieka, szukając jasnych powiązań i dowodów nie do podważenia.
Dźwięk przychodzącej wiadomości wypełnił kuchnię w chwili, gdy wgryzała się w kawałek makownika. Czekając, sięgnęła po aparat i wstrzymała oddech na widok aż za dobrze znajomego w ostatnim czasie imienia i nazwiska.
Artur Świtoń. Trzydziestodwulatek o imponującej sylwetce i jeszcze bardziej ekstrawertycznym wyglądzie. Wytatuowany od stóp po samą głowę, wliczając to szyję i kark, wzbudzał w ludziach mieszane uczucia. Wystarczyło jednak złapać jego spojrzenie i poczekać na uśmiech, by nieprzystępność aparycji szła precz.
„To jak, piękna? Widzimy się dzisiaj? Gwarantuję świetną zabawę, przepyszne drinki, przekąski i szampana o północy. Totalnie bez zobowiązań!”
Zacisnęła zęby. Artur był współwłaścicielem Kolorowego Rękawa, pubu i studia tatuażu w jednym. Miejsce to otworzyło się dwa lata wcześniej, a Biuro dokopało się do informacji sugerujących, że może być jedną z wielu pralni Jacka Pietrzaka, człowieka, na którego polowali, w półświatku południowej Polski znanego jako Wujek. Nie mieli pewności, zaledwie kilka kompromitujących zdjęć właścicieli z nieodpowiednimi osobami. Kołyska kręciła się tam od tygodni, umawiała na spotkania z nowymi kolegami z pracy, czasem przychodziła sama, ale nic się nie działo.
Aż któregoś dnia za barem stanął Artur. Mężczyzna zakochany w gwiazdach i tuszu.
Najpierw tylko się uśmiechał, a potem zagadał i zanim się obejrzała, minęło kilka godzin. Z każdą kolejną upewniała się, że to martwy trop. Chłopak był jak otwarta księga. To, co myślał, wychodziło z jego ust. Idealistyczny filozof o duszy romantyka zamkniętej w ciele osiłka robiącego z własnej skóry płótno. Był tak różny od niej samej, że chwilami nie mogła tego znieść.
Teraz odłożyła telefon z zamiarem olania go, gdy dźwięk połączenia wzbił się ponad szmer cicho chodzącego telewizora. Skrzywiła się ponownie, zawahała na ułamek sekundy, po czym odebrała.
– No halo – zaczęła.
– Gdybym wiedział, że lepiej do ciebie dzwonić niż pisać, zrobiłbym to od razu.
– Wybacz, byłam u rodziny na święta.
– Pamiętam. Mówiłaś, że wracasz na sylwestra, coś się zmieniło?
– Nie, ale…
– Nie ma żadnego ale! Masz się wystroić i przyjechać do mnie na dwudziestą.
– Ja się nie stroję, człowieku – parsknęła.
O jej „braku kobiecości” mieli osobny segment żartów, który sekretnie uwielbiała.
– Spoko, spoko, możesz wbić się nawet w worek na śmieci, tylko przyjdź.
Zupełnie jej tam nie ciągnęło. Chciała spędzić ten dzień w spokoju i ciszy, zanim znowu wyjdzie do ludzi udawać kogoś innego, niż jest w rzeczywistości. Odłożoną do szafy zbroję miała przywdziać dopiero pojutrze, kiedy wróci do pracy. Teraz… wciąż była tylko Justyną.
– Czego się boisz? – Głos Artura obniżył się o kilka tonów, a samo pytanie sprawiło, że w jej głowie rozległy się alarmowe dzwonki.
– Niczego się nie boję – odparła automatycznie.
– A ja myślę, że się boisz. Za dobrze nam się gada.
Przewróciła oczami, choć było w tym coś z prawdy. Potrafiła rozmawiać z większością ludzi. Nie należała ani do nieśmiałych, ani do specjalnie mrukliwych. Zazwyczaj doskonale umiała rozczytać potrzeby drugiej strony i dowieźć je w stu procentach. Zauważyła jednak, że przy tym mężczyźnie absolutnie niczego nie kalkuluje, nie ocenia, nie przewiduje.
– A ja myślę, że ktoś tu ma bardzo duże mniemanie o samym sobie.
– Ale że ja? – zadrwił. – W życiu. Ja tylko wiem, czego chcę, i nie spocznę, póki tego nie dostanę.
– Tak? I co to niby takiego jest?
– Ty u mojego boku dzisiaj o północy, z szampanem w ręce – wyrecytował natychmiast. – Będzie miło i grzecznie… albo niegrzecznie, jeśli wolisz. Kompletnie się do ciebie dostosuję. Po prostu przyjdź, proszę.
Miał dźwięczny, męski głos, robiący z jej ciałem niestworzone rzeczy, gdy zamykała oczy. Na tę myśl poczuła dreszcz ekscytacji rozchodzący się po karku. I tak powinna znaleźć sposób, by sprawdzić Kolorowy Rękaw. Biuro musiało wiedzieć, czy lokal jest czystym interesem, czy sprytnie ukrytą pralnią brudnych pieniędzy. Jej plan właśnie to zakładał. Przeniknąć w struktury organizacji, wybadać ludzi i zdobyć kontakty. Zwrócić uwagę Pietrzaka i zmusić go tym do zrobienia czegoś, co jakkolwiek go odsłoni. Plan był nietypowy, tak samo jak ich cel.
– Zawsze jesteś tak uparty?
– Tylko w ważnych sprawach.
– Jeśli dasz mi alkohol, usnę ci przed północą – ostrzegła. – Prowadziłam dzisiaj ponad siedem godzin i powoli nie wiem, jak się nazywam.
– W takim razie przygotuje ci Aurorę Przebudzenia.
– Co? – zaśmiała się. – Nie widziałam tego w waszej karcie.
– Bo to moje nowe odkrycie. Espresso, mleko, energetyk o jakimś tropikalnym smaku, pianka z nutą limonki… Nie da ci zasnąć aż do rana.
Kołyska roześmiała się swoim niekontrolowanym śmiechem, zwracającym uwagę obcych ludzi na ulicy, przez który w firmie nazywali ją Chichotką. Ten odruch był najlepszym dowodem na to, że zwyczajnie lubiła tego gościa. Kawalarskie usposobienie Artura i egzotyczny wygląd przykuwały wzrok. Justyna miała słabość do mężczyzn wyróżniających się w tłumie. Nie tak dawno wzdychała do jasielskiego strażaka, i to tylko dlatego, że był blady jak ściana, miał białe rzęsy i więcej piegów na twarzy niż ona na całym ciele. Najwyraźniej jednak komisarz nie była w jego guście, bo choć bardzo starała się wpakować mu do łóżka, dostała definitywnego kosza.
I nawet nie podał powodu.
– Mam coś przynieść? – zapytała, ostentacyjnie wzdychając.
– Potrzebuję tylko ciebie.
– Ach, czaruś.
– Działa to chociaż?
– Zgodziłam się, czyż nie?
Zamruczał w odpowiedzi. I nie był to pomruk małego, słodkiego kotka, ale ogromnego i groźnego kocura, który właśnie dostał obietnicę upolowania ulubionego mięska.
– Może po ciebie przyjadę? – zaproponował.
– Wtedy nie dojedziemy na tę twoją imprezę.
Chwila ciszy, która nastała po jej słowach, spowodowała, że Justyna się skrzywiła. Próbowała wybadać, o co temu facetowi chodzi, ale może przegięła? Była od niego starsza o pięć lat i przypominała mu o tym niemal za każdym razem, gdy dosiadał się do niej w Kolorowym Rękawie, ewidentnie po to, by flirtować. Uparcie powtarzał, że nie ma to dla niego znaczenia, lecz Kołyska zachowywała czujność. Nie była brzydka. Nie była też jednak pięknością, za którą mężczyźni oglądali się na ulicy. Gdyby nawet spróbowała, kobiecość w jej wykonaniu była pozbawiona charakterystycznych miękkości.
– Jestem dżentelmenem, nie chodzę do łóżka na pierwszej randce – skwitował wreszcie.
– O, a więc to randka?
– Definitywnie, bezsprzecznie, oczywiście, że tak.
– W takim razie rozłącz się wreszcie i daj mi wpaść w panikę, że nie mam się w co ubrać – stwierdziła wesoło komisarz.
– Jasne, już mnie nie ma. Do zobaczenia, piękna.
Po zakończeniu połączenia Justyna jeszcze chwilę stała ze zmarszczonym czołem, próbując pojąć, co właściwie zaszło. Nieważne, jak pozytywne wrażenie robił na niej Artur. Mógł grać, a nie była na tyle zadufana w sobie, by wierzyć, że wszystkich na tym świecie potrafiłaby przejrzeć. Źli ludzie mieli wiele twarzy i talentów, zapominanie o tym byłoby kosztownym błędem.
Odszukała w telefonie numer do Mariusza Lejmana i nacisnęła zieloną słuchawkę. W przeciwieństwie do niej jej nowy partner pochodził z Krosna, tu się wychował i tu wciąż mieszkał, co czyniło z niego idealnego łącznika pomiędzy nią a Biurem w Rzeszowie.
– Co się dzieje? – przywitał ją zaniepokojony głos.
– Chciałam ci życzyć wszystkiego najlepszego w nowym roku – zaczęła neutralnym tonem, a potem niemal połykała łzy śmiechu w reakcji na zapadłą po jej słowach ciszę.
– Dzięki. Wzajemnie. Coś jeszcze?
– Świtoń zaprosił mnie na imprezę.
Próby żartowania z Lejmanem były jak oczekiwanie odpowiedzi na pytanie zadane zwierzęciu. Mężczyzna trafił do CBŚP z GROM-u, co budziło respekt. Justyna wciąż nie do końca go rozgryzła, nie wiedziała, na ile może sobie przy nim pozwolić. Testowanie jego granic stało się więc jej ulubionym zajęciem, któremu oddawała stanowczo zbyt dużo energii.
– Raportowałaś mi to już.
– No ale nie dał za wygraną, aż wreszcie się zgodziłam. Mam być w pubie o dwudziestej.
– Okej. Spróbuję skołować zespół.
– Tylko nie szalej, co?
– Nie zamierzam ryzykować twojego bezpieczeństwa, bo ci się z gościem dobrze gada.
– Ojoj, a cóż to za ton, panie komisarzu?
– Będziesz miała plecy – mruknął. – Wpuszczę ludzi do środka.
– Tylko ty nie wchodź, bo każdy z daleka pozna, że jesteś w pracy. Swoją drogą, planowałeś coś na dzisiaj? Będziesz musiał dla mnie zostawić dziewczynę? Albo chłopaka? Ja nie oceniam i wszystko akceptuję…
– Zamelduj się, jeśli uda ci się gdzieś podłożyć podsłuch – przerwał jej bez odpowiedzi na chociaż jedno głupkowate pytanie.
– Tak jest, panie majorze!
Czuła, że miał coś na końcu języka. Odnotowała jego wahanie i zacisnęła kciuki w nadziei, że to będzie ten moment, kiedy się wreszcie ugnie. Niestety – w następnej chwili dźwięk zerwanego połączenia rozbrzmiał w uszach Kołyski, a zawód wykrzywił jej wargi w gorzki uśmiech.
Kolorowy Rękaw zachwycał wystrojem. Ciepłe światło przemykało po drewnianych blatach, stołach i podwieszanym sklepieniu. Artur osobiście przez wiele tygodni uwieczniał na nim nocne niebo. Droga Mleczna, odległe galaktyki, których nazw nie musiała znać, by je podziwiać. Dzięki specjalnym farbom wspomniane światło sprawiało wrażenie, jakby wszystko było prawdziwe, a oni – zamiast w piwnicy – siedzieli na zewnątrz, patrząc w górę. W każdym innym miejscu podobny zabieg mógł otrzeć się o kicz, ale nie tu. Połączenie elegancji drewna z subtelnymi motywami astrologicznymi dodawało miejscu uroku. Panował tu wyjątkowy klimat, dopełniany przez ciekawie serwowany alkohol. Oprócz sprowadzanych z różnych stron świata piw można było też dostać drinki o szalonych nazwach i oryginalnym wyglądzie. A w normalny dzień jeszcze przed osiemnastą Kolorowy Rękaw zamieniał się w najbardziej obleganą kawiarnię w mieście.
Justyna nie przesadziłaby, mówiąc, że była jednym z naprawdę nielicznych uczestników sylwestrowej imprezy, którzy nie mieli ani centymetra kwadratowego tatuażu. Większość gości, w tym znajomych Artura, mogła pochwalić się ich sporą liczbą. Początkowo pomyślała, że będzie odstawać od grupy, lecz Świtoń nie byłby sobą, gdyby do tego dopuścił. W dziesięć minut poznał ją z wszystkimi i wciągnął w niezobowiązującą rozmowę.
Jak dotąd spędzili już razem trochę czasu, ale nigdy w tak licznym gronie. Dopiero dzisiaj spotkała Pawła Janika, wspólnika Artura, który okazał się przedziwnym mężczyzną o wnikliwym spojrzeniu. Gdy ściskał jej rękę na przywitanie, zrobił to wyjątkowo mocno, jakby sprawdzał, kiedy się skrzywi. Pech chciał, że w swojej pracy stykała się z podobnymi zagraniami niemalże codziennie. Dłonie i tyłek miała twarde niczym stal.
– Co w Krośnie robi CBŚ? – zapytała Vika, „dzisiejsza” dziewczyna Pawła, jak przedstawił ją Artur.
– Jestem na wygnaniu – odparła Justyna z nieśmiałym uśmiechem. – Trochę poróżniłam się z pewnymi ludźmi w Warszawie. Góra dała mi ultimatum: albo urlop, albo Krosno. Coś im się nie zgadza w statystykach i łudzą się, że jedna dodatkowa osoba może cokolwiek zmienić.
– Czekaj, ty prowadziłaś sprawę tych dzieciaków z Dukli?
Kołyska tylko przytaknęła, a następnie uciekła spojrzeniem, ponieważ dokładnie tak zachowałby się ktoś zmęczony podobnym śledztwem.
Kilka miesięcy wcześniej okolicą wstrząsnęła wieść o zaginięciu nastoletniej mieszkanki Dukli. Parę tygodni później okazało się, że w całą sprawę zamieszane są jej dwie najbliższe przyjaciółki. W grę wchodził również między innymi handel narkotykami. Tyle mówiły oficjalne informacje, którymi żyła cała Polska. Niewielu wiedziało, że ta historia jest o wiele bardziej skomplikowana, a wyjaśnienie motywów tego zaginięcia potrafiło zszokować nawet najbardziej doświadczonych śledczych. Gdyby nie właśnie ta sprawa, śledztwo dotyczące Jacka Pietrzaka i jego interesów wciąż byłoby w fazie przygotowań.
– Może zdradzisz nam jakieś mroczne szczegóły? – zaproponował Paweł, świdrując ją spojrzeniem.
Nie lubił jej. Odczuła to już w pierwszej chwili, gdy tylko na nią spojrzał. Kiedy rzucił tekst o krążących po lokalu „blaszkach”, zrobiło jej się gorąco. Ludzi Lejmana dostrzegła od razu, ale to była para doświadczonych śledczych, doskonale maskująca się w tłumie. Wdawali się w rozmowy, popijali drinki, tańczyli i świetnie się bawili. Nie było szans, by ktokolwiek rozpoznał w nich gliniarzy. Po kilku kolejnych niewybrednych komentarzach Justyna zrozumiała, że to ją Paweł nieustannie kąsał.
Miała już odpowiedzieć, gdy dźwięk tłuczonego szkła zwrócił uwagę nie tylko jej, ale też całego ich stolika i innych w pobliżu. Gdy odwróciła głowę, dostrzegła Artura dyskutującego zaciekle z młodą dziewczyną. Kelnerka zbierała wokół nich rozbite butelki piwa, czego mężczyzna w ogóle nie zauważał, tłumacząc coś zaaferowany. Złapał nieznajomą za przedramię, a wtedy ta się szarpnęła, wpadając na kolejnego kelnera. Na szczęście ten uchronił tacę pełną szkła od spotkania z podłogą.
– Pieprzone małolaty – mruknął Paweł.
– Dałby sobie spokój chociaż dzisiaj – zaśmiała się Vika, przechylając następny kieliszek.
– Z panią komisarz w lokalu? – zadrwił Janik, znów mierząc Justynę oceniającym spojrzeniem. – Zapomnij.
– Masz coś na sumieniu, że tak bardzo ci przeszkadza moja obecność? – zapytała w końcu Kołyska prosto z mostu, dokładnie jak miała to w zwyczaju.
Paweł Janik był właśnie tą osobą, przez którą ktoś z Centrali zwrócił uwagę na Kolorowy Rękaw. To głównie jego widywano w towarzystwie ludzi powiązanych z Pietrzakiem, lecz nigdy w jednoznacznych sytuacjach. Artur zdawał się być tu… na doczepkę.
Janik uśmiechnął się leniwie, dopił swojego drinka i pochylił się w kierunku Justyny. Dookoła dudniła muzyka. Zgromadzeni na małym parkiecie skakali do rockowych kawałków.
– Nie lubię twojego rodzaju – oznajmił dobitnie.
– Zaskakujące. W życiu bym się tego nie domyśliła. Masz jakiś powód czy to tylko twój osobisty przejaw ekstrawagancji?
Paweł się skrzywił, a ona poczuła ramię Artura obejmujące ją w pasie. Zaskoczył ją, bo dopiero co był przy barze. Uśmiechnęła się jednak na widok przepraszającego spojrzenia.
– Banda nierobów z przerostem ego i niewiele więcej – burknął tymczasem jego wspólnik.
Kołyska już otwierała usta, by coś powiedzieć, kiedy Artur jej przerwał:
– Ten palant stracił niedawno prawko. Nie przejmuj się nim. Jeszcze nie wylizał ran.
Paweł przewrócił oczami, po czym wstał, ciągnąc za sobą nieco już wstawioną dziewczynę. Justyna uśmiechała się, choć w głowie myśli przeskakiwały jedna przez drugą, próbując właściwie odczytać zachowanie mężczyzny.
Wielu ludzi nie lubiło policji. To nie musiało nic znaczyć. Wiedziała też z wcześniejszych rozmów tego wieczoru, że Paweł jest zapalonym kibicem piłki nożnej, co mogłoby wyjaśniać, dlaczego nie znosił służb, a przy okazji znał żargon, jakim posługiwano się w półświatku.
– Wybacz, ten idiota ma ostatnio trudne dni – mruknął jej do ucha Artur. – Jeśli chcesz, mogę mu w odwecie nasikać do piwa.
Roześmiała się. Świtoń umiał przeobrazić się z seksownego uwodziciela w trzynastolatka podnieconego widokiem kobiecego biustu w ciągu zaledwie kilku sekund. Była w nim ta przedziwna mieszanina powagi i kompletnego oderwania od wszystkiego, co z samego założenia kojarzyło się z dorosłością. W czarnej koszuli z rękawami podwiniętymi do łokci wyglądał jak ktoś, dla kogo łatwo było zgrzeszyć.
– Spoko, wielu ludzi ma ze mną jakiś problem.
– On nie ma żadnego problemu – oznajmił pewnie, kręcąc głową. – Kilka razy mieliśmy już kontrolę dotyczącą narkotyków, niby rutynowe czynności, ale… – Wzruszył ramionami.
– Takie kontrole zwykle nie zjawiają się bez powodu – zauważyła Justyna, a Artur przytaknął.
– Para kolesi się pobiła. Wezwaliśmy policję. Znaleźli przy nich dragi, oni w odwecie powiedzieli, że kupili je u nas, i dalej poszło samo. Trzy miesiące po otwarciu. Wpakowaliśmy w ten lokal całe oszczędności. Myśleliśmy, że wszystko stracimy przez tych gnoi.
Znała dobrze tę historię, ale siedziała cicho. Pozwoliła mu mówić, bardzo dogłębnie analizując zarówno słowa, jak i mimikę mężczyzny. Zawsze wydawał jej się szczery i prostolinijny. Nie złapała go na kłamstwie ani razu. No, może wtedy, gdy próbował jej wmówić, że rok temu o tej porze wchodził w samych bokserkach na Śnieżkę. Nigdy nie przyznał, czy faktycznie z tym kręcił, za bardzo go bawił jej sceptycyzm w reakcji na choćby wyobrażenie sobie czegoś podobnego. Dziś drugi raz ją okłamał, co tylko udowadniało, że w tej kwestii jest jeszcze wiele do odkrycia.
– No cóż, przypomnij mu, że ja siedzę u kryminalnych, nie zajmuję się narkotykami, więc jeśli nie trzyma trupa w szafie, może spać spokojnie.
– Prędzej dam mu w mordę, jak nie przestanie się tak zachowywać.
Justyna odsunęła się, spoglądając na niego z udawanym przerażeniem w oczach. Na ustach mężczyzny natychmiast wykwitł ciepły uśmiech.
– Będziesz się bić o mój honor? – zapytała.
– Pewnie. Zdobędę może trochę punktów.
– Myślisz, że potrzebujesz ich jeszcze więcej?
Nie odpowiedział. Siedzieli wpatrzeni w siebie, zupełnie rozluźnieni. Słowa zdawały się zbędne. Kołyska poczuła jego dłoń na karku. Mocne męskie palce zaczęły się bawić jej włosami, raz po raz muskając odsłoniętą skórę.
– Zostało pół godziny do północy – zaczął szeptem. – Możemy świętować tutaj albo ukraść z baru szampana i ukryć się na górze. Z balkonu w moim mieszkaniu będzie widać fajerwerki.
– Kuszące – przyznała, spoglądając mimowolnie na usta mężczyzny.
Oblizał wargi, doskonale wiedząc, o czym ona myśli. Gdy spojrzała mu w oczy, jego lśniły w blasku ciepłych świateł jak gwiazdy nad ich głowami.
Piosenka się zmieniła. Po sali przeszły podekscytowane westchnienia.
– Uwielbiam ten kawałek – oznajmił Artur, przyciągając ją do siebie, aż pomiędzy nimi nie zostało choćby odrobiny miejsca. – Gdybyś się zastanawiała, co o tobie myślę, to dokładnie to, co jest w tym tekście.
– Ale powiało cringe’em – zadrwiła.
– Posłuchaj.
To była tania zagrywka, która mogła zadziałać na dziewczynę, jaką Justyna nigdy nie była. Zmuszała się, by tłumić rozbawienie, gdy wokalista Sleep Token, ulubionego – jak już wiedziała – zespołu Artura, śpiewał o swojej fascynacji tajemniczą osobą, inną od wszystkich. Niejednoznaczną, niepasującą do żadnej kategorii. O chemii, jaka ich połączyła, i zmianach, które w nim zaszły, odkąd pojawiła się w jego życiu. To była piękna historia. Romantyczna. Jedna z tych budzących w Justynie zażenowanie i drwinę.
Zacisnęła zęby, uśmiechając się głupio, gdy mruczał jej do ucha odrealniony tekst piosenki. Zamknęła oczy dopiero wtedy, gdy szept mężczyzny odbił się od jej szyi. Mimowolnie odwróciła do niego twarz, a kiedy ich spojrzenia się spotkały, wiedziała, że z cringe’em czy bez, i tak tę noc spędzi w jego łóżku. Te podchody trwały zbyt długo i nie przyniosły żadnych efektów. Musiała wejść w to głębiej.
– Halo, halo, Mietku, halo, halo, Franku… – Wesoły szept Justyny Kołyski wypełnił ciszę samochodu Mariusza Lejmana, stojącego na parkingu z widokiem na Kolorowy Rękaw. – Landryny na pozycjach. Daj znać, czy dobrze słychać.
Komisarz nienawidził tego określenia. Landryny kojarzyły mu się jedynie z drogimi dziwkami, ale oczywiście akurat to jego partnerka nie umiała nazywać ich jak wszyscy – pluskwami. Sięgnął po laptop i uruchomił program wychwytujący w okolicy kilka sygnałów. Wszystko zdawało się działać, jak trzeba, lecz jeszcze czekał z ostatecznym werdyktem. Blask ekranu odbijał się w bocznej szybie. Z miejsca, w którym siedział, widział kawałek wielkiej sceny i chmarę ludzi skaczących do kawałków, których nikt nie znosił, a jednak każdy doskonale znał tekst. Tuż obok migotał baner lokalnego portalu Bez Cenzury 13, z listą sponsorów, którą Lejman widywał na połowie miejskich wydarzeń. Ich dłoń sięgała wszędzie, niby pomocna, niby niewinna, ale każdy, kto umiał patrzeć, widział, kto naprawdę trzęsie całym miastem.
Jego uszu dobiegło nucenie Kołyski, co było tak nienaturalnym dźwiękiem, że aż zmarszczył brwi, zastanawiając się, ile wypiła. Ta kobieta wydawała się nieprzewidywalna, a jej wcześniejsze oświadczenie wciąż obijało mu się o skronie.
„Zamierzam dzisiaj podłożyć mu podsłuch i się z nim przespać, tylko ostrzegam”.
Na wspomnienie jej słów Lejman zacisnął dłoń na kierownicy tak mocno, że aż coś skrzypnęło. Nie podobało mu się to. Jak cholera mu się to nie podobało. Jej praca była specyficzna, lecz mogła ograć to inaczej. Nie musiała chodzić z nikim do łóżka, by osiągnąć te same cele. Nie przemawiała do niego stosowana przez Kołyskę argumentacja. Dyskutowali o tym od tygodni, od pierwszego kontaktu z Arturem, kiedy zaczął ją podrywać. Lejman był zszokowany jej podejściem, a ona z niego drwiła.
Przeklął pod nosem, gdy doszły go ciche rozmowy. Wahał się tylko przez moment, zanim nacisnął kilka komend, a dźwięk automatycznie się poprawił.
– Moi znajomi nazwali swojego nowego psa Orion – oznajmiła Kołyska. – Szkolą go na psa tropiącego.
– Nadali mu więc idealne imię. Orion to łowca umieszczony na niebie przez Zeusa. Legenda głosi, że wiecznie poluje na Plejady.
Lejman przewrócił oczami. Koleś był dziwny. Cały w tatuażach, nie budził odrobiny zaufania. Nie to, że komisarz miał coś do tatuaży, ale żeby wytatuować sobie niemal każdy centymetr ciała, trzeba było mieć coś z głową.
Jego życie w CBŚP było niczym wakacje w porównaniu do służby w GROM-ie. Zmieniło się kilka miesięcy wcześniej, po skomplikowanej akcji w Wernejówce i Sieniawie, gdzie ścigano seryjnego mordercę, który uprowadził nastolatkę. Gdy wszystko przycichło, zaangażował się w śledztwo prowadzone przeciwko zorganizowanej grupie przestępczej działającej w Krośnie i okolicach. Sama sprawa nie stanowiła problemu. Była nim natomiast jego nowa partnerka, której zasady etyki zawodowej znacznie różniły się od jego własnych. Zupełnie nie wiedział, jak to ze sobą połączyć. Na myśl, do czego niedługo miało dojść, skręcało go w środku. To był głupi ruch. Błąd, za który wszyscy mogą zapłacić.
Kołyska wykładała kawę na ławę, jasno mówiła górze, co planuje, by nie było wątpliwości, że to jej decyzja podyktowana dobrem śledztwa i ma na celu podtrzymanie jej wiarygodności. I nikt się nie sprzeciwił. W głowie Mariusza Lejmana było to niezrozumiałe, nieetyczne, całkowicie sprzeczne ze wszystkim, czego kiedykolwiek go nauczono.
Północ wybiła. Ryk fajerwerków wstrząsnął okolicą. Komisarz wątpił, by w mieszkaniu Artura Świtonia ktokolwiek dbał teraz o życzenia noworoczne.
Sięgnął po komórkę i wysłał Kołysce SMS-a.
Justyna szła opustoszałym korytarzem, niemalże podtrzymując powieki. Była śpiąca, zdezorientowana nocą spędzoną w łóżku Artura i zdecydowanie nieprzygotowana do pełnienia tego dnia jakichkolwiek obowiązków.
Komendant Zapała lekko skinęła głową, gdy Kołyska z kubkiem kawy w ręce wyminęła kilku funkcjonariuszy tłoczących się w drzwiach sali odpraw. Szefowa była mocno po pięćdziesiątce. Kompletnie siwe włosy i brak odrobiny makijażu sprawiał, że wyglądała na sporo więcej. Jedynie ona miała tutaj pełną świadomość, po co Justyna pojawiła się w Krośnie i na kogo poluje. Okazała się ogromnym wsparciem dla CBŚP, dlatego kiedy obudziła Kołyskę tego ranka i nakazała zjawić się na komendzie, ta nie protestowała.
– A po ciebie kto dzwonił? – Głos podkomisarz Anny Morys sprawił, że głowy wszystkich zgromadzonych w pomieszczeniu obróciły się w stronę Justyny. – Nie masz przecież dyżuru.
– Ja dzwoniłam – oznajmiła spokojnie komendant.
Morys wyraźnie czekała na ciąg dalszy wyjaśnień, ale Zapała nie zamierzała jej ich udzielić. Justyna usiadła więc na pierwszym wolnym krześle, udając znudzenie.
– Dobra, to jeszcze raz, żeby wszyscy rozumieli, co jest grane – mruknęła Morys. – Dwie godziny temu Danuta Lichacz zgłosiła zaginięcie córki, Marty. Kobieta jest pracownicą stacji paliw, tej nocy miała zmianę, a gdy wróciła do mieszkania, dziewczyny nie było. Początkowo sama próbowała zlokalizować córkę we wszystkich miejscach, w których wcześniej zdarzało jej się przesiadywać, ale bez skutku. Spanikowana przyszła na policję. Patrole przeszukują miasto.
Sięgnęła po plik kartek i podała go funkcjonariuszowi, który zaczął rozdawać je zgromadzonym. Tymczasem Anna mówiła dalej:
– Dziewczyna ma piętnaście lat, na koncie poprawczak, kuratora, problemy w szkole. Matka wydaje się w porządku, ale wychowuje ją sama. Ojciec nie żyje. Więcej może powie nam dzielnicowy Sołtysik?
Starszy mężczyzna wstał ospale z krzesła. Wyglądał na co najmniej skacowanego, jeśli nie wstawionego, co nie wróżyło najlepiej. Niemniej Kołyska skupiła na nim wzrok, odbierając bezmyślnie świstek papieru podsunięty przez młodego chłopaka. Nawet nie spojrzała, co to jest.
– Nie mam nic konkretnego do powiedzenia. – Sołtysik wzruszył ramionami. – Marta Lichacz to takie osiedlowe ziółko. Głośna, ekspresyjna, kilka razy „kurwami” za mną rzucała. Matka się stara, jak może, ale może niewiele. W ostatnim roku były dwie interwencje z jej powodu, obie zgłoszone przez sąsiadów. O pani Lichacz wypowiadali się w samych superlatywach, jednak Marty wyraźnie nie cierpią. Dziewczyna sprawia im problemy.
– Jakiego typu problemy? – zapytał ktoś, a dzielnicowy wyraźnie poczerwieniał, przestępując z nogi na nogę.
– Raz zostawiła na wycieraczce sąsiadki odchody. Innemu sąsiadowi wymalowała sprayem drzwi wejściowe. Do niczego się nigdy nie przyznała, dowodów na nic nie było, ale każdy twierdzi, że to ona.
– Pewnie się szlaja gdzieś ze znajomymi – stwierdził jeden ze starszych funkcjonariuszy, siedzący obok Kołyski. – Mamy Nowy Rok, na Boga…
Justyna niechętnie przyznała mu rację. Nie każde zaginięcie ma tragiczny finał. Większość z nich właściwie kończy się na strachu.
Spojrzała w dół, gdzie podobizna Marty Lichacz patrzyła na nią z kartki. Świat zwolnił. Dyskusja funkcjonariuszy stanowiła echo wydobywające się z czeluści studni, podczas gdy jej własny puls mocniej zadudnił w uszach.
Dziewczyna o prostych brązowych włosach do ramion, szczupła, o pięknie wykrojonych wargach i buntowniczym spojrzeniu przyprawiła Kołyskę o niemiły dreszcz, który zaczął swą wędrówkę po karku, stawiając na baczność pojedyncze krótkie włoski. Justyna przełknęła ciężko ślinę, a gdy uniosła twarz, komendant Zapała wbijała w nią pytający wzrok.
Przełknęła raz jeszcze. A przynajmniej spróbowała, bo niewidzialna siła zablokowała jej krtań. Widziała wczoraj tę nastolatkę. W Kolorowym Rękawie. Kłóciła się z Arturem, a Justyna, zbyt zajęta polemiką z Pawłem, nawet nie zapytała go o co. Był sylwester, do cholery. Na rynku bawiło się mnóstwo młodych. Chcieli poszaleć, co było naturalne i nikogo nie dziwiło.
Kołyska próbowała sobie przypomnieć, co się z nią stało. Gdzie poszła, czy wyszła z pubu, czy została? Skupiona na Pawle, w ogóle nie zanotowała finału ich starcia. W jednej chwili Artur szarpał ją za ramię, a w drugiej był obok Justyny. A ta nastolatka, Marta?
– Nie mamy pojęcia, gdzie jej szukać. – Głos Morys przedarł się przez chaotyczne myśli Kołyski. – Musimy podzielić się na rejony i przeczesać dokładniej miasto. Patrole mają już zdjęcie i rysopis. My skontaktujemy się z jej znajomymi. Może uda się od nich coś wyciągnąć. Matka dziewczyny spisuje właśnie ich namiary…
Do sali wbiegł policjant w grubej kurtce, z czapką na głowie i szaleństwem w oczach. Nie czekał na pozwolenie, po prostu wyrzucił z siebie:
– Telefon poszukiwanej został znaleziony przy wałach, w okolicy Galerii Krosno i mostu na ulicy Niepodległości.
– A dziewczyna? – zapytała komendant Zapała.
Mężczyzna pokręcił przecząco głową.
– Trzeba sprawdzić teren – oznajmiła Morys.
– Dwa patrole już to robią – potwierdził funkcjonariusz.
Kołyska zacisnęła zęby tak mocno, że aż ją zabolało. Rozkazy Anny wybrzmiewały gdzieś obok; kobieta dzieliła ludzi na grupy. W pewnej chwili Justyna poczuła dłoń komendant na przedramieniu, a gdy obróciła głowę, ta siedziała przy niej, oczekując wyjaśnień.
– Wczoraj, przed samą północą, była w pubie Kolorowy Rękaw – wypaliła Kołyska szeptem. – Jestem prawie pewna, że to była ona.
– I co się z nią stało?
Justyna się skrzywiła, pocierając niepewnie czoło. To nie był dobry znak. Miała nadzieję, że coś pomyliła. W kilka chwil przeanalizowała wszystkie za i przeciw i uznała, że za dużo w ostatnim czasie przypadków związanych z lokalem i jego właścicielami. A skoro dziewczyna zniknęła… Wolała nie kończyć własnych myśli.
Zapała przywołała Morys. Nie było już odwrotu – Kołyska opowiedziała o wszystkim, co tylko przyszło jej do głowy, a później, już na osobności, zadzwoniła do Lejmana. Potrzebowali nagrań z kamer zamontowanych wokół pubu. Musieli wiedzieć, w którą stronę poszła Marta Lichacz i czy ktoś jej towarzyszył.
A potem… A potem Justyna będzie musiała zrobić coś cholernie niewygodnego i jeszcze bardziej niebezpiecznego.
Anna Morys miała pięćdziesiąt cztery lata. Krośnieńscy kryminalni mówili na nią Bokser, ale tylko za jej plecami. Każdy się jej bał i raczej nie lubiła się z nikim. Twarda i burkliwa. W agresywnym usposobieniu kobiety było coś z ulicznego zabijaki, któremu ktoś dał szansę, a on chwycił ją i postanowił jej nigdy nie puszczać. Przez minione tygodnie Kołyska zdążyła się również przekonać, jak błyskotliwa potrafi być Morys – i to niepokoiło ją najbardziej.
– Co cię właściwie łączy z właścicielami Kolorowego Rękawa? – zapytała Anna, gdy jechały wspólnie do pubu.
Justyna przeklęła w myślach. Musiała teraz cholernie ważyć słowa. Morys nie była pierwszą lepszą śledczą, która łyknęła historyjkę o zesłaniu „za karę”. Krośnieńska policja miała spory odsetek nierozwiązanych spraw, ale nie dlatego, że Anna była niekompetentna.
– Kumpluję się z Arturem Świtoniem – oznajmiła.
– Robił ci tatuaż, czy coś?
– Czy coś, tak.
Podkomisarz tylko prychnęła, w niedowierzaniu kręcąc głową. Telefon zabrzęczał, więc Kołyska dyskretnie odczytała wiadomość od Lejmana: „Dziewczyna wyszła sama i nikt za nią nie poszedł”. Odetchnęła głębiej. To była dobra informacja. Oznaczała, że być może Kolorowy Rękaw był zaledwie przystankiem. Niestety kolejny SMS od Mariusza nie był już tak pozytywny. Krew w żyłach Kołyski natychmiast zamarzła. Ze zdjęcia wysłanego przez komisarza patrzyła na nią Marta Lichacz w towarzystwie nikogo innego jak Patrycji Szych i Cecylii Nowik, czyli dwóch dziewczyn, przez które CBŚP w ogóle musiało wkroczyć oficjalnie na Podkarpacie. Śledztwo w sprawie morderstwa ich koleżanki potwierdziło, że nastolatki spotykały się ze starszymi mężczyznami w celach zarobkowych.
Znajomość Marty Lichacz z nimi jeszcze nic nie znaczy, powtarzała sobie Kołyska. Tylko podpis do zdjęcia umieszczony przez Lejmana i głoszący jasno: „dzwonię do prokurator Gajos”, dawał do myślenia, że może jest tych fotografii… więcej. A ona dostała zaledwie najgrzeczniejszą.
W milczeniu dojechały na miejsce, zostawiły samochód niemalże pośrodku drogi, blokując wyjazd z małego parkingu przynależnego do tej części kamienicy, w której znajdował się lokal Artura i Pawła. Morys miała to jednak gdzieś. Zignorowała komentarze przechodniów, pokazując im swoją blachę co najmniej tak, jakby były właśnie na planie amerykańskiego filmu.
Drzwi pubu były zamknięte. Nic dziwnego. Zaledwie kilka godzin wcześniej skończyła się impreza sylwestrowa, dzień był dla większości ludzi dniem wolnym, a właściciele najpewniej odsypiali. Świtonia Justyna zostawiła w łóżku. Wspomnienie ciepła jego ramion wokół jej ciała uwierało w zestawieniu z wszystkimi rodzącymi się w niej pytaniami.
– Ja jebię – parsknęła Anna, spoglądając na nią wyczekująco. – Zamierzasz pomóc czy będziesz tylko przeszkadzać?
– Chcesz, żebym się włamała do środka, czy jak?
– Wystarczy, że zadzwonisz do swojego kumpla i zapytasz, gdzie, u diabła, jest.
Zwykle ton i docinki Morys nie ruszały Justyny. Dogadywały się, choć z boku wyglądało to jak warczenie dwóch wściekłych kotów. Były do siebie podobne i obie to wiedziały. Dzisiaj jednak Anna wyjątkowo działała komisarz na nerwy.
Wolała nie wdawać się w większą polemikę z obawy, że w końcu wybuchnie. Wyciągnęła telefon i wybrała numer.
Artur odebrał po kilku bardzo dłużących się dzwonkach.
– O, nie sądziłem, że tak szybko będziesz chciała wrócić….
– Jesteś w domu?
– Nie ruszyłem się z łóżka nawet na krok.
– Jestem na dole. Otworzysz mi? Musimy pogadać. I najlepiej zabierz ze sobą Pawła, jeśli jest u siebie. Nie jestem sama – dodała.
W słuchawce nastała cisza. Do uszu Kołyski dobiegło szuranie pościeli, jakby mężczyzna naprawdę dopiero teraz się spod niej wydostał.
– Brzmisz bardzo poważnie – zauważył, kopiując jej ton.
– Bo to poważna sprawa. No dalej, Świtoń, nie mamy wiele czasu.
– Jak mówisz do mnie po nazwisku, to zaczynam się bać. Daj mi kilka minut. Ubiorę się i zorientuję, czy Paweł jest w domu.
– Jasne.
Rozłączając się, kiwnęła do Anny głową. Chwilę później za szklanymi drzwiami ukazała się para mężczyzn. Wpuścili je. Paweł miał odbitą poduszkę na policzku i niekompletne ubranie. Na ich widok jednak zaczął szybciej zapinać koszulę, a jego szczęki wyraźnie się zacisnęły. Początkowo Justyna wzięła to do siebie, ale potem…
– Ach, podkomisarz Morys, jakiż to zaszczyt gościć panią w Nowym Roku – odezwał się sarkastycznie Paweł, wpatrzony w Annę jak w robaka przemykającego po ścianie. – Czym sobie tym razem zasłużyliśmy?
Kołyska uniosła wysoko brwi, ale żaden z mężczyzn na nią nie patrzył. Anna wyciągnęła z kieszeni zdjęcie Marty Lichacz i im je pokazała.
– Była u was wczoraj, tak?
To był ten moment, kiedy obaj mężczyźni wreszcie połączyli kropki. Paweł odczekał dwie sekundy i zarechotał jak pijak, który właśnie usłyszał wyjątkowo prostacki żart. Zaraz potem klepnął Artura w plecy.
– Dobra robota, bracie. Mówiłem, że tak to się skończy.
Skrzydełka nosa Artura zafalowały, gdy podniósł na chwilę wzrok na Kołyskę.
– Dlaczego pokazuje nam pani to zdjęcie? – zwrócił się do Anny opanowanym tonem.
– Ponieważ matka nie ma z nią kontaktu, a jej telefon został znaleziony przy wałach. Co robiła w waszym pubie?
– Chciała kupić alkohol – wyjaśnił rzeczowo Artur, zaplatając ręce na piersiach. – Zapytałem o dowód osobisty, którego nie miała, więc zakazałem pracownikom sprzedać jej cokolwiek i poprosiłem, żeby wyszła.
– Świadek twierdzi, że ją pan szarpał.
Kołyska głośno wypuściła z płuc powietrze, gdy zdziwione spojrzenie Artura na moment połączyło się z jej własnym. Paweł ponownie zachichotał, ewidentnie doskonale się bawiąc. Justyna czuła się jak pionek w tej rozmowie – użyty przez Annę z precyzją, której się nawet nie spodziewała.
– Złapałem ją za przedramię, bo próbowała strącać szkło kelnerom i raz jej się nawet udało. Nie szarpałem jej – dopowiedział, patrząc już tylko na Kołyskę.
Justyna przytaknęła. Nie widziała całej sytuacji. Faktycznie butelki na jednej z tac przechodzącej kelnerki zostały rozbite. Mogła to potwierdzić.
Innego zdania była Morys. Pokręciła głową. A potem zrzuciła bombę.
– Czy mam rozumieć, że dziewczynę widzieliście pierwszy raz w życiu, tak samo jak tych dwóch kolesi, jak im było? Gruszczyński i Żmuda? Najpierw deklarowali zakup narkotyków w waszym pubie, a później znaleziono ich martwych?
Śmiech Pawła ucichł. Artur tylko spuścił głowę, zaciskając palce na nasadzie nosa, natomiast Kołyska… rejestrowała każdy ich gest. Nagle pozycja, w jakiej ją postawiono, wcale nie była taka zła.
– Ja pierdolę, ale jest pani upartą suką – wyrzucił z siebie Janik. – Nie znaliśmy tych gości i nie mamy nic wspólnego z ich śmiercią. Tak samo jak nie mamy nic wspólnego z tą dziewczyną. Uwzięła się pani, więc radzę…
– Zamierzasz mi grozić, chłopcze? – przerwała mu warkotliwym głosem Anna.
Położyła też dłoń na kaburze służbowego pistoletu. Kołyska ponownie poczuła się jak w amerykańskim filmie, i to słabej klasy. Paweł spojrzał tylko z politowaniem, ewidentnie hamując słowa, które chciałby teraz wypowiedzieć.
– Tak myślałam – mruknęła Morys, wycofując się do drzwi. – Jak dziewczyna się nie znajdzie, macie przejebane. Radzę przygotować nagrania z kamer i lepiej, żeby tym razem nic się nagle nie popsuło.
Podkomisarz wyszła, pozostawiając Kołyskę sam na sam z dwoma mężczyznami.
Justyna pamiętała, że w sprawie, do której nawiązywała Morys, nagrań z kamer nie było, ponieważ podczas ich kopiowania wystąpił „nieokreślony błąd”, który uszkodził pliki. Ale żadnej z tych śmierci nie zakwalifikowano jako morderstwa. O tym wczoraj Artur nie powiedział choćby słowa.
– Mówiłem ci, stary, że blaszka w twoim łóżku to problemy…
– Zamknij się i wypierdalaj do siebie – przerwał Pawłowi Artur tak nagle i ostro, że Kołyska drgnęła i ledwo potrafiła to przed nimi ukryć.
Janik mruknął pod nosem kilka oszczerstw, po czym wszedł na schody prowadzące na górę. Morys stała oparta o maskę i paliła papierosa, obserwując ich przez szybę. Świtoń złapał Justynę za ramię, bardzo delikatnie, a gdy na niego spojrzała, taktownie wycofał rękę.
– Czego się od niej zaraz dowiem? – zapytała cicho, udając kompletnie zszokowaną.
Była ciekawa reakcji Świtonia. Cały czas wydawał jej się w miarę szczery. Tylko te cholerne przypadki…
– Pewnie naopowiada ci bajek o tym, jak to zemściliśmy się na tych dwóch typach. Ale, kurwa, to nieprawda. Morys to wariatka. Uwzięła się na nas. Miesiącami nas nachodziła i grzebała jak pojebana. Wynajęliśmy prawnika, nasraliśmy skargami na nią i na komendę, a potem wytoczyliśmy jej sprawę cywilną o nękanie i pomówienia. W końcu się odczepiła. Tyle.
Dochodzenie nie było aż tak proste, ale to też nie był najlepszy czas, by drążyć. Kołyska poczuła przypływ złości. Mogła się co do niego mylić, jasne, zawsze miała jednak jakiś pogląd, stała po którejś ze stron. Ale kiedy szło o Artura Świtonia, jej wrodzony, a potem wyćwiczony w terenie radar kompletnie głupiał. Wierzyła temu mężczyźnie, a jednocześnie wątpiła w każde słowo, spojrzenie czy gest.
– Muszę iść.
– Czyli mi wierzysz? – zapytał, a nadziei w jego głosie nie dało się pomylić z niczym innym.
– Nie ma znaczenia, w co ja wierzę.
– Dla mnie ma.
Kołyska oblizała spierzchnięte wargi, spoglądając przelotnie na czubki swoich butów. Szukała słów, które powinny teraz paść, by utrzymać ją w roli. Ciszę między nimi przerwała Anna. Kobieta otworzyła drzwi, skupiając wzrok na Justynie.
– Jedziemy – warknęła. – Znaleźli ciało.
Cała krew odpłynęła Kołysce z twarzy. Artur przełknął ciężko, kręcąc w niedowierzaniu głową. Komisarz czuła, że szuka jej spojrzenia, ale nie była w stanie choćby na niego zerknąć.
– Zdzwonimy się – zakończyła cicho i wyszła na mróz.
– Gdyby nie zaplątała się w te zbutwiałe gałęzie, znaleźlibyśmy ją dopiero na wiosnę – oznajmił policjant, gdy Justyna ostrożnie schodziła po wale, by zbliżyć się do miejsca znalezienia zwłok.
Technicy wyznaczyli bezpieczny pas, po którym można się było poruszać, co przy takim nachyleniu terenu i tej ilości śniegu wcale nie było proste. Naprawdę należało zachować ostrożność.
Ciało wciąż tkwiło w wodzie. Pokrywający rzekę lód nie był aż tak gruby, na jaki wyglądał. Dziewczyna leżała bokiem, niemal całkiem zanurzona, opleciona przez martwe trawy i konary powalonego drzewa. Jasna kurtka i spodnie sprawiały, że trudno było z daleka odróżnić ją od lodu. Nurt delikatnie kiwał jej ramieniem pod powierzchnią. Najbardziej przerażające były oczy, tak nienaturalnie nieruchome i szkliste, że gdyby podejść naprawdę blisko, można by dostrzec odbijające się w nich niebo.
– Technicy? – zapytała Kołyska.
– Jadą.
– Niech nikt tu nic nie rusza. Oznaczcie teren. Zamknijcie cały spacerniak. Nie chcę tu żadnych gapiów.
– Na to odrobinę za późno – warknęła Morys, spoglądając w górę, na most, na którym grupka ludzi przypatrywała się im z daleka.
Jakiś mężczyzna trzymał w ręku aparat z porządnym obiektywem, wykonując jedno zdjęcie za drugim.
– Jebane hieny – warczała dalej Anna, wydając rozkazy parze policjantów.
Ale było już za późno, by cokolwiek zrobić. Mężczyzna, widząc, co się dzieje, odkleił oko od wizjera i zaczął się wycofywać. Kołyska przysięgłaby, że się przy tym uśmiechał. Hiena, jak trafnie nazwała go komisarz, pracowała dla portalu Bez Cenzury 13 należącego do Jacka Pietrzaka.
Z zewnątrz ten ostatni mężczyzna był jedynie majętnym właścicielem lokalnego serwisu informacyjnego, biznesmenem samoukiem, co podkreślał aż za często, oraz rodzinnym typem, którego nikt nie powiązałby z przestępczym półświatkiem. W aktach Centrali jego obraz wyglądał inaczej.
Pieniądze przepływające przez powiązane z nim konta i firmy były zbyt duże jak na działalność, jaką Biuro zdołało jak dotąd odkryć. Kobiety z Ukrainy zatrudnione na legalnych umowach, wieczorami znikające w prywatnych klubach, zarabiały na tym procederze zaskakująco dobrze. Działka Pietrzaka nie była na tyle duża, by wytłumaczyć wysokie wpływy legalnych firm sprzątających, w których miał udziały. Były też narkotyki, ale te przewijały się przy okazji, stanowiąc zaledwie dodatek. Natomiast źródło najgrubszych pieniędzy wciąż pozostawało tajemnicą.
Oficjalnie Pietrzak oprócz prowadzenia portalu informacyjnego inwestował w małe interesy i lokalne przedsięwzięcia, które równie szybko wyrastały, co znikały. Wchodził w nie na krótko jako udziałowiec, czasem hojny pożyczkodawca. Na papierze wyglądało to jak ryzyko wpisane w biznes. Centrala widziała jednak coś innego: zbyt wiele firm powiązanych z nim lub jego słupami obracało pieniędzmi, których nie mogłyby realnie zarobić. A potem znikało, zanim ktokolwiek zdołał zadać odpowiednie pytania.
Nawet powiązanie Pietrzaka z seryjnym mordercą, pozostawiającym na terenie wysiedlonych wsi Beskidu Niskiego ciała młodych dziewczyn, ani fakt, że tamten sprzątał dla niego niewygodnych ludzi, nie dawały Centrali odpowiednio dużo, by w końcu gościa przyskrzynić. Nadal mieli zbyt mało, a liczne tropy stanowiły nader wątłe poszlaki. Ostatecznie Pietrzak okazywał się czysty. Niczego nie robił osobiście, a powiązania słupów bezpośrednio z nim po prostu nie istniały.
Liczyli więc, że zaniepokojony obecnością Centralnego Biura Śledczego Policji na jego własnym terenie Pietrzak spanikuje i straci tę przeklętą ostrożność. Albo coś zrobi, albo spróbuje kontrolować sytuację – i to właśnie go zgubi. Nie byłby pierwszym, który spróbował skorumpować policjanta. Zwykle wystarczało kilka kontrowersyjnych zdjęć mogących zniszczyć komuś karierę…
Jak romans z młodszym od siebie, wytatuowanym od stóp po samą głowę mężczyzną zamieszanym w śmierć nastolatki, handel narkotykami czy cholera wie co jeszcze, pomyślała Justyna, czując, jak po kręgosłupie sunie dreszcz ekscytacji.
Oczekiwanie na kontakt zawsze było najgorsze.
Ponownie spojrzała na most. Mężczyzny już nie było. Kołyska była pewna, że artykuł o ciele dziewczyny znalezionej w Wisłoku, opatrzony zdjęciami, znajdzie się w sieci w ciągu kilku godzin. Bez Cenzury 13 słynęło z przekazywania newsów w sposób prosty – żeby nie powiedzieć: prostacki – luźny i przystępny dla każdego czytelnika. Nie bawiono się tam w takt. A szacunek dla zmarłych i ich rodzin? „Nie są od tego. Są od publikowania informacji”. Prawda? „Brutalna i szczera”. Z tym można by polemizować, choć Kołyska musiała jedno przyznać. Pietrzak wcale nie próbował wpływać za pośrednictwem portalu na opinię ludzi. Nie bywał stronniczy. Nie przyklaskiwał jednym, by zaszkodzić drugim, i to właśnie sprawiało, że w mieście takim jak Krosno Bez Cenzury 13 stało się głównym źródłem lokalnych informacji.
Portal angażował się też charytatywnie. Pomagał dzieciom, osobom starszym oraz ubogim. Organizował zbiórki, wspierał najróżniejsze projekty. Nikt, absolutnie nikt by dzisiaj nie uwierzył, co za potwór go finansuje i co tak naprawdę ma na sumieniu.
– Świtoń mógł za nią pójść? – Pytanie Anny wybiło Kołyskę z rozmyślań.
– Był ze mną aż do telefonu od Zapały.
Nie planowała tego jednego szczegółu wyjawiać, ale Morys nie dała jej innego wyjścia.
– Tak czułam – stwierdziła, kręcąc z politowaniem głową. – Dlaczego mnie to nie dziwi? Zesłali cię tu za karę, szwendasz się po lokalach prowadzonych przez morderców…
– O ile wiem, nic im nie udowodniłaś – wytknęła Justyna, udając spokój.
– To, że im nic nie udowodniłam, nie oznacza, że nie mieli z tymi zabójstwami nic wspólnego.
– A to, że zachowujesz się jak oszalała suka, nie oznacza, że nią jesteś, nie?
– Powtórz to – warknęła przez zęby podkomisarz, robiąc krok w stronę Justyny.
Kołyska stała niżej na zboczu i kiedy Morys się poruszyła, śnieg pod jej stopami się osunął, a Anna runęła jak długa. Gdyby nie refleks komisarz i silne ręce, które zacisnęły się na kurtce kobiety, ta wpadłaby na lód i pewnie do wody. Justyna pomogła jej się podnieść i nie puściła jej ręki, aż Anna na nią spojrzała.
– Zachowujesz się jak wariatka – oznajmiła cicho, a kiedy Morys otwierała już usta, podjęła: – Nie znam ich dobrze. Mogę jedynie potwierdzić, że tej nocy Artur Świtoń był ze mną. Nie wiem, czy mieli coś wspólnego z tym, o co ich oskarżasz. Ale skoro ty jesteś o tym przekonana, to dokop się do dowodów. A jak ich nie ma, to odpuść, bo stracisz nie tylko pracę, ale i godność. Uwierz mi. Wiem, co mówię.
Zwolniła uścisk na przedramieniu Anny, po czym ruszyła w górę wału. Ciało miała tak spięte, że nawet nie czuła zimna. Powietrze było gęste i przejrzyste jak zamarznięta woda. Każdy oddech brzmiał jak pęknięcie.
– Za dużo tu przypadków – usłyszała za plecami głos Morys.
Justyna się obejrzała. Anna stała tam, gdzie ją zostawiła. Na jej twarzy malowało się zrezygnowanie i zmęczenie. Ale też pewność – i tego nie dało się nie zauważyć.
Przytaknęła jej tylko. Co innego mogła zrobić? Czy sama nie tak dawno nie myślała, że zbyt wiele wokół Kolorowego Rękawa przypadków?
Dominika Herbut naciągnęła czapkę mocniej na uszy. Było przeraźliwie zimno, a ona siedziała na lodowatym siedzisku karuzeli już od ponad godziny. Placu zabaw tego dnia nie okupowały dzieci, ale ciekawscy dorośli, żywo dyskutujący o działaniach policji kilkanaście metrów dalej. Przy wałach, gdzie znaleziono ciało, które po długich oględzinach przez najróżniejszych ludzi w końcu wydostano z wody.
Samochód zakładu pogrzebowego wtoczył się na ścieżkę. Obserwowała w skupieniu, jak zapakowane w worek zwłoki wsuwają się do środka. Trzask drzwi brzmiał definitywnie. Niczym decyzja, której nie można już cofnąć. Jeden z mężczyzn podpisał coś drugiemu i wsiadł za kierownicę. Chwilę później wraz z resztą gapiów Dominika patrzyła, jak samochód ich mija, by na końcu wyjechać na główną drogę i zniknąć im z oczu.
Część ludzi zaczęła odchodzić. Przedstawienie skończone, pomyślała dziewczyna. Nie udało się zobaczyć trupa, można iść do domu.
Jeszcze głębiej osunęła się na twardym siedzisku.
Nie umiała powiedzieć, skąd wiedziała, że to ciało Marty znaleziono w Wisłoku. Po prostu tak było. Czuła to gdzieś w środku. Telefon pani Lichacz o szóstej rano jej nie zaniepokoił. Sylwestrowa noc była szalona. Dominika nawet nie zauważyła, kiedy drogi jej i Marty się rozeszły. W jednej chwili bawiły się wspólnie na chacie studentów poznanych na rynku, w drugiej Marty już nie było. Powiedziano jej, że wyszła po alkohol. Dominika nie przejęła się tym specjalnie. Przyjaciółka od czasu do czasu miała swoje jazdy, nigdy nie było wiadomo, kiedy jej coś odwali. Wystarczyło jedno nieodpowiednie słowo, a wpadała w szał i znikała, chodziła bez celu, później wracała już spokojniejsza.
Skręty sprawiały, że podobnych epizodów było w ostatnim czasie o wiele mniej. Marta wydawała się stabilniejsza, weselsza. Jak, do diabła, mogło więc do tego dojść? Gdyby denatką nie była ona, już by do Dominiki zadzwoniła. Znalazłaby się i dała znać, że wszystko gra. W końcu były przyjaciółkami i pilnowały sobie nawzajem tyłów. Taka była umowa.
Telefon zawibrował w kieszeni kurtki, a serce Dominiki podskoczyło do gardła. Oczekiwała, że na wyświetlaczu zobaczy wiadomość od pani Lichacz albo jeszcze gorzej – matki, że szuka jej policja, ale poczuła chwilową ulgę.
„Młoda, gdzie jesteś?”
Kącik warg Dominiki delikatnie się uniósł. Kosa nigdy do niej nie podbijał, ale zawsze mówił do niej „Młoda” i brzmiało to jakoś inaczej.
„Na wałach. Podobno znaleziono ciało”.
„Lepiej nic o tym nie wiedzieć. Serio. Zmywaj się stamtąd”.
Dominika się skrzywiła.
„Co?”
„Jak nie gadasz, to nie mamy problemu. Kumamy się?”
Musiała przeczytać całą rozmowę kilka razy, zanim cokolwiek z niej zrozumiała. Przełknęła ciężko ślinę, unosząc wzrok znad telefonu. Wokół wałów wciąż krążyli policjanci ubrani w dziwaczne plastikowe stroje. Chłód, który wcześniej zaatakował już kości, zamienił się nagle we wrzącą lawę, gdy krew ruszyła szybciej w stronę serca.
Poszukała w emotikonach tej ilustrującej papryczkę chili i wysłała ją, dodawszy pytajnik.
Kosa odpisał w ciągu sekund, a pod nią, gdyby stała, ugięłyby się kolana. Wiadomość odbierała jej resztki tlenu.
„Mówiłem, że papryczka z wodą gasi pragnienie. Z wódą gasi światło”.
Dominika upuściła telefon. Upadł na wydeptany przez jej buty śnieg. Chwilę później ekran się zablokował, ale ona wciąż na niego patrzyła.
– Dziecko, wszystko z tobą dobrze?
Podniosła wzrok na starszą kobietę z psem. Jej spojrzenie przeskakiwało od niej do telefonu. Zajęło dziewczynie chwilę zrozumienie, co zaalarmowało nieznajomą.
Sięgnęła po aparat i wstała, a następnie ruszyła bez słowa w stronę chodnika.
– Halo? Dziecko?!
– Odpierdol się, starucho! – warknęła przez zęby i zignorowała dźwięk powietrza zasysanego przez kobietę w zaskoczeniu.
Kilka osób zaczęło mamrotać pod nosem o jej braku wychowania, ale miała to gdzieś. Odblokowała telefon w celu napisania Kosie, żeby się pierdolił, gdy jednak zobaczyła okienko ich czatu, po raz kolejny zamarła.
Wszystkie jego wiadomości zostały usunięte.
Wszystkie.
Przekazywanie takich wieści, jak śmierć jedynego dziecka, nie było czymś, co jakikolwiek policjant chciałby w swojej karierze robić. Justyna Kołyska, z wykształcenia psycholog, była jednak bardziej niż odpowiednią osobą do przekazywania podobnych komunikatów. Słowa, choć trudne, przychodziły łatwiej, gdy miało się doświadczenie. Była przygotowana na każdą reakcję ze strony matki Marty Lichacz. Ludzie reagowali różnie – od całkowitego zastygnięcia po lament.
Danuta Lichacz plasowała się gdzieś pośrodku. Jej szloch był cichy, a łzy płynęły szybciej, niż była w stanie je wycierać. Justyna złapała więc jej ręce, by tamy łatwiej puściły. Ten rodzaj cierpienia nigdy nie powinien być na siłę trzymany w środku.
– Wiem, że to nie jest najlepszy moment – zaczęła łagodnie, siedząc na kanapie w salonie. – Ale muszę zobaczyć pokój Marty.
– Oczywiście.
Wysunęła dłoń z uścisku Kołyski, po czym się podniosła. Tym razem Justyna nie protestowała, gdy pani Danuta otarła łzy. Była kobietą, która ewidentnie robiła wszystko, by utrzymać siebie i córkę. Pracowała na etacie na stacji benzynowej i dorabiała dodatkowo, sprzątając klatki schodowe na kilku osiedlach w Krośnie. Pierwszym, co wydusiła z siebie, gdy szloch przygasł, było:
– Zawsze brakowało mi dla niej czasu. A teraz jej już nie ma.
Żal w jej głosie był ewidentny.
Justyna dziękowała w duchu niebiosom za to, że Anna została załatwiać nagrania monitoringu galerii, co było nie lada wyzwaniem w Nowy Rok. Przy niej pani Lichacz zapewne nie ośmieliłaby się otworzyć.
Pokój Marty był mały. Mieściły się w nim pojedyncze łóżko, szafa i biurko, a nad nim półki pełne kosmetyków i szpargałów.
– Ruszała tu pani coś dzisiaj? – zapytała Justyna, a kobieta zaprzeczyła ruchem głowy.
Kołyska kiwnęła na parę techników, a ci wkroczyli do środka z aparatami w ręce.
– Może pani chwilę odpocznie? Napije się czegoś ciepłego? Zadzwoni do kogoś z rodziny?
– Tak – przytaknęła Lichacz szybko, zbyt szybko, a serce Kołyski ponownie się ścisnęło.
Nawet nie wiedziała, na co właściwie kobieta się zgodziła. Odpoczynek? Herbatę? Telefon? Dopiero kilka chwil później doszedł do nich kolejny szloch, gdy pani Danuta streszczała komuś przez komórkę wydarzenia tego ranka.
– Przejebane – mruknął jeden z techników.
Trudno się było z tym nie zgodzić. Justyna stała w progu. Chciała wejść do środka i porządnie przepatrzeć wszystkie kąty, ale potrzebowali na zdjęciach dokładnie takiego obrazu tego pokoju, jakim go zastali. Kwadrans później mogła przystąpić do pracy.
Zaczęła od biurka. Na wierzchu było kilka książek i zeszytów. Zlustrowała je drobiazgowo, nauczona na innej sprawie, że każda strona może być hipotetycznym znakiem. Szukała też zdjęć podobnych do tych znalezionych w drugim telefonie Cecylii Nowik, lecz nic nie rzucało się w oczy. Laptop przywitał ją żądaniem hasła, więc został zabezpieczony i zabrany. To nie była standardowa procedura. Nie wiedzieli, co wydarzyło się na wałach, ale skoro młoda Lichacz znała się z Cecylią i Patrycją, należało przyjrzeć się zawartości.
Wzdychając ciężko, Kołyska skupiła się na pracy. Oprócz niezliczonej ilości najróżniejszych kosmetyków na biurku i w szafkach Marty niczego nie było.
Marszcząc brwi, na moment wyszła z pokoju. Pani Danuta siedziała w kuchni, paląc papierosa. Na jej widok podniosła głowę.
– Pani córka miała bardzo dużo kosmetyków – zauważyła ostrożnie Justyna. – Nie jestem ekspertem, ale niektóre z nich nie są tanie.
– Mówiła, że to podróbki – oznajmiła kobieta. – Ale podejrzewam, że je kradła. Moja córka niejednokrotnie była zatrzymywana za próby kradzieży w najróżniejszych drogeriach. Miała z tego tytułu wiele problemów.
– Rozumiem.
– Ja naprawdę starałam się z nią rozmawiać – ciągnęła drżącym głosem Lichacz. – Wysyłałam na terapię, pracowałam z kuratorem. Robiłam, co mogłam, ale ona była taka zła, taka wściekła na wszystko.
– Wszystko… To znaczy na co?
– Na mnie, na szkołę, na życie. Wszystko było „do dupy” albo „chujowe”. Cieszyły ją tylko te błyskotki.
– A jej ojciec? Wiem, że nie żyje…
– Marta miała pięć lat, gdy od nas odszedł.
– Porzucone dzieci… – zaczęła delikatnie Justyna, ale twarz pani Danuty natychmiast stała się twardsza.
– Marta nie została porzucona. Józef był chory. To nie był jego wybór. Powiedziałam, że odszedł, bo to był moment, kiedy go straciliśmy naprawdę, ale to nie był jego wybór! On by z własnej woli nas nigdy nie zostawił. Ja musiałam odejść dla naszego dobra. Rozumie pani? Żebyśmy wszyscy byli bezpieczni, a Marta mogła w spokoju dorastać. Nie oglądać jego epizodów.
Justyna przytaknęła ze zrozumieniem.
– Na co chorował pani mąż?
Twarz kobiety ponownie zmiękła, postarzając się o kilka dekad. Danuta odpaliła kolejnego papierosa i dopiero wtedy spojrzała na Kołyskę.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Część I
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Prawa autorskie
