Biały puch - Krantz Mira - ebook + książka

Biały puch ebook

Krantz Mira

3,9

Opis

Śladów zbrodni nie ukryje nawet największa śnieżyca. To miał być zwykły roboczy wyjazd pracowników naukowych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Sprawy komplikują się, gdy profesor Kiszko niespodziewanie słabnie w jacuzzi i wkrótce umiera.

Na domiar złego pensjonat w Rymanowie-Zdroju zostaje odcięty od świata z powodu gwałtownej śnieżycy.

Sprawa nagłej śmierci profesora nie daje spokoju Alfredowi Wolskiemu, który dawno temu porzucił karierę prawniczą i zajął się pisaniem kryminałów. Pisarz prowadzi potajemne śledztwo z policją w Krośnie, a kiedy jego przypuszczenia się potwierdzają, rozpoczyna psychologiczną grę z mieszkańcami pensjonatu.

Na jaw wychodzi ich nie zawsze kryształowa przeszłość.

Kto odkryje zagadkę tajemniczej śmierci profesora?

I jaki to będzie miało wpływ na dalsze losy pozostałych pensjonariuszy?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 206

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (73 oceny)
27
21
15
8
2
Sortuj według:
annakostro

Nie oderwiesz się od lektury

świetna książka! Mam nadzieję, że autorka napisze coś jeszcze.
10
Basienka1967

Nie oderwiesz się od lektury

Na bezdechu leciałam z czytaniem tej książki. Niesamowita. Jeszcze się boję... 😊 Brawo
10
psionic

Dobrze spędzony czas

Wzruszyć się do łez podczas czytania kryminału? To mi się dotąd nie zdarzyło. Liczę na ciąg dalszy.
10
Beata6311

Nie oderwiesz się od lektury

👍
00

Popularność




WYDAWNICTWO DLACZEMU

www.dlaczemu.pl

Dyrektor wydawniczy: Anna Nowicka-Bala

Redaktor prowadząca: Marta Burzyńska

Redakcja językowa: Barbara Wrona

Korekta: Aleksandra Juryszczak

Projekt okładki: Agnieszka Korzeniewska

Konwersja do wydania elektronicznego: P.U. OPCJA

WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

WARSZAWA 2021

Wydanie I

ISBN: 978-83-66521-66-7

Retrospekcja

Kraków, czerwiec 2000 roku

Niestety nie mogę podpisać opinii, którą pani przygotowała. – Profesor Kiszko lekko odchylił się na krześle i spojrzał na swoją doktorantkę. Miał wygląd statecznego akademika, takiego nieżyciowego profesora w tweedowej marynarce ze skórzanymi łatami na łokciach. Jednak w jego spojrzeniu czaiło się coś takiego, co powodowało, że nikt nie miał wątpliwości, że to on będzie kolejnym kierownikiem katedry. A kiedy to nastąpi, będzie rządził żelazną ręką.

– Ale dlaczego, panie profesorze?

– Pani Joanno, powiem to pani wprost. W ciągu ostatniego roku nie zrobiła pani żadnych, ale to żadnych postępów. Nie była pani na żadnej konferencji poza naszym ośrodkiem, nic pani nie opublikowała, a o braku progresu w przygotowaniu dysertacji rozmawialiśmy nie raz. Wobec tego zwyczajnie nie mogę potwierdzić punktu trzeciego opinii, tego, w którym powinienem przyznać, że poczyniła pani postępy. Ponieważ nie zwykłem kłamać ani w mowie, ani w piśmie. I poczytuję to sobie za jedną z moich zalet.

Joanna Wilk spuściła głowę i przez chwilę wpatrywała się w blat biurka. Ciężko przełknęła ślinę i odezwała się cicho:

– Wie pan, że moja sytuacja jest trudna. Moja córeczka zaczęła chorować, a w tej chwili nie mam możliwości, żeby zorganizować dla niej dodatkową opiekę – mówiła drżącym głosem, nerwowo pocierając wnętrzem dłoni lewe ramię. – Nie pozwala mi na to sytuacja materialna – dodała ze wstydem. – I jeśli nie dostanę pozytywnej opinii, zostanę skreślona z listy. Wykorzystałam już urlop dziekański, kiedy byłam w ciąży.

– Cóż, tym bardziej muszę doradzić, żeby w tej chwili skupiła się pani na macierzyństwie i poszukiwaniu pracy, ponieważ nie widzę możliwości, aby ukończyła pani teraz studia doktoranckie i przygotowała dysertację na odpowiednim poziomie. – Profesor Kiszko skierował wzrok na trzymany w dłoni kalendarz, licząc, że doktorantka zrozumie aluzję i pożegna się.

– Panie profesorze, proszę… – W głosie Joanny pojawiły się histeryczne nuty.

– Pani Joanno. – Profesor Kiszko wpadł jej w słowo oschłym tonem. – Chciałem być uprzejmy, ale widzę, że to nie była dobra droga. – Odetchnął głęboko i kontynuował. – Kiedy cztery lata temu prosiła pani o zgodę na objęcie opieką naukową, wahałem się. Obawiałem się, czy pani podoła, jednak na pani korzyść zadziałało, że była pani ze mną szczera i przedstawiła swoją sytuację. Była pani znakomitą studentką, więc postanowiłem dać pani szansę, pomimo okoliczności osobistych. Teraz muszę stwierdzić, że to był błąd. Nie pogodziła pani macierzyństwa i nauki. Studia doktoranckie to zupełnie inne studia niż magisterskie. – Oparł łokcie na blacie biurka i złożył dłonie w piramidkę. – Wymagają zupełnie innego poziomu zaangażowania. To nie tylko przyswajanie informacji, ale to konieczność dołożenia czegoś od siebie, tak żeby powiększyć pulę wiedzy i afirmować naukę. To nie tylko tworzenie swoich tekstów, ale też dzielenie się wiedzą ze studentami, kształtowanie ich umysłów i postaw. Prowadzący ćwiczenia mają nawet większy wpływ na studentów niż profesorowie, ponieważ to oni mają z nimi bezpośredni, bliski kontakt. Pani najwyraźniej nie zrozumiała tego, mimo że katedra kładzie nacisk na pracę dydaktyczną. Wiele razy było tak, że musieliśmy szukać na ostatnią chwilę zastępstwa na pani zajęcia. Zbierała pani bardzo słabe oceny w ankietach studentów i według nich była pani nieprzygotowana do prowadzenia zająć. Tak, czytamy te ankiety – dodał, widząc zdziwioną minę Joanny. – Praktycznie wyłączyła się pani z życia katedry, a te nieliczne referaty i artykuły, które przygotowała pani w ciągu ostatnich dwóch lat znacznie odstają poziomem od tekstów innych doktorantów. – Nagle wstał i zaczął krążyć po gabinecie, a na jego twarzy malowało się wzburzenie i przejęcie. – Musi pani zrozumieć, że prawdziwe uprawianie nauki to całkowite poświęcenie i oddanie się jej. To nie jest zwykła praca, którą można wykonać lepiej albo gorzej, a po ośmiu godzinach wyjść do domu i zapomnieć o niej aż do następnego poranka. To tysiące stron lektury, godziny poświęcone na analizę przepisów i poglądów doktryny. Tutaj nie ma usprawiedliwień, zwolnień chorobowych czy możliwości, żeby sobie odpuścić. To praca, która na początku drogi jest najcięższa, a nie przynosi innej nagrody niż własną satysfakcję. W szczególności nie daje gratyfikacji finansowej. Wiemy przecież, jakie są wysokości stypendiów i pensje asystentów. Owszem, można starać się o finansowanie w systemie grantowym. Ale grant dostaje się na przeprowadzenie badań, a nie z powodu kiepskich zarobków, i to wymaga jeszcze więcej pracy. Jeszcze więcej, proszę pani. Kontakt z innymi ośrodkami również jest niezbędny. Nauka bez dialogu i wymiany poglądów nie ma sensu. – Znów usiadł przy biurku. – Jak chciałaby pani sprostać tym wymaganiom, skoro nie może pani wygospodarować w ciągu roku sześćdziesięciu godzin, łącznie niespełna trzech dób na przeprowadzenie zajęć ze studentami?

– To tylko chwilowe trudności, obiecuję… – Orzechowe oczy Joanny zaszkliły się łzami.

– Nie, nie będzie więcej żadnego obiecywania. – Profesor przerwał jej gwałtownie. – Obiecuje pani od czterech lat. W przyszłym roku powinna pani mieć gotowy tekst dysertacji, a nie widzę na to nawet cienia szansy. Tym bardziej nie widzę możliwości na to, żeby po ewentualnej udanej obronie została pani na uczelni. Proszę wybaczyć, ale takie przedłużanie pani studiów byłoby nieuczciwe wobec innych doktorantów. Oraz wobec wszystkich innych osób, które poważnie traktują pracę naukową. Uczciwie mówiąc, byłbym nie w porządku wobec siebie samego. Pani postępowanie zaprzecza wszystkiemu, w co wierzę i co zawsze krzewiłem wśród moich studentów. Pani myśli, że ja, będąc w pani wieku, nie chciałem założyć rodziny? Chciałem, ale wybrałem naukę. – Zaskoczyło go to, co powiedział. Nie sądził, że kiedykolwiek przyzna się do tego komukolwiek, szczególnie doktorantce, którą właśnie wyrzucał ze studiów. – Nie miałem pewności, czy uda mi się pogodzić te dwie rzeczy. Nie mogłem znieść myśli, że gdybym miał rodzinę i chciał być dobrym naukowcem, musiałbym ją zaniedbać. A gdybym chciał być dobrym mężem i ojcem, to musiałbym zaniedbać naukę. Więc dokonałem wyboru. Pani również dokonała wyboru. Proszę już iść do córki. Osobiście napiszę i dostarczę pani opinię do dziekanatu. Do widzenia.

Joanna wstała i na drżących nogach pokonała odległość między krzesłem a drzwiami. W progu wymamrotała ciche „Do widzenia” i wyszła na pusty korytarz. Osunęła się na jedną ze stojących pod ścianami ławek. Przymknęła oczy, trwała tak przez dłuższą chwilę. Próbowała choć przez chwilę nie myśleć o tym, co usłyszała. Wtedy podsłuchała strzępek rozmowy.

– Dzień dobry, pani Aneto. Przepraszam, że musiała pani czekać. Zeszło nam z panią Joanną dłużej, niż myślałem. Bardzo podoba mi się teza pani artykułu, choć trzeba jeszcze będzie włożyć w niego… – Odgłos zamykanych drzwi zakończył monolog profesora.

Pozwoliła sobie jeszcze na kilka chwil odpoczynku, po czym zebrała resztkę sił i wstała z ławki. Musiała już iść, bo obiecała sąsiadce, z którą zostawiła Kasię, że wróci przed czternastą. Kiedy wychodziła z budynku, pomyślała sobie, że chciałaby być jak Scarlett O’Hara i mieć jej umiejętność myślenia o trudnych sprawach jutro. „Pomyślę o tym jutro” czy „Jutro też jest dzień” to były jej ulubione cytaty z „Przeminęło z wiatrem”. Ale ona sama nie potrafiła się do nich zastosować.

Zastanawiała się co dalej. Ostatni rok przeżyła, gospodarując oszczędnie resztką spadku po babci oraz skromnymi alimentami. W zeszłym roku pracowała w kancelarii. Ale wtedy była jeszcze z ojcem Kasi i miała pieniądze na opiekunkę. A poza tym mogła liczyć na niedoszłą teściową, która zniknęła z ich życia razem ze swoim synem i za nic miała tęsknotę i rozpacz małej dziewczynki.

Joanna szła Plantami w kierunku ulicy Karmelickiej i rozważała dostępne opcje. Mogła wrócić do Krosna, do mamy, a krakowskie mieszkanie po babci wynająć i czerpać z tego środki na życie. Być może nawet udałoby jej się znaleźć pracę, kiedy Kasia wyjdzie z okresu ciągłych infekcji. Mogła, ale bardzo tego nie chciała. Musiałaby przyznać, że matka miała rację, mówiąc, że Joanna jest zbyt niecierpliwa, że chce mieć wszystko naraz i nie umie ustalić właściwej kolejności. Musiałaby też przyznać się do porażki, a przecież niemal od dekady budowała wśród bliższej i dalszej rodziny, i sąsiadów swój wizerunek dynamicznej i odnoszącej sukcesy prawniczki. Kreowała się na nowo, tak żeby nikt już nie pamiętał tamtej Aśki z cienkimi, przetłuszczonymi włosami i aparatem na zębach. Tam, w Krośnie, nie wiedzieli, jak to wygląda tutaj, w Krakowie. A tymczasem nie startowała nawet na aplikację, bo wiedziała, że nie dałaby rady pogodzić tego z macierzyństwem i pisaniem doktoratu. Liczyła, że wpisze się na listę adwokatów lub radców prawnych jako doktor. Przed chwilą okazało się, że ta perspektywa jest nieosiągalna. Nie łudziła się co do tego, jaka będzie treść opinii profesora.

Nie przyznała się nikomu, że jej praca w kancelarii polegała na kserowaniu papierów i przyklejaniu kolorowych znaczników przy miejscach na podpisy. O jej związku i macierzyństwie też nie musieli wiedzieć nic poza tym, co sama im ujawniła. A nie ujawniła niczego, co byłoby nawet zbliżone do prawdy. Utrwaliła obraz szczęśliwej kobiety i matki, która nie legalizuje swojego związku, dlatego że nie czuje takiej potrzeby. Nie dlatego, że jej partner nie wykazuje inicjatywy i z każdym tygodniem staje się bardziej obojętny, mimo że na początku ich związek aż kipiał z namiętności. A kiedy rozstała się z nim, udawała, że to była jej własna decyzja i że wcale nie została porzucona. I teraz cała ta kreacja miała upaść, rozsypać się jak domek z kart, którym w gruncie rzeczy była. Została Joanna, bezrobotna prawniczka bez uprawnień, samotna matka małej, chorowitej dziewczynki, w odziedziczonym mikroskopijnym mieszkanku na obrzeżach miasta.

Zatrzęsła się z bezsilnej złości. Nie, tak nie będzie. Teraz wróci do domu, przytuli małą, pójdą na spacer karmić kaczki nad Sudołem, a jutro zacznie działać. Przecież zawsze jest jakieś wyjście. Ona tylko musi je znaleźć i wszystko będzie dobrze.

Rozdział 1

Rymanów-Zdrój, luty 2019 roku

Samochód piął się z mozołem drogą po zalesionym zboczu. Śnieg zalegał grubą warstwą na asfalcie i skrzypiał pod kołami. Na szczęście wcześniejsi podróżni pozostawili po sobie koleiny, którymi dało się przejechać, ale każda zmiana toru jazdy powodowała, że pojazd tracił przyczepność. Najwyraźniej ta trasa miała daleki priorytet, jeśli chodzi o odśnieżanie. Co jakiś czas dało się słyszeć głuchy łoskot, gdy ciężkie płaty śniegu osuwały się z gałęzi. Widoki były przepiękne, ale Alfred Wolski, który nigdy nie uważał się za mistrza kierownicy, zdecydowanie wolał skupić się na wąskiej wstążce ubitej drogi przed sobą. Podziwianie krajobrazu pozostawił swojej żonie.

– Patrz, jak tu biało. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam tyle białego. – Marysia Wolska entuzjazmowała się, rozglądając dookoła. Kiedy obracała głowę, jej ostrzyżone na asymetrycznego boba ciemne włosy podskakiwały zabawnie. – Tak ładnie.

– Ciesz się, kochanie, ciesz widokami. Twój mąż zadba, żebyśmy się na tym białym nie pozabijali.

– A mówiła ci twoja żona, żebyś kupił te łańcuchy. Ostrzegali, że może być napadane na amen, ale Fredzio Wolski wie lepiej. – W jej orzechowych oczach zapłonęły psotne iskierki.

– Kim jesteś i co zrobiłaś z moją żoną?

– Utopiłam ją w hormonach ciążowych, Fredziu. – Marysia oznajmiła radośnie, gładząc się po wydatnym brzuchu. Zaczął się trzeci trymestr i przypuszczała, że to właśnie kwestia hormonów, bo praktycznie cały czas była radosna i skora do przekomarzań albo kpiarskich złośliwostek, jak nie ona. Przy tym co jakiś czas potrafiła zrobić awanturę z niczego, również jak nie ona. Dziś była w zdecydowanie dobrym nastroju. Dlatego nazwała męża Fredziem. Tylko ona i jej teściowa mogły to robić, nie ryzykując pilnej wizyty na chirurgii szczękowej. Jego siostra byłaby poważnie zagrożona poczęstowaniem przynajmniej jednym solidnym kuksańcem. Albo rzutem przez biodro. Jak to między rodzeństwem. Alfred nie miał imponującej postury i tylko nieliczni wiedzieli, że swego czasu odnosił spore sukcesy w juniorskich zawodach taekwondo. Mimo upływu czasu jego umiejętności w tym zakresie wcale nie zardzewiały.

– Spojrzałbym na ciebie z pogardą, ale boję się, że jak przestanę patrzeć na drogę, to wylądujemy w rowie. Albo od razu na jodełce, bo nie widać, czy tu są jakieś rowy. Już widzę ten tytuł „Znany pisarz młodego pokolenia i jego ciężarna żona giną w starciu z iglakiem”– mruknął Wolski.

Czasem tęsknił za przedciążową Marysią, z jej trzeźwym i zasadniczym spojrzeniem na życie. Nie żeby wówczas nie miała nieco złośliwego i ironicznego poczucia humoru. Ale była jakaś taka bardziej wyważona. Zrównoważona. Niekpiąca. No dobrze, kpiąca, ale nie z niego. No, kpiąca z niego, ale rzadziej. Trochę rzadziej.

– No już, słoneczko, za chwilę dojedziemy, a potem nie będziemy się ruszać nigdzie przez całe trzy dni. Będą nam podawać śniadania i obiady, a resztę czasu spędzimy w basenie.

– Nieprawda, jutro mam spotkanie autorskie w Krośnie. A poza tym z jakiegoś powodu mam wrażenie, że będę się czuł, jakbym kręcił program dokumentalny o hienach. Albo o małej rannej antylopie, nad którą kołują sępy. A nie, Kiszko przypomina raczej słonicę-przewodniczkę stada odchodzącą na wieczny spoczynek.

– Źle ich oceniasz. Poza tym to tylko przejściowe. Mówiłam ci, że Kiszko zasugerował, że będzie chciał przejść na emeryturę, więc Liskowska i Mazur zaczęli krążyć. Oboje są przez to podminowani. Wcześniej byli zupełnie normalni. To znaczy źle, mieli rozdęte ego, ale mieścili się w jaśnie habilitowanej normie. Tylko Walczak pozostał Walczakiem, od kiedy się habilitował. Interesuje się tylko swoją kancelarią i już drugi rok z rzędu odmawia desperatom, którzy szukają promotora. A Mazur, jakby tego było mało, dostaje kręćka, bo jego doktorantce nie zaproponowano etatu po obronie. Może myśli, że to taka sugestia, że nie ma szans na „kierownikowanie”.

Marysia przerwała, kiedy zza zakrętu wyłonił się budynek pensjonatu. Na parkingu stało już kilka samochodów na krakowskich i rzeszowskich rejestracjach.

– O, widzę, że Liskowska i Kiszko już są. Arek i Marcin też. Ciekawe, jak tu wjechali tym punto. Ale co to? Mają łańcuchy na kołach. Widzisz, kochanie, jaki to przydatny wynalazek? Nawet z punciaka zrobią demona zaśnieżonych szos. Reszta pewnie przyjedzie samochodem Walczaka. Tych z Rzeszowa nie poznaję, ale domyślam się, że to samochód Werka albo Wyszyńskiego.

Wolski zaparkował swoje renault pomiędzy fiatem a samochodem któregoś z rzeszowiaków, wysiadł i pomógł Marysi wydobyć się z wnętrza. Pomyślał przy tym, że trzeba było jednak kupić jakiegoś małego SUV-a, byłoby wygodniej wysiadać. Teraz już pewnie za późno, ale kiedy Marysia wróci do pracy, a maleństwo pójdzie do żłobka, drugi samochód będzie bardzo przydatny przy planowaniu logistyki. Do tego czasu Alfred powinien wydać ze dwie, trzy książki, więc pieniądze nie będą problemem. Oczywiście, jeśli sprzedaż będzie porównywalna z dotychczasową. Może daleko mu było do tuzów rynku, ale był dumny ze swoich pięciocyfrowych nakładów, a i jego rozpoznawalność wśród czytelników robiła się coraz lepsza, więc kto wie, co będzie za jakiś czas. Uśmiechnął się do tej myśli. Nie pisał dla pieniędzy, ale mimo wszystko to miłe, że jego wysiłki były doceniane przez odbiorców.

Przeszli odśnieżoną alejką, rozglądając się z zaciekawieniem po okolicy. Pensjonat był położony na zboczu górującym nad miejscowością, spory kawałek od innych domów. Za niskim drewnianym ogrodzeniem rozciągał się gęsty las iglasty – ten sam, przez który jechali wcześniej. Zalegająca wszędzie gruba warstwa świeżego puchatego śniegu, skrzącego się w promieniach popołudniowego słońca, nadawała krajobrazowi lekko rozmazany, bajkowy wygląd. Sam budynek był czterokondygnacyjny, a spora przybudówka z lewej strony kryła basen i strefę spa. Najniższa kondygnacja, która zdawała się wrzynać w zbocze, została obłożona okładziną imitującą kamienny mur i – w połączeniu z dwuspadowym, zasypanym śniegiem dachem i ciągnącymi się wzdłuż większości ścian długimi balkonami – nadawała budynkowi nieco alpejskiego charakteru. W lecie pewnie wieszano na balustradach skrzynki z fuksjami i pelargoniami, a niewielki pagórek w ogrodzie sugerował, że w sezonie znajdował się tam skalniaczek, być może z oczkiem wodnym.

Marysia, która zapoznała się już wcześniej z ofertą pensjonatu Pod Jodłami, zastanawiała się, czy gabinet spa będzie działał również podczas zjazdu. Jeśli tak, to może udałoby się jej umówić na masaż. Od jakiegoś czasu dokuczał jej ból pleców, nie jakiś mocny, ale po co się męczyć.

Przy wejściu powitała ich tablica z plakatem głoszącym „Wyjazd integracyjny krakowskich i rzeszowskich Katedr Teorii Prawa – luty 2019 r.”. Z jakiegoś powodu, który zginął w pomroce dziejów, wszyscy zawsze mówili o tych corocznych spotkaniach „zjazd”.

Kiedy Wolscy meldowali się w obszernej, wyposażonej w nowoczesne i wygodnie wyglądające kanapy recepcji, po schodach zszedł profesor Kiszko. Choć ubrany we frotowy biały szlafrok i flizelinowe kapcie z emblematami pensjonatu, wyglądał zaskakująco dostojnie. Mimo popołudniowej pory był gładko ogolony, a siwe włosy zaczesał do tyłu. Uśmiechnął się szeroko, gdy zobaczył Marysię.

– Dzień dobry, pani Mario, panie Alfredzie. Miło mi, że jednak udało się zorganizować przyjazd małżonki. – Podszedł do nich i uścisnął im ręce.

– Dzień dobry, panie profesorze. Przesunąłem kilka zobowiązań, zamieniłem datami spotkania w Krośnie i Lubinie i oto jestem, by strzec moich skarbów.

Drzwi prowadzące do strefy spa otworzyły się. Wyszła z nich młoda, wysoka blondynka w błękitnym kitlu i skierowała się do recepcji. „Czyli jest szansa na masaż” – ucieszyła się Marysia.

– I słusznie. Pani Maria to prawdziwy skarb. Mam przecieki, że recenzenci potwierdzają moje słowa w całej rozciągłości. – Profesor uśmiechnął się ciepło. – Recenzje powinny spłynąć tuż po przerwie semestralnej. Wtedy pomyślimy, jak najlepiej ustawić termin obrony, żeby można było rozpisać konkurs. Domyślam się, że jest pani zainteresowana zatrudnieniem. Na początek pewnie pół etatu, a potem się zastanowimy. – Znów się uśmiechnął.

– Widzę, że jest pan gotowy, panie profesorze, zapraszam. – Kobieta w kitlu zwróciła się do Kiszki.

– Przepraszam państwa, pani Kamila – uśmiechnął się do recepcjonistki – twierdzi, że nikt nie robi takiego masażu jak pani Paulina. Za dwie godziny zapraszam na bankiet otwierający nasz wyjazd. A teraz proszę się rozgościć i odpocząć po podróży.

Recepcjonistka poinformowała Wolskich, że ich pokój znajduje się na pierwszym piętrze, blisko schodów, że w każdym pokoju jest czajnik, a na każdym piętrze pomieszczenie socjalne z lodówką. Marysia przyjęła tę informację z ulgą, ponieważ o najróżniejszych porach dnia i nocy miewała napady głodu i zabrała ze sobą pokaźny zestaw ulubionych przekąsek, z których część wymagała przechowywania w niskiej temperaturze. Mimo zimowych mrozów wolała nie sprawdzać, jak zniosłyby pobyt na parapecie za oknem.

Wspięli się po schodach i odnaleźli właściwy pokój. Podczas gdy Alfred rozpakowywał ich bagaże, Marysia z ulgą opadła na łóżko. Miało bardzo wygodny materac, który od razu przyniósł ulgę jej plecom, zesztywniałym po ponad dwugodzinnej podróży z Krakowa, więc pomyślała, że to będą przyjemne trzy dni. A potem zadumała się nad tym, jak niewiele jej teraz trzeba do szczęścia. Wystarczy, że kręgosłup nie boli i jest pod dostatkiem smakołyków. I jeszcze, żeby było co czytać, ale o to nie musiała się martwić, bo niedawno załadowała na swój czytnik nową porcję e-booków, a poza tym obiecała Alfredowi, że przeczyta jego szkice do nowych książek i razem wybiorą, którą powinien się zająć, kiedy skończy pracę nad najnowszym projektem. Cieszyło ją, że cenił sobie jej zdanie.

– Ta Paulina jakoś tak dziwnie na ciebie popatrzyła, kiedy weszła do recepcji.

– Może i popatrzyła, nie zwróciłam uwagi, Fredziu. I co teraz, myślisz, że może powinnam sobie zawiązać czerwoną wstążeczkę albo przetrzeć buzię majtkami teściowej, żeby mnie nie zauroczyło? Swoją drogą, chciałabym zobaczyć minę twojej mamy, gdybym ją poprosiła o jej używane gatki.

– Możemy więcej nie wspominać o używanej bieliźnie mojej matki? Ani o jej bieliźnie w ogóle! – Alfred wykrzywił się komicznie.

– To nie rób sensacji z tego, że ktoś na mnie popatrzył. Co tydzień patrzy na mnie czterdzieści osób, z czego połowa to młodzi, przystojni mężczyźni. A patrzą uważnie i chłoną każde moje słowo.

– Dość.

– Dobrze, Fredziu.

– Myślisz, że pojawią się jacyś goście spoza katedr?

– Nie, cały pensjonat jest zarezerwowany tylko dla nas.

– Współmałżonkowie? – zapytał z nadzieją w głosie.

– Tylko ty jeden, rodzynek taki.

– Super, to znaczy, że jeśli w nocy zacznie sypać i odetnie dojazd, to będę tu uwięziony z bandą teoretyków prawa i żoną w zaawansowanym stadium złośliwozy ciążowej.

– Mówisz tak, bo zazdrościsz. Też mogłeś zostać jednym z nas, ale wybrałeś pisanie kryminałów. W głębi duszy wiesz, że nie ma nic bardziej pociągającego niż ontologia, epistemologia i aksjologia prawa. Żałujesz, że lekkomyślnie porzuciłeś je dla zagadek, morderstw i psychopatycznych, zapijaczonych policjantów. A przecież zamiast tego mógłbyś pisać piękne teksty o formule Radbrucha i krytykować pozytywizm prawniczy.

– Tak, oczywiście, lubię, kiedy się tak zapędzasz. Poza tobą i Walczakiem nikt z nich nie wykonuje zawodu. Są teoretykami w bardzo dosłownym tego słowa znaczeniu. Nawet doktoranci utrzymują się z grantów. A komisarz Murek nie jest psychopatyczny, tylko ma charakter wzorowany na mojej teściowej. W tej sytuacji każdy by pił, żeby wytrzymać z samym sobą. – Alfred zręcznie uniknął ciśniętej w jego kierunku poduszki, podniósł ją i położył się obok Marysi. Objął ją w miejscu, gdzie jeszcze do niedawna była jej talia i dmuchnął prosto w ucho.

– Ej.

– Ćśśś, zdrzemnij się chwilkę, zanim trzeba będzie zejść na dół.

Koniec wersji demonstracyjnej.