Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Thriller polityczny z wątkiem psychologicznym, miłosną intrygą i turniejem szachowym w tle.
Akcja powieści rozgrywa się w 1914 roku w Sankt Petersburgu, w przeddzień głębokich przemian społecznych i politycznych. Pod powierzchnią blichtru i bogactwa narasta bunt przeciwko niepodzielnej władzy cara. Bohaterami rozgrywającego się w tej scenerii dramatu są: grający amatorsko w szachy sławny psychoanalityk Otto Spethmann, jego córka Katarzyna, inspektor Lychev oraz pacjenci doktora - wybitny szachista Rozental i przedstawicielka petersburskiej socjety Anna Pietrowna. Zaczątkiem akcji jest zaś morderstwo Yestrebowa, powiązanego z miejscową siatką terrorystyczną…
Użyte w tytule powieści słowo "zugzwang" to zaczerpnięty z języka niemieckiego termin szachowy, oznaczający sytuację bez wyjścia, gdy gracz zostaje zmuszony przez przeciwnika do ruchu, którego nie wykonałby w innych okolicznościach.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna w Swarzędzu
Miejska Biblioteka Publiczna w Stęszewie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (5 egz.)
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 322
Rok wydania: 2009
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Zugzwang
JEDEN
DWA
TRZY
CZTERY
PIĘĆ
SZEŚĆ
SIEDEM
OSIEM
DZIEWIĘĆ
DZIESIĘĆ
JEDENAŚCIE
DWANAŚCIE
TRZYNAŚCIE
CZTERNAŚCIE
PIĘTNAŚCIE
SZESNAŚCIE
SIEDEMNAŚCIE
OSIEMNAŚCIE
DZIEWIĘTNAŚCIE
DWADZIEŚCIA
DWADZIEŚCIA JEDEN
DWADZIEŚCIA DWA
DWADZIEŚCIA TRZY
DWADZIEŚCIA CZTERY
DWADZIEŚCIA PIĘĆ
DWADZIEŚCIA SZEŚĆ
DWADZIEŚCIA SIEDEM
DWADZIEŚCIA OSIEM
DWADZIEŚCIA DZIEWIĘĆ
TRZYDZIEŚCI
OD AUTORA
Zugzwang
RONAN BENNETT
PRZEŁOŻYŁA
Ewa Rudolf
Tytuł oryginału
Zugzwang
Copyright © 2007 by Ronan Bennett
The morał right of the author has been asserted
First published 2007 by Bloomsbury Publishing Pic
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009
© Copyright for the Polish translation by Ewa Rudolf
Wydanie pierwsze
Wydawca informuje, że niniejsza publikacja została zrealizowana dzięki pomocy finansowej udzielonej przez organizację Ireland Literaturę Exchange (Translation Fund — Fundusz Przekładów) z siedzibą w Dublinie (Irlandia) www.irelandliterature.com [email protected]
ISBN 978-83-08-04298-4
Dla Molly
Zugzwang (z niem. Zug — ruch i Zwang — przymus) — w szachach termin ten określa sytuację bez wyjścia, w której znalazł się gracz; zobligowany do wykonania ruchu, jakkolwiek by postąpił, jeszcze bardziej osłabi swoją pozycję.
PETERSBURG
MARZEC 1914 ROKU
JEDEN
DWA
TRZY
CZTERY
PIĘĆ
SZEŚĆ
SIEDEM
OSIEM
DZIEWIĘĆ
DZIESIĘĆ
JEDENAŚCIE
DWANAŚCIE
TRZYNAŚCIE
CZTERNAŚCIE
PIĘTNAŚCIE
SZESNAŚCIE
SIEDEMNAŚCIE
OSIEMNAŚCIE
DZIEWIĘTNAŚCIE
DWADZIEŚCIA
DWADZIEŚCIA JEDEN
DWADZIEŚCIA DWA
DWADZIEŚCIA TRZY
DWADZIEŚCIA CZTERY
DWADZIEŚCIA PIĘĆ
DWADZIEŚCIA SZEŚĆ
DWADZIEŚCIA SIEDEM
DWADZIEŚCIA OSIEM
DWADZIEŚCIA DZIEWIĘĆ
TRZYDZIEŚCI
OD AUTORA
Pewnego rześkiego marcowego poranka na nabrzeżu Mojki, w pobliżu mostu Policyjnego, dwaj mężczyźni zaczepili O. W. Gułkę, szanowanego wydawcę liberalnej gazety. Świadkowie zdarzenia zeznali później policji, że wyższy z napastników, najwyraźniej niezwykle poruszony, obrzucał Gułkę obelgami, a ten, czując zagrożenie, próbował uwolnić się od niepożądanego towarzystwa. Wtedy ów młody człowiek wyciągnął nóż, a jego towarzysz rewolwer. Huknął strzał.
Gułko nie upadł od razu, lecz, według relacji tych samych świadków, powoli osunął się na ziemię, jak ktoś, kto nagle poczuł się słabo i siada, by odzyskać siły — tyle że w tym przypadku na zamarznięty śnieg, na który opadł, z rany w jego brzuchu wielkimi kroplami skapywała krew.
Uzbrojony w rewolwer napastnik uciekł, być może uznawszy, że wykonał zadanie, a może — co bardziej prawdopodobne — po prostu stracił głowę. Jego wspólnik okazał się bardziej nieugięty, a już z pewnością mniej litościwy. W ciężkich roboczych buciorach, w długim skórzanym płaszczu i astrachańskiej czapce prezentował styl popularny wśród niektórych petersburskich studentów noszących się na modłę rewolucyjną. Przechodnie powoli zaczynali otrząsać się z pierwszego, paraliżującego szoku, ale nim zdążyli pospieszyć rannemu z pomocą, nożownik zadał mu kilka gwałtownych ciosów Potem uciekł; młody i zręczny, wymknął się tłumowi zgromadzonemu na Newskim; sprzyjał mu także lęk, który w podobnych okolicznościach ogarnia przeciętnego obywatela.
Charakterystyczny ubiór morderców Gułki wskazywał, jak się domyślano, na ich przynależność do którejś z bojówek Partii Socjalistów-Rewolucjonistów. Tylko dlaczego wydawca został zabity? Bojówki uciekały się do przemocy i z pewnością były nieprzewidywalne, ale trzeba by kierować się wysoce pokrętną logiką, bardziej nawet wypaczoną od ideologii fanatyzmu, by wziąć na cel i niczym Amale-kitę unicestwić Gułkę, którego trudno by uznać za sympatyka caratu. Podejrzenie padło więc na inną nieobliczalną i fanatyczną organizację, na czarną sotnię, ale choć Gułko był Żydem, to przecież podobnie jak ja nie obnosił się ze swoim pochodzeniem. Szeptano też, że zamordowali go niemieccy agenci lub pewien zazdrosny mąż. Tak naprawdę nikt nie miał najmniejszego pojęcia o tożsamości zabójcy czy motywach zbrodni, a że niepewność działa na plotkę równie drażniąco jak zapach jedzenia na pusty żołądek, w Petersburgu nie mówiło się o niczym innym — przynajmniej dopóki powszechnej uwagi nie przyciągnęło nowe wydarzenie.
A był nim sensacyjny turniej szachowy, wspaniałe zawody mające się odbyć w sali balowej okazałego domu P. A. Saburowa na Litiejnym Prospekcie. Wśród wybitnych mecenasów owych rozgrywek, których szczodrość zapewniła wysokie honoraria za udział i jeszcze wyższe nagrody, znajdował się sam car: powiększył fundusz nagród o tysiąc rubli. Mnóstwo osób zapłaciło za możliwość wstępu i oglądania swych bogów. Jako zapalony szachista amator chętnie przyjrzałbym się rozgrywkom, gdyby czas mi na to pozwolił. Miałem jednak jeszcze inny powód do zainteresowania się turniejem. Ostatnio zacząłem leczyć wielkiego Abrama Szyłowicza Rosenthala, smutnego, nieśmiałego mężczyznę. W wieku trzydziestu dwóch lat i u szczytu swych możliwości był wyraźnym faworytem. W roku 1909 pokonał Laskera, w 1911 Capablankę. Przez cały rok 1912 panował niepodzielnie: spektakularne zwycięstwa w San Sebastian, Pieszczanach, we Wrocławiu i Warszawie uczyniły z niego jedną z popularniejszych znakomitości epoki. Intro we r-tyczna osobowość jeszcze dodawała mu tajemniczości. Książęta, jak Europa długa i szeroka, gościli go w swych pałacach, dżentelmeni przyjmowali do klubów, modne panie chętnie zapraszały go do siebie na przyjęcia. W tamtym okresie w grze Rosenthala — wiem, że zabrzmi to niedorzecznie w uszach osób nie przepadających za szachami, jednak pozostanę przy swoim porównaniu — można było doszukać się elementów czystej, naturalnej prostoty Mo-zartowskiego koncertu na klarnet, klasycznego stylu budowli Quarenghiego lub płynnego \ot\i Zwergschwana1, gdy podczas letniej migracji na południe przemierza niebo nad jeziorem Ładoga.
A jednak, niestety, geniusz Rosenthala był naznaczony przez rozchwianie psychiczne. W czasie naszego pierwszego spotkania, które zorganizował wspólny przyjaciel, znany polski skrzypek R. M. Kopelson, Rosenthal przeprosił mnie za najście, określając siebi'e jako osobnika kompletnie nie do zniesienia dla innych. Nie potrafił spojrzeć mi w oczy i wręcz obsesyjnie drapał się po głowie szybkimi, nerwowymi ruchami, wpatrzony gdzieś w górę, w otaczającą go przestrzeń.
— Coś pan tam widzi? — zapytałem.
Ledwie na mnie spojrzał, jakby nie całkiem pewien, gdzie się znajduje, i znów powędrował wzrokiem, tym razem wokół pokoju.
Kopelson błagał mnie, bym pomógł Rosenthalowi w osiągnięciu psychicznej równowagi na tyle, by mógł wziąć udział w rozgrywkach. Wahałem się, gdyż mój nowy pacjent najwyraźniej był na krawędzi całkowitego załamania i miałem wątpliwości, czy da się cokolwiek zdziałać w tak krótkim czasie (nasze pierwsze spotkanie odbyło się 3 marca; turniej miał się rozpocząć 21 kwietnia). Poradziłem Rosenthalowi, by się wycofał, ale on nawet nie chciał wziąć pod uwagę podobnej możliwości. Po prostu zbyt wiele miał do stracenia. Szachy były całym jego życiem. Gdyby zwyciężył, lub choćby ukończył turniej na drugim miejscu po obecnym mistrzu świata, doktorze Laskerze, z pewnością zdobyłby prawo do udziału w grze o tytuł mistrzowski. Rezultat, biorąc pod uwagę aktualne możliwości obu graczy, był łatwy do przewidzenia: Lasker, szanowany, wielki czempion, miał już za sobą szczyt swych możliwości, natomiast Rosenthal swego jeszcze nie osiągnął. I to właśnie Rosenthal, urodzony w zapadłej polskiej wiosce Choroszcz — najmłodszy z dwanaściorga rodzeństwa — w ubogiej rodzinie, do dwudziestego roku życia posługujący się tylko jidysz i hebrajskim, zdawał się stworzony na trzeciego mistrza świata, którego podziwiano by od Berlina po Nowy Jork, Tokio i Buenos Aires. Rozgrywki w Petersburgu w 1914 roku miały być najważniejsze w jego życiu, jakże więc mogłem odmówić mu pomocy?
Dla psychoanalityka nic nigdy nie jest zwyczajne, rutynowe. Każdy pacjent ma osobistą historię — właśnie taką: osobistą, wyjątkową, a jego potrzeby są indywidualne i specyficzne. Niemniej gdy Rosenthal się do mnie zgłosił, pomyślałem, że mam do czynienia ze skrywaną w podświadomości traumą, zjawiskiem codziennym w mojej profesji. Rozpoczynając nasze sesje, nawet nie przypuszczałem, że te dwa wydarzenia, które tak zawładnęły rozgorączkowaną wyobraźnią mieszkańców Petersburga — zabójstwo Gułki i seria przedziwnych klęsk, do których dochodziło, dzień po dniu, w sali balowej domu Saburowa — miały bezpośredni związek z siedzącą przede mną postacią. Świat szachistów może i jawi się jako zgorzkniały oraz irytująco małostkowy, rzadko jednak bywa sceną intryg — poza rywalizacją w grze i nie kończącymi się sporami na temat warunków, w jakich powinny się odbywać światowe turnieje szachowe. Ale wraz z postępami, jakie czyniłem, analizując osobowość Rosen-thala, zrozumiałem, że w jego przypadku chodzi o coś więcej niż o zwykłe zwycięstwo w rozgrywkach, choćby nie wiadomo jak prestiżowych.
Co nie znaczy, że przybyli do Petersburga szachiści wyczuwali coś niepokojącego. Zawodowcy, nawykli do długich podróży koleją i parowcami, z kraju do kraju i z miasta do miasta, nieczęsto miewali okazję do przebywania poza trzema miejscami — hotelem, salą rozgrywek i restauracją. Jako że w Petersburgu miały one najwyższy standard, uczestnikom turnieju można wybaczyć przekonanie, że założyciel miasta niezbyt przesadzał, twierdząc, iż jest to ziemia obiecana. Petersburg jest bogaty i monumentalny Jest także pełen straszliwej nędzy A tam, gdzie bogactwo i ubóstwo wiodą wspólną egzystencję, nieuchronnie pojawiają się zawiść, gniew, okrucieństwo, szaleństwo i przemoc. Tak jak pobieżne tylko spojrzenie na szachownicę nie pozwoli dostrzec zbyt wiele z kryjącej się w sposobie rozstawienia figur walki na śmierć i życie, tak turysta, rozkoszujący się skarbami Ermitażu, cudami Ogrodu Letniego i egzotycznymi eksponatami na wystawie w hali targowej „Gostinyj Dwór”, nie zauważy owych bezlitosnych prądów płynących ulicami, po których sam błądzi, pełen podziwu dla miasta. Z jedenastu graczy, którzy wzięli udział w wielkim turnieju w 1914 roku, jedynie Rosenthal w pełni pojął, że okrucieństwo i gwałtowna śmierć, tak typowe dla każdej metropolii, w Petersburgu stanowiły kwintesencję burzliwych nastrojów miasta w przededniu rewolucji.
Rosenthal przybył tu tylko po to, by grać w szachy, ale — nie z własnej winy — został uwikłany w spisek, zdradę, a w końcu w morderstwo. Zgodnie z prawdą powinienem powiedzieć „morderstwa”, gdyż na zabójstwie Gułki się nie skończyło. Jak mogłem, starałem się pomóc młodemu szachiście, lecz moje wysiłki okazały się niewystarczające. Prostoduszny Rosenthal był podatny na machinacje pozbawionych skrupułów przyjaciół, a ten, który zaplanował zamordowanie Gułki, okazał się równie potężny jak chan i równie bezwzględny. Nie obchodził go los niewinnych, którzy przypadkiem znaleźli się na jego drodze, i miażdżył ich z taką samą zimną kalkulacją, z jaką mistrzowie szachów eliminują bierki przeciwnika.
Rosenthal nie zginął na ulicy jak Gułko; jego koniec nie był ani dramatyczny, ani gwałtowny, ale równie przejmujący. W Petersburgu historia dotknęła wielkiego Ab rama Szyłowicza; złamany klęską, popadł w całkowite zapomnienie. Jego dni miały dobiec kresu tak samo, jak się zaczynały, w nędzy i smutku, a wszystko z powodu niekorzystnego dlań układu garści wyciętych z drewna bukszpanowego i hebanu bierek rozstawionych na sześćdziesięciu czterech polach szachownicy.
1
Zwergschwan (niem.) — łabędź czarnodzioby (przyp. tłum.).
Gułko zginął rankiem 14 marca. Pięć dni później, wieczorem, sekretarka niespodziewanie weszła do mojego gabinetu, choć pożegnaliśmy się już wcześniej, gdy zakończyła pracę i wybierała się do domu. Czekałem jeszcze na wyznaczoną na godzinę siódmą wizytę jednego ze stałych pacjentów, uzupełniając notatki ze spotkania z Rosenthalem. Minna mruknęła przepraszająco; od razu zorientowałem się, że coś jest nie tak.
— Ktoś do pana, doktorze — oznajmiła. — Z policji.
Wypowiedziała to pogardliwym tonem; choć niezbyt zamożna, uważała się za kogoś lepszego od byle policjanta.
W sekretariacie zastałem drobnej budowy mężczyznę, około trzydziestopięcioletniego. Kapelusz trzymał przed sobą, a ciemne włosy w nieładzie opadały mu na oczy.
— Doktor Spethmann? — zapytał cienkim, lekko nosowym głosem.
— Tak — odrzekłem uprzejmie, lekko zaniepokojony.
— Inspektor Łyczew — przedstawił się. — Chciałbym zamienić z panem kilka słów na osobności.
Zaciekawił mnie. Praca psychoanalityka przypomina czynności podejmowane przez detektywa — obaj zajmują się wydobywaniem na światło dzienne ludzkich sekretów, z tą oczywistą różnicą, że pierwszy ma do czynienia z nieświadomymi zahamowaniami, a drugi z rozmyślnymi wykrętami i zatajaniem prawdy
— Oczywiście — powiedziałem i zwróciłem się do sekretarki. — Zobaczymy się rano, Minno.
Wyraźnie okazała niechęć do zostawienia mnie samego w towarzystwie policjanta. Wychodząc, okrążyła Łyczewa, starając się zachować między sobą a nim jak największą odległość w tym ciasnym pokoiku. Cicho zamknęła zewnętrzne drzwi; dla Minny hałas czy choćby najdrobniejsze zakłócenie spokoju były wręcz nie do pomyślenia.
— Proszę — zwróciłem się do Łyczewa, uprzejmym gestem wskazując drzwi do gabinetu.
Zająłem miejsce za biurkiem. Usiadł naprzeciwko mnie, w starym fotelu obok kanapy. Szybko i sprawnie zlustrował wzrokiem całe pomieszczenie. Zauważyłem, że dłużej zatrzymał spojrzenie na fotografiach Katieriny i Jeleny, zawieszonych w pozłacanych ramach na ścianie po mojej lewej stronie, potem zainteresował się tytułami książek i drobiazgami reprezentującymi sztukę Inków i Mohikanów. Wyraźnie każdy przedmiot służył mu do określania osobowości właściciela.
— W czym mogę panu pomóc, inspektorze? — zapytałem.
— Proszę najpierw opowiedzieć, jak poznał pan Aleksandra Jastriebowa.
Zirytowany jego bezceremonialnym zachowaniem, zwlekałem z odpowiedzią. Najwyraźniej uznał to za podejrzane.
— Czy moje pytanie jest dla pana kłopotliwe?
— Ależ skąd! Tylko obawiam się, że nie będę mógł pomóc. Nie znam żadnego... Jastriebow, powiedział pan?
— Jak wynika ze znalezionych przy nim dokumentów, Jastriebow był studentem Instytutu Technologicznego.
Ta informacja w niczym mi nie pomogła.
— Jest pan pewien, że go nie zna?
— Całkowicie.
— No to jak pan to wytłumaczy? — Łyczew wolno sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza.
Wyjął gładką, czystą kopertę i otworzył ją. Spodziewałem się fotografii Jastriebowa. On jednak podał mi wizytówkę. Tusz rozmazał się od wilgoci, ale słowa pozostały czytelne.
— Poznaje pan?
— Oczywiście. To moja wizytówka.
— Może pan wyjaśnić, w jaki sposób Jastriebow wszedł w jej posiadanie?
— Wręczam je pacjentom — odrzekłem — ale także kolegom i znajomym, ludziom, których poznaję przy okazji konferencji naukowych, na przyjęciach czy proszonych kolacjach. Bywa, że przekazują je innym. Zapewne nie znam połowy osób, do których trafiają moje wizytówki.
— Czy mógł ją pan osobiście dać Jastriebowowi?
— Jeżeli nawet, to nie znając jego nazwiska. Kto to jest? Twierdzi pan, inspektorze, że go znam?
Łyczew spojrzał na mnie uważnie; bynajmniej nie ukrywał, że próbuje ocenić, jak dalece jestem szczery.
— Jastriebow nie żyje — oznajmił wreszcie; i zaraz dodał, głosem całkowicie pozbawionym emocji, zupełnie jakby chodziło o pogodę panującą w zeszły wtorek: — Został zamordowany.
Czekałem na dalsze szczegóły, lecz policjant tylko wstał i rozejrzał się po pokoju.
— Ma pan wyjątkowo przyjemny gabinet — oświadczył.
Nie bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć. Czego ode mnie chciał? Podszedł do stolika szachowego ustawionego przy oknie i podniósł białego króla. Sprawdził jego wagę, najwyraźniej uznał ją za właściwą.
— Piękny komplet — pochwalił; rzucił okiem na napis wykonany krwistoczerwonymi literkami: „Jaques London”. — Produkcja angielska?
— Tak — potwierdziłem.
— Wzór Stauntona, niezły. Prostszy, subtelniejszy od naszych. — Odstawił króla na miejsce, następnie przyjrzał się dumnie wyprostowanym brodatym skoczkom. — Bardzo ładne — mruknął. — A więc pan gra?
— Gdy tylko mogę, co nieczęsto się zdarza. I niezbyt dobrze.
— Jak pan myśli, kto zwycięży w rozgrywkach?
Wziąwszy pod uwagę, z jaką sprawą do mnie przyszedł, uznałem nagły zwrot w rozmowie za nieco dziwaczny, jednak odpowiedziałem:
— Duże szanse ma Capablanca.
— Zaskoczył mnie pan —jego ton zasugerował, że nie do końca mi wierzy. — Przecież wyraźnym faworytem jest Rosenthal. Przez ostatnie dwa, trzy lata był nie do pobicia.
Wyczułem, że coś kryje się w jego pytaniu. Czyżby wiedział, że Rosenthal jest moim pacjentem? W Rosji policja orientowała się w wielu sprawach.
— Rosenthal także ma spore szanse — oświadczyłem.
Łyczew umieścił króla dokładnie na środku szachownicy.
— Co to za pozycja? — zastanawiał się na głos.
Spethmann-Kopelson
Sytuacja po ruchu Kopelsona: 34...Kh5, po jego ataku na białą wieżę. Zbicie figury na g5 nic białym nie da.
Co Spethmann powinien zrobić, by utrzymać szansę na wygraną? 1
Wyjaśniłem, że to partia korespondencyjna, którą rozgrywam z moim przyjacielem Kopelsonem. Gdy wspomniałem o Rubenie Moisiejewiczu, Łyczew aż zmrużył oczy. Czyżbym miał przed sobą policjanta umiejącego docenić dobrą muzykę? A może zawodowo zainteresowanego jednym z mych najstarszych przyjaciół?
Zdawał się głęboko zaabsorbowany rozstawieniem bierek na szachownicy.
— Czyj to ruch?
— Mój. Gram białymi.
— Jakie było ostatnie posunięcie czarnych?
— 34...Kh5.
— Wymiana na g5 nic panu nie da — zauważył, opuszczając kąciki ust. —Jak pan zagra?
Przez wszystkie te lata, gdy graliśmy ze sobą w szachy, nigdy nie udało mi się pokonać Kopelsona, ale tym razem otwarcie dało mi lekką przewagę. Mój dość zaskoczony przeciwnik zdecydował się oddać pionka w zamian za możliwość ataku. Dzięki właściwej obronie nie tylko zażegnałem burzę, lecz także utrzymałem dodatkowego pionka. Jednakże gdy doszliśmy do obecnej pozycji, skończyły mi się pomysły, straciłem też nadzieję na pierwsze zwycięstwo nad Kopelsonem; właściwie byłem już gotów wystąpić z propozycją remisu.
— Nie mam pojęcia — wyznałem.
Chociaż usprawiedliwiały mnie okoliczności, uznałem swoją ciekawość za przejaw złych manier; jednak nie powstrzymałem się od pytania:
— Jak zginął Jastriebow?
Łyczew zwrócił na mnie swe wyblakłe oczy.
— Zatłuczony pałką na śmierć. Zabójcy umieścili ciało w aucie, następnie zepchnęli pojazd do kanału w pobliżu restauracji „A 1’Ours”.
— Czytałem wzmiankę o tym wydarzeniu — przypomniałem sobie.
Podszedłem do leżącej w sekretariacie sterty starych gazet i szybko odnalazłem tę, której szukałem — jak się okazało, gazetę Gułki, „Russkije Wiedomosti”. Wiadomość pojawiła się w tym samym wydaniu co notatka o zabójstwie redaktora, jednak poświęcono jej o wiele mniej miejsca. Informowano o znalezieniu zwłok młodego mężczyzny, którego samochód wpadł do Mojki. Według dziennika nieszczęsny kierowca stracił panowanie nad pojazdem na oblodzonym nabrzeżu w pobliżu restauracji „A 1’Ours”, auto wpadło w poślizg i stoczyło się do wody.
— Nie ma wzmianki o morderstwie — zauważyłem.
— Zabójcy próbowali upozorować wypadek. Najwyraźniej udało im się oszukać prasę. — Wskazał na gazetę i zapytał: — Znał pan Gułkę?
— Nie.
— Nigdy go pan nie spotkał?
— Nie — zaprzeczyłem ponownie. — O co chodzi? Czy istnieje związek między tymi zbrodniami?
— Rozważamy taką możliwość — stwierdził jakby z rezygnacją.
— Dlaczego Jastriebow został zamordowany?
— Tak jak w przypadku Gułki wciąż nie jest to jasne — odrzekł w ten sam beznamiętny sposób. Z ulgą zauważyłem, że rusza w stronę drzwi. Powiedziałem:
— Przykro mi, że nie mogłem pomóc. Naprawdę nie wiem, skąd miał moją wizytówkę.
— Zobaczymy się jutro w cyrkule — oświadczył obojętnie. — Proszę przybyć o piątej.
— Wjakim celu? — zaprotestowałem. —Już panu powiedziałem: nie znam Jastriebowa.
— Być może odkryjemy, że wie pan więcej, niż się panu wydaje. Jako psychoanalityk, zapewne potrafi pan to zrozumieć.
— To niemożliwe. Jutro mam umówione wizyty.
— A może wołałby pan pójść ze mną teraz? — Nie odpowiedziałem. Łyczew spojrzał mi prosto w oczy. — A więc jutro o piątej.
Jeszcze nie całkiem doszedłem do siebie, gdy on już zainteresował się fotografiami na ścianie.
— Kim jest ta kobieta? — zapytał, stukając palcem w tę większą.
— Moja żona Jelena — wyjaśniłem.
— Czy nie powinien pan powiedzieć: „moja zmarła żona”?
— Rzeczywiście — odrzekłem, poruszony jego obceso-wością — moja zmarła żona Jelena.
— A to pewnie pańska córka Katierina? — zapytał, stukając palcem o drugą fotografię.
Na myśl, że ten odpychający, przebiegły człowiek wie o istnieniu Katieriny, niemal straciłem oddech.
— Tak — odrzekłem cicho, jakby w nadziei, że nie usłyszy mojej odpowiedzi.
— Proszę jutro przyprowadzić ze sobą córkę.
Chyba przez minutę lub dłużej nie mogłem wydobyć z siebie ani słowa, tylko, oszołomiony, wbijałem wzrok w intruza, a on ze stoickim spokojem wytrzymywał moje spojrzenie. Gdy nieco ochłonąłem, nawet nie zapytałem, po co chce widzieć Katierinę i co według niego mogła mieć wspólnego z Gułką czy Jastriebowem albo ze sprawą wypadku lub morderstwa.
Łyczew obejrzał się na szachownicę.
— Pan nie przegrywa — oświadczył. — Przynajmniej na razie.
Podążyłem za jego spojrzeniem. Gdy znów odwróciłem się, właśnie odgarniał z czoła za długą grzywkę. Dokładnie przyklepał włosy na głowie, włożył kapelusz.
— No to widzimy się jutro, doktorze Spethmann — oznajmił; po tych słowach opuścił gabinet.
1
Spethmann-Kopelson, Petersburg, 1913-1914. Dotychczasowe ruchy: l.e4 c5 2.Sc3 Sc6 3.g3 gó 4.Gg2 Gg7 5.d3 d6 6.Sge2 e5 7.h4 h5 8.Sd5 Sce7 9.Sec3 S:d5 10.S:d5 Ge6 ll.c4 G:d5 12.c:d5 Gh6 13.b4 G:cl 14.W:cl bó 15.Gh3 Sh6 16.Hd2 Kf8 17.0-0 Kg7 18.f4 e:f4 19.W:f4 We8 2O.Hb2+ We5 21.b:c5 b:c5 22.W:c5 g5 23.h:g5 H:g5 24.Wc2 Kh7 25.Wg2 Wg8 26.Hf2 He7 27.Wf6 Kg7 28.Wf4 Kh7 29.Gf5+ S:f5 3O.W:f5 W:f5 31.H:f5+ Kh632.Hf4+ Wg5 33.g4h:g4 34.W:g4 Kh5
Dla pacjentów jestem jak ojciec — troskliwy, czuły, spokojny, sprawiedliwy i surowy, nie strofuję ich i zawsze mam dla nich czas. Byliby zaskoczeni, gdyby odkryli, że człowiek, któremu przypisują niemal nadnaturalną mądrość i pogodę ducha, w rzeczywistości, tak jak oni, miewa przypływy niepokoju i pobudzenia czy jeszcze innych, gwałtowniejszych i bardziej destruktywnych emocji.
W tamtym czasie wśród moich najbardziej intrygujących pacjentów — zaliczam do nich Rosenthala — znalazła się Anna Pietrowna Ziatdinowa. Po raz pierwszy zostałem jej przedstawiony wiosną 1913 roku, na przedpołudniowym przyjęciu u niemieckiego ambasadora. Miała wtedy trzydzieści siedem lat i była jedną z najsłynniejszych piękności Petersburga.
Poszedłem tam namówiony przez Kopelsona.
— Musisz więcej bywać, Otto — powiedział tym swoim energicznym, rzeczowym tonem. —Wiem, że nadal nosisz żałobę, ale minął już rok. Nikt źle o tobie nie pomyśli, poza tym będzie tam kobieta, którą właśnie zamierzam uwieść, i chcę wiedzieć, co o niej myślisz.
— Powinienem zostać z Katieriną. Samej będzie jej smutno.
— Katierina ma wielu młodych przyjaciół. Wkładaj płaszcz!
Budynek ambasady przypominał olbrzymi monolit, zupełnie jakby wyciosano go z bryły fińskiego granitu. Wszystko w nim świadczyło o wielkości, władzy i dominacji: masywne architrawy, grube mury i umieszczone na dachu figury gigantów z brązu przytrzymujących uzdy dwóch olbrzymich rumaków o rozwianych, długich grzywach i rozdętych nozdrzach. Wyczuwalna w powietrzu atmosfera napięcia przypominała o nadciągającej wojnie.
— Jak możesz wytrzymać w takim miejscu? — szepnąłem do Kopelsona, gdy już podano nam kieliszki z alkoholem.
— Jedynie tutaj mam szansę na rozmowę z moją jedyną miłością — odrzekł, błądząc wzrokiem po sali. — Oto ona. Chodźmy. Jeżeli jej mąż zobaczy nas sam na sam, wszystko na nic. — Ujął mnie pod łokieć i pokierował w stronę damy. — Czyż nie jest najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałeś?
Anna Pietrowna była średniego wzrostu, miała jasną cerę, pełne wargi i duże błyszczące oczy koloru miodu. Jej czarne włosy lśniły, ale zarastając nisko czoło, czyniły urodę tej kobiety nietuzinkową. Nieco krzywy przedni ząb był jedynym nieregularnym szczegółem harmonijnych rysów twarzy. Ujęła mnie ta niedoskonałość linii włosów i zębów; zapowiadała inną, nieco buntowniczą cechę jej natury. Wyobraziłem sobie, że pod maską czcigodnej damy Anna Pietrowna coś ukrywa, jakiś wstydliwy sekret. A może po prostu, świadom własnych braków, odczuwałem ulgę, znajdując w innych choćby drobną skazę.
Wyraźnie ucieszyła się na widok Kopelsona, ale według mnie jego zainteresowanie bardziej ją bawiło, niż ujmowało. W uwodzenie kobiet wkładał tyle samo zapału, co w muzykę; jednakże jego gra była zdecydowanie subtelniejsza. Po chwili rozmowy Anna Pietrowna przeprosiła nas i odeszła.
— Co o niej sądzisz? — zapytał Kopelson. —Warta ryzyka, nieprawdaż?
— Masz na myśli męża?
— Na Boga, nie! —wykrzyknął i lekceważąco machnął dłonią. — Borys Ziatdinow to wprawdzie paskudny osobnik, ale jest tylko przeciętnym prawnikiem o cholerycznym usposobieniu. To na jej ojca trzeba uważać.
— Kto to taki?
— Sam „Góra” — odrzekł przyciszonym głosem.
Minę miał poważną, i nie bez powodu. Piotr Arsienie-wicz Zinnurow, jeden z najbogatszych przemysłowców Petersburga, był podejrzewany o sekretne finansowanie czarnej sotni. Bez skrupułów stawał w obronie ich gwałtownych ataków na Żydów i ich mienie. Nie byłby zadowolony, gdyby odkrył, że jego jedyna córka stała się obiektem pożądania żydowskiego skrzypka.
— Niestety — westchnął Kopelson — nie zanosi się na to, by Anna Pietrowna miała znaleźć się w moim łóżku, w każdym razie nie dzisiaj, a że ja, w przeciwieństwie do ciebie, samotną noc uważam za zmarnowaną...
Już lustrował wzrokiem pełne kształtyjakiejś czterdziestolatki. Poklepałem mego niepoprawnego przyjaciela po plecach i życzyłem mu szczęścia.
Właśnie przeciskałem się do wyjścia, gdy usłyszałem:
— Wychodzi pan tak wcześnie, doktorze Spethmann?
Anna. Przedstawiła mnie towarzyszącym jej miłym, uprzejmym ludziom. Okazali się zagorzałymi wielbicielami Błoka.
— Sprawia pan wrażenie niespokojnego, doktorze Spethmann — zauważyła w pewnej chwili Anna. Stała odwrócona plecami do przyjaciół, byliśmy więc odizolowani od ich rozważań na temat poezji lirycznej.
— Przepraszam — powiedziałem. — Powinienem już wracać do domu, do córki.
— Mam nadzieję, że jest zdrowa?
— O tak, dziękuję, ale to młoda dziewczyna, a niedawno straciła matkę.
— Jakże mi przykro — powiedziała Anna, dotykając mego ramienia. —Jakie to okropne dla was obojga. Ile lat ma pańska córka?
— W sierpniu skończy osiemnaście. Nie lubi, gdy jestem poza domem, i obiecałem, że wrócę najpóźniej o dziewiątej.
— A więc musi pan natychmiast iść do domu.
Kiedy się przysłuchiwałem jej rozmowom, uznałem ją za osobę inteligentną i mądrą, jednakże wyczuwałem w niej jakąś salonową afektację, jakby recytowała tekst, który wcześniej przygotowała. Teraz jednak, okazując troskę, wydawała się szczera.
— Miło mi było pana poznać, doktorze Spethmann — powiedziała, wyciągając do mnie dłoń. — Tyle o panu słyszałam.
— Od Kopelsona?
Anna uśmiechnęła się.
— Pański przyjaciel jest doprawdy niestrudzony Proszę mi powiedzieć, czyjego awanse przynoszą kiedykolwiek wyniki?
— Podobno nigdy nie są daremne.
W jej oczach błysnęło rozbawienie. Trzymałem ją za rękę. Zazwyczaj umiemy znaleźć sposób, by wyciągnąć z rozmówcy informację, na której najbardziej nam zależy, a ja musiałem upewnić się, że Anna nie zostanie kochanką Kopelsona.
Gdy tak stałem przed nią, nie byłem świadom swoich rozterek, w każdym razie nie do końca, i dopiero później przyznałem sam przed sobą, że wspomniałem o Ko-pelsonie tylko po to, by upewnić się, czy mają romans. Od śmierci Jeleny nie czułem nic, chyba że wyczerpanie można by w tej sytuacji uznać za uczucie. Tylko nie do końca sprecyzowane oczekiwania Katieriny pozwalały mi przetrwać: z jednej strony deklarowała, że mnie potrzebuje, z drugiej twierdziła, że ją ograniczam. Czasem rzucała mi się w ramiona i zapewniała, że mnie kocha; kiedy indziej znów, krzycząc, nazywała mnie najokrutniejszym z ojców od czasów Abrahama, a najgorszym z mężów od czasów Adama. Nie zamierzam dramatyzować, nigdy, nawet w najczarniejszych momentach nie postała w mej głowie myśl o szukaniu śmierci. Gdyby jednak nadeszła sama z siebie, gdybym to ja znalazł się na Policyjnym zamiast Gułki, nie jestem pewien, czybym się bronił lub próbował uciekać.
A teraz patrzyłem na tę kobietę i wiedziałem, że chciał-bym poznać ją bliżej. Nagle poczułem się zagubiony, a także zawstydzony i pożegnałem się.
Następnym razem ujrzałem Annę pięć lub sześć miesięcy później, w Teatrze Maryjskim, podczas przerwy w przedstawieniu Don Kichota z Waganową w roli głównej. Byłem tam z Katieriną, która zachowywała się swobodnie i nie unikała rozmowy. Najwyraźniej okazałem się najlepszym ojcem od czasów Abrahama.
— Witam, doktorze Spethmann — powiedziała, podchodząc do nas, Anna. Wyglądała na zmęczoną i wyraźnie straciła na wadze. —Jak miło znowu pana spotkać.
W duchu cieszyłem się, że Anna pozna Katierinę właśnie teraz, gdy uroda mojej córki zapierała dech w piersiach, a ona sama była w cudownym nastroju. Ale gdy tylko wymieniliśmy pierwsze uprzejmości, Katierina zamilkła i przez cały czas naszej krótkiej rozmowy wpijała mi palce w ramię, z siłą strażnika przytrzymującego więźnia. Zauważyłem, że jej zachowanie nie uszło uwadze Anny. Nie dała nic po sobie poznać, ale wiedziałem, że zrozumiała, co się dzieje. Wyraziła nadzieję na rychle spotkanie, uprzejmie przeprosiła i odeszła.
— Kim była ta okropna kobieta? — zapytała Katierina.
— Uważasz, że jest okropna? — zdziwiłem się.
— Oczywiście. Kto to?
— Anna Ziatdinowa. Jej mąż — celowo o nim wspomniałem — to prawnik Ziatdinow.
— Skąd ją znasz?
— Tak naprawdę wcale jej nie znam.
— Czyżby? Jak na nieznajomą, zachowywała się wyjątkowo poufale.
— Bynajmniej tak nie uważam — rzuciłem lekkim tonem.
— Dokładnie tak samo wykręcałeś się w rozmowie z mamą — syknęła z nagłą gwałtownością — udawałeś, że nie wiesz, o czym mówi.
— Wracamy na miejsca?
Ale Katierina nie dała się odwieść od tematu.
— Złamałeś mamie serce przez te flirty z innymi kobietami, i to w jej obecności. — Osoby stojące najbliżej nas nagle umilkły i zaczęły okazywać zainteresowanie czubkami swych butów. — Nie masz wstydu. Budzisz we mnie niesmak.
— Katierino, proszę...
Odwróciła się na pięcie i odeszła. Podążyłem za nią schodami pokrytymi czerwonym dywanem, przez westybul z kasami biletowymi, na opustoszały placyk, gdzie zastałem ją stojącą nieruchomo, plecami do teatru, wpatrzoną w mrok. Podszedłem do niej. Był początek września, topniejące płatki mokrego śniegu oprószyły jej jasne włosy. Okaż jej swą troskę, powiedziałem sobie. Opanuj się, nie rób wymówek. Gdy córka cierpi, ojciec powinien zdobyć się chociaż na tyle.
Odwróciła się do mnie:
— Obiecaj, że nigdy więcej nie spotkasz się z tą kobietą.
Nawet się nie zawahałem:
— Obiecuję.
— Przysięgnij! Na swoje życie.
— Przysięgam, że nigdy więcej się z nią nie zobaczę. Wróciliśmy po płaszcze i pojechaliśmy do domu.
Następnego ranka wystrojony w liberię posłaniec przyniósł liścik od Anny Pietrowny Ziatdinowej z zapytaniem, czy przyjmę ją jako pacjentkę.
Dziesięć minut po odejściu inspektora Łyczewa do gabinetu weszła Anna. Usiadła na kanapie. Ja zaś, jak zwykle, zająłem miejsce u wezgłowia.
Na pierwszy rzut oka wydawała się osobą zadowoloną z siebie, swobodną zarówno w życiu prywatnym, jak i towarzyskim. Podczas naszych pierwszych spotkań wyjawiła mi, że tuż przed ukończeniem dwudziestu lat cierpiała na okresowe i częściowe drętwienie prawej dłoni. Dolegliwość ta czasem utrzymywała się przez godzinę, czasem nawet przez tydzień. Wzywane przez jej ojca medyczne sławy, pobierający słone honoraria lekarze wyższych sfer nie zdołali znaleźć fizycznej przyczyny dolegliwości, zauważyli wszakże, że dzień czy dwa po jej wystąpieniu Annę nawiedzały nocą tak straszliwe koszmary, iż bała się zasnąć. Za podłoże choroby doktorzy uznali histeryczne skłonności pacjentki, ale że w tamtych czasach jeszcze nie umiano interpretować podobnych symptomów, nie znaleziono stosownej kuracji.
Sama Anna nie miała pojęcia, jakie wydarzenie mogło sprowokować tę drętwotę i koszmary, ani nie potrafiła znaleźć przyczyny nagłego ustąpienia dolegliwości w jakiś czas po ukończeniu przez nią dwudziestu lat. Przez ponad dziesięć następnych objawy nie wracały, a gdy zdrowie jej się poprawiło, całkiem o nich zapomniała. Jednak zarówno
koszmary, jak i drętwienie prawej dłoni ostatnio powróciły. Była wręcz chora z niepokoju i zmęczenia.
Mimo że pacjent niejednokrotnie wzbrania się przed ujawnieniem treści snów, wiadomo, że właśnie one mogą dostarczyć najważniejszej wskazówki do zdiagnozowania choroby. Omawialiśmy z Anną jej koszmary, które zawierały zarówno realistyczne, jak i symboliczne elementy. Twierdziła, iż nie pamięta wiele, poza tym, że zazwyczaj ukazuje się w nich duży, przestronny dom, piękny, ale w ruinie. Braliśmy pod uwagę możliwość, że dom symbolizuje jej ciało, a jego opłakany stan niepokój, który przychodzi z wiekiem o fizyczną kondycję, urodę i zdrowie. Nie odrzuciła mojej interpretacji, widziałem jednak, że nie była przekonana. Przypomniała sobie jeszcze, jak bardzo dręczyło ją pragnienie i jak błądziła po domu, szukając wody. Mijała kolejne pomieszczenia coraz pewniejsza, że ktoś się w nich ukrywa. Do każdych drzwi zbliżała się z narastającym uczuciem lęku, niemal drżała ze strachu przed niewiadomym, które czyhało na nią po drugiej stronie. W snach nie zawsze otwierała drzwi, ale gdy to uczyniła, zamiast spodziewanego upiora czekał na nią stół zastawiony jedzeniem — wędzoną rybą, chlebem i owocami, nie brakowało także wódki. I natychmiast budziła się z krzykiem.
Anna tak bardzo bała się faktów, z którymi chciałem ją skonfrontować — gorąco także wzbraniała się przed hipnozą i wolnymi skojarzeniami — że czyniliśmy mniej postępów, niż sobie obiecywałem. Po konsultacjach z kolegami po fachu postanowiłem zostawić sny i wrócić do jej życiorysu. Psychoanaliza przypomina wypłukiwanie złota, a w czasie poprzednich sesji wydawało mi się, że odkryłem całą jego grudkę. Chodziło o mgliste wspomnienia Anny z podróży, którą w dzieciństwie odbyła do Kazania, do mieszkającej tam babci. Ledwie napomknęła o tym wydarzeniu, a moje próby wydobycia z niej jakichś szczegółów najwyraźniej ją zaniepokoiły. Zacząłem podejrzewać, że właśnie wtedy mogło zajść coś ważnego.
Wzburzony wizytą Łyczewa, nie byłem pewien, czy zdołam na tyle odzyskać równowagę, byśmy mogli odbyć sesję. Ale widząc Annę w stanie wielkiego wyczerpania, uznałem za niedopuszczalne przełożenie wizyty.
Drgnęła, gdy poruszyłem kwestię owej podróży.
— Czemu chce pan drążyć tę sprawę? To nic takiego, zwykła podróż.
— Podstawową zasadą psychoanalizy jest nieignorowa-nie żadnego, choćby pozornie błahego, szczegółu.
— Ta podróż odbyła się całe lata przedtem, nim w moich snach pojawiły się koszmary.
— Proszę mi opowiedzieć, co pani pamięta.
— Naprawdę nie jestem pewna, czy aż tyle pamiętam.
— Ile miała pani lat?
— Trzynaście i dwa miesiące.
— A więc pamięta pani dokładnie. Czy wydarzyło się coś godnego uwagi?
Zawahała się na moment.
— Po raz pierwszy dostałam menstruacji.
— Jak pani zareagowała?
— Byłam zaciekawiona.
— Czym?
— Stawaniem się kobietą.
— Czy podróżowała pani do Kazania sama?
— Nie, z ojcem.
— Gdzie była wtedy pani matka?
— Nie pojechała z nami. Nie wiem dlaczego. Wybraliśmy się tylko we dwoje.
— Jak się pani czuła sama w jego towarzystwie?
Pomyślała przez chwilę.
— W domu ojciec był zawsze zajęty — zaczęła wolno.
— Czasami nie widywałam go całymi dniami. A wtedy miałam go wyłącznie dla siebie i byłam tym podekscytowana. Pamiętam dworzec Mikołajewski, na którym wsiadaliśmy do pociągu — ludzie patrzyli na nas z zachwytem. Zupełnie jakbyśmy byli... — urwała, potem pospiesznie dodała:
— Ojciec, wtedy w kwiecie wieku, był wybitnie przystojnym mężczyzną.
— Zupełnie jakbyście byli?... — naciskałem. — Proszę dokończyć zdanie.
— To głupota — zaprotestowała. — Nie wiem, czemu to powiedziałam.
— Jeszcze pani niczego nie powiedziała.
— Jakbyśmy byli mężem i żoną, a nie ojcem i córką
— roześmiała się z zażenowaniem, wyraźnie zawstydzona niedorzecznością swoich słów. — Oczywiście, oni wcale tak nie myśleli. Ja miałam wtedy trzynaście lat, a on chyba... czterdzieści cztery. Ale już sam fakt, że w ogóle mogłam wyobrazić sobie coś podobnego, wielce mi schlebiał. Do tego właśnie zaczęłam miesiączkować — w sumie poczułam się bardzo dorosła.
— Co jeszcze pamięta pani z tamtej podróży?
— Nic poza tym, że była długa — najpierw pojechaliśmy do Moskwy, potem dalej, do Kazania.
Nie zamierzałem zaakceptować jej rzekomych luk w pamięci. Gdy coraz natarczywiej wypytywałem o szczegóły, okazało się, że mogła przypomnieć sobie pewne detale dotyczące pasażerów: przepiękną kobietę w błękitnym okryciu, która uśmiechnęła się do niej, a także starszawego oficera kawalerii, który usiłował wywyższać się nad jej ojca — ale nie powiedziała niczego, co mogłoby mi pomóc. Jednak wyczułem jakąś niechęć z jej strony, gdy przyszło jej opisywać moment dotarcia do celu podróży.
— Proszę mi opowiedzieć o Kazaniu i domu babki.
Spojrzała na mnie nieufnie, jakby podejrzewała pułapkę.
— To nie był dom z moich koszmarów, jeżeli o to panu chodzi.
— Skąd to przekonanie?
— Budynek w moich snach jest olbrzymi, pełen zakamarków. Dom mojej babki nie miał w sobie nic przerażającego. Był skromny i przytulny. Pamiętam mały warzywnik na tyłach i niezbyt obszerną kuchnię, z piecem olejowym i niewielkim stołem.
— Gdzie pani spała?
— W sypialni na górze.
— Sama?
— Nie. Miałam dzielić pokoik z ojcem.
— Powiedziała pani: miałam dzielić. Czy rzeczywiście tak się stało?
Popatrzyła na mnie zaskoczona.
— Zapewne. Nie sądzę, by znalazło się dla niego miejsce gdzie indziej.
Zanotowałem tę informację i pytałem dalej:
— Jak z dworca dostaliście się do tego domu?
— Chyba powozem, ale naprawdę nie pamiętam.
— Co pani robiła po przybyciu na miejsce?
Zmarszczyła czoło i zamilkła na długą chwilę.
— Spędziliśmy tam tydzień, ale absolutnie nic nie pamiętam.
— Proszę sobie przypomnieć. Cokolwiek. Jakie potrawy gotowała babka?
— Jak teraz o tym myślę, to chyba nie zostaliśmy tam przez tydzień — powiedziała wolno. — Tak planowaliśmy. Pamiętam, że mama pocałowała mnie na dworcu i powiedziała, że nie wie, jak przeżyje tydzień beze mnie — pod koniec mówiła już całkiem cichym głosem. — Tak, jestem pewna... mieliśmy... zostać tydzień, ale...
— Proszę opowiadać dalej.
— Naprawdę niczego nie pamiętam — stwierdziła, z nutką rozpaczy. Gdy próbowałem nią pokierować, przerwała: — Już dość, proszę. To naprawdę strata czasu. Nic się nie wydarzyło.
Gwałtowność jej reakcji tylko pogłębiła moje przekonanie, że jestem blisko znalezienia złotego kruszcu, a jednak równocześnie wahałem się z przeniesieniem tej prostej opowieści w krainę podświadomości Anny. Nie chciałem ryzykować wywołania kryzysu, byłem wszakże jej lekarzem i miałem obowiązek dotarcia do podłoża choroby, a to mogłem osiągnąć jedynie poprzez przełamanie zaciętego oporu pacjentki.
— Czy ktoś jeszcze przebywał w tym domu?
— Proszę! — zawołała.
Uniosła dłonie do twarzy, kciukami przycisnęła kości policzkowe i, niczym zasłonę, rozpostarła palce nad oczami. Przez kilka minut milczała.
— Nie chcę więcej o tym rozmawiać.
Żadne perswazje z mojej strony nie zdołały zmienić jej nastawienia.
Pod koniec sesji zrobiłem jej herbatę. Zapytała o Ka-tierinę.
— Miewa się dobrze, dziękuję. W każdym razie tak mi się zdaje. Odkąd zaczęła studia na uniwersytecie, rzadko ją widuję.
— To niezwykła dziewczyna. Szkoda tylko, że tak mnie nie lubi.
— Bynajmniej tak nie jest.
Anna uśmiechnęła się, w jej oczach malowało się całkowite zrozumienie. Po chwili zapytała:
— Czy kiedykolwiek brał pan pod uwagę powtórne małżeństwo?
— Nie — odpowiedziałem natychmiast, zaskoczony pytaniem.
— Ze względu na Katierinę?
— Nie tylko — oświadczyłem.
— A dlaczego?
— Nieczęsto bywam w towarzystwie — wyznałem — i nie mam wiele okazji, by kogoś poznać... — Uśmiechnąłem się bezradnie i wzruszyłem ramionami.
— Pańskie słowa zabrzmiały jak wymówka.
— Być może — przyznałem.
— A więc lęka się pan?
— Niby czego miałbym się obawiać?
— Poznania kogoś, kto stałby się dla pana bliski. Ponownego zakochania się.
Nie wiem dlaczego, zdenerwowała mnie tym pytaniem. Wstałem i podszedłem do okna.
— Otto, strasznie pana przepraszam — usłyszałem jej głos. —Jak mogłam powiedzieć coś tak głupiego.
Patrzyłem na ulicę, ciemną i niemal wyludnioną. Anna podeszła, dotknęła mego łokcia.
— Wybaczy mi pan? — zapytała cicho.
Odwróciłem się do niej twarzą. Była tak blisko, że niemal dotykaliśmy się. W milczeniu wpatrywaliśmy się w siebie przez kilka chwil. Gdybym był Kopelsonem, pocałowałbym ją. Ja jednak odsunąłem się na bezpieczną odległość, w pobliże stolika szachowego. Oboje przez chwilę w wyobraźni przeżywaliśmy pocałunek, do którego przecież nie doszło.
— Wydaje się pan czymś bardzo pochłonięty — powiedziała po chwili.
— Przepraszam.
— Nie może mi pan wyjawić, o co chodzi?
Nie powinienem był jej niczego opowiadać: zachowałem się nieprofesjonalnie i niemal z pewnością nieetycznie. Słuchała, z początku zaskoczona, potem oburzona.
— Jakim prawem ten Łyczew zażądał od pana stawienia się w cyrkule? Nie zrobił pan nic złego.To oburzające.
— Nie boję się tam iść — oznajmiłem. —Ale niepokoję się o Katierinę.
— Musi pan się postarać, by ktoś zaprotestował w pańskim imieniu. Ktoś wpływowy. Ktoś, kto pokaże Łycze-wowi, gdzie jego miejsce. I należy to uczynić, zanim pan tam pójdzie. Jak już machina policyjna zostanie wprawiona w ruch, nie da się jej zatrzymać.
— Nie znam nikogo, kto miałby takie wpływy — wyznałem.
Na chwilę umilkła, jakby nad czymś się zastanawiała. Zapytała, czy może skorzystać z telefonu w sekretariacie.
Po minucie czy dwóch wróciła.
— Właśnie rozmawiałam z ojcem — oznajmiła.
Z „Górą”. Serce mi zamarło.
— Wyjaśniłam sytuację. Proponuje spotkanie jeszcze dzisiaj wieczorem, by wszystko omówić.
— Nie powinienem był pani o tym opowiadać.
— Niech pan będzie rozsądny, Otto. Chociaż tyle mogę dla pana zrobić. Proszę spotkać się z moim ojcem. Jeżeli ktoś może tu pomóc, to tylko on.
Z tego, co wyznała mi podczas poprzednich spotkań, wiedziałem, że Zinnurow i jego córka zerwali ze sobą wszelkie kontakty, nigdy jednak nie podała przyczyny.
— Oczekuje pana dziś o północy w Carskim Jachtklubie.
Wdzięczny i zażenowany, pomogłem jej założyć okrycie. Pozwoliłem dłoniom na chwilę lekko zatrzymać się na jej ramionach. Zamarła, całkowicie nieruchoma. Nieświadomie poruszyłem prawym kciukiem, czubkiem palca dotknąłem pasma gęstych czarnych włosów, opadających na białą szyję. Odwróciła się nieznacznie; nie wiedziałem, czy aby mnie zachęcić, czy raczej odstraszyć.
Zdjąłem dłonie z jej ramion.
Odprowadziłem ją do windy. Weszła do środka, a chłopiec w liberii zaciągnął kratę.
Zdążyła jeszcze powiedzieć:
— Proszę do mnie zatelefonować po spotkaniu z ojcem.
Przez chwilę wsłuchiwałem się w jękliwe dźwięki i stukoty towarzyszące zjeżdżającej kabinie, potem odwróciłem się i wróciłem do gabinetu. Właśnie dotarłem do drzwi, gdy usłyszałem kogoś na schodach. Powolne ciężkie kroki, rozbrzmiewające głośnym echem.
— Kto tam? — zawołałem.
W odpowiedzi usłyszałem tylko szuranie stóp. Na szczycie schodów ukazały się dwie postacie. Wysoki, młody mężczyzna wykrzywiał twarz w nieprzyjemnym uśmiechu. Jego ponury towarzysz trzymał w dłoni pistolet.
— Witaj, Żydzie — powiedział.
Dwa tygodnie przed zabójstwem Gułki Kopelson zaprosił mnie na prywatny recital, którym zaszczycił dom magnata okrętowego, S. I. Retzkiego. Potem zjedliśmy kolację w „A 1’Ours”. Zazwyczaj po koncercie Kopelson bywał wylewny i podekscytowany, usta mu się nie zamykały — na temat własnej osoby — ale tamtej nocy błądził gdzieś myślami, wyraźnie czymś poruszony.
— Albo jesteś niezadowolony ze swej gry, albo masz kłopoty z jakąś kobietą — zauważyłem, próbując go ożywić.
— Czy to prawda, że leczysz Annę Pietrownę?
— Tak — przyznałem, mając się nieco na baczności.
— Sypiasz z nią?
— Nie — odrzektem, udając bardziej oburzonego, niż w istocie byłem.
— Zakochałeś się w niej?
— Czy to dlatego jesteś dzisiaj taki posępny? Bo nie udało ci się jej uwieść?
— Kto mówi, że mi się nie udało?
Wykrzywił się w uśmiechu, choć najwyraźniej kosztowało go to wiele wysiłku.
— No dobrze — przyznał — nie udało mi się. Tym razem.
— Czemu nie pozwolisz mi się leczyć? — zapytałem.
— Leczyć, mnie? — w jego głosie zabrzmiał gniew. Czasami miałem wrażenie, że Kopelson mną pogardza.
— A to z jakiego powodu?
— Przejawiasz alarmujące symptomy priapizmu.
Oburzenie malujące się na jego twarzy w jednej chwili znikło bez śladu.
— A mnie wielce niepokoi twój brak zainteresowania tymi sprawami — oświadczył z uśmiechem.
Dokończyliśmy posiłek i wino. Zamówił szampana i brandy.
— Mam dla ciebie nowego pacjenta, Abrama Rosenthala
— oznajmił. — Mówię poważnie, on całkiem zwariował.
— Nie wiedziałem, że znasz Rosenthala.
