Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
25 osób interesuje się tą książką
Kiedy David otrzymuje e-mail od nieznajomej kobiety, która twierdzi, że zna sekrety z jego dzieciństwa, nie wie, jak zareagować. Najchętniej zignorowałby wiadomość i skupił się na uporządkowaniu uczuć wobec pięknej i znanej prawniczki Florence. Problem w tym, że David nie pamięta swoich pierwszych dwunastu lat życia. Ciekawość okazuje się silniejsza i mężczyzna w końcu odpowiada na wiadomość.
Niedługo potem nieznajoma kobieta znika bez śladu, a David zostaje głównym podejrzanym. Ktoś zaczyna śledzić jego i wszystkich, na których mu zależy. Z pomocą Florence musi odkryć, kto stoi za tymi wydarzeniami i jakie znaczenie mają jego utracone wspomnienia.
W cieniu kryje się tajemnica sprzed lat, a ci, którzy zrobią wszystko, by prawda nigdy nie wyszła na jaw, mają naprawdę wiele do stracenia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 539
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 13 godz. 19 min
Lektor: Wojciech Masiak
Chowam się za zasłoną, żeby mnie nie zobaczyli. Jest mi źle, bo wiem, że to ja popełniłem błąd. Ale nie zrobiłem tego naumyślnie. Kiedy idą przez podjazd do swoich samochodów, pod ich butami chrzęści żwir. Gdyby w końcu sobie pojechali, przestałby mnie boleć brzuch.
Kiedy zrobię swoje, zwykle dostaję lody. Ale dziś mama wpadła w złość. Powiedziała, że wszystko psuję, kiedy robię nie to, co trzeba. Bo kiedy jej znajomi patrzą, zawsze mam robić to samo. Nie wiem dlaczego, przecież umiem robić kilka różnych rzeczy naraz. To o wiele fajniejsze. Ale mama uważa inaczej. No i nie dostałem lodów.
Nie pozwolono mi nawet zostać na parterze tak długo jak zwykle. Ale akurat to nie było takie złe. Ci, którzy do nas przychodzą, śmieją się i patrzą na mamę tak, jak nie lubię. Nie chcę z nimi siedzieć, kiedy nie muszę. Nie lubię ich. Siedzę więc teraz w swoim pokoju i wyglądam przez okno.
Znajomi mamy podają sobie ręce na podjeździe.
Potem samochody wreszcie odjeżdżają.
W sumie mój pokój jest w porządku. Ale siedzę w nim prawie przez cały czas. Chciałbym czasem pójść w jakieś inne miejsce. Nie tylko na trawnik, żeby się pobawić. Działka i las wokół domu są ogromne i lubię tam być, ale wiem, że za nimi też coś jest. Drzewa otaczające dom nie sięgają do końca świata. Ani jezioro z tyłu. A żwirowa droga, którą odjeżdżają samochody, musi dokądś prowadzić. Chciałbym wiedzieć, co to za miejsce.
Odprowadzam wzrokiem czerwone światła ostatniego auta, aż znikają z pola widzenia. Ból w żołądku wreszcie ustaje. Przeglądam komiks. Rwę na strzępy kartkę. Potem gram chwilę na niebieskiej gitarze, którą dostałem w prezencie, ale brzmi dziwnie, więc ją odkładam.
Mama puka do pokoju. Czekałem, aż to zrobi.
– Musimy porozmawiać – rzuca przez zamknięte drzwi.
Ledwie słyszę jej głos, drzwi na piętrze są stare i grube. Nie zależy jej nawet na tym, żeby wejść.
– Muszę co chwila wymyślać coś nowego, żeby nie stracili zainteresowania – mówi dalej. – Utrudniasz mi to, kiedy jesteś taki jak dziś. Następnym razem postaraj się być bardziej… skupiony. Bo jeśli nie poradzisz sobie nawet z tym, jaki będę miała z ciebie pożytek?
Jakaś część mnie chce jej odpowiedzieć. To moja mama, nie powinna tak do mnie mówić. Ale wolę nie wiedzieć, co by się stało, gdybym przestał być jej potrzebny.
– Skupiony – szepczę do siebie. Ważę to słowo na języku. – Muszę być bardziej skupiony.
David uspokaja oddech przez minutę. Potem mruga kilka razy w ciemności, obraca głowę i spogląda w stronę zegara, lecz osoba leżąca obok niego w łóżku zasłania wyświetlacz. David unosi się na łokciu, by sprawdzić godzinę. Czerwone cyfry pokazują 02:45. Wciąż jest noc.
David ponownie opada na poduszkę i stwierdza, że jest cała mokra od potu. Ciekawi go, czy tym razem wydał jakiś dźwięk. Czy krzyczał przez sen? Ale postać zajmująca drugą połowę łóżka tylko głęboko wzdycha i zrzuca z siebie kołdrę. Nie obudziła się. David wpatruje się w ciemność, w sufit nad swoją głową. Wie, że może zapomnieć o ponownym zaśnięciu. Nie połknął tabletek, nim położył się spać. On i postać obok byli zajęci czymś innym. Teraz pożałował, że ich nie wziął. Adrenalina krąży w jego żyłach, aktywując mięśnie, jakby za chwilę miał uciekać. Albo z kimś się bić.
Bada wzrokiem kontury ciała Florence, wpadający do sypialni promień księżycowego światła sprawia, że jej sylwetka zdaje się świecić własnym blaskiem. Jakby była ze srebra. Jej rozrzucone na poduszce włosy przywodzą na myśl wachlarz i obramowują jej pięknie wyrzeźbioną twarz. Na ten widok David czuje kłucie w piersi. Dobrze, że Florence go nie widzi, bo pewnie wygląda jak dureń.
Poznali się przez aplikację kilka tygodni temu. Żadne z nich nie szukało stałego związku, Florence jest świeżo po rozwodzie, a on dawno dał sobie spokój z próbami utrzymania trwałej relacji. Spotykają się więc na równych, jasnych warunkach. Nie składają sobie obietnic wybiegających poza tych kilka godzin, które spędzają we dwoje. Z inicjatywy Florence zawsze widują się u Davida, w szeregówce w Vallentunie. Zapewne jego lokum jest bardziej bezosobowe niż mieszkanie Florence. Florence może też wyjść, kiedy tylko ma ochotę. David nie może więc się nadziwić, że wciąż tutaj jest, mimo tak późnej godziny. Znów na ią patrzy, a jego serce wykonuje w piersi dziwaczną woltę.
– Masz trzydzieści pięć lat – szepcze do siebie. – Przestań się zachowywać jak nastolatek. Dobrze wiesz, że to się nie uda.
Wymyka się z łóżka i rusza do kuchni. Po drodze mija salon. Zerka na zaczęte puzzle na ławie przed kanapą i czuje chęć, by do nich podejść. Powstrzymuje się jednak i idzie dalej. W kuchni nalewa sobie szklankę wody i opróżnia ją kilkoma dużymi łykami. Okno kuchenne wychodzi na park z placem zabaw, wokół którego stoją wszystkie okoliczne budynki mieszkalne. Zjeżdżalnia i ścianka wspinaczkowa odcinają się wyraźnie w blasku księżyca. Sprawiają ponure wrażenie. Żyjąc w tym miejscu, powinno się mieć dzieci. Powinno się siedzieć na malutkim tarasie na tyłach domu i patrzeć, jak pociechy bawią się w parku. Nie stać nago w kuchni w środku nocy i strząsać z siebie koszmarne sny. Jednak David nie ma dzieci. Nie dorobił się potomstwa, które mogłoby w piaskownicy rzucać zabawkami w rówieśników. Przeraża go już sama myśl, że miałby wziąć odpowiedzialność za czyjeś życie. Ze swojego dzieciństwa nie pamięta właściwie nic. Jak więc miałby zapewnić je komuś innemu?
Wie, że wielu ludzi dziwi fakt, iż nie zachował wspomnień z czasów, kiedy był mały. Jednak David nie ma z tym problemu. Mało kto pamięta cokolwiek z pierwszych pięciu lat życia. Co z tego, że u niego ów okres wydłużył się o kolejne siedem czy dziesięć lat? To żadna różnica. Nie musi przeżyć dzieciństwa, by być szczęśliwy jako dorosły człowiek.
Zresztą, chrzanić to. Teraz już całkiem się rozbudził. Z przyzwyczajenia otwiera leżącego na blacie laptopa i przez chwilę, zza przymrużonych powiek, wpatruje się w świecący jaskrawo ekran, nim udaje mu się go przyciemnić. Sprawdza maile, choć jest przekonany, że w nocy nie przyszło nic pilnego.
Większość wiadomości w skrzynce odbiorczej ma znaczek spamu. Przez to prawie przeoczył jeden bez oznakowania. Nadawczynią jest niejaka Paulina Mentzer. David nigdy wcześniej ie słyszał tego imienia i nazwiska. W tytule wiadomości widnieje jedno słowo: „Kontakt”. Wysłano ją o 02.14, pół godziny temu. W środku nocy. Zapewne to też zwykły spam, który prześlizgnął się przez filtr, może reklama witryny randkowej pełnej Rosjanek. Mimo to David nie lubi trwać w niepewności, więc otwiera wiadomość. Czyta pierwszą linijkę, biorąc kolejny łyk wody.
Cześć, Davidzie,
ie znasz mnie, ale mój tato i twoja mama znają się ze Smålandii.
David marszczy czoło i odstawia szklankę. Jego matka… To ostatnia osoba, o jakiej ma ochotę myśleć. Wystarczy, że jutro będzie musiał porozmawiać z nią przez telefon. Mruga energicznie, by odegnać sen, który wreszcie postanowił nadejść, i po chwili czyta dalej.
Chcę się z Tobą skontaktować, żeby porozmawiać o tym, co spotkało Cię w dzieciństwie. Rozumiem, że to drażliwy temat, ale chodzi o naszych rodziców…
David tłumi ziewnięcie. Drażliwy temat. Może dla niej. Na pewno nie dla niego. Ta Paulina może sobie gadać o ich rodzicach, ile chce. Nic go to nie obchodzi. I wie, że bynajmniej nie postępuje nierozsądnie, jego matka też nie zamierza o tym mówić. David zamyka okno wiadomości, zatrzaskuje laptopa i wraca do sypialni, do Florence. Staje w progu i jeszcze raz patrzy na jej nagie ciało w jego łóżku. Wyciągnęła się z taką beztroską i oczywistością, jakby przynależała do tego miejsca. David kręci głową na tę myśl. Wie, że nie powinien sobie wbijać do głowy takich rzeczy. Za kilka godzin Florence się obudzi, włoży ubranie, pójdzie sobie i nie poświęci mu ani jednej myśli do następnego spotkania. I to dla niego jest okej.
Siada na krawędzi łóżka i wysuwa szufladę szafki nocnej. Książka leży na swoim miejscu, jak zawsze. Ma ją od małego. To jedna z nielicznych rzeczy, jakie zabrał z domu rodzinnego. Zawsze miał ją blisko siebie. Teraz gładzi dłonią okładkę i próbuje sobie wyobrazić siedmioletniego Davida przerzucającego strony, marzącego o jakiejś przygodzie. Ale, jak zwykle, pamięć go zawodzi. Książka nie przywołuje żadnych wspomnień, nie przenosi go w daleką przeszłość. W głowie świta mu jedynie blada myśl, że kiedyś, dawno temu, ta książka była dla niego bardzo ważna.
David zasuwa szufladę i kładzie się na łóżku. Ostrożnie, by nie obudzić Florence. Najwyraźniej potrzebny jej sen. Florence przysuwa się odruchowo bliżej niego, a on kładzie dłoń na jej połyskującym srebrem biodrze. Czuje, jak dotyk ciepłej, gładkiej skóry łagodzi w nim stres. Wtula się w nią na łyżeczkę i obejmuje ją ramieniem. Wzdycha z zachwytem. Gdy nastanie dzień, oboje będą udawali, że to się nie zdarzyło. Ale w nocy jest inaczej.
Florence przekracza próg drzwi mieszkania na Östermalm w tej samej chwili, w której rozdzwania się telefon. To na pewno Léontine, jej najstarsza siostra. Tylko ona dzwoni tak wczesnym rankiem.
Florence i Léontine. Wszystko przez rodziców. Od zawsze byli skrajnymi frankofilami, nie tylko wzięli ślub w Paryżu, ale też uwielbiają francuskie kino, a wakacje spędzają wyłącznie w Prowansji lub Nicei. Florence jest przekonana, że kiedy tylko ona i jej rodzeństwo patrzą w inną stronę, palą nawet Gauloises’y bez filtra. Oczywiste więc, że ich dzieci musiały dostać imiona tak francuskie, jak się tylko dało. Florence uważa, że w jej przypadku nie jest źle. Oprócz o dziesięć lat starszej Léontine, na którą wszyscy, również najbliżsi przyjaciele, od zawsze mówili Leo, Florence ma drugą siostrę, Philomene, starszą o osiem lat, do której zwraca się Phil, niezależnie od tego, czy Philomene sobie tego życzy, czy nie, oraz brata o imieniu Bernard. Ten ostatni jest najbardziej zbliżony wiekiem do Florence – tylko dwa lata od niej młodszy. Co ciekawe – o ironio – ich rodzice noszą imiona Anders i Svea – co Florence i jej rodzeństwo często im wytykają.
Florence odbiera telefon, sprawdzając, czy Grayson nie zostawił ubrań w przedpokoju. Wyczuwa w powietrzu słodkawy i mdły zapach jego perfum, a to znak, że wyszedł nie dawniej niż kilka godzin temu, chociaż wiedział, że Florence zamierzała wrócić tu wieczorem i wówczas miało go już nie być.
– Co, do cholery… – mamrocze pod nosem.
– Słucham? – rzuca jej siostra na drugim końcu linii.
– Sorry, to nie do ciebie.
– Masz szczęście, bo mogłabyś zapomnieć o prezentach gwiazdkowych.
– Prezentach gwiazdkowych? W październiku?
Florence próbuje słuchać, ale zapach perfum nie daje jej spokoju i budzi w niej złość. A konkretnie ten rodzaj wściekłości, który od jakiegoś czasu ma zarezerwowany tylko dla byłego męża. Zaciska zęby i próbuje nad sobą zapanować.
– Nie. Po prostu mama i tato chcą wiedzieć, czy przyjedziesz na święta – odpowiada Léontine. – Właściwie dlatego do ciebie dzwonię.
Przez krótką chwilę Florence czuje się kompletnie skołowana. Myśl o Graysonie rozpływa się na moment. Boże Narodzenie wydaje się nieskończenie odległe, jesień ledwie zdążyła zapukać do drzwi. Ale ich rodzice uwielbiają planować. W dodatku Anders i Svea, na przekór statystykom, nie tylko pozostają małżeństwem od ponad czterdziestu lat, ale są też w sobie wręcz nieprzyzwoicie zakochani.
– Przyjadę – potwierdza Florence. – Ale jeśli tato znów zamierza sprezentować mamie jedną z tych przezroczystych koszulek nocnych, odwrócę się i wyjdę. Istnieją granice przyzwoitości, których nie wolno przekraczać.
Léontine śmieje się jej do ucha.
– Nie omieszkam przekazać im twojej prośby. Powiedz jeszcze… nie wiem, czy w ogóle muszę o to pytać, ale… będziesz sama, prawda?
– Rozwiodłam się niecałe sześć miesięcy temu – mówi Florence. – Naprawdę myślisz, że jestem taka szybka?
– Całe szczęście, że nie przyjęłaś jego nazwiska – komentuje Léontine. – I jeśli mam być szczera, nie mogłam zrozumieć, co widziałaś w tym facecie.
Florence wie, że to nieprawda. Na samym początku Léontine była nim urzeczona tak samo jak pozostali. Ale cieszy ją fakt, że siostra opowiedziała się po jej stronie.
– Wiem, powinnam była zaufać pierwszemu wrażeniu – odpowiada, wchodząc głębiej do mieszkania.
Wszędzie widać ślady obecności Greysona. Florence próbuje oddychać przez nos. Poznali się na studiach prawniczych, na których Greyson cieszył się popularnością gwiazdy rocka. Kilka lat wcześniej jego rodzina sprowadziła się do Szwecji ze Stanów Zjednoczonych i od tamtej pory szalały za nim wszystkie dziewczyny. Za to Florence nie była nim na początku ani trochę zainteresowana.
– Pamiętam, jak opowiadałaś o gościu z tego samego roku, który wydawał ci się strasznie powierzchowny i skupiony na osiąganiu sukcesów – ciągnie Léontine, parskając śmiechem. – Chociaż znaczący był już sam fakt, że w ogóle o nim wspominałaś, bo to samo można było powiedzieć o wszystkich ludziach, którzy z tobą studiowali.
– Dodam na swoją obronę, że później Grayson się zmienił – odpowiada Florence.
Rozmawiały o tym już niejeden raz. Ojciec jej byłego męża zachorował na parkinsona. Wszystko potoczyło się w zawrotnym tempie. W ostatnich tygodniach życia taty Grayson stał się całkiem inną osobą. Nie chodziło mu już tylko o to, żeby brylować w restauracji Sturehof, a Florence zaczęła go widywać w bibliotece pochylonego nad którąś z książek Daniela Dennetta lub jakiegoś innego filozofa. Ów nowy, stonowany Grayson, tak różny od chłopaka polewającego wszystkim przy barze z butelek z logo Pernod Ricard, być może nie był już tak zabawny dla szerszego grona znajomych, lecz Florence zaczęła go darzyć szacunkiem. Poza tym wciąż wyglądał jak amerykański odpowiednik greckiego boga. Zaczęli się razem uczyć, a potem sprawy potoczyły się same.
– Pewnie ci nie przeszkadzało, że jest takim ciachem – rzuca iewinnym tonem Léontine. – Świnia z niego, ale wyjątkowo seksowna.
– Przymknij się, babsztylu jeden – odcina się Florence, wchodząc do kuchni. Na blacie stoją trzy butelki po szampanie marki Bollinger.
– Niech cię jasna… – wybucha Florence, lecz hamuje się w połowie zdania. – To nie do ciebie, Léontine.
Florence i Grayson wzięli ślub. Po jakimś czasie dawne zachowania Graysona zaczęły wracać. Kiedy Florence otworzyła kancelarię, powiedział – całkiem serio – że jej wybory zawodowe ukazują go w złym świetle. Że przez nie czuje się niemęski. Florence przesuwa flaszki i wyciera rozchlapany alkohol. – Słyszę, że jesteś zajęta – mówi Léontine. – Przekażę mamie i tacie, że przyjedziesz. I żeby sobie darowali prześwitujące koszulki.
Siostra Florence milknie na moment, lecz po chwili dodaje to, co Florence i tak spodziewała się usłyszeć:
– Całe szczęście, że nie dorobiliście się dzieci. – Śmieje się krótko i odkłada słuchawkę, ale tym razem w jej śmiechu da się wyczuć napięcie.
No właśnie. Dzieci. Léontine ma dwoje nastolatków i na co dzień użera się z wszystkimi uciążliwościami związanymi z ich wiekiem. Phil ma syna, który niebawem skończy dziesięć lat. Bernard i jego żona nie mają tyle szczęścia i właśnie podchodzą do czwartej próby in vitro. Żadne z rodzeństwa nie może pojąć, dlaczego Florence postanowiła odłożyć macierzyństwo na później. Kiedy wyszła za mąż, na chwilę ożyła w nich nadzieja, ale teraz, gdy się rozwiodła, zaczęli wręcz okazywać zniecierpliwienie. Rzecz jasna, żadne z nich nie ma odwagi zapytać ją o to wprost, są na to zbyt dobrze wychowani, lecz ich uwagi bywają dokuczliwe. Florence podejrzewa, że Hanna, żona Bernarda, wręcz jej nie znosi, bo Florence świadomie nie decyduje się na coś, o co ona i Bernard muszą toczyć ciężką walkę. I Florence do pewnego stopnia ich rozumie. Jednak żadne z rodzeństwa nie wybrało takiego zawodu jak ona. Nie można mieć wszystkiego. Ona też musiała określić swoje priorytety. I nie zamierza niczego żałować. Trudno jest znaleźć czas i na dzieci, i na kancelarię.
W dodatku znów jest singielką.
Uprząta butelki po szampanie, biorąc każdą w dwa palce, by mieć z nimi jak najmniejszą styczność, i wkłada je do worka na szkło. Ponieważ sytuacja na rynku mieszkaniowym w mieście jest, jaka jest, ona i Grayson muszą się dzielić mieszkaniem na czas poszukiwania drugiego lokum. Na razie ustalili, że będą je zajmowali na zmianę. Mieli się wymienić wczoraj, a Florence zjawiła się dopiero tego ranka tylko dlatego, że zasnęła u Davida. Zwykle nigdy nie zostaje u niego na noc. Zwłaszcza z niedzieli na poniedziałek.
Zgodnie z umową mieszkanie powinno być przekazane w takim stanie, w jakim się je zastało – czyli bez śladów po sobie. Ale były mąż Florence jest mistrzem w zaznaczaniu swojej obecności, zostawianiu śladów, które mają rzekomo świadczyć o tym, jak fantastycznie mu się wiedzie od ich rozstania. Florence stawia podzwaniający butelkami worek przy drzwiach wyjściowych.
– Założę się, że robi to specjalnie – mamrocze pod nosem. Trzy flaszki szampana. Pewnie przyprowadził tu jakąś studentkę prawa i porządnie ją spił.
Florence przechodzi do sypialni, żeby przed wyjściem przebrać się w coś, co nie będzie świadczyło o jej nocnych wyczynach, i zastaje tam przedmiot, który doprowadza buzującą w niej złość do temperatury wrzenia. Na białym dywanie leży rozpakowana prezerwatywa. Nieużywana, lecz mimo to spoczywa sobie na środku pokoju jakby nigdy nic. To nie przypadek. Florence rozważa przez moment, czy nie powinna oskarżyć Graysona o molestowanie, lecz dochodzi do wniosku, że jego sposoby na zaznaczanie swojej władzy są po prostu żałosne. Idzie więc do kuchni, po chwili wraca do sypialni ze szczypcami do grilla i podnosi nimi kondom. Nie zamierza dotykać niczego, co mogło mieć styczność z jakąkolwiek częścią ciała Graysona. Wkłada znalezisko do koperty, a potem dołącza liścik.
Cześć, Grayson,
zostawiłeś to na podłodze w moim mieszkaniu. Pomyślałam sobie, że będziesz chciał go odzyskać, bo wygląda na nieużywany. Widziałam też butelki. Sugeruję, żebyś w przyszłości wybierał coś tańszego, skoro musisz wlać w dziewczynę aż tyle, żeby zgodziła się z tobą przespać.
Z serdecznymi pozdrowieniami
Florence
Adresuje kopertę do firmy, w której pracuje jej były mąż, celowo zapisując jej nazwę nad imieniem i nazwiskiem Graysona. Dzięki temu, zanim list trafi na jego biurko, otworzy go Cecilia w recepcji. A Cecilia trzyma z Florence. I lubi plotkować.
Florence patrzy na zegarek i stwierdza, że jednak nie zdąży się przebrać. Jakoś opędzi ten dzień we wczorajszych ciuchach. Wrzuciła już do torebki dezodorant i kosmetyki do makijażu. Wkłada do niej jeszcze czyste majtki i odnotowuje w myślach, by nie zapomnieć nadać listu. Grayson powinien był się nauczyć, że z Florence Tapper lepiej nie zadzierać.
Paulina czyta wysłany nocą mail. Żałuje, że go napisała. Zrobiła to dopiero za trzecim razem, wcześniej dwukrotnie kasowała tekst i usuwała list ze skrzynki z wersjami roboczymi. Aż w końcu, tuż po drugiej w nocy, udało jej się sklecić coś, co jako tako ją zadowalało. Dobrała słowa tak, by nie powiedzieć ani za dużo, ani za mało.
A przynajmniej tak uważała wtedy.
Lecz teraz, pięć godzin później, nie jest już taka pewna. Powinna padać z nóg, bo nie zmrużyła oka przez całą noc, ale ten cholerny mail zaprzątał jej myśli jak chmara bzyczących komarów i nie mogła się od nich opędzić. Gdyby ktoś inny poprosił ją o nawiązanie kontaktu z całkiem obcą osobą w podobnych okolicznościach, z pewnością by odmówiła. Ale mama zawsze przychodziła jej z pomocą. Nieważne, czy Paulinie dokuczał jakiś dzieciak w szkole, czy uwziął się na nią trener siatkówki, mama zawsze trzymała jej stronę, gotowa rozszarpać nieprzyjaciela. Stawała do walki nawet po tym, jak jej się pogorszyło. Nikt nie miał prawa krzywdzić jej córki.
Paulina miała więc świadomość, że musi to dla niej zrobić. Mama ciężko chorowała przez rok, a dwa miesiące temu, tuż po jej śmierci, Paulina znalazła list. Leżał w szufladzie i był zaadresowany do niej. Na kopercie widniał napis: „Otwórz po mojej śmierci”. Mama nie wspomniała o nim, kiedy jeszcze żyła. W pierwszej chwili Paulina pomyślała, że chodzi o jakąś zmianę w testamencie, lecz nie mogła się bardziej pomylić. Owszem, list zawierał pewien rodzaj spadku, ale bynajmniej nie to, czego Paulina oczekiwała.
Mama prosiła w nim, by Paulina skontaktowała się z niejakim Davidem Lundem z Vallentuny.
Nie podała jednak żadnych szczegółowych instrukcji.
Paulina wrzuciła więc hasło David Lund, Vallentuna do wyszukiwarek adresów hitta.se i eniro.se, i uzyskała jedno trafienie. Założyła więc, że to właściwa osoba. David Lund zdecydował się jednak nie podawać numeru telefonu, poznała więc tylko adres pocztowy. Googlowała więc dalej, aż namierzyła firmę, w której pracował, i na szczęście na jej stronie widniały adresy mailowe pracowników. Paulina uważała, że na początek lepiej wysłać list niż zadzwonić. Bo jak miałaby mu na dzień dobry powiedzieć coś, co brzmiało jak kompletne brednie? Lecz nawet sformułowanie maila zajęło jej aż trzy próby. Skoro jednak zdecydowała się na taką formę kontaktu, teraz musiała zaczekać na odpowiedź.
Znała już na pamięć list pozostawiony jej przez mamę. Mimo to podnosi go ze stolika przed kanapą i czyta jeszcze raz. Ostatni akapit kilkakrotnie.
Proszę Cię, żebyś uważała. Musisz się liczyć z tym, że oni wiedzą, kim jesteś. Jeśli odkryją, że rozmawiałaś z Davidem Lundem, a wiedz, że ci mężczyźni potrafią ustalać takie rzeczy, zrozumieją, że o wszystkim wiesz. Musisz być od nich szybsza. Będą próbowali Cię dopaść.
Żadnych nazwisk. Żadnego konkretu, na kogo powinna uważać. W praktyce oznaczało to, że od tamtej chwili Paulina musiała się mieć na baczności przed każdą napotkaną osobą. Napisała Davidowi, że coś wie. Pytanie brzmi, kto jeszcze dysponuje tą samą wiedzą. I kto będzie miał na nią oko. Albo już ją obserwuje.
Zakleiła kamerkę laptopa maleńką karteczką, lecz nie jest pewna, czy to wystarczy. Istnieją inne sposoby na śledzenie ludzi. Isobel, jej najlepsza przyjaciółka, uważa, że Paulina ma skłonność do dramatyzowania. I zapewne ma rację.
Ale to nie oznacza, że nikt Pauliny nie obserwuje.
Wygląda przez okno i patrzy na rzekę ludzi śpieszących do pracy czy szkoły. Zaczął się już poranny ruch. Wszyscy dokądś zmierzają. Wzrok Pauliny zatrzymuje się na mężczyźnie w szarym płaszczu, idącym o wiele wolniej niż reszta przechodniów. Kiedy nieznajomy mija jej kamienicę, zadziera głowę i spogląda w górę. Jakby czegoś szukał.
Paulina robi odruchowo krok w tył.
O cholera.
Nie powinna była wysyłać tego maila. Nie może oprzeć się wrażeniu, że poruszyła lawinę. Wielką i bardzo, ale to bardzo niebezpieczną. I nie da się jej już zatrzymać.
Kreskin posyła Davidowi spojrzenie tak pełne udawanego cierpienia, że David parska śmiechem. Wielkie oczy należą do szarego buldoga francuskiego z białą plamą na brzuchu – stworzenia, którego życiowym celem jest ściąganie na siebie niepodzielnej uwagi swojego pana. David zwykle nie uchyla się przed tym obowiązkiem, ale w tej chwili siedzi przy stole w kuchni, popija poranną kawę i mnie w palcach karteczkę złożoną na pół. Czekała na niego na blacie, gdy się obudził.
Jego imię zapisano na wierzchu brązowym atramentem. Dziwny kolor, choć wyjątkowo elegancki. Karteczkę musiała zostawić Florence. Na co dzień kontaktują się przez apkę w telefonie, Florence mogła jej użyć, ale z jakiegoś powodu tego nie zrobiła. Poświęciła czas na sporządzenie odręcznej notatki. Podoba mu się to. Ale dlaczego akurat dziś? Nie mogła wiedzieć, że to szczególna okazja. A może niechcący wczoraj o tym wspomniał?
Kreskin stoi na tylnych łapkach, opiera przednie na udzie Davida i ma wyraźnie niezadowoloną minę. David ujmuje karteczkę obiema dłońmi, jakby trzymał wielki skarb, po czym ją otwiera. Widnieją na niej tylko trzy słowa:
Gdybyś mnie potrzebował.
Potem jest rząd cyfr. David odczytuje numer telefonu psu, lecz na zwierzaku nie robi to większego wrażenia.
– Nie możesz się gniewać o to, że nie wiedziała, jaki dziś dzień – mówi do siebie. – Florence jest poważaną adwokatką. Jej czas kosztuje mnóstwo pieniędzy i nie może go marnować na byle kogo. Takiej kobiecie jak ona nie przyszłoby do głowy, żeby podawać numer telefonu zwykłemu śmiertelnikowi. A mimo to…
A mimo to David właśnie na niego patrzy. Ma go w dłoni. Numer Florence, tej samej, która go uspokajała, kiedy nocą dopadł go niepokój. I która nie powiedziała „To na razie”, wychodząc z jego mieszkania.
Gdybyś mnie potrzebował.
Kreskin wydaje krótki szczek i znów patrzy na Davida tak, jakby chciało mu się sikać w takim samym stopniu, w jakim poczuł się zlekceważony.
– Chcesz iść na spacer? – pyta go David, odkładając kartkę.
Pies zaczyna skakać, obijając się o ściany jak gumowa piłka, która nałykała się ecstasy, a jego spojrzenie, jeszcze przed chwilą tak pełne cierpienia, nabiera teraz wyrazu niepozostawiającego wątpliwości, że jeśli David nie wyprowadzi go za pół minuty, poduszki na kanapie w salonie zostaną tylko wspomnieniem.
– Daj mi się ubrać – rzuca do Kreskina. – Nie chcemy napędzić stracha jakimś dzieciom.
Jako programista David może pozwolić sobie na luksus pracy z domu przez większość dni w tygodniu. Dzięki temu Kreskin może czasem zażywać wyjątkowo długich spacerów. Oznacza to również, że David spędza długie godziny w szlafroku. Kreskin nagle się zatrzymuje i znów wydaje podenerwowane szczeknięcie. Potem pędzi do przedpokoju i po chwili wraca ze smyczą w pysku, by przyśpieszyć procedurę wyjścia, ale David dopiero wchodzi do sypialni, gdzie wkłada spodnie i podkoszulek. Słyszał, jak Florence bierze prysznic o piątej rano, zanim sobie poszła, ale sam wciąż czuje się lepki po nocnym koszmarze.
Kiedy wychodzi do przedpokoju, Kreskin czeka ze smyczą w zębach. David otwiera drzwi, pozwalając, by jesienny wiatr owionął mu twarz. Pies wypada na trawnik z impetem kuli armatniej. Telefon dzwoni dokładnie w chwili, gdy David przekręca klucz w drzwiach. Wkłada do uszu słuchawki i rusza w stronę Vallentuna Centrum.
– Tak, słucham? – mówi.
– Cześć, Davidzie, mówi Ellen.
David milczy przez kilka sekund. Spodziewał się jej telefonu. Mimo to jej głos lekko nim wstrząsa. Robi głęboki wdech.
– Cześć, Ellen – odpowiada, siląc się na pewny ton.
Jego matka nigdy sobie nie życzyła, by nazywał ją „mamą”. Odkąd David sięga pamięcią, zwracał się do niej po imieniu. „Jestem osobą, nie funkcją”, wyjaśniła mu przy jakiejś okazji. To jedno z jego najwcześniejszych wspomnień. Tamtego dnia właśnie poszedł do siódmej klasy.
– Wszystkiego najlepszego – rzuca Ellen do słuchawki. – Minął kolejny rok.
– Dziękuję.
Znów zapada cisza. Kreskin ciągnie smycz, więc David zwiększa tempo. Zerka na zegarek. Jest tuż po ósmej. Właśnie otwarto cukiernię.
– Coś jeszcze? – dodaje po chwili. – Chcesz wiedzieć, co robiłem od ostatnich urodzin, co słychać w pracy i tak dalej? – Po co miałabym o to pytać? – rzuca w odpowiedzi jego matka.
W jej głosie słychać autentyczne zdziwienie. David nie wie, skąd mu przyszło do głowy, że tym razem będzie inaczej. Odkąd pamięta, ich relacja ograniczała się do wymieniania nic nieznaczących uprzejmości i już dawno się nauczył, jak nie dać się zranić jej niezdolnością do wyrażania ciepłych uczuć czy choćby zainteresowania nie tylko względem jego osoby, ale też wszystkich innych ludzi. Mimo to nie potrafi zagłuszyć w sobie marzenia, że któregoś dnia to się zmieni. Że matka zadzwoni i powie: „Cześć, Davidzie, tu mama, kocham cię, synku”. Równie dobrze mógłby marzyć o pokoju na Ziemi albo jednorożcach. Nie ma wątpliwości, że matka powinna udać się do specjalisty po diagnozę i poddać się terapii. Przez chwilę rozważa, czy nie wspomnieć jej o mailu otrzymanym w środku nocy, bo najwyraźniej ktoś ma ochotę omówić z nim sprawy osobiste. Dochodzi jednak do wniosku, że jego matki nie obejdzie również to.
– Tak po prostu, bez powodu – odpowiada. – Dzięki za telefon.
Kilka minut później on i Kreskin wchodzą do Vallentuna Konditori. W cukierni unosi się smakowity zapach świeżych wypieków pyszniących się za szklaną ladą. Kilkoro emerytów – ranne ptaszki – rozsiadło się już przy stolikach z kubkami kawy, ale oprócz nich w lokalu jest tylko on i jego pies.
– Poproszę jedną z tych babeczek z czekoladą i różową posypką – mówi David do kobiety za ladą, pokazując palcem na ciasto zawierające przydział cukru, który powinien wystarczyć mu na rok. – Dziś są moje urodziny – dodaje.
Florence przystaje na moment na klatce schodowej kamienicy na Linnégatan, nim naciska klamkę drzwi kancelarii. Na mosiężnej tabliczce widnieje nazwa „Tapper, Alho & Siöö”. Przesuwa palcami po nazwiskach, dotyka opuszkami wgłębień liter i napomina się w myślach, że powinna być wdzięczna za to, co ma, i pamiętać, że nic nigdy nie jest dane raz na zawsze. Dostała tę tabliczkę w prezencie od rodzeństwa. Być może siostry i brat nie rozumieją jej życiowych wyborów, ale w decydujących sprawach zawsze wspierają ją w stu procentach. Nie brakowało takich, którzy uśmiechali się z drwiną, kiedy otwierała własną firmę. W dodatku nie wszyscy robili to za jej plecami. Zaskakująco wiele osób, które do tamtej pory uznawała za dobrych kolegów z branży, otwarcie wyraziło swoje niezadowolenie. Niektórzy wręcz z niej szydzili.
Widocznie nie pasowało im, że Florence nie jest ani trochę zainteresowana grą w golfa, nie ma humidoru na cygara i – co najgorsze – nie jest mężczyzną. Wielu oczekiwało, że zrekompensuje te oczywiste niedociągnięcia, biorąc sobie dwóch kompetentnych wspólników – ma się rozumieć, mężczyzn. Szok, jaki wywołała, wybierając na partnerki kobiety, a potem, jakby tego było mało, podbierając klientów kilku dużym kancelariom, wciąż nie przeminął i odbijał się echem w całym prawniczym światku. Florence była gotowa przyjąć to na klatę. Nie spodziewała się jednak, że największym krytykiem jej poczynań okaże się własny mąż. Początkowo próbowała sobie wmówić, że niezadowolenie Graysona brało się z braku pewności siebie z jego strony, i była nawet zdania, że to urocze. Dziś nie mieściło jej się w głowie, jak dalece człowiek jest skłonny okłamywać samego siebie, by uratować związek.
Poleruje tabliczkę rękawem żakietu. To jej własność, długo o nią walczyła. Jeśli komuś się nie podoba, niech idzie do diabła. Otwiera drzwi i wchodzi do środka.
W holu skinieniem głowy wita się z praktykantką o imieniu Jennifer. Dziewczyna idzie korytarzem i spogląda na Florence wzrokiem nieco zagonionym, ale i pełnym dumy. Tak powinno być. W następnej chwili Florence zderza się z nadchodzącą z drugiej strony Anną Alho i prawie upuszcza na podłogę pudełko z lunchem. Anna ma lekką zadyszkę, a z jej perfekcyjnej na co dzień fryzury wymknęło się pasemko włosów.
– Ależ ci śpieszno – stwierdza Florence z uśmiechem.
– Przeciągnęło się spotkanie na zoomie z Londynem, ranne ptaszki z tych Brytyjczyków, jestem już spóźniona na inną naradę online i…
Anna milknie i mierzy Florence spojrzeniem od stóp do głów. Zatrzymuje wzrok na lekko wymiętej bluzce pod żakietem prawniczki.
– Ktoś tu zarwał noc – komentuje z tym swoim, najpiękniejszym, zdaniem Florence, fińskim akcentem. – Mam w swoim gabinecie parownicę, jeśli chcesz poprawić to i owo.
Jamela Siöö, trzecia wspólniczka, wychyla się przez drzwi jednego z pokoi z telefonem przy uchu. Unosi brwi i pokazuje Florence wystawiony w górę kciuk. Florence wybucha śmiechem. Wie, że gdyby kiedykolwiek nabrała wątpliwości, czy jej firma powinna działać w taki sposób, wystarczy jedno spotkanie z Anną i Jamelą, i wszystko natychmiast wróci na właściwy tor. Faceci niech idą do diabła. Świetnie poradzi sobie bez nich.
– Dzięki – rzuca do Anny. – Nie mam dziś żadnego spotkania.
– Może nie w realu – odpowiada Anna. – Ale to twoja kolej, żeby zrobić relację na żywo na Instagramie.
Florence przewraca oczami. Zupełnie o tym zapomniała. Raz w tygodniu urządzają sesję pytań i odpowiedzi, i praktyka ta cieszy się popularnością, jakiej się nie spodziewały. Studenci, a nawet koledzy po fachu zadają mnóstwo pytań. I akurat dziś relację ma poprowadzić Florence.
– Kto wpadł na ten genialny pomysł, żeby nasza kancelaria działała również w mediach społecznościowych? – pyta z westchnieniem.
– Ty – odpowiada Anna z szerokim uśmiechem. – Ustaw kamerkę nieco dalej. Dobrze, że nie umówiłaś żadnych innych spotkań.
– À propos spotkań, nie śpieszysz się na jakieś?
Anna wytrzeszcza oczy, mamrocze pod nosem jakieś przekleństwo, po czym odchodzi i znika za drzwiami swojego gabinetu. Florence rusza do kuchni po kawę, kiedy telefon sygnalizuje piknięciem, że odebrał wiadomość. Philomene postanowiła jej przypomnieć, że w niedzielę jest przyjęcie z okazji dziesiątych urodzin Adama. Jakby Florence mogła o tym zapomnieć. Nigdy w życiu. Uwielbia swojego siostrzeńca. Ale nie mieści jej się w głowie, że chłopak ma już dziesięć lat. Gdzie się podział ten czas? Prezent jest już zapakowany i czeka na przekazanie w ręce najbardziej czarującego dzieciaka, jakiego Florence spotkała w całym życiu.
Po drodze do kuchni kładzie kopertę zaadresowaną do Graysona na kupce wychodzącej poczty.
Dokładnie w chwili, w której David płaci za babeczkę, przychodzi wiadomość od Sakury.
Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! Wpadnij do mnie. Praca nie ucierpi, jeśli w urodziny wypijesz kawę z najlepszą przyjaciółką.
David uśmiecha się pod nosem. Pamiętała. Sakura była pierwszą osobą, jaką poznał po przeprowadzce ze Smålandii. Choć czasem nawet z najstarszymi stażem przyjaciółmi nie ma się kontaktów tak częstych, jak by się chciało, niezależnie od tego, jak blisko mieszkają. Z Sakurą nie widział się już chyba od miesiąca. Niedawno została mamą i ma mnóstwo na głowie. Ale cieszy go fakt, że o nim nie zapomniała.
– Niech pani zapakuje jeszcze jedną – mówi do młodej kobiety za ladą. – Albo… w sumie trzy. Jak szaleć, to szaleć. Proszę je na wynos.
Roy ma dopiero pięć miesięcy, ale David uznał, że jemu też należy się babeczka. Urodziny to urodziny. Odbiera pudełko z wypiekami i wychodzi na zimne poranne powietrze.
– Idziemy do Sakury – mówi do Kreskina. – To kawałek stąd. Dasz radę?
Na brzmienie imienia Sakury Kreskin parska i jeszcze mocniej pociąga za smycz. Gdyby mógł wybierać, rzuciłby dla niej Davida bez mrugnięcia okiem.
– Ty sprzedajny sierściuchu – mamrocze David, a mijająca go para emerytów posyła mu zdziwione spojrzenia.
Przez ułamek sekundy Kreskin ma zawstydzoną minę, a potem znów szarpie smycz.
Sakura mieszka w niebieskim drewnianym domu w dzielnicy, gdzie większość trawników zajmują trampoliny i baseny. Jednak jej obejście było od początku o wiele ciekawsze, bo urządziła w nim prawdziwy japoński ogród. David podejrzewa, że starannie ułożone kamyki i ozdoby prędko zmienią miejsca, kiedy Roy trochę podrośnie i zacznie się przemieszczać o własnych siłach. Mija dobra chwila, nim Sakura otwiera drzwi.
– Oj, ale się postarzałeś – rzuca ze śmiechem. – Może lepiej wejdź i usiądź. Kreskin, twoja zabawka leży pod kanapą.
– Ciebie też miło widzieć – odpowiada David, przekraczając próg.
Wprawnym ruchem chwyta w biegu Kreskina, pędzącego już w stronę kanapy, podnosi go, wyciera mu łapy ręcznikiem podanym przez Sakurę, a potem puszcza wolno.
– Miałam tort niespodziankę – oznajmia Sakura. – Nie uwierzyłbyś, ile można zrobić, kiedy nie śpi się po nocach.
Uśmiecha się, ale David dostrzega wyraźne cienie pod jej oczami.
– Miałaś? – pyta.
– Miałam, ale postawiłam go w odległości metra od Roya. Na szczęście śmietana jest dobra dla skóry, przynajmniej tak słyszałam. Wyszłam na chwilę, żeby choć raz włożyć coś innego iż szlafrok, a on zdążył w tym czasie wysmarować się od stóp do głów. Teraz śpi. Zasnął w tej samej sekundzie, w której zadzwoniłeś do drzwi.
– Na szczęście mam coś w rezerwie – mówi David, unosząc pudełko z babeczkami.
Odnotowuje przy okazji, że Sakura wciąż ma na sobie szlafrok.
– Liv jest w pracy – mówi, jakby odpowiadała na niezadane jeszcze przez Davida pytanie. – Wraca dopiero jutro. Ale w sumie co to za różnica.
Związek Sakury i Liv był ostatnimi czasy burzliwy, ale David myślał, że relacje między nimi się uspokoją, kiedy pojawi się dziecko. Stało się na odwrót. Roy nie okazał się spoiwem. Sakura i Liv mają całkiem odmienne poglądy na temat wychowywania dzieci i obie wykazują się przy tym dużą stanowczością.
David przechodzi do kuchni i nalewa Kreskinowi miskę wody. Kiedy wraca do salonu, buldog leży na dywanie z uszczęśliwioną miną i z zapałem gryzie zabawkę. Sakura czeka z przezroczystym dzbankiem herbaty. Jej filiżanka jest już pełna parującego płynu. Kiedy jej rodzina przeprowadziła się do Szwecji, nie przywiozła ze sobą żadnej ze swoich tradycji – oprócz tej. David nie zna nikogo innego, kto piłby tyle herbaty, co Sakura.
– Co słychać u twoich rodziców? – pyta ją, kładąc na stoliku pudełko z wypiekami.
Otwiera je i podaje Sakurze babeczkę. Przyjaciółka przygląda się podejrzliwie różowej posypce, ale w końcu odgryza kęs.
– Ech, wiesz, jacy oni są – odpowiada z pełnymi ustami. – Prędzej poodgryzają sobie ręce, niż przyznają, że się starzeją. – Czyli wciąż chodzą na jogę i jeżdżą na wycieczki golfowe do Peru? – wypytuje dalej David, siadając na kanapie.
Dmucha na gorącą wodę, w której leży ususzony kwiat zwinięty w kulkę. Wie, że musi on rozwinąć wszystkie płatki, by w pełni oddać jaśminowy aromat. David ma czas. Lubi siedzieć w pogrążonym w chaosie salonie Sakury.
– A ty, co zamierzasz robić na emeryturze? – pyta przyjaciółka. – Właśnie skończyłeś trzydzieści pięć lat, więc najwyższa pora, żeby o tym pomyśleć.
– Ha, ha.
Sakura odkłada babeczkę na stolik i wyciąga zza pleców zapakowany prezent.
– Wszystkiego najlepszego, stary człowieku – mówi.
David przyjmuje pudełko i lekko nim potrząsa. Słyszy znajomy chrzęst.
– Niech zgadnę – rzuca z uśmiechem. – Nowa układanka. – Przecież mówię, że musisz sobie znaleźć jakieś zajęcie na emeryturę. Wiesz w ogóle, ile lat się już znamy?
– Od liceum – odpowiada David, odpakowując podarek. – Czyli od… Jezusie… dziewiętnastu lat.
W pudełku rzeczywiście są puzzle. Na wieczku pudełka widnieje plakat reklamujący film 2001: Odyseja kosmiczna. Czasem uderza go myśl, jak dobrze ta dziewczyna go zna.
– Od dziewiętnastu lat – powtarza Sakura. – Wiesz, jak bardzo cię lubię, wybacz więc, że pytam o to wprost, ale czy jesteś… czy jesteś szczęśliwy?
– Jasne, że tak. Przecież to moje urodziny – odpowiada David, prezentując babeczkę, jakby wznosił toast.
Zdaje sobie sprawę, że Sakura nie pozwoli mu się wymigać od odpowiedzi. Właśnie za to ją kocha. Przyjaciółka nie znosi pozoranctwa.
– Czasem mam wrażenie, że wiodę nudne życie przeciętnego Szweda – odpowiada. – Wiesz, o czym mówię. Po skończeniu liceum studiowałem przez chwilę filozofię, potem zdecydowałem się zostać programistą. Dostałem pracę, kupiłem mieszkanie w szeregówce. Jakoś samo tak wyszło. Ale czasem czuję, że… że życie toczy się gdzieś indziej. I że mnie omija. Ale pewnie wszyscy tak mają.
– Moim zdaniem nie tyle liczy się samo to, co się robi, tylko z kim się to robi – mówi Sakura z namysłem.
– Wiesz, że próbowałem – dodaje David. – Pamiętasz Annę? Świetna dziewczyna, szkoda tylko, że zapomniała wspomnieć, że ma męża. – Po tej katastrofie David schował się w skorupie na cały rok. – Poza tym mam ciebie i Antona. Wystarczacie mi.
– Historia z Anną była dwa lata temu – zauważa Sakura. – Od tamtego czasu nie byłeś w żadnym związku… nie licząc Signe.
– O tej katastrofie wolałbym nie rozmawiać – ucina David.
– Właśnie o tym mówię. Słyszałeś, że trzeba żyć chwilą, tu i teraz? Może widziałeś te słowa wyszyte na jakiejś makatce? Sakura nagle nieruchomieje, nasłuchuje przez chwilę, po czym znów się rozluźnia.
– Przykro mi, ale Roy chyba się obudził – mówi. – Może dobrze by ci zrobiło, gdybyś też sprawił sobie taką niedającą żyć pociechę?
– Dzięki za prezent i niedoszły tort. A tak na marginesie, czy herbata z kwiatków to aby nie chiński wynalazek? – pyta David, zaglądając do swojej szklanki. – Chyba nie japoński? O ile dobrze widzę, to Bai He Xian Zi, Kwitnąca Niebiańska Lilia?
– Po pierwsze, masz minus za to, że taki z ciebie snob – odpowiada Sakura. – Po drugie, nie zmieniaj tematu. Wciąż rozmawiamy o twoim życiu uczuciowym. O ile jakieś masz.
David odgryza kęs babeczki. Ciasto rośnie mu w ustach. Żałuje, że nie kupił czegoś innego.
– Cieszę się, że ty i Kreskin jeszcze ze mną wytrzymujecie – mówi. – Jak tam sprawy z Liv?
Sakura wzdycha i zagląda do swojej szklanki.
– Touché.
David nigdy nie był dobry w odczytywaniu nastrojów z wyrazu twarzy, ale tym razem nie musi nawet spoglądać przyjaciółce w oczy, by wiedzieć, że jest wykończona.
– Niewiele się pomyliłeś – dodaje Sakura po krótkiej chwili. – To Shuang Long Xi Zhu. Ma trochę mniej kwiatowy aromat.
Florence stoi w kuchni w kancelarii i wkłada nowy filtr do ekspresu Moccamaster. Mają też, rzecz jasna, ekspres ciśnieniowy Sage, bo istnieje niepisane prawo nakazujące, by znajdował się on w każdej kancelarii, ale nikt w firmie Florence nie ma siły go obsługiwać, chyba że zjawia się klient o wyjątkowych wymaganiach dotyczących kawy. Florence właśnie zakończyła przedpołudniową relację na Instagramie. Tak naprawdę Jennifer powinna pilnować, by w kuchni nigdy nie zabrakło świeżej kawy, ale asystentka Florence ma obecnie trochę za dużo na głowie. Poza tym Florence chętnie zajmuje się takimi rzeczami, jeśli zachodzi potrzeba. Cały miniony weekend poświęciła na przygotowywanie się do dużej sprawy o odszkodowanie. Wie, że jeśli się spisze, jej klient zapłaci drugiej stronie o wiele milionów mniej. Ale ta sprawa pochłania ją już od trzech miesięcy. Cieszą ją więc te dwie minuty wytchnienia, kiedy ma okazję zmienić filtr i nasypać kawy do ekspresu.
Nagle słyszy Annę wołającą ją śpiewnym fińskim akcentem z któregoś z odległych pokoi.
– Florence, darling, przyniosłabyś mi segregator z szablonami umów?
Florence zastyga z palcem wskazującym na włączniku ekspresu. Darling. To jedno z wielu słów-szyfrów, jakimi ona i koleżanki posługują się w kancelarii, kiedy coś idzie nie tak. Mają oczywiście elektroniczny system bezpieczeństwa, ale wychodzą z założenia, że lepiej dmuchać na zimne. Czasem w którymś z gabinetów dzieje się coś, o czym należy natychmiast powiadomić współpracowniczki. Opracowały więc specjalny kod złożony ze zwrotów, których nie użyłyby w żadnych innych okolicznościach.
Kiedy któraś z nich zwraca się do koleżanki per darling, oznacza to, że potrzebuje pomocy w pozbyciu się męczącego klienta, nieproszonego gościa lub kogoś, kto zachowuje się niestosownie. Albo szuka pretekstu, by zakończyć przedłużające się spotkanie. I niestety to zwrot, którego muszą używać częściej, niż by chciały. Tak czy inaczej, łatwiej jest skłonić do wyjścia klienta którejś z koleżanek niż własnego.
Gdy zagrożenie jest wyjątkowo duże, stosują prefiks „super”. Są dorosłymi, poważnymi ludźmi i w żadnych innych okolicznościach nie zwróciłyby się do kogoś przez superdarling. Do tej pory, na szczęście, żadna z nich nie musiała się do tego uciec. Florence nie ma więc wątpliwości, że Anna potrzebuje jej pomocy. Superpilnie czy nie. Florence wciska guzik ekspresu i wychodząc z kuchni, zaczyna mówić:
– Policja przyjdzie wcześniej, żeby przedyskutować ten przypadek molestowania – mówi głośno, wpadając do gabinetu Anny, zgarnąwszy w korytarzu jakiś segregator w roli rekwizytu. – Chcą się z nami spotkać dosłownie za moment, jeśli tylko… ojej, przepraszam, nie wiedziałam, że masz spotkanie.
Staje tuż za progiem i sili się na minę mającą dowieść, że strasznie jej przykro z powodu tego wtargnięcia. Anna jest zwrócona plecami do okna, a przed nią stoi Carl Tjäder. Anna reprezentuje jego ojca i Carl z jakiegoś powodu wbił sobie do głowy, że tym samym odgrywa ona rolę adwokata całej rodziny. Już kilkakrotnie próbował ją zaprosić na drinka. A teraz trzyma dłoń na jej ramieniu. Lecz kiedy dostrzega Florence, prędko zabiera rękę i cofa się o krok.
– Cześć, Carl – rzuca Florence z maksymalnie chłodnym uśmiechem. – Co słychać u taty?
– Świetnie, dziękuję – odpowiada Carl i odwzajemnia uśmiech. – Właśnie omawiałem z Anną ewentualną nową sprawę, ale wygląda na to, że macie za dużo na głowie.
– Jeśli chcesz, zawołam Jamelę – proponuje Florence. – Ja niestety też nie dam teraz rady.
– Nie trzeba, dziękuję. Wpadłem przy okazji, bo miałem po drodze – tłumaczy Carl, przekrzywiając głowę tak, że chrupie mu w szyi. – Mówisz, że macie spotkanie z policją?
– No właśnie. I niestety jesteśmy już spóźnione – rzuca Anna z ulgą w głosie. – Dzięki, że przyniosłaś materiały, Florence.
– W takim razie zobaczymy się kiedy indziej, ma fleur – mówi Carl i w ukłonach wycofuje się z pokoju. – Kiedy będziesz miała więcej czasu.
Florence zagryza dolną wargę, by nie parsknąć śmiechem. Ale gdy tylko drzwi kancelarii zatrzaskują się za Carlem, obie zaczynają rechotać.
– Ma fleur? – powtarza Florence. – Ile on ma lat? Sto?
– Jakieś czterdzieści dwa – odpowiada rozbawiona Anna. – Dzięki za ratunek. Chociaż żałuję, że nie potrafię sama pokazać mu drzwi. Przez dwadzieścia minut próbowałam zakończyć to spotkanie.
Kiedy się śmieje, jej fiński akcent robi się jeszcze śpiewniejszy.
– Czasem łatwiej jest poprosić kogoś innego, żeby odegrał rolę złego gliniarza – mówi Florence, wzruszając ramionami. – Dzięki temu nie cierpi na tym twoja relacja z klientem. Ale masz rację, niefajnie, że musimy się uciekać do takich zagrań. Cóż, niektórzy myślą po prostu trochę wolniej niż inni, ma fleur.
– Niektórzy faceci na pewno – dodaje Anna i kiwa głową. Florence wie, do czego pije jej wspólniczka. Pół roku temu, w czasie gdy ona i Grayson decydowali się na separację, on sypiał już z innymi kobietami. Widocznie potrzebował tuzina blondynek, by sobie udowodnić, że jest mężczyzną. Jego zdaniem Florence zrobiła się „oziębła i odległa”. Cóż, najwyraźniej nie przyszło mu do głowy, że jego problemy z zaakceptowaniem jej sukcesów zawodowych mogły mieć jakiś wpływ na to, że przestała tęsknić za jego dotykiem. Wolałby, gdyby każdego wieczoru czekała na niego w domu z gorącą kolacją, ubrana w sam fartuszek.
– Wiesz, na co Carl próbował mnie wyciągnąć tym razem? – rzuca Anna.
– Chyba wolę nie wiedzieć – odpowiada Florence, wystawiając w górę palec wskazujący. – Nie chcę śnić koszmarów o Carlu sączącym drink o jakiejś fikuśnej nazwie, na przykład Orgazm.
– To coś o wiele gorszego – mówi Anna z nagłą powagą. – Zaproponował, żebyśmy wyskoczyli na Sex on the Beach.
Florence spogląda z przerażeniem na wspólniczkę. Zaraz po tym obie znów wybuchają śmiechem.
Po powrocie od Sakury Kreskin dostaje jedzenie. I podczas gdy buldog zajada, David wkłada prezent od przyjaciółki do szafki w przedpokoju. Potem idzie po laptopa, przechodzi z nim do kuchni i otwiera pocztę. Karteczka od Florence wciąż leży na stole. David kasuje trochę spamu, czyta pytania nadesłane od kolegów, a potem sprawdza, co ma do zrobienia. Kreskin trąca łapą miskę, wyraźnie niezadowolony z wielkości porcji.
– Przykro mi, stary – mówi do niego David. – Dostajesz tyle i ani trochę więcej. Pamiętasz, co ostatnio powiedziała Louise? Na ostatniej wizycie ledwo mogła wymacać ci żebra.
Na dźwięk imienia weterynarki Kreskin strzyże uszami i jednocześnie spogląda nieszczęśliwym wzrokiem. Prawda jest taka, że w ostatnim czasie przybrał na wadze i Louise, jego drugi w kolejności za Sakurą ludzki obiekt westchnień, orzekła, że jak dalej tak pójdzie, psiak dorobi się problemów ze stawami, a w najgorszym razie nawet cukrzycy. David nie ma pojęcia, co by zrobił, gdyby Kreskin też się rozchorował. Wystarczy, że spotkało to Johana. Niepocieszony buldog zaczyna chłeptać wodę, a David mógłby przysiąc, że specjalnie rozchlapuje jej więcej niż zwykle. Uwielbia tego psa.
Gdy zagląda do skrzynki odbiorczej, przypomina sobie o mailu od Pauliny Mentzer. Napisała, że chce porozmawiać o ich rodzicach. David prawie o tym zapomniał, bo przeczytał jej list przez sen. Ale teraz, w świetle dnia, czuje się nim zaintrygowany. Przez chwilę kusi go, żeby zadzwonić do matki i zapytać ją, czy zna tę kobietę. Ale już dzisiaj rozmawiali i nie jest pewien, czy w ogóle by odebrała. Statuetka z napisem „Matka Roku” nigdy nie trafi w ręce Ellen Lund. Poza tym jest prawie pewien, że nic by mu nie powiedziała, nawet gdyby wiedziała, kim jest Paulina Mentzer. Nie lubi osobistych pytań.
David ponownie odczytuje list.
Cześć, Davidzie,
ie znasz mnie, ale mój tato i twoja mama znają się ze Smålandii. Chcę się z Tobą skontaktować, żeby porozmawiać o tym, co spotkało Cię w dzieciństwie. Rozumiem, że to drażliwy temat, ale chodzi o naszych rodziców i poproszono mnie, żebym się do Ciebie odezwała. Przepraszam, że nie podaję więcej informacji, proponuję, żebyśmy porozmawiali przez telefon. Poniżej znajdziesz mój numer. Podaj mi swój, jeśli wolisz, żebym to ja zadzwoniła.
Nie pisałabym, gdyby to nie było ważne. Porozmawiajmy jak najszybciej.
Z serdecznymi pozdrowieniami
Paulina Mentzer
Na dole rzeczywiście widnieje numer komórki. Za pierwszym razem David czytał ten list w środku nocy i nie zapamiętał go dokładnie. Zrozumiał, że chodzi o jego matkę. Tym razem jego uwagę przykuwa dobór słów: ważne, drażliwy temat, chodzi o naszych rodziców, jak najszybciej. David wie, że nie jest to najlepsza z jego cech, ale lubi kontrolować sytuację. Dlatego jest tak dobrym programistą. Nic nie pozostawia przypadkowi. Kiedy pisze program, na bieżąco sprawdza wszystkie instrukcje warunkowe, żeby później wszystko działało jak trzeba. List od Pauliny Mentzer składa się tylko z kilku zdań. Ale tyle w nim nieznanych zmiennych, że David nie wie, od czego zacząć.
Kreskin zdążył już zrozumieć, że nie ściągnie na siebie uwagi swojego pana, i kładzie się w koszyku, wydając westchnienie pełne dezaprobaty. David nie ma zamiaru dzwonić do Pauliny Mentzer. Może ona w ogóle nie istnieje? Jeśli wystuka jej numer, może się dodzwonić do jakiegoś bota, który zassie jego numer i później będzie go zadręczało jakieś call center z Wielkiej Brytanii. Pośpieszne wyszukiwanie jej numeru w sieci nie daje żadnych rezultatów. To oznacza, że Paulina Mentzer go zastrzegła. Albo że nie istnieje.
Ktokolwiek przysłał mu ten list, nie pomylił się, pisząc „nie znasz mnie”. I ten ktoś nie zna również jego, bo gdyby było inaczej, wiedziałby, że David nie ma żadnych wspomnień z dzieciństwa. To pierwsze łatwo zmienić – David wrzuca w Google hasło „Paulina Mentzer” i uzyskuje tylko kilka trafień. Większość kobiet o tym imieniu i nazwisku jest albo znacząco starsza, albo młodsza od niego. Od razu je odrzuca, bo wydaje mu się mało prawdopodobne, by ojciec którejś z nich znał się z jego matką. Sprawdzenie kont w mediach społecznościowych i profili na LinkedIn pozostałych osób zajmuje mu tylko kilka minut. Czuje się przy tym jak stalker. Ale nie zaszkodzi być dokładnym. Poza tym i tak nikt go nie widzi. Nie udaje mu się jednak ustalić, która Paulina Mentzer mogła wysłać mu ten list. Żadna nie ma nic wspólnego ani z nim, ani z jego rodziną.
Śmiech dobiegający z placu zabaw w parku skłania go do wyjrzenia przez okno kuchenne. Grupka dzieciaków w pelerynach przeciwdeszczowych obrzuca się piaskiem i błotem i śmieje się przy tym do rozpuku. David jest ciekaw, czy on też robił takie rzeczy, kiedy był w ich wieku. Zapewne tak. Ale on i Johan już dawno porzucili próby dotarcia do jego wspomnień. Bo przecież David i tak żyje dniem dzisiejszym, a nie dzieciństwem. Jeszcze raz pobieżnie czyta list. Z jakiegoś powodu doszedł do wniosku, że Paulina Mentzer to prawdziwa osoba. Spogląda a zegarek. Najwyższa pora brać się do roboty. Po południu czeka go zdalne spotkanie z całym teamem, powinien się do niego przygotować. Odpisuje Paulinie Mentzer, że zadzwoni do niej jutro o dziesiątej przed południem.
Obecnie pomaga pewnej platformie internetowej opracować system płatności online. Konkretnie chodzi o coś w rodzaju prenumeraty powiązanej ze sprzedażą win. Nie jest to najciekawszy projekt, nad jakim przyszło mu pracować, ale zarazem nienajnudniejszy. W dodatku zleceniodawca zaopatruje go w zestawy degustacyjne, takie same, jakie wysyła do klientów rozważających zakup większych ilości, ale chcących najpierw przetestować produkty w mniejszym gronie. Wypili wczoraj z Florence jedną butelkę – portugalskie czerwone wino z nowej winnicy w regionie Vinho Verde. David nie zna się na winach, ale smakowało o wiele lepiej niż te, które kupuje na własną rękę.
Choć nie skupiali się szczególnie na degustowaniu trunku. Kiedy Florence przychodzi do Davida, trudno mu się skupić na czymś innym niż na niej. Jest nie tylko wyjątkowo atrakcyjna – ma najintensywniejsze niebieskie oczy, jakie kiedykolwiek widział, a jej figura zapiera mu dech – ale jej wspaniała osobowość powaliła go na łopatki już na pierwszym spotkaniu. Umówili się w Villa Källhagen na Djurgården, eleganckiej restauracji ze stołami nakrytymi białymi obrusami. Początkowo David czuł się tam bardzo nieswojo. Gdyby mógł wybierać, wolałby jakąś przytulną osiedlową pizzerię. Jednak za sprawą Florence prędko zapomniał o dyskomforcie. Śmiała się tak, że jej chichot odbijał się echem od ścian, i nie interesowało jej, czy wypada to robić, czy nie. David odniósł wrażenie, że ta kobieta niczego w życiu się nie boi. W przeciwieństwie do niego.
David uzmysławia sobie, że wpatruje się w ekran komputera i najpewniej głupkowato się uśmiecha. Marszczy czoło. Skąd u niego te wszystkie myśli? W umowie między nim a Florence chodzi właśnie o to, by nie zaprzątać sobie głowy takimi rzeczami. Gdyby wiedziała, co się roi w jego umyśle, nie zostawiłaby mu swojego numeru. Uznałaby, że jest żałosny.
Gdybyś mnie potrzebował.
Niech to szlag.
Paulina ponownie odczytuje krótką odpowiedź Davida Lunda, jakby sądziła, że ta czynność cokolwiek zmieni. Napisał, że zadzwoni do niej jutro o dziesiątej przed południem. Wolałaby pomówić z nim od razu, żeby mieć to za sobą. I tak już za długo z tym zwlekała. W dodatku jest tak zmęczona, że ledwie pamięta, jak się nazywa. Ale nie ma wyboru, musi czekać.
Przez cały dzień nie wychodziła z mieszkania, ale nie ma pewności, czy to wystarczy. Podchodzi do okna w kuchni i ostrożnie wygląda na ulicę przez szparę między framugą a zasłoną. Z trudem przełyka ślinę. Mężczyzna, którego zauważyła jakiś czas temu, znowu tam jest. Cholera jasna… Paulina oddycha coraz szybciej, czuje też, że pot wystąpił jej na czoło. Jak się dowiedzieli? Sięga po leżący na stole list od mamy i odczytuje dobrze znane linijki.
Kiedy odkryją, że rozmawiałaś z Davidem Lundem, a wiedz, że ci mężczyźni są dobrzy w ustalaniu takich rzeczy, zrozumieją, że o wszystkim wiesz. I będą próbowali cię dopaść.
Paulina znów dyskretnie wygląda na ulicę. Mężczyzna zapala papierosa, potem spogląda na kamienicę i jego wzrok wędruje w górę po fasadzie. Wygląda to tak, jakby nie wiedział, które okno jest jej. Przynajmniej na razie. Paulina czuje się jak ptak uwięziony w klatce.
Przecież nie ma nic wspólnego z tą sprawą.
Dosłownie nic.
Do telefonu od Davida została prawie doba. Jeszcze dwadzieścia dwie godziny i będzie mogła odetchnąć. Niech on się martwi tym, co będzie potem. Zbiera się na odwagę i jeszcze raz zerka na ulicę. Z kamienicy naprzeciwko wychodzi młoda kobieta. Mężczyzna rozgniata niedopałek obcasem, daje kobiecie buziaka na powitanie, po czym oboje odchodzą, trzymając się za ręce. Paulina oddycha z ulgą.
Fałszywy alarm.
Gdyby tylko chciała, mogłaby powęszyć w tej sprawie na własną rękę. Choćby po to, by się dowiedzieć, o co w tym chodzi. Czy naprawdę grozi jej niebezpieczeństwo, a jeśli tak, skąd może nadejść zagrożenie. I pewnie by to zrobiła, gdyby mama jej przed tym nie ostrzegła.
Musisz się liczyć z tym, że oni wiedzą, kim jesteś.
– Co ty sobie myślałaś, mamo? – mówi Paulina do okna.
Potem chyba po raz setny dochodzi do wniosku, że byłoby jej o wiele łatwiej, gdyby mama jej wytłumaczyła, kim są ci tajemniczy ludzie i dlaczego nie chcą, żeby się skontaktowała z Davidem Lundem. A tak Paulina nie ma nawet pojęcia, ilu ich jest.
I będą próbowali cię dopaść.
Co to właściwie znaczy? Czy zamierzają się włamać do jej mieszkania?
Ociera rękawem czoło mokre od potu.
– To popieprzony pomysł, żeby tak wysiadywać w domu, co nie, mamo? – mówi znów na cały głos.
Przechodzi do salonu i tam też wygląda na ulicę przez szparę między zasłonami. Jak na zamówienie, jej wzrok pada na rudowłosą kobietę w kwiecistej sukience. Nieznajoma stoi a skrzyżowaniu i rozmawia przez telefon. Od kamienicy Pauliny dzieli ją zaledwie dziesięć metrów. I Paulina jest pewna, że już tam była, kiedy wyglądała przez to okno poprzednim razem.
I będą próbowali cię dopaść.
Musisz zdążyć przed nimi.
Rudowłosa powoli oddala się ulicą. Wciąż trzyma telefon przy uchu. Może to tylko przywidzenie, ale Paulinie wydaje się, że kobieta odwraca się i zerka na jej kamienicę tuż przed tym, nim znika za rogiem.
Ponownie ociera czoło. Rękaw jest już całkiem mokry. Paulina idzie do przedpokoju i sprawdza, czy drzwi są zamknięte na klucz i czy założyła łańcuch. Napotyka swoje odbicie w lustrze i ledwie się rozpoznaje. Przeraża ją wylękniony wzrok i zapadnięte oczy. Jeszcze tylko doba i wszystko wróci do normy. Dwadzieścia dwie godziny i będzie mogła odetchnąć. Wie jednak, że to będzie najdłuższa doba w jej życiu.
– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – mówi Johan, wręczając Davidowi starannie zawinięty pakunek.
David się uśmiecha. Papier jest niebieski w różowe i srebrne kropki, a paczuszkę przewiązano złotą jedwabną wstążeczką. Nie pierwszy raz zadaje sobie pytanie, czy Johan widzi kolory inaczej niż pozostała część ludzkości.
– Dzięki. Bardzo mi miło – odpowiada. I mówi szczerze.
Otwiera prezent. To niewielki notatnik. Johan mruży oczy i spogląda na niego ponad niebieskimi oprawkami okularów. Odchyla się na oparcie skórzanego fotela. Materiał trzeszczy pod jego ciężarem. Johan posiwiał jeszcze przed pięćdziesiątką, a w ostatnich latach jego wypielęgnowana broda nabrała tego samego odcienia. Jest rówieśnikiem matki Davida, ale wygląda jak książkowa ilustracja dobrotliwego, posuniętego w latach psychologa. David ma jednak świadomość, że ów wygląd jest efektem świadomych zabiegów i że Johan nie żałuje srebrnego szamponu. Bo dlaczegóż miałby tego nie robić? W jego zawodzie liczy się wygląd budzący zaufanie.
Oprócz tego Johan zawsze ma na sobie najdziwniejsze, niemożliwe wręcz zestawy kolorów. Dziś padło na fioletową koszulę, rozpiętą pod szyją, by znalazło się trochę miejsca dla obszernego szalika w czerwoną kratkę, do tego włożył spodnie w kolorze latte i chabrowe buty. Jeden z ostatnich promieni zachodzącego słońca trąca brzeg niebieskich oprawek jego okularów.
– To kalendarz – wyjaśnia psycholog, wskazując skinieniem głowy na zeszyt w dłoni Davida. – Jak wiesz, w dawnych czasach musieliśmy zapisywać to, co mieliśmy do zrobienia danego dnia. Jestem przekonany, że dzięki temu łatwiej nam było o tym pamiętać. Poza tym to o wiele elegantsze niż aplikacja w telefonie.
David się uśmiecha i wkłada skórzany kalendarz z powrotem do papierowego opakowania, by się nie zniszczył w drodze do domu. Próbuje odgadnąć, czy Johan odczuwa ból. Podejrzewa, że na tym etapie to nieuniknione. Jednak psycholog wydaje się tak samo czujny jak zwykle. Jeśli cierpi, naprawdę świetnie to ukrywa. David nie zamierza go o to pytać. Wie, że nie może mu pomóc, może mu podarować tylko jedno – zachowywać się przy nim tak jak zwykle.
Kiedy David był dzieckiem, Johan był najlepszym przyjacielem jego matki. Sam oczywiście tego nie pamięta, Johan musiał mu o tym opowiedzieć. Znają się więc od czasów, gdy David jeszcze nie pojmował, co robi psycholog. Są jak rodzina. A ponieważ David nigdy nie poznał swojego ojca, Johan mu go praktycznie zastępował. Zanim David wyprowadził się z rodzinnego domu, próbował ustalić, kim jest jego biologiczny ojciec, ale matka odmówiła udzielenia jakichkolwiek informacji. Johan zawsze był przy nim.
I jakiś czas po tym, jak David przeniósł się do Sztokholmu, psycholog zrobił to samo. W miarę jak David coraz bardziej oddalał się od Ellen, aż praktycznie stracił z nią kontakt, on i Johan nawiązywali coraz bliższą więź. Ktoś mógłby rzec, że psycholog był od początku za blisko rodziny, by być terapeutą Davida, że byłoby lepiej, gdyby David rozmawiał z kimś nastawionym do niego neutralnie, ale on darzył Johana bezgranicznym zaufaniem.
Dlatego obecnie tak trudno mu się z nim widywać.
Odkąd wie, jak bardzo Johan jest chory.
– No dobrze. Czy jest coś, o czym chciałbyś mi dzisiaj opowiedzieć? – pyta psycholog, zakładając nogę na nogę.
David mruga kilkakrotnie, by powstrzymać łzy, które cisną mu się do oczu prawie za każdym razem, kiedy tu przychodzi. Zastanawia się nad tym pytaniem. No właśnie, czy jest coś, o czym chciałby dziś Johanowi opowiedzieć? Tak naprawdę chciałby pomówić o szoku, który nie opuścił go od chwili, gdy usłyszał, że Johanowi zostało tylko kilka miesięcy życia. Chętnie przeprosiłby go za to, że zareagował jak dziecko, krzyczał, że ktoś musiał się pomylić, zawalił swoją robotę, omyłkowo zamienił jakieś próbki. Mimo to o tym nie wspomina. Każdy przeżywa żal na własny sposób, a David nigdy nie był dobry w opowiadaniu o swoich uczuciach.
Poza tym jest przekonany, że Johan doskonale wie, co on czuje.
– Możemy porozmawiać o tym obrazie – proponuje, wskazując skinieniem głowy oprawione w złote ramy malowidło za biurkiem psychologa. – Powiesiłeś go tu po to, żeby przerazić swoich pacjentów na śmierć?
Johan podąża wzrokiem za spojrzeniem Davida. Wspomniany obraz jest reprodukcją dzieła przedstawiającego brodatego mężczyznę, który przyciska do podłoża głowę chłopca o nagim torsie. Chłopiec ma otwarte usta, jakby krzyczał, bo mężczyzna trzyma przy jego szyi duży nóż, jakby zamierzał mu poderżnąć gardło. Inny młodzieniec, też z obnażonym torsem, albo zachęca mężczyznę do użycia noża, albo chce go przed tym powstrzymać. Pokazuje na coś, czego David nie widzi. Postaci są otoczone drzewami, a ciemne kolory na płótnie sugerują, że zapada zmierzch. Jednak brodaty mężczyzna i obaj młodzieńcy wydają się jaskrawo oświetleni od góry. Z jakiejś przyczyny w kadrze załapał się również baran. Scena ta wpędza Davida w ponury nastrój.
– Zainteresował cię mój Caravaggio? – rzuca Johan z uśmiechem. – Oczywiście to tylko reprodukcja. Ale całkiem niezła. Przedstawia słynną scenę z Biblii, w której Bóg żąda od Abrahama, by złożył w ofierze swojego syna Izaaka i w ten sposób udowodnił mu swoją lojalność.
– Okej… ale po co powiesiłeś go w gabinecie? Ma coś symbolizować? Przestrzegać przed ślepą wiarą w autorytety? Takie jak psycholodzy?
– Aj! – wykrzykuje Johan i robi urażoną minę. – Odbieram to jako atak.
– Naprawdę nie rozumiem. Ty jesteś tym brodatym facetem trzymającym nóż?
– Ciekawa interpretacja – odpowiada Johan, gładząc brodę. – Wierz mi albo nie, ale naprawdę nie próbuję pozbawić moich pacjentów życia. Ale skoro już o tym rozmawiamy i skoro postrzegasz mnie jako Abrahama, w której roli na tym obrazie obsadziłbyś siebie?
– Nie próbuj na mnie psychologicznych sztuczek – ucina David z uśmiechem. – Nie w moje urodziny.
– Masz rację, zwracając uwagę na ten obraz. Odkąd go tutaj powiesiłem, wielu moich pacjentów identyfikuje się z którąś z postaci. Niektórzy widzą się w roli Abrahama zmuszonego do złożenia ofiary. To głównie ci, którzy zgłosili się do mnie, bo chcą zerwać z jakimś negatywnym zachowaniem. Czasem to niezwykle trudne, bo owo zachowanie bywa jedynym, jakie sobie przyswoili. Jeśli dobrze się przyjrzysz Abrahamowi na obrazie, zauważysz, że jego twarz wyraża głębokie cierpienie.
David wytęża wzrok. Rzeczywiście, brwi i skóra wokół oczu mężczyzny są zmarszczone.
– Inni widzą się na miejscu Izaaka, syna Abrahama – mówi dalej Johan. – To ci, co czują się bezsilni wobec sytuacji, w której utknęli. Jakby ktoś trzymał im nóż na gardle. Jeszcze inni uważają, że są jak trzecia postać, czyli anioł wysłany przez Boga po to, by w ostatniej chwili powstrzymał Abrahama. Ci z kolei inwestują ogromne ilości energii, próbując zmienić kogoś w swoim otoczeniu. Na końcu mamy jeszcze tych, którzy próbują uciec przed odpowiedzią i identyfikują się ze zwierzęciem, które widzisz w rogu obrazu. Ale to ten baran, o ironio, zostaje ostatecznie złożony w ofierze zamiast Izaaka. Próbując uniknąć zaangażowania w tej scenie, paradoksalnie biorą na siebie rolę zwierzęcia ofiarnego.
– Ty i Freud na pewno byście się polubili – stwierdza David. – Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Z którą postacią się identyfikujesz? O ile w ogóle zadajesz sobie to pytanie.
Johan spogląda na obraz.
– Jeszcze nie wiem – odpowiada ze wzrokiem pełnym uznania.
David uważa, że to wyjątkowo brzydkie malowidło.
– Podczas terapii zawsze trzeba coś poświęcić, żeby dotrzeć do prawdy – mówi dalej psycholog, nie odrywając oczu od reprodukcji obrazu Caravaggia. – Może to być duma albo błędne wyobrażenie o samym sobie. Przede wszystkim jednak poczucie komfortu. Terapia bywa brutalna. I Caravaggio mi o tym przypomina. Nie myśl sobie, że zapomniałem, że ty też nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
Davidowi prawie wyleciało ono z głowy.
– Czy jest coś, o czym chciałbym ci dzisiaj opowiedzieć? – powtarza. – Chyba tylko o zwykłych sprawach.
Postanowił, że przemilczy kwestię maila od Pauliny Mentzer. Nie jest jeszcze gotów poświęcić tę tajemnicę, Caravaggio może sobie mówić, co chce. Johan wyjmuje chusteczkę z kieszeni na piersi i odkasłuje w nią, nie spuszczając wzroku z Davida.
– Jak więc ci z nimi idzie? – pyta po chwili. – Z tymi zwykłymi sprawami?
David wzrusza ramionami i wygląda przez okno. Gabinet Johana mieści się na Södermalm, więc David ma do przejechania z Vallentuny spory kawałek, ale ten widok jest tego wart. Za szybą rozpościera się zatoka Riddarfjärden i przedzierające się przez warstwę chmur promienie słońca migoczą na powierzchni wody.
– Pytasz o to, jak sypiam? Stilnoct wciąż świetnie działa, muszę tylko pamiętać, żeby go wziąć.
– Zdarza ci się zapomnieć o wzięciu tabletki? – dziwi się Johan. – To niedobrze. Musisz je brać regularnie, po dwie każdego wieczoru. Nie chcemy, żeby wróciły bezsenności i lęki. No i te sny. – Urywa i uśmiecha się łagodnie.
– Dobrze, mamusiu – rzuca w odpowiedzi David.
– Mówię to z troski o ciebie. Wiem, jak źle się czujesz, kiedy ich nie bierzesz.
– Zgoda, ale… nie potrafię sobie przypomnieć czasów, kiedy nie brałem tych czy innych leków – mówi David. – Kiedyś musi się to skończyć.
Ma świadomość, że wielu ludzi zażywa leki na stałe. Może nawet większość tych, których zna. Mimo to za każdym razem, kiedy sięga po pigułkę, jakiś głos szepcze mu do ucha, że w jego życiu jest coś, nad czym nie ma żadnej kontroli. I to nie jest miłe uczucie.
– Musisz zdecydować, czy chcesz spać, czy nie – odpowiada Johan i przygląda mu się badawczo. – Ten sen wrócił, mam rację?
David ciężko wzdycha.
– Chyba nigdy do końca nie zniknął – stwierdza. – Ale tak, przyśnił mi się tej nocy.
– Opowiedz mi o nim – prosi psycholog. Unosi dłoń, widząc, że David próbuje zaprotestować. – Dawno o nim nie rozmawialiśmy i sądziłem, że na tym etapie zdołałeś się go pozbyć. No mów, co ci się przyśniło.
David zapada się głębiej w fotelu. Jego mebel też trzeszczy przy każdym ruchu. David oblizuje wargi. Potem zamyka oczy.
– To samo co zawsze – zaczyna. – Jest noc i biegnę po dużej łące. Zwykle robię to sam, ale tym razem ktoś biegł obok mnie. To się czasem zdarza. Nigdy nie udaje mi się zobaczyć, kto to jest, wiem tylko, że biegnę… biegniemy, żeby ratować życie. Musimy dotrzeć do końca tego pola. Tam będziemy bezpieczni. Ale ty to przecież wiesz.
– Ktoś was goni? – pyta Johan.
– Tak. Ale nie wiem, kto ani dlaczego uciekam. Mimo to strasznie się boję. W dodatku jest ciemno i woła za nami jakiś głos. Nie rozumiem słów. Wiem, że jeśli ten ktoś nas dogoni, stanie się coś strasznego.
– I jak tym razem skończył się ten sen?
David otwiera oczy i spogląda na Johana. Psycholog pochyla się w jego stronę. Zajączek rzucany na ścianę przez jego okulary podryguje trochę bliżej.
– Jak zwykle – odpowiada. – Nie dobiegam do celu. Można by się spodziewać, że po tylu latach śnienia tego samego coś w tym śnie mogłoby się czasem zmieniać, ale nic takiego się nie dzieje. Nieważne, jak długo biegnę, ten, kto mnie goni, ostatecznie mnie dopada. Wtedy się budzę zlany potem i ze smakiem krwi na języku.
– Zanim zdążysz sprawdzić, kto cię gonił – dodaje Johan, wolno kiwając głową.
Unosi okulary i łapie się dwoma palcami za nasadę nosa. – Naprawdę chciałbym ci jakoś pomóc w kwestii tego snu – mówi dalej. – Ale przez wszystkie lata praktyki psychologicznej nie spotkałem się z tak upartym zjawiskiem. Zalecam jednak, żebyś pamiętał o regularnym przyjmowaniu leków i wizytach w moim gabinecie.
– W porządku – odpowiada David. – Przyzwyczaiłem się już do tego snu. I wiesz, że zawsze przychodziłem, czy mi się śnił, czy nie. Możemy pomówić o czymś innym? Jak… jak ty się masz?
Na króciutką chwilę gaśnie iskra w oczach Johana. David ma wrażenie, jakby psycholog nagle się skurczył, jakby jakaś część jego postaci się rozwiała i został tylko cień. Jednak po chwili Johan się otrząsa i prostuje plecy.
– Wyśmienicie – oznajmia. – Ale nie spotykamy się po to, by rozmawiać o mnie. Jak w pracy? Wszystko w porządku? Jakaś część Davida oddycha z ulgą na wieść, że Johan nie chce o tym mówić. Nie wiedziałby, jak zareagować. Bo jak wyjaśnić komuś umierającemu, że się nie chce, by umierał? Albo że nie wie się, jak da się sobie bez niego radę?
– Czuję, że siedzę już trochę za długo w jednej firmie – odpowiada. – Chociaż dzięki temu stałem się naprawdę dobry w tym, co robię. Poza tym chyba jestem już za stary na to, żeby wychodzić po pracy tak często, jak życzą sobie tego Bjarne i Pär.
– Co to za jedni? – pyta Johan.
– Koledzy z pracy.
– Nie jestem pewien, czy przyczyna tkwi w twoim wieku – mówi dalej Johan, odkładając notatnik na stół. – Mimo że właśnie postarzałeś się o kolejny rok. Może następnym razem wykonamy kilka ćwiczeń, które pomogą ci zaufać innym? Dawno tego nie robiliśmy. Okej, Davidzie, myślę, że już pora. – Ostatnie zdanie psycholog wypowiada głębszym i bardziej doniosłym głosem. – Weź głęboki wdech i zamknij oczy. Poczuj, jak miękki jest twój fotel, jak ciepło czy też chłodno jest w gabinecie i jak równo porusza się twoja klatka piersiowa. Skup się na tym.
