Zwierzę ofiarne - Henrik Fexeus - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Zwierzę ofiarne ebook i audiobook

Fexeus Henrik

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

25 osób interesuje się tą książką

Opis

Kiedy David otrzymuje e-mail od nieznajomej kobiety, która twierdzi, że zna sekrety z jego dzieciństwa, nie wie, jak zareagować. Najchętniej zignorowałby wiadomość i skupił się na uporządkowaniu uczuć wobec pięknej i znanej prawniczki Florence. Problem w tym, że David nie pamięta swoich pierwszych dwunastu lat życia. Ciekawość okazuje się silniejsza i mężczyzna w końcu odpowiada na wiadomość.

Niedługo potem nieznajoma kobieta znika bez śladu, a David zostaje głównym podejrzanym. Ktoś zaczyna śledzić jego i wszystkich, na których mu zależy. Z pomocą Florence musi odkryć, kto stoi za tymi wydarzeniami i jakie znaczenie mają jego utracone wspomnienia.

W cieniu kryje się tajemnica sprzed lat, a ci, którzy zrobią wszystko, by prawda nigdy nie wyszła na jaw, mają naprawdę wiele do stracenia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 539

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 19 min

Lektor: Wojciech Masiak

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wtedy

1

Cho­wam się za zasłoną, żeby mnie nie zoba­czyli. Jest mi źle, bo wiem, że to ja popeł­ni­łem błąd. Ale nie zro­bi­łem tego naumyśl­nie. Kiedy idą przez pod­jazd do swo­ich samo­cho­dów, pod ich butami chrzę­ści żwir. Gdyby w końcu sobie poje­chali, prze­stałby mnie boleć brzuch.

Kiedy zro­bię swoje, zwy­kle dostaję lody. Ale dziś mama wpa­dła w złość. Powie­działa, że wszystko psuję, kiedy robię nie to, co trzeba. Bo kiedy jej zna­jomi patrzą, zawsze mam robić to samo. Nie wiem dla­czego, prze­cież umiem robić kilka róż­nych rze­czy naraz. To o wiele faj­niej­sze. Ale mama uważa ina­czej. No i nie dosta­łem lodów.

Nie pozwo­lono mi nawet zostać na par­te­rze tak długo jak zwy­kle. Ale aku­rat to nie było takie złe. Ci, któ­rzy do nas przy­cho­dzą, śmieją się i patrzą na mamę tak, jak nie lubię. Nie chcę z nimi sie­dzieć, kiedy nie muszę. Nie lubię ich. Sie­dzę więc teraz w swoim pokoju i wyglą­dam przez okno.

Zna­jomi mamy podają sobie ręce na pod­jeź­dzie.

Potem samo­chody wresz­cie odjeż­dżają.

W sumie mój pokój jest w porządku. Ale sie­dzę w nim pra­wie przez cały czas. Chciał­bym cza­sem pójść w jakieś inne miej­sce. Nie tylko na traw­nik, żeby się poba­wić. Działka i las wokół domu są ogromne i lubię tam być, ale wiem, że za nimi też coś jest. Drzewa ota­cza­jące dom nie się­gają do końca świata. Ani jezioro z tyłu. A żwi­rowa droga, którą odjeż­dżają samo­chody, musi dokądś pro­wa­dzić. Chciał­bym wie­dzieć, co to za miej­sce.

Odpro­wa­dzam wzro­kiem czer­wone świa­tła ostat­niego auta, aż zni­kają z pola widze­nia. Ból w żołądku wresz­cie ustaje. Prze­glą­dam komiks. Rwę na strzępy kartkę. Potem gram chwilę na nie­bie­skiej gita­rze, którą dosta­łem w pre­zen­cie, ale brzmi dziw­nie, więc ją odkła­dam.

Mama puka do pokoju. Cze­ka­łem, aż to zrobi.

– Musimy poroz­ma­wiać – rzuca przez zamknięte drzwi.

Led­wie sły­szę jej głos, drzwi na pię­trze są stare i grube. Nie zależy jej nawet na tym, żeby wejść.

– Muszę co chwila wymy­ślać coś nowego, żeby nie stra­cili zain­te­re­so­wa­nia – mówi dalej. – Utrud­niasz mi to, kiedy jesteś taki jak dziś. Następ­nym razem posta­raj się być bar­dziej… sku­piony. Bo jeśli nie pora­dzisz sobie nawet z tym, jaki będę miała z cie­bie poży­tek?

Jakaś część mnie chce jej odpo­wie­dzieć. To moja mama, nie powinna tak do mnie mówić. Ale wolę nie wie­dzieć, co by się stało, gdy­bym prze­stał być jej potrzebny.

– Sku­piony – szep­czę do sie­bie. Ważę to słowo na języku. – Muszę być bar­dziej sku­piony.

Poniedziałek

2

David uspo­kaja oddech przez minutę. Potem mruga kilka razy w ciem­no­ści, obraca głowę i spo­gląda w stronę zegara, lecz osoba leżąca obok niego w łóżku zasła­nia wyświe­tlacz. David unosi się na łok­ciu, by spraw­dzić godzinę. Czer­wone cyfry poka­zują 02:45. Wciąż jest noc.

David ponow­nie opada na poduszkę i stwier­dza, że jest cała mokra od potu. Cie­kawi go, czy tym razem wydał jakiś dźwięk. Czy krzy­czał przez sen? Ale postać zaj­mu­jąca drugą połowę łóżka tylko głę­boko wzdy­cha i zrzuca z sie­bie koł­drę. Nie obu­dziła się. David wpa­truje się w ciem­ność, w sufit nad swoją głową. Wie, że może zapo­mnieć o ponow­nym zaśnię­ciu. Nie połknął table­tek, nim poło­żył się spać. On i postać obok byli zajęci czymś innym. Teraz poża­ło­wał, że ich nie wziął. Adre­na­lina krąży w jego żyłach, akty­wu­jąc mię­śnie, jakby za chwilę miał ucie­kać. Albo z kimś się bić.

Bada wzro­kiem kon­tury ciała Flo­rence, wpa­da­jący do sypialni pro­mień księ­ży­co­wego świa­tła spra­wia, że jej syl­wetka zdaje się świe­cić wła­snym bla­skiem. Jakby była ze sre­bra. Jej roz­rzu­cone na poduszce włosy przy­wo­dzą na myśl wachlarz i obra­mo­wują jej pięk­nie wyrzeź­bioną twarz. Na ten widok David czuje kłu­cie w piersi. Dobrze, że Flo­rence go nie widzi, bo pew­nie wygląda jak dureń.

Poznali się przez apli­ka­cję kilka tygo­dni temu. Żadne z nich nie szu­kało sta­łego związku, Flo­rence jest świeżo po roz­wo­dzie, a on dawno dał sobie spo­kój z pró­bami utrzy­ma­nia trwa­łej rela­cji. Spo­ty­kają się więc na rów­nych, jasnych warun­kach. Nie skła­dają sobie obiet­nic wybie­ga­ją­cych poza tych kilka godzin, które spę­dzają we dwoje. Z ini­cja­tywy Flo­rence zawsze widują się u Davida, w sze­re­gówce w Val­len­tu­nie. Zapewne jego lokum jest bar­dziej bez­oso­bowe niż miesz­ka­nie Flo­rence. Flo­rence może też wyjść, kiedy tylko ma ochotę. David nie może więc się nadzi­wić, że wciąż tutaj jest, mimo tak póź­nej godziny. Znów na ią patrzy, a jego serce wyko­nuje w piersi dzi­waczną woltę.

– Masz trzy­dzie­ści pięć lat – szep­cze do sie­bie. – Prze­stań się zacho­wy­wać jak nasto­la­tek. Dobrze wiesz, że to się nie uda.

Wymyka się z łóżka i rusza do kuchni. Po dro­dze mija salon. Zerka na zaczęte puz­zle na ławie przed kanapą i czuje chęć, by do nich podejść. Powstrzy­muje się jed­nak i idzie dalej. W kuchni nalewa sobie szklankę wody i opróż­nia ją kil­koma dużymi łykami. Okno kuchenne wycho­dzi na park z pla­cem zabaw, wokół któ­rego stoją wszyst­kie oko­liczne budynki miesz­kalne. Zjeż­dżal­nia i ścianka wspi­nacz­kowa odci­nają się wyraź­nie w bla­sku księ­życa. Spra­wiają ponure wra­że­nie. Żyjąc w tym miej­scu, powinno się mieć dzieci. Powinno się sie­dzieć na malut­kim tara­sie na tyłach domu i patrzeć, jak pocie­chy bawią się w parku. Nie stać nago w kuchni w środku nocy i strzą­sać z sie­bie kosz­marne sny. Jed­nak David nie ma dzieci. Nie doro­bił się potom­stwa, które mogłoby w pia­skow­nicy rzu­cać zabaw­kami w rówie­śni­ków. Prze­raża go już sama myśl, że miałby wziąć odpo­wie­dzial­ność za czy­jeś życie. Ze swo­jego dzie­ciń­stwa nie pamięta wła­ści­wie nic. Jak więc miałby zapew­nić je komuś innemu?

Wie, że wielu ludzi dziwi fakt, iż nie zacho­wał wspo­mnień z cza­sów, kiedy był mały. Jed­nak David nie ma z tym pro­blemu. Mało kto pamięta cokol­wiek z pierw­szych pię­ciu lat życia. Co z tego, że u niego ów okres wydłu­żył się o kolejne sie­dem czy dzie­sięć lat? To żadna róż­nica. Nie musi prze­żyć dzie­ciń­stwa, by być szczę­śliwy jako doro­sły czło­wiek.

Zresztą, chrza­nić to. Teraz już cał­kiem się roz­bu­dził. Z przy­zwy­cza­je­nia otwiera leżą­cego na bla­cie lap­topa i przez chwilę, zza przy­mru­żo­nych powiek, wpa­truje się w świe­cący jaskrawo ekran, nim udaje mu się go przy­ciem­nić. Spraw­dza maile, choć jest prze­ko­nany, że w nocy nie przy­szło nic pil­nego.

Więk­szość wia­do­mo­ści w skrzynce odbior­czej ma zna­czek spamu. Przez to pra­wie prze­oczył jeden bez ozna­ko­wa­nia. Nadaw­czy­nią jest nie­jaka Pau­lina Ment­zer. David ni­gdy wcze­śniej ie sły­szał tego imie­nia i nazwi­ska. W tytule wia­do­mo­ści wid­nieje jedno słowo: „Kon­takt”. Wysłano ją o 02.14, pół godziny temu. W środku nocy. Zapewne to też zwy­kły spam, który prze­śli­zgnął się przez filtr, może reklama witryny rand­ko­wej peł­nej Rosja­nek. Mimo to David nie lubi trwać w nie­pew­no­ści, więc otwiera wia­do­mość. Czyta pierw­szą linijkę, bio­rąc kolejny łyk wody.

Cześć, Davi­dzie,

ie znasz mnie, ale mój tato i twoja mama znają się ze Smålandii.

David marsz­czy czoło i odsta­wia szklankę. Jego matka… To ostat­nia osoba, o jakiej ma ochotę myśleć. Wystar­czy, że jutro będzie musiał poroz­ma­wiać z nią przez tele­fon. Mruga ener­gicz­nie, by ode­gnać sen, który wresz­cie posta­no­wił nadejść, i po chwili czyta dalej.

Chcę się z Tobą skon­tak­to­wać, żeby poroz­ma­wiać o tym, co spo­tkało Cię w dzie­ciń­stwie. Rozu­miem, że to draż­liwy temat, ale cho­dzi o naszych rodzi­ców…

David tłumi ziew­nię­cie. Draż­liwy temat. Może dla niej. Na pewno nie dla niego. Ta Pau­lina może sobie gadać o ich rodzi­cach, ile chce. Nic go to nie obcho­dzi. I wie, że by­naj­mniej nie postę­puje nie­roz­sąd­nie, jego matka też nie zamie­rza o tym mówić. David zamyka okno wia­do­mo­ści, zatrza­skuje lap­topa i wraca do sypialni, do Flo­rence. Staje w progu i jesz­cze raz patrzy na jej nagie ciało w jego łóżku. Wycią­gnęła się z taką bez­tro­ską i oczy­wi­sto­ścią, jakby przy­na­le­żała do tego miej­sca. David kręci głową na tę myśl. Wie, że nie powi­nien sobie wbi­jać do głowy takich rze­czy. Za kilka godzin Flo­rence się obu­dzi, włoży ubra­nie, pój­dzie sobie i nie poświęci mu ani jed­nej myśli do następ­nego spo­tka­nia. I to dla niego jest okej.

Siada na kra­wę­dzi łóżka i wysuwa szu­fladę szafki noc­nej. Książka leży na swoim miej­scu, jak zawsze. Ma ją od małego. To jedna z nie­licz­nych rze­czy, jakie zabrał z domu rodzin­nego. Zawsze miał ją bli­sko sie­bie. Teraz gła­dzi dło­nią okładkę i pró­buje sobie wyobra­zić sied­mio­let­niego Davida prze­rzu­ca­ją­cego strony, marzą­cego o jakiejś przy­go­dzie. Ale, jak zwy­kle, pamięć go zawo­dzi. Książka nie przy­wo­łuje żad­nych wspo­mnień, nie prze­nosi go w daleką prze­szłość. W gło­wie świta mu jedy­nie blada myśl, że kie­dyś, dawno temu, ta książka była dla niego bar­dzo ważna.

David zasuwa szu­fladę i kła­dzie się na łóżku. Ostroż­nie, by nie obu­dzić Flo­rence. Naj­wy­raź­niej potrzebny jej sen. Flo­rence przy­suwa się odru­chowo bli­żej niego, a on kła­dzie dłoń na jej poły­sku­ją­cym sre­brem bio­drze. Czuje, jak dotyk cie­płej, gład­kiej skóry łago­dzi w nim stres. Wtula się w nią na łyżeczkę i obej­muje ją ramie­niem. Wzdy­cha z zachwy­tem. Gdy nasta­nie dzień, oboje będą uda­wali, że to się nie zda­rzyło. Ale w nocy jest ina­czej.

3

Flo­rence prze­kra­cza próg drzwi miesz­ka­nia na Östermalm w tej samej chwili, w któ­rej roz­dzwa­nia się tele­fon. To na pewno Léontine, jej naj­star­sza sio­stra. Tylko ona dzwoni tak wcze­snym ran­kiem.

Flo­rence i Léontine. Wszystko przez rodzi­ców. Od zawsze byli skraj­nymi fran­ko­fi­lami, nie tylko wzięli ślub w Paryżu, ale też uwiel­biają fran­cu­skie kino, a waka­cje spę­dzają wyłącz­nie w Pro­wan­sji lub Nicei. Flo­rence jest prze­ko­nana, że kiedy tylko ona i jej rodzeń­stwo patrzą w inną stronę, palą nawet Gau­lo­ises’y bez fil­tra. Oczy­wi­ste więc, że ich dzieci musiały dostać imiona tak fran­cu­skie, jak się tylko dało. Flo­rence uważa, że w jej przy­padku nie jest źle. Oprócz o dzie­sięć lat star­szej Léontine, na którą wszy­scy, rów­nież naj­bliżsi przy­ja­ciele, od zawsze mówili Leo, Flo­rence ma drugą sio­strę, Phi­lo­mene, star­szą o osiem lat, do któ­rej zwraca się Phil, nie­za­leż­nie od tego, czy Phi­lo­mene sobie tego życzy, czy nie, oraz brata o imie­niu Ber­nard. Ten ostatni jest naj­bar­dziej zbli­żony wie­kiem do Flo­rence – tylko dwa lata od niej młod­szy. Co cie­kawe – o iro­nio – ich rodzice noszą imiona Anders i Svea – co Flo­rence i jej rodzeń­stwo czę­sto im wyty­kają.

Flo­rence odbiera tele­fon, spraw­dza­jąc, czy Gray­son nie zosta­wił ubrań w przed­po­koju. Wyczuwa w powie­trzu słod­kawy i mdły zapach jego per­fum, a to znak, że wyszedł nie daw­niej niż kilka godzin temu, cho­ciaż wie­dział, że Flo­rence zamie­rzała wró­cić tu wie­czo­rem i wów­czas miało go już nie być.

– Co, do cho­lery… – mam­ro­cze pod nosem.

– Słu­cham? – rzuca jej sio­stra na dru­gim końcu linii.

– Sorry, to nie do cie­bie.

– Masz szczę­ście, bo mogła­byś zapo­mnieć o pre­zen­tach gwiazd­ko­wych.

– Pre­zen­tach gwiazd­ko­wych? W paź­dzier­niku?

Flo­rence pró­buje słu­chać, ale zapach per­fum nie daje jej spo­koju i budzi w niej złość. A kon­kret­nie ten rodzaj wście­kło­ści, który od jakie­goś czasu ma zare­zer­wo­wany tylko dla byłego męża. Zaci­ska zęby i pró­buje nad sobą zapa­no­wać.

– Nie. Po pro­stu mama i tato chcą wie­dzieć, czy przy­je­dziesz na święta – odpo­wiada Léontine. – Wła­ści­wie dla­tego do cie­bie dzwo­nię.

Przez krótką chwilę Flo­rence czuje się kom­plet­nie sko­ło­wana. Myśl o Gray­so­nie roz­pływa się na moment. Boże Naro­dze­nie wydaje się nie­skoń­cze­nie odle­głe, jesień led­wie zdą­żyła zapu­kać do drzwi. Ale ich rodzice uwiel­biają pla­no­wać. W dodatku Anders i Svea, na prze­kór sta­ty­sty­kom, nie tylko pozo­stają mał­żeń­stwem od ponad czter­dzie­stu lat, ale są też w sobie wręcz nie­przy­zwo­icie zako­chani.

– Przy­jadę – potwier­dza Flo­rence. – Ale jeśli tato znów zamie­rza spre­zen­to­wać mamie jedną z tych prze­zro­czy­stych koszu­lek noc­nych, odwrócę się i wyjdę. Ist­nieją gra­nice przy­zwo­ito­ści, któ­rych nie wolno prze­kra­czać.

Léontine śmieje się jej do ucha.

– Nie omiesz­kam prze­ka­zać im two­jej prośby. Powiedz jesz­cze… nie wiem, czy w ogóle muszę o to pytać, ale… będziesz sama, prawda?

– Roz­wio­dłam się nie­całe sześć mie­sięcy temu – mówi Flo­rence. – Naprawdę myślisz, że jestem taka szybka?

– Całe szczę­ście, że nie przy­ję­łaś jego nazwi­ska – komen­tuje Léontine. – I jeśli mam być szczera, nie mogłam zro­zu­mieć, co widzia­łaś w tym face­cie.

Flo­rence wie, że to nie­prawda. Na samym początku Léontine była nim urze­czona tak samo jak pozo­stali. Ale cie­szy ją fakt, że sio­stra opo­wie­działa się po jej stro­nie.

– Wiem, powin­nam była zaufać pierw­szemu wra­że­niu – odpo­wiada, wcho­dząc głę­biej do miesz­ka­nia.

Wszę­dzie widać ślady obec­no­ści Grey­sona. Flo­rence pró­buje oddy­chać przez nos. Poznali się na stu­diach praw­ni­czych, na któ­rych Grey­son cie­szył się popu­lar­no­ścią gwiazdy rocka. Kilka lat wcze­śniej jego rodzina spro­wa­dziła się do Szwe­cji ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych i od tam­tej pory sza­lały za nim wszyst­kie dziew­czyny. Za to Flo­rence nie była nim na początku ani tro­chę zain­te­re­so­wana.

– Pamię­tam, jak opo­wia­da­łaś o gościu z tego samego roku, który wyda­wał ci się strasz­nie powierz­chowny i sku­piony na osią­ga­niu suk­ce­sów – cią­gnie Léontine, par­ska­jąc śmie­chem. – Cho­ciaż zna­czący był już sam fakt, że w ogóle o nim wspo­mi­na­łaś, bo to samo można było powie­dzieć o wszyst­kich ludziach, któ­rzy z tobą stu­dio­wali.

– Dodam na swoją obronę, że póź­niej Gray­son się zmie­nił – odpo­wiada Flo­rence.

Roz­ma­wiały o tym już nie­je­den raz. Ojciec jej byłego męża zacho­ro­wał na par­kin­sona. Wszystko poto­czyło się w zawrot­nym tem­pie. W ostat­nich tygo­dniach życia taty Gray­son stał się cał­kiem inną osobą. Nie cho­dziło mu już tylko o to, żeby bry­lo­wać w restau­ra­cji Stu­re­hof, a Flo­rence zaczęła go widy­wać w biblio­tece pochy­lo­nego nad któ­rąś z ksią­żek Daniela Den­netta lub jakie­goś innego filo­zofa. Ów nowy, sto­no­wany Gray­son, tak różny od chło­paka pole­wa­ją­cego wszyst­kim przy barze z bute­lek z logo Per­nod Ricard, być może nie był już tak zabawny dla szer­szego grona zna­jo­mych, lecz Flo­rence zaczęła go darzyć sza­cun­kiem. Poza tym wciąż wyglą­dał jak ame­ry­kań­ski odpo­wied­nik grec­kiego boga. Zaczęli się razem uczyć, a potem sprawy poto­czyły się same.

– Pew­nie ci nie prze­szka­dzało, że jest takim cia­chem – rzuca iewin­nym tonem Léontine. – Świ­nia z niego, ale wyjąt­kowo sek­sowna.

– Przy­mknij się, babsz­tylu jeden – odcina się Flo­rence, wcho­dząc do kuchni. Na bla­cie stoją trzy butelki po szam­pa­nie marki Bol­lin­ger.

– Niech cię jasna… – wybu­cha Flo­rence, lecz hamuje się w poło­wie zda­nia. – To nie do cie­bie, Léontine.

Flo­rence i Gray­son wzięli ślub. Po jakimś cza­sie dawne zacho­wa­nia Gray­sona zaczęły wra­cać. Kiedy Flo­rence otwo­rzyła kan­ce­la­rię, powie­dział – cał­kiem serio – że jej wybory zawo­dowe uka­zują go w złym świe­tle. Że przez nie czuje się nie­mę­ski. Flo­rence prze­suwa flaszki i wyciera roz­chla­pany alko­hol. – Sły­szę, że jesteś zajęta – mówi Léontine. – Prze­każę mamie i tacie, że przy­je­dziesz. I żeby sobie daro­wali prze­świ­tu­jące koszulki.

Sio­stra Flo­rence milk­nie na moment, lecz po chwili dodaje to, co Flo­rence i tak spo­dzie­wała się usły­szeć:

– Całe szczę­ście, że nie doro­bi­li­ście się dzieci. – Śmieje się krótko i odkłada słu­chawkę, ale tym razem w jej śmie­chu da się wyczuć napię­cie.

No wła­śnie. Dzieci. Léontine ma dwoje nasto­lat­ków i na co dzień użera się z wszyst­kimi uciąż­li­wo­ściami zwią­za­nymi z ich wie­kiem. Phil ma syna, który nie­ba­wem skoń­czy dzie­sięć lat. Ber­nard i jego żona nie mają tyle szczę­ścia i wła­śnie pod­cho­dzą do czwar­tej próby in vitro. Żadne z rodzeń­stwa nie może pojąć, dla­czego Flo­rence posta­no­wiła odło­żyć macie­rzyń­stwo na póź­niej. Kiedy wyszła za mąż, na chwilę ożyła w nich nadzieja, ale teraz, gdy się roz­wio­dła, zaczęli wręcz oka­zy­wać znie­cier­pli­wie­nie. Rzecz jasna, żadne z nich nie ma odwagi zapy­tać ją o to wprost, są na to zbyt dobrze wycho­wani, lecz ich uwagi bywają dokucz­liwe. Flo­rence podej­rzewa, że Hanna, żona Ber­narda, wręcz jej nie znosi, bo Flo­rence świa­do­mie nie decy­duje się na coś, o co ona i Ber­nard muszą toczyć ciężką walkę. I Flo­rence do pew­nego stop­nia ich rozu­mie. Jed­nak żadne z rodzeń­stwa nie wybrało takiego zawodu jak ona. Nie można mieć wszyst­kiego. Ona też musiała okre­ślić swoje prio­ry­tety. I nie zamie­rza niczego żało­wać. Trudno jest zna­leźć czas i na dzieci, i na kan­ce­la­rię.

W dodatku znów jest sin­gielką.

Uprząta butelki po szam­pa­nie, bio­rąc każdą w dwa palce, by mieć z nimi jak naj­mniej­szą stycz­ność, i wkłada je do worka na szkło. Ponie­waż sytu­acja na rynku miesz­ka­nio­wym w mie­ście jest, jaka jest, ona i Gray­son muszą się dzie­lić miesz­ka­niem na czas poszu­ki­wa­nia dru­giego lokum. Na razie usta­lili, że będą je zaj­mo­wali na zmianę. Mieli się wymie­nić wczo­raj, a Flo­rence zja­wiła się dopiero tego ranka tylko dla­tego, że zasnęła u Davida. Zwy­kle ni­gdy nie zostaje u niego na noc. Zwłasz­cza z nie­dzieli na ponie­dzia­łek.

Zgod­nie z umową miesz­ka­nie powinno być prze­ka­zane w takim sta­nie, w jakim się je zastało – czyli bez śla­dów po sobie. Ale były mąż Flo­rence jest mistrzem w zazna­cza­niu swo­jej obec­no­ści, zosta­wia­niu śla­dów, które mają rze­komo świad­czyć o tym, jak fan­ta­stycz­nie mu się wie­dzie od ich roz­sta­nia. Flo­rence sta­wia podzwa­nia­jący butel­kami worek przy drzwiach wyj­ścio­wych.

– Założę się, że robi to spe­cjal­nie – mam­ro­cze pod nosem. Trzy flaszki szam­pana. Pew­nie przy­pro­wa­dził tu jakąś stu­dentkę prawa i porząd­nie ją spił.

Flo­rence prze­cho­dzi do sypialni, żeby przed wyj­ściem prze­brać się w coś, co nie będzie świad­czyło o jej noc­nych wyczy­nach, i zastaje tam przed­miot, który dopro­wa­dza buzu­jącą w niej złość do tem­pe­ra­tury wrze­nia. Na bia­łym dywa­nie leży roz­pa­ko­wana pre­zer­wa­tywa. Nie­uży­wana, lecz mimo to spo­czywa sobie na środku pokoju jakby ni­gdy nic. To nie przy­pa­dek. Flo­rence roz­waża przez moment, czy nie powinna oskar­żyć Gray­sona o mole­sto­wa­nie, lecz docho­dzi do wnio­sku, że jego spo­soby na zazna­cza­nie swo­jej wła­dzy są po pro­stu żało­sne. Idzie więc do kuchni, po chwili wraca do sypialni ze szczyp­cami do grilla i pod­nosi nimi kon­dom. Nie zamie­rza doty­kać niczego, co mogło mieć stycz­ność z jaką­kol­wiek czę­ścią ciała Gray­sona. Wkłada zna­le­zi­sko do koperty, a potem dołą­cza liścik.

Cześć, Gray­son,

zosta­wi­łeś to na pod­ło­dze w moim miesz­ka­niu. Pomy­śla­łam sobie, że będziesz chciał go odzy­skać, bo wygląda na nie­uży­wany. Widzia­łam też butelki. Suge­ruję, żebyś w przy­szło­ści wybie­rał coś tań­szego, skoro musisz wlać w dziew­czynę aż tyle, żeby zgo­dziła się z tobą prze­spać.

Z ser­decz­nymi pozdro­wie­niami

Flo­rence

Adre­suje kopertę do firmy, w któ­rej pra­cuje jej były mąż, celowo zapi­su­jąc jej nazwę nad imie­niem i nazwi­skiem Gray­sona. Dzięki temu, zanim list trafi na jego biurko, otwo­rzy go Ceci­lia w recep­cji. A Ceci­lia trzyma z Flo­rence. I lubi plot­ko­wać.

Flo­rence patrzy na zega­rek i stwier­dza, że jed­nak nie zdąży się prze­brać. Jakoś opę­dzi ten dzień we wczo­raj­szych ciu­chach. Wrzu­ciła już do torebki dez­odo­rant i kosme­tyki do maki­jażu. Wkłada do niej jesz­cze czy­ste majtki i odno­to­wuje w myślach, by nie zapo­mnieć nadać listu. Gray­son powi­nien był się nauczyć, że z Flo­rence Tap­per lepiej nie zadzie­rać.

4

Pau­lina czyta wysłany nocą mail. Żałuje, że go napi­sała. Zro­biła to dopiero za trze­cim razem, wcze­śniej dwu­krot­nie kaso­wała tekst i usu­wała list ze skrzynki z wer­sjami robo­czymi. Aż w końcu, tuż po dru­giej w nocy, udało jej się skle­cić coś, co jako tako ją zado­wa­lało. Dobrała słowa tak, by nie powie­dzieć ani za dużo, ani za mało.

A przy­naj­mniej tak uwa­żała wtedy.

Lecz teraz, pięć godzin póź­niej, nie jest już taka pewna. Powinna padać z nóg, bo nie zmru­żyła oka przez całą noc, ale ten cho­lerny mail zaprzą­tał jej myśli jak chmara bzy­czą­cych koma­rów i nie mogła się od nich opę­dzić. Gdyby ktoś inny popro­sił ją o nawią­za­nie kon­taktu z cał­kiem obcą osobą w podob­nych oko­licz­no­ściach, z pew­no­ścią by odmó­wiła. Ale mama zawsze przy­cho­dziła jej z pomocą. Nie­ważne, czy Pau­li­nie doku­czał jakiś dzie­ciak w szkole, czy uwziął się na nią tre­ner siat­kówki, mama zawsze trzy­mała jej stronę, gotowa roz­szar­pać nie­przy­ja­ciela. Sta­wała do walki nawet po tym, jak jej się pogor­szyło. Nikt nie miał prawa krzyw­dzić jej córki.

Pau­lina miała więc świa­do­mość, że musi to dla niej zro­bić. Mama ciężko cho­ro­wała przez rok, a dwa mie­siące temu, tuż po jej śmierci, Pau­lina zna­la­zła list. Leżał w szu­fla­dzie i był zaadre­so­wany do niej. Na koper­cie wid­niał napis: „Otwórz po mojej śmierci”. Mama nie wspo­mniała o nim, kiedy jesz­cze żyła. W pierw­szej chwili Pau­lina pomy­ślała, że cho­dzi o jakąś zmianę w testa­men­cie, lecz nie mogła się bar­dziej pomy­lić. Ow­szem, list zawie­rał pewien rodzaj spadku, ale by­naj­mniej nie to, czego Pau­lina ocze­ki­wała.

Mama pro­siła w nim, by Pau­lina skon­tak­to­wała się z nie­ja­kim Davi­dem Lun­dem z Val­len­tuny.

Nie podała jed­nak żad­nych szcze­gó­ło­wych instruk­cji.

Pau­lina wrzu­ciła więc hasło David Lund, Val­len­tuna do wyszu­ki­wa­rek adre­sów hitta.se i eniro.se, i uzy­skała jedno tra­fie­nie. Zało­żyła więc, że to wła­ściwa osoba. David Lund zde­cy­do­wał się jed­nak nie poda­wać numeru tele­fonu, poznała więc tylko adres pocz­towy. Googlo­wała więc dalej, aż namie­rzyła firmę, w któ­rej pra­co­wał, i na szczę­ście na jej stro­nie wid­niały adresy mailowe pra­cow­ni­ków. Pau­lina uwa­żała, że na począ­tek lepiej wysłać list niż zadzwo­nić. Bo jak mia­łaby mu na dzień dobry powie­dzieć coś, co brzmiało jak kom­pletne bred­nie? Lecz nawet sfor­mu­ło­wa­nie maila zajęło jej aż trzy próby. Skoro jed­nak zde­cy­do­wała się na taką formę kon­taktu, teraz musiała zacze­kać na odpo­wiedź.

Znała już na pamięć list pozo­sta­wiony jej przez mamę. Mimo to pod­nosi go ze sto­lika przed kanapą i czyta jesz­cze raz. Ostatni aka­pit kil­ka­krot­nie.

Pro­szę Cię, żebyś uwa­żała. Musisz się liczyć z tym, że oni wie­dzą, kim jesteś. Jeśli odkryją, że roz­ma­wia­łaś z Davi­dem Lun­dem, a wiedz, że ci męż­czyźni potra­fią usta­lać takie rze­czy, zro­zu­mieją, że o wszyst­kim wiesz. Musisz być od nich szyb­sza. Będą pró­bo­wali Cię dopaść.

Żad­nych nazwisk. Żad­nego kon­kretu, na kogo powinna uwa­żać. W prak­tyce ozna­czało to, że od tam­tej chwili Pau­lina musiała się mieć na bacz­no­ści przed każdą napo­tkaną osobą. Napi­sała Davi­dowi, że coś wie. Pyta­nie brzmi, kto jesz­cze dys­po­nuje tą samą wie­dzą. I kto będzie miał na nią oko. Albo już ją obser­wuje.

Zakle­iła kamerkę lap­topa maleńką kar­teczką, lecz nie jest pewna, czy to wystar­czy. Ist­nieją inne spo­soby na śle­dze­nie ludzi. Iso­bel, jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka, uważa, że Pau­lina ma skłon­ność do dra­ma­ty­zo­wa­nia. I zapewne ma rację.

Ale to nie ozna­cza, że nikt Pau­liny nie obser­wuje.

Wygląda przez okno i patrzy na rzekę ludzi śpie­szą­cych do pracy czy szkoły. Zaczął się już poranny ruch. Wszy­scy dokądś zmie­rzają. Wzrok Pau­liny zatrzy­muje się na męż­czyź­nie w sza­rym płasz­czu, idą­cym o wiele wol­niej niż reszta prze­chod­niów. Kiedy nie­zna­jomy mija jej kamie­nicę, zadziera głowę i spo­gląda w górę. Jakby cze­goś szu­kał.

Pau­lina robi odru­chowo krok w tył.

O cho­lera.

Nie powinna była wysy­łać tego maila. Nie może oprzeć się wra­że­niu, że poru­szyła lawinę. Wielką i bar­dzo, ale to bar­dzo nie­bez­pieczną. I nie da się jej już zatrzy­mać.

5

Kre­skin posyła Davi­dowi spoj­rze­nie tak pełne uda­wa­nego cier­pie­nia, że David par­ska śmie­chem. Wiel­kie oczy należą do sza­rego bul­doga fran­cu­skiego z białą plamą na brzu­chu – stwo­rze­nia, któ­rego życio­wym celem jest ścią­ga­nie na sie­bie nie­po­dziel­nej uwagi swo­jego pana. David zwy­kle nie uchyla się przed tym obo­wiąz­kiem, ale w tej chwili sie­dzi przy stole w kuchni, popija poranną kawę i mnie w pal­cach kar­teczkę zło­żoną na pół. Cze­kała na niego na bla­cie, gdy się obu­dził.

Jego imię zapi­sano na wierz­chu brą­zo­wym atra­men­tem. Dziwny kolor, choć wyjąt­kowo ele­gancki. Kar­teczkę musiała zosta­wić Flo­rence. Na co dzień kon­tak­tują się przez apkę w tele­fo­nie, Flo­rence mogła jej użyć, ale z jakie­goś powodu tego nie zro­biła. Poświę­ciła czas na spo­rzą­dze­nie odręcz­nej notatki. Podoba mu się to. Ale dla­czego aku­rat dziś? Nie mogła wie­dzieć, że to szcze­gólna oka­zja. A może nie­chcący wczo­raj o tym wspo­mniał?

Kre­skin stoi na tyl­nych łap­kach, opiera przed­nie na udzie Davida i ma wyraź­nie nie­za­do­wo­loną minę. David ujmuje kar­teczkę obiema dłońmi, jakby trzy­mał wielki skarb, po czym ją otwiera. Wid­nieją na niej tylko trzy słowa:

Gdy­byś mnie potrze­bo­wał.

Potem jest rząd cyfr. David odczy­tuje numer tele­fonu psu, lecz na zwie­rzaku nie robi to więk­szego wra­że­nia.

– Nie możesz się gnie­wać o to, że nie wie­działa, jaki dziś dzień – mówi do sie­bie. – Flo­rence jest powa­żaną adwo­katką. Jej czas kosz­tuje mnó­stwo pie­nię­dzy i nie może go mar­no­wać na byle kogo. Takiej kobie­cie jak ona nie przy­szłoby do głowy, żeby poda­wać numer tele­fonu zwy­kłemu śmier­tel­ni­kowi. A mimo to…

A mimo to David wła­śnie na niego patrzy. Ma go w dłoni. Numer Flo­rence, tej samej, która go uspo­ka­jała, kiedy nocą dopadł go nie­po­kój. I która nie powie­działa „To na razie”, wycho­dząc z jego miesz­ka­nia.

Gdy­byś mnie potrze­bo­wał.

Kre­skin wydaje krótki szczek i znów patrzy na Davida tak, jakby chciało mu się sikać w takim samym stop­niu, w jakim poczuł się zlek­ce­wa­żony.

– Chcesz iść na spa­cer? – pyta go David, odkła­da­jąc kartkę.

Pies zaczyna ska­kać, obi­ja­jąc się o ściany jak gumowa piłka, która nały­kała się ecstasy, a jego spoj­rze­nie, jesz­cze przed chwilą tak pełne cier­pie­nia, nabiera teraz wyrazu nie­po­zo­sta­wia­ją­cego wąt­pli­wo­ści, że jeśli David nie wypro­wa­dzi go za pół minuty, poduszki na kana­pie w salo­nie zostaną tylko wspo­mnie­niem.

– Daj mi się ubrać – rzuca do Kre­skina. – Nie chcemy napę­dzić stra­cha jakimś dzie­ciom.

Jako pro­gra­mi­sta David może pozwo­lić sobie na luk­sus pracy z domu przez więk­szość dni w tygo­dniu. Dzięki temu Kre­skin może cza­sem zaży­wać wyjąt­kowo dłu­gich spa­ce­rów. Ozna­cza to rów­nież, że David spę­dza dłu­gie godziny w szla­froku. Kre­skin nagle się zatrzy­muje i znów wydaje pode­ner­wo­wane szczek­nię­cie. Potem pędzi do przed­po­koju i po chwili wraca ze smy­czą w pysku, by przy­śpie­szyć pro­ce­durę wyj­ścia, ale David dopiero wcho­dzi do sypialni, gdzie wkłada spodnie i pod­ko­szu­lek. Sły­szał, jak Flo­rence bie­rze prysz­nic o pią­tej rano, zanim sobie poszła, ale sam wciąż czuje się lepki po noc­nym kosz­ma­rze.

Kiedy wycho­dzi do przed­po­koju, Kre­skin czeka ze smy­czą w zębach. David otwiera drzwi, pozwa­la­jąc, by jesienny wiatr owio­nął mu twarz. Pies wypada na traw­nik z impe­tem kuli armat­niej. Tele­fon dzwoni dokład­nie w chwili, gdy David prze­kręca klucz w drzwiach. Wkłada do uszu słu­chawki i rusza w stronę Val­len­tuna Cen­trum.

– Tak, słu­cham? – mówi.

– Cześć, Davi­dzie, mówi Ellen.

David mil­czy przez kilka sekund. Spo­dzie­wał się jej tele­fonu. Mimo to jej głos lekko nim wstrząsa. Robi głę­boki wdech.

– Cześć, Ellen – odpo­wiada, siląc się na pewny ton.

Jego matka ni­gdy sobie nie życzyła, by nazy­wał ją „mamą”. Odkąd David sięga pamię­cią, zwra­cał się do niej po imie­niu. „Jestem osobą, nie funk­cją”, wyja­śniła mu przy jakiejś oka­zji. To jedno z jego naj­wcze­śniej­szych wspo­mnień. Tam­tego dnia wła­śnie poszedł do siód­mej klasy.

– Wszyst­kiego naj­lep­szego – rzuca Ellen do słu­chawki. – Minął kolejny rok.

– Dzię­kuję.

Znów zapada cisza. Kre­skin cią­gnie smycz, więc David zwięk­sza tempo. Zerka na zega­rek. Jest tuż po ósmej. Wła­śnie otwarto cukier­nię.

– Coś jesz­cze? – dodaje po chwili. – Chcesz wie­dzieć, co robi­łem od ostat­nich uro­dzin, co sły­chać w pracy i tak dalej? – Po co mia­ła­bym o to pytać? – rzuca w odpo­wie­dzi jego matka.

W jej gło­sie sły­chać auten­tyczne zdzi­wie­nie. David nie wie, skąd mu przy­szło do głowy, że tym razem będzie ina­czej. Odkąd pamięta, ich rela­cja ogra­ni­czała się do wymie­nia­nia nic nie­zna­czą­cych uprzej­mo­ści i już dawno się nauczył, jak nie dać się zra­nić jej nie­zdol­no­ścią do wyra­ża­nia cie­płych uczuć czy choćby zain­te­re­so­wa­nia nie tylko wzglę­dem jego osoby, ale też wszyst­kich innych ludzi. Mimo to nie potrafi zagłu­szyć w sobie marze­nia, że któ­re­goś dnia to się zmieni. Że matka zadzwoni i powie: „Cześć, Davi­dzie, tu mama, kocham cię, synku”. Rów­nie dobrze mógłby marzyć o pokoju na Ziemi albo jed­no­roż­cach. Nie ma wąt­pli­wo­ści, że matka powinna udać się do spe­cja­li­sty po dia­gnozę i pod­dać się tera­pii. Przez chwilę roz­waża, czy nie wspo­mnieć jej o mailu otrzy­ma­nym w środku nocy, bo naj­wy­raź­niej ktoś ma ochotę omó­wić z nim sprawy oso­bi­ste. Docho­dzi jed­nak do wnio­sku, że jego matki nie obej­dzie rów­nież to.

– Tak po pro­stu, bez powodu – odpo­wiada. – Dzięki za tele­fon.

Kilka minut póź­niej on i Kre­skin wcho­dzą do Val­len­tuna Kon­di­tori. W cukierni unosi się sma­ko­wity zapach świe­żych wypie­ków pysz­nią­cych się za szklaną ladą. Kil­koro eme­ry­tów – ranne ptaszki – roz­sia­dło się już przy sto­li­kach z kub­kami kawy, ale oprócz nich w lokalu jest tylko on i jego pies.

– Popro­szę jedną z tych babe­czek z cze­ko­ladą i różową posypką – mówi David do kobiety za ladą, poka­zu­jąc pal­cem na cia­sto zawie­ra­jące przy­dział cukru, który powi­nien wystar­czyć mu na rok. – Dziś są moje uro­dziny – dodaje.

6

Flo­rence przy­staje na moment na klatce scho­do­wej kamie­nicy na Linnégatan, nim naci­ska klamkę drzwi kan­ce­la­rii. Na mosięż­nej tabliczce wid­nieje nazwa „Tap­per, Alho & Siöö”. Prze­suwa pal­cami po nazwi­skach, dotyka opusz­kami wgłę­bień liter i napo­mina się w myślach, że powinna być wdzięczna za to, co ma, i pamię­tać, że nic ni­gdy nie jest dane raz na zawsze. Dostała tę tabliczkę w pre­zen­cie od rodzeń­stwa. Być może sio­stry i brat nie rozu­mieją jej życio­wych wybo­rów, ale w decy­du­ją­cych spra­wach zawsze wspie­rają ją w stu pro­cen­tach. Nie bra­ko­wało takich, któ­rzy uśmie­chali się z drwiną, kiedy otwie­rała wła­sną firmę. W dodatku nie wszy­scy robili to za jej ple­cami. Zaska­ku­jąco wiele osób, które do tam­tej pory uzna­wała za dobrych kole­gów z branży, otwar­cie wyra­ziło swoje nie­za­do­wo­le­nie. Niektó­rzy wręcz z niej szy­dzili.

Widocz­nie nie paso­wało im, że Flo­rence nie jest ani tro­chę zain­te­re­so­wana grą w golfa, nie ma humi­doru na cygara i – co naj­gor­sze – nie jest męż­czy­zną. Wielu ocze­ki­wało, że zre­kom­pen­suje te oczy­wi­ste nie­do­cią­gnię­cia, bio­rąc sobie dwóch kom­pe­tent­nych wspól­ni­ków – ma się rozu­mieć, męż­czyzn. Szok, jaki wywo­łała, wybie­ra­jąc na part­nerki kobiety, a potem, jakby tego było mało, pod­bie­ra­jąc klien­tów kilku dużym kan­ce­la­riom, wciąż nie prze­mi­nął i odbi­jał się echem w całym praw­ni­czym światku. Flo­rence była gotowa przy­jąć to na klatę. Nie spo­dzie­wała się jed­nak, że naj­więk­szym kry­ty­kiem jej poczy­nań okaże się wła­sny mąż. Począt­kowo pró­bo­wała sobie wmó­wić, że nie­za­do­wo­le­nie Gray­sona brało się z braku pew­no­ści sie­bie z jego strony, i była nawet zda­nia, że to uro­cze. Dziś nie mie­ściło jej się w gło­wie, jak dalece czło­wiek jest skłonny okła­my­wać samego sie­bie, by ura­to­wać zwią­zek.

Pole­ruje tabliczkę ręka­wem żakietu. To jej wła­sność, długo o nią wal­czyła. Jeśli komuś się nie podoba, niech idzie do dia­bła. Otwiera drzwi i wcho­dzi do środka.

W holu ski­nie­niem głowy wita się z prak­ty­kantką o imie­niu Jen­ni­fer. Dziew­czyna idzie kory­ta­rzem i spo­gląda na Flo­rence wzro­kiem nieco zago­nio­nym, ale i peł­nym dumy. Tak powinno być. W następ­nej chwili Flo­rence zde­rza się z nad­cho­dzącą z dru­giej strony Anną Alho i pra­wie upusz­cza na pod­łogę pudełko z lun­chem. Anna ma lekką zadyszkę, a z jej per­fek­cyj­nej na co dzień fry­zury wymknęło się pasemko wło­sów.

– Ależ ci śpieszno – stwier­dza Flo­rence z uśmie­chem.

– Prze­cią­gnęło się spo­tka­nie na zoo­mie z Lon­dy­nem, ranne ptaszki z tych Bry­tyj­czy­ków, jestem już spóź­niona na inną naradę online i…

Anna milk­nie i mie­rzy Flo­rence spoj­rze­niem od stóp do głów. Zatrzy­muje wzrok na lekko wymię­tej bluzce pod żakie­tem praw­niczki.

– Ktoś tu zarwał noc – komen­tuje z tym swoim, naj­pięk­niej­szym, zda­niem Flo­rence, fiń­skim akcen­tem. – Mam w swoim gabi­ne­cie parow­nicę, jeśli chcesz popra­wić to i owo.

Jamela Siöö, trze­cia wspól­niczka, wychyla się przez drzwi jed­nego z pokoi z tele­fo­nem przy uchu. Unosi brwi i poka­zuje Flo­rence wysta­wiony w górę kciuk. Flo­rence wybu­cha śmie­chem. Wie, że gdyby kie­dy­kol­wiek nabrała wąt­pli­wo­ści, czy jej firma powinna dzia­łać w taki spo­sób, wystar­czy jedno spo­tka­nie z Anną i Jamelą, i wszystko natych­miast wróci na wła­ściwy tor. Faceci niech idą do dia­bła. Świet­nie pora­dzi sobie bez nich.

– Dzięki – rzuca do Anny. – Nie mam dziś żad­nego spo­tka­nia.

– Może nie w realu – odpo­wiada Anna. – Ale to twoja kolej, żeby zro­bić rela­cję na żywo na Insta­gra­mie.

Flo­rence prze­wraca oczami. Zupeł­nie o tym zapo­mniała. Raz w tygo­dniu urzą­dzają sesję pytań i odpo­wie­dzi, i prak­tyka ta cie­szy się popu­lar­no­ścią, jakiej się nie spo­dzie­wały. Stu­denci, a nawet kole­dzy po fachu zadają mnó­stwo pytań. I aku­rat dziś rela­cję ma popro­wa­dzić Flo­rence.

– Kto wpadł na ten genialny pomysł, żeby nasza kan­ce­la­ria dzia­łała rów­nież w mediach spo­łecz­no­ścio­wych? – pyta z wes­tchnie­niem.

– Ty – odpo­wiada Anna z sze­ro­kim uśmie­chem. – Ustaw kamerkę nieco dalej. Dobrze, że nie umó­wi­łaś żad­nych innych spo­tkań.

– À pro­pos spo­tkań, nie śpie­szysz się na jakieś?

Anna wytrzesz­cza oczy, mam­ro­cze pod nosem jakieś prze­kleń­stwo, po czym odcho­dzi i znika za drzwiami swo­jego gabi­netu. Flo­rence rusza do kuchni po kawę, kiedy tele­fon sygna­li­zuje pik­nię­ciem, że ode­brał wia­do­mość. Phi­lo­mene posta­no­wiła jej przy­po­mnieć, że w nie­dzielę jest przy­ję­cie z oka­zji dzie­sią­tych uro­dzin Adama. Jakby Flo­rence mogła o tym zapo­mnieć. Ni­gdy w życiu. Uwiel­bia swo­jego sio­strzeńca. Ale nie mie­ści jej się w gło­wie, że chło­pak ma już dzie­sięć lat. Gdzie się podział ten czas? Pre­zent jest już zapa­ko­wany i czeka na prze­ka­za­nie w ręce naj­bar­dziej cza­ru­ją­cego dzie­ciaka, jakiego Flo­rence spo­tkała w całym życiu.

Po dro­dze do kuchni kła­dzie kopertę zaadre­so­waną do Gray­sona na kupce wycho­dzą­cej poczty.

7

Dokład­nie w chwili, w któ­rej David płaci za babeczkę, przy­cho­dzi wia­do­mość od Sakury.

Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin! Wpad­nij do mnie. Praca nie ucierpi, jeśli w uro­dziny wypi­jesz kawę z naj­lep­szą przy­ja­ciółką.

David uśmie­cha się pod nosem. Pamię­tała. Sakura była pierw­szą osobą, jaką poznał po prze­pro­wadzce ze Smålandii. Choć cza­sem nawet z naj­star­szymi sta­żem przy­ja­ciółmi nie ma się kon­tak­tów tak czę­stych, jak by się chciało, nie­za­leż­nie od tego, jak bli­sko miesz­kają. Z Sakurą nie widział się już chyba od mie­siąca. Nie­dawno została mamą i ma mnó­stwo na gło­wie. Ale cie­szy go fakt, że o nim nie zapo­mniała.

– Niech pani zapa­kuje jesz­cze jedną – mówi do mło­dej kobiety za ladą. – Albo… w sumie trzy. Jak sza­leć, to sza­leć. Pro­szę je na wynos.

Roy ma dopiero pięć mie­sięcy, ale David uznał, że jemu też należy się babeczka. Uro­dziny to uro­dziny. Odbiera pudełko z wypie­kami i wycho­dzi na zimne poranne powie­trze.

– Idziemy do Sakury – mówi do Kre­skina. – To kawa­łek stąd. Dasz radę?

Na brzmie­nie imie­nia Sakury Kre­skin par­ska i jesz­cze moc­niej pociąga za smycz. Gdyby mógł wybie­rać, rzu­ciłby dla niej Davida bez mru­gnię­cia okiem.

– Ty sprze­dajny sier­ściu­chu – mam­ro­cze David, a mija­jąca go para eme­ry­tów posyła mu zdzi­wione spoj­rze­nia.

Przez uła­mek sekundy Kre­skin ma zawsty­dzoną minę, a potem znów szar­pie smycz.

Sakura mieszka w nie­bie­skim drew­nia­nym domu w dziel­nicy, gdzie więk­szość traw­ni­ków zaj­mują tram­po­liny i baseny. Jed­nak jej obej­ście było od początku o wiele cie­kaw­sze, bo urzą­dziła w nim praw­dziwy japoń­ski ogród. David podej­rzewa, że sta­ran­nie uło­żone kamyki i ozdoby prędko zmie­nią miej­sca, kiedy Roy tro­chę pod­ro­śnie i zacznie się prze­miesz­czać o wła­snych siłach. Mija dobra chwila, nim Sakura otwiera drzwi.

– Oj, ale się posta­rza­łeś – rzuca ze śmie­chem. – Może lepiej wejdź i usiądź. Kre­skin, twoja zabawka leży pod kanapą.

– Cie­bie też miło widzieć – odpo­wiada David, prze­kra­cza­jąc próg.

Wpraw­nym ruchem chwyta w biegu Kre­skina, pędzą­cego już w stronę kanapy, pod­nosi go, wyciera mu łapy ręcz­ni­kiem poda­nym przez Sakurę, a potem pusz­cza wolno.

– Mia­łam tort nie­spo­dziankę – oznaj­mia Sakura. – Nie uwie­rzył­byś, ile można zro­bić, kiedy nie śpi się po nocach.

Uśmie­cha się, ale David dostrzega wyraźne cie­nie pod jej oczami.

– Mia­łaś? – pyta.

– Mia­łam, ale posta­wi­łam go w odle­gło­ści metra od Roya. Na szczę­ście śmie­tana jest dobra dla skóry, przy­naj­mniej tak sły­sza­łam. Wyszłam na chwilę, żeby choć raz wło­żyć coś innego iż szla­frok, a on zdą­żył w tym cza­sie wysma­ro­wać się od stóp do głów. Teraz śpi. Zasnął w tej samej sekun­dzie, w któ­rej zadzwo­ni­łeś do drzwi.

– Na szczę­ście mam coś w rezer­wie – mówi David, uno­sząc pudełko z babecz­kami.

Odno­to­wuje przy oka­zji, że Sakura wciąż ma na sobie szla­frok.

– Liv jest w pracy – mówi, jakby odpo­wia­dała na nie­za­dane jesz­cze przez Davida pyta­nie. – Wraca dopiero jutro. Ale w sumie co to za róż­nica.

Zwią­zek Sakury i Liv był ostat­nimi czasy burz­liwy, ale David myślał, że rela­cje mię­dzy nimi się uspo­koją, kiedy pojawi się dziecko. Stało się na odwrót. Roy nie oka­zał się spo­iwem. Sakura i Liv mają cał­kiem odmienne poglądy na temat wycho­wy­wa­nia dzieci i obie wyka­zują się przy tym dużą sta­now­czo­ścią.

David prze­cho­dzi do kuchni i nalewa Kre­ski­nowi miskę wody. Kiedy wraca do salonu, bul­dog leży na dywa­nie z uszczę­śli­wioną miną i z zapa­łem gry­zie zabawkę. Sakura czeka z prze­zro­czy­stym dzban­kiem her­baty. Jej fili­żanka jest już pełna paru­ją­cego płynu. Kiedy jej rodzina prze­pro­wa­dziła się do Szwe­cji, nie przy­wio­zła ze sobą żad­nej ze swo­ich tra­dy­cji – oprócz tej. David nie zna nikogo innego, kto piłby tyle her­baty, co Sakura.

– Co sły­chać u two­ich rodzi­ców? – pyta ją, kła­dąc na sto­liku pudełko z wypie­kami.

Otwiera je i podaje Saku­rze babeczkę. Przy­ja­ciółka przy­gląda się podejrz­li­wie różo­wej posypce, ale w końcu odgryza kęs.

– Ech, wiesz, jacy oni są – odpo­wiada z peł­nymi ustami. – Prę­dzej pood­gry­zają sobie ręce, niż przy­znają, że się sta­rzeją. – Czyli wciąż cho­dzą na jogę i jeż­dżą na wycieczki gol­fowe do Peru? – wypy­tuje dalej David, sia­da­jąc na kana­pie.

Dmu­cha na gorącą wodę, w któ­rej leży usu­szony kwiat zwi­nięty w kulkę. Wie, że musi on roz­wi­nąć wszyst­kie płatki, by w pełni oddać jaśmi­nowy aro­mat. David ma czas. Lubi sie­dzieć w pogrą­żo­nym w cha­osie salo­nie Sakury.

– A ty, co zamie­rzasz robić na eme­ry­tu­rze? – pyta przy­ja­ciółka. – Wła­śnie skoń­czy­łeś trzy­dzie­ści pięć lat, więc naj­wyż­sza pora, żeby o tym pomy­śleć.

– Ha, ha.

Sakura odkłada babeczkę na sto­lik i wyciąga zza ple­ców zapa­ko­wany pre­zent.

– Wszyst­kiego naj­lep­szego, stary czło­wieku – mówi.

David przyj­muje pudełko i lekko nim potrząsa. Sły­szy zna­jomy chrzęst.

– Niech zgadnę – rzuca z uśmie­chem. – Nowa ukła­danka. – Prze­cież mówię, że musisz sobie zna­leźć jakieś zaję­cie na eme­ry­turę. Wiesz w ogóle, ile lat się już znamy?

– Od liceum – odpo­wiada David, odpa­ko­wu­jąc poda­rek. – Czyli od… Jezu­sie… dzie­więt­na­stu lat.

W pudełku rze­czy­wi­ście są puz­zle. Na wieczku pudełka wid­nieje pla­kat rekla­mu­jący film 2001: Ody­seja kosmiczna. Cza­sem ude­rza go myśl, jak dobrze ta dziew­czyna go zna.

– Od dzie­więt­na­stu lat – powta­rza Sakura. – Wiesz, jak bar­dzo cię lubię, wybacz więc, że pytam o to wprost, ale czy jesteś… czy jesteś szczę­śliwy?

– Jasne, że tak. Prze­cież to moje uro­dziny – odpo­wiada David, pre­zen­tu­jąc babeczkę, jakby wzno­sił toast.

Zdaje sobie sprawę, że Sakura nie pozwoli mu się wymi­gać od odpo­wie­dzi. Wła­śnie za to ją kocha. Przy­ja­ciółka nie znosi pozo­ranc­twa.

– Cza­sem mam wra­że­nie, że wiodę nudne życie prze­cięt­nego Szweda – odpo­wiada. – Wiesz, o czym mówię. Po skoń­cze­niu liceum stu­dio­wa­łem przez chwilę filo­zo­fię, potem zde­cy­do­wa­łem się zostać pro­gra­mi­stą. Dosta­łem pracę, kupi­łem miesz­ka­nie w sze­re­gówce. Jakoś samo tak wyszło. Ale cza­sem czuję, że… że życie toczy się gdzieś indziej. I że mnie omija. Ale pew­nie wszy­scy tak mają.

– Moim zda­niem nie tyle liczy się samo to, co się robi, tylko z kim się to robi – mówi Sakura z namy­słem.

– Wiesz, że pró­bo­wa­łem – dodaje David. – Pamię­tasz Annę? Świetna dziew­czyna, szkoda tylko, że zapo­mniała wspo­mnieć, że ma męża. – Po tej kata­stro­fie David scho­wał się w sko­ru­pie na cały rok. – Poza tym mam cie­bie i Antona. Wystar­cza­cie mi.

– Histo­ria z Anną była dwa lata temu – zauważa Sakura. – Od tam­tego czasu nie byłeś w żad­nym związku… nie licząc Signe.

– O tej kata­stro­fie wolał­bym nie roz­ma­wiać – ucina David.

– Wła­śnie o tym mówię. Sły­sza­łeś, że trzeba żyć chwilą, tu i teraz? Może widzia­łeś te słowa wyszyte na jakiejś makatce? Sakura nagle nie­ru­cho­mieje, nasłu­chuje przez chwilę, po czym znów się roz­luź­nia.

– Przy­kro mi, ale Roy chyba się obu­dził – mówi. – Może dobrze by ci zro­biło, gdy­byś też spra­wił sobie taką nie­da­jącą żyć pocie­chę?

– Dzięki za pre­zent i nie­do­szły tort. A tak na mar­gi­ne­sie, czy her­bata z kwiat­ków to aby nie chiń­ski wyna­la­zek? – pyta David, zaglą­da­jąc do swo­jej szklanki. – Chyba nie japoń­ski? O ile dobrze widzę, to Bai He Xian Zi, Kwit­nąca Nie­biań­ska Lilia?

– Po pierw­sze, masz minus za to, że taki z cie­bie snob – odpo­wiada Sakura. – Po dru­gie, nie zmie­niaj tematu. Wciąż roz­ma­wiamy o twoim życiu uczu­cio­wym. O ile jakieś masz.

David odgryza kęs babeczki. Cia­sto rośnie mu w ustach. Żałuje, że nie kupił cze­goś innego.

– Cie­szę się, że ty i Kre­skin jesz­cze ze mną wytrzy­mu­je­cie – mówi. – Jak tam sprawy z Liv?

Sakura wzdy­cha i zagląda do swo­jej szklanki.

– Touché.

David ni­gdy nie był dobry w odczy­ty­wa­niu nastro­jów z wyrazu twa­rzy, ale tym razem nie musi nawet spo­glą­dać przy­ja­ciółce w oczy, by wie­dzieć, że jest wykoń­czona.

– Nie­wiele się pomy­li­łeś – dodaje Sakura po krót­kiej chwili. – To Shu­ang Long Xi Zhu. Ma tro­chę mniej kwia­towy aro­mat.

8

Flo­rence stoi w kuchni w kan­ce­la­rii i wkłada nowy filtr do eks­presu Moc­ca­ma­ster. Mają też, rzecz jasna, eks­pres ciśnie­niowy Sage, bo ist­nieje nie­pi­sane prawo naka­zu­jące, by znaj­do­wał się on w każ­dej kan­ce­la­rii, ale nikt w fir­mie Flo­rence nie ma siły go obsłu­gi­wać, chyba że zja­wia się klient o wyjąt­ko­wych wyma­ga­niach doty­czą­cych kawy. Flo­rence wła­śnie zakoń­czyła przed­po­łu­dniową rela­cję na Insta­gra­mie. Tak naprawdę Jen­ni­fer powinna pil­no­wać, by w kuchni ni­gdy nie zabra­kło świe­żej kawy, ale asy­stentka Flo­rence ma obec­nie tro­chę za dużo na gło­wie. Poza tym Flo­rence chęt­nie zaj­muje się takimi rze­czami, jeśli zacho­dzi potrzeba. Cały miniony week­end poświę­ciła na przy­go­to­wy­wa­nie się do dużej sprawy o odszko­do­wa­nie. Wie, że jeśli się spi­sze, jej klient zapłaci dru­giej stro­nie o wiele milio­nów mniej. Ale ta sprawa pochła­nia ją już od trzech mie­sięcy. Cie­szą ją więc te dwie minuty wytchnie­nia, kiedy ma oka­zję zmie­nić filtr i nasy­pać kawy do eks­presu.

Nagle sły­szy Annę woła­jącą ją śpiew­nym fiń­skim akcen­tem z któ­re­goś z odle­głych pokoi.

– Flo­rence, dar­ling, przy­nio­sła­byś mi segre­ga­tor z sza­blo­nami umów?

Flo­rence zastyga z pal­cem wska­zu­ją­cym na włącz­niku eks­presu. Dar­ling. To jedno z wielu słów-szy­frów, jakimi ona i kole­żanki posłu­gują się w kan­ce­la­rii, kiedy coś idzie nie tak. Mają oczy­wi­ście elek­tro­niczny sys­tem bez­pie­czeń­stwa, ale wycho­dzą z zało­że­nia, że lepiej dmu­chać na zimne. Cza­sem w któ­rymś z gabi­ne­tów dzieje się coś, o czym należy natych­miast powia­do­mić współ­pra­cow­niczki. Opra­co­wały więc spe­cjalny kod zło­żony ze zwro­tów, któ­rych nie uży­łyby w żad­nych innych oko­licz­no­ściach.

Kiedy któ­raś z nich zwraca się do kole­żanki per dar­ling, ozna­cza to, że potrze­buje pomocy w pozby­ciu się męczą­cego klienta, nie­pro­szo­nego gościa lub kogoś, kto zacho­wuje się nie­sto­sow­nie. Albo szuka pre­tek­stu, by zakoń­czyć prze­dłu­ża­jące się spo­tka­nie. I nie­stety to zwrot, któ­rego muszą uży­wać czę­ściej, niż by chciały. Tak czy ina­czej, łatwiej jest skło­nić do wyj­ścia klienta któ­rejś z kole­ża­nek niż wła­snego.

Gdy zagro­że­nie jest wyjąt­kowo duże, sto­sują pre­fiks „super”. Są doro­słymi, poważ­nymi ludźmi i w żad­nych innych oko­licz­no­ściach nie zwró­ci­łyby się do kogoś przez super­dar­ling. Do tej pory, na szczę­ście, żadna z nich nie musiała się do tego uciec. Flo­rence nie ma więc wąt­pli­wo­ści, że Anna potrze­buje jej pomocy. Super­pil­nie czy nie. Flo­rence wci­ska guzik eks­presu i wycho­dząc z kuchni, zaczyna mówić:

– Poli­cja przyj­dzie wcze­śniej, żeby prze­dys­ku­to­wać ten przy­pa­dek mole­sto­wa­nia – mówi gło­śno, wpa­da­jąc do gabi­netu Anny, zgar­nąw­szy w kory­ta­rzu jakiś segre­ga­tor w roli rekwi­zytu. – Chcą się z nami spo­tkać dosłow­nie za moment, jeśli tylko… ojej, prze­pra­szam, nie wie­dzia­łam, że masz spo­tka­nie.

Staje tuż za pro­giem i sili się na minę mającą dowieść, że strasz­nie jej przy­kro z powodu tego wtar­gnię­cia. Anna jest zwró­cona ple­cami do okna, a przed nią stoi Carl Tjäder. Anna repre­zen­tuje jego ojca i Carl z jakie­goś powodu wbił sobie do głowy, że tym samym odgrywa ona rolę adwo­kata całej rodziny. Już kil­ka­krot­nie pró­bo­wał ją zapro­sić na drinka. A teraz trzyma dłoń na jej ramie­niu. Lecz kiedy dostrzega Flo­rence, prędko zabiera rękę i cofa się o krok.

– Cześć, Carl – rzuca Flo­rence z mak­sy­mal­nie chłod­nym uśmie­chem. – Co sły­chać u taty?

– Świet­nie, dzię­kuję – odpo­wiada Carl i odwza­jem­nia uśmiech. – Wła­śnie oma­wia­łem z Anną ewen­tu­alną nową sprawę, ale wygląda na to, że macie za dużo na gło­wie.

– Jeśli chcesz, zawo­łam Jamelę – pro­po­nuje Flo­rence. – Ja nie­stety też nie dam teraz rady.

– Nie trzeba, dzię­kuję. Wpa­dłem przy oka­zji, bo mia­łem po dro­dze – tłu­ma­czy Carl, prze­krzy­wia­jąc głowę tak, że chru­pie mu w szyi. – Mówisz, że macie spo­tka­nie z poli­cją?

– No wła­śnie. I nie­stety jeste­śmy już spóź­nione – rzuca Anna z ulgą w gło­sie. – Dzięki, że przy­nio­słaś mate­riały, Flo­rence.

– W takim razie zoba­czymy się kiedy indziej, ma fleur – mówi Carl i w ukło­nach wyco­fuje się z pokoju. – Kiedy będziesz miała wię­cej czasu.

Flo­rence zagryza dolną wargę, by nie par­sk­nąć śmie­chem. Ale gdy tylko drzwi kan­ce­la­rii zatrza­skują się za Car­lem, obie zaczy­nają recho­tać.

– Ma fleur? – powta­rza Flo­rence. – Ile on ma lat? Sto?

– Jakieś czter­dzie­ści dwa – odpo­wiada roz­ba­wiona Anna. – Dzięki za ratu­nek. Cho­ciaż żałuję, że nie potra­fię sama poka­zać mu drzwi. Przez dwa­dzie­ścia minut pró­bo­wa­łam zakoń­czyć to spo­tka­nie.

Kiedy się śmieje, jej fiń­ski akcent robi się jesz­cze śpiew­niej­szy.

– Cza­sem łatwiej jest popro­sić kogoś innego, żeby ode­grał rolę złego gli­nia­rza – mówi Flo­rence, wzru­sza­jąc ramio­nami. – Dzięki temu nie cierpi na tym twoja rela­cja z klien­tem. Ale masz rację, nie­faj­nie, że musimy się ucie­kać do takich zagrań. Cóż, nie­któ­rzy myślą po pro­stu tro­chę wol­niej niż inni, ma fleur.

– Nie­któ­rzy faceci na pewno – dodaje Anna i kiwa głową. Flo­rence wie, do czego pije jej wspól­niczka. Pół roku temu, w cza­sie gdy ona i Gray­son decy­do­wali się na sepa­ra­cję, on sypiał już z innymi kobie­tami. Widocz­nie potrze­bo­wał tuzina blon­dy­nek, by sobie udo­wod­nić, że jest męż­czy­zną. Jego zda­niem Flo­rence zro­biła się „ozię­bła i odle­gła”. Cóż, naj­wy­raź­niej nie przy­szło mu do głowy, że jego pro­blemy z zaak­cep­to­wa­niem jej suk­ce­sów zawo­do­wych mogły mieć jakiś wpływ na to, że prze­stała tęsk­nić za jego doty­kiem. Wolałby, gdyby każ­dego wie­czoru cze­kała na niego w domu z gorącą kola­cją, ubrana w sam far­tu­szek.

– Wiesz, na co Carl pró­bo­wał mnie wycią­gnąć tym razem? – rzuca Anna.

– Chyba wolę nie wie­dzieć – odpo­wiada Flo­rence, wysta­wia­jąc w górę palec wska­zu­jący. – Nie chcę śnić kosz­ma­rów o Carlu sączą­cym drink o jakiejś fiku­śnej nazwie, na przy­kład Orgazm.

– To coś o wiele gor­szego – mówi Anna z nagłą powagą. – Zapro­po­no­wał, żeby­śmy wysko­czyli na Sex on the Beach.

Flo­rence spo­gląda z prze­ra­że­niem na wspól­niczkę. Zaraz po tym obie znów wybu­chają śmie­chem.

9

Po powro­cie od Sakury Kre­skin dostaje jedze­nie. I pod­czas gdy bul­dog zajada, David wkłada pre­zent od przy­ja­ciółki do szafki w przed­po­koju. Potem idzie po lap­topa, prze­cho­dzi z nim do kuchni i otwiera pocztę. Kar­teczka od Flo­rence wciąż leży na stole. David kasuje tro­chę spamu, czyta pyta­nia nade­słane od kole­gów, a potem spraw­dza, co ma do zro­bie­nia. Kre­skin trąca łapą miskę, wyraź­nie nie­za­do­wo­lony z wiel­ko­ści por­cji.

– Przy­kro mi, stary – mówi do niego David. – Dosta­jesz tyle i ani tro­chę wię­cej. Pamię­tasz, co ostat­nio powie­działa Louise? Na ostat­niej wizy­cie ledwo mogła wyma­cać ci żebra.

Na dźwięk imie­nia wete­ry­narki Kre­skin strzyże uszami i jed­no­cze­śnie spo­gląda nie­szczę­śli­wym wzro­kiem. Prawda jest taka, że w ostat­nim cza­sie przy­brał na wadze i Louise, jego drugi w kolej­no­ści za Sakurą ludzki obiekt wes­tchnień, orze­kła, że jak dalej tak pój­dzie, psiak dorobi się pro­ble­mów ze sta­wami, a w naj­gor­szym razie nawet cukrzycy. David nie ma poję­cia, co by zro­bił, gdyby Kre­skin też się roz­cho­ro­wał. Wystar­czy, że spo­tkało to Johana. Nie­po­cie­szony bul­dog zaczyna chłep­tać wodę, a David mógłby przy­siąc, że spe­cjal­nie roz­chla­puje jej wię­cej niż zwy­kle. Uwiel­bia tego psa.

Gdy zagląda do skrzynki odbior­czej, przy­po­mina sobie o mailu od Pau­liny Ment­zer. Napi­sała, że chce poroz­ma­wiać o ich rodzi­cach. David pra­wie o tym zapo­mniał, bo prze­czy­tał jej list przez sen. Ale teraz, w świe­tle dnia, czuje się nim zain­try­go­wany. Przez chwilę kusi go, żeby zadzwo­nić do matki i zapy­tać ją, czy zna tę kobietę. Ale już dzi­siaj roz­ma­wiali i nie jest pewien, czy w ogóle by ode­brała. Sta­tu­etka z napi­sem „Matka Roku” ni­gdy nie trafi w ręce Ellen Lund. Poza tym jest pra­wie pewien, że nic by mu nie powie­działa, nawet gdyby wie­działa, kim jest Pau­lina Ment­zer. Nie lubi oso­bi­stych pytań.

David ponow­nie odczy­tuje list.

Cześć, Davi­dzie,

ie znasz mnie, ale mój tato i twoja mama znają się ze Smålandii. Chcę się z Tobą skon­tak­to­wać, żeby poroz­ma­wiać o tym, co spo­tkało Cię w dzie­ciń­stwie. Rozu­miem, że to draż­liwy temat, ale cho­dzi o naszych rodzi­ców i popro­szono mnie, żebym się do Cie­bie ode­zwała. Prze­pra­szam, że nie podaję wię­cej infor­ma­cji, pro­po­nuję, żeby­śmy poroz­ma­wiali przez tele­fon. Poni­żej znaj­dziesz mój numer. Podaj mi swój, jeśli wolisz, żebym to ja zadzwo­niła.

Nie pisa­ła­bym, gdyby to nie było ważne. Poroz­ma­wiajmy jak naj­szyb­ciej.

Z ser­decz­nymi pozdro­wie­niami

Pau­lina Ment­zer

Na dole rze­czy­wi­ście wid­nieje numer komórki. Za pierw­szym razem David czy­tał ten list w środku nocy i nie zapa­mię­tał go dokład­nie. Zro­zu­miał, że cho­dzi o jego matkę. Tym razem jego uwagę przy­kuwa dobór słów: ważne, draż­liwy temat, cho­dzi o naszych rodzi­ców, jak naj­szyb­ciej. David wie, że nie jest to naj­lep­sza z jego cech, ale lubi kon­tro­lo­wać sytu­ację. Dla­tego jest tak dobrym pro­gra­mi­stą. Nic nie pozo­sta­wia przy­pad­kowi. Kiedy pisze pro­gram, na bie­żąco spraw­dza wszyst­kie instruk­cje warun­kowe, żeby póź­niej wszystko dzia­łało jak trzeba. List od Pau­liny Ment­zer składa się tylko z kilku zdań. Ale tyle w nim nie­zna­nych zmien­nych, że David nie wie, od czego zacząć.

Kre­skin zdą­żył już zro­zu­mieć, że nie ścią­gnie na sie­bie uwagi swo­jego pana, i kła­dzie się w koszyku, wyda­jąc wes­tchnie­nie pełne dez­apro­baty. David nie ma zamiaru dzwo­nić do Pau­liny Ment­zer. Może ona w ogóle nie ist­nieje? Jeśli wystuka jej numer, może się dodzwo­nić do jakie­goś bota, który zassie jego numer i póź­niej będzie go zadrę­czało jakieś call cen­ter z Wiel­kiej Bry­ta­nii. Pośpieszne wyszu­ki­wa­nie jej numeru w sieci nie daje żad­nych rezul­ta­tów. To ozna­cza, że Pau­lina Ment­zer go zastrze­gła. Albo że nie ist­nieje.

Kto­kol­wiek przy­słał mu ten list, nie pomy­lił się, pisząc „nie znasz mnie”. I ten ktoś nie zna rów­nież jego, bo gdyby było ina­czej, wie­działby, że David nie ma żad­nych wspo­mnień z dzie­ciń­stwa. To pierw­sze łatwo zmie­nić – David wrzuca w Google hasło „Pau­lina Ment­zer” i uzy­skuje tylko kilka tra­fień. Więk­szość kobiet o tym imie­niu i nazwi­sku jest albo zna­cząco star­sza, albo młod­sza od niego. Od razu je odrzuca, bo wydaje mu się mało praw­do­po­dobne, by ojciec któ­rejś z nich znał się z jego matką. Spraw­dze­nie kont w mediach spo­łecz­no­ścio­wych i pro­fili na Lin­ke­dIn pozo­sta­łych osób zaj­muje mu tylko kilka minut. Czuje się przy tym jak stal­ker. Ale nie zaszko­dzi być dokład­nym. Poza tym i tak nikt go nie widzi. Nie udaje mu się jed­nak usta­lić, która Pau­lina Ment­zer mogła wysłać mu ten list. Żadna nie ma nic wspól­nego ani z nim, ani z jego rodziną.

Śmiech dobie­ga­jący z placu zabaw w parku skła­nia go do wyj­rze­nia przez okno kuchenne. Grupka dzie­cia­ków w pele­ry­nach prze­ciw­desz­czo­wych obrzuca się pia­skiem i bło­tem i śmieje się przy tym do roz­puku. David jest cie­kaw, czy on też robił takie rze­czy, kiedy był w ich wieku. Zapewne tak. Ale on i Johan już dawno porzu­cili próby dotar­cia do jego wspo­mnień. Bo prze­cież David i tak żyje dniem dzi­siej­szym, a nie dzie­ciń­stwem. Jesz­cze raz pobież­nie czyta list. Z jakie­goś powodu doszedł do wnio­sku, że Pau­lina Ment­zer to praw­dziwa osoba. Spo­gląda a zega­rek. Naj­wyż­sza pora brać się do roboty. Po połu­dniu czeka go zdalne spo­tka­nie z całym teamem, powi­nien się do niego przy­go­to­wać. Odpi­suje Pau­li­nie Ment­zer, że zadzwoni do niej jutro o dzie­sią­tej przed połu­dniem.

Obec­nie pomaga pew­nej plat­for­mie inter­ne­to­wej opra­co­wać sys­tem płat­no­ści online. Kon­kret­nie cho­dzi o coś w rodzaju pre­nu­me­raty powią­za­nej ze sprze­dażą win. Nie jest to naj­cie­kaw­szy pro­jekt, nad jakim przy­szło mu pra­co­wać, ale zara­zem nie­naj­nud­niej­szy. W dodatku zle­ce­nio­dawca zaopa­truje go w zestawy degu­sta­cyjne, takie same, jakie wysyła do klien­tów roz­wa­ża­ją­cych zakup więk­szych ilo­ści, ale chcą­cych naj­pierw prze­te­sto­wać pro­dukty w mniej­szym gro­nie. Wypili wczo­raj z Flo­rence jedną butelkę – por­tu­gal­skie czer­wone wino z nowej win­nicy w regio­nie Vinho Verde. David nie zna się na winach, ale sma­ko­wało o wiele lepiej niż te, które kupuje na wła­sną rękę.

Choć nie sku­piali się szcze­gól­nie na degu­sto­wa­niu trunku. Kiedy Flo­rence przy­cho­dzi do Davida, trudno mu się sku­pić na czymś innym niż na niej. Jest nie tylko wyjąt­kowo atrak­cyjna – ma naj­in­ten­syw­niej­sze nie­bie­skie oczy, jakie kie­dy­kol­wiek widział, a jej figura zapiera mu dech – ale jej wspa­niała oso­bo­wość powa­liła go na łopatki już na pierw­szym spo­tka­niu. Umó­wili się w Villa Källhagen na Djurgården, ele­ganc­kiej restau­ra­cji ze sto­łami nakry­tymi bia­łymi obru­sami. Począt­kowo David czuł się tam bar­dzo nie­swojo. Gdyby mógł wybie­rać, wolałby jakąś przy­tulną osie­dlową piz­ze­rię. Jed­nak za sprawą Flo­rence prędko zapo­mniał o dys­kom­for­cie. Śmiała się tak, że jej chi­chot odbi­jał się echem od ścian, i nie inte­re­so­wało jej, czy wypada to robić, czy nie. David odniósł wra­że­nie, że ta kobieta niczego w życiu się nie boi. W prze­ci­wień­stwie do niego.

David uzmy­sła­wia sobie, że wpa­truje się w ekran kom­pu­tera i naj­pew­niej głup­ko­wato się uśmie­cha. Marsz­czy czoło. Skąd u niego te wszyst­kie myśli? W umo­wie mię­dzy nim a Flo­rence cho­dzi wła­śnie o to, by nie zaprzą­tać sobie głowy takimi rze­czami. Gdyby wie­działa, co się roi w jego umy­śle, nie zosta­wi­łaby mu swo­jego numeru. Uzna­łaby, że jest żało­sny.

Gdy­byś mnie potrze­bo­wał.

Niech to szlag.

10

Pau­lina ponow­nie odczy­tuje krótką odpo­wiedź Davida Lunda, jakby sądziła, że ta czyn­ność cokol­wiek zmieni. Napi­sał, że zadzwoni do niej jutro o dzie­sią­tej przed połu­dniem. Wola­łaby pomó­wić z nim od razu, żeby mieć to za sobą. I tak już za długo z tym zwle­kała. W dodatku jest tak zmę­czona, że led­wie pamięta, jak się nazywa. Ale nie ma wyboru, musi cze­kać.

Przez cały dzień nie wycho­dziła z miesz­ka­nia, ale nie ma pew­no­ści, czy to wystar­czy. Pod­cho­dzi do okna w kuchni i ostroż­nie wygląda na ulicę przez szparę mię­dzy fra­mugą a zasłoną. Z tru­dem prze­łyka ślinę. Męż­czy­zna, któ­rego zauwa­żyła jakiś czas temu, znowu tam jest. Cho­lera jasna… Pau­lina oddy­cha coraz szyb­ciej, czuje też, że pot wystą­pił jej na czoło. Jak się dowie­dzieli? Sięga po leżący na stole list od mamy i odczy­tuje dobrze znane linijki.

Kiedy odkryją, że roz­ma­wia­łaś z Davi­dem Lun­dem, a wiedz, że ci męż­czyźni są dobrzy w usta­la­niu takich rze­czy, zro­zu­mieją, że o wszyst­kim wiesz. I będą pró­bo­wali cię dopaść.

Pau­lina znów dys­kret­nie wygląda na ulicę. Męż­czy­zna zapala papie­rosa, potem spo­gląda na kamie­nicę i jego wzrok wędruje w górę po fasa­dzie. Wygląda to tak, jakby nie wie­dział, które okno jest jej. Przy­naj­mniej na razie. Pau­lina czuje się jak ptak uwię­ziony w klatce.

Prze­cież nie ma nic wspól­nego z tą sprawą.

Dosłow­nie nic.

Do tele­fonu od Davida została pra­wie doba. Jesz­cze dwa­dzie­ścia dwie godziny i będzie mogła ode­tchnąć. Niech on się mar­twi tym, co będzie potem. Zbiera się na odwagę i jesz­cze raz zerka na ulicę. Z kamie­nicy naprze­ciwko wycho­dzi młoda kobieta. Męż­czy­zna roz­gniata nie­do­pa­łek obca­sem, daje kobie­cie buziaka na powi­ta­nie, po czym oboje odcho­dzą, trzy­ma­jąc się za ręce. Pau­lina oddy­cha z ulgą.

Fał­szywy alarm.

Gdyby tylko chciała, mogłaby powę­szyć w tej spra­wie na wła­sną rękę. Choćby po to, by się dowie­dzieć, o co w tym cho­dzi. Czy naprawdę grozi jej nie­bez­pie­czeń­stwo, a jeśli tak, skąd może nadejść zagro­że­nie. I pew­nie by to zro­biła, gdyby mama jej przed tym nie ostrze­gła.

Musisz się liczyć z tym, że oni wie­dzą, kim jesteś.

– Co ty sobie myśla­łaś, mamo? – mówi Pau­lina do okna.

Potem chyba po raz setny docho­dzi do wnio­sku, że byłoby jej o wiele łatwiej, gdyby mama jej wytłu­ma­czyła, kim są ci tajem­ni­czy ludzie i dla­czego nie chcą, żeby się skon­tak­to­wała z Davi­dem Lun­dem. A tak Pau­lina nie ma nawet poję­cia, ilu ich jest.

I będą pró­bo­wali cię dopaść.

Co to wła­ści­wie zna­czy? Czy zamie­rzają się wła­mać do jej miesz­ka­nia?

Ociera ręka­wem czoło mokre od potu.

– To popie­przony pomysł, żeby tak wysia­dy­wać w domu, co nie, mamo? – mówi znów na cały głos.

Prze­cho­dzi do salonu i tam też wygląda na ulicę przez szparę mię­dzy zasło­nami. Jak na zamó­wie­nie, jej wzrok pada na rudo­włosą kobietę w kwie­ci­stej sukience. Nie­zna­joma stoi a skrzy­żo­wa­niu i roz­ma­wia przez tele­fon. Od kamie­nicy Pau­liny dzieli ją zale­d­wie dzie­sięć metrów. I Pau­lina jest pewna, że już tam była, kiedy wyglą­dała przez to okno poprzed­nim razem.

I będą pró­bo­wali cię dopaść.

Musisz zdą­żyć przed nimi.

Rudo­włosa powoli oddala się ulicą. Wciąż trzyma tele­fon przy uchu. Może to tylko przy­wi­dze­nie, ale Pau­li­nie wydaje się, że kobieta odwraca się i zerka na jej kamie­nicę tuż przed tym, nim znika za rogiem.

Ponow­nie ociera czoło. Rękaw jest już cał­kiem mokry. Pau­lina idzie do przed­po­koju i spraw­dza, czy drzwi są zamknięte na klucz i czy zało­żyła łań­cuch. Napo­tyka swoje odbi­cie w lustrze i led­wie się roz­po­znaje. Prze­raża ją wylęk­niony wzrok i zapad­nięte oczy. Jesz­cze tylko doba i wszystko wróci do normy. Dwa­dzie­ścia dwie godziny i będzie mogła ode­tchnąć. Wie jed­nak, że to będzie naj­dłuż­sza doba w jej życiu.

11

– Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin – mówi Johan, wrę­cza­jąc Davi­dowi sta­ran­nie zawi­nięty paku­nek.

David się uśmie­cha. Papier jest nie­bie­ski w różowe i srebrne kropki, a paczuszkę prze­wią­zano złotą jedwabną wstą­żeczką. Nie pierw­szy raz zadaje sobie pyta­nie, czy Johan widzi kolory ina­czej niż pozo­stała część ludz­ko­ści.

– Dzięki. Bar­dzo mi miło – odpo­wiada. I mówi szcze­rze.

Otwiera pre­zent. To nie­wielki notat­nik. Johan mruży oczy i spo­gląda na niego ponad nie­bie­skimi opraw­kami oku­la­rów. Odchyla się na opar­cie skó­rza­nego fotela. Mate­riał trzesz­czy pod jego cię­ża­rem. Johan posi­wiał jesz­cze przed pięć­dzie­siątką, a w ostat­nich latach jego wypie­lę­gno­wana broda nabrała tego samego odcie­nia. Jest rówie­śni­kiem matki Davida, ale wygląda jak książ­kowa ilu­stra­cja dobro­tli­wego, posu­nię­tego w latach psy­cho­loga. David ma jed­nak świa­do­mość, że ów wygląd jest efek­tem świa­do­mych zabie­gów i że Johan nie żałuje srebr­nego szam­ponu. Bo dla­cze­góż miałby tego nie robić? W jego zawo­dzie liczy się wygląd budzący zaufa­nie.

Oprócz tego Johan zawsze ma na sobie naj­dziw­niej­sze, nie­moż­liwe wręcz zestawy kolo­rów. Dziś padło na fio­le­tową koszulę, roz­piętą pod szyją, by zna­la­zło się tro­chę miej­sca dla obszer­nego sza­lika w czer­woną kratkę, do tego wło­żył spodnie w kolo­rze latte i cha­browe buty. Jeden z ostat­nich pro­mieni zacho­dzą­cego słońca trąca brzeg nie­bie­skich opra­wek jego oku­la­rów.

– To kalen­darz – wyja­śnia psy­cho­log, wska­zu­jąc ski­nie­niem głowy na zeszyt w dłoni Davida. – Jak wiesz, w daw­nych cza­sach musie­li­śmy zapi­sy­wać to, co mie­li­śmy do zro­bie­nia danego dnia. Jestem prze­ko­nany, że dzięki temu łatwiej nam było o tym pamię­tać. Poza tym to o wiele ele­gant­sze niż apli­ka­cja w tele­fo­nie.

David się uśmie­cha i wkłada skó­rzany kalen­darz z powro­tem do papie­ro­wego opa­ko­wa­nia, by się nie znisz­czył w dro­dze do domu. Pró­buje odgad­nąć, czy Johan odczuwa ból. Podej­rzewa, że na tym eta­pie to nie­unik­nione. Jed­nak psy­cho­log wydaje się tak samo czujny jak zwy­kle. Jeśli cierpi, naprawdę świet­nie to ukrywa. David nie zamie­rza go o to pytać. Wie, że nie może mu pomóc, może mu poda­ro­wać tylko jedno – zacho­wy­wać się przy nim tak jak zwy­kle.

Kiedy David był dziec­kiem, Johan był naj­lep­szym przy­ja­cie­lem jego matki. Sam oczy­wi­ście tego nie pamięta, Johan musiał mu o tym opo­wie­dzieć. Znają się więc od cza­sów, gdy David jesz­cze nie poj­mo­wał, co robi psy­cho­log. Są jak rodzina. A ponie­waż David ni­gdy nie poznał swo­jego ojca, Johan mu go prak­tycz­nie zastę­po­wał. Zanim David wypro­wa­dził się z rodzin­nego domu, pró­bo­wał usta­lić, kim jest jego bio­lo­giczny ojciec, ale matka odmó­wiła udzie­le­nia jakich­kol­wiek infor­ma­cji. Johan zawsze był przy nim.

I jakiś czas po tym, jak David prze­niósł się do Sztok­holmu, psy­cho­log zro­bił to samo. W miarę jak David coraz bar­dziej odda­lał się od Ellen, aż prak­tycz­nie stra­cił z nią kon­takt, on i Johan nawią­zy­wali coraz bliż­szą więź. Ktoś mógłby rzec, że psy­cho­log był od początku za bli­sko rodziny, by być tera­peutą Davida, że byłoby lepiej, gdyby David roz­ma­wiał z kimś nasta­wio­nym do niego neu­tral­nie, ale on darzył Johana bez­gra­nicz­nym zaufa­niem.

Dla­tego obec­nie tak trudno mu się z nim widy­wać.

Odkąd wie, jak bar­dzo Johan jest chory.

– No dobrze. Czy jest coś, o czym chciał­byś mi dzi­siaj opo­wie­dzieć? – pyta psy­cho­log, zakła­da­jąc nogę na nogę.

David mruga kil­ka­krot­nie, by powstrzy­mać łzy, które cisną mu się do oczu pra­wie za każ­dym razem, kiedy tu przy­cho­dzi. Zasta­na­wia się nad tym pyta­niem. No wła­śnie, czy jest coś, o czym chciałby dziś Joha­nowi opo­wie­dzieć? Tak naprawdę chciałby pomó­wić o szoku, który nie opu­ścił go od chwili, gdy usły­szał, że Joha­nowi zostało tylko kilka mie­sięcy życia. Chęt­nie prze­pro­siłby go za to, że zare­ago­wał jak dziecko, krzy­czał, że ktoś musiał się pomy­lić, zawa­lił swoją robotę, omył­kowo zamie­nił jakieś próbki. Mimo to o tym nie wspo­mina. Każdy prze­żywa żal na wła­sny spo­sób, a David ni­gdy nie był dobry w opo­wia­da­niu o swo­ich uczu­ciach.

Poza tym jest prze­ko­nany, że Johan dosko­nale wie, co on czuje.

– Możemy poroz­ma­wiać o tym obra­zie – pro­po­nuje, wska­zu­jąc ski­nie­niem głowy opra­wione w złote ramy malo­wi­dło za biur­kiem psy­cho­loga. – Powie­si­łeś go tu po to, żeby prze­ra­zić swo­ich pacjen­tów na śmierć?

Johan podąża wzro­kiem za spoj­rze­niem Davida. Wspo­mniany obraz jest repro­duk­cją dzieła przed­sta­wia­ją­cego bro­da­tego męż­czy­znę, który przy­ci­ska do pod­łoża głowę chłopca o nagim tor­sie. Chło­piec ma otwarte usta, jakby krzy­czał, bo męż­czy­zna trzyma przy jego szyi duży nóż, jakby zamie­rzał mu pode­rżnąć gar­dło. Inny mło­dzie­niec, też z obna­żo­nym tor­sem, albo zachęca męż­czy­znę do uży­cia noża, albo chce go przed tym powstrzy­mać. Poka­zuje na coś, czego David nie widzi. Postaci są oto­czone drze­wami, a ciemne kolory na płót­nie suge­rują, że zapada zmierzch. Jed­nak bro­daty męż­czy­zna i obaj mło­dzieńcy wydają się jaskrawo oświe­tleni od góry. Z jakiejś przy­czyny w kadrze zała­pał się rów­nież baran. Scena ta wpę­dza Davida w ponury nastrój.

– Zain­te­re­so­wał cię mój Cara­vag­gio? – rzuca Johan z uśmie­chem. – Oczy­wi­ście to tylko repro­duk­cja. Ale cał­kiem nie­zła. Przed­sta­wia słynną scenę z Biblii, w któ­rej Bóg żąda od Abra­hama, by zło­żył w ofie­rze swo­jego syna Iza­aka i w ten spo­sób udo­wod­nił mu swoją lojal­ność.

– Okej… ale po co powie­si­łeś go w gabi­ne­cie? Ma coś sym­bo­li­zo­wać? Prze­strze­gać przed ślepą wiarą w auto­ry­tety? Takie jak psy­cho­lo­dzy?

– Aj! – wykrzy­kuje Johan i robi ura­żoną minę. – Odbie­ram to jako atak.

– Naprawdę nie rozu­miem. Ty jesteś tym bro­da­tym face­tem trzy­ma­ją­cym nóż?

– Cie­kawa inter­pre­ta­cja – odpo­wiada Johan, gła­dząc brodę. – Wierz mi albo nie, ale naprawdę nie pró­buję pozba­wić moich pacjen­tów życia. Ale skoro już o tym roz­ma­wiamy i skoro postrze­gasz mnie jako Abra­hama, w któ­rej roli na tym obra­zie obsa­dził­byś sie­bie?

– Nie pró­buj na mnie psy­cho­lo­gicz­nych sztu­czek – ucina David z uśmie­chem. – Nie w moje uro­dziny.

– Masz rację, zwra­ca­jąc uwagę na ten obraz. Odkąd go tutaj powie­si­łem, wielu moich pacjen­tów iden­ty­fi­kuje się z któ­rąś z postaci. Nie­któ­rzy widzą się w roli Abra­hama zmu­szo­nego do zło­że­nia ofiary. To głów­nie ci, któ­rzy zgło­sili się do mnie, bo chcą zerwać z jakimś nega­tyw­nym zacho­wa­niem. Cza­sem to nie­zwy­kle trudne, bo owo zacho­wa­nie bywa jedy­nym, jakie sobie przy­swo­ili. Jeśli dobrze się przyj­rzysz Abra­ha­mowi na obra­zie, zauwa­żysz, że jego twarz wyraża głę­bo­kie cier­pie­nie.

David wytęża wzrok. Rze­czy­wi­ście, brwi i skóra wokół oczu męż­czy­zny są zmarsz­czone.

– Inni widzą się na miej­scu Iza­aka, syna Abra­hama – mówi dalej Johan. – To ci, co czują się bez­silni wobec sytu­acji, w któ­rej utknęli. Jakby ktoś trzy­mał im nóż na gar­dle. Jesz­cze inni uwa­żają, że są jak trze­cia postać, czyli anioł wysłany przez Boga po to, by w ostat­niej chwili powstrzy­mał Abra­hama. Ci z kolei inwe­stują ogromne ilo­ści ener­gii, pró­bu­jąc zmie­nić kogoś w swoim oto­cze­niu. Na końcu mamy jesz­cze tych, któ­rzy pró­bują uciec przed odpo­wie­dzią i iden­ty­fi­kują się ze zwie­rzę­ciem, które widzisz w rogu obrazu. Ale to ten baran, o iro­nio, zostaje osta­tecz­nie zło­żony w ofie­rze zamiast Iza­aka. Pró­bu­jąc unik­nąć zaan­ga­żo­wa­nia w tej sce­nie, para­dok­sal­nie biorą na sie­bie rolę zwie­rzę­cia ofiar­nego.

– Ty i Freud na pewno byście się polu­bili – stwier­dza David. – Ale nie odpo­wie­dzia­łeś na moje pyta­nie. Z którą posta­cią się iden­ty­fi­ku­jesz? O ile w ogóle zada­jesz sobie to pyta­nie.

Johan spo­gląda na obraz.

– Jesz­cze nie wiem – odpo­wiada ze wzro­kiem peł­nym uzna­nia.

David uważa, że to wyjąt­kowo brzyd­kie malo­wi­dło.

– Pod­czas tera­pii zawsze trzeba coś poświę­cić, żeby dotrzeć do prawdy – mówi dalej psy­cho­log, nie odry­wa­jąc oczu od repro­duk­cji obrazu Cara­vag­gia. – Może to być duma albo błędne wyobra­że­nie o samym sobie. Przede wszyst­kim jed­nak poczu­cie kom­fortu. Tera­pia bywa bru­talna. I Cara­vag­gio mi o tym przy­po­mina. Nie myśl sobie, że zapo­mnia­łem, że ty też nie odpo­wie­dzia­łeś na moje pyta­nie.

Davi­dowi pra­wie wyle­ciało ono z głowy.

– Czy jest coś, o czym chciał­bym ci dzi­siaj opo­wie­dzieć? – powta­rza. – Chyba tylko o zwy­kłych spra­wach.

Posta­no­wił, że prze­mil­czy kwe­stię maila od Pau­liny Ment­zer. Nie jest jesz­cze gotów poświę­cić tę tajem­nicę, Cara­vag­gio może sobie mówić, co chce. Johan wyj­muje chu­s­teczkę z kie­szeni na piersi i odka­słuje w nią, nie spusz­cza­jąc wzroku z Davida.

– Jak więc ci z nimi idzie? – pyta po chwili. – Z tymi zwy­kłymi spra­wami?

David wzru­sza ramio­nami i wygląda przez okno. Gabi­net Johana mie­ści się na Södermalm, więc David ma do prze­je­cha­nia z Val­len­tuny spory kawa­łek, ale ten widok jest tego wart. Za szybą roz­po­ściera się zatoka Riddarfjärden i prze­dzie­ra­jące się przez war­stwę chmur pro­mie­nie słońca migo­czą na powierzchni wody.

– Pytasz o to, jak sypiam? Stil­noct wciąż świet­nie działa, muszę tylko pamię­tać, żeby go wziąć.

– Zda­rza ci się zapo­mnieć o wzię­ciu tabletki? – dziwi się Johan. – To nie­do­brze. Musisz je brać regu­lar­nie, po dwie każ­dego wie­czoru. Nie chcemy, żeby wró­ciły bez­sen­no­ści i lęki. No i te sny. – Urywa i uśmie­cha się łagod­nie.

– Dobrze, mamu­siu – rzuca w odpo­wie­dzi David.

– Mówię to z tro­ski o cie­bie. Wiem, jak źle się czu­jesz, kiedy ich nie bie­rzesz.

– Zgoda, ale… nie potra­fię sobie przy­po­mnieć cza­sów, kiedy nie bra­łem tych czy innych leków – mówi David. – Kie­dyś musi się to skoń­czyć.

Ma świa­do­mość, że wielu ludzi zażywa leki na stałe. Może nawet więk­szość tych, któ­rych zna. Mimo to za każ­dym razem, kiedy sięga po pigułkę, jakiś głos szep­cze mu do ucha, że w jego życiu jest coś, nad czym nie ma żad­nej kon­troli. I to nie jest miłe uczu­cie.

– Musisz zde­cy­do­wać, czy chcesz spać, czy nie – odpo­wiada Johan i przy­gląda mu się badaw­czo. – Ten sen wró­cił, mam rację?

David ciężko wzdy­cha.

– Chyba ni­gdy do końca nie znik­nął – stwier­dza. – Ale tak, przy­śnił mi się tej nocy.

– Opo­wiedz mi o nim – prosi psy­cho­log. Unosi dłoń, widząc, że David pró­buje zapro­te­sto­wać. – Dawno o nim nie roz­ma­wia­li­śmy i sądzi­łem, że na tym eta­pie zdo­ła­łeś się go pozbyć. No mów, co ci się przy­śniło.

David zapada się głę­biej w fotelu. Jego mebel też trzesz­czy przy każ­dym ruchu. David obli­zuje wargi. Potem zamyka oczy.

– To samo co zawsze – zaczyna. – Jest noc i bie­gnę po dużej łące. Zwy­kle robię to sam, ale tym razem ktoś biegł obok mnie. To się cza­sem zda­rza. Ni­gdy nie udaje mi się zoba­czyć, kto to jest, wiem tylko, że bie­gnę… bie­gniemy, żeby rato­wać życie. Musimy dotrzeć do końca tego pola. Tam będziemy bez­pieczni. Ale ty to prze­cież wiesz.

– Ktoś was goni? – pyta Johan.

– Tak. Ale nie wiem, kto ani dla­czego ucie­kam. Mimo to strasz­nie się boję. W dodatku jest ciemno i woła za nami jakiś głos. Nie rozu­miem słów. Wiem, że jeśli ten ktoś nas dogoni, sta­nie się coś strasz­nego.

– I jak tym razem skoń­czył się ten sen?

David otwiera oczy i spo­gląda na Johana. Psy­cho­log pochyla się w jego stronę. Zają­czek rzu­cany na ścianę przez jego oku­lary podry­guje tro­chę bli­żej.

– Jak zwy­kle – odpo­wiada. – Nie dobie­gam do celu. Można by się spo­dzie­wać, że po tylu latach śnie­nia tego samego coś w tym śnie mogłoby się cza­sem zmie­niać, ale nic takiego się nie dzieje. Nie­ważne, jak długo bie­gnę, ten, kto mnie goni, osta­tecz­nie mnie dopada. Wtedy się budzę zlany potem i ze sma­kiem krwi na języku.

– Zanim zdą­żysz spraw­dzić, kto cię gonił – dodaje Johan, wolno kiwa­jąc głową.

Unosi oku­lary i łapie się dwoma pal­cami za nasadę nosa. – Naprawdę chciał­bym ci jakoś pomóc w kwe­stii tego snu – mówi dalej. – Ale przez wszyst­kie lata prak­tyki psy­cho­lo­gicz­nej nie spo­tka­łem się z tak upar­tym zja­wi­skiem. Zale­cam jed­nak, żebyś pamię­tał o regu­lar­nym przyj­mo­wa­niu leków i wizy­tach w moim gabi­ne­cie.

– W porządku – odpo­wiada David. – Przy­zwy­cza­iłem się już do tego snu. I wiesz, że zawsze przy­cho­dzi­łem, czy mi się śnił, czy nie. Możemy pomó­wić o czymś innym? Jak… jak ty się masz?

Na kró­ciutką chwilę gaśnie iskra w oczach Johana. David ma wra­że­nie, jakby psy­cho­log nagle się skur­czył, jakby jakaś część jego postaci się roz­wiała i został tylko cień. Jed­nak po chwili Johan się otrząsa i pro­stuje plecy.

– Wyśmie­ni­cie – oznaj­mia. – Ale nie spo­ty­kamy się po to, by roz­ma­wiać o mnie. Jak w pracy? Wszystko w porządku? Jakaś część Davida oddy­cha z ulgą na wieść, że Johan nie chce o tym mówić. Nie wie­działby, jak zare­ago­wać. Bo jak wyja­śnić komuś umie­ra­ją­cemu, że się nie chce, by umie­rał? Albo że nie wie się, jak da się sobie bez niego radę?

– Czuję, że sie­dzę już tro­chę za długo w jed­nej fir­mie – odpo­wiada. – Cho­ciaż dzięki temu sta­łem się naprawdę dobry w tym, co robię. Poza tym chyba jestem już za stary na to, żeby wycho­dzić po pracy tak czę­sto, jak życzą sobie tego Bjarne i Pär.

– Co to za jedni? – pyta Johan.

– Kole­dzy z pracy.

– Nie jestem pewien, czy przy­czyna tkwi w twoim wieku – mówi dalej Johan, odkła­da­jąc notat­nik na stół. – Mimo że wła­śnie posta­rza­łeś się o kolejny rok. Może następ­nym razem wyko­namy kilka ćwi­czeń, które pomogą ci zaufać innym? Dawno tego nie robi­li­śmy. Okej, Davi­dzie, myślę, że już pora. – Ostat­nie zda­nie psy­cho­log wypo­wiada głęb­szym i bar­dziej donio­słym gło­sem. – Weź głę­boki wdech i zamknij oczy. Poczuj, jak miękki jest twój fotel, jak cie­pło czy też chłodno jest w gabi­ne­cie i jak równo poru­sza się twoja klatka pier­siowa. Skup się na tym.