Rok zmian - Mieczysław Gorzka - ebook + książka
NOWOŚĆ

Rok zmian ebook

Gorzka Mieczysław

4,8
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

232 osoby interesują się tą książką

Opis

SUKCES, POPULARNOŚĆ, WOLNOŚĆ.

Przekaz od wszechświata czy samospełniające się proroctwo?

Pod wpływem noworocznej wróżby zgorzkniały architekt Remigiusz Stańczyk postanawia radykalnie zmienić swoje życie. Od tej chwili znajomą i nudną rutynę zastępuje chaos, a wszystko zaczyna się sypać.

Komisarz Dariusz Pikul prowadzi śledztwo w sprawie zaginionej kobiety, a jego osobiste życie staje na głowie, gdy w mieszkaniu zjawia się nigdy wcześniej niewidziana dorosła córka. Od tej pory nic już nie będzie takie samo.

Psycholog Albert Turecki mieszka z zaborczą matką, która nie pozwala mu normalnie żyć. Jego jedynym ratunkiem staje się ucieczka do świata brutalnych fantazji. Kiedy wreszcie podejmuje próbę wyrwania się spod kontroli, traci nad sobą panowanie i budzi swoją mroczną naturę.

To rok zmian. Czas, w którym upadają wypracowane schematy, a życie ulega przewartościowaniu. Wydaje się, że nic nie jest w stanie zapobiec nadchodzącej katastrofie. A kiedy Stańczyk, Pikul i Turecki spotkają się twarzą w twarz, musi dojść do tragedii.

Mieczysław Gorzka powraca w nowym, zaskakującym thrillerze, który prowokuje do refleksji nad granicami dobra i zła, wpływem przypadku na nasze życie, skutkami nieprzemyślanych decyzji podjętych pod wpływem impulsu… oraz o traumach, które zostawiają głębokie blizny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 616

Oceny
4,8 (4 oceny)
3
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
ewakepinska12

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
00
elakoza

Dobrze spędzony czas

Lubię książki tego autora. Mniej lubię książki o psychopatach i dlatego daję 4 gwiazdki.
00



Początek

To były już ostat­nie sekundy sta­rego roku. Niby takie same jak te wcze­śniej­sze, jed­nak zupeł­nie inne. Nio­sły ze sobą smu­tek tego, co ode­szło, a rów­no­cze­śnie radość z tego, co nie­długo nadej­dzie.

Przy­naj­mniej tak o tym myślał Remi­giusz Stań­czyk. Kilka minut temu uciekł przed gwa­rem syl­we­stro­wej imprezy na bal­kon przy sypialni na pię­trze. Bal­kon znaj­do­wał się po prze­ciw­nej stro­nie domu niż salon, w któ­rym bawili się goście. Nikt go tu nie znaj­dzie, a poza tym pew­nie nikt go nie będzie szu­kał. Towa­rzy­stwo było już mocno wsta­wione, a jego żona jak zawsze obtań­co­wy­wała wszyst­kich face­tów po kolei, zupeł­nie o nim zapo­mi­na­jąc. Po dwu­dzie­stu latach mał­żeń­stwa nic go to już nie obcho­dziło. Bar­dziej cenił sobie moż­li­wość ode­rwa­nia się od zgiełku i w tej jedy­nej chwili w roku poob­co­wa­nia w spo­koju z wła­snymi myślami.

Polu­zo­wał kra­wat, zapa­lił cien­kiego papie­rosa i oparł się o barierkę. Było wyjąt­kowo cie­pło i miał z tego miej­sca bar­dzo dobry widok na mia­sto. Zaraz eks­plo­dują sztuczne ognie. Był prze­ciwny fajer­wer­kom, co nie zmie­niało faktu, że przy­cią­gały jego wzrok i trudno mu było odmó­wić sobie kil­ku­mi­nu­to­wej kon­tem­pla­cji świetl­nych efek­tów. Spoj­rzał na zega­rek.

Pięt­na­ście sekund. Wypro­sto­wał się. Gdzieś w oddali, na dru­gim końcu mia­sta, już pole­ciały w niebo pierw­sze ognie. Ktoś się pospie­szył, jak co roku zresztą.

Ostat­nie dzie­sięć sekund sta­rego roku.

Z dru­giej czę­ści domu usły­szał gło­śne odli­cza­nie gości:

– Dzie­więć, osiem, sie­dem…

Co przy­nie­sie mu nad­cho­dzący nowy rok? Miał nadzieję, że zmiany, dużo zmian. I przede wszyst­kim siłę, żeby o te zmiany powal­czyć.

– …sześć, pięć, cztery…

Zacią­gnął się resztką papie­rosa i pstryk­nął nie­do­pał­kiem na traw­nik na dole. Ile razy obie­cy­wał sobie, że wresz­cie coś zmieni w życiu? Odcho­dził wła­śnie kolejny rok nie­speł­nio­nych obiet­nic zło­żo­nych samemu sobie. Może wresz­cie zawal­czy o swoje życie? Obie­cał to sobie już dwa lata temu, kiedy koń­czył czter­dzie­ści lat. Bez­sku­tecz­nie. Może teraz się uda? Niczego już nie będzie sobie obie­cy­wał, po pro­stu zacznie dzia­łać.

Nie­zła myśl!

– …trzy, dwa, jeden! Szczę­śli­wego nowego roku!!!

W zgodny krzyk gości wdarły się odgłosy strze­la­ją­cych w sufit kor­ków od szam­pana, a mia­sto eks­plo­do­wało milio­nem świa­teł. Naj­pierw widział wybu­chy na nie­bie, a dopiero potem, mocno spóź­niony, docie­rał do niego ich odgłos. Sza­leń­stwo. Kupa kasy wystrze­lona bez sensu w kosmos. Urwane palce, pora­nione dło­nie, popa­rzone oczy, przy­pa­lone włosy na gło­wie. Tak, sza­leń­stwo, nie można było tego nazwać ina­czej.

Wypa­lił jesz­cze jed­nego papie­rosa i wszedł do sypialni, nie zamy­ka­jąc za sobą drzwi bal­ko­no­wych. Goście naj­wy­raź­niej skoń­czyli już skła­dać sobie życze­nia i znowu ode­zwała się gło­śna muzyka. Syl­we­ster z Jedynką, Dwójką, Pol­sa­tem, czy dia­bli wie­dzą z czym i gdzie. Tan­deta, która raniła jego ludz­kie uczu­cia. Szkoda, że nie ma na to para­gra­fów.

Tak jak przy­pusz­czał, nikt go nie szu­kał.

Wyszedł z sypialni i wszedł do swo­jego pokoju, gdzie w biurku miał zawsze coś moc­niej­szego. Wycią­gnął szkla­neczkę z szu­flady, z szafki jakąś cho­ler­nie drogą whi­sky, którą dostał kie­dyś od zado­wo­lo­nego klienta. Nalał sobie pra­wie do pełna. Szkoda, że nie miał tu lodu, ale trudno, na dół nie pój­dzie. Jako gospo­darz bar­dzo się dzi­siaj oszczę­dzał, w prze­ci­wień­stwie do jego żony, która z rów­nym zapa­łem tań­czyła, jak i opróż­niała kie­liszki z czer­wo­nym winem. Pew­nie jak zwy­kle obrzyga toa­letę przy sypialni. Kie­dyś by go to obcho­dziło, ale teraz miał to gdzieś.

Sącząc cie­pły alko­hol, włą­czył lap­top i zaj­rzał na Face­bo­oka. Oczy­wi­ście prze­wa­żały nowo­roczne życze­nia, fajer­werki, szam­pany i hap­py­niu­jersy, jakby nie można było tego napi­sać w ojczy­stym języku.

Nagle na ekra­nie poja­wił się post, który przy­kuł jego uwagę na dłu­żej. Ktoś zamie­ścił gra­fikę przed­sta­wia­jącą litery roz­miesz­czone bez ładu i składu w dwu­stu dwu­dzie­stu pię­ciu krat­kach, na które podzie­lony był więk­szy kwa­drat. Tekst umiesz­czony nad gra­fiką brzmiał: „Odczy­taj pierw­sze trzy słowa ukryte w dia­gra­mie, a taki będzie twój nowy rok”.

Remi­giusz łyk­nął ze szkla­neczki i przy­bli­żył twarz do ekranu. Pozor­nie nie­upo­rząd­ko­wane litery szybko uło­żyły mu się w trzy słowa:

Suk­ces.

Popu­lar­ność.

Wol­ność.

Wykrzy­wił usta w gorz­kim uśmie­chu. Dla­czego nie? To była bar­dzo dobra pro­gnoza na nad­cho­dzące dwa­na­ście mie­sięcy. Taki rok brał w ciemno. Rok zmian.

Część pierwsza

SUK­CES

1

Życie składa się ze wzlo­tów i upad­ków.

Los działa na zasa­dzie rachunku praw­do­po­do­bień­stwa i na jed­nego czło­wieka przy­pada zazwy­czaj tyle samo suk­ce­sów co pora­żek. Wia­domo jed­nak, że zda­rzają się odchy­le­nia od tej śred­niej. I wtedy wtrąca się coś, co popu­lar­nie nazy­wane jest szczę­ściem lub pechem. Niby nie­istotny szcze­gół, na co dzień pra­wie nie­do­strze­galny, który w dłuż­szym okre­sie powo­duje, że liczba wzlo­tów znacz­nie odchyla się od śred­niej lub wywo­łuje nad­miar upad­ków. Do tego docho­dzą trendy dłu­go­okre­sowe. Jak już odnie­siemy kilka suk­ce­sów z rzędu, taki stan się utrwala i trwa dłuż­szy czas. Ana­lo­gicz­nie jest z pechem – jak już raz upad­nie się twa­rzą w proch życia, taki stan będzie się powta­rzał regu­lar­nie, a za każ­dym razem coraz trud­nej będzie się pod­nieść.

Remi­giusz Stań­czyk nawet nie zauwa­żył, kiedy ten­den­cja sta­ty­styczna w jego peł­nym suk­ce­sów życiu w spo­sób nie­zau­wa­żalny zaczęła się zmie­niać. Był naprawdę zasko­czony, gdy nagle zarył twa­rzą w zie­mię, i długo mu zajęło otrzeź­wie­nie. Jesz­cze dłu­żej zro­zu­mie­nie, dla­czego tak się stało. Pro­blem musiał zacząć się już kilka lat temu. Tylko on niczego nie zauwa­żył, żyjąc w jakiejś cho­ler­nej ilu­zji, oszu­ku­jąc się, że wszystko jest w naj­lep­szym porządku.

A prze­cież nie było. Przez całe lata oszu­ki­wał sam sie­bie. Stwo­rzył sobie szklaną kulę, w któ­rej naiw­nie tkwił, bio­rąc za dobrą monetę wszyst­kie przy­kro­ści, jakie spo­ty­kały go w życiu. Teraz nawet nie wie­dział, czy tłu­ma­czył je zbie­ra­niem życio­wego doświad­cze­nia, czy po pro­stu nie chciał pamię­tać złych rze­czy. Tylko że tych dobrych było coraz mniej we wszyst­kich sfe­rach jego życia. W końcu zostało ich tak mało, że do jego her­me­tycz­nego świata szkla­nej kuli wdarł się nie­po­kój.

Zaraz po syl­we­strze jego szklana kula pier­dol­nęła o pod­łogę, sypiąc wokoło ostrymi odłam­kami. I oto Remi­giusz Stań­czyk musiał wresz­cie sta­wić czoła pro­ble­mom, przyj­rzeć się lepiej swo­jemu życiu, mał­żeń­stwu, pracy zawo­do­wej. Niczego już nie mógł odło­żyć na póź­niej, co wycho­dziło mu naj­le­piej. Zdo­był praw­dziwą moty­wa­cję, żeby coś w życiu zmie­nić. Nie może tego odło­żyć na bli­żej nie­spre­cy­zo­waną przy­szłość. Musi o sie­bie zawal­czyć.

Suk­ces, popu­lar­ność, wol­ność – tak brzmiała inter­ne­towa pro­gnoza na wła­śnie roz­po­czy­na­jący się rok. Oczy­wi­ście wie­dział, że w wykre­ślance znaj­do­wały się tylko te trzy słowa, żad­nych innych. Dla­tego od razu rzu­ciły mu się w oczy. Taki żar­cik nie­zna­nego dow­cip­ni­sia. Tylko co z tego? Dla niego te trzy słowa stały się moty­wa­cją, bo prze­cież nic nie przy­cho­dzi samo. O wszystko trzeba zawal­czyć. Na początku musiał odnieść jakiś suk­ces. Od lat był w sta­gna­cji, wypa­lał się, zni­kał, potrzeba zmian nara­stała. Suk­ces byłby pozy­tyw­nym kopem na roz­pęd. Naj­le­piej, żeby to było coś spek­ta­ku­lar­nego, coś, co może stać się nowym otwar­ciem.

Od syl­we­stro­wego wie­czoru wiele myślał o tym nie­spo­dzie­wa­nym pro­roc­twie na nad­cho­dzący rok. A jeśli w dia­gra­mie ukryto też inne słowa, ale on odczy­tał wła­śnie te trzy? To by był dopiero znak od losu. Tak czy ina­czej, nic nie przy­cho­dzi samo. Życie to walka o utrzy­ma­nie się na powierzchni. Walka o suk­ces.

Marze­nia Remi­giu­sza Stań­czyka o suk­ce­sie, zdo­by­ciu popu­lar­no­ści i osią­gnię­ciu takiego stanu w życiu, kiedy już o nic nie musiałby się mar­twić i czułby się wolny, speł­złyby na niczym jak tysiące wcze­śniej­szych pla­nów i posta­no­wień, gdyby nie atak ze strony, z któ­rej naj­mniej spo­dzie­wał się kło­po­tów.

2

Zaczęło się oczy­wi­ście w ponie­dzia­łek. Dla­czego zawsze w pierw­szy dzień tygo­dnia zda­rzała się więk­szość tra­ge­dii, które znie­nacka dopa­dały ludzi? Przy­naj­mniej ta zasada doty­czyła Remi­giu­sza, choć zapewne nie tylko. Może w regu­la­mi­nie funk­cjo­no­wa­nia świata ten dzień jest zare­zer­wo­wany na przy­kre zda­rze­nia? To nawet byłoby logiczne i w pewien spo­sób wytłu­ma­czalne. Przy­cho­dzisz do pracy, dosta­jesz cios mię­dzy oczy, potem do końca tygo­dnia zwień­czo­nego week­en­dem masz czas, żeby otrzą­snąć się po cio­sie. A w następny ponie­dzia­łek znowu, jeb! Kolejny nokaut i tak w kółko, i wciąż.

Remi­giusz oba­wiał się ponie­dział­ków, ale jak to w życiu bywa, jeśli przez długi czas nic złego się nie dzieje, traci się czuj­ność. W pierw­szy ponie­dzia­łek stycz­nia był wła­śnie w sta­nie osła­bio­nej czuj­no­ści, mając z tyłu głowy kilka nie­roz­wią­za­nych pro­ble­mów, tlą­cych się cier­pli­wie, jak ogień cze­ka­jący na dopływ tlenu.

– Remik! Artur pro­sił, żebyś do niego zaj­rzał – dobiegł go głos sekre­tarki, kiedy zamy­ślony wcho­dził do biura koło dzie­wią­tej.

Biuro roz­po­czy­nało pracę od ósmej, lecz on był prze­cież współ­wła­ści­cie­lem spółki i nie musiał przy­cho­dzić punk­tu­al­nie. Przez ostat­nie pięt­na­ście lat haro­wał po dwa­na­ście godzin dzien­nie, sześć dni w tygo­dniu i nie­dawno po pro­stu sobie tro­chę odpu­ścił, żeby nie zwa­rio­wać.

Ewe­lina Rogala była ich sekre­tarką pra­wie od trzech lat. Firma wcze­śniej miała pro­blem z obsadą tego sta­no­wi­ska. Za poli­tykę kadrową zawsze odpo­wia­dał jego wspól­nik, Artur Mil­ler. Remi­giusz pamię­tał jego tłu­ma­cze­nia, że ciężko jest zna­leźć odpo­wied­nią osobę do sekre­ta­riatu, bo musi być repre­zen­ta­cyjna, a zarobki w sumie nie­wiel­kie. Wie­rzył mu do czasu, kiedy przy­pad­kiem dowie­dział się, że Artur mole­stuje sekre­tarki i dla­tego szybko odcho­dzą z pracy. Aż tra­fiła się Ewe­lina, któ­rej taki układ odpo­wia­dał. Pie­przyła się z Artu­rem regu­lar­nie. Remi­giusz miał tylko nadzieję, że nie robią tego w biu­rze, choć zary­so­wa­nia, które kie­dyś dostrzegł na jej biurku, mogły pocho­dzić na przy­kład od sprzączki paska do spodni Artura. I tak oto pro­blem sekre­tarki znik­nął jak ręką odjął.

– Remik?

Ock­nął się z zamy­śle­nia.

– Zaraz do niego pójdę – rzu­cił i ruszył do swo­jego pokoju.

Nie cier­piał, kiedy ludzie mówili do niego Remik. Remik to była taka gra w karty, do jasnej cho­lery! On był Rem­kiem. Kolejna przy­kle­pana przez niego sprawa, mająca poten­cjał do wybu­chu i kon­fliktu. Dla­czego dotąd nie zwró­cił nikomu uwagi? Nie miał poję­cia, tak po pro­stu wyszło.

Kiedy odpa­lał lap­top sto­jący na biurku i cho­wał dru­gie śnia­da­nie do szu­flady, prze­le­ciało mu przez głowę, że na romans wspól­nika z sekre­tarką też nie zare­ago­wał. A prze­cież znał żonę Artura od cza­sów stu­diów. Z Mil­le­rami spo­ty­kali się czę­sto na grillu, jeź­dzili razem na waka­cje, week­en­dowe wypady, Remi­giusz był ojcem chrzest­nym ich pierw­szego dziecka. Był więc tak samo winny jak Artur bie­ga­jący za młod­szymi dupami, ponie­waż nic jej nie powie­dział. Kolejny temat, pro­blem bez reak­cji, poten­cjalne zarze­wie wiel­kiego pożaru, który przy­kle­pał, zra­cjo­na­li­zo­wał i prze­szedł nad nim do porządku dzien­nego. Znowu zro­bił to dla wygody i świę­tego spo­koju? Być może.

Artur Mil­ler stał tyłem do drzwi, wpa­trzony w widoki za oknem. W sumie nie było na co patrzeć. Biu­rowce Green Towers poło­żone były w dość nie­cie­ka­wym miej­scu, na skrzy­żo­wa­niu Strze­gom­skiej i Śru­bo­wej. Nawet z per­spek­tywy dzie­wią­tego pię­tra Wro­cław pre­zen­to­wał się tu szaro i nijako. Artur nie zare­ago­wał na powi­ta­nie, co było złym zna­kiem. Stań­czyk o tym wie­dział, prze­cież znali się jak łyse konie. Nie­na­gan­nie skro­jony, drogi gar­ni­tur wspól­nika znowu podzia­łał na niego przy­gnę­bia­jąco. Zazdro­ścił mu syl­wetki, tego, że był przy­stoj­niej­szy, umiał o sie­bie zadbać i przede wszyst­kim nie miał tego cho­ler­nego tatu­sio­wego brzuszka, który poja­wiał się u czę­ści męż­czyzn w oko­li­cach czter­dziestki. Znowu poczuł się gor­szy. Dla­czego? Prze­cież nie było powodu do takich odczuć, on miał po pro­stu inny styl niż Artur.

– Musimy poważ­nie poroz­ma­wiać, Remik. – Mil­ler naresz­cie odwró­cił się do niego, usiadł wolno przy biurku i mie­rzył Stań­czyka wzro­kiem długą chwilę.

Remi­giusz poczuł się jak na prze­słu­cha­niu. Lecz tylko przez chwilę. Nie­spo­dzie­wa­nie coś w nim pękło. Jakaś nacią­gnięta do gra­nic moż­li­wo­ści struna strze­liła z meta­licz­nym pogło­sem. Jesz­cze do nie­dawna w takiej sytu­acji zja­dałby go stres, teraz jed­nak męż­czy­zna był wyjąt­kowo opa­no­wany i spo­kojny. Zastygł w dziw­nym sta­nie ner­wo­wego pod­eks­cy­to­wa­nia, z cie­ko­wo­ścią cze­ka­jąc na roz­wój sytu­acji.

– Czego chcesz? – wark­nął nie swoim gło­sem.

Artur nie zwró­cił uwagi na tę zmianę. Naj­wi­docz­niej miał już przy­go­to­wany sce­na­riusz roz­mowy i nie zamie­rzał niczego zmie­niać. Remi­giusz z gory­czą uświa­do­mił sobie, że w grun­cie rze­czy to też jego wina. Zawsze był zbyt ule­gły i Artur po tej roz­mo­wie spo­dzie­wał się tego samego co zwy­kle. Przy­zna­nia się do winy i zała­go­dze­nia kon­fliktu.

– Co się z tobą ostat­nio dzieje, Remik? – zapy­tał wspól­nik, patrząc na niego twardo.

– Nie rozu­miem.

– Znamy się tyle lat, że nie będę niczego owi­jał w bawełnę. – Mil­ler skrzy­żo­wał dło­nie na pier­siach. – W ostat­nich mie­sią­cach nie jestem zado­wo­lony z naszej współ­pracy. Nie wiem, co ci się stało, ale ostat­nio mniej anga­żu­jesz się w firmę. To jest też twoja firma, w któ­rej zara­biasz nie­złe pie­nią­dze, więc nie wiem, jaka może być tego przy­czyna.

Od pięt­na­stu lat pro­wa­dzili pra­cow­nię archi­tek­to­niczną Dom-In, która była dość znaną firmą na lokal­nym rynku. Oprócz domów i osie­dli miesz­ka­nio­wych pro­jek­to­wali wiele obiek­tów biu­ro­wych, mar­ke­tów han­dlo­wych i hal pro­duk­cyj­nych. Zatrud­niali kil­ku­na­stu archi­tek­tów.

– Przy­cho­dzisz póź­niej do pracy – kon­ty­nu­ował Artur. – W trak­cie dnia jesteś jakby nie­obecny, zawa­lasz ter­miny, nie przy­kła­dasz się i bez względu na to, co jest do zro­bie­nia, zawsze wycho­dzisz przed sie­dem­na­stą. Wszystko jest na mojej gło­wie. Usta­la­nie pre­mii dla pra­cow­ni­ków, poszu­ki­wa­nie nowych klien­tów i nego­cja­cje z obec­nymi. Nowy sprzęt do firmy – ja to zała­twiam, zakupy kawy i her­baty – ja to muszę zatwier­dzić, kurwa, wszystko zepchną­łeś na mnie, od naj­mniej­szej pier­doły po orga­ni­za­cję pracy całej firmy. Przy­po­mi­nam ci, że bycie wspól­ni­kiem dużej pra­cowni archi­tek­to­nicz­nej to nie jest to samo, co bycie jej pra­cownikiem. Kurwa, Remik, ty ostat­nio się zacho­wu­jesz, jak­byś był pra­cownikiem. Mam wra­że­nie, że firmę, którą z takim mozo­łem budo­wa­li­śmy przez lata, masz w dupie. Przy­cho­dzisz tutaj, bo musisz, posie­dzisz kilka godzin, wypi­jesz kawę, coś tam zro­bisz i cze­kasz na prze­lew na konto. A ja tutaj zapier­da­lam od rana do nocy i nie dostaję od cie­bie żad­nego wspar­cia. Powiedz, że tak nie jest. Może się mylę i cze­goś nie dostrze­gam. Mylę się?

Remi­giusz patrzył na niego, słu­chał jego słów i jak to czę­sto się zda­rzało w stre­su­ją­cych sytu­acjach, mil­czał. Te wła­ściwe słowa zawsze przy­cho­dziły do niego po kil­ku­na­stu minu­tach, gdy były już nie­po­trzebne, bo spóź­nione. Tym razem słowa się poja­wiły, tylko wyda­wały się jakieś dziwne i na razie ich z sie­bie nie wypusz­czał. Mil­czał więc, utwier­dza­jąc wspól­nika w tym, że racja jest po jego stro­nie.

– Popatrz na to, co robi­łeś przez lata – cią­gnął dalej Artur. – Orga­ni­zo­wa­łaś firmę? Nie, ja to robi­łem. Rekru­to­wa­łeś pra­cow­ni­ków? To też było na mojej gło­wie. Zresztą, długo by wymie­niać. Remik, firma powinna być twoim hobby. Jak się jest wspól­ni­kiem, nie można stąd wyjść i potem już nie myśleć o biz­ne­sie. Firmą żyje się przez całą dobę. Nie można odpier­do­lić swo­ich ośmiu godzin i potem nawet przez chwilę nie zasta­na­wiać się, co dalej. Co polep­szyć, co zmie­nić, w jakim kie­runku mamy się roz­wi­jać, skąd pozy­skać nowe zle­ce­nia, jak naj­bar­dziej efek­tyw­nie wyko­rzy­stać pra­cu­ją­cych dla nas ludzi. Chcia­łem zauwa­żyć, że to ja zawsze myślę o tych spra­wach, a ty zwy­kle akcep­tu­jesz moje decy­zje. Bier­nie zga­dzasz się na wszystko. Czy kie­dy­kol­wiek nie zgo­dzi­łeś się z moimi pomy­słami? Zapro­po­no­wa­łeś jakieś poprawki do moich pla­nów? Ja sobie nie przy­po­mi­nam, ale może pamięć mi szwan­kuje? Przy­po­mnij mi.

Remi­giusz miał już w gło­wie ripo­stę, ale jej nie wypo­wie­dział. Jesz­cze nie. A skoro mil­czał, Artur mówił dalej:

– I jesz­cze jedna sprawa, która mnie naj­bar­dziej zabo­lała. Umó­wi­li­śmy się, że nasza spółka nie sta­nie do kon­kursu na pro­jekt apar­ta­men­towca orga­ni­zo­wany przez mie­sięcz­nik „Mój Dom”. A tym­cza­sem ty, nie infor­mu­jąc mnie, zgło­si­łeś swój pro­jekt. Wiesz, jak to mnie zabo­lało, Remik? Jak­byś zadał mi cios w plecy. Ole­wasz robotę dla Dom-In, ale mia­łeś czas, żeby zro­bić pro­jekt na kon­kurs. Ja też jestem archi­tek­tem, wiem, ile czasu musia­łeś poświę­cić na jego przy­go­to­wa­nie. Kosz­tem swo­jej wła­snej firmy.

Remi­giusz wresz­cie się ode­zwał. Ten kon­kurs był dla niego wielką szansą. Musiał sobie udo­wod­nić, że jesz­cze się do cze­goś nadaje, chciał się dowar­to­ścio­wać, odzy­skać wiarę we wła­sne moż­li­wo­ści, mocno nad­szarp­nięte przez lata spę­dzone w fir­mie zarzą­dza­nej przez Mil­lera. To miał być ten suk­ces wywró­żony mu w syl­we­strową noc. Pro­jek­tu­jąc apar­ta­men­to­wiec na kon­kurs, czuł się jak młody bóg, odzy­skał chęć do pracy, posze­rzył hory­zonty, nała­do­wał aku­mu­la­tory. I wbrew temu, co zasu­ge­ro­wał wspól­nik, nie robił tego w cza­sie pracy.

– To ty usta­li­łeś, że Dom-In nie przy­stąpi do kon­kursu. Ja byłem temu prze­ciwny, dla­tego zro­bi­łem ten pro­jekt sam, bazu­jąc na SWOIM wcze­śniej­szym pomy­śle. – Posta­no­wił być zło­śliwy. – Pamię­tasz, jak kilka lat temu przez rok pro­jektowałem budy­nek City Hol? Koniecz­nie chcia­łeś, żeby nasza firma była głów­nym pro­jektantem, a spóź­ni­łeś się ze zło­że­niem doku­men­tów do kon­kursu, bo byłeś wtedy na nar­tach w Alpach i nie mogłeś się stam­tąd wydo­stać z powodu opa­dów śniegu. Zmar­no­wa­łeś pra­wie rok mojej pracy, a to był dobry pro­jekt i trzeba było tylko tro­chę go prze­ro­bić. Gwa­ran­tuję ci, że nie robi­łem tego tu, w biu­rze, tylko wie­czo­rami i w week­endy. Nasza spółka nie ponio­sła przez to żad­nych strat.

– Nie ponio­sła strat, mówisz? – Mil­ler patrzył na niego z dziw­nym wyra­zem twa­rzy. On ni­gdy nie przy­zna­wał się do błę­dów, więc pomi­nął uwagę o tym, że zmar­no­wał wielką szansę na grubą kasę, zawa­la­jąc wtedy wnio­sek. – Moim zda­niem ponio­sła duże straty. Przy­cho­dzi­łeś do pracy nie­wy­spany, nie anga­żo­wa­łeś się tak, jak powi­nie­neś, nie myśla­łeś o fir­mie, tylko o sobie, i przede wszyst­kim korzy­sta­łeś ze sprzętu i opro­gra­mo­wa­nia nale­żą­cego do firmy.

– Sprzęt należy tak samo do firmy, jak i do mnie czy do cie­bie. – Remi­giusz po raz pierw­szy poczuł nara­sta­jącą w nim zimną agre­sję. Na tym eta­pie to już nie mogło się skoń­czyć jak zwy­kle. Wywali mu prawdę pro­sto w oczy. Za chwilę. – Nie możesz się wpie­przać w moje życie oso­bi­ste. Gówno ci do tego, co robię i czy to się dzieje w dzień czy w nocy, czy w week­endy.

– Masz się wyco­fać z tego kon­kursu – zażą­dał twardo Mil­ler.

– Co ty mówisz? – Stań­czyk wytrzesz­czył na niego oczy, jakby nie zro­zu­miał.

– Wyco­faj się.

– Nie możesz mnie do tego zmu­sić. To jest moja decy­zja.

– Zro­zum to, do jasnej cho­lery! Star­tu­jąc w tym kon­kur­sie, szko­dzisz wize­run­kowi Dom-In na rynku. Daj sobie spo­kój z mrzon­kami, tylko zaj­mij się wresz­cie robotą i prze­stań zawa­lać ter­miny. Nie mam zamiaru wię­cej rene­go­cjo­wać u klien­tów ter­mi­nów, bo ty nie jesteś w sta­nie ich dotrzy­mać.

– Ja zawa­lam ter­miny? – głos Remi­giu­sza stał się nagle lodo­waty. – Od lat ci mówię, że usta­lane przez cie­bie ter­miny są nie­re­alne. Do tego bie­rzesz każde gówno z rynku. Bra­kuje nam archi­tek­tów, a ci, któ­rych mamy, są prze­cią­żeni pracą. To nie jest moja wina, to jest wina two­jego gów­nia­nego zarzą­dza­nia i pogoni za kasą!

Twarz Artura zmie­niła się nagle w maskę bez wyrazu, a usta zaci­snęły się w poziomą linię, jak to się działo zawsze, kiedy był wście­kły.

– Posłu­chaj mnie… – zaczął, wycią­ga­jąc oskar­ży­ciel­sko palec w kie­runku Stań­czyka, lecz ku jego wyraź­nemu zasko­cze­niu Remi­giusz mu prze­rwał:

– Nie, kurwa, to ty mnie teraz posłu­chaj! Zaczy­na­li­śmy tę spółkę w sześć osób. Przez lata wszyst­kich wyko­si­łeś i teraz masz pięć razy wię­cej udzia­łów i zara­biasz pięć razy wię­cej niż ja. Nie pro­te­sto­wa­łem i teraz tego żałuję, ale na­dal tu jestem. Wiesz, dla­czego zaj­mu­jesz się tym całym gów­nem, począw­szy od zakupu kawy do eks­presu po zatrud­nie­nie pra­cow­ni­ków? Bo sam chcia­łeś się tym zaj­mo­wać i masz do tego ludzi, któ­rzy więk­szość tego gówna odwa­lają za cie­bie.

– Remi­giusz, posłu­chaj… – Artur znowu pró­bo­wał prze­rwać.

– Nie, ja teraz mówię! – Stań­czyk pod­niósł się z fotela i zaczął mówić gło­śniej, wpro­wa­dza­jąc Mil­lera w stan kom­plet­nego osłu­pie­nia. – Od dzie­się­ciu lat nie uczest­ni­czy­łeś w żad­nym pro­jek­cie. To ja nad­zo­ruję wszyst­kie prace pro­jek­towe i jestem ich pomy­sło­dawcą. Mam tylko dwa­dzie­ścia pro­cent udzia­łów w tej fir­mie, a przez ostat­nie lata pra­co­wa­łem tu po dwa­na­ście godzin w soboty, nie­dziele i święta! I ty mi teraz mówisz, że ja się nie anga­żuję? Każesz mi się wyco­fać z kon­kursu, który jest dla mnie odskocz­nią, reali­za­cją marzeń i wielką przy­jem­no­ścią? Każesz mi dalej zapier­da­lać przy kom­pu­te­rze za tę nędzną kasę? Mówisz, że szko­dzę wize­run­kowi firmy? Gówno prawda. Oba­wiasz się po pro­stu, że mniej zaro­bisz. Ale ja już mam dość. Nie będę na cie­bie wię­cej pra­co­wał.

– Co masz na myśli? – Artur patrzył zdzi­wiony.

– Odcho­dzę – wyja­śnił Remi­giusz. – Rzu­cam to. Zni­kam. Mam to w dupie. Pier­dolę tę twoją firmę! Nie chcę już haro­wać na twoje tłu­ste prze­lewy kosz­tem życia pry­wat­nego.

– Posłu­chaj, Remik… – zaczął Mil­ler, ale Stań­czyk znowu mu prze­rwał.

– I nie mów do mnie Remik!

Artur był kom­plet­nie zasko­czony jego wybu­chem. Nie wie­dział, jak ma zare­ago­wać.

– Poroz­ma­wiajmy, Remi­giu­szu – popro­sił. – W końcu jeste­śmy od lat przy­ja­ciółmi. Wyja­śnijmy sobie wszystko na spo­koj­nie.

– Kie­dyś byli­śmy przy­ja­ciółmi – zapro­te­sto­wał Stań­czyk. – Przez lata jed­nak zmie­ni­li­śmy się kom­plet­nie i poszli­śmy w różne strony. Mamy inne prio­ry­tety, nie chcę żyć jak ty. Chcę żyć ina­czej. Nie chcę wię­cej zakła­ma­nia.

– Remik, uspo­kójmy emo­cje. One są złym doradcą w takich sytu­acjach.

– Nie, emo­cje są dobre. To dzięki tym emo­cjom w końcu mogę ci walić prawdę pro­sto w twarz. Za długo je tłu­mi­łem. Nie chcę dłu­żej uda­wać, że nie wiem, co robisz z sekre­tarką. Nie chcę uda­wać, że nie wiem o two­ich wcze­śniej­szych roman­sach. Nie chcę patrzeć two­jej żonie w oczy i robić dobrą minę do złej gry.

Mil­ler poczer­wie­niał na twa­rzy. Nie wie­dział, co powie­dzieć, i było to dla niego spo­rym zasko­cze­niem. Chyba po raz pierw­szy Stań­czyk widział go w takim sta­nie.

– Odcho­dzę – powtó­rzył sucho Remi­giusz. – Niech praw­nik skon­tak­tuje się z moim praw­nikiem w spra­wie odku­pie­nia udzia­łów. Tylko pamię­taj, ja się nie dam wyro­lo­wać jak reszta naszych wspól­ni­ków, wiem, ile firma jest warta. Pamię­taj, że za pie­prze­nie sekre­tarki też trzeba tro­chę do ceny dorzu­cić.

Stań­czyk odwró­cił się na pię­cie i wyszedł, zosta­wia­jąc Mil­lera w sta­nie kom­plet­nego osłu­pie­nia. Trza­snął drzwiami, aż Ewe­lina pod­sko­czyła prze­stra­szona. Była blada jak wosk i miała nie­tęgą minę. Pew­nie pod­słu­chi­wała. Bar­dzo dobrze, to wiele uła­twi.

– Remik… – zaczęła nie­pew­nie, lecz Remi­giusz był coraz lep­szy w nie­do­pusz­cza­niu innych do słowa.

– Dla cie­bie Remi­giusz! – rzu­cił i nie cze­ka­jąc na jej dal­sze słowa, wyszedł na kory­tarz.

Przy­sta­nął na moment i ode­tchnął. Co teraz czuł? Oczy­wi­ście stres i wewnętrzny ner­wowy dygot, jed­nak te nega­tywne uczu­cia przy­sło­niła fala eufo­rii. Zanim doszedł do swo­jego gabi­netu, był już roz­luź­niony, uśmiech­nięty i spo­kojny. Do dia­bła, to się oka­zało takie pro­ste! Dla­czego nie zde­cy­do­wał się wcze­śniej? Jak cho­lerny kre­tyn tyrał tu za trzech, a i tak nikt tego nie doce­niał. Dla­czego nie rzu­cił tej roboty wcze­śniej? Wie­dział dla­czego. Dla wygody i dla świę­tego spo­koju. Zno­sił wszystko i kładł uszy po sobie, bo bał się zmian. Prze­cież wia­domo, że lep­sze jest wro­giem dobrego. I odkła­dał decy­zję na bli­żej nie­okre­śloną przy­szłość. Cho­lerna pro­kra­sty­na­cja!

Po dro­dze zaszedł do aneksu kuchen­nego. Zro­bił sobie kawę. Tak, naj­bar­dziej będzie mu bra­ko­wało kawy. Tu była zawsze naj­lep­sza.

W gabi­ne­cie spa­ko­wał pry­watne rze­czy do pudełka po papie­rze do dru­karki. Zadzwo­nił wewnętrzny tele­fon na biurku, ale nie ode­brał. Potem zadzwo­niła komórka, jed­nak nawet nie spraw­dził, kto chce z nim roz­ma­wiać. Nie obcho­dziło go to, bo już go tu men­tal­nie nie było.

Gdyby odszedł lata temu, zało­żyłby wła­sne biuro i zara­biał kro­cie, pra­cu­jąc dużo mniej. Zmar­no­wał kawał życia. Za błędy trzeba pła­cić. Tele­fony dzwo­niły, ktoś pukał do drzwi, a potem szar­pał za klamkę. Prze­zor­nie wcze­śniej prze­krę­cił klucz w zamku. Na końcu wycią­gnął z biurka kanapki, zjadł ostat­nie dru­gie śnia­da­nie w tym miej­scu, dopił kawę, a następ­nie po pro­stu wyszedł z lap­to­pem w tor­bie na ramie­niu i pudeł­kiem z pry­wat­nymi dro­bia­zgami. Zaska­ku­jące, jak było ich mało, a do tego nic istot­nego. Naj­wy­raź­niej z tą firmą już dawno, nie­świa­do­mie, prze­stał się iden­ty­fi­ko­wać. W końcu doj­rzał.

Nowy rok i wiel­kie zmiany w życiu. Prze­cież tego wła­śnie chciał.

Pustym kory­ta­rzem dotarł do drzwi wyj­ścio­wych, nikogo nie spo­tkaw­szy po dro­dze. Zresztą nie chciał nikogo spo­tkać. Otwo­rzył drzwi na główny kory­tarz z win­dami i zde­rzył się z wyso­kim szpa­ko­wa­tym face­tem w skó­rza­nej kurtce. Musiał się zatrzy­mać, ponie­waż męż­czy­zna zata­ra­so­wał mu drogę i coś poka­zy­wał, uno­sząc to na wyso­kość jego twa­rzy. To była poli­cyjna odznaka.

– Komi­sarz Dariusz Pikul. Czy pra­cuje tu Joanna Niedź­wia­dek?

Poli­cjant miał prze­ni­kliwe spoj­rze­nie sza­rych oczu, kil­ku­dniowy zarost na twa­rzy, masku­jący długą bli­znę na policzku. Biła od niego pew­ność sie­bie. Remi­giusz pomy­ślał nawet przez chwilę, że nie chciałby kie­dyś stać się obiek­tem jego zain­te­re­so­wa­nia.

– Miśka? – rzu­cił machi­nal­nie. – Tak, pra­cuje jako asy­stentka zarządu.

– Miśka? – powtó­rzył poli­cjant, uno­sząc brwi.

– No… tak ją nazy­wamy – zmie­szał się Stań­czyk.

– Pan jest jej sze­fem?

– Byłym, wła­śnie odcho­dzę w cho­lerę z tego domu waria­tów. Czy ja też będę panu potrzebny?

– Nie.

– To pro­szę mnie prze­pu­ścić.

Komi­sarz Pikul stał w drzwiach i parzył za Remi­giu­szem, aż ten wsiadł do windy i drzwi się za nim zamknęły.

3

Nie powi­nien jeść tego gówna. Wie­dział, że duży hot dog kupiony na sta­cji ben­zy­no­wej nie jest dobrym pomy­słem, żeby zapeł­nić pusty żołą­dek. Potem będzie miał nie­straw­ność i nie­przy­jemny refluks. Szcze­gól­nie gdy popije to wykwintne danie kawą kupioną na tej samej sta­cji. Ile razy powta­rzał sobie, że musi zmie­nić nawyki żywie­niowe. Dużo, i co z tego? Taka robota. Wieczny pośpiech, cią­gły stres i sta­wia­nie pracy na pierw­szym miej­scu. Nie tylko przed życiem pry­wat­nym, ale też przed wła­snym zdro­wiem. Niech to szlag trafi! No musi coś w końcu zmie­nić, bo ten kwas znisz­czy mu żołą­dek i prze­łyk.

Zadzwo­nił tele­fon. Chciał szybko ode­brać, wyko­nał nie­ostrożny ruch i resztka kieł­ba­ski uma­zana keczu­pem i musz­tardą spa­dła mu na spodnie i zosta­wia­jąc wyraźny ślad, poto­czyła mu się w kie­runku kro­cza. Takie były uroki jedze­nia w aucie, cho­lera jasna! Tak długo, jak będzie jadł w pośpie­chu śmie­ciowe żar­cie, tak długo będzie to robił w aucie na sie­dze­niu kie­rowcy. Fotel był już upstrzony kil­koma tłu­stymi pla­mami. A teraz jesz­cze spodnie.

Klnąc pod nosem, wło­żył kieł­ba­skę w bułkę i ode­brał.

– Pikul, słu­cham?

– Chyba coś mamy. – Głos pod­ko­mi­sa­rza Andrzeja Fijasa, kolegi z wydziału, był pełen kiep­sko tłu­mio­nych emo­cji.

– No to mów, do cho­lery!

– Tele­fo­no­wała do nas Joanna Niedź­wia­dek. Coś sobie przy­po­mniała z tam­tego dnia. Musisz z nią szybko poga­dać. Teraz jest w pracy.

– Dobrze, gdzie ona pra­cuje?

– Jakaś pra­cow­nia archi­tek­to­niczna w Green Towers na Śru­bo­wej.

Komi­sarz Dariusz Pikul odru­chowo zer­k­nął w prawo przez boczną szybę. Zapar­ko­wał na sta­cji BP na skrzy­żo­wa­niu Legnic­kiej z Zachod­nią. Rzut bere­tem od Śru­bo­wej.

– Dobrze, będę u niej za pięć minut – rzu­cił i się roz­łą­czył.

W mię­dzy­cza­sie plamy na jego spodniach tylko się utrwa­liły. Sta­ran­nie je czy­ścił, prze­żu­wa­jąc resztkę hot doga. Potem przyj­rzał się z uwagą efek­tom swo­ich wysił­ków. Nie było naj­go­rzej. Naj­waż­niej­sze, że nie spra­wiał wra­że­nia osoby cier­pią­cej na syn­drom nie­trzy­ma­nia moczu. Dopił resztkę kawy i rzu­cił tek­tu­rowy kubek na pod­łogę przed fote­lem pasa­żera, w stertę innych śmieci. Jak się nazywa samo­chód, w któ­rym nie trzeba ni­gdy wymie­niać oleju, sprzą­tać, jeź­dzić na myj­nię, tan­ko­wać za swoje, dole­wać płynu do spry­ski­wa­cza i mar­twić się wyso­kimi kra­węż­ni­kami? Służ­bowy. Poli­cjant tak wła­śnie trak­to­wał to auto.

Nie­na­wi­dził odwie­dzać wybu­do­wa­nych nie­dawno biu­row­ców, szcze­gól­nie tych usy­tu­owa­nych nie­da­leko cen­trum. Nie było gdzie zapar­ko­wać. Nie­które nie miały pod­ziem­nych par­kin­gów dla gości, tylko ogra­ni­czoną liczbę miejsc dla najem­ców i ich pra­cow­ni­ków. I jedy­nie przed autami mają­cymi odpo­wiedni sta­tus otwie­rały się szla­bany. Dla­tego komi­sarz Dariusz Pikul nawet nie zbli­żył się do szla­banu. Zapar­ko­wał na chod­niku. Wyło­żył na dach nie­bie­skiego koguta, żeby żad­nym miej­skim służ­bom nie przy­szło cza­sem do głowy wle­pić mu man­dat za nie­pra­wi­dłowe par­ko­wa­nie.

Dłu­żej niż dojazd na miej­sce zajęło mu zna­le­zie­nie odpo­wied­niej firmy. Kiedy wresz­cie wysiadł z windy na przed­ostat­nim pię­trze biu­rowca i sta­nął przed drzwiami, te otwo­rzyły się gwał­tow­nie i omal nie zde­rzył się z face­tem trzy­ma­ją­cym przed sobą pudełko po papie­rze do dru­karki. Poka­zał mu odznakę w wycią­gnię­tej dłoni.

– Komi­sarz Dariusz Pikul. Czy pra­cuje tu Joanna Niedź­wia­dek?

Poli­cjant uważ­nie przyj­rzał się face­towi w nie­bie­skiej koszuli i mary­narce. Pie­przony kra­wa­ciarz, który pew­nie napchał kabzę kosz­tem pra­cow­ni­ków zara­bia­ją­cych gro­sze. Nie­na­wi­dził takich cwa­niacz­ków, w swo­jej karie­rze gli­nia­rza spo­ty­kał takich na pęczki i gnę­bił ich, jak tylko mógł. Nawet pomy­ślał, że dobrze by było doje­chać takiego na prze­słu­cha­niu, i żało­wał, bo praw­do­po­do­bień­stwo takiego roz­woju sytu­acji było zni­kome.

– Miśka? – Kra­wa­ciarz wyglą­dał tak, jakby na dłuż­szą chwilę prze­stał rozu­mieć ojczy­stą mowę. – Tak, pra­cuje jako asy­stentka zarządu.

– Miśka? – Pikul uniósł brwi.

– No… tak ją nazy­wamy – zmie­szał się tam­ten.

– Pan jest jej sze­fem?

– Byłem, wła­śnie odcho­dzę w cho­lerę z tego domu waria­tów. Czy ja też będę panu potrzebny?

– Nie.

– To pro­szę mnie prze­pu­ścić.

Komi­sarz Pikul stał w drzwiach i patrzył za face­tem. Z tru­dem zapa­no­wał nad cisną­cym mu się na usta uśmie­chem. Czyli nowo­bo­gaccy wła­ści­ciele wysoko docho­do­wych spółek też cza­sem lądują na bruku. To była dla niego bar­dzo miła wia­do­mość.

Zamknął za sobą drzwi z nazwą firmy, Dom-In, i zna­lazł się w sekre­ta­ria­cie. Rze­czy­wi­ście sytu­acja wyglą­dała na nie­stan­dar­dową i musiał naro­bić nie­złego rabanu, zanim zja­wiła się sekre­tarka z roz­bie­ga­nym spoj­rze­niem i zaczer­wie­nio­nymi policz­kami. Był już nie­źle wku­rzony, kiedy wresz­cie docze­kał się roz­mowy sam na sam z „Miśką”, jak w duchu zaczął nazy­wać świadka.

Sie­dzieli przy dłu­gim stole w pomiesz­cze­niu, które mogło być salą kon­fe­ren­cyjną. Naprze­ciw sie­bie komi­sarz widział smutną i chyba tro­chę prze­stra­szoną blon­dynkę w wieku mniej wię­cej trzy­dzie­stu lat. Spo­tkał ją po raz pierw­szy, wcze­śniej roz­ma­wiali z nią jego kole­dzy z wydziału. Była naj­waż­niej­szym świad­kiem w pro­wa­dzo­nym w jego wydziale śledz­twie. To ona ostatni raz widziała zagi­nioną kobietę.

Pikul nie nale­żał do poli­cjan­tów obda­rzo­nych prze­sadną empa­tią. Zasta­na­wiał się nawet, czy po tylu latach ści­ga­nia zabój­ców i naj­gor­szych popa­prań­ców ma jesz­cze w sobie coś takiego jak empa­tia. Bo prze­cież ta ludzka cecha znika w tym zawo­dzie jako pierw­sza. Nie można wiele lat oglą­dać, doty­kać, wąchać tru­pów i pozo­stać wraż­li­wym. Zauwa­żył jed­nak, że ludzie ocze­kują od niego zro­zu­mie­nia i współ­czu­cia, więc dosko­nale nauczył się uda­wać, kiedy mogło to przy­nieść wymierne korzy­ści dla śledz­twa. Teraz przy­brał zatro­skaną postawę star­szego brata, reagu­ją­cego na tra­ge­dię, którą prze­żyła sio­stra.

– Pani była ostat­nią osobą, która widziała Kata­rzynę Jawor­ską – zaczął gło­sem tele­wi­zyj­nego pre­zen­tera, z sym­pa­tycz­nym uśmie­chem na ustach.

Podzia­łało. „Miśka” tro­chę się roz­luź­niła.

– Tak – przy­znała cicho.

– Może mi pani opo­wie­dzieć jesz­cze raz, w jakich oko­licz­no­ściach to nastą­piło?

– Umó­wi­ły­śmy się na spa­cer w drugi dzień świąt Bożego Naro­dze­nia. Do Kasi, jak co roku, zje­chała się rodzina, ale jak to bywa w rodzi­nie, nie ze wszyst­kimi dobrze żyła. Dru­giego dnia świąt miała już wszyst­kiego dość i umó­wiła się ze mną na spa­cer w parku Szczyt­nic­kim.

– To było dwu­dzie­stego szó­stego grud­nia zeszłego roku? – wtrą­cił nagle Pikul, niby bez sensu, ale Joanna nie dała się wybić z rytmu.

– Tak, około czter­na­stej.

– Pro­szę mówić dalej.

– Kaśka już na mnie cze­kała przy takim jeziorku na rogu parku od strony ulicy Dem­bow­skiego. Przy­szłam z psem, pogoda była nie­cie­kawa, ale pocho­dzi­ły­śmy z godzinkę i humor jej się popra­wił. Poże­gna­łam ją w tym samym miej­scu i poszłam do domu. Ale teraz… – Wyraź­nie się zawa­hała.

– Tak? – Dariusz uniósł brwi.

– Poprzed­nio mówi­łam, że nie zauwa­ży­łam wtedy nic nie­zwy­kłego, ale teraz sobie przy­po­mnia­łam. Widzia­łam ciemny samo­chód.

– Pro­szę mi wszystko na spo­koj­nie opo­wie­dzieć.

Joanna Niedź­wia­dek wcią­gnęła głę­boko powie­trze do płuc i zaraz je wypu­ściła.

– Pierw­szy raz mijał mnie, gdy wcho­dzi­łam do parku na spo­tka­nie z Kaśką. Wła­śnie koło czter­na­stej. Kiedy spa­ce­ro­wa­ły­śmy, to samo auto było zapar­ko­wane za boiskiem do piłki noż­nej obok. Zwró­ci­łam na nie uwagę, bo nikt tam ni­gdy nie par­kuje. Tam chyba nie wolno par­ko­wać.

– Od strony alei Wiel­kiej Wyspy? – dopy­tał poli­cjant.

– Tak. Ale kiedy wra­ca­ły­śmy, tego samo­chodu już nie było – mówiła dalej, a na jej twarz powoli wycho­dził rumie­niec. – Minął mnie znowu, kiedy wra­ca­łam Dem­bow­skiego do domu. Poje­chał w kie­runku Tram­wa­jo­wej, czyli tam, dokąd poszła Kaśka.

– Rozu­miem. Jakiego koloru było to auto?

– Ciemne – kobieta zmie­szała się i rumie­niec stał się wyraź­niej­szy.

– Czarne czy gra­na­towe?

– Czarne.

Pikul prze­klął w myślach, ale wyraz jego twa­rzy się nie zmie­nił.

– Jakiej było marki? – dopy­ty­wał.

– Nie wiem, ja się nie znam na samo­cho­dach. Na pewno nie był nowy. Miał z… – Zawa­hała się. – Pięt­na­ście albo dwa­dzie­ścia lat. Teraz już takie nie jeż­dżą. Był duży, więk­szy niż wiele innych aut.

– Okej. – Komi­sarz odru­chowo podra­pał się po bliź­nie na lewym policzku.

Joanna Niedź­wia­dek przez całą roz­mowę popa­trzyła na niego tylko raz. Teraz wpa­try­wała się w blat stołu. To pew­nie przez jego sfa­ty­go­wane prawe ucho, to była czę­sta reak­cja osób, które widziały go po raz pierw­szy. No i jesz­cze bli­zna na policzku. Może powi­nien tu przy­je­chać ktoś inny?

– Może to był mer­ce­des? – zapy­tał. – Takie oku­lar­niki kie­dyś jeź­dziły, pamięta pani?

– Tak, to mógł być taki mer­ce­des – przy­znała zaraz.

– A może audi? To zawsze były duże samo­chody.

– Może audi – zgo­dziła się po chwili.

– A pamięta pani opla omegę kombi? – pytał dalej. – Takie wiel­kie auto.

– To chyba nie był kombi. – Drugi raz pod­nio­sła na niego wzrok i natych­miast go spu­ściła.

Komi­sarz Dariusz Pikul wes­tchnął. Nie było sensu dalej jej stre­so­wać.

– Pani Asiu. – Celowo zaczął skra­cać dystans mię­dzy nimi. – Przy­je­dzie do pani poli­cjant z kata­lo­giem zdjęć star­szych modeli samo­cho­dów. Popra­cuje pani z nim? Może coś się uda usta­lić. Ma przy­je­chać tu czy może do pani do domu?

– Raczej do domu – odpo­wie­działa z ulgą, że koń­czą roz­mowę. – Tutaj dzi­siaj jakieś pie­kło się roz­pę­tało. Sze­fo­wie się pokłó­cili i jeden odszedł.

Pikul poki­wał ze zro­zu­mie­niem głową.

4

Zadzwo­nił do pod­ko­mi­sa­rza Fijasa, kiedy już wsiadł do samo­chodu zapar­ko­wa­nego na chod­niku.

– Wie­rzę jej – rela­cjo­no­wał roz­mowę. – Tylko mamy pro­blem, bo ona nie ma poję­cia, jakie to było auto. Jakieś było, ale wiesz, jak to kobieta, na samo­cho­dach się nie zna.

– To co robimy?

– Wyślij wie­czo­rem do niej do domu naszego gra­fika z kata­lo­giem sta­rych aut. Może do cze­goś dojdą.

– W porządku. A ty co teraz masz w pla­nach?

– Jadę do jasno­wi­dza, a potem do domu, bo sobie spodnie upier­do­li­łem keczu­pem.

– Do jasno­wi­dza! – prych­nął Fijas. – Znasz ten dow­cip o jasno­wi­dzu?

– Pew­nie znam, ale opo­wia­daj.

– Facet puka do drzwi jasno­wi­dza i sły­szy pyta­nie: Kto tam? Po czym odwraca się i odcho­dzi, mam­ro­cząc pod nosem: Na cho­lerę mi taki jasno­widz?

– Taaa… – Pikul nawet się nie uśmiech­nął. – Mam podobne zda­nie, ale pole­ce­nie szefa to roz­kaz.

– A głu­piego szefa? – wpadł mu w słowo Andrzej.

– Też roz­kaz, co naj­wy­żej głupi. Idziesz wie­czo­rem na drinka?

– Stary, dzi­siaj jest ponie­dzia­łek! – wykrzyk­nął Fijas. – Żona by mi zro­biła eks­mi­sję z domu.

– Po co ci taka żona?

– Weź się odwal, dobrze? Cwa­nia­czek kawa­ler się zna­lazł. Zapy­taj lepiej tego jasno­wi­dza, czy jesz­cze jakaś kobieta na cie­bie spoj­rzy, zanim sobie nie przy­szy­jesz ucha i nie zope­ru­jesz bli­zny na facja­cie.

– Dobra już – prze­rwał Pikul. – Przej­rzyj­cie jesz­cze raz zapisy z kamer moni­to­ringu miej­skiego na skrzy­żo­wa­niu alei Wiel­kiej Wyspy z Dem­bow­skiego. Jeśli ten samo­chód się tam dłu­żej krę­cił, może sami go roz­po­znamy.

– Dobrze, na razie!

Pod­ko­mi­sarz Fijas się roz­łą­czył, a Dariusz uru­cho­mił sil­nik w aucie.

Naprawdę jechał do jasno­wi­dza. Jacek Mar­kow­ski nie­gdyś był księ­dzem, a teraz można go było nazwać eks­cen­try­kiem. Pro­wa­dził w Śród­mie­ściu gabi­net, który sam nazy­wał Gabi­ne­tem Prze­po­wia­da­nia Przy­szło­ści i Jasno­wi­dze­nia. Kan­to­wał w nim naiw­nych klien­tów na nie­złą kasę, ale nic mu nie można było zro­bić. Inte­res był w pełni legalny, prze­waga klien­tów zado­wo­lo­nych nad roz­cza­ro­wa­nymi, opłaty w dowol­nej wyso­ko­ści tylko w przy­padku dobrych prze­po­wiedni i traf­nych jasno­wi­dzeń, zero skarg. No i od pew­nego czasu regu­larna współ­praca z poli­cją, głów­nie w spra­wach o zagi­nię­cie. Zupeł­nie za darmo i z suk­ce­sami. Cho­ciaż Dariusz uwa­żał, że facet był po pro­stu genial­nym mani­pu­lan­tem i tak spraw­nie nawi­jał klien­tom maka­ron na uszy, iż w końcu zaczy­nali wie­rzyć we wszystko, co im mówił. Mar­kow­ski miał doświad­cze­nie z cza­sów, kiedy jesz­cze nosił sutannę. W tym zawo­dzie sztukę mani­pu­la­cji można było roz­wi­nąć do poziomu arcy­mi­strzow­skiego. Takie przy­naj­mniej było zda­nie komi­sa­rza Dariu­sza Pikula.

Wspi­nał się teraz po skrzy­pią­cych scho­dach na dru­gie pię­tro sta­rej kamie­nicy w małej uliczce odcho­dzą­cej w bok od Wyszyń­skiego. Sta­nął przed masyw­nymi drew­nia­nymi drzwiami bez żad­nych ozna­czeń i zadzwo­nił. Ten biz­nes wyma­gał spo­koju i dys­kre­cji, dla­tego nie było żad­nych reklam ani tabli­czek z godzi­nami przy­jęć. Kto miał tu tra­fić, ten zazwy­czaj tra­fiał bez pro­ble­mów.

Pikul nagle pomy­ślał, że jak usły­szy pyta­nie „Kto tam?”, to odwraca się na pię­cie i odcho­dzi. Dopiero teraz dow­cip Fijasa go roz­ba­wił i aż par­sk­nął śmie­chem. Na szczę­ście pyta­nie nie padło, w prze­ciw­nym razie udu­siłby się ze śmie­chu. Kiedy drzwi się uchy­liły, wciąż miał rogala na twa­rzy. Z tru­dem przy­wo­łał na swoje sfa­ty­go­wane obli­cze pozory powagi.

Jasno­widz był męż­czy­zną zaska­ku­jąco niskim. Miał może metr sześć­dzie­siąt wzro­stu, był łysy, miał pomarsz­czoną twarz sta­rego czło­wieka, ale trudno było okre­ślić jego wiek. Rów­nie dobrze mógł mieć sześć­dzie­siąt, jak i osiem­dzie­siąt lat. Ubrany był w dres jak Fer­dy­nand Kiep­ski, w kąciku ust tkwił palący się papie­ros w szkla­nej lufce, która przy­brała kolor ciem­no­brą­zowy od osia­da­ją­cych w niej sub­stan­cji smo­li­stych.

– Cze­ka­łem na cie­bie – rzu­cił Mar­kow­ski, odwró­cił się na pię­cie i poma­sze­ro­wał do pokoju za kotarą.

Dariu­szowi uśmiech zszedł z twa­rzy. Spo­dzie­wał się. Jasno­widz – niech go szlag trafi, myślałby kto. On nie wie­rzył w takie bajki, ale rozu­miał swo­jego szefa. Musiał wyko­nać dzia­ła­nia wyprze­dza­jące, infor­mu­jąc opi­nię publiczną o udziale w poszu­ki­wa­niach jasno­wi­dza, zanim pojawi się stu innych samo­zwań­czych jasno­wi­dzów, wska­zu­ją­cych sto róż­nych miejsc, gdzie może znaj­do­wać się teraz Kata­rzyna Jawor­ska. A każde trzeba by było spraw­dzić.

Nie cier­piał papie­ro­sów, a w miesz­ka­niu jasno­wi­dza można było sie­kierę powie­sić. Aż poczuł łza­wie­nie oczu. Po dro­dze zaj­rzał do kuchni. W zle­wie pię­trzyła się góra brud­nych naczyń, a na kuchence gazo­wej, osma­lo­nej i czar­nej, jakby nie­dawno znaj­do­wała się w epi­cen­trum pożaru, stał stary żeliwny czaj­nik z cha­rak­te­ry­stycz­nym, fan­ta­zyj­nie zawi­nię­tym dziób­kiem. Coś takiego można było teraz kupić tylko na targu sta­roci.

Nie ocią­ga­jąc się dłu­żej, wszedł do gabi­netu Mar­kow­skiego. Były ksiądz sie­dział wygod­nie w fotelu, palił nowego papie­rosa. Przed nim stał mały sto­lik z pory­so­waną poli­turą, a na nim leżały paczka fajek, zapal­niczka i popiel­niczka. Żad­nej szkla­nej kuli. Naj­wy­raź­niej jasno­widz sto­so­wał bar­dziej nowo­cze­sne metody prze­po­wia­da­nia przy­szło­ści. Wska­zał poli­cjan­towi nie­wy­godny sto­łek po dru­giej stro­nie sto­lika, pocze­kał, aż Pikul się do niego dopa­suje, i zapy­tał:

– Porwano ją z parku, tak?

Komi­sarz potwier­dził.

– Była z kole­żanką, prawda?

Dariusz się zawa­hał. Ten fakt nie był podany do publicz­nej wia­do­mo­ści. Może naczel­nik mu powie­dział, kiedy uma­wiał spo­tka­nie? Nie­chęt­nie potwier­dził.

– No to daj mi wresz­cie jej zdję­cie – znie­cier­pli­wił się Mar­kow­ski.

Pikul się­gnął do kie­szeni skó­rza­nej kurtki i wycią­gnął z niej zło­żony na czworo kolo­rowy skan foto­gra­fii z dowodu oso­bi­stego Jawor­skiej. Prze­su­nął go po bla­cie w kie­runku jasno­wi­dza. Stary zacią­gnął się papie­ro­sem, przy­mknął oczy, a kiedy je otwo­rzył, spoj­rzał ziry­to­wany na Dariu­sza.

– A co ty tu jesz­cze robisz? Możesz już iść. Ode­zwę się, jak będę miał wizję.

Pikul już widział, jak po jego wyj­ściu hochsz­ta­pler odpala kom­pu­ter, w wyszu­ki­warce wpi­suje nazwi­sko zagi­nio­nej i czyta wszyst­kie arty­kuły, które mu się wyświe­tlą, a potem zasta­na­wia się, jaki bajer wci­snąć śled­czym. Ode­zwał się w nim wieczny opor­tu­ni­sta.

– Może cho­ciaż kilka słów w ramach dobrej współ­pracy – powie­dział, nie rusza­jąc się z miej­sca.

Nie mógł się przy tym powstrzy­mać od kpią­cego uśmie­chu. Jasno­widz musiał być przy­zwy­cza­jony do takich demon­stra­cji scep­ty­cy­zmu, bo nie drgnął mu nawet jeden mię­sień na pomarsz­czo­nej twa­rzy. Zacią­gnął się głę­boko papie­ro­sem, przy­mknął oczy i wypu­ścił dym ku górze, odchy­la­jąc przy tym głowę. Potem nagle nachy­lił się nad sto­li­kiem i dotknął zdję­cia, nie roz­kła­da­jąc go i nie patrząc.

Mil­czał, więc poli­cjant też nic nie mówił, tylko cze­kał. Naj­le­piej na coś, co skom­pro­mi­tuje fał­szy­wego prze­po­wia­da­cza przy­szło­ści, podobno widzą­cego rze­czy dla innych nie­wi­dzialne. Mar­kow­ski tym­cza­sem wypa­lił papie­rosa do końca i ze sto­ic­kim spo­ko­jem się­gnął do paczki po następ­nego. Kiedy wkła­dał go do lufki, nagle prze­mó­wił:

– Ona jest teraz w ciem­nym miej­scu, jest jej zimno i jest prze­ra­żona.

Dariusz omal nie prych­nął pogar­dli­wie. Takie wizje to on już miał wie­lo­krot­nie w ciągu dwóch tygo­dni poszu­ki­wań, choć jasno­wi­dzem nie był.

– Czy to piw­nica? – zapy­tał, z tru­dem nad sobą panu­jąc.

– Tak, ale nie taka zwy­kła piw­nica. – Jasno­widz znowu przy­mknął oczy.

No pew­nie – pomy­ślał komi­sarz. – Kto by trzy­mał porwaną kobietę w zwy­kłej piw­nicy?

– To może nie być piw­nica – mówił tym­cza­sem Mar­kow­ski, dzwo­niąc szklaną lufką o pożół­kłe zęby. – To pomiesz­cze­nie jest czy­ste, nie ma w nim wil­goci, to może być garaż. Ale nie! Czuję, że jest pod powierzch­nią ziemi, więc to może być jed­nak piw­nica.

– Rewe­la­cja – burk­nął. – Może cho­ciaż jakiś kie­ru­nek?

Mar­kow­ski się­gnął po zdję­cie, jakby nie sły­szał jego pyta­nia, i dopiero teraz na nie spoj­rzał. Jego brwi się zetknęły, a ręka z papie­ro­sem zaczęła nie­znacz­nie podry­gi­wać.

– Ona żyje, ale… – Zamilkł, jakby głos uwiązł mu w gar­dle. – Jest bar­dzo słaba i… Tak, widzę to wyraź­nie. Ona wkrótce umrze. Może nawet jesz­cze tej nocy.

Cho­lerny mistrz mani­pu­la­cji i socjo­tech­niki. Powie­dział to w taki spo­sób, że poli­cjant mimo­wol­nie poczuł na ple­cach deli­katny dreszcz nie­po­koju. Zaci­snął szczęki zły na sie­bie za tę reak­cję. Był też zły na Mar­kow­skiego. Nie wie­rzył w jego zdol­no­ści, a mówie­nie cze­goś takiego było podłe i bru­talne. Nic jed­nak nie powie­dział. Wstał i skie­ro­wał się do wyj­ścia.

Mar­kow­ski poszedł za nim w chmu­rze tyto­nio­wego dymu. Pikul czuł, że zdą­żył prze­siąk­nąć tym smro­dem i teraz dokąd­kol­wiek pój­dzie, będzie śmier­dział papie­ro­chami.

– Pocze­kaj chwilę! – Jasno­widz zatrzy­mał go w drzwiach.

Dariusz prze­wró­cił oczami. Sta­rzec miał dziwny wyraz na twa­rzy, jakby stał teraz przed nim, a rów­no­cze­śnie widział rze­czy odda­lone o setki kilo­me­trów.

– Ona jest bar­dzo bli­sko – powie­dział.

– Jak bli­sko?

– Tego nie wiem – żach­nął się Mar­kow­ski. – Mam na myśli, że ona jest bli­sko cie­bie.

– Pro­wa­dzę śledz­two w spra­wie jej zagi­nię­cia, to chyba nor­malne?

– Nie o to mi cho­dzi! Ona jest bli­sko cie­bie, ale tak… ina­czej bli­sko. W innym sen­sie niż że gdzieś obok. Ona jest bli­sko ina­czej.

Poli­cjant wes­tchnął i poki­wał tylko głową. Bli­sko ina­czej, tak samo jak ten nacią­gacz był jasno­wi­dzem ina­czej. Nic głup­szego nie można było wymy­ślić. Szcze­gól­nie żeby oszu­kać takiego sta­rego poli­cyj­nego wyja­da­cza jak on.

– No dobra, zadzwoń do mojego szefa, jeśli zoba­czysz coś wyraź­niej – powie­dział szorstko i uści­snął sta­remu dłoń na poże­gna­nie.

Jasno­widz drgnął gwał­tow­nie i przy­trzy­mał jego rękę. Teraz patrzył na Darka sze­roko otwar­tymi oczami. W jego oczach błysz­czało prze­ra­że­nie.

– Widzia­łem coś!

– Co widzia­łeś? – Pikul bez­sku­tecz­nie sta­rał się wyswo­bo­dzić dłoń z jego uści­sku.

Palce jasno­wi­dza zmie­niły się w ima­dło.

– Widzia­łem dwa pisto­lety. To były bar­dzo złe pisto­lety, wokoło pełno było złych słów nio­są­cych złe emo­cje. Te pisto­lety były wyce­lo­wane w cie­bie.

– Jezu, co to za bzdury? – Komi­sarz wresz­cie nie wytrzy­mał.

– To nie bzdury! – zapew­nił stary. – Uwa­żaj na sie­bie. To jesz­cze nie teraz, jesz­cze długo, ale uwa­żaj na sie­bie.

Pikul wresz­cie wyszarp­nął dłoń, bez słowa zatrza­snął za sobą drzwi i zbiegł po scho­dach, jakby ostat­nie słowa jasno­wi­dza go goniły. Kiedy wyszedł i w twarz ude­rzył go pory­wi­sty wiatr, poczuł ulgę i ode­tchnął głę­boko. Cho­lerny stary ilu­zjo­ni­sta! Nawet nie zauwa­żył, kiedy stał się obiek­tem mani­pu­la­cji. Mar­kow­ski roze­grał go, jak chciał. Teraz już rozu­miał, dla­czego ludzie mu płacą i jesz­cze dzię­kują.

Poszedł w kie­runku samo­chodu, lecz cią­gle nie mógł pozbyć się męczą­cego nie­po­koju.

5

Na Alberta Turec­kiego zawsze mógł liczyć. Wystar­czyło zadzwo­nić i przy­ja­ciel zja­wiał się we wska­za­nym miej­scu, i nawet się za bar­dzo nie spóź­niał. Znali się od pia­skow­nicy, razem cho­dzili do przed­szkola, potem sie­dzieli w jed­nej ławce w pod­sta­wówce, razem poszli do liceum i dopiero po matu­rze ich drogi się roze­szły. Darek został poli­cjan­tem, Albert zaś posta­no­wił zostać psy­cho­lo­giem. Potem oka­zało się, że odkrył w sobie pasję do nauki. Rów­no­cze­śnie skoń­czył histo­rię i filo­zo­fię. Potem był jesz­cze na kilku kie­run­kach, ale Pikul już tego nie śle­dził. Nauczył się też kilku języ­ków, pod­czas gdy Darek z tru­dem opa­no­wał angiel­ski w stop­niu pod­sta­wo­wym i podwór­kową łacinę w stop­niu wybit­nym. Ale w tym języku prze­cież poli­cjanci spe­cja­li­zo­wali się przez lata.

No cóż, naj­wi­docz­niej Albert pokry­wał swoje defi­cyty nauką, a potem pracą naukową. Bo to, że miał jakieś defi­cyty, było dla Darka jasne już od dawna. Jego przy­ja­ciel ni­gdy nie zwią­zał się na dłu­żej z kobietą, nie był też gejem, o co go kie­dyś podej­rze­wano, cią­gle miesz­kał z matką, którą się opie­ko­wał. I chyba pro­blem pole­gał na tym, że matka nim rzą­dziła, była zazdro­sna i tak go wyste­ro­wała, że teraz zaj­mo­wał się tylko nią. Nie pomy­ślała, że nie będzie żyć wiecz­nie i kiedy jej zabrak­nie, Alber­towi będzie trudno na nowo poukła­dać sobie życie. To był zde­cy­do­wa­nie tok­syczny zwią­zek.

Swoją drogą, jak Turecki dał się jej tak oma­mić? Był prze­cież nad­zwy­czaj inte­li­gentny, obro­nił dok­to­rat z psy­cho­lo­gii, wykła­dał na uczelni, musiał wie­dzieć, w czym tkwi. A może nie wie­dział? Może jak sie­dzisz w gów­nie po uszy, to już nawet nie czu­jesz smrodu i wydaje ci się, że tak wła­śnie wygląda świat i wszystko jest pod kon­trolą. Od pew­nego czasu Pikul już nawet nie poru­szał tego tematu. Szkoda mu było sta­rego druha, ale nie mógł wpły­nąć na jego życie.

Albert Turecki jak zwy­kle wszedł do baru roz­ko­ły­sa­nym kro­kiem z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy i z lekko wzbu­rzoną fry­zurą na gło­wie. Jakby jego czarne włosy były świeżo potar­gane przez wiatr. Tylko że zawsze tak wyglą­dały. Albert twier­dził, że z taką fry­zurą bar­dziej podoba się kobie­tom. Gdzie jed­nak były te kobiety, nie wia­domo.

Uści­snęli sobie mocno dło­nie i Albert zaraz skie­ro­wał się w kie­runku baru.

– Pamię­tam, dzi­siaj moja kolej! – krzyk­nął do Darka, a głos prze­bił się przez gita­rowy blues sączący się z gło­śni­ków.

Po chwili wró­cił z butelką Jame­sona, kubeł­kiem lodu i dwoma szklan­kami. Nalał do szkla­nek, wrzu­cił po kilka kostek lodu, po czym obaj odcze­kali, aż na szkle zbie­rze się rosa, co ozna­czało, że tru­nek nabrał odpo­wied­niej tem­pe­ra­tury, i napili się. To był ich taki nie­pi­sany rytuał.

– Dla­czego jesteś taki struty? – Albert jak zwy­kle try­skał dobrym humo­rem.

– Nie możemy zna­leźć tej kobiety.

– Rozu­miem, to musi być fru­stru­jące.

– A żebyś wie­dział. Na doda­tek dzi­siaj zamiast na roz­py­ta­nie nowych świad­ków wysłali mnie do jasno­wi­dza.

– Do kogo? – Albert wytrzesz­czył na niego oczy.

– Nie wiesz, kto to jasno­widz?

– No wiem, ale mimo że zro­bi­łem też dok­to­rat z filo­zo­fii, jestem racjo­na­li­stą. Może nawet przez ten dok­to­rat jestem racjo­na­li­stą? Myśla­łem, że poli­cja też działa racjo­nal­nie.

– Teo­re­tycz­nie tak. – Poli­cjant wzru­szył ramio­nami. – Cza­sem jed­nak, kiedy wszyst­kie metody zawiodą, trzeba popro­sić o pomoc wład­ców sił nad­przy­ro­dzo­nych.

Albert poki­wał głową i nalał im kolejną por­cję alko­holu.

– Rozu­miem sens takiego dzia­ła­nia, cho­ciaż jako czło­wiek twardo stą­pa­jący po ziemi, ate­ista i scep­tyk – nie pochwa­lam.

– Ja też uwa­żam, że ten cały Mar­kow­ski to szar­la­tan.

– To ten słynny jasno­widz, który cały czas prze­po­wiada w mediach koniec świata, upa­dek Ame­ryki i wojnę świa­tową? – zapy­tał Turecki.

– Ten sam – potwier­dził Dariusz. – Tylko teraz tak mnie zma­ni­pu­lo­wał, że nie mogę się otrzą­snąć.

– O rany! Co takiego powie­dział?

Dariusz zakrę­cił kost­kami lodu w szklance. Cią­gle jesz­cze czuł zapach papie­ro­sów, któ­rym prze­sią­kły mu ubra­nie i włosy.

– Powie­dział, że ta porwana kobieta jest bli­sko mnie – odpo­wie­dział po chwili.

Albert spo­waż­niał i patrzył na niego badaw­czo.

– Jak to, bli­sko cie­bie? – zapy­tał po pau­zie.

– Nie w sen­sie, że bli­sko mnie fizycz­nie. Raczej cho­dziło mu o to, że jestem bli­sko jej zna­le­zie­nia. Tak myślę.

– Rozu­miem. – Przy­ja­ciel ski­nął poważ­nie głową.

– A póź­niej powie­dział coś jesz­cze, czego nie mogę pozbyć się z głowy. Że ona nie­długo umrze. Może nawet tej nocy.

Albert znie­ru­cho­miał, nagle zapa­trzony w swoją szklankę. Jakby odpły­nął myślami gdzieś daleko.

– Wiesz, jak to jest w takich sytu­acjach – mówił tym­cza­sem Darek. – Nie wie­rzę skur­wy­sy­nowi jak psu, ale mam też poczu­cie winy. Ja tu sie­dzę, a gdzieś tam nie­winna dziew­czyna może naprawdę umiera. Jestem bez­silny. Nie wiem, co mam zro­bić, żeby jej pomóc.

Turecki nagle się ock­nął z zamy­śle­nia.

– To tylko słowa szar­la­tana, nie powi­nie­neś ich brać do sie­bie. Jak on powie­dział? Że ona może umrzeć tej nocy?

– Tak go zro­zu­mia­łem – przy­znał Pikul.

– Bzdury, prze­stań o tym myśleć. – Albert mach­nął ręką. – To naj­lep­sza droga do tego, żeby sobie zafun­do­wać traumy i obse­sje.

Stuk­nęli się, wychy­lili po łyku i tym razem Dariusz się zamy­ślił.

– No wła­śnie – powie­dział po chwili. – Jeż­dżę po jasno­wi­dzach, zamiast sku­pić się na rapor­cie poli­cyj­nego psy­cho­loga albo poga­dać z innym spe­cja­li­stą psy­cho­lo­giem. Wolał­bym pora­dzić się w tej spra­wie cie­bie niż oszu­stów.

– To się poradź. – Oczy Alberta bły­snęły w pod­nie­ce­niu. – Ja tu jestem obecny i bar­dzo zain­te­re­so­wany.

– Prze­cież nie mogę, obo­wią­zuje mnie tajem­nica śledz­twa.

– Kurwa, Darek! Komu możesz bar­dziej zaufać niż mnie? – Albert spoj­rzał mu w oczy. – Znamy się od ose­ska, zawsze razem, na dobre i na złe. Wiesz, że u mnie jak kamień w wodę. Pytaj, pomogę, jak umiem, a cza­sem takie spoj­rze­nie z zewnątrz może być klu­czowe.

– Jak to się wyda, to wywalą mnie z firmy. Tylko cze­kają na pre­tekst, żeby dać mi dys­cy­pli­narkę.

– Nic się nie wyda, nikt cię nie wywali. Nie upra­wiaj czar­no­widz­twa jak moja matka, tylko pytaj jak praw­dziwy facet. – Albert Turecki odsta­wił drinka i chcąc pod­kre­ślić swoją goto­wość, odchy­lił się na krze­śle.

Dariusz rozej­rzał się po lokalu. W salce obok czte­rech gości grało w bilard, dwóch stało przy barze, ale zbyt daleko, żeby mogli coś usły­szeć. Zde­cy­do­wał się.

– Dobrze, Albert. Tylko nie chcę, żebyś gadał do mnie okrą­głymi zda­niami i utar­tymi fra­ze­sami. To mam w naszych wewnętrz­nych rapor­tach. Ja chciał­bym puścić wodze fan­ta­zji i zasta­no­wić się, co by było, gdyby spraw­dziły się moje naj­gor­sze przy­pusz­cze­nia.

– W porządku. – Przy­ja­ciel spoj­rzał na niego nie­pew­nie.

– Kata­rzyna Jawor­ska zagi­nęła z oko­licy parku na Dem­bow­skiego dru­giego dnia świąt Bożego Naro­dze­nia mię­dzy godziną pięt­na­stą a szes­na­stą. Była na spa­ce­rze z kole­żanką i potem roz­pły­nęła się w powie­trzu. Jej tele­fon znik­nął z sieci, nie pła­ciła kar­tami kre­dy­to­wymi, nie logo­wała się do mediów spo­łecz­no­ścio­wych ani na maila. Nikt jej nie widział. Nie miała pro­ble­mów w życiu, nie miała faceta, raczej więc to nie była chęć ucieczki przed świa­tem i roz­po­czę­cia nowego życia gdzie indziej. Po pra­wie dwóch tygo­dniach od zagi­nię­cia mamy wła­ści­wie tylko dwie teo­rie: została upro­wa­dzona i jest gdzieś prze­trzy­my­wana albo została zamor­do­wana, a ciało zostało ukryte.

– Na jakie pyta­nie mam odpo­wie­dzieć? – zapy­tał Albert i zaraz dodał: – Oczy­wi­ście pusz­czamy wodze wyobraźni.

– Pocze­kaj, jesz­cze jedna ważna infor­ma­cja. Dzi­siaj zna­leź­li­śmy nowy trop. Być może Jawor­ska była obser­wo­wana z samo­chodu, jesz­cze w trak­cie spa­ceru, może wcze­śniej. Potem mogła do tego auta wsiąść dobro­wol­nie albo została do tego zmu­szona prze­mocą. Pomóż mi okre­ślić pro­fil psy­cho­lo­giczny poten­cjal­nego pory­wa­cza. Dla­czego to zro­bił i przede wszyst­kim co zro­bił z dziew­czyną. Roz­ma­wia­łem z poli­cyj­nym psy­cho­lo­giem, ale on zasła­nia się bra­kiem danych i nie for­mu­łuje żad­nych wnio­sków.

Albert roz­lał im kolejną dawkę alko­holu, sobie lejąc wyraź­nie mniej. Potem zmierz­wił dło­nią włosy ster­czące na wszyst­kie strony.

– Rze­czy­wi­ście, danych jest nie­wiele – przy­znał. – Zary­suj pro­blem.

– Inte­re­suje mnie wstępne modus ope­randi sprawcy. Kto i po co porwał Kata­rzynę Jawor­ską?

– Była ładna? – Albert uniósł wyżej brwi.

– Bar­dzo ładna, sam byś się za nią obej­rzał na ulicy. Miała dwa­dzie­ścia osiem lat.

– Jak jej się wio­dło w życiu?

Teraz Dariusz wzru­szył ramio­nami.

– Wydaje mi się, że nie była szczę­śliwa, jeśli o to pytasz. Kilka razy zmie­niała pracę, nie miała faceta na stałe, z rodziną utrzy­my­wała kon­takty wyłącz­nie w święta, miała tylko jedną praw­dziwą przy­ja­ciółkę. Z face­tami też jej nie szło. Pako­wała się w związki z dziw­nymi typami. Jeden z nich był nawet prze­mo­cow­cem i szybko się z nim poże­gnała. To ważne?

Turecki stuk­nął swoją szklanką w szklankę Darka. Pocią­gnęli spory łyk i Albert się skrzy­wił.

– Mówisz, że mogła być obser­wo­wana na chwilę przed zagi­nię­ciem. A jeśli była obser­wo­wana dużo wcze­śniej? – zapy­tał.

– Moż­liwe, ale nie mamy na to dowo­dów – przy­znał poli­cjant.

– Ktoś, kto w życiu repre­zen­tuje postawę zwaną w psy­cho­lo­gii syn­dro­mem ofiary, jest łatwym celem dla ludz­kich dra­pież­ni­ków. Oni potra­fią to wyczuć i w ten spo­sób wyszu­kują poten­cjalne ofiary z tłumu. Tak samo jak w dzi­kiej przy­ro­dzie. Celem ata­ków dra­pież­nych zwie­rząt są zazwy­czaj osob­niki osła­bione, nie w pełni sprawne albo nie­doj­rzałe.

– Suge­ru­jesz, że mamy do czy­nie­nia z zabójcą, który szu­kał ofiary?

– Nie wiem. – Albert wzru­szył ramio­nami. – Pusz­czamy wodze wyobraźni.

– Dobrze, mów dalej.

– Jeśli to nie była zemsta, to Jawor­ska padła ofiarą ludz­kiego dra­pież­nika. Po co ją porwał? Może chciał ją zgwał­cić, zro­bić z niej swoją nie­wol­nicę i teraz prze­trzy­muje ją gdzieś w ukry­ciu. A może po pro­stu chciał zabić. W obu przy­pad­kach mówimy o osob­niku mocno zabu­rzo­nym.

Pikul odchy­lił się na krze­śle ze szkla­neczką w dłoni.

– Widzę, że masz już swoją teo­rię. – Uśmiech­nął się do przy­ja­ciela. – Chęt­nie posłu­cham.

Turecki też uśmiech­nął się pod nosem i skrzy­żo­wał ręce na pier­siach.

– Sza­cuję praw­do­po­do­bień­stwo na sie­dem­dzie­siąt pięć pro­cent – powie­dział z pew­no­ścią gra­ni­czącą z bez­czel­no­ścią.

– Grubo jedziesz – przy­znał Dariusz. – No to słu­cham. Jeśli twoja teo­ria spraw­dzi się cho­ciaż w pięć­dzie­się­ciu pro­cen­tach, fun­duję whi­sky w tym barze do końca roku. A jeśli nie, to ty sta­wiasz.

– To mi się podoba. – Albert się roz­pro­mie­nił. – To słu­chaj. Sprawca jest z gatunku tych zor­ga­ni­zo­wa­nych i mobil­nych. Długo szu­kał ofiary, długo ją obser­wo­wał i opra­co­wy­wał dokładny plan w kilku warian­tach. Niczego nie zosta­wił przy­pad­kowi. Dla­tego teraz nie macie żad­nych śla­dów. Był zbyt ostrożny. Powie­dzia­łem, że był mobilny, więc mógł wywieźć ofiarę daleko za mia­sto.

Turecki zamilkł na moment i ponow­nie prze­cze­sał dło­nią włosy.

– Albo nie! – zmie­nił zadnie. – Nie wyje­chał z nią z mia­sta. Skoro ją długo obser­wo­wał, musi być z Wro­cła­wia. Może mieszka na obrze­żach, ale raczej w miej­scu, gdzie jest wiele jed­na­ko­wych domów, nie­rzu­ca­ją­cych się w oczy. Nie musi tam miesz­kać na stałe, może wynaj­mo­wać. Porwał ją po to, żeby zabić. On od lat nie­na­wi­dzi kobiet i nagle wpadł na pomysł, że chce spró­bo­wać, jak to jest zabić. Być może to go bar­dzo pod­nieca, więc porwał ładną kobietę, żeby pod­nieta była więk­sza. Może stała się też ofiarą jego napa­ści sek­su­al­nej. Ale raczej chce zabić. Może też ją wyko­rzy­stać i zabić. Tak, to moż­liwe.

– Robił to wcze­śniej? – zapy­tał Darek zapa­trzony w sze­reg kolo­ro­wych bute­lek nad barem.

– Raczej nie – odrzekł od razu Albert.

– Dla­czego?

– Takie oso­bo­wo­ści przy każ­dym kolej­nym razie stają się coraz mniej ostrożne. Rośnie w nich prze­ko­na­nie, że są nie do zła­pa­nia. Ten na­dal jest eks­tre­mal­nie ostrożny.

– Dobrze, a dla­czego chciał zabić?

– Nie­na­wi­dzi kobiet. Sta­wiam na to, że w dzie­ciń­stwie doznał wiel­kich krzywd od matki, albo sióstr, albo od babki. Może być sie­rotą wycho­wa­nym przez dal­szą rodzinę albo w domu dziecka. Może jed­nak cho­dzi o babkę. To mogła być prze­moc fizyczna, sek­su­alna, psy­chiczna albo wycho­wa­nie w orto­dok­syj­nej wie­rze z roz­bu­do­wa­nym sys­te­mem kar. Może był karany za swoją sek­su­al­ność i oglą­da­nie się za dziew­czyn­kami.

Pikul był sta­rym gli­nia­rzem, który nie­jedno już widział, lecz mimo to odru­chowo się wzdry­gnął.

– Stwo­rzy­łeś potwora – jęk­nął.

– Mogłem fan­ta­zjo­wać, prawda? – Albert się zaśmiał. – Takie zasady usta­li­li­śmy.

Poli­cjant znowu się zamy­ślił, tym razem utkwiw­szy wzrok w sufi­cie. Jego przy­ja­ciel był cho­ler­nie inte­li­gentny i spo­strze­gaw­czy. Cza­sem zda­rzało mu się odpo­wia­dać, zanim zostało dobrze sfor­mu­ło­wane pyta­nie. Jego wizja sprawcy może i była sza­lona, ale na pewno nie bra­ko­wało jej logiki i dużej dozy praw­do­po­do­bień­stwa.

– Mógł się wyrwać z sekty? – zapy­tał poważ­nie.

– Tak! – Albert pod­sko­czył jak dziecko. Naj­wy­raź­niej ta zabawa wyjąt­kowo mu się spodo­bała. – Być może cią­gle jest w sek­cie i to jest jego wen­tyl bez­pie­czeń­stwa dla wyła­do­wa­nia nagro­ma­dzo­nych przez lata złych emo­cji.

Zasta­no­wił się, łyk­nął whi­sky i nagle zmie­nił zda­nie.

– Albo nie! Gdyby wciąż nale­żał do sekty, na­dal krę­po­wa­łyby go zakazy i nakazy. Ni­gdy by się nie zde­cy­do­wał na ich zła­ma­nie, w oba­wie przed karą. Jeśli był w sek­cie, to już w niej nie jest.

– Musimy to spraw­dzić – powie­dział do sie­bie komi­sarz.

Potem wymie­nili jesz­cze kilka uwag, powspo­mi­nali stare czasy, aż w butelce poka­zało się dno, i zebrali się do wyj­ścia. Dariusz wyraź­nie chwiał się na nogach, bo jak zwy­kle kiedy pole­wał Albert, wypił dwa razy wię­cej od niego. Zdą­żył się już do tego przy­zwy­czaić.

Wyszli przed bar na lodo­waty wiatr nio­sący ze sobą dro­binki wil­goci i zadzwo­nili po tak­sówki.

6

Było kilka minut po dwu­dzie­stej trze­ciej, kiedy Albert Turecki wysiadł z ubera przed domem swo­jej matki w wil­lo­wej czę­ści Krzy­ków. Auto odje­chało, a on rozej­rzał się po ulicy i moc­niej otu­lił szyję sza­li­kiem, bo wiatr się wzmógł i odczu­walna tem­pe­ra­tura spa­dła mocno poni­żej zera. Ulica była cicha i spo­kojna. Po obu stro­nach cią­gnęły się sze­regi podob­nych do sie­bie sta­rych willi z ogro­dami. Tu można było spo­koj­nie miesz­kać i całymi dniami nie widy­wać sąsia­dów.

Zapa­lił papie­rosa i spoj­rzał na ciemny dom. A nie, nie ciemny. W salo­nie świe­ciła się boczna lampa i był włą­czony tele­wi­zor. Pew­nie matka jak zwy­kle mar­twiła się o swo­jego jedy­nego synka i czu­wała, zanim nie wróci do domu. Uśmiech­nął się gorzko pod nosem. Nic się przez lata nie zmie­niło. Wyrzu­cił nie­do­pa­łek na traw­nik sąsia­dów i wolno poszedł w kie­runku furtki, która jak zwy­kle zaskrzy­piała żało­śnie, kiedy ją uchy­lał. Chwilę póź­niej wszedł do domu, po czym zdjął kurtkę i buty.

– Wró­ci­łeś, Alber­cik? – dobie­gło go skrze­kliwe woła­nie matki z salonu.

– Tak, mamo – odpo­wie­dział.

– To dobrze, nie lubię, jak późno wra­casz!

– Wiem, mamo.

– To chodź, daj mi buziaka na przy­wi­ta­nie.

Wszedł do salonu, matka sie­działa w swoim ulu­bio­nym fotelu, tak jak ją zosta­wił, wycho­dząc. Była już tak gruba, że z tru­dem poru­szała się po domu. Jej kró­le­stwem był fotel wyło­żony pod­grze­waną matą elek­tryczną. Pie­cyk elek­tryczny z boku i sto­lik, na któ­rym leżały dwie pary oku­la­rów, tele­fon, pilot od tele­wi­zora i deko­dera oraz góra sło­dy­czy, sta­no­wiły dopeł­nie­nie luk­susu. Od lat tak żyła, coraz mniej cho­dziła, a na­dal była zdrowa jak koń.

Albert nachy­lił się nad nią i zamar­ko­wał poca­łu­nek w poli­czek.

– Pali­łeś – powie­działa z wyrzu­tem. – Wiesz, jak tego nie lubię. Naba­wisz się raka płuc.

– Tylko jed­nego, mamo.

– Zawsze tak mówisz.

Popa­trzył na nią z góry.

– Jeśli mam ci w czymś pomóc, to powiedz, bo jestem zmę­czony i chciał­bym już się poło­żyć – powie­dział.

– Pora­dzę sobie, skar­bie – odpo­wie­działa. – Chyba dziś tu się prze­śpię, na sofie.

– Dobrze, mamo.

– Spo­tka­łeś się z Dar­kiem?

– Tak, mamo.

– I co u niego?

– Wszystko dobrze, mamo. Cią­gle pra­cuje w poli­cji.

– To dobrze, on zawsze był dla mnie miły.

Albert odwró­cił się i skie­ro­wał w stronę scho­dów.

– A buziak na dobra­noc, skar­bie? – przy­po­mniała matka.

– Prze­cież pali­łem – zapro­te­sto­wał nie­zbyt sta­now­czo.

– To nic. – Posłała mu sze­roki uśmiech. – Mamu­sia chce poca­ło­wać swo­jego chłop­czyka na dobra­noc.

Posłusz­nie się nachy­lił i poczuł jej wil­gotne wargi na swoim policzku. Mimo­wol­nie się wzdry­gnął i zaraz wytarł poli­czek dło­nią tak, żeby nie zauwa­żyła.

– Dobra­noc, mamo – rzu­cił i wyszedł.

– Dobra­noc, synku!

Prze­su­nął wiel­kie drzwi do salonu, matka zawsze narze­kała, że cią­gnie jej zim­nem z kory­ta­rza, zaha­czył o lodówkę, z któ­rej wycią­gnął puszkę gazo­wa­nego napoju, i powlókł się scho­dami na górę.

Naj­pierw ubrany tylko w swe­ter, boso, wyszedł na bal­kon. Ukrył się przed wia­trem za zało­mem muru. Palił i popi­jał napój z puszki. Był pod­eks­cy­to­wany roz­mową z Dar­kiem. Miał oka­zję mu pomóc w poszu­ki­wa­niach zagi­nio­nej kobiety i przed­sta­wić mu swoją wer­sję tej histo­rii. Tylko czy aby nie za wcze­śnie wycią­gnął odpo­wied­nie wnio­ski? Nie, na pewno nie. Miał nadzieję, że przy­ja­ciel wróci jesz­cze do tej roz­mowy.

Kiedy zmarzł już na tyle, że stra­cił czu­cie w sto­pach, poszedł do łazienki. Zrzu­cił ubra­nia i wziął gorący prysz­nic. Potem sta­nął nagi przed lustrem i długo patrzył sobie w oczy. Im dłu­żej przy­glą­dał się swo­jemu odbi­ciu, tym bar­dziej roz­my­wało mu się przed oczami. Wresz­cie prze­stał widzieć sie­bie. Teraz była tam twarz kil­ku­let­niego chłopca, który patrzył na niego ze stra­chem, ale zara­zem z wielką ufno­ścią w oczach. To był mały Albert sprzed wielu lat. Takie było jego pierw­sze wspo­mnie­nie swo­jego odbi­cia w tym lustrze.

– Witaj, skar­bie – powie­dział, sta­ra­jąc się naśla­do­wać aksa­mitny głos matki, i uśmiech­nął się przy tym jak ona, prze­krzy­wia­jąc nieco głowę.

„Dzień dobry, mamo” – zabrzmiała odpo­wiedź w jego gło­wie.

– Poca­ło­wa­łeś dzi­siaj swoją kochaną mamu­się na przy­wi­ta­nie?

„Tak, mamo”.

– Mój dobry, kochany chło­piec. – Uśmiech­nął się sze­roko do swo­jego odbi­cia.

Potem usiadł i się­gnął po stare kosme­tyki matki. Otwo­rzył fluid i zaczął robić pod­kład pod maki­jaż, nano­sząc go na twarz sta­ran­nymi i nie­spiesz­nymi ruchami.

Mówił przy tym, a głos chłopca w gło­wie mu odpo­wia­dał.

– Zawsze będziesz ze swoją mamu­sią, prawda, skar­bie?

„Tak, mamo”.

– To dobrze, bo mamu­sia sobie sama na tym świe­cie nie pora­dzi. Będziesz musiał tu zostać i mi poma­gać. Zosta­niesz, skar­bie?

„Zostanę, mamo”.

Albert się­gnął po puder, po czym sta­ran­nie nało­żył go na twarz. Potem wycią­gnął z pudełka cie­nie do powiek i wybrał fio­le­towy. Roz­pro­wa­dzał go na powie­kach, zer­ka­jąc co chwilę na chłopca w lustrze.

– Mamu­sia potrze­buje piesz­czoty, skar­bie. Połóż tu swoją rączkę. O tu, na tych czar­nych wło­skach.

„Dobrze, mamo”.

– O tak, dobrze, moc­niej, jesz­cze moc­niej, kocha­nie.

„Czy dobrze, mamo?”

– Tak, mój skar­bie, bar­dzo dobrze.

Zaczął oddy­chać szyb­ciej i wyda­wać z sie­bie odgłosy imi­tu­jące nara­sta­jącą roz­kosz. Prze­rwał na moment malo­wa­nie oczu, wydał z sie­bie ostatni jęk roz­koszy i zajął się brwiami i rzę­sami.

– Widzisz, kocha­nie, mamu­sia nie potrze­buje nikogo innego. Ty mi wystar­czysz. Widzę, że ty też chciał­byś być popiesz­czony, prawda?

„Chciał­bym, mamo”.

Wybrał krwi­sto­czer­woną szminkę i poma­lo­wał nią usta.

– To chodź tu do mnie ze swoim ptasz­kiem. Tak, pokaż, jaki jest duży. To już nie pta­szek, ale praw­dziwy ptak. Przy­suń się, mamu­sia zrobi ci dobrze. Lubisz, jak ci tak robię?

„Lubię, mamo”.

– A lubisz, jak ci go liżę?

„Tak, mamo”.

– No to stań tu przy mnie, żebym nie musiała się za mocno schy­lać. Ummm… jaki sma­ko­wity, jaki młody. Ummm…

Wciąż mówiąc do lustra, się­gnął po perukę z dłu­gimi czar­nymi wło­sami, nało­żył ją na głowę i z uwagą spoj­rzał w lustro. Teraz wyglą­dał dokład­nie tak jak jego matka z cza­sów jego dzie­ciń­stwa. Był do niej bar­dzo podobny, wystar­czyło odpo­wied­nio nało­żyć maki­jaż. Bole­sna erek­cja pra­wie roz­sa­dzała mu penisa. Popa­trzył z wście­kło­ścią na swoje odbi­cie.

– Dziew­czyny? Nie inte­re­suj się dziew­czy­nami. One są złe, nie widzia­łeś tego? Jak nie widzia­łeś, to musi ci to powie­dzieć twoja kochana mama. One są złe. Chcą cię tylko skrzyw­dzić, chcą ci zadać ból, będą chciały cię okraść z pie­nię­dzy w zamian za ten straszny seks! Zapa­mię­taj, że seks też jest zły. Od niego lęgną się robaki w mózgu.

Stał chwilę zasa­pany, potem popra­wił dłu­gie włosy i znowu zaczął mówić:

– To przez ten seks i robaki dzieci wypro­wa­dzają się od swo­ich rodzi­ców. Zosta­wiają swoje mamy, które ich kochają, i ska­zują je na wieczną samot­ność. Pamię­taj, że one chcą cię tylko skrzyw­dzić. Wszystko, czego potrze­bu­jesz, zapewni ci twoja kochana mama. Co tylko będziesz chciał, bo ja cię naprawdę kocham i chcę two­jego dobra. A ty kochasz mamu­się?

„Kocham, mamo”.

– Nie zosta­wisz mnie samej?

„Nie, mamo”.

– To dobrze, to bar­dzo dobrze.

Albert zamru­gał gwał­tow­nie i obraz chłopca w lustrze znik­nął. Został tylko jego wize­ru­nek, a wła­ści­wie wize­ru­nek jego matki ze ster­czą­cym peni­sem. Nie­na­wi­dził sie­bie, kiedy mu się to zda­rzało. Musiał szybko coś z tym zro­bić. Wie­dział, co robić w takich przy­pad­kach. Musiał zacząć swój rytuał.

Wyszedł z łazienki i skie­ro­wał się do pokoju, w któ­rym miesz­kał jako dziecko. Teraz prze­ro­bił go na swoje kró­le­stwo. Zza obrazu wiszą­cego na ścia­nie wycią­gnął klucz i prze­krę­cił go w zamku. Potem opadł na kolana i dło­nie, jak pies, pchnął drzwi i wsu­nął się do ciem­nego wnę­trza.

– Witaj­cie, moje kochane – wyszep­tał, czu­jąc, jak bole­sny wzwód prze­kształca się w coś przy­jem­nego i pro­mie­niu­ją­cego cie­płem na całe pod­brzu­sze.

7

Prze­su­nął się na czwo­ra­kach o metr i wyszu­kał leżący na dywa­nie włącz­nik świa­tła. Można było naci­skać go stopą, lecz on wolał robić to dło­nią. Wtedy było o wiele intym­niej i czuł się bli­żej swo­ich pięk­no­ści.

Pokój zalało czer­wone świa­tło z kilku punk­tów na ścia­nach. Rozej­rzał się z sze­ro­kim uśmie­chem. Były tu wszę­dzie, leżały nagie na pod­ło­dze, na łóżku, sie­działy pod ścia­nami, na krze­słach przy stole. Jego pięk­no­ści, jego roz­pustne muzy, które kochał i zara­zem ich nie­na­wi­dził. Zawsze dzi­wiła go ta sprzecz­ność uczuć. Ni­gdy na nie nie krzy­czał. Ow­szem, był bru­talny, ale kiedy już osią­gał satys­fak­cję sek­su­alną, zawsze je prze­pra­szał. Dzi­siaj był wyjąt­kowo poru­szony.

Przed nim leżała ta rudo­włosa, ona to dopiero nie miała żad­nych hamul­ców, pozwa­lała mu ze sobą robić wszystko i zawsze pro­siła o wię­cej.

– Cześć, Mari – powie­dział i się obli­zał.

Pul­so­wa­nie w dole brzu­cha jesz­cze się zwięk­szyło. Ona to miała szczę­ście, zawsze się kła­dła zaraz przy drzwiach. Pod­pełzł do niej, chwy­cił ją za twarde piersi, a potem jego prawa dłoń ześli­zgnęła się po jej chłod­nym brzu­chu, na gład­kie łono. Pochy­lił się nad nią i jak pies zaczął lizać ją po ustach, nosie i oczach.

– Stę­sk­ni­łaś się za mną, prawda, mała kurwo? – sap­nął jej do ucha. – Wszyst­kie kobiety są złe. Marzy­cie tylko, żeby zapa­no­wać nad moim umy­słem, ale ja jestem za silny, ni­gdy wam się to nie uda. Tu ja rzą­dzę, wstrętne dziwki.

Pod­sta­wił Mari penisa pod samą twarz.

– Chcesz zoba­czyć mojego ptaszka? Widzisz, jaki jest duży? To jest już praw­dziwy ptak. Lubię, gdy go liżesz. No dalej… – mruk­nął z roz­ko­szy na wspo­mnie­nie tego, co ustami robiła mu kie­dyś matka.

Zanim poszedł dalej, rozej­rzał się po ścia­nach, obwie­szo­nych wstręt­nymi obraz­kami. Takimi, jak lubił, ale mama mu zawsze zabra­niała. Przed­sta­wiały głów­nie sceny seksu jed­nej kobiety z wię­cej niż jed­nym męż­czy­zną. Cza­sem było ich kilku, cza­sem byli biali, cza­sem czarni z wiel­kimi przy­ro­dze­niami. Kobiety miały twa­rze zakle­jone twa­rzami jego matki. Miał tylko kilka zdjęć mamy z daw­nych cza­sów, kiedy była śliczna, ale to nic. Twa­rze reszty kobiet zakleił zdję­ciami sie­bie upodob­nio­nego do matki, w peł­nym maki­jażu i w peruce. Trudno było ich roz­róż­nić.

Na środku ściany wisiało to naj­waż­niej­sze zdję­cie. Kie­dyś je zna­lazł na dnie szu­flady. To było zdję­cie jego matki z plaży natu­ry­stów. Pozo­wała nago, bez­wstyd­nie pre­zen­tu­jąc swoje wdzięki. Powięk­szył zdję­cie do natu­ral­nych roz­mia­rów. W sex sho­pie kupił sztucz­nego, czar­nego penisa wiel­kich roz­mia­rów. Miał chyba ze trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów i był gruby jak wąż boa. Zamon­to­wał go matce, zakry­wa­jąc trój­ką­cik wło­sów łono­wych. Z wiel­kim peni­sem wyglą­dała o wiele lepiej.

Tak się pod­nie­cił, patrząc na to zdję­cie, że finał przy­szedł o wiele za szybko. Upadł na łóżko mię­dzy inne swoje kobiety i jego cia­łem wstrzą­snął spazm roz­ko­szy. Wyjąt­kowo silny dzi­siej­szego wie­czoru. Aż dwie łzy spły­nęły mu po policz­kach, roz­ma­zu­jąc maki­jaż. Leżał tak długo, aż wresz­cie zawład­nęła nim nie­na­wiść. Zerwał się na równe nogi, zesko­czył z łóżka i sta­nął na środku pokoju.

– Podłe dziwki, znowu mi to zro­bi­ły­ście! – krzyk­nął. – Mama mnie ostrze­gała! Głu­pie kurwy.

Rzu­cił się na swoje kobiety, pod­no­sił je i rzu­cał po całym pokoju. O ściany obwie­szone spro­śnymi obraz­kami, o pod­łogę, jedną nawet rzu­cił o sufit. Opa­no­wał się, kiedy jed­nemu z mane­ki­nów po ude­rze­niu w ścianę odpa­dła głowa. Wtedy nagle uszła z niego cała złość i przy­szedł wstyd.

– Prze­pra­szam – wyszep­tał. – Prze­pra­szam was, wy jeste­ście dobre, bo jeste­ście moje.

Pod­niósł uszko­dzo­nego mane­kina i wci­snął mu głowę na swoje miej­sce.

– Prze­pra­szam cię, Kim – szep­nął i poca­ło­wał ją z języcz­kiem w usta.

Nagle się wypro­sto­wał.

Przy­po­mniał sobie, czego dowie­dział się dzi­siaj Darek Pikul od jasno­wi­dza. Istotna była infor­ma­cja, że poli­cjant jest bar­dzo bli­sko zagi­nio­nej kobiety. To był strzał w dzie­siątkę. Bo jest, tylko nie zdaje sobie z tego sprawy. Nie o to jed­nak cho­dziło. Mar­kow­ski prze­po­wie­dział, że kobieta dzi­siaj w nocy umrze.

Albert znowu poczuł pod­nie­ce­nie. Wyszedł z pokoju, życząc dobrej nocy swoim muzom, jak lubił je nazy­wać. Wciąż nago, poszedł kory­ta­rzem do scho­dów. Przy drzwiach do salonu chwilę nasłu­chi­wał. Usły­szał chra­pa­nie matki. To bar­dzo dobrze, ona prze­cież nie może się o niczym dowie­dzieć. Zresztą wąt­pił, żeby zro­zu­miała, nawet gdyby zoba­czyła na wła­sne oczy. Z roku na rok była coraz głup­sza.

Z haczyka przy scho­dach do piw­nicy ścią­gnął solidny klucz do kłódki zabez­pie­cza­ją­cej meta­lową sztabę na drzwiach i zszedł na dół. Prze­krę­cił go i ścią­gnął zasuwę. Była dobrze naoli­wiona i nie wydała z sie­bie nawet szczęk­nię­cia. Otwo­rzył cięż­kie, meta­lowe drzwi i wszedł do piw­nicz­nego pomiesz­cze­nia. Zamknął za sobą drzwi i włą­czył świa­tło. Było czy­sto i ste­ryl­nie, jak w szpi­talu, ściany i sufit zostały wyło­żone bia­łymi kafel­kami.

Kobieta leżała naga, przy­wią­zana do meta­lo­wego stołu na samym środku pomiesz­cze­nia. W noz­drza ude­rzył go ostry zapach moczu.

– Zabru­dzi­łaś się – powie­dział z tro­ską.

Pod­szedł do panelu ste­ru­ją­cego i naci­snął zie­lony guzik. Zaszu­miał elek­tryczny sil­nik i stół usta­wił się w pozy­cji pio­no­wej. Ciało kobiety zawi­sło utrzy­my­wane pętami na kost­kach u nóg, nad­garst­kach i poni­żej piersi. Się­gnął po wąż ogro­dowy i dokładne ją wypłu­kał. Woda pomie­szana z wydzie­li­nami jej ciała spły­nęła rynną do kratki ście­ko­wej w pod­ło­dze. Spo­cił się przy tym. Tu było bar­dzo gorąco, chyba prze­sa­dził z tem­pe­ra­turą, ale nie chciał, żeby zmar­zła. Potem usta­wił stół znowu w pozy­cji pozio­mej.

– Prze­pra­szam cię, Kasiu, na­dal nie mam tu cie­płej wody – powie­dział.