Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
232 osoby interesują się tą książką
SUKCES, POPULARNOŚĆ, WOLNOŚĆ.
Przekaz od wszechświata czy samospełniające się proroctwo?
Pod wpływem noworocznej wróżby zgorzkniały architekt Remigiusz Stańczyk postanawia radykalnie zmienić swoje życie. Od tej chwili znajomą i nudną rutynę zastępuje chaos, a wszystko zaczyna się sypać.
Komisarz Dariusz Pikul prowadzi śledztwo w sprawie zaginionej kobiety, a jego osobiste życie staje na głowie, gdy w mieszkaniu zjawia się nigdy wcześniej niewidziana dorosła córka. Od tej pory nic już nie będzie takie samo.
Psycholog Albert Turecki mieszka z zaborczą matką, która nie pozwala mu normalnie żyć. Jego jedynym ratunkiem staje się ucieczka do świata brutalnych fantazji. Kiedy wreszcie podejmuje próbę wyrwania się spod kontroli, traci nad sobą panowanie i budzi swoją mroczną naturę.
To rok zmian. Czas, w którym upadają wypracowane schematy, a życie ulega przewartościowaniu. Wydaje się, że nic nie jest w stanie zapobiec nadchodzącej katastrofie. A kiedy Stańczyk, Pikul i Turecki spotkają się twarzą w twarz, musi dojść do tragedii.
Mieczysław Gorzka powraca w nowym, zaskakującym thrillerze, który prowokuje do refleksji nad granicami dobra i zła, wpływem przypadku na nasze życie, skutkami nieprzemyślanych decyzji podjętych pod wpływem impulsu… oraz o traumach, które zostawiają głębokie blizny.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 616
To były już ostatnie sekundy starego roku. Niby takie same jak te wcześniejsze, jednak zupełnie inne. Niosły ze sobą smutek tego, co odeszło, a równocześnie radość z tego, co niedługo nadejdzie.
Przynajmniej tak o tym myślał Remigiusz Stańczyk. Kilka minut temu uciekł przed gwarem sylwestrowej imprezy na balkon przy sypialni na piętrze. Balkon znajdował się po przeciwnej stronie domu niż salon, w którym bawili się goście. Nikt go tu nie znajdzie, a poza tym pewnie nikt go nie będzie szukał. Towarzystwo było już mocno wstawione, a jego żona jak zawsze obtańcowywała wszystkich facetów po kolei, zupełnie o nim zapominając. Po dwudziestu latach małżeństwa nic go to już nie obchodziło. Bardziej cenił sobie możliwość oderwania się od zgiełku i w tej jedynej chwili w roku poobcowania w spokoju z własnymi myślami.
Poluzował krawat, zapalił cienkiego papierosa i oparł się o barierkę. Było wyjątkowo ciepło i miał z tego miejsca bardzo dobry widok na miasto. Zaraz eksplodują sztuczne ognie. Był przeciwny fajerwerkom, co nie zmieniało faktu, że przyciągały jego wzrok i trudno mu było odmówić sobie kilkuminutowej kontemplacji świetlnych efektów. Spojrzał na zegarek.
Piętnaście sekund. Wyprostował się. Gdzieś w oddali, na drugim końcu miasta, już poleciały w niebo pierwsze ognie. Ktoś się pospieszył, jak co roku zresztą.
Ostatnie dziesięć sekund starego roku.
Z drugiej części domu usłyszał głośne odliczanie gości:
– Dziewięć, osiem, siedem…
Co przyniesie mu nadchodzący nowy rok? Miał nadzieję, że zmiany, dużo zmian. I przede wszystkim siłę, żeby o te zmiany powalczyć.
– …sześć, pięć, cztery…
Zaciągnął się resztką papierosa i pstryknął niedopałkiem na trawnik na dole. Ile razy obiecywał sobie, że wreszcie coś zmieni w życiu? Odchodził właśnie kolejny rok niespełnionych obietnic złożonych samemu sobie. Może wreszcie zawalczy o swoje życie? Obiecał to sobie już dwa lata temu, kiedy kończył czterdzieści lat. Bezskutecznie. Może teraz się uda? Niczego już nie będzie sobie obiecywał, po prostu zacznie działać.
Niezła myśl!
– …trzy, dwa, jeden! Szczęśliwego nowego roku!!!
W zgodny krzyk gości wdarły się odgłosy strzelających w sufit korków od szampana, a miasto eksplodowało milionem świateł. Najpierw widział wybuchy na niebie, a dopiero potem, mocno spóźniony, docierał do niego ich odgłos. Szaleństwo. Kupa kasy wystrzelona bez sensu w kosmos. Urwane palce, poranione dłonie, poparzone oczy, przypalone włosy na głowie. Tak, szaleństwo, nie można było tego nazwać inaczej.
Wypalił jeszcze jednego papierosa i wszedł do sypialni, nie zamykając za sobą drzwi balkonowych. Goście najwyraźniej skończyli już składać sobie życzenia i znowu odezwała się głośna muzyka. Sylwester z Jedynką, Dwójką, Polsatem, czy diabli wiedzą z czym i gdzie. Tandeta, która raniła jego ludzkie uczucia. Szkoda, że nie ma na to paragrafów.
Tak jak przypuszczał, nikt go nie szukał.
Wyszedł z sypialni i wszedł do swojego pokoju, gdzie w biurku miał zawsze coś mocniejszego. Wyciągnął szklaneczkę z szuflady, z szafki jakąś cholernie drogą whisky, którą dostał kiedyś od zadowolonego klienta. Nalał sobie prawie do pełna. Szkoda, że nie miał tu lodu, ale trudno, na dół nie pójdzie. Jako gospodarz bardzo się dzisiaj oszczędzał, w przeciwieństwie do jego żony, która z równym zapałem tańczyła, jak i opróżniała kieliszki z czerwonym winem. Pewnie jak zwykle obrzyga toaletę przy sypialni. Kiedyś by go to obchodziło, ale teraz miał to gdzieś.
Sącząc ciepły alkohol, włączył laptop i zajrzał na Facebooka. Oczywiście przeważały noworoczne życzenia, fajerwerki, szampany i happyniujersy, jakby nie można było tego napisać w ojczystym języku.
Nagle na ekranie pojawił się post, który przykuł jego uwagę na dłużej. Ktoś zamieścił grafikę przedstawiającą litery rozmieszczone bez ładu i składu w dwustu dwudziestu pięciu kratkach, na które podzielony był większy kwadrat. Tekst umieszczony nad grafiką brzmiał: „Odczytaj pierwsze trzy słowa ukryte w diagramie, a taki będzie twój nowy rok”.
Remigiusz łyknął ze szklaneczki i przybliżył twarz do ekranu. Pozornie nieuporządkowane litery szybko ułożyły mu się w trzy słowa:
Sukces.
Popularność.
Wolność.
Wykrzywił usta w gorzkim uśmiechu. Dlaczego nie? To była bardzo dobra prognoza na nadchodzące dwanaście miesięcy. Taki rok brał w ciemno. Rok zmian.
SUKCES
Życie składa się ze wzlotów i upadków.
Los działa na zasadzie rachunku prawdopodobieństwa i na jednego człowieka przypada zazwyczaj tyle samo sukcesów co porażek. Wiadomo jednak, że zdarzają się odchylenia od tej średniej. I wtedy wtrąca się coś, co popularnie nazywane jest szczęściem lub pechem. Niby nieistotny szczegół, na co dzień prawie niedostrzegalny, który w dłuższym okresie powoduje, że liczba wzlotów znacznie odchyla się od średniej lub wywołuje nadmiar upadków. Do tego dochodzą trendy długookresowe. Jak już odniesiemy kilka sukcesów z rzędu, taki stan się utrwala i trwa dłuższy czas. Analogicznie jest z pechem – jak już raz upadnie się twarzą w proch życia, taki stan będzie się powtarzał regularnie, a za każdym razem coraz trudnej będzie się podnieść.
Remigiusz Stańczyk nawet nie zauważył, kiedy tendencja statystyczna w jego pełnym sukcesów życiu w sposób niezauważalny zaczęła się zmieniać. Był naprawdę zaskoczony, gdy nagle zarył twarzą w ziemię, i długo mu zajęło otrzeźwienie. Jeszcze dłużej zrozumienie, dlaczego tak się stało. Problem musiał zacząć się już kilka lat temu. Tylko on niczego nie zauważył, żyjąc w jakiejś cholernej iluzji, oszukując się, że wszystko jest w najlepszym porządku.
A przecież nie było. Przez całe lata oszukiwał sam siebie. Stworzył sobie szklaną kulę, w której naiwnie tkwił, biorąc za dobrą monetę wszystkie przykrości, jakie spotykały go w życiu. Teraz nawet nie wiedział, czy tłumaczył je zbieraniem życiowego doświadczenia, czy po prostu nie chciał pamiętać złych rzeczy. Tylko że tych dobrych było coraz mniej we wszystkich sferach jego życia. W końcu zostało ich tak mało, że do jego hermetycznego świata szklanej kuli wdarł się niepokój.
Zaraz po sylwestrze jego szklana kula pierdolnęła o podłogę, sypiąc wokoło ostrymi odłamkami. I oto Remigiusz Stańczyk musiał wreszcie stawić czoła problemom, przyjrzeć się lepiej swojemu życiu, małżeństwu, pracy zawodowej. Niczego już nie mógł odłożyć na później, co wychodziło mu najlepiej. Zdobył prawdziwą motywację, żeby coś w życiu zmienić. Nie może tego odłożyć na bliżej niesprecyzowaną przyszłość. Musi o siebie zawalczyć.
Sukces, popularność, wolność – tak brzmiała internetowa prognoza na właśnie rozpoczynający się rok. Oczywiście wiedział, że w wykreślance znajdowały się tylko te trzy słowa, żadnych innych. Dlatego od razu rzuciły mu się w oczy. Taki żarcik nieznanego dowcipnisia. Tylko co z tego? Dla niego te trzy słowa stały się motywacją, bo przecież nic nie przychodzi samo. O wszystko trzeba zawalczyć. Na początku musiał odnieść jakiś sukces. Od lat był w stagnacji, wypalał się, znikał, potrzeba zmian narastała. Sukces byłby pozytywnym kopem na rozpęd. Najlepiej, żeby to było coś spektakularnego, coś, co może stać się nowym otwarciem.
Od sylwestrowego wieczoru wiele myślał o tym niespodziewanym proroctwie na nadchodzący rok. A jeśli w diagramie ukryto też inne słowa, ale on odczytał właśnie te trzy? To by był dopiero znak od losu. Tak czy inaczej, nic nie przychodzi samo. Życie to walka o utrzymanie się na powierzchni. Walka o sukces.
Marzenia Remigiusza Stańczyka o sukcesie, zdobyciu popularności i osiągnięciu takiego stanu w życiu, kiedy już o nic nie musiałby się martwić i czułby się wolny, spełzłyby na niczym jak tysiące wcześniejszych planów i postanowień, gdyby nie atak ze strony, z której najmniej spodziewał się kłopotów.
Zaczęło się oczywiście w poniedziałek. Dlaczego zawsze w pierwszy dzień tygodnia zdarzała się większość tragedii, które znienacka dopadały ludzi? Przynajmniej ta zasada dotyczyła Remigiusza, choć zapewne nie tylko. Może w regulaminie funkcjonowania świata ten dzień jest zarezerwowany na przykre zdarzenia? To nawet byłoby logiczne i w pewien sposób wytłumaczalne. Przychodzisz do pracy, dostajesz cios między oczy, potem do końca tygodnia zwieńczonego weekendem masz czas, żeby otrząsnąć się po ciosie. A w następny poniedziałek znowu, jeb! Kolejny nokaut i tak w kółko, i wciąż.
Remigiusz obawiał się poniedziałków, ale jak to w życiu bywa, jeśli przez długi czas nic złego się nie dzieje, traci się czujność. W pierwszy poniedziałek stycznia był właśnie w stanie osłabionej czujności, mając z tyłu głowy kilka nierozwiązanych problemów, tlących się cierpliwie, jak ogień czekający na dopływ tlenu.
– Remik! Artur prosił, żebyś do niego zajrzał – dobiegł go głos sekretarki, kiedy zamyślony wchodził do biura koło dziewiątej.
Biuro rozpoczynało pracę od ósmej, lecz on był przecież współwłaścicielem spółki i nie musiał przychodzić punktualnie. Przez ostatnie piętnaście lat harował po dwanaście godzin dziennie, sześć dni w tygodniu i niedawno po prostu sobie trochę odpuścił, żeby nie zwariować.
Ewelina Rogala była ich sekretarką prawie od trzech lat. Firma wcześniej miała problem z obsadą tego stanowiska. Za politykę kadrową zawsze odpowiadał jego wspólnik, Artur Miller. Remigiusz pamiętał jego tłumaczenia, że ciężko jest znaleźć odpowiednią osobę do sekretariatu, bo musi być reprezentacyjna, a zarobki w sumie niewielkie. Wierzył mu do czasu, kiedy przypadkiem dowiedział się, że Artur molestuje sekretarki i dlatego szybko odchodzą z pracy. Aż trafiła się Ewelina, której taki układ odpowiadał. Pieprzyła się z Arturem regularnie. Remigiusz miał tylko nadzieję, że nie robią tego w biurze, choć zarysowania, które kiedyś dostrzegł na jej biurku, mogły pochodzić na przykład od sprzączki paska do spodni Artura. I tak oto problem sekretarki zniknął jak ręką odjął.
– Remik?
Ocknął się z zamyślenia.
– Zaraz do niego pójdę – rzucił i ruszył do swojego pokoju.
Nie cierpiał, kiedy ludzie mówili do niego Remik. Remik to była taka gra w karty, do jasnej cholery! On był Remkiem. Kolejna przyklepana przez niego sprawa, mająca potencjał do wybuchu i konfliktu. Dlaczego dotąd nie zwrócił nikomu uwagi? Nie miał pojęcia, tak po prostu wyszło.
Kiedy odpalał laptop stojący na biurku i chował drugie śniadanie do szuflady, przeleciało mu przez głowę, że na romans wspólnika z sekretarką też nie zareagował. A przecież znał żonę Artura od czasów studiów. Z Millerami spotykali się często na grillu, jeździli razem na wakacje, weekendowe wypady, Remigiusz był ojcem chrzestnym ich pierwszego dziecka. Był więc tak samo winny jak Artur biegający za młodszymi dupami, ponieważ nic jej nie powiedział. Kolejny temat, problem bez reakcji, potencjalne zarzewie wielkiego pożaru, który przyklepał, zracjonalizował i przeszedł nad nim do porządku dziennego. Znowu zrobił to dla wygody i świętego spokoju? Być może.
Artur Miller stał tyłem do drzwi, wpatrzony w widoki za oknem. W sumie nie było na co patrzeć. Biurowce Green Towers położone były w dość nieciekawym miejscu, na skrzyżowaniu Strzegomskiej i Śrubowej. Nawet z perspektywy dziewiątego piętra Wrocław prezentował się tu szaro i nijako. Artur nie zareagował na powitanie, co było złym znakiem. Stańczyk o tym wiedział, przecież znali się jak łyse konie. Nienagannie skrojony, drogi garnitur wspólnika znowu podziałał na niego przygnębiająco. Zazdrościł mu sylwetki, tego, że był przystojniejszy, umiał o siebie zadbać i przede wszystkim nie miał tego cholernego tatusiowego brzuszka, który pojawiał się u części mężczyzn w okolicach czterdziestki. Znowu poczuł się gorszy. Dlaczego? Przecież nie było powodu do takich odczuć, on miał po prostu inny styl niż Artur.
– Musimy poważnie porozmawiać, Remik. – Miller nareszcie odwrócił się do niego, usiadł wolno przy biurku i mierzył Stańczyka wzrokiem długą chwilę.
Remigiusz poczuł się jak na przesłuchaniu. Lecz tylko przez chwilę. Niespodziewanie coś w nim pękło. Jakaś naciągnięta do granic możliwości struna strzeliła z metalicznym pogłosem. Jeszcze do niedawna w takiej sytuacji zjadałby go stres, teraz jednak mężczyzna był wyjątkowo opanowany i spokojny. Zastygł w dziwnym stanie nerwowego podekscytowania, z ciekowością czekając na rozwój sytuacji.
– Czego chcesz? – warknął nie swoim głosem.
Artur nie zwrócił uwagi na tę zmianę. Najwidoczniej miał już przygotowany scenariusz rozmowy i nie zamierzał niczego zmieniać. Remigiusz z goryczą uświadomił sobie, że w gruncie rzeczy to też jego wina. Zawsze był zbyt uległy i Artur po tej rozmowie spodziewał się tego samego co zwykle. Przyznania się do winy i załagodzenia konfliktu.
– Co się z tobą ostatnio dzieje, Remik? – zapytał wspólnik, patrząc na niego twardo.
– Nie rozumiem.
– Znamy się tyle lat, że nie będę niczego owijał w bawełnę. – Miller skrzyżował dłonie na piersiach. – W ostatnich miesiącach nie jestem zadowolony z naszej współpracy. Nie wiem, co ci się stało, ale ostatnio mniej angażujesz się w firmę. To jest też twoja firma, w której zarabiasz niezłe pieniądze, więc nie wiem, jaka może być tego przyczyna.
Od piętnastu lat prowadzili pracownię architektoniczną Dom-In, która była dość znaną firmą na lokalnym rynku. Oprócz domów i osiedli mieszkaniowych projektowali wiele obiektów biurowych, marketów handlowych i hal produkcyjnych. Zatrudniali kilkunastu architektów.
– Przychodzisz później do pracy – kontynuował Artur. – W trakcie dnia jesteś jakby nieobecny, zawalasz terminy, nie przykładasz się i bez względu na to, co jest do zrobienia, zawsze wychodzisz przed siedemnastą. Wszystko jest na mojej głowie. Ustalanie premii dla pracowników, poszukiwanie nowych klientów i negocjacje z obecnymi. Nowy sprzęt do firmy – ja to załatwiam, zakupy kawy i herbaty – ja to muszę zatwierdzić, kurwa, wszystko zepchnąłeś na mnie, od najmniejszej pierdoły po organizację pracy całej firmy. Przypominam ci, że bycie wspólnikiem dużej pracowni architektonicznej to nie jest to samo, co bycie jej pracownikiem. Kurwa, Remik, ty ostatnio się zachowujesz, jakbyś był pracownikiem. Mam wrażenie, że firmę, którą z takim mozołem budowaliśmy przez lata, masz w dupie. Przychodzisz tutaj, bo musisz, posiedzisz kilka godzin, wypijesz kawę, coś tam zrobisz i czekasz na przelew na konto. A ja tutaj zapierdalam od rana do nocy i nie dostaję od ciebie żadnego wsparcia. Powiedz, że tak nie jest. Może się mylę i czegoś nie dostrzegam. Mylę się?
Remigiusz patrzył na niego, słuchał jego słów i jak to często się zdarzało w stresujących sytuacjach, milczał. Te właściwe słowa zawsze przychodziły do niego po kilkunastu minutach, gdy były już niepotrzebne, bo spóźnione. Tym razem słowa się pojawiły, tylko wydawały się jakieś dziwne i na razie ich z siebie nie wypuszczał. Milczał więc, utwierdzając wspólnika w tym, że racja jest po jego stronie.
– Popatrz na to, co robiłeś przez lata – ciągnął dalej Artur. – Organizowałaś firmę? Nie, ja to robiłem. Rekrutowałeś pracowników? To też było na mojej głowie. Zresztą, długo by wymieniać. Remik, firma powinna być twoim hobby. Jak się jest wspólnikiem, nie można stąd wyjść i potem już nie myśleć o biznesie. Firmą żyje się przez całą dobę. Nie można odpierdolić swoich ośmiu godzin i potem nawet przez chwilę nie zastanawiać się, co dalej. Co polepszyć, co zmienić, w jakim kierunku mamy się rozwijać, skąd pozyskać nowe zlecenia, jak najbardziej efektywnie wykorzystać pracujących dla nas ludzi. Chciałem zauważyć, że to ja zawsze myślę o tych sprawach, a ty zwykle akceptujesz moje decyzje. Biernie zgadzasz się na wszystko. Czy kiedykolwiek nie zgodziłeś się z moimi pomysłami? Zaproponowałeś jakieś poprawki do moich planów? Ja sobie nie przypominam, ale może pamięć mi szwankuje? Przypomnij mi.
Remigiusz miał już w głowie ripostę, ale jej nie wypowiedział. Jeszcze nie. A skoro milczał, Artur mówił dalej:
– I jeszcze jedna sprawa, która mnie najbardziej zabolała. Umówiliśmy się, że nasza spółka nie stanie do konkursu na projekt apartamentowca organizowany przez miesięcznik „Mój Dom”. A tymczasem ty, nie informując mnie, zgłosiłeś swój projekt. Wiesz, jak to mnie zabolało, Remik? Jakbyś zadał mi cios w plecy. Olewasz robotę dla Dom-In, ale miałeś czas, żeby zrobić projekt na konkurs. Ja też jestem architektem, wiem, ile czasu musiałeś poświęcić na jego przygotowanie. Kosztem swojej własnej firmy.
Remigiusz wreszcie się odezwał. Ten konkurs był dla niego wielką szansą. Musiał sobie udowodnić, że jeszcze się do czegoś nadaje, chciał się dowartościować, odzyskać wiarę we własne możliwości, mocno nadszarpnięte przez lata spędzone w firmie zarządzanej przez Millera. To miał być ten sukces wywróżony mu w sylwestrową noc. Projektując apartamentowiec na konkurs, czuł się jak młody bóg, odzyskał chęć do pracy, poszerzył horyzonty, naładował akumulatory. I wbrew temu, co zasugerował wspólnik, nie robił tego w czasie pracy.
– To ty ustaliłeś, że Dom-In nie przystąpi do konkursu. Ja byłem temu przeciwny, dlatego zrobiłem ten projekt sam, bazując na SWOIM wcześniejszym pomyśle. – Postanowił być złośliwy. – Pamiętasz, jak kilka lat temu przez rok projektowałem budynek City Hol? Koniecznie chciałeś, żeby nasza firma była głównym projektantem, a spóźniłeś się ze złożeniem dokumentów do konkursu, bo byłeś wtedy na nartach w Alpach i nie mogłeś się stamtąd wydostać z powodu opadów śniegu. Zmarnowałeś prawie rok mojej pracy, a to był dobry projekt i trzeba było tylko trochę go przerobić. Gwarantuję ci, że nie robiłem tego tu, w biurze, tylko wieczorami i w weekendy. Nasza spółka nie poniosła przez to żadnych strat.
– Nie poniosła strat, mówisz? – Miller patrzył na niego z dziwnym wyrazem twarzy. On nigdy nie przyznawał się do błędów, więc pominął uwagę o tym, że zmarnował wielką szansę na grubą kasę, zawalając wtedy wniosek. – Moim zdaniem poniosła duże straty. Przychodziłeś do pracy niewyspany, nie angażowałeś się tak, jak powinieneś, nie myślałeś o firmie, tylko o sobie, i przede wszystkim korzystałeś ze sprzętu i oprogramowania należącego do firmy.
– Sprzęt należy tak samo do firmy, jak i do mnie czy do ciebie. – Remigiusz po raz pierwszy poczuł narastającą w nim zimną agresję. Na tym etapie to już nie mogło się skończyć jak zwykle. Wywali mu prawdę prosto w oczy. Za chwilę. – Nie możesz się wpieprzać w moje życie osobiste. Gówno ci do tego, co robię i czy to się dzieje w dzień czy w nocy, czy w weekendy.
– Masz się wycofać z tego konkursu – zażądał twardo Miller.
– Co ty mówisz? – Stańczyk wytrzeszczył na niego oczy, jakby nie zrozumiał.
– Wycofaj się.
– Nie możesz mnie do tego zmusić. To jest moja decyzja.
– Zrozum to, do jasnej cholery! Startując w tym konkursie, szkodzisz wizerunkowi Dom-In na rynku. Daj sobie spokój z mrzonkami, tylko zajmij się wreszcie robotą i przestań zawalać terminy. Nie mam zamiaru więcej renegocjować u klientów terminów, bo ty nie jesteś w stanie ich dotrzymać.
– Ja zawalam terminy? – głos Remigiusza stał się nagle lodowaty. – Od lat ci mówię, że ustalane przez ciebie terminy są nierealne. Do tego bierzesz każde gówno z rynku. Brakuje nam architektów, a ci, których mamy, są przeciążeni pracą. To nie jest moja wina, to jest wina twojego gównianego zarządzania i pogoni za kasą!
Twarz Artura zmieniła się nagle w maskę bez wyrazu, a usta zacisnęły się w poziomą linię, jak to się działo zawsze, kiedy był wściekły.
– Posłuchaj mnie… – zaczął, wyciągając oskarżycielsko palec w kierunku Stańczyka, lecz ku jego wyraźnemu zaskoczeniu Remigiusz mu przerwał:
– Nie, kurwa, to ty mnie teraz posłuchaj! Zaczynaliśmy tę spółkę w sześć osób. Przez lata wszystkich wykosiłeś i teraz masz pięć razy więcej udziałów i zarabiasz pięć razy więcej niż ja. Nie protestowałem i teraz tego żałuję, ale nadal tu jestem. Wiesz, dlaczego zajmujesz się tym całym gównem, począwszy od zakupu kawy do ekspresu po zatrudnienie pracowników? Bo sam chciałeś się tym zajmować i masz do tego ludzi, którzy większość tego gówna odwalają za ciebie.
– Remigiusz, posłuchaj… – Artur znowu próbował przerwać.
– Nie, ja teraz mówię! – Stańczyk podniósł się z fotela i zaczął mówić głośniej, wprowadzając Millera w stan kompletnego osłupienia. – Od dziesięciu lat nie uczestniczyłeś w żadnym projekcie. To ja nadzoruję wszystkie prace projektowe i jestem ich pomysłodawcą. Mam tylko dwadzieścia procent udziałów w tej firmie, a przez ostatnie lata pracowałem tu po dwanaście godzin w soboty, niedziele i święta! I ty mi teraz mówisz, że ja się nie angażuję? Każesz mi się wycofać z konkursu, który jest dla mnie odskocznią, realizacją marzeń i wielką przyjemnością? Każesz mi dalej zapierdalać przy komputerze za tę nędzną kasę? Mówisz, że szkodzę wizerunkowi firmy? Gówno prawda. Obawiasz się po prostu, że mniej zarobisz. Ale ja już mam dość. Nie będę na ciebie więcej pracował.
– Co masz na myśli? – Artur patrzył zdziwiony.
– Odchodzę – wyjaśnił Remigiusz. – Rzucam to. Znikam. Mam to w dupie. Pierdolę tę twoją firmę! Nie chcę już harować na twoje tłuste przelewy kosztem życia prywatnego.
– Posłuchaj, Remik… – zaczął Miller, ale Stańczyk znowu mu przerwał.
– I nie mów do mnie Remik!
Artur był kompletnie zaskoczony jego wybuchem. Nie wiedział, jak ma zareagować.
– Porozmawiajmy, Remigiuszu – poprosił. – W końcu jesteśmy od lat przyjaciółmi. Wyjaśnijmy sobie wszystko na spokojnie.
– Kiedyś byliśmy przyjaciółmi – zaprotestował Stańczyk. – Przez lata jednak zmieniliśmy się kompletnie i poszliśmy w różne strony. Mamy inne priorytety, nie chcę żyć jak ty. Chcę żyć inaczej. Nie chcę więcej zakłamania.
– Remik, uspokójmy emocje. One są złym doradcą w takich sytuacjach.
– Nie, emocje są dobre. To dzięki tym emocjom w końcu mogę ci walić prawdę prosto w twarz. Za długo je tłumiłem. Nie chcę dłużej udawać, że nie wiem, co robisz z sekretarką. Nie chcę udawać, że nie wiem o twoich wcześniejszych romansach. Nie chcę patrzeć twojej żonie w oczy i robić dobrą minę do złej gry.
Miller poczerwieniał na twarzy. Nie wiedział, co powiedzieć, i było to dla niego sporym zaskoczeniem. Chyba po raz pierwszy Stańczyk widział go w takim stanie.
– Odchodzę – powtórzył sucho Remigiusz. – Niech prawnik skontaktuje się z moim prawnikiem w sprawie odkupienia udziałów. Tylko pamiętaj, ja się nie dam wyrolować jak reszta naszych wspólników, wiem, ile firma jest warta. Pamiętaj, że za pieprzenie sekretarki też trzeba trochę do ceny dorzucić.
Stańczyk odwrócił się na pięcie i wyszedł, zostawiając Millera w stanie kompletnego osłupienia. Trzasnął drzwiami, aż Ewelina podskoczyła przestraszona. Była blada jak wosk i miała nietęgą minę. Pewnie podsłuchiwała. Bardzo dobrze, to wiele ułatwi.
– Remik… – zaczęła niepewnie, lecz Remigiusz był coraz lepszy w niedopuszczaniu innych do słowa.
– Dla ciebie Remigiusz! – rzucił i nie czekając na jej dalsze słowa, wyszedł na korytarz.
Przystanął na moment i odetchnął. Co teraz czuł? Oczywiście stres i wewnętrzny nerwowy dygot, jednak te negatywne uczucia przysłoniła fala euforii. Zanim doszedł do swojego gabinetu, był już rozluźniony, uśmiechnięty i spokojny. Do diabła, to się okazało takie proste! Dlaczego nie zdecydował się wcześniej? Jak cholerny kretyn tyrał tu za trzech, a i tak nikt tego nie doceniał. Dlaczego nie rzucił tej roboty wcześniej? Wiedział dlaczego. Dla wygody i dla świętego spokoju. Znosił wszystko i kładł uszy po sobie, bo bał się zmian. Przecież wiadomo, że lepsze jest wrogiem dobrego. I odkładał decyzję na bliżej nieokreśloną przyszłość. Cholerna prokrastynacja!
Po drodze zaszedł do aneksu kuchennego. Zrobił sobie kawę. Tak, najbardziej będzie mu brakowało kawy. Tu była zawsze najlepsza.
W gabinecie spakował prywatne rzeczy do pudełka po papierze do drukarki. Zadzwonił wewnętrzny telefon na biurku, ale nie odebrał. Potem zadzwoniła komórka, jednak nawet nie sprawdził, kto chce z nim rozmawiać. Nie obchodziło go to, bo już go tu mentalnie nie było.
Gdyby odszedł lata temu, założyłby własne biuro i zarabiał krocie, pracując dużo mniej. Zmarnował kawał życia. Za błędy trzeba płacić. Telefony dzwoniły, ktoś pukał do drzwi, a potem szarpał za klamkę. Przezornie wcześniej przekręcił klucz w zamku. Na końcu wyciągnął z biurka kanapki, zjadł ostatnie drugie śniadanie w tym miejscu, dopił kawę, a następnie po prostu wyszedł z laptopem w torbie na ramieniu i pudełkiem z prywatnymi drobiazgami. Zaskakujące, jak było ich mało, a do tego nic istotnego. Najwyraźniej z tą firmą już dawno, nieświadomie, przestał się identyfikować. W końcu dojrzał.
Nowy rok i wielkie zmiany w życiu. Przecież tego właśnie chciał.
Pustym korytarzem dotarł do drzwi wyjściowych, nikogo nie spotkawszy po drodze. Zresztą nie chciał nikogo spotkać. Otworzył drzwi na główny korytarz z windami i zderzył się z wysokim szpakowatym facetem w skórzanej kurtce. Musiał się zatrzymać, ponieważ mężczyzna zatarasował mu drogę i coś pokazywał, unosząc to na wysokość jego twarzy. To była policyjna odznaka.
– Komisarz Dariusz Pikul. Czy pracuje tu Joanna Niedźwiadek?
Policjant miał przenikliwe spojrzenie szarych oczu, kilkudniowy zarost na twarzy, maskujący długą bliznę na policzku. Biła od niego pewność siebie. Remigiusz pomyślał nawet przez chwilę, że nie chciałby kiedyś stać się obiektem jego zainteresowania.
– Miśka? – rzucił machinalnie. – Tak, pracuje jako asystentka zarządu.
– Miśka? – powtórzył policjant, unosząc brwi.
– No… tak ją nazywamy – zmieszał się Stańczyk.
– Pan jest jej szefem?
– Byłym, właśnie odchodzę w cholerę z tego domu wariatów. Czy ja też będę panu potrzebny?
– Nie.
– To proszę mnie przepuścić.
Komisarz Pikul stał w drzwiach i parzył za Remigiuszem, aż ten wsiadł do windy i drzwi się za nim zamknęły.
Nie powinien jeść tego gówna. Wiedział, że duży hot dog kupiony na stacji benzynowej nie jest dobrym pomysłem, żeby zapełnić pusty żołądek. Potem będzie miał niestrawność i nieprzyjemny refluks. Szczególnie gdy popije to wykwintne danie kawą kupioną na tej samej stacji. Ile razy powtarzał sobie, że musi zmienić nawyki żywieniowe. Dużo, i co z tego? Taka robota. Wieczny pośpiech, ciągły stres i stawianie pracy na pierwszym miejscu. Nie tylko przed życiem prywatnym, ale też przed własnym zdrowiem. Niech to szlag trafi! No musi coś w końcu zmienić, bo ten kwas zniszczy mu żołądek i przełyk.
Zadzwonił telefon. Chciał szybko odebrać, wykonał nieostrożny ruch i resztka kiełbaski umazana keczupem i musztardą spadła mu na spodnie i zostawiając wyraźny ślad, potoczyła mu się w kierunku krocza. Takie były uroki jedzenia w aucie, cholera jasna! Tak długo, jak będzie jadł w pośpiechu śmieciowe żarcie, tak długo będzie to robił w aucie na siedzeniu kierowcy. Fotel był już upstrzony kilkoma tłustymi plamami. A teraz jeszcze spodnie.
Klnąc pod nosem, włożył kiełbaskę w bułkę i odebrał.
– Pikul, słucham?
– Chyba coś mamy. – Głos podkomisarza Andrzeja Fijasa, kolegi z wydziału, był pełen kiepsko tłumionych emocji.
– No to mów, do cholery!
– Telefonowała do nas Joanna Niedźwiadek. Coś sobie przypomniała z tamtego dnia. Musisz z nią szybko pogadać. Teraz jest w pracy.
– Dobrze, gdzie ona pracuje?
– Jakaś pracownia architektoniczna w Green Towers na Śrubowej.
Komisarz Dariusz Pikul odruchowo zerknął w prawo przez boczną szybę. Zaparkował na stacji BP na skrzyżowaniu Legnickiej z Zachodnią. Rzut beretem od Śrubowej.
– Dobrze, będę u niej za pięć minut – rzucił i się rozłączył.
W międzyczasie plamy na jego spodniach tylko się utrwaliły. Starannie je czyścił, przeżuwając resztkę hot doga. Potem przyjrzał się z uwagą efektom swoich wysiłków. Nie było najgorzej. Najważniejsze, że nie sprawiał wrażenia osoby cierpiącej na syndrom nietrzymania moczu. Dopił resztkę kawy i rzucił tekturowy kubek na podłogę przed fotelem pasażera, w stertę innych śmieci. Jak się nazywa samochód, w którym nie trzeba nigdy wymieniać oleju, sprzątać, jeździć na myjnię, tankować za swoje, dolewać płynu do spryskiwacza i martwić się wysokimi krawężnikami? Służbowy. Policjant tak właśnie traktował to auto.
Nienawidził odwiedzać wybudowanych niedawno biurowców, szczególnie tych usytuowanych niedaleko centrum. Nie było gdzie zaparkować. Niektóre nie miały podziemnych parkingów dla gości, tylko ograniczoną liczbę miejsc dla najemców i ich pracowników. I jedynie przed autami mającymi odpowiedni status otwierały się szlabany. Dlatego komisarz Dariusz Pikul nawet nie zbliżył się do szlabanu. Zaparkował na chodniku. Wyłożył na dach niebieskiego koguta, żeby żadnym miejskim służbom nie przyszło czasem do głowy wlepić mu mandat za nieprawidłowe parkowanie.
Dłużej niż dojazd na miejsce zajęło mu znalezienie odpowiedniej firmy. Kiedy wreszcie wysiadł z windy na przedostatnim piętrze biurowca i stanął przed drzwiami, te otworzyły się gwałtownie i omal nie zderzył się z facetem trzymającym przed sobą pudełko po papierze do drukarki. Pokazał mu odznakę w wyciągniętej dłoni.
– Komisarz Dariusz Pikul. Czy pracuje tu Joanna Niedźwiadek?
Policjant uważnie przyjrzał się facetowi w niebieskiej koszuli i marynarce. Pieprzony krawaciarz, który pewnie napchał kabzę kosztem pracowników zarabiających grosze. Nienawidził takich cwaniaczków, w swojej karierze gliniarza spotykał takich na pęczki i gnębił ich, jak tylko mógł. Nawet pomyślał, że dobrze by było dojechać takiego na przesłuchaniu, i żałował, bo prawdopodobieństwo takiego rozwoju sytuacji było znikome.
– Miśka? – Krawaciarz wyglądał tak, jakby na dłuższą chwilę przestał rozumieć ojczystą mowę. – Tak, pracuje jako asystentka zarządu.
– Miśka? – Pikul uniósł brwi.
– No… tak ją nazywamy – zmieszał się tamten.
– Pan jest jej szefem?
– Byłem, właśnie odchodzę w cholerę z tego domu wariatów. Czy ja też będę panu potrzebny?
– Nie.
– To proszę mnie przepuścić.
Komisarz Pikul stał w drzwiach i patrzył za facetem. Z trudem zapanował nad cisnącym mu się na usta uśmiechem. Czyli nowobogaccy właściciele wysoko dochodowych spółek też czasem lądują na bruku. To była dla niego bardzo miła wiadomość.
Zamknął za sobą drzwi z nazwą firmy, Dom-In, i znalazł się w sekretariacie. Rzeczywiście sytuacja wyglądała na niestandardową i musiał narobić niezłego rabanu, zanim zjawiła się sekretarka z rozbieganym spojrzeniem i zaczerwienionymi policzkami. Był już nieźle wkurzony, kiedy wreszcie doczekał się rozmowy sam na sam z „Miśką”, jak w duchu zaczął nazywać świadka.
Siedzieli przy długim stole w pomieszczeniu, które mogło być salą konferencyjną. Naprzeciw siebie komisarz widział smutną i chyba trochę przestraszoną blondynkę w wieku mniej więcej trzydziestu lat. Spotkał ją po raz pierwszy, wcześniej rozmawiali z nią jego koledzy z wydziału. Była najważniejszym świadkiem w prowadzonym w jego wydziale śledztwie. To ona ostatni raz widziała zaginioną kobietę.
Pikul nie należał do policjantów obdarzonych przesadną empatią. Zastanawiał się nawet, czy po tylu latach ścigania zabójców i najgorszych popaprańców ma jeszcze w sobie coś takiego jak empatia. Bo przecież ta ludzka cecha znika w tym zawodzie jako pierwsza. Nie można wiele lat oglądać, dotykać, wąchać trupów i pozostać wrażliwym. Zauważył jednak, że ludzie oczekują od niego zrozumienia i współczucia, więc doskonale nauczył się udawać, kiedy mogło to przynieść wymierne korzyści dla śledztwa. Teraz przybrał zatroskaną postawę starszego brata, reagującego na tragedię, którą przeżyła siostra.
– Pani była ostatnią osobą, która widziała Katarzynę Jaworską – zaczął głosem telewizyjnego prezentera, z sympatycznym uśmiechem na ustach.
Podziałało. „Miśka” trochę się rozluźniła.
– Tak – przyznała cicho.
– Może mi pani opowiedzieć jeszcze raz, w jakich okolicznościach to nastąpiło?
– Umówiłyśmy się na spacer w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Do Kasi, jak co roku, zjechała się rodzina, ale jak to bywa w rodzinie, nie ze wszystkimi dobrze żyła. Drugiego dnia świąt miała już wszystkiego dość i umówiła się ze mną na spacer w parku Szczytnickim.
– To było dwudziestego szóstego grudnia zeszłego roku? – wtrącił nagle Pikul, niby bez sensu, ale Joanna nie dała się wybić z rytmu.
– Tak, około czternastej.
– Proszę mówić dalej.
– Kaśka już na mnie czekała przy takim jeziorku na rogu parku od strony ulicy Dembowskiego. Przyszłam z psem, pogoda była nieciekawa, ale pochodziłyśmy z godzinkę i humor jej się poprawił. Pożegnałam ją w tym samym miejscu i poszłam do domu. Ale teraz… – Wyraźnie się zawahała.
– Tak? – Dariusz uniósł brwi.
– Poprzednio mówiłam, że nie zauważyłam wtedy nic niezwykłego, ale teraz sobie przypomniałam. Widziałam ciemny samochód.
– Proszę mi wszystko na spokojnie opowiedzieć.
Joanna Niedźwiadek wciągnęła głęboko powietrze do płuc i zaraz je wypuściła.
– Pierwszy raz mijał mnie, gdy wchodziłam do parku na spotkanie z Kaśką. Właśnie koło czternastej. Kiedy spacerowałyśmy, to samo auto było zaparkowane za boiskiem do piłki nożnej obok. Zwróciłam na nie uwagę, bo nikt tam nigdy nie parkuje. Tam chyba nie wolno parkować.
– Od strony alei Wielkiej Wyspy? – dopytał policjant.
– Tak. Ale kiedy wracałyśmy, tego samochodu już nie było – mówiła dalej, a na jej twarz powoli wychodził rumieniec. – Minął mnie znowu, kiedy wracałam Dembowskiego do domu. Pojechał w kierunku Tramwajowej, czyli tam, dokąd poszła Kaśka.
– Rozumiem. Jakiego koloru było to auto?
– Ciemne – kobieta zmieszała się i rumieniec stał się wyraźniejszy.
– Czarne czy granatowe?
– Czarne.
Pikul przeklął w myślach, ale wyraz jego twarzy się nie zmienił.
– Jakiej było marki? – dopytywał.
– Nie wiem, ja się nie znam na samochodach. Na pewno nie był nowy. Miał z… – Zawahała się. – Piętnaście albo dwadzieścia lat. Teraz już takie nie jeżdżą. Był duży, większy niż wiele innych aut.
– Okej. – Komisarz odruchowo podrapał się po bliźnie na lewym policzku.
Joanna Niedźwiadek przez całą rozmowę popatrzyła na niego tylko raz. Teraz wpatrywała się w blat stołu. To pewnie przez jego sfatygowane prawe ucho, to była częsta reakcja osób, które widziały go po raz pierwszy. No i jeszcze blizna na policzku. Może powinien tu przyjechać ktoś inny?
– Może to był mercedes? – zapytał. – Takie okularniki kiedyś jeździły, pamięta pani?
– Tak, to mógł być taki mercedes – przyznała zaraz.
– A może audi? To zawsze były duże samochody.
– Może audi – zgodziła się po chwili.
– A pamięta pani opla omegę kombi? – pytał dalej. – Takie wielkie auto.
– To chyba nie był kombi. – Drugi raz podniosła na niego wzrok i natychmiast go spuściła.
Komisarz Dariusz Pikul westchnął. Nie było sensu dalej jej stresować.
– Pani Asiu. – Celowo zaczął skracać dystans między nimi. – Przyjedzie do pani policjant z katalogiem zdjęć starszych modeli samochodów. Popracuje pani z nim? Może coś się uda ustalić. Ma przyjechać tu czy może do pani do domu?
– Raczej do domu – odpowiedziała z ulgą, że kończą rozmowę. – Tutaj dzisiaj jakieś piekło się rozpętało. Szefowie się pokłócili i jeden odszedł.
Pikul pokiwał ze zrozumieniem głową.
Zadzwonił do podkomisarza Fijasa, kiedy już wsiadł do samochodu zaparkowanego na chodniku.
– Wierzę jej – relacjonował rozmowę. – Tylko mamy problem, bo ona nie ma pojęcia, jakie to było auto. Jakieś było, ale wiesz, jak to kobieta, na samochodach się nie zna.
– To co robimy?
– Wyślij wieczorem do niej do domu naszego grafika z katalogiem starych aut. Może do czegoś dojdą.
– W porządku. A ty co teraz masz w planach?
– Jadę do jasnowidza, a potem do domu, bo sobie spodnie upierdoliłem keczupem.
– Do jasnowidza! – prychnął Fijas. – Znasz ten dowcip o jasnowidzu?
– Pewnie znam, ale opowiadaj.
– Facet puka do drzwi jasnowidza i słyszy pytanie: Kto tam? Po czym odwraca się i odchodzi, mamrocząc pod nosem: Na cholerę mi taki jasnowidz?
– Taaa… – Pikul nawet się nie uśmiechnął. – Mam podobne zdanie, ale polecenie szefa to rozkaz.
– A głupiego szefa? – wpadł mu w słowo Andrzej.
– Też rozkaz, co najwyżej głupi. Idziesz wieczorem na drinka?
– Stary, dzisiaj jest poniedziałek! – wykrzyknął Fijas. – Żona by mi zrobiła eksmisję z domu.
– Po co ci taka żona?
– Weź się odwal, dobrze? Cwaniaczek kawaler się znalazł. Zapytaj lepiej tego jasnowidza, czy jeszcze jakaś kobieta na ciebie spojrzy, zanim sobie nie przyszyjesz ucha i nie zoperujesz blizny na facjacie.
– Dobra już – przerwał Pikul. – Przejrzyjcie jeszcze raz zapisy z kamer monitoringu miejskiego na skrzyżowaniu alei Wielkiej Wyspy z Dembowskiego. Jeśli ten samochód się tam dłużej kręcił, może sami go rozpoznamy.
– Dobrze, na razie!
Podkomisarz Fijas się rozłączył, a Dariusz uruchomił silnik w aucie.
Naprawdę jechał do jasnowidza. Jacek Markowski niegdyś był księdzem, a teraz można go było nazwać ekscentrykiem. Prowadził w Śródmieściu gabinet, który sam nazywał Gabinetem Przepowiadania Przyszłości i Jasnowidzenia. Kantował w nim naiwnych klientów na niezłą kasę, ale nic mu nie można było zrobić. Interes był w pełni legalny, przewaga klientów zadowolonych nad rozczarowanymi, opłaty w dowolnej wysokości tylko w przypadku dobrych przepowiedni i trafnych jasnowidzeń, zero skarg. No i od pewnego czasu regularna współpraca z policją, głównie w sprawach o zaginięcie. Zupełnie za darmo i z sukcesami. Chociaż Dariusz uważał, że facet był po prostu genialnym manipulantem i tak sprawnie nawijał klientom makaron na uszy, iż w końcu zaczynali wierzyć we wszystko, co im mówił. Markowski miał doświadczenie z czasów, kiedy jeszcze nosił sutannę. W tym zawodzie sztukę manipulacji można było rozwinąć do poziomu arcymistrzowskiego. Takie przynajmniej było zdanie komisarza Dariusza Pikula.
Wspinał się teraz po skrzypiących schodach na drugie piętro starej kamienicy w małej uliczce odchodzącej w bok od Wyszyńskiego. Stanął przed masywnymi drewnianymi drzwiami bez żadnych oznaczeń i zadzwonił. Ten biznes wymagał spokoju i dyskrecji, dlatego nie było żadnych reklam ani tabliczek z godzinami przyjęć. Kto miał tu trafić, ten zazwyczaj trafiał bez problemów.
Pikul nagle pomyślał, że jak usłyszy pytanie „Kto tam?”, to odwraca się na pięcie i odchodzi. Dopiero teraz dowcip Fijasa go rozbawił i aż parsknął śmiechem. Na szczęście pytanie nie padło, w przeciwnym razie udusiłby się ze śmiechu. Kiedy drzwi się uchyliły, wciąż miał rogala na twarzy. Z trudem przywołał na swoje sfatygowane oblicze pozory powagi.
Jasnowidz był mężczyzną zaskakująco niskim. Miał może metr sześćdziesiąt wzrostu, był łysy, miał pomarszczoną twarz starego człowieka, ale trudno było określić jego wiek. Równie dobrze mógł mieć sześćdziesiąt, jak i osiemdziesiąt lat. Ubrany był w dres jak Ferdynand Kiepski, w kąciku ust tkwił palący się papieros w szklanej lufce, która przybrała kolor ciemnobrązowy od osiadających w niej substancji smolistych.
– Czekałem na ciebie – rzucił Markowski, odwrócił się na pięcie i pomaszerował do pokoju za kotarą.
Dariuszowi uśmiech zszedł z twarzy. Spodziewał się. Jasnowidz – niech go szlag trafi, myślałby kto. On nie wierzył w takie bajki, ale rozumiał swojego szefa. Musiał wykonać działania wyprzedzające, informując opinię publiczną o udziale w poszukiwaniach jasnowidza, zanim pojawi się stu innych samozwańczych jasnowidzów, wskazujących sto różnych miejsc, gdzie może znajdować się teraz Katarzyna Jaworska. A każde trzeba by było sprawdzić.
Nie cierpiał papierosów, a w mieszkaniu jasnowidza można było siekierę powiesić. Aż poczuł łzawienie oczu. Po drodze zajrzał do kuchni. W zlewie piętrzyła się góra brudnych naczyń, a na kuchence gazowej, osmalonej i czarnej, jakby niedawno znajdowała się w epicentrum pożaru, stał stary żeliwny czajnik z charakterystycznym, fantazyjnie zawiniętym dzióbkiem. Coś takiego można było teraz kupić tylko na targu staroci.
Nie ociągając się dłużej, wszedł do gabinetu Markowskiego. Były ksiądz siedział wygodnie w fotelu, palił nowego papierosa. Przed nim stał mały stolik z porysowaną politurą, a na nim leżały paczka fajek, zapalniczka i popielniczka. Żadnej szklanej kuli. Najwyraźniej jasnowidz stosował bardziej nowoczesne metody przepowiadania przyszłości. Wskazał policjantowi niewygodny stołek po drugiej stronie stolika, poczekał, aż Pikul się do niego dopasuje, i zapytał:
– Porwano ją z parku, tak?
Komisarz potwierdził.
– Była z koleżanką, prawda?
Dariusz się zawahał. Ten fakt nie był podany do publicznej wiadomości. Może naczelnik mu powiedział, kiedy umawiał spotkanie? Niechętnie potwierdził.
– No to daj mi wreszcie jej zdjęcie – zniecierpliwił się Markowski.
Pikul sięgnął do kieszeni skórzanej kurtki i wyciągnął z niej złożony na czworo kolorowy skan fotografii z dowodu osobistego Jaworskiej. Przesunął go po blacie w kierunku jasnowidza. Stary zaciągnął się papierosem, przymknął oczy, a kiedy je otworzył, spojrzał zirytowany na Dariusza.
– A co ty tu jeszcze robisz? Możesz już iść. Odezwę się, jak będę miał wizję.
Pikul już widział, jak po jego wyjściu hochsztapler odpala komputer, w wyszukiwarce wpisuje nazwisko zaginionej i czyta wszystkie artykuły, które mu się wyświetlą, a potem zastanawia się, jaki bajer wcisnąć śledczym. Odezwał się w nim wieczny oportunista.
– Może chociaż kilka słów w ramach dobrej współpracy – powiedział, nie ruszając się z miejsca.
Nie mógł się przy tym powstrzymać od kpiącego uśmiechu. Jasnowidz musiał być przyzwyczajony do takich demonstracji sceptycyzmu, bo nie drgnął mu nawet jeden mięsień na pomarszczonej twarzy. Zaciągnął się głęboko papierosem, przymknął oczy i wypuścił dym ku górze, odchylając przy tym głowę. Potem nagle nachylił się nad stolikiem i dotknął zdjęcia, nie rozkładając go i nie patrząc.
Milczał, więc policjant też nic nie mówił, tylko czekał. Najlepiej na coś, co skompromituje fałszywego przepowiadacza przyszłości, podobno widzącego rzeczy dla innych niewidzialne. Markowski tymczasem wypalił papierosa do końca i ze stoickim spokojem sięgnął do paczki po następnego. Kiedy wkładał go do lufki, nagle przemówił:
– Ona jest teraz w ciemnym miejscu, jest jej zimno i jest przerażona.
Dariusz omal nie prychnął pogardliwie. Takie wizje to on już miał wielokrotnie w ciągu dwóch tygodni poszukiwań, choć jasnowidzem nie był.
– Czy to piwnica? – zapytał, z trudem nad sobą panując.
– Tak, ale nie taka zwykła piwnica. – Jasnowidz znowu przymknął oczy.
No pewnie – pomyślał komisarz. – Kto by trzymał porwaną kobietę w zwykłej piwnicy?
– To może nie być piwnica – mówił tymczasem Markowski, dzwoniąc szklaną lufką o pożółkłe zęby. – To pomieszczenie jest czyste, nie ma w nim wilgoci, to może być garaż. Ale nie! Czuję, że jest pod powierzchnią ziemi, więc to może być jednak piwnica.
– Rewelacja – burknął. – Może chociaż jakiś kierunek?
Markowski sięgnął po zdjęcie, jakby nie słyszał jego pytania, i dopiero teraz na nie spojrzał. Jego brwi się zetknęły, a ręka z papierosem zaczęła nieznacznie podrygiwać.
– Ona żyje, ale… – Zamilkł, jakby głos uwiązł mu w gardle. – Jest bardzo słaba i… Tak, widzę to wyraźnie. Ona wkrótce umrze. Może nawet jeszcze tej nocy.
Cholerny mistrz manipulacji i socjotechniki. Powiedział to w taki sposób, że policjant mimowolnie poczuł na plecach delikatny dreszcz niepokoju. Zacisnął szczęki zły na siebie za tę reakcję. Był też zły na Markowskiego. Nie wierzył w jego zdolności, a mówienie czegoś takiego było podłe i brutalne. Nic jednak nie powiedział. Wstał i skierował się do wyjścia.
Markowski poszedł za nim w chmurze tytoniowego dymu. Pikul czuł, że zdążył przesiąknąć tym smrodem i teraz dokądkolwiek pójdzie, będzie śmierdział papierochami.
– Poczekaj chwilę! – Jasnowidz zatrzymał go w drzwiach.
Dariusz przewrócił oczami. Starzec miał dziwny wyraz na twarzy, jakby stał teraz przed nim, a równocześnie widział rzeczy oddalone o setki kilometrów.
– Ona jest bardzo blisko – powiedział.
– Jak blisko?
– Tego nie wiem – żachnął się Markowski. – Mam na myśli, że ona jest blisko ciebie.
– Prowadzę śledztwo w sprawie jej zaginięcia, to chyba normalne?
– Nie o to mi chodzi! Ona jest blisko ciebie, ale tak… inaczej blisko. W innym sensie niż że gdzieś obok. Ona jest blisko inaczej.
Policjant westchnął i pokiwał tylko głową. Blisko inaczej, tak samo jak ten naciągacz był jasnowidzem inaczej. Nic głupszego nie można było wymyślić. Szczególnie żeby oszukać takiego starego policyjnego wyjadacza jak on.
– No dobra, zadzwoń do mojego szefa, jeśli zobaczysz coś wyraźniej – powiedział szorstko i uścisnął staremu dłoń na pożegnanie.
Jasnowidz drgnął gwałtownie i przytrzymał jego rękę. Teraz patrzył na Darka szeroko otwartymi oczami. W jego oczach błyszczało przerażenie.
– Widziałem coś!
– Co widziałeś? – Pikul bezskutecznie starał się wyswobodzić dłoń z jego uścisku.
Palce jasnowidza zmieniły się w imadło.
– Widziałem dwa pistolety. To były bardzo złe pistolety, wokoło pełno było złych słów niosących złe emocje. Te pistolety były wycelowane w ciebie.
– Jezu, co to za bzdury? – Komisarz wreszcie nie wytrzymał.
– To nie bzdury! – zapewnił stary. – Uważaj na siebie. To jeszcze nie teraz, jeszcze długo, ale uważaj na siebie.
Pikul wreszcie wyszarpnął dłoń, bez słowa zatrzasnął za sobą drzwi i zbiegł po schodach, jakby ostatnie słowa jasnowidza go goniły. Kiedy wyszedł i w twarz uderzył go porywisty wiatr, poczuł ulgę i odetchnął głęboko. Cholerny stary iluzjonista! Nawet nie zauważył, kiedy stał się obiektem manipulacji. Markowski rozegrał go, jak chciał. Teraz już rozumiał, dlaczego ludzie mu płacą i jeszcze dziękują.
Poszedł w kierunku samochodu, lecz ciągle nie mógł pozbyć się męczącego niepokoju.
Na Alberta Tureckiego zawsze mógł liczyć. Wystarczyło zadzwonić i przyjaciel zjawiał się we wskazanym miejscu, i nawet się za bardzo nie spóźniał. Znali się od piaskownicy, razem chodzili do przedszkola, potem siedzieli w jednej ławce w podstawówce, razem poszli do liceum i dopiero po maturze ich drogi się rozeszły. Darek został policjantem, Albert zaś postanowił zostać psychologiem. Potem okazało się, że odkrył w sobie pasję do nauki. Równocześnie skończył historię i filozofię. Potem był jeszcze na kilku kierunkach, ale Pikul już tego nie śledził. Nauczył się też kilku języków, podczas gdy Darek z trudem opanował angielski w stopniu podstawowym i podwórkową łacinę w stopniu wybitnym. Ale w tym języku przecież policjanci specjalizowali się przez lata.
No cóż, najwidoczniej Albert pokrywał swoje deficyty nauką, a potem pracą naukową. Bo to, że miał jakieś deficyty, było dla Darka jasne już od dawna. Jego przyjaciel nigdy nie związał się na dłużej z kobietą, nie był też gejem, o co go kiedyś podejrzewano, ciągle mieszkał z matką, którą się opiekował. I chyba problem polegał na tym, że matka nim rządziła, była zazdrosna i tak go wysterowała, że teraz zajmował się tylko nią. Nie pomyślała, że nie będzie żyć wiecznie i kiedy jej zabraknie, Albertowi będzie trudno na nowo poukładać sobie życie. To był zdecydowanie toksyczny związek.
Swoją drogą, jak Turecki dał się jej tak omamić? Był przecież nadzwyczaj inteligentny, obronił doktorat z psychologii, wykładał na uczelni, musiał wiedzieć, w czym tkwi. A może nie wiedział? Może jak siedzisz w gównie po uszy, to już nawet nie czujesz smrodu i wydaje ci się, że tak właśnie wygląda świat i wszystko jest pod kontrolą. Od pewnego czasu Pikul już nawet nie poruszał tego tematu. Szkoda mu było starego druha, ale nie mógł wpłynąć na jego życie.
Albert Turecki jak zwykle wszedł do baru rozkołysanym krokiem z szerokim uśmiechem na twarzy i z lekko wzburzoną fryzurą na głowie. Jakby jego czarne włosy były świeżo potargane przez wiatr. Tylko że zawsze tak wyglądały. Albert twierdził, że z taką fryzurą bardziej podoba się kobietom. Gdzie jednak były te kobiety, nie wiadomo.
Uścisnęli sobie mocno dłonie i Albert zaraz skierował się w kierunku baru.
– Pamiętam, dzisiaj moja kolej! – krzyknął do Darka, a głos przebił się przez gitarowy blues sączący się z głośników.
Po chwili wrócił z butelką Jamesona, kubełkiem lodu i dwoma szklankami. Nalał do szklanek, wrzucił po kilka kostek lodu, po czym obaj odczekali, aż na szkle zbierze się rosa, co oznaczało, że trunek nabrał odpowiedniej temperatury, i napili się. To był ich taki niepisany rytuał.
– Dlaczego jesteś taki struty? – Albert jak zwykle tryskał dobrym humorem.
– Nie możemy znaleźć tej kobiety.
– Rozumiem, to musi być frustrujące.
– A żebyś wiedział. Na dodatek dzisiaj zamiast na rozpytanie nowych świadków wysłali mnie do jasnowidza.
– Do kogo? – Albert wytrzeszczył na niego oczy.
– Nie wiesz, kto to jasnowidz?
– No wiem, ale mimo że zrobiłem też doktorat z filozofii, jestem racjonalistą. Może nawet przez ten doktorat jestem racjonalistą? Myślałem, że policja też działa racjonalnie.
– Teoretycznie tak. – Policjant wzruszył ramionami. – Czasem jednak, kiedy wszystkie metody zawiodą, trzeba poprosić o pomoc władców sił nadprzyrodzonych.
Albert pokiwał głową i nalał im kolejną porcję alkoholu.
– Rozumiem sens takiego działania, chociaż jako człowiek twardo stąpający po ziemi, ateista i sceptyk – nie pochwalam.
– Ja też uważam, że ten cały Markowski to szarlatan.
– To ten słynny jasnowidz, który cały czas przepowiada w mediach koniec świata, upadek Ameryki i wojnę światową? – zapytał Turecki.
– Ten sam – potwierdził Dariusz. – Tylko teraz tak mnie zmanipulował, że nie mogę się otrząsnąć.
– O rany! Co takiego powiedział?
Dariusz zakręcił kostkami lodu w szklance. Ciągle jeszcze czuł zapach papierosów, którym przesiąkły mu ubranie i włosy.
– Powiedział, że ta porwana kobieta jest blisko mnie – odpowiedział po chwili.
Albert spoważniał i patrzył na niego badawczo.
– Jak to, blisko ciebie? – zapytał po pauzie.
– Nie w sensie, że blisko mnie fizycznie. Raczej chodziło mu o to, że jestem blisko jej znalezienia. Tak myślę.
– Rozumiem. – Przyjaciel skinął poważnie głową.
– A później powiedział coś jeszcze, czego nie mogę pozbyć się z głowy. Że ona niedługo umrze. Może nawet tej nocy.
Albert znieruchomiał, nagle zapatrzony w swoją szklankę. Jakby odpłynął myślami gdzieś daleko.
– Wiesz, jak to jest w takich sytuacjach – mówił tymczasem Darek. – Nie wierzę skurwysynowi jak psu, ale mam też poczucie winy. Ja tu siedzę, a gdzieś tam niewinna dziewczyna może naprawdę umiera. Jestem bezsilny. Nie wiem, co mam zrobić, żeby jej pomóc.
Turecki nagle się ocknął z zamyślenia.
– To tylko słowa szarlatana, nie powinieneś ich brać do siebie. Jak on powiedział? Że ona może umrzeć tej nocy?
– Tak go zrozumiałem – przyznał Pikul.
– Bzdury, przestań o tym myśleć. – Albert machnął ręką. – To najlepsza droga do tego, żeby sobie zafundować traumy i obsesje.
Stuknęli się, wychylili po łyku i tym razem Dariusz się zamyślił.
– No właśnie – powiedział po chwili. – Jeżdżę po jasnowidzach, zamiast skupić się na raporcie policyjnego psychologa albo pogadać z innym specjalistą psychologiem. Wolałbym poradzić się w tej sprawie ciebie niż oszustów.
– To się poradź. – Oczy Alberta błysnęły w podnieceniu. – Ja tu jestem obecny i bardzo zainteresowany.
– Przecież nie mogę, obowiązuje mnie tajemnica śledztwa.
– Kurwa, Darek! Komu możesz bardziej zaufać niż mnie? – Albert spojrzał mu w oczy. – Znamy się od oseska, zawsze razem, na dobre i na złe. Wiesz, że u mnie jak kamień w wodę. Pytaj, pomogę, jak umiem, a czasem takie spojrzenie z zewnątrz może być kluczowe.
– Jak to się wyda, to wywalą mnie z firmy. Tylko czekają na pretekst, żeby dać mi dyscyplinarkę.
– Nic się nie wyda, nikt cię nie wywali. Nie uprawiaj czarnowidztwa jak moja matka, tylko pytaj jak prawdziwy facet. – Albert Turecki odstawił drinka i chcąc podkreślić swoją gotowość, odchylił się na krześle.
Dariusz rozejrzał się po lokalu. W salce obok czterech gości grało w bilard, dwóch stało przy barze, ale zbyt daleko, żeby mogli coś usłyszeć. Zdecydował się.
– Dobrze, Albert. Tylko nie chcę, żebyś gadał do mnie okrągłymi zdaniami i utartymi frazesami. To mam w naszych wewnętrznych raportach. Ja chciałbym puścić wodze fantazji i zastanowić się, co by było, gdyby sprawdziły się moje najgorsze przypuszczenia.
– W porządku. – Przyjaciel spojrzał na niego niepewnie.
– Katarzyna Jaworska zaginęła z okolicy parku na Dembowskiego drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia między godziną piętnastą a szesnastą. Była na spacerze z koleżanką i potem rozpłynęła się w powietrzu. Jej telefon zniknął z sieci, nie płaciła kartami kredytowymi, nie logowała się do mediów społecznościowych ani na maila. Nikt jej nie widział. Nie miała problemów w życiu, nie miała faceta, raczej więc to nie była chęć ucieczki przed światem i rozpoczęcia nowego życia gdzie indziej. Po prawie dwóch tygodniach od zaginięcia mamy właściwie tylko dwie teorie: została uprowadzona i jest gdzieś przetrzymywana albo została zamordowana, a ciało zostało ukryte.
– Na jakie pytanie mam odpowiedzieć? – zapytał Albert i zaraz dodał: – Oczywiście puszczamy wodze wyobraźni.
– Poczekaj, jeszcze jedna ważna informacja. Dzisiaj znaleźliśmy nowy trop. Być może Jaworska była obserwowana z samochodu, jeszcze w trakcie spaceru, może wcześniej. Potem mogła do tego auta wsiąść dobrowolnie albo została do tego zmuszona przemocą. Pomóż mi określić profil psychologiczny potencjalnego porywacza. Dlaczego to zrobił i przede wszystkim co zrobił z dziewczyną. Rozmawiałem z policyjnym psychologiem, ale on zasłania się brakiem danych i nie formułuje żadnych wniosków.
Albert rozlał im kolejną dawkę alkoholu, sobie lejąc wyraźnie mniej. Potem zmierzwił dłonią włosy sterczące na wszystkie strony.
– Rzeczywiście, danych jest niewiele – przyznał. – Zarysuj problem.
– Interesuje mnie wstępne modus operandi sprawcy. Kto i po co porwał Katarzynę Jaworską?
– Była ładna? – Albert uniósł wyżej brwi.
– Bardzo ładna, sam byś się za nią obejrzał na ulicy. Miała dwadzieścia osiem lat.
– Jak jej się wiodło w życiu?
Teraz Dariusz wzruszył ramionami.
– Wydaje mi się, że nie była szczęśliwa, jeśli o to pytasz. Kilka razy zmieniała pracę, nie miała faceta na stałe, z rodziną utrzymywała kontakty wyłącznie w święta, miała tylko jedną prawdziwą przyjaciółkę. Z facetami też jej nie szło. Pakowała się w związki z dziwnymi typami. Jeden z nich był nawet przemocowcem i szybko się z nim pożegnała. To ważne?
Turecki stuknął swoją szklanką w szklankę Darka. Pociągnęli spory łyk i Albert się skrzywił.
– Mówisz, że mogła być obserwowana na chwilę przed zaginięciem. A jeśli była obserwowana dużo wcześniej? – zapytał.
– Możliwe, ale nie mamy na to dowodów – przyznał policjant.
– Ktoś, kto w życiu reprezentuje postawę zwaną w psychologii syndromem ofiary, jest łatwym celem dla ludzkich drapieżników. Oni potrafią to wyczuć i w ten sposób wyszukują potencjalne ofiary z tłumu. Tak samo jak w dzikiej przyrodzie. Celem ataków drapieżnych zwierząt są zazwyczaj osobniki osłabione, nie w pełni sprawne albo niedojrzałe.
– Sugerujesz, że mamy do czynienia z zabójcą, który szukał ofiary?
– Nie wiem. – Albert wzruszył ramionami. – Puszczamy wodze wyobraźni.
– Dobrze, mów dalej.
– Jeśli to nie była zemsta, to Jaworska padła ofiarą ludzkiego drapieżnika. Po co ją porwał? Może chciał ją zgwałcić, zrobić z niej swoją niewolnicę i teraz przetrzymuje ją gdzieś w ukryciu. A może po prostu chciał zabić. W obu przypadkach mówimy o osobniku mocno zaburzonym.
Pikul odchylił się na krześle ze szklaneczką w dłoni.
– Widzę, że masz już swoją teorię. – Uśmiechnął się do przyjaciela. – Chętnie posłucham.
Turecki też uśmiechnął się pod nosem i skrzyżował ręce na piersiach.
– Szacuję prawdopodobieństwo na siedemdziesiąt pięć procent – powiedział z pewnością graniczącą z bezczelnością.
– Grubo jedziesz – przyznał Dariusz. – No to słucham. Jeśli twoja teoria sprawdzi się chociaż w pięćdziesięciu procentach, funduję whisky w tym barze do końca roku. A jeśli nie, to ty stawiasz.
– To mi się podoba. – Albert się rozpromienił. – To słuchaj. Sprawca jest z gatunku tych zorganizowanych i mobilnych. Długo szukał ofiary, długo ją obserwował i opracowywał dokładny plan w kilku wariantach. Niczego nie zostawił przypadkowi. Dlatego teraz nie macie żadnych śladów. Był zbyt ostrożny. Powiedziałem, że był mobilny, więc mógł wywieźć ofiarę daleko za miasto.
Turecki zamilkł na moment i ponownie przeczesał dłonią włosy.
– Albo nie! – zmienił zadnie. – Nie wyjechał z nią z miasta. Skoro ją długo obserwował, musi być z Wrocławia. Może mieszka na obrzeżach, ale raczej w miejscu, gdzie jest wiele jednakowych domów, nierzucających się w oczy. Nie musi tam mieszkać na stałe, może wynajmować. Porwał ją po to, żeby zabić. On od lat nienawidzi kobiet i nagle wpadł na pomysł, że chce spróbować, jak to jest zabić. Być może to go bardzo podnieca, więc porwał ładną kobietę, żeby podnieta była większa. Może stała się też ofiarą jego napaści seksualnej. Ale raczej chce zabić. Może też ją wykorzystać i zabić. Tak, to możliwe.
– Robił to wcześniej? – zapytał Darek zapatrzony w szereg kolorowych butelek nad barem.
– Raczej nie – odrzekł od razu Albert.
– Dlaczego?
– Takie osobowości przy każdym kolejnym razie stają się coraz mniej ostrożne. Rośnie w nich przekonanie, że są nie do złapania. Ten nadal jest ekstremalnie ostrożny.
– Dobrze, a dlaczego chciał zabić?
– Nienawidzi kobiet. Stawiam na to, że w dzieciństwie doznał wielkich krzywd od matki, albo sióstr, albo od babki. Może być sierotą wychowanym przez dalszą rodzinę albo w domu dziecka. Może jednak chodzi o babkę. To mogła być przemoc fizyczna, seksualna, psychiczna albo wychowanie w ortodoksyjnej wierze z rozbudowanym systemem kar. Może był karany za swoją seksualność i oglądanie się za dziewczynkami.
Pikul był starym gliniarzem, który niejedno już widział, lecz mimo to odruchowo się wzdrygnął.
– Stworzyłeś potwora – jęknął.
– Mogłem fantazjować, prawda? – Albert się zaśmiał. – Takie zasady ustaliliśmy.
Policjant znowu się zamyślił, tym razem utkwiwszy wzrok w suficie. Jego przyjaciel był cholernie inteligentny i spostrzegawczy. Czasem zdarzało mu się odpowiadać, zanim zostało dobrze sformułowane pytanie. Jego wizja sprawcy może i była szalona, ale na pewno nie brakowało jej logiki i dużej dozy prawdopodobieństwa.
– Mógł się wyrwać z sekty? – zapytał poważnie.
– Tak! – Albert podskoczył jak dziecko. Najwyraźniej ta zabawa wyjątkowo mu się spodobała. – Być może ciągle jest w sekcie i to jest jego wentyl bezpieczeństwa dla wyładowania nagromadzonych przez lata złych emocji.
Zastanowił się, łyknął whisky i nagle zmienił zdanie.
– Albo nie! Gdyby wciąż należał do sekty, nadal krępowałyby go zakazy i nakazy. Nigdy by się nie zdecydował na ich złamanie, w obawie przed karą. Jeśli był w sekcie, to już w niej nie jest.
– Musimy to sprawdzić – powiedział do siebie komisarz.
Potem wymienili jeszcze kilka uwag, powspominali stare czasy, aż w butelce pokazało się dno, i zebrali się do wyjścia. Dariusz wyraźnie chwiał się na nogach, bo jak zwykle kiedy polewał Albert, wypił dwa razy więcej od niego. Zdążył się już do tego przyzwyczaić.
Wyszli przed bar na lodowaty wiatr niosący ze sobą drobinki wilgoci i zadzwonili po taksówki.
Było kilka minut po dwudziestej trzeciej, kiedy Albert Turecki wysiadł z ubera przed domem swojej matki w willowej części Krzyków. Auto odjechało, a on rozejrzał się po ulicy i mocniej otulił szyję szalikiem, bo wiatr się wzmógł i odczuwalna temperatura spadła mocno poniżej zera. Ulica była cicha i spokojna. Po obu stronach ciągnęły się szeregi podobnych do siebie starych willi z ogrodami. Tu można było spokojnie mieszkać i całymi dniami nie widywać sąsiadów.
Zapalił papierosa i spojrzał na ciemny dom. A nie, nie ciemny. W salonie świeciła się boczna lampa i był włączony telewizor. Pewnie matka jak zwykle martwiła się o swojego jedynego synka i czuwała, zanim nie wróci do domu. Uśmiechnął się gorzko pod nosem. Nic się przez lata nie zmieniło. Wyrzucił niedopałek na trawnik sąsiadów i wolno poszedł w kierunku furtki, która jak zwykle zaskrzypiała żałośnie, kiedy ją uchylał. Chwilę później wszedł do domu, po czym zdjął kurtkę i buty.
– Wróciłeś, Albercik? – dobiegło go skrzekliwe wołanie matki z salonu.
– Tak, mamo – odpowiedział.
– To dobrze, nie lubię, jak późno wracasz!
– Wiem, mamo.
– To chodź, daj mi buziaka na przywitanie.
Wszedł do salonu, matka siedziała w swoim ulubionym fotelu, tak jak ją zostawił, wychodząc. Była już tak gruba, że z trudem poruszała się po domu. Jej królestwem był fotel wyłożony podgrzewaną matą elektryczną. Piecyk elektryczny z boku i stolik, na którym leżały dwie pary okularów, telefon, pilot od telewizora i dekodera oraz góra słodyczy, stanowiły dopełnienie luksusu. Od lat tak żyła, coraz mniej chodziła, a nadal była zdrowa jak koń.
Albert nachylił się nad nią i zamarkował pocałunek w policzek.
– Paliłeś – powiedziała z wyrzutem. – Wiesz, jak tego nie lubię. Nabawisz się raka płuc.
– Tylko jednego, mamo.
– Zawsze tak mówisz.
Popatrzył na nią z góry.
– Jeśli mam ci w czymś pomóc, to powiedz, bo jestem zmęczony i chciałbym już się położyć – powiedział.
– Poradzę sobie, skarbie – odpowiedziała. – Chyba dziś tu się prześpię, na sofie.
– Dobrze, mamo.
– Spotkałeś się z Darkiem?
– Tak, mamo.
– I co u niego?
– Wszystko dobrze, mamo. Ciągle pracuje w policji.
– To dobrze, on zawsze był dla mnie miły.
Albert odwrócił się i skierował w stronę schodów.
– A buziak na dobranoc, skarbie? – przypomniała matka.
– Przecież paliłem – zaprotestował niezbyt stanowczo.
– To nic. – Posłała mu szeroki uśmiech. – Mamusia chce pocałować swojego chłopczyka na dobranoc.
Posłusznie się nachylił i poczuł jej wilgotne wargi na swoim policzku. Mimowolnie się wzdrygnął i zaraz wytarł policzek dłonią tak, żeby nie zauważyła.
– Dobranoc, mamo – rzucił i wyszedł.
– Dobranoc, synku!
Przesunął wielkie drzwi do salonu, matka zawsze narzekała, że ciągnie jej zimnem z korytarza, zahaczył o lodówkę, z której wyciągnął puszkę gazowanego napoju, i powlókł się schodami na górę.
Najpierw ubrany tylko w sweter, boso, wyszedł na balkon. Ukrył się przed wiatrem za załomem muru. Palił i popijał napój z puszki. Był podekscytowany rozmową z Darkiem. Miał okazję mu pomóc w poszukiwaniach zaginionej kobiety i przedstawić mu swoją wersję tej historii. Tylko czy aby nie za wcześnie wyciągnął odpowiednie wnioski? Nie, na pewno nie. Miał nadzieję, że przyjaciel wróci jeszcze do tej rozmowy.
Kiedy zmarzł już na tyle, że stracił czucie w stopach, poszedł do łazienki. Zrzucił ubrania i wziął gorący prysznic. Potem stanął nagi przed lustrem i długo patrzył sobie w oczy. Im dłużej przyglądał się swojemu odbiciu, tym bardziej rozmywało mu się przed oczami. Wreszcie przestał widzieć siebie. Teraz była tam twarz kilkuletniego chłopca, który patrzył na niego ze strachem, ale zarazem z wielką ufnością w oczach. To był mały Albert sprzed wielu lat. Takie było jego pierwsze wspomnienie swojego odbicia w tym lustrze.
– Witaj, skarbie – powiedział, starając się naśladować aksamitny głos matki, i uśmiechnął się przy tym jak ona, przekrzywiając nieco głowę.
„Dzień dobry, mamo” – zabrzmiała odpowiedź w jego głowie.
– Pocałowałeś dzisiaj swoją kochaną mamusię na przywitanie?
„Tak, mamo”.
– Mój dobry, kochany chłopiec. – Uśmiechnął się szeroko do swojego odbicia.
Potem usiadł i sięgnął po stare kosmetyki matki. Otworzył fluid i zaczął robić podkład pod makijaż, nanosząc go na twarz starannymi i niespiesznymi ruchami.
Mówił przy tym, a głos chłopca w głowie mu odpowiadał.
– Zawsze będziesz ze swoją mamusią, prawda, skarbie?
„Tak, mamo”.
– To dobrze, bo mamusia sobie sama na tym świecie nie poradzi. Będziesz musiał tu zostać i mi pomagać. Zostaniesz, skarbie?
„Zostanę, mamo”.
Albert sięgnął po puder, po czym starannie nałożył go na twarz. Potem wyciągnął z pudełka cienie do powiek i wybrał fioletowy. Rozprowadzał go na powiekach, zerkając co chwilę na chłopca w lustrze.
– Mamusia potrzebuje pieszczoty, skarbie. Połóż tu swoją rączkę. O tu, na tych czarnych włoskach.
„Dobrze, mamo”.
– O tak, dobrze, mocniej, jeszcze mocniej, kochanie.
„Czy dobrze, mamo?”
– Tak, mój skarbie, bardzo dobrze.
Zaczął oddychać szybciej i wydawać z siebie odgłosy imitujące narastającą rozkosz. Przerwał na moment malowanie oczu, wydał z siebie ostatni jęk rozkoszy i zajął się brwiami i rzęsami.
– Widzisz, kochanie, mamusia nie potrzebuje nikogo innego. Ty mi wystarczysz. Widzę, że ty też chciałbyś być popieszczony, prawda?
„Chciałbym, mamo”.
Wybrał krwistoczerwoną szminkę i pomalował nią usta.
– To chodź tu do mnie ze swoim ptaszkiem. Tak, pokaż, jaki jest duży. To już nie ptaszek, ale prawdziwy ptak. Przysuń się, mamusia zrobi ci dobrze. Lubisz, jak ci tak robię?
„Lubię, mamo”.
– A lubisz, jak ci go liżę?
„Tak, mamo”.
– No to stań tu przy mnie, żebym nie musiała się za mocno schylać. Ummm… jaki smakowity, jaki młody. Ummm…
Wciąż mówiąc do lustra, sięgnął po perukę z długimi czarnymi włosami, nałożył ją na głowę i z uwagą spojrzał w lustro. Teraz wyglądał dokładnie tak jak jego matka z czasów jego dzieciństwa. Był do niej bardzo podobny, wystarczyło odpowiednio nałożyć makijaż. Bolesna erekcja prawie rozsadzała mu penisa. Popatrzył z wściekłością na swoje odbicie.
– Dziewczyny? Nie interesuj się dziewczynami. One są złe, nie widziałeś tego? Jak nie widziałeś, to musi ci to powiedzieć twoja kochana mama. One są złe. Chcą cię tylko skrzywdzić, chcą ci zadać ból, będą chciały cię okraść z pieniędzy w zamian za ten straszny seks! Zapamiętaj, że seks też jest zły. Od niego lęgną się robaki w mózgu.
Stał chwilę zasapany, potem poprawił długie włosy i znowu zaczął mówić:
– To przez ten seks i robaki dzieci wyprowadzają się od swoich rodziców. Zostawiają swoje mamy, które ich kochają, i skazują je na wieczną samotność. Pamiętaj, że one chcą cię tylko skrzywdzić. Wszystko, czego potrzebujesz, zapewni ci twoja kochana mama. Co tylko będziesz chciał, bo ja cię naprawdę kocham i chcę twojego dobra. A ty kochasz mamusię?
„Kocham, mamo”.
– Nie zostawisz mnie samej?
„Nie, mamo”.
– To dobrze, to bardzo dobrze.
Albert zamrugał gwałtownie i obraz chłopca w lustrze zniknął. Został tylko jego wizerunek, a właściwie wizerunek jego matki ze sterczącym penisem. Nienawidził siebie, kiedy mu się to zdarzało. Musiał szybko coś z tym zrobić. Wiedział, co robić w takich przypadkach. Musiał zacząć swój rytuał.
Wyszedł z łazienki i skierował się do pokoju, w którym mieszkał jako dziecko. Teraz przerobił go na swoje królestwo. Zza obrazu wiszącego na ścianie wyciągnął klucz i przekręcił go w zamku. Potem opadł na kolana i dłonie, jak pies, pchnął drzwi i wsunął się do ciemnego wnętrza.
– Witajcie, moje kochane – wyszeptał, czując, jak bolesny wzwód przekształca się w coś przyjemnego i promieniującego ciepłem na całe podbrzusze.
Przesunął się na czworakach o metr i wyszukał leżący na dywanie włącznik światła. Można było naciskać go stopą, lecz on wolał robić to dłonią. Wtedy było o wiele intymniej i czuł się bliżej swoich piękności.
Pokój zalało czerwone światło z kilku punktów na ścianach. Rozejrzał się z szerokim uśmiechem. Były tu wszędzie, leżały nagie na podłodze, na łóżku, siedziały pod ścianami, na krzesłach przy stole. Jego piękności, jego rozpustne muzy, które kochał i zarazem ich nienawidził. Zawsze dziwiła go ta sprzeczność uczuć. Nigdy na nie nie krzyczał. Owszem, był brutalny, ale kiedy już osiągał satysfakcję seksualną, zawsze je przepraszał. Dzisiaj był wyjątkowo poruszony.
Przed nim leżała ta rudowłosa, ona to dopiero nie miała żadnych hamulców, pozwalała mu ze sobą robić wszystko i zawsze prosiła o więcej.
– Cześć, Mari – powiedział i się oblizał.
Pulsowanie w dole brzucha jeszcze się zwiększyło. Ona to miała szczęście, zawsze się kładła zaraz przy drzwiach. Podpełzł do niej, chwycił ją za twarde piersi, a potem jego prawa dłoń ześlizgnęła się po jej chłodnym brzuchu, na gładkie łono. Pochylił się nad nią i jak pies zaczął lizać ją po ustach, nosie i oczach.
– Stęskniłaś się za mną, prawda, mała kurwo? – sapnął jej do ucha. – Wszystkie kobiety są złe. Marzycie tylko, żeby zapanować nad moim umysłem, ale ja jestem za silny, nigdy wam się to nie uda. Tu ja rządzę, wstrętne dziwki.
Podstawił Mari penisa pod samą twarz.
– Chcesz zobaczyć mojego ptaszka? Widzisz, jaki jest duży? To jest już prawdziwy ptak. Lubię, gdy go liżesz. No dalej… – mruknął z rozkoszy na wspomnienie tego, co ustami robiła mu kiedyś matka.
Zanim poszedł dalej, rozejrzał się po ścianach, obwieszonych wstrętnymi obrazkami. Takimi, jak lubił, ale mama mu zawsze zabraniała. Przedstawiały głównie sceny seksu jednej kobiety z więcej niż jednym mężczyzną. Czasem było ich kilku, czasem byli biali, czasem czarni z wielkimi przyrodzeniami. Kobiety miały twarze zaklejone twarzami jego matki. Miał tylko kilka zdjęć mamy z dawnych czasów, kiedy była śliczna, ale to nic. Twarze reszty kobiet zakleił zdjęciami siebie upodobnionego do matki, w pełnym makijażu i w peruce. Trudno było ich rozróżnić.
Na środku ściany wisiało to najważniejsze zdjęcie. Kiedyś je znalazł na dnie szuflady. To było zdjęcie jego matki z plaży naturystów. Pozowała nago, bezwstydnie prezentując swoje wdzięki. Powiększył zdjęcie do naturalnych rozmiarów. W sex shopie kupił sztucznego, czarnego penisa wielkich rozmiarów. Miał chyba ze trzydzieści centymetrów i był gruby jak wąż boa. Zamontował go matce, zakrywając trójkącik włosów łonowych. Z wielkim penisem wyglądała o wiele lepiej.
Tak się podniecił, patrząc na to zdjęcie, że finał przyszedł o wiele za szybko. Upadł na łóżko między inne swoje kobiety i jego ciałem wstrząsnął spazm rozkoszy. Wyjątkowo silny dzisiejszego wieczoru. Aż dwie łzy spłynęły mu po policzkach, rozmazując makijaż. Leżał tak długo, aż wreszcie zawładnęła nim nienawiść. Zerwał się na równe nogi, zeskoczył z łóżka i stanął na środku pokoju.
– Podłe dziwki, znowu mi to zrobiłyście! – krzyknął. – Mama mnie ostrzegała! Głupie kurwy.
Rzucił się na swoje kobiety, podnosił je i rzucał po całym pokoju. O ściany obwieszone sprośnymi obrazkami, o podłogę, jedną nawet rzucił o sufit. Opanował się, kiedy jednemu z manekinów po uderzeniu w ścianę odpadła głowa. Wtedy nagle uszła z niego cała złość i przyszedł wstyd.
– Przepraszam – wyszeptał. – Przepraszam was, wy jesteście dobre, bo jesteście moje.
Podniósł uszkodzonego manekina i wcisnął mu głowę na swoje miejsce.
– Przepraszam cię, Kim – szepnął i pocałował ją z języczkiem w usta.
Nagle się wyprostował.
Przypomniał sobie, czego dowiedział się dzisiaj Darek Pikul od jasnowidza. Istotna była informacja, że policjant jest bardzo blisko zaginionej kobiety. To był strzał w dziesiątkę. Bo jest, tylko nie zdaje sobie z tego sprawy. Nie o to jednak chodziło. Markowski przepowiedział, że kobieta dzisiaj w nocy umrze.
Albert znowu poczuł podniecenie. Wyszedł z pokoju, życząc dobrej nocy swoim muzom, jak lubił je nazywać. Wciąż nago, poszedł korytarzem do schodów. Przy drzwiach do salonu chwilę nasłuchiwał. Usłyszał chrapanie matki. To bardzo dobrze, ona przecież nie może się o niczym dowiedzieć. Zresztą wątpił, żeby zrozumiała, nawet gdyby zobaczyła na własne oczy. Z roku na rok była coraz głupsza.
Z haczyka przy schodach do piwnicy ściągnął solidny klucz do kłódki zabezpieczającej metalową sztabę na drzwiach i zszedł na dół. Przekręcił go i ściągnął zasuwę. Była dobrze naoliwiona i nie wydała z siebie nawet szczęknięcia. Otworzył ciężkie, metalowe drzwi i wszedł do piwnicznego pomieszczenia. Zamknął za sobą drzwi i włączył światło. Było czysto i sterylnie, jak w szpitalu, ściany i sufit zostały wyłożone białymi kafelkami.
Kobieta leżała naga, przywiązana do metalowego stołu na samym środku pomieszczenia. W nozdrza uderzył go ostry zapach moczu.
– Zabrudziłaś się – powiedział z troską.
Podszedł do panelu sterującego i nacisnął zielony guzik. Zaszumiał elektryczny silnik i stół ustawił się w pozycji pionowej. Ciało kobiety zawisło utrzymywane pętami na kostkach u nóg, nadgarstkach i poniżej piersi. Sięgnął po wąż ogrodowy i dokładne ją wypłukał. Woda pomieszana z wydzielinami jej ciała spłynęła rynną do kratki ściekowej w podłodze. Spocił się przy tym. Tu było bardzo gorąco, chyba przesadził z temperaturą, ale nie chciał, żeby zmarzła. Potem ustawił stół znowu w pozycji poziomej.
– Przepraszam cię, Kasiu, nadal nie mam tu ciepłej wody – powiedział.
