Zew - Maćkowski Krzysztof - ebook
NOWOŚĆ

56 osób interesuje się tą książką

Opis

Nowa powieść pomysłodawcy i współautora serialu „Wataha”

Ryszard Wagner, pogranicznik z Nadbużańskiego Oddziału Straży Granicznej, zakłada sobie pętlę na szyję i wywraca taboret, na którym stoi. Tyle metafory – w realu jest jeszcze gorzej.

Biegnąca pokrytym trzaskającymi krami Bugu granica polsko-ukraińsko-białoruska, przysypane śniegiem bagniste lasy Polesia i śmierć Miss Sajgon – „nielegalnej” z Wietnamu - której wyjaśnieniem zainteresowany jest jedynie nasz bohater…

Zew” jest pierwszą książką z planowanego cyklu easternowych powieści kryminalnych Pogranicze, których bohaterem jest oficer Straży Granicznej Ryszard Wagner.

Krzysztof Maćkowski – pisarz, dziennikarz, podróżnik. Napisał między innymi „Raport Badeni” i „Bardzo wielkie pojednanie”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 281

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (8 ocen)
2
3
2
1
0

Popularność




1

Zmrok, porywisty wiatr. Kłujący śnieg sypał coraz intensywniej, przykrywając i tak już ledwie widoczną ścieżkę pomiędzy skutymi lodem bagnami w lesie. Wycie wilków dopełniałoby obrazu.

Dęciaki z Harder Than You Think. Jej długie, hebanowe włosy rozwiewał wiatr, do twarzy przyklejały się płatki śniegu. Była w zwiewnej czerwonej sukience, jakby w lepszy świat chciała wejść w pełnym, przynależnym jej urodzie blasku, a nie chyłkiem, ze strachem przed deportacją, jak reszta czarnych.

Zaraz powabnie kołysząc biodrami, przejdzie po wybiegu, bezczelnie taksując wzrokiem pożądliwie wpatrzonych w nią mężczyzn. Ale to nie Mediolan, tylko błota Polesia, zielona granica na Bugu – za nią rozciągał się cały ten syf, który raz na zawsze chciała zostawić za sobą.

Rozglądała się, przestała już chyba wierzyć, że przewodnik po nią wróci. Biegłem za nim kilka kilometrów, jednak nie udało mi się go dopaść. Był szybki, znał teren, widać nie po raz pierwszy przeprowadzał nielegalnych. Zresztą stara prawda: ten, który ucieka, zawsze ma przewagę.

Podszedłem powoli, nie chciałem jej wystraszyć. Odwróciła się w moją stronę, kiedy byłem na wyciągnięcie ręki. Zapamiętałem jej oczy wpatrzone w wymierzony w nią pistolet.

Nie bała się.

* * *

– Śmierć jest czymś nieuniknionym – powiedziała już potem.

– Czasem tylko nadchodzi zbyt wcześnie. Masz jeszcze na nią czas.

Patrzyła na mnie z ciekawością albo tak mi się tylko wydawało. Zdążyłem już zapomnieć ten typ kobiecego spojrzenia.

– Po co ci był ten pistolet?

No tak.

– Pistolet. Po co? – powtórzyła.

– Dlaczego czerwona sukienka?

Złożyła dłonie, wymierzyła w moją stronę, trzymając mnie na muszce.

– Ty pierwszy – powiedziała.

– Wyglądałaś na niebezpieczną kobietę.

Zaczęła się śmiać. Ja też, choć w tym, co powiedziałem, było sporo racji. Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy.

– Twoja kolej. Sukienka?

Wzruszyła ramionami. Było w tym coś uwodzicielskiego, nawet na pewno. Choć po czasie wcale tak mi się nie wydawało.

– Nikt mi nie powiedział, że będzie śnieg. Poza tym nie była czerwona.

– Nie?

Podała jakiś kolor. Nie wiedziałem, że w ogóle taki istnieje. Nie byłbym w stanie powtórzyć brzmienia tego słowa, nawet gdybym perfekt znał angielski, w którym próbowałem się z nią dogadać. W przeciwieństwie do mnie świetnie go opanowała. Mówiła z pięknym akcentem, jakby wychowała się w Anglii.

– Nie rozróżniasz kolorów? – spytała, widząc moją zdziwioną minę.

– Nie, dlaczego? – odpowiedziałem. – Podstawowe, jak każdy facet – dodałem tytułem wytłumaczenia.

Na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Przekrzywiła głowę, patrząc na mnie z ciekawością.

– Czyli nie rozróżniasz – stwierdziła.

– Mylisz się.

– Nie rozróżniasz... – zaczęła droczyć się ze mną jak małe dziecko.

– A właśnie, że tak!

– A nie!

Chwyciłem ją za nadgarstki i przyciągnąłem. Nasze usta znalazły się niebezpiecznie blisko siebie.

* * *

Tak naprawdę nie było żadnej czerwonej sukienki. Dziewczyna miała na sobie długą, puchową kurtkę w tym kolorze, którego być może w ogóle nie ma, spodnie i sweter. A pistolet w nią skierowany był moją wyciągniętą dłonią.

Woleliśmy jednak, czy może bardziej ja wolałem, trzymać się tej wyobrażonej wersji, niewymuszającej trudnych pytań i bardziej pasującej do sytuacji, w której się znaleźliśmy.

Prawda nie zawsze pomaga w życiu, czasami lepiej ją od siebie odsunąć. Choć, niestety, zwykle wraca.

I wali w łeb obuchem.

* * *

Wtedy, w lesie, dziewczyna nie bała się, bo wiedziała, że ją uratowałem. Przynajmniej na daną chwilę.

Dziewięć na dziesięć – tyle stawiałem, że nie zniknie, kiedy pobiegłem za przewodnikiem. Mogła uciec, gdyby miała docelowy adres kogoś, kto by jej pomógł. Tylko czym by się tam dostała? Autobusy już nie jeździły, zresztą u nas czarny z definicji był nielegalny. Zawsze ktoś poczułby się w obowiązku powiadomić nas o fakcie. Z tego samego powodu autostop też nie wchodził w rachubę, zwłaszcza że podwożący mógłby zażądać zapłaty – w naturze.

Mogła jeszcze wrócić do swojego „chłopaka”, ale ten zniknął gdzieś w bagnistym lesie i raczej nie zamierzał się odnaleźć.

– Gdzie reszta czarnych? – zapytałem.

– Czarnych?

– Imigrantów. Nielegalnych.

Spojrzała pytająco.

– Nielegalnie przekroczyłaś granicę. Na czarno. – Zachciało mi się tłumaczyć. – Rozumiesz?

Przytaknęła.

Tam gdzie staliśmy, nie było żadnych innych śladów, musiał zasypać je śnieg. Pozostali czarni pewnie doszli już do miejsca, gdzie stał umówiony wozak. Siedzieli w busie i czekali na nią, by potem pojechać w stronę Warszawy i dalej – Berlina czy Paryża. Do kogoś z rodziny, wioski czy klanu, tam gdzie była praca, za którą mieli wyżywić siebie i tych, którzy złożyli się na ich wyjazd.

– Gdzie są? – powtórzyłem.

– Nikogo innego nie było.

– Powiedz mi prawdę.

– Nie kłamię.

Tego dnia żaden z informatorów nie dał nam znać o przerzucie nielegalnych, a prognozy meteorologiczne zapowiadały załamanie pogody.

Patrol na zielonej tylko odfajkowaliśmy, nawet dosłownie: staliśmy nad skutym lodem brzegu Bugu i wpatrywaliśmy się w jego powolny nurt, widoczny gdzieniegdzie pomiędzy krami.

Szewczenko odpalał jednego papierosa za drugim, potrafił wypalić trzy paczki dziennie – aż dziw, że dożył już sześćdziesiątki.

– Może, Wagner, jednak przyjdziesz dziś do nas? – konsekwentnie od tygodnia ponawiał propozycję.

Z równą konsekwencją odmawiałem. Odkąd odeszła Olga, unikałem jakichkolwiek spotkań w „rodzinnym” gronie.

– Jakbyś jednak zmienił zdanie...

– Wiem. Dziękuję.

Po służbie zdałem sprzęt, zostałem w mundurze, nie chciało mi się przebierać, pożegnałem się z dyżurującymi chłopakami: spokojnej służby, zdrowych!

Wsiadłem w samochód. Czteroletnim oplem corsa – jak na pogranicznika miałem niezłą furę, kupiłem ją kilka lat wcześniej za kasę ze sprzedaży mieszkania w Krakowie – ruszyłem osiemsetszesnastką w kierunku Włodawy, zaraz odbijając w las, w biegnącą przez Sobibór drogę do domu. Chciałem jak najszybciej do niego dotrzeć, zaszyć się, choć na chwilę zapomnieć o świecie.

I wtedy ich zobaczyłem. W lesie jakieś sto, sto pięćdziesiąt metrów od drogi. Ona próbowała mu się wyrwać, upadła, on pochylił się, zaczął nią szarpać.

Gwałtownie nacisnąłem hamulec, nie biorąc poprawki na zlodowaciałą jezdnię. Samochód wpadł w poślizg, zdołałem jednak zatrzymać się na poboczu, przednie koła utknęły w zaspie.

Zacząłem biec w ich stronę. Przewodnik, kiedy tylko mnie zobaczył, wiedział, że musi ją zostawić, razem nie mieli szans ucieczki. Nie mógł biec też za resztą grupy, którą przeprowadzał – spaliłby wszystkich.

Mogłem dopaść go albo szukać reszty czarnych. Nie zastanawiałem się długo. Wcale. Wybór był prosty – zew. Choć resortowa „pani psycholożka”, jak ją nazywaliśmy, określiłaby to skłonnością do ryzykownych zachowań.

Podczas pogoni wpadłem w wyrwę w ziemi, trzasnął lód, chlupnęła woda, potknąłem się i upadłem. Przewodnik zniknął w lesie. Bez przekonania próbowałem zadzwonić do strażnicy z komórki, wezwać chłopaków do obstawienia terenu – telefon tradycyjnie jednak nie łapał zasięgu.

Wracając po dziewczynę, pomyślałem, że przewodnik został z nią w tyle nie dlatego, że opóźniała marsz. Jakby tak było, zostawiłby ją, jak każdego innego, każde słabe ogniwo. Starców, kobiety. I dzieci. Porzucone, bo szły za wolno, płakały, chciały odpocząć. Narażały grupę na to, że zostanie zatrzymana przez takich jak ja. I te tysiące kilometrów na nic.

Ale ona była silna, do tego młoda i ładna – prawdziwe przekleństwo. Przewodnik pewnie kazał jej się zatrzymać, powiedział, że zaraz dogonią resztę, tylko mu szybko podziękuje za to, co dla niej robi. Nie on pierwszy, któremu seks skomplikował życie.

To myślenie trzymałoby się kupy, gdyby nie jedna rzecz: przejmujący wiatr, kłujący śnieg, coraz większy mróz. Odpuściłby nawet największy napaleniec.

* * *

Śnieg sypał coraz mocniej, mróz przenikał do szpiku. Gestem pokazałem, żeby szła za mną do samochodu. Wyciągnąłem z bagażnika saperkę, odkopałem koła, które ugrzęzły na poboczu.

– Co ze mną będzie? – zapytała już w środku.

– Skąd jesteś?

– Z Ho Chi Minh. Sajgon.

Więc, moja droga, pomyślałem, masz pecha, że o tamtej waszej wojnie już tylko kręcą filmy. Gdyby was teraz najechano, dostałabyś u nas azyl albo przynajmniej kartę stałego pobytu, jak niegdyś wszyscy czarni z Czeczeni. Ci, którzy uciekali z rozjechanych przez ruskie czołgi wiosek i spalonego Groznego, jak i ci, którzy byli zwykłymi, z całym szacunkiem dla ich bogu ducha winnych matek, skurwysynami. Wykorzystującymi wojnę do zarabiania na broni, narkotykach czy handlu ludźmi.

Im wszystkim kiedyś się udało, mieli szczęście. Ty go nie masz. U nas nikogo nie obchodzi brak perspektyw dla takich jak ty, mamy własne problemy. Wracaj do siebie, zawsze znajdziesz jakąś robotę, choćby na ulicy. W końcu jesteś piękną kobietą. Prawdziwą Miss Sajgon.

Nie powiedziałem jej tego, zapytałem tylko, ile ma lat. Sam nie wiem po co, doskonale na tym etapie konwersacji mogłem spytać, czy podoba jej się w Polsce.

– Dwadzieścia jeden – odpowiedziała Miss Sajgon, jak zacząłem ją nazywać w myślach.

Nie wyglądała na tyle, Azjatki zawsze wydają się młodsze. To ich przewaga nad białymi kobietami, jakiś rodzaj sprawiedliwości za to, że na dzień dobry mają pod górkę.

– Pokaż mi swój paszport.

– Nie mam – odpowiedziała, nie odwracając głowy w moją stronę. Jak w transie wpatrywała się w przyklejające się do szyby samochodu płatki śniegu.

– A jakiś inny dokument?

– Nic nie mam. – Na dowód prawdomówności podała mi swój plecaczek.

Nie zaglądnąłem do niego, bardzo prawdopodobne, że nie miała żadnych dokumentów potwierdzających tożsamość. Zresztą i tak za chwilę miałem zamiar sprawdzić to na strażnicy.

– Kto ma twoje papiery?

– Przecież wiesz. Ten, którego goniłeś.

Zatrzymałem na chwilę samochód przy wyjeździe z lasu na osiemsetdwunastkę, obok czteroramiennego turystycznego drogowskazu, na którym jakiś dowcipniś wyrył napisy: góra – niebo, dół – piekło, prawa strona (kierunek strażnica) – stresy, lewa strona (kierunek knajpa) – piwko.

Zastanawiałem się, co dalej. Sprawa wydawała się oczywista: odstawiam dziewczynę, załatwiam kwitologię, potem chłopaki, którzy są na służbie, dalej radzą sobie sami. A ja wracam do swojej samotni.

Nie lubiłem jednak oczywistości – to było moje przekleństwo. I urok – tak z kolei twierdziły wszystkie kobiety mojego życia. Przynajmniej w pierwszym okresie związków.

– Co tam jest napisane? – zapytała Miss Sajgon, wyrywając mnie z zamyślenia.

Przetłumaczyłem jej.

– Wychodzi na to, że na co dzień wybierasz stresy – stwierdziła.

– Taka prawda – odpowiedziałem. Choć nie, lubiłem swoją robotę.

Chwilę siedzieliśmy jeszcze w milczeniu.

– Co teraz? – ponownie zapytała o swoją przyszłość.

Wskazałem w prawo.

– Noc spędzisz w celi dla czarnych. Potem czeka cię wycieczka do Białej Podlaskiej do strzeżonego ośrodka dla takich jak ty, a na koniec wrócisz tam, skąd do nas przyszłaś – na Ukrainę.

I będziesz ich problemem.

Nie zareagowała. Żadnego: proszę, nie, tylko nie to! Błagania o litość, najmniejszego gestu rozpaczy oszukanej przez świat kobiety, pokonującej tysiące kilometrów w poszukiwaniu lepszego życia. Tylko coś na kształt grymasu irytacji, jak dziecko, któremu mówimy, że koniec zabawy, czas iść spać.

– Chcesz wracać tam, skąd przyjechałaś?

– A jest jakieś inne wyjście?

– Może jest.

Popatrzyła na mnie z niedowierzaniem. Nasz wzrok się spotkał. W samochodzie było zbyt ciemno, żebym mógł rozpoznać kolor jej oczów.

– Powiesz mi, co robiłaś w lesie?

Odwróciła wzrok, powoli, z rozmysłem, przecząco pokręciła głową.

– Nie mogę.

– Może będę mógł ci jakoś pomóc. Ale muszę wiedzieć... Powinienem znać prawdę.

Milczała.

– Po jaką cholerę łaziliście w taką pogodę?

– Spacer. Poszliśmy na spacer.

– A twój chłopak nagle sobie uciekł?

– Widocznie nie kochał mnie tak bardzo, jak mówił.

Tak, niczego więcej nie oczekiwałem, tylko prób wisielczego humoru!

– To chyba za bardzo się nie dogadamy – stwierdziłem.

– Przykro mi.

Dlaczego dziewczyna nie chciała mi nic powiedzieć? Czego się obawiała?

– Mogę ci pomóc. – Nie była to do końca prawda. W zasadzie jedyne, co mogłem zrobić, to odstawić ją na strażnicę, załatwić formalności i pożegnać się z nią. – Przynajmniej spróbować – doprecyzowałem.

– Niby jak?

– Musisz mi najpierw wszystko powiedzieć.

– Mówiłam już.

Spojrzałem na nią: wilgotne od śniegu, opadające na twarz hebanowe włosy, uciekający wzrok.

– Jestem zmęczona – powiedziała.

Nagle jakby straciła całą resztkę energii. Zapadła się w sobie, siedziała skulona, zrezygnowana. Teraz chyba dopiero zaczęła się bać. Była sama, w obcym kraju, coraz bardziej zasypywanym śniegiem, z facetem, którego – powiedzmy wprost – poznała chwilę wcześniej i który miał zadecydować o jej losie.

Drżała z zimna. I strachu.

Wrzuciłem bieg, skręciłem w prawo. Po kilku minutach podjechałem pod zamkniętą o tej porze bramę wjazdową na teren strażnicy. Dyżurujące chłopaki powinni dostrzec mnie na monitoringu i wpuścić.

– Dostaniesz coś do zjedzenia, pościel...

Nie słuchała mnie. Znów wpatrywała się w przyklejające się do szyby płatki śniegu.

– ...a potem...

– Niech to wszystko już się skończy – powiedziała z rezygnacją w głosie. Odwróciła głowę w moją stronę. Po jej policzkach leciały łzy. Choć może był to tylko roztopiony śnieg.

– Zaprowadź mnie tam do was. I wracaj do swojego domu. – Znów żadnego użalania się nad sobą, błagania, prośby, tylko chłodna, smutna rezygnacja.

Wyciągnąłem telefon, żeby zadzwonić do chłopaków – najwidoczniej żaden z nich nie siedział przed monitoringiem.

– A ty masz dokąd wracać? – spytałem, zanim wybrałem numer.

– W jakim sensie?

– Masz tu u nas kogoś? Miejsce, gdzie miałaś trafić do pracy? Albo jakąś rodzinę, znajomych, którzy tu wcześniej przyjechali? Kogoś, kto by się tobą zajął?

Znów popatrzyła mi prosto w oczy.

– Nie mam.

I znów smutna rezygnacja. Strach. I te wilgotne od śniegu, opadające na twarz hebanowe włosy.

Wtedy zrobiłem coś, czego nigdy nie powinienem zrobić. Dęciaki z Harder Than You Think Public Enemy znów zaczęły mi grać w tyle głowy. A ja założyłem sobie pętlę na szyję i odepchnąłem taboret, na który stałem.

Zaproponowałem Miss Sajgon, żeby ten wieczór spędziła ze mną. W moim domu.

W końcu była Wigilia.

2

Od czasu Schengen nasza wschodnia granica stała się ostatnim bastionem chroniącym Europę przed zalewem nielegalnych. Przedmurzem chrześcijaństwa, jak cześć chłopaków lubiła powtarzać przy wódce. Niektórzy nawet na poważnie.

Kto pokonał granicę i nie dał się złapać, był już w unijnym raju. Dlatego z Brukseli zaczął spływać do nas najnowocześniejszy sprzęt: noktowizory, land rovery, quady, skutery śnieżne, samochodowe mobilne jednostki z systemem radarów i kamer, roboty pirotechniczne, osobiste sygnalizatory promieniowania neutronowego. Postawiono też wieże obserwacyjne i co tam jeszcze się dało. Wszystko do wykrywania i wyłapywania tych, którym zachciało się zmienić swoje życie, a mieli tego pecha, że urodzili się w niewłaściwym miejscu na ziemi.

Szczęściem czarnych, że u nas większość tego sprzętu można było rozbić o kant dupy. Nielegalny pojawiał się w noktowizorze, a za kilka metrów ginął w gęstwinie drzew, za wyrwą, na mokradłach. Czarnych nie goniło się po lasach i bagnach samochodem – nie było jak przejechać. Quad też nie wszędzie dawał radę.

To nie otwarte morze, z którego nielegalni z Afryki stłoczeni na kutrach próbowali dostać się na Lampedusę czy inną Pantellerię. Włoska Straż Graniczna obserwowała taki rejs na radarze, zdejmując ich, kiedy dopływali do brzegu. Albo czekała, aż zatoną: wtedy problem rozwiązywał się sam.

Wędrówka ludów sprzed kilku lat dla całej Europy była pożywką dla wszystkich: od rządzących poprzez tak zwanego – jak z lubością powtarzali politycy – zwykłego obywatela.

Nagle milion z okładem czarnych weszło do Unii. Dla jednych horda barbarzyńców, muzułmańscy fundamentaliści, dla innych – uciekający przed śmiercią, nękani wojnami uchodźcy. Młode byczki i biedne kobiety z głodnymi dziećmi. Najnowsze ajfony mieszały się w tych narracjach z dobytkiem upchniętym w jedną siatkę, tyfus z chrześcijańskim współczuciem, wzbogacenie kulturowe ze strachem przed obcymi, zamykane granice z kwiatami, którymi witano przybyszów. Od skrajności w skrajność, opcja wyłącznie dwubiegunowa, jak w czasach rewolucji: kto nie jest z nami, ten przeciwko nam.

Ale to było w starej Europie. Nasza funkcjonowała na innych zasadach. Szlaki przerzutów ludzi ze środkowej i południowo-wschodniej Azji krzyżowały się zwykle w Rosji. Stamtąd czarni przewożeni byli na Białoruś albo Ukrainę. Tamtejsi pogranicznicy, rozumiejący potrzebę migracji, kasowali, ile trzeba w twardej walucie, i międzynarodowa wycieczka jechała dalej – do Polski.

Schody zaczynały się na naszej granicy, tam na nielegalnych czekaliśmy my – pogranicznicy.

Ale, kto nie ryzykuje, nie pije szampana. I nie je karpia po żydowsku.

– Spróbuj.

Miss Sajgon skrzywiła się z udawanym niesmakiem.

– No jedz.

– Co to jest?

– Karp po żydowsku. – Dokładnie powiedziałem, że „żydowska ryba”, nie wiedziałem jak jest „karp” po angielsku.

– Po żydowsku, czyli w galarecie. – Znów zachciało mi się tłumaczyć.

– Galarecie?

Nie potrafiłbym odpowiedzieć, co mnie wzięło na tego karpia. Który facet siedzi pół dnia w kuchni, żeby zrobić coś, co i tak jest zbyt słodkie, żeby sam to zjadł? Do tego, jeśli nie ma z kim się tym podzielić.

– Ty to zrobiłeś?

Uśmiechnąłem się.

– Smakuje?

Nie odpowiedziała. Z uznaniem tylko przytaknęła, jadła w milczeniu, powoli przeżuwając każdy kęs.

– Smaczne – powiedziała.

Spojrzała na mnie: miała piękne, zielone oczy. Choć może tak mi się tylko wydawało, nie byłem zbyt mocny z kolorów.

* * *

W plecaczku Miss Sajgon – sprawdziłem przed kolacją, kiedy poszła wziąć prysznic – znalazłem szczotkę do włosów, kredkę do ust, coś do malowania oczów, krem do twarzy i osobny do rąk. Same niezbędne rzeczy na zimową wyprawę w bagnisty las.

Co prawda, czarni przechodzą przez zieloną tylko z podręcznym bagażem, ale nie aż takim. Ten większy przewożony jest normalnie samochodem z Ukrainy przez granicę w Dorohusku. A potem gdzieś po drodze przekazywany wozakowi zgarniającemu nielegalnych, którym udało się pokonać Bug.

Zabiera się im też paszporty, żeby przez przypadek po przejściu granicy nie przyszło im do głowy zmyć się, zanim cała należność za przemyt nie zostanie uregulowana.

W wewnętrznej kieszeni kurtki Miss Sajgon miała jeszcze pięćdziesiąt euro, w dziesiątkach. Zwykle nielegalni nigdy nie mają przy sobie dużo kasy. Raz – że na pewno w trakcie przerzutu kolejni pośrednicy-przewodnicy ukradliby im wszystkie pieniądze. Dwa – przemyt ludzi organizowany jest w systemie płatności ratalnej. Pierwszą z nich uiszczało się w miejscu wyjazdu, po drodze do „tour operatora” wpływają kolejne transze. Kiedy rodzina otrzymuje pozdrowienia znad Wisły, Szprewy czy Sekwany, przekazuje przemytniczej mafii ostatnią ratę.

Jak podczas każdej podróży, czy to wykupionej w biurze turystycznym, czy u mafii przemytniczej, korzysta się z usług miejscowych przewodników. Z tym, że ci pierwsi oprowadzają po zabytkach i gęby im się nie zamykają, drudzy po zielonych granicach i są raczej małomówni. Jedni i drudzy dostają pieniądze za wykonanie zadania. Zawaliłeś coś, masz mniej kasy. Proste. I jakby na to nie patrzeć, wymagające poważnego potraktowania swoich obowiązków.

Zdawałem już sobie jednak sprawę, że mówiąc o innych nielegalnych, tam w lesie, Miss Sajgon nie kłamała. Nie przeprowadza się czarnych w zimie przy takiej pogodzie. Żaden przewodnik nie jest tak zdesperowany. Ani tak głupi. W drugą stronę, na Ukrainę czy na Białoruś, też się raczej nie wybierała.

Co w takim razie dziewczyna robiła w bagnistym lesie w środku zimy? I dlaczego nie chciała mi nic powiedzieć?

Zadałem sobie to pytania po raz enty i enty, wreszcie uznałem, że wystarczy. W końcu, wiedziałem to aż za dobrze, roboty nie należy zabierać ze sobą do domu.

* * *

Miss Sajgon siedziała na kanapie, podkurczając nogi. Miała na sobie spodnie dresowe i bawełnianą bluzę, które zostały po Oldze.

Rok temu, przed świętami, Olga poinformowała mnie, że odchodzi. Mówiła, że mnie kocha i tak dalej, sama nie wie, czy dobrze robi, ale nie może tak dłużej, tutaj to nie jest jej życie, potrzebuje czegoś nowego. Podjęła decyzję i tyle, nie chciała nawet o tym ze mną rozmawiać. Jakby była szefem firmy, którą przez pomyłkę nazywałem związkiem, i właśnie rozwiązała ze mną umowę o pracę. Byliśmy ze sobą trzydzieści trzy miesiące; nie, żebym doszukiwał się w tym jakiejś symboliki, choć kusiło.

Potem Olga wyjechała do Warszawy, gdzie wcześniej znalazła sobie robotę w korpo czy startupie – miała ją zacząć od nowego roku. O tym, że szuka nowej pracy, nie raczyła mnie poinformować.

Nie wyrzuciłem jej ubrań, których przez nieuwagę nie zabrała ze sobą, w sumie nawet nie wiem dlaczego. Nie chciało mi się.

– Sajgon. Opowiedz mi o nim – poprosiłem.

Jedyne moje wyobrażenie o obecnym Ho Chi Minh związane było z filmami. Wojennymi.

– Jest piękny.

– Mam rezerwować bilet?

– Piękny na swój sposób.

– Co przez to rozumiesz?

– Pojedziesz kiedyś, to sam się przekonasz.

– Zabierzesz mnie?

Zamyśliła się, jej wzrok, podobnie jak kilka godzin wcześniej w samochodzie, kiedy wpatrywała się w przyklejające się do szyby płatki śniegu, utknął gdzieś w niebycie.

– Zabytki? Ciekawa architektura? Superjedzenie? – starałem się kontynuować rozmowę.

Odwróciła się w moją stronę, na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu.

– Też. Ktoś ciekawy świata na pewno odnajdzie tam to, czego szuka.

Zabrzmiało jak z U2, z tym że w tamtym kawałku Bono still haven’t found.

– Dawno stamtąd wyjechałaś?

– Miesiąc temu – powiedziała to tak, jakby minęła cała epoka. I pewnie, zważywszy na to, co przeżyła przez ten czas, tak było.

– Dlaczego się zdecydowałaś?

Pytanie bardziej z wprawek językowych dla uczących się angielskiego i z gruntu niezbyt mądre, bo raczej nie z powodu chęci zwiedzania świata. Chciałem jednak oswoić sytuację, sprawić, by poczuła się bezpiecznie – cały czas, pomimo pewnej konwencji luzu, a może właśnie dlatego, rozmów o czerwonej sukience, pistolecie, small talku o Sajgonie, wydawała się wystraszona i spięta.

Fakt, siedziała w domu na uboczu, gdzieś na skraju lasu – najbliższych sąsiadów miałem z kilometr od siebie. Bardziej przypominało to samotnię, niż miejsce do normalnego zamieszkania, ale takim w założeniu miało być.

Mieliśmy z Olgą kupić tę starą, drewnianą chałupę na weekendowe wypady z Chełma. I choć ostatecznie zmienił się status naszego związku, dom kupiłem.

Po raz drugi w ciągu ostatnich kilku lat zdecydowałem się na przeprowadzkę, a co za tym idzie – zmianę życia. Choć może bardziej była to moja kolejna ucieczka.

Miss Sajgon sięgnęła po narzutę, okryła się nią.

– Dobrze się czujesz? Masz gorączkę?

– Nie, wszystko w porządku.

Podkurczyła nogi jeszcze bardziej, w zasadzie zwijając się w kłębek.

– Tęsknisz za Sajgonem? – zapytałem po chwili milczenia, które wydało mi się kłopotliwe.

– Nie.

– Nie?

– Nie za takim, z jakiego pochodziłam. Z tak zwanej przez was egzotyki.

„Doświadcz kontrastu pomiędzy tętniącym życiem nowoczesnym miastem a ubogim życiem mieszkańców dzielnicy slumsów i tego, jak zarabiają na życie” – gdzieś czytałem o nowej modzie „turystycznej”, zwiedzaniu slumsów Rio, Kairu, pewnie też Sajgonu.

– Tam gdzie dla was się ona zaczyna, dla nas często jest to granica świata, którego nijak nie da się przekroczyć. – I znów, nie było w jej głosie użalania się nad sobą, tonu pretensji na niesprawiedliwość egzystencji, tylko chłodne stwierdzenie faktu. Z którym niekoniecznie się godziła – inaczej nie ruszyłaby w świat.

– A do Sajgonu przyjeżdża dużo osób od was. – Zmieniła temat.

– Z Polski?

– Europy.

No tak, należałem jeszcze do pokolenia, które nie czuło się pełnoprawnymi Europejczykami. Tak miała generacja dekadę młodszych, która w dzieciństwo weszła w czasach, kiedy w sklepach można było kupić wszystko to, co na Zachodzie, w podstawówkach uczyła się angielskiego, a kiedy stała się pełnoletnia, zlikwidowano jej granice, a w telefonach zainstalowano booking, google maps i jeszcze spotify, żeby miała co słuchać po drodze, jeśli oczywiście zachciałoby się jej gdzieś wyruszyć tanimi liniami.

– Przyjeżdżają też w czasie tych waszych świąt. Holly Christmas – doprecyzowała Miss Sajgon.

– Zapewne nie po to, by w gronie swoich rodzin spożywać wigilijną wieczerzę... – Użyłem określenia „kolacja”, nie wiem nawet czy istnieje angielski odpowiednik naszej „wieczerzy”. – I cieszyć się z nadejścia Pana.

Nie zaśmiała się, żaden nawet grymas uśmiechu nie pojawił się na jej twarzy.

– Przepraszam, to nie było właściwe. – To, że Azja Południowo-Wschodnia stała się burdelem Europy, Ameryki Północnej i Australii, na pewno nie było tematem, który chciałaby poruszać.

– Zmyję naczynia – powiedziała, wstając z kanapy.

– Ja to później zrobię, siedź. Jesteś gościem.

– Ty przygotowałeś jedzenie, ja pozmywam. – powiedziała i zniknęła w kuchni.

Chwilę później poszedłem za nią. Stała skupiona nad zlewem, opadające kosmyki włosów co raz zasłaniały jej twarz. Odrzucała je ruchem szyi, te jednak konsekwentnie postanawiały utrudniać jej skoncentrowanie się na myciu talerzy i kubków.

– Nie masz czegoś, czym mogłabym je spiąć? – Wreszcie mnie zauważyła.

Miałem, oczywiście, po Oldze. Przyniosłem spinkę z łazienki.

– Nie przeszkadzaj sobie.

Stanąłem za nią, delikatnie zagarnąłem jej włosy i spiąłem tuż nad karkiem.

Nagle przestała zmywać – zastygła. Woda cały czas lała się do zlewu, rozpryskujące się krople uderzały o jego brzegi.

– Wszystko w porządku? – spytałem.

Nie odpowiedziała, dalej stała znieruchomiała. Odsunąłem się od niej.

– Zrobię może herbatę? Masz ochotę?

– Chętnie – odpowiedziała i wróciła do mycia talerzy i kubków.

Kwadrans później siedzieliśmy na kanapie, dopijając herbatę. Miss Sajgon wyciągnęła z plecaczka szczotkę, zaczęła rozczesywać hebanowe włosy, powoli, z namaszczeniem, jakby do końca wieczoru chciała się tym zajmować.

– Twoi rodzice zostali w Sajgonie?

– Tak.

– Masz rodzeństwo?

– Siostrę. A ty?

– Brata. Miałem.

Spojrzała mi prosto w oczy. Pierwszy odwróciłem wzrok.

– Wiedzą, że dotarłaś do Polski? – spytałem.

– Musimy teraz o tym rozmawiać? Naprawdę cię to interesuje?

Interesowało mnie – zaczynało do mnie docierać, co zrobiłem. Musiałem zastanowić się też, co dalej. Wcześniej czy później będę musiał podjąć decyzję, co zrobić z Miss Sajgon.

Dobra, jest Wigilia, na poważne pytania, Wagner, przyjdzie jeszcze czas. – Nie po raz pierwszy ostatnimi czasy złapałem się na tym, że w myślach mówię do siebie po nazwisku.

– OK. – Wykonałem bliżej nieokreślony pojednawczy gest ręką. – Powiedz mi tylko jedno: twój ojciec jest dużo starszy od mnie?

Na chwilę przestała czesać włosy i zaczęła przypatrywać mi się z udawaną powagą.

– Wygląda na młodszego.

– To musiał bardzo wcześniej zaczynać.

– Tak, był jeszcze chłopcem. O takim. – Uniosła dłoń nad podłogę na wysokość blatu stołu.

Przez moment na jej twarzy pojawił się uśmiech. Potem ponownie skoncentrowała się na rozczesywaniu włosów.

Spojrzałem na zegarek, godzina do północy. Miss Sajgon cały czas, jak w hipnozie, czesała włosy. Przysiągłbym, że cisza była tak dojmująca, że niemal słyszałem dudnienie jej serca.

– Kiedy to zrobimy? – spytała nagle, nie spoglądając na mnie.

– Zrobimy co?

– Seks. Chcesz mieć ze mną seks. Prawda?

Nasz wzrok ponownie się spotkał, tym razem na dłużej: melancholijne, zrezygnowane, zielone oczy pozbawione nadziei.

– Tak – odpowiedziałem.

3

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22

Copyright © Oficynka & Krzysztof Maćkowski, Gdańsk 2021

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Oficynki.

Wydanie pierwsze w języku polskim, Gdańsk 2021

Redakcja: Anna Marzec

Korekta: zespół

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Zdjęcia na okładce: © Girts Ragelis/shutterstock.com

Samui/shutterstock.com

ISBN 978-83-66899-88-9

www.oficynka.pl

email: [email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek