7,99 zł
„Zbrodniarz", perełka literatury kryminalnej to prawdopodobnie pierwsza polska powieść kryminalna, a jej wydanie w roku 1896 autor przypłacił życiem. W. Grajnert nie godząc się z krytycznymi opiniami na temat swej pracy poszedł wyjaśnić sobie z jednym z dziennikarzy krytyczną recenzję, tamten zaś podczas szamotaniny postrzelił śmiertelnie Grajnerta w brzuch.
Kryminał pokazuje Warszawę końca XIX wieku. Nocami snują się bezdomni. Przeganiani przez policję szukają miejsca, w którym można by zatrzymać się.Wojciech Gondawa - zubożały szlachcic, nie może darować sobie żoninej zdrady i zostawienia go dla innego. Trafił na ulicę gdy stracił pracę – żona wyrzuciła go z domu i związała się z jego byłym pracodawcą. Zdesperowany Gondawa układa plan zemsty. Przypadkiem spotyka Rudego Janka, czyli Johana Bilnera, pół Polaka pół Niemca, który również ma pewien niezwykły plan. I też będzie potrzebował wspólnika. Panowie szybko dochodzą do porozumienia... Ksiązka bezcenna dla wszystkich varsavianistów no i oczywiście miłośników kryminałów.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 95
Wladyslaw Grajnert
SAGA Egmont
Zbrodniarz. Romans z życia warszawskiego
Copyright © 1896, 2018 Władysław Grajnert i SAGA
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788711662281
1. Wydanie w formie e-booka, 2018
Format: EPUB 2.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA oraz autora.
SAGA Books, spółka wydawnictwa Egmont
O czwartej nad ranem otwarto dworzec Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej dla podróżników, którzy w stronę granicy udawać się mieli o piątej z minutami pociągiem osobowym nr 103.
Było to wczesną jesienią, więc na dworze szarzeć poczynało.
Za stróżem, który pootwierał drzwi od ulicy, wsunęła się do obszernej sali klasy trzeciej gromadka biednie odzianych ludzi. Byli to mężczyźni, podobni raczej do chorych wypuszczonych tylko co ze szpitala, aniżeli do tych, którzy wracają ze świeżego powietrza. Twarze ich ściągnięte i brudnożółte od niewyspania i kurzu, ubrania świecące i powycierane, spodnie pogniecione, a obuwie u wszystkich powykrzywiane i pokoślawione, z łatami z boku i na wierzchu – świadczyły najwymowniej, że od tych ludzi dalekie jest szczęście światowe, że pieniądz ich kieszeni, podobnie jak humor i wesołość ich twarzy – rzadko kiedy się trzyma.
Weszli krokiem niepewnym, z uginającymi się od biedy pod wynędzniałym korpusem każdego kolanami i rzucając trwożliwe spojrzenia dookoła siebie i na siebie, zdawali się pytać:
– Azali pewni jesteśmy naszego, azali nie wypędzą nas stąd, poznawszy po minach, że nie jedziemy, zapewne, najbliższym pociągiem, tylkośmy tutaj, bezdomni, przyszli choć na parę chwil wytchnąć pod dachem i głowy oprzeć na poręczy ławki, bo z bólu chcą spaść nam z karku.
I rzeczywiście, byli to bezdomni.
Dzień ósmy września (jak dla wielu dzień ten każdego miesiąca – jako ostateczny termin zapłaty komornego) stał się dla nich jednym z nieprzyjemniejszych. Wypędzono ich z mieszkania, bo już trzeci miesiąc nie płacili za nie wcale. Pozastawiali się do ostatniej koszuli, aby mieć czym nakarmić siebie, żony i drobne dzieci.
Powszechną litość, nawet wśród towarzyszy zbratanych z nędzą i nieczułych na nędzę, wzbudzał w gromadce młody, bo zaledwie trzydziestoparoletni mężczyzna, z obwiązaną bandażem ręką, którą nosił na temblaku.
Pracował on w żegludze parowej na Wiśle jako kontroler na statku parowym; zbliżywszy się raz za blisko do maszyny, został wciągnięty przez tryby, które zmiażdżyły mu wszystkie pięć palców wraz z dłonią. Stracił posadę, a ręka ciągle mu się gnoi, zagoić nie chce i przeszkadza w wynalezieniu miejsca drugiego, o które najzdrowszemu nawet człowiekowi jest bardzo trudno w Warszawie.
Ostatnie, ale to literalnie ostatnie pieniądze dał wczoraj żonie i córeczce na nocleg w przytułku na Rybakach, a sam błądził po Warszawie, czekając ranka.
W Alejach Ujazdowskich, Jerozolimskich, na skwerku przy kościele ewangelickim próbował spoczynku na ławce, ale go zewsząd stróże nocni pędzili, bo spanie w miejscach publicznych jest niedozwolone.
I błądził oto z ulicy na ulicę, aż na rogu Alej Jerozolimskich, w pobliżu skweru, przy gmachu Izby Obrachunkowej, na murawie napotkał leżących czterech biedaków, z których jeden zagadnął go:
– Zdaje się, że pan nie masz mieszkania? Widać to po twojej minie! Bądź łaskaw do nas, tu lokal darmo!
Nędzarzowi drugi raz powtarzać nie było trzeba i jak każdy nieszczęśliwiec, usłuchał łaskawie przemawiającego do siebie głosu. Wiadomo, że biedzie w towarzystwie raźniej jest jakoś.
– Prosimy! Rozgość się pan i bądź jak u siebie w domu – ciągnął ten sam głos. – Jeszcze mamy godzinę blisko do otwarcia Kolei Wiedeńskiej; tam dostaniemy herbaty i będziemy mogli wypocząć cokolwiek pod dachem! A przydałoby się, bo jak Pana Boga kocham, po takim noclegu jak dzisiejszy, dostanę reumatyzmu w lędźwiach.
Usiadł więc gość na takie szczere zaproszenie obok włóczykijów, za jakich przyjął gromadkę z murawy, i w milczeniu, oparłszy ciężką ze zmęczenia głowę na kolanach, począł drzemać.
Po chwili nawet rozległo się głośne jego chrapanie.
– Hola! Hola, bracie! Wstrzymaj no się z muzyką – ozwał się do śpiącego jeden z gromadki – bo „stojącego”1przywabisz do naszej paczki i zamiast na kolej weźmie nas do „ula”2.
Przy tych słowach kilka rąk schwyciło nieznajomego za ramię, toteż wnet się przebudził.
– Niełatwa to rzecz nie mając kąta własnego usnąć nawet w tej Warszawie – pomyślał zły, że mu przerwano słodkie chwile zapomnienia.
Ale już w Alejach rozpoczynał się ruch; znać było, że miasto robocze zabiera się do pracy.
Więc naprzód pociągnęło kilka ciężkich furgonów rzeźniczych z rzeźni na Solcu, naładowanych mięsem. Dowożono je do jatek na targi: na plac Św. Aleksandra (Trzech Krzyży), Grzybowski i inne.
W dół zaś miasta, Alejami szły już najwcześniejsze i najgorliwsze partie robotników do fabryk na Solcu i Czerniakowskiej oraz gromadki murarzy do nowo budujących się domów.
Żeby uniknąć ciekawych, a nieproszonych zgoła i niepożądanych spojrzeń przechodniów, których liczba z każdą chwilą wzrastała, nasza gromadka wstawszy z miejsca, podążyła wprost ku dworcowi.
Każdy z bezdomnych miał ze sobą węzełek niewielki, który służył za poduszkę w razie spania pod gołym niebem w krzakach parku Aleksandryjskiego na Pradze lub gdzie indziej, a na dworcu kolejowym wyglądał jak tobołek podróżny, który służyłby do dania pozoru, że właściciel jego rzeczywiście miał zamiar jechać koleją.
Z tego śmiało wnosić można było, że bezdomni nie po raz pierwszy nocowali pod gołym niebem i nie po raz pierwszy idą ogrzać się pod dach kolejowy.
We wrześniu, pomimo że w czasie naszego opowiadania dnie były ciepłe, noce odznaczały się niezwykłym chłodem i wiatrem. Siedząc lub leżąc na ziemi, można było przemarznąć do kości.
Zziębnięci bezdomni w drodze, zbratani z biedą i nędzą, nie mieli nawet chęci rozmawiać ze sobą.
Ów tylko, który pierwszy zaczepił w Alejach byłego kontrolera kalekę, udając zucha pogwizdywał i mruczał pod nosem, klnąc na czym świat stoi:
– Dłużej takiego życia psiego nie wytrzymam i jeżeli popełnię jakie głupstwo, to jak mi Bóg miły, z rozpaczy! Staremu podobała się moja żona i mi ją odbił, wydalił mnie z miejsca, a ją przyjął, aha! Niedoczekanie ich, ja zginę, ale i oni zginą! O marności! Porzuciła mnie dla rubla! Ja go nie mam, a on jej daje. Jakiem Gondawa, szlachcic z krwi i kości, popamiętają mnie!
Mruczenie to usłyszał Roch Koziarek, były kontroler na statku parowym, nic jednak nie odrzekł Gondawie, ani go spytał o szczegóły pogróżek, bo samemu w tej chwili serce ściskało się z bólu, a złość go wściekła brała na wspomnienie, że pomimo próśb i tłumaczeń żony, sprzedał za bezcen przed kilku laty kolonijkę pod Warszawą i przybył do miasta na posadę, którą obecnie utracił.
Posada owa zdawała mu się początkowo Bóg wie czym! Myślał w pierwszej chwili, że został przynajmniej „samym maszynistą”, i że zerwawszy z wsią, będzie wielkim człowiekiem. Teraz gorzka prawda zajrzała mu w oczy, i gdyby był spotkał, z pewnością rzuciłby się na tego, kto go do porzucenia kolonijki skłonił i jego wraz z żoną i dziećmi na pastwę nędzy, głodu i chłodu przeznaczył.
Do olbrzymiej sali klasy trzeciej wsunęli się bezdomni przez długi korytarz oświetlony gazem i zawieszony mapami oraz rozkładami jazdy pociągów na różnych kolejach.
Sala ta ma wzdłuż przynajmniej kroków trzydzieści, a wszerz dwanaście. Przy dwóch bocznych podłużnych ścianach stoją drewniane, brunatnego koloru ławki, a tuż obok nich zwyczajne, tego samego koloru, podłużne stoły.
Salę wzdłuż przecina także olbrzymi stół, dokoła którego ustawione są krzesła.
Na stole podróżni, jeżeli nie jedzą lub piją, to składają zazwyczaj bagaże, które ze sobą biorą do wagonu.
Na wprost wejścia, w samym końcu sali, widzimy olbrzymich rozmiarów bufet, za którym z jednej strony stoi samowar na pięćdziesiąt szklanek, a z drugiej antałek z piwem.
Za bufetem, w ogrodzeniu, znajduje się także okrągły stół z krzesłami wyplatanymi. Jest to miejsce przeważnie dla służby kolejowej, która zazwyczaj za pan brat żyje z bufetowym i pannami usługującymi, i ma dlatego o dwadzieścia pięć procent taniej od zwykłych pasażerów jedzenie i picie.
Na bufecie rozłożone są talerzyki z serem zeschniętym, brudną i zakurzoną wędliną, pieczywem, a nawet ciastkami, po przypatrzeniu się którym odchodzi człowiekowi chęć do kosztowania wszelkich słodyczy i przysmaków.
Ponieważ w sali tej nie ma więcej żadnych sprzętów, oprócz jednej jeszcze skrzyni do chowania talerzy i innych drobniejszych utensyliów kolejowych, która stoi zazwyczaj przy drzwiach wejściowych i na której prawie zawsze odpoczywa jakiś zapóźniony smarownik, zwrotniczy lub brekowy – przeto sala owa ma wygląd bardzo ponury i wydaje się więcej jeszcze pusta i głucha.
Roch Koziarek zmęczony nad wyraz nieprzespanymi kilkoma nocami, usiadł na ławie tuż przy samych drzwiach, węzełek położył przed sobą na stole, oparł na nim łokieć jednej ręki, a głowę podparł dłonią, chorą zaś zabandażowaną rękę wyjąwszy z temblaka, położył sobie na kolana, i w mgnieniu oka usnął jak martwy.
Gondawa tymczasem kazał dać sobie szklankę herbaty; chciał nią poczęstować i Koziarka, ale ten stał się jak kamień. Wołania o poczęstunek nie słyszał, a może i do jego uszu dochodził jaki odgłos, ale znużenie nawet powiek podnieść mu nie pozwoliło.
Tymczasem do sali po trosze zaczynała wchodzić publiczność.
Więc naprzód na „rozrywkę”, na „kielonek”1 weszło kilku dorożkarzy. W niebieskich liberiach, dobrze podniszczonych, z batami w rękach, mieli miny takich, którzy sobie z nikogo i z niczego nic nie robią.
Wypiwszy wódki, wzięli do rąk po kawałku kiełbasy i po „mularce”2, po czym zasiedli przy jednym z bocznych stołów i ciszę, jaka dotąd panowała na sali, przerwali głośnymi okrzykami i śmiechem.
– A to ci, panie, chciał mnie ubrać3 wczoraj „cylindrowy” – mówił tęgi Mateusz Dymsza. – Jeździł ci ze mną cztery godziny, szkapsko zmachał, a do zapłaty – ni! ni! Lepiej jeszcze! Bo chciał ci dać nura4 przez dom przechodni. Kazał ci się zawieźć na Marszałkowską pod nr 98, gdzie jest sień i nurował5 bramą od Alei Jerozolimskiej. Ale ja ci nie frajer6! złapałem „pasaziera” za jedzenie7 i odstawiłem do cyrkla8. Zmiękł ci tam chłop okrutnie, bo i grdynia9 przy duszy nie miał, ale spisali protokół i wiem jak się „jemiełuszka” nazywa, to i dojdę swego. Nie nam dzieliworkom gały wlepiać10.
Dorożkarze cieszyli się bardzo, że nie „cylindrowy”, ale Mateusz urządził „cylindrowego”.
Weszło teraz kilka rodzin żydowskich z tłumokami, które położyli na środkowym stole, i gwar na sali zaraz stał się głośniejszy. Zmieszał się z nim krzyk i pisk małych dzieci, nieprzyzwyczajonych do takiego rannego wstawania, a jednak zmuszonych w podróży towarzyszyć rodzicom.
I znowu wcisnęła się ostrożnie przez drzwi, podobna do naszej gromadka biedaków, zapewne też bezdomnych, a za nią kilku włościan, mieszczan warszawskich z walizami.
Ale oto wszystkich oczy zwróciły się na dziwną parę, jaka w tej chwili weszła do sali.
Trzymając się pod rękę, leniwo wkroczyło dwóch mężczyzn, z których jeden niewielkiego wzrostu, o twarzy dziobatej i oczach dziwnego koloru i kształtu: ni to ciemnych, ni czarnych, ni sinych, ale żółtych w jakieś dziwne czarne cętki, które też dziwne spojrzenie rzucały dokoła siebie.
Nie były to oczy owalne ani podłużne, ale formy trapezu.
Ten, do kogo owe oczy należały, wyglądał raczej na kilkunastoletniego wyrostka, a nie na mężczyznę, ojca i męża, jakim był w istocie.
Młodości, a nawet dziecinności, dodawała mu drobna twarz bez żadnego zarostu i blond włosy.
Towarzysz jego był to słusznego wzrostu silny brunet. Broda czarna i miękka, rozkładająca się na dwie strony, dodawała wiele piękności pięknej jego i nadzwyczaj inteligentnej twarzy o regularnych rysach. Po całym zaniedbanym ubraniu, po zakurzonej marynarce, po spodniach, dochodzących zaledwie do kostek, spod których wyglądały tasiemki, a nawet u lewej nogawki wlokły się po ziemi, a nade wszystko po jego oczach świecących gorączkowym, chorobliwym ogniem, poznać w nim było można od razu nałogowego alkoholika.
I rzeczywiście, był takim Teofil Zadarnowski, były profesor matematyki, który nauki wyższe ukończył z medalem, a rozpił się skutkiem dziwnych okoliczności, od których tak zależnym jest całe życie ludzkie.
Ożeniwszy się przed dziesięciu laty z wychowanicą konserwatorium muzycznego w Warszawie, którą ubóstwiał w swojej wrażliwej, czułej, artystycznej naturze (sam pięknie grał na skrzypcach i fortepianie, a utwory jego własne i kompozycje zachwycały nie tylko miłośników, ale i znawców muzyki), po stracie pierwszego dziecka, syna, popadł w niewysłowioną rozpacz.
A rozpacz ta zwiększyła się jeszcze, gdy zamiast syna, jak chciał, rodziły mu się ciągle córki. Bolało go to, że ród jego, który chciał pozostawić sławnym w potomkach, zaginie, bo z Zadarnowskich, w linii męskiej oprócz niego nikogo więcej nie było.
Dla uśmierzenia więc smutku, zaglądać począł coraz częściej do kieliszka, aż w końcu rozstać się z nim było już mu nie sposób. Stał się po paru latach nałogowym pijakiem.
Bywało nieraz, gdy pijany przyszedł późno do domu, a żona i dzieci z płaczem robiły mu wymówki, co czyni, rzucał się na nich do bicia.
– Tyś winna wszystkiemu! – krzyczał na żonę. – Ja dziewcząt nie chciałem!
Była to już straszna choroba – delirium tremens, kiedy to wskutek nadużycia alkoholu, mózg człowiekowi się rozrzedza, mlecz pacierzowy zaczyna więdnąć, i przytępiają się wszystkie czynności duchowe i cielesne.
W chwilach przytomności, żałując nieraz i przepraszając żonę za krzywdy, jakie jej po pijanemu wyrządził, klęczał u jej nóg po parę godzin i obiecywał poprawę, ale to było nie na długo…
Pierwszy kieliszek wódki robił Zadarnowskiemu piekło w żołądku i kazał pić natychmiast nie do opamiętania.
I powtarzały się znowu gwałtowne sceny domowe.
