Zagadka Droraghe Hall - Ewa Pocierznicka - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Zagadka Droraghe Hall ebook i audiobook

Ewa Pocierznicka

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Kto zabił w Droraghe Hall i co z tym wspólnego mają duchy? Państwo Osbourne’owie i ciotka Augusta Umpleby trafiają do pięknej, ale opuszczonej posiadłości Droraghe Hall, świeżo odziedziczonej przez młodego Hugha Applethorpe’a. Na miejscu czeka osobliwe grono gości i tajemnicze medium, Madame F.T. Morgaine. Podczas seansu spirytystycznego dochodzi do makabrycznej zbrodni, której ofiarą staje się samo medium. 
Ciotka Augusta żąda natychmiastowego ujęcia sprawcy. Effie i Winston Osbourne’owie ruszają do akcji! Muszą nie tylko znaleźć zabójcę, ale też rozwikłać ciąg skomplikowanych zagadek pozostawionych przez ekscentrycznego testatora.
Ewa Pocierznicka – z wykształcenia anglistka, z zawodu nauczycielka, z pasji i zamiłowania pisarka. Wielka miłośniczka kultury brytyjskiej i dobrej, gorącej herbaty, głaścicielka licznych kotów, uwielbia historyczne odmiany róż, pasjonuje się historyczną modą i ekspedycjami polarnymi okresu heroicznego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 300

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 58 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Marcin Popczyński

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ewa Pocierznicka

Zagadka Droraghe Hall

@lindcopl

e-mail: [email protected]

Tytuł oryginału: Zagadka Droraghe Hall

Seria: Przygody Effie Stansfield (t. 3)

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody

Wydawnictwa Lind&Co Polska sp. z o o.

Ten e-book jest zgodny z wymogami

Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

Wydanie I, 2026

Opracowanie redakcyjne: Katarzyna Pruska

Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz

(Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI)

Copyright © dla tej edycji:

Wydawnictwo Lind&Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026

ISBN 978-83-68524-96-3

Prolog

Niedziela, 5 października 1913 roku, wrzosowiska Yorkshire

Z dolin zaczynała się unosić lekka mgiełka, ale na szczytach wzgórz powietrze wciąż było przejrzyste. Na niebie, po jesiennemu wysokim jak sklepienie katedry, świeciło słońce – niegrzejące już zbyt mocno, ale wciąż przyjemne. Kamienistą drogą człapał powoli mały, krągły konik, a siedząca na nim kobieta w męskich bryczesach i tweedowej kurtce śpiewała sobie niegłośno i chwilami ciut fałszywie, błyskając spod ronda brązowego melonika szkłami okrągłych okularów.

Olbrzymi czarny pies zataczał wielkie koła na brunatnych połaciach wrzosowisk, węsząc pośród kęp trawy i wrzośca. Od czasu do czasu wtykał nochal do dziur w ziemi i chrząkał jak dzik albo zrywał się do nagłego biegu, by ścigać niewidzialną zwierzynę.

Zza wzgórza wyjechał w galopie jeździec nisko pochylony nad grzywą swego skarogniadego wierzchowca. Na widok kobiety na kucyku zwolnił do kłusu, potem stępa i uchylił melonika, którego nader sfatygowany wygląd dziwnie kontrastował z elegancją gestu.

– Moje uszanowanie, pani Osbourne. Jak tam przejażdżka?

– Moje uszanowanie, panie Osbourne. Absolutnie wyborna, acz wyznam szczerze, że me zasięwzięcie zaczyna nieco narzekać.

– Jak na taką słodką kluseczkę i tak długo wytrzymałaś – zaśmiał się Winnie. – A Bess już tam czeka z ciastem.

– Cobbler prosto z pieca… – Effie się oblizała. – Ejże! Zaraz! Jak mnie nazwałeś? Kluseczką? Ja ci dam kluseczkę, ty kawaleryjski kabanosie!

Chichocząc, Winnie spiął konia, który ruszył z kopyta. Effie poszła w jego ślady, ale poczciwy Nobby, choć zadziwiająco szybki jak na swoje rozmiary, nie miał szans z anglikiem pełnej krwi. Ujrzawszy, że Winnie i jego rumak metodycznie się oddalają, Effie zwolniła, co jej wierzchowiec przyjął z wyraźną ulgą, jako że zdecydowanie nie czuł się stworzony do dzikich galopad. Rozejrzała się za psem, ale nigdzie nie było go widać.

– Barghest! – zawołała głośno. – Barghest! Chodź tu, piesku!

Odpowiedziało jej szczekanie. Nie było to jednak pełne werwy ujadanie żywo czymś zainteresowanego psa, tylko dziwny, rozwlekły jazgot.

– Barghest! – teraz huknął Winston, który zdążył zawrócić swego konia i podjechać kilkadziesiąt jardów od Effie. – Do nogi!

Stała się rzecz dziwna. Pies, zawsze posłuszny Winstonowi, tym razem nie zareagował, za to wybuchł ponurym wyciem.

Osbourne’owie wymienili zaniepokojone spojrzenia i jednocześnie zjechali z drogi w stronę, z której dobiegało wycie.

– Może się wpakował w krzaki? – zasugerowała zmartwiona Effie.

– Albo w dziurę – dodał Winnie. – Nic, zaraz sprawdzimy.

Znaleźli go przy dużym, częściowo uschniętym krzaku jałowca, jednak woń, która unosiła się wokół, bynajmniej nie nasuwała skojarzeń z dżinem ani tym bardziej kiełbasą. Wprost: obrzydliwie tam cuchnęło. Konie zrobiły się wyraźnie niespokojne, natomiast Barghest wytrwale wył wprost w błękitne niebo.

Winston zeskoczył z siodła i prowadząc konia ze sobą, podszedł do jałowca.

– Cicho, piesku. – Poklepał psa po głowie, po czym zajrzał za krzak. – O kurwa…

Ciężki głaz ulokował się Effie w żołądku, gdy zobaczyła, jak jej odporny mąż mimo opalenizny widocznie blednie.

– Lepiej nie patrz, Sóweczko – powiedział Winston nieco niewyraźnie.

Wobec czego Effie oczywiście poszła popatrzeć.

Wsparty o krzak jałowca siedział sobie najprawdziwszy nieboszczyk, zdecydowanie niezbyt świeży. Twarz wisiała mu w strzępach, oczu brakowało, za to miał uśmiech, wielki uśmiech od ucha do ucha prezentujący wszystkie zęby, który brał się stąd, że nie było już warg.

Effie opanowała mdłości i przyjrzała się uważniej. Trup odziany był w bardzo porządny tweedowy garnitur, teraz może wyglądający nieco mniej porządnie niż kiedyś, co wcale nie było dziwne. Na nogach nieboszczyka tkwiły skórzane kamasze niewyglądające na taniochę dla biedoty, na brzuchu zaś lśniła złotem dewizka od zegarka. Ewentualną biżuterię na dłoniach kryły rękawiczki giemzowe w bardzo dobrym gatunku.

– Musiałaś? – zapytał Winston z wyraźnym wyrzutem. – Chciałem ci tego oszczędzić.

Effie wzruszyła ramionami.

– Ciekawość pierwszym stopniem i tak dalej – powiedziała. – Chodźmy stąd.

– Wiesz, po co kupiłem tę farmę? – zapytał Winnie, jakby z lekką goryczą. – Po to, żeby wieść na niej z tobą zwyczajne, spokojne życie farmera. No to mi się udało.

– Nadzwyczajni ludzie wiodą nadzwyczajne żywoty – pouczyła Effie. – Chociaż akurat o nieświeżych zwłokach nie marzyłam. O świeżych w sumie też nie…

– Weź Barghesta i jedź do domu – przykazał Winnie, siadając na koń. – Ja skoczę do wsi, sprowadzę Teriera. – I pomknął przed siebie jak wicher.

Terierem zwali Osbourne’owie między sobą inspektora Edwarda Foxwella, którego poznali podczas pierwszej wspólnej podróży transatlantykiem. Skutkiem dość osobliwego splotu okoliczności Foxwell został przeniesiony z Londynu do Birkholme, wsi, nieopodal której leżała farma Osbourne’ów, i wcale nie był z tego zadowolony. Marzenia Teddy’ego sięgały wręcz pałacu Buckingham, w którym odznaczałby go sam król, zaspana dziura w głuchym Yorkshire to nie był dla niego posterunek, to była obraza i plama na honorze.

– Widzisz, Nobby, Terier tak strasznie chce się wykazać – mruknęła Effie, kołysząc się na końskim grzbiecie. – I proszę, ma okazję jak złoto. Z nieba mu ten umrzyk zleciał.

Nobby parsknął i przyspieszył kroku.

Rozdział 1

Droraghe Hall

Środa, 5 listopada 1913 roku

Pociąg toczył się leniwie między burymi wzgórzami wrzosowisk, prychając i parskając pod niebiosa kłębami czarnego dymu. Za szybami przesuwały się chłostane deszczem pastwiska i domy oraz drzewa przyginane bezlitosną ręką wiatru, w przedziale klasy drugiej było jednak ciepło, sucho i przytulnie.

Jego praktyczne, drewniane ławki zajmowało troje pasażerów różnej płci i wieku. Z dżentelmena siedzącego przy oknie widać było tylko dwie długie nogi w czarnych spodniach, reszta ukryta była za szeroko rozpostartą gazetą. Naprzeciw niego siedziała kobieta w tweedowym płaszczu i kapeluszu o fasonie budki. Oparłszy głowę na ręku, śledziła krajobrazy za oknem oczyma schowanymi za szkłami okularów. Druga z dam, matrona w wieku dojrzałym, usunęła niewidzialny pyłek z gorsu swego pięknego ciemnoszarego palta, po czym z powątpiewaniem spojrzała na trzymaną na kolanach książkę. Na okładce tego dzieła rozmamłany blondyn o zdecydowanie przydługich włosach trzymał w objęciach dziewoję w złotej sukni. Dama, Augusta Umpleby, westchnęła z wyraźnym rozczarowaniem i wrzuciła książkę do swej przepastnej, dywanikowej torby.

– No i widzisz, ja zawsze to powtarzam, nie ma jak druga klasa – oznajmiła, wyraźnie próbując zainicjować pogawędkę. – Może trochę twardo, za to nie ma robactwa. Nic gorszego jak zostać pokąsanym!

Jej bratanica, Effie Osbourne, oderwała spojrzenie od widoków za oknem i wzdrygnęła się z obrzydzeniem, dobrze jeszcze bowiem pamiętała, jak prawie rok temu zostały obie z ciotką niemiłosiernie pocięte przez pluskwy na pokładzie podrzędnego parowca płynącego do Ameryki. Czysty horror, jako że robale nie patrzyły, w co gryzą, zatem gryzły również tam, gdzie damom absolutnie drapać się nie wypada, co oznaczało ponad tydzień tortur tak fizycznych, jak i psychicznych.

– A założyłaś czyste… no wiesz? – Ciotka łypnęła okiem na gazetę, za którą ukrywał się mąż Effie, Winston Osbourne, i uczyniła wymowny ruch brwiami. – Zawsze musisz o tym pamiętać, na wypadek, proszę ja ciebie, katastrofy kolejowej. Spaliłabym się ze wstydu, gdyby ktoś mnie wyciągnął z wraku i zobaczył moje brudne… no wiesz co.

– Tak, ciociu – odpowiedziała Effie, wzdychając głęboko – włożyłam czyste majtki. A właściwie dlaczego cioci się o tym przypomniało w połowie drogi?

Augusta, istota o mentalności na skroś wiktoriańskiej, spłonęła natychmiast rumieńcem.

– Na miłość boską, nie mów tego tak głośno! – syknęła. – Winston może usłyszeć.

Dziwne drgania gazety wskazywały na to, że Winston słyszał wszystko znakomicie, ale nie zamierzał dołączać do konwersacji. Effie natomiast z wielkim wysiłkiem pohamowała chęć poinformowania cioteczki, że jej mąż, kapitan kawalerii w stanie spoczynku, poznał słowo „majtki” we wczesnym dzieciństwie, ponad trzydzieści lat temu, jest również doskonale świadomy faktu, iż kobiety noszą ten element odzieży.

Zawiłe reguły etykiety towarzyskiej były czymś, czego Effie nigdy nie mogła zrozumieć. Dlaczego na przykład nie można mówić przy własnym mężu o majtkach? Może je oglądać, ba, może je nawet z żony zdejmować we właściwych okolicznościach, co Winston czynił z dużym zapałem, ale nie może usłyszeć, jak jego małżonka wymawia nazwę tej części garderoby? Na Jowisza, przecież to kompletny absurd!

Cioteczka poprawiła się z godnością na twardej, drewnianej ławeczce, po czym strategicznie zmieniła temat.

– Pamiętaj, że pan Applethorpe to nie jest byle kto – rzekła surowo. – Jedziemy z wizytą do prawdziwego arystokraty!

– Apple ma tytuł szlachecki? – zdziwiła się Effie. – Nic o tym nie wspominał.

– Jak, proszę, o nim mówisz? – Ciotka skrzywiła się z niesmakiem. – Apple?

– Wszyscy przyjaciele tak do niego mówią – odpowiedziała jej bratanica ostrożnie, niepewna, czy nie pakuje się na jakąś minę. – To znaczy nie wiem, czy nas można zaliczać do jego przyjaciół, ale korespondowaliśmy, złożyliśmy sobie nawzajem parę wizyt, zaimponował Winstonowi swoimi umiejętnościami w siodle…

– Doprawdy, niewiele trzeba, by zaimponować Winstonowi – rzekła cierpko Augusta. – Wystarczy być koniem albo umieć siedzieć na koniu.

– Apple to porządny gość – dobiegło zza gazety. – Bardzo go polubiłem.

– I jest taki uroczo taktowny – zauważyła Effie. – Przy drugiej wizycie trafił na sam środek remontu instalacji hydraulicznej, wszędzie walały się okruchy tynku, majstrowie kuli z hałasem ściany, a on nawet nie mrugnął. Pochwalił tylko, że tak unowocześniamy Limewood.

Przez farmę Osbourne’ów przetoczyła się bowiem fala remontów niosących ze sobą niezbędne udogodnienia techniczne. Najpierw Winston dostał gdzieś, sobie tylko znanym cudem, bardzo porządny piec i bojler za zaskakująco niską cenę, przeliczywszy zatem zasoby pieniężne, Osbourne’owie postanowili iść za ciosem i od razu zainstalować te jakże pożądane urządzenia i dokonać niezbędnych modyfikacji hydrauliki. Oznaczało to koniec grzania wody w kuchennym kotle i noszenia jej wiadrami wszędzie tam, gdzie się gorącej wody akurat potrzebowało, drugą stroną medalu jednak był ogólny zamęt, tym większy że Winston zadecydował, aby doprowadzić od razu wodę bieżącą do budynków gospodarczych.

Jeszcze się nie skończył remont hydrauliki, gdy pojawiła się wreszcie możliwość doprowadzenia prądu na farmę. Harry Joyce, przyjaciel rodziny, który na dobre zadomowił się na poddaszu Limewood, natychmiast wytrzasnął skądś ekipę elektryków, po czym oświadczył, że szef tej ekipy jest mu dłużny grubą przysługę, więc niech się Osbourne’owie czasami nie martwią kosztami, te będą ulgowe. Należy tylko załatwić formalności związane z uzyskaniem przyłącza i już niedługo świece i lampy naftowe będzie można odstawić do którejś z szaf, na wszelki wypadek.

Państwo Osbourne rzucili się zatem je załatwiać, co rzecz jasna wymagało wypełniania rozmaitych papierków, czynności, która zawsze doprowadzała ich oboje na skraj obłędu. Hydraulicy wreszcie poszli, pozostawiwszy po sobie pobojowisko, na które następnie wkroczyli elektrycy, by radośnie żłobić dziury w ścianach tam, gdzie jeszcze nie zdążyli wydłubać ich spece od rur. Rozkosze cywilizacji rozkoszami cywilizacji, remonty remontami, ale farmę należało cały czas prowadzić. To oznaczało konieczność sprawdzenia i naprawy ogrodzeń wszystkich pastwisk na wrzosowiskach, których Limewood miało całkiem sporo, a sprawdzić było trzeba, bo miały tam trafić owce. Pastwiska w dolinie wymagały rozmaitych zabiegów pielęgnacyjnych przed zimą, wszystkie wykoszenia kęp i niedojadów oraz nawożenia, niektóre przeorania i rozmaitych innych czynności. Wreszcie przybyły wcześniej wzmiankowane owce, co dostarczyło mnóstwa przewidzianego i nieprzewidzianego zajęcia. Było co robić także w sadzie i ogrodzie, do tego dochodziły zwykłe obowiązki domowe.

Efekt był taki, że gdy wszyscy fachowcy wreszcie odeszli, zostawiwszy po sobie poprute ściany, Osbourne’owie byli wykończeni. Nie pracowali sami, była Bess Galloway, gospodyni idealna, stajenny Pete Malone, przepełniony niesłabnącym entuzjazmem i uwielbieniem dla swego dawnego dowódcy, oraz oczywiście niezawodny Harry Joyce; niemniej główny ciężar planowania, budżetowania i urzędowych formalności spadał na Osbourne’ów.

Toteż gdy Hugh Applethorpe, dla przyjaciół Apple, przysłał im jakiś czas przed Wszystkimi Świętymi formalne zaproszenie do swej posiadłości, Droraghe Hall, i to na całe dwa tygodnie, zwarty front kochających domowników nakazał stanowczo państwu Osbourne, by pakowali walizki.

– Ale remont… – zaczęła słabo Effie, patrząc na malowniczy strzęp tapety zwisający ze ściany w jadalni.

– Tapetowanie… – powiedział równocześnie Winston.

– Zrobi się – oznajmił Joyce. – Umiem tapetować, słowo ministranta.

Effie przejawiła niemrawe zdziwienie.

– Ty byłeś ministrantem?

W odpowiedzi Joyce tylko szelmowsko się uśmiechnął i mrugnął jasnym okiem.

– Chciałem powiedzieć – rzekł ostrożnie Pete – że tak właściwie to ja też umiem tapetować. I malować.

– To ja się przyłączę – oznajmiła Bess z energią. – Tapet wprawdzie kłaść nie umiem, ale machać pędzlem mogę.

Uśmiech na twarzy Harry’ego był już w pełni godzien rekina z ilustracji w Encyclopaedia Britannica.

– No i widzicie, my tu wszystko ogarniemy – oznajmił. – Jedźcie sobie spokojnie, pobawcie się w tym pałacu Apple’a i nie przejmujcie się niczym.

Winston popadł w zamyślenie i zamilkł na dłuższą chwilę.

– Czuję się, jakbym was wyzyskiwała – oznajmiła Effie smętnie.

– Effie, przestań – poprosił łagodnie Harry. – Siedzę wam tu na głowach już czwarty miesiąc, coś wam się ode mnie należy.

– Dostaniecie podwyżkę, Bess i Pete, jak tylko będzie to możliwe – oznajmił Winston. – Większą niż planowaliśmy na początku. A ty, Harry, przestań się czaić i wal, o co chodzi. Bo widzę, że masz coś jeszcze do powiedzenia.

– No bo, jak by to powiedzieć, chciałbym też wyremontować i przebudować trochę pokoje na poddaszu – powiedział Harry. – Bo ja i Bess, no wiecie… nie będzie wam przeszkadzało, jak sobie od czasu do czasu u was popomieszkuję? Dołożę się do wspólnego budżetu, obiecuję!

– A remontuj sobie i popomieszkuj – mruknął Winston, ukrywając uśmiech.

– I tak siedzisz ostatnio więcej na poddaszu niż gdziekolwiek indziej. – Effie roześmiała się najzupełniej otwarcie.

Na twarz Harry’ego wypłynął wyraz głębokiego zadowolenia, Bess natomiast usiłowała, dość bezskutecznie, ukryć rumieniec.

Limewood zdecydowanie nie było typowym domostwem swej epoki, z surowymi podziałami klasowymi oraz nie mniej surowymi zasadami regulującymi współżycie państwa i służby. W tym domu, choć dla świata zewnętrznego utrzymywano wszelkie pozory, obowiązywały własne reguły państwa Osbourne, zazwyczaj najradośniej sprzeczne z tymi ogólnie przyjętymi.

Wkrótce wyszło na jaw, że zaproszenie od Apple’a otrzymała także ciotka Augusta, która poinformowała o tym telegraficznie, i stało się jasne, że Effie i Winston wyjścia nie mają. Absolutnie muszą jechać. Ciotka, niezmiernie przywiązana do etykiety i dobrych manier, nigdy nie pozwoliłaby im odrzucić zaproszenia wystosowanego przez dżentelmena o takiej pozycji jak Applethorpe.

Tak właśnie znaleźli się we trójkę w pociągu wiozącym ich na drugą stronę rozległych wrzosowisk Yorkshire, do Droraghe Hall.

– …obdarza go dużym zaufaniem – do uszu zamyślonej Effie przebił się głos cioteczki. – No, Hugh Applethorpe jest jego jakby protegowanym, to bardzo utalentowany młody człowiek, specjalizuje się w historii i pan Fitzwilliam chciałby, żebyśmy mu pomogli, chociaż nie wiem dokładnie, o co chodzi, bo pan Applethorpe właściwie niczego nie wyjaśnił, ale zależy mi, żebyście dobrze wypadli, a tam będą zdaje się inni goście, też pewnie z wyższych sfer, więc zależy mi bardzo, żebyście zaprezentowali się jak dama i dżentelmen, a doprawdy, spójrzmy prawdzie w oczy, miewacie z tym pewne problemy. Effie, czy ty mnie w ogóle słuchasz?

– Ależ oczywiście, ciociu, słucham w skupieniu – zapewniła Effie. – Nie uroniłam ani jednego słówka!

– Oczywiście, oczywiście – przedrzeźniała ciotka. – A potem nie masz pojęcia, o czym ja mówię. Nawet telegramu nie przeczytaliście dokładnie i nie mogliście znaleźć hotelu!

Ze względu na remont w Limewood ciotka zatrzymała się w hotelu w miasteczku Richmond, skąd mieli ją odebrać Effie z Winstonem. W telegramie napisane było, iż Augusta zatrzymała się w Ponare Hotel i tego też przybytku Osbourne’owie szukali po całym Richmond. Wreszcie życzliwy tubylec poinformował Effie, że Richmond szczyci się posiadaniem dwóch hoteli, Golden Goose i Ferrars, natomiast hotelu Ponare nigdy w tym zacnym mieście nie było. Rozwścieczona już rzetelnie ciotka Augusta oczekiwała ich w Hotelu Ferrars i nie dała sobie wytłumaczyć, że cały ambaras wziął się z tego, iż spiesząc się, wypisała treść telegramu na blankiecie niezbyt wyraźnie.

Teraz Effie, usiłując zatrzeć ślady tamtej gafy, przybrała pozę eleganckiej damy i złożyła dłonie jak należy na podołku. To był błąd.

– A co ty masz takie paznokcie brudne? – zmarszczyła się ciotka. – I żółte ręce? Pokaż no!

Bezceremonialnie podniosła jedną z dłoni Effie do światła.

– Znowu się bawiłaś tym arabskim zielskiem – stwierdziła, po czym nagle coś ją tknęło. – Hola, moja panno, zdejmij kapelusz!

Effie łypnęła na ciotkę w panice spod ronda tweedowego kapelusza szczelnie zakrywającego włosy.

– Ależ po co, ciociu, fryzurę popsuję – zaoponowała słabo. – Poza tym tu trzęsie, trudno będzie szpilką potem przypiąć.

– Zdejmuj, mówię. – Ciotka była nieubłagana. – No już!

Wzdychając i sapiąc, Effie zdjęła kapelusz. Światło lampy pod sufitem przedziału natychmiast skrzesało płomienne błyski w jej włosach ułożonych w misterny kok. Na obliczu ciotki Augusty odmalował się wyraz kompletnej zgrozy.

– Święty Boże, miejże litość nade mną nieszczęsną! – jęknęła rozdzierająco. – Ty jesteś ruda!

– To niechcący, proszę cioci – usprawiedliwiła się Effie. – Nałożyłam hennę i wtedy akurat przyszła mi do głowy świetna scena do mojej powieści w odcinkach, rzuciłam się ją zapisywać i okazało się, że minęły dwie godziny.

– Przecież ci powtarzałam, że farbowanie włosów jest dobre dla aktorek i kokot! – pomstowała ciotka. – Przyzwoite kobiety tego po prostu nie robią! Jeszcze te refleksy jak robiłaś, to wyglądały naturalnie, ale to?! W dodatku Applethorpe cię wcześniej widział!

Gazeta powędrowała w dół, a nad nią ukazała się para ciepłych, brązowych oczu.

– Moim zdaniem to jest bardzo ładny kolor – oznajmił ich właściciel. – Effie wygląda w nim prześlicznie.

– O, widzi ciocia? – wytknęła Effie natychmiast. – Zawsze mi ciocia mówiła, że męża należy słuchać!

Ciotka Augusta wzniosła oczy ku niebu.

– No mówiłam, mówiłam, że ty w ogóle nie wiesz, co ja mówię! – zakrzyknęła. – Męża należy słuchać, owszem, ale w granicach rozsądku! A Winstonowi, wybacz, drogi chłopcze, że to powiem, zawsze brakowało rozsądku na twój temat.

– Nie zaprzeczam – dobiegło zza gazety.

– No i pięknie. – Cioteczka zaczęła kolejny monolog. – Wybieramy się z wizytą do takiego wytwornego towarzystwa i to z polecenia pana Fitzwilliama, który, jak dobrze wiesz, jest mi bardzo, bardzo bliski i za nic nie chciałabym go rozczarować, a ty wyglądasz jak kobieta upadła. Jak ty się wytłumaczysz panu Applethorpe’owi?

– Coś wymyślę… – zaczęła Effie, ale cioteczka nie dała jej dojść do słowa.

– To myśl szybko, moja droga, bo niedługo dojeżdżamy! Wprawdzie na stacji pewnie będzie powóz albo samochód, pan domu po nas się nie pofatyguje, nie ma takiego zwyczaju, no może gdybyśmy byli bliską rodziną, ale nie jesteśmy przecież, niemniej aż tak daleko z tego Farthole…

– Farhelme – poprawiła Effie.

– A co ja powiedziałam? – zdziwiła się cioteczka. – Oczywiście, że Farhelme. No więc stamtąd nie jest aż tak daleko do Droraghe Hall, więc lepiej wymyśl coś jak najszybciej!

– Cudowny środek do włosów – zamruczał Winston spoza gazety.

Jego żona aż podskoczyła na siedzeniu.

– Masz rację! – ucieszyła się. – To jest to!

Głośne westchnienie wyrwało się z obfitej piersi ciotki Augusty.

– Ja bardzo proszę, nie rozmawiajcie ze mną na skróty! – zażądała. – Euphemio, natychmiast wytłumacz mi, o co tu chodzi!

– Ciociu, to proste – odpowiedziała rozpromieniona Effie. – Jeśli ktoś mnie zapyta, powiem, że widziałam w gazecie reklamę cudownego balsamu do włosów doktora jakiegoś tam, skusiła mnie i kupiłam. A po użyciu okazało się, że przefarbowała mnie na rudo.

Po krótkim wahaniu ciotka zaaprobowała tę wymówkę.

– No może być – powiedziała łaskawie. – Tylko załóż już ten kapelusz, bo zaraz będziemy na miejscu.

Budynek dworca w Farhelme okazał się bezpretensjonalnym domkiem z szarego kamienia z dwuspadowym łupkowym dachem, lśniącym od deszczu jak skóra foki, oknami w białych obramowaniach i czerwonymi drzwiami. Człowiek, który oczekiwał na nich przed dworcem skryty pod wielkim czarnym parasolem, wyjątkowo kontrastował z tą aurą przyjaznej wiejskiej solidności.

Był bardzo wysoki, sporo wyższy od Winstona, który do najmniejszych się nie zaliczał, w przeciwieństwie jednak do kapitana nie emanował siłą ani spokojną energią, a tak po prawdzie to i niespokojnej nie dawało się w nim dojrzeć. Za to dawało się dojrzeć szkieletowatą chudość oraz niewątpliwie zaawansowany wiek. Effie od razu przypomniała się rycina przedstawiająca mumię któregoś tam Ramzesa, bodaj drugiego, którą widziała w książce o starożytnym Egipcie. Podobnie jak faraon ów osobnik miał kościstą twarz o zapadniętych policzkach, haczykowaty nos i głęboko osadzone oczy.

– Pani Umpleby? – przemówił głosem, w którym słychać było skrzypienie wrzeciądzy pustynnego grobowca. – Państwo Osbourne? Proszę ze mną.

Wykonał ruch, jakby chciał sięgnąć po walizki spiętrzone w stos na peronie. Effie ujrzała oczyma duszy, jak ów bliźniak Ramzesa chwyta którykolwiek z upiornie ciężkich kufrów ciotki Augusty, próbuje go podnieść i w akompaniamencie suchego trzasku urywa sobie dłoń, która, kurczowo zaciśnięta, pozostaje na uchwycie kufra.

– Dziękujemy, sami zaniesiemy – rzekł Winston dziwnie bezbarwnym głosem. Chyba też miał taką wizję, uznała Effie.

Na starożytnym obliczu odmalowało się coś jakby dezaprobata, kierowca był jednak zawodowcem.

– Oczywiście, proszę pana – odpowiedział beznamiętnie.

Załadowali wszystkie bagaże do przepastnego bagażnika lśniącej limuzyny zaparkowanej na ulicy, a raczej uliczce, po przeciwnej stronie dworca, umościli się wygodnie na tylnym siedzeniu, sobowtór zwłok faraona usiadł zaś za kierownicą.

Ciotka nachyliła się do ucha Effie.

– Ten staruszek pewnie będzie jechał pięć mil na godzinę – szepnęła. – Dobrze, jeśli zdążymy do Droraghe Hall na obiad.

– Obiad, proszę pani, podaje się u nas o dziewiętnastej. – Staruszek miał najwyraźniej znakomity słuch. – Proszę się nie obawiać, zdążymy.

Lekki rumieniec wypełzł na oblicze Augusty. Szturchnęła swoją bratanicę tłumiącą śmiech rękawem płaszcza, a tymczasem bliźniak Ramzesa ruszył.

Można mu było wierzyć, że dojadą przed obiadem, pędził bowiem jak szalony, wchodząc w zakręty tak ostro, że cioteczka co chwilę bladła, a Effie siedzącą pośrodku miotało już to na mężowską pierś, już to na wydatny biust Augusty.

Tym szatańskim sposobem przemierzyli drogę wijącą się wśród jesiennie zrudziałych wzgórz niemiłosiernie chłostanych lodowatym deszczem, aż wreszcie poczęli zjeżdżać w dół. W szerokiej, płaskiej niecce, latem zapewne soczyście zielonej, obecnie płoworudej, leżała potężna rezydencja.

– Rany boskie, a co to za pałac strachów? – wyrwało się Effie niezbyt taktownie.

Istotnie, siedziba Apple’a nie prezentowała się zbyt zachęcająco. Dwa skrzydła rozpościerającej się budowli z szarego kamienia zdobiły narożne wieżyczki, które dźgały blade listopadowe niebo. Ściany były brudne, pokryte zaciekami, z murów zachodniego skrzydła zwieszało się na pół martwe pnącze, całości zaś dopełniały zaniedbane ogrody pełne kęp trawy i turzycy, z trawnikami poprzerastanymi mchem i dziko splątanymi krzewami, które od dawna nie oglądały sekatora ogrodnika.

Winston przyglądał się budowli podejrzliwie spod ronda czarnego melonika.

– Wygląda, jakby na nas patrzył – powiedział z powątpiewaniem.

Effie w lot zrozumiała, o co mu chodzi. Okna zmętniałe i dawno nietknięte ścierką przywodziły na myśl oczy, zmętniałe, stare oczy uważnie śledzące ruchy przybyszów.

Jakiś człowiek otworzył zardzewiałą bramę, zawiasy zgrzytnęły przeraźliwie i limuzyna, chrzęszcząc oponami na żwirowym podjeździe, potoczyła się ku frontowemu dziedzińcowi.

Okrągły gazon przed domem poprzerastany był trawą, badylami i kłębami dzikiej róży i emanował taką samą ponurą rozpaczą jak reszta posiadłości. Objechali go i zatrzymali się przed frontowym wejściem. Służący, szczęściem znacznie młodszy od Ramzesa-kierowcy, błyskawicznie wyładował walizki i ulokował je na wózku bagażowym. Tymczasem trójka gości wysiadła i wkroczyła na chodnik niegdyś będący efektowną, czarno-białą szachownicą, teraz stanowiący kolaż z plam brudu i kępek mchu wciskającego się w każdą szczelinę.

Przed drzwi wyszła kobieta w czarnej sukni ze skromnym białym kołnierzykiem, musiała to być gospodyni. Jej blada twarz wydawała się w jakiś przedziwny sposób młoda i stara jednocześnie. Pochyliła głowę z kokiem ściągniętym tak ciasno, że Effie mogłaby przysiąc, iż słyszy, jak włosy tej kobiety krzyczą.

– Witam w Droraghe Hall – powiedziała. – Wejdźcie swobodnie, bądźcie bezpieczni i niechaj iskra waszej radości pozostanie w tych murach.

Osbourne’owie i ciotka Augusta przekroczyli próg. Ciężkie drzwi z kutego żelaza zamknęły się z łoskotem za ich plecami.

DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Droraghe Hall

Rozdział 2

Kręgi

Rozdział 3

Nocne atrakcje

Rozdział 4

Wapory pani Applethorpe

Rozdział 5

Produkcja scen gorszących

Rozdział 6

Wstrząsy astralne

Rozdział 7

Wejście Teriera

Rozdział 8

Stare sprawy

Rozdział 9

Widma, zjawy i duchy

Rozdział 10

Fata morgana

Rozdział 11

Ręka na pulsie

Rozdział 12

Wzloty i upadki

Rozdział 13

Cimcirimci

Rozdział 14

Szczwane plany

Rozdział 15

Damy i dżentelmeni

Rozdział 16

Podopieczni św. Dympny

Rozdział 17

Zagadki

Rozdział 18

Maska Czerwonego Moru

Rozdział 19

Nadmiar zbytku

Epilog