Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
11 osób interesuje się tą książką
Effie Stansfield i jej ciotka, Augusta Umpleby, wracają do rodzinnej Anglii luksusowym transatlantykiem Argos. Tym samym statkiem podróżuje ekscentryczny kapitan kawalerii JKM, Winston Osbourne, którego matka usiłuje wyswatać z Evelyn Peabody, dziedziczką potężnej fortuny. Kiedy ojciec panny Peabody zostaje zaatakowany, a napastnik kradnie bezcenny diament, Oko Sechmet, podejrzenie pada na przyjaciela kapitana Osbourne’a, Harry’ego Joyce’a. Effie i Winston łączą siły, by rozwiązać zagadkę kradzieży klejnotu... To pierwsza część serii o przygodach Effie Stansfield.
Ewa Pocierznicka – z wykształcenia anglistka, z zawodu nauczycielka, z pasji i zamiłowania pisarka. Wielka miłośniczka kultury brytyjskiej i dobrej, gorącej herbaty, głaścicielka licznych kotów, uwielbia historyczne odmiany róż, pasjonuje się historyczną modą i ekspedycjami polarnymi okresu heroicznego.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 235
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ewa Pocierznicka
@lindcopl
e-mail: [email protected]
Tytuł oryginału: Coup de Foudre Panny Stansfield
Seria: Przygody Effie Stansfield (t. 1)
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej część nie może być przedrukowywana
ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana
w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody
Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.
Ten e-book jest zgodny z wymogami
Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Wydanie I, 2026
Opracowanie redakcyjne: Katarzyna Pruska
Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz
(Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI)
Copyright © dla tej edycji:
Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026
ISBN 978-83-68524-92-5
2 grudnia 1912 roku, Nowy Jork
Cioteczka Augusta po raz pięćdziesiąty nerwowo przekopywała swoją torebkę. Jej bratanica Effie Stansfield uznała w duchu, że torebka to wybitnie nieadekwatna nazwa dla czegoś o rozmiarach średniej walizki. Prędzej bagaż podręczny. Albo przenośna składnica wszystkiego, co może się przydać.
– O mój Boże, gdzie ja mam bilety, przecież je tu włożyłam – jęczała cioteczka, nie przestając ryć w czeluściach swego bagażu podręcznego. Effie się zlitowała.
– Ciociu, przecież ciocia włożyła bilety do kieszeni salopy. Tej wewnętrznej.
Augusta na odmianę pomacała się po wszystkich kieszeniach wymienionej części odzieży. Istotnie, dwa bilety klasy pierwszej na trasie Nowy Jork – Liverpool, hojny dar kuzynki Augusty, Emilii (która przed laty nieprawdopodobnie szczęśliwym trafem poślubiła najprawdziwszego amerykańskiego milionera), tkwiły spokojnie w wewnętrznej kieszeni.
Pożegnawszy się wcześniej ze wspaniałomyślną Emilią i jej nie mniej wspaniałomyślnym, wciąż potwornie bogatym mężem, Effie i Augusta tkwiły teraz w kolejce do trapu dla pasażerów pierwszej klasy wsiadających na pokład transatlantyku Argos. Nie był on tak obłąkańczo ogromny i luksusowy jak Olympic czy niesławnej pamięci Titanic, ale i tak niezmiernie wytworny.
– Mam tylko nadzieję, że nie będzie tam pluskiew – westchnęła Augusta.
Właściciele taniej krypy, którą przypłynęły do Ameryki, najwyraźniej oszczędzali na dezynsekcji, bo w pluszach na pozór eleganckich saloników i kabin kryły się dorodne, wypasione pluskwy. Niestety, mimo wypasienia wciąż były żądne krwi, w związku z czym podróż minęła paniom głównie na rozpaczliwym drapaniu się po wszystkim, po czym dało się podrapać bez naruszania zasad przyzwoitości. A mimo że wiek dwudziesty zdążył wkroczyć w drugą dekadę, zasady te wciąż były dosyć surowe, co w tym konkretnym przypadku ograniczało drastycznie możliwość drapania się po czymkolwiek. Pozostawało cierpienie z zaciśniętymi zębami.
Poruszona tą swędzącą gehenną kuzynka Emilia postanowiła zaoszczędzić krewniaczkom podobnego losu w drodze powrotnej i dlatego właśnie cioteczka Augusta oraz Effie szykowały się teraz do wstąpienia na pokład renomowanego statku, czyli na Argos.
Statek dymił z obu kominów wprost w bure, grudniowe niebo. Pasażerowie oczekiwali mniej lub bardziej cierpliwie przed trapami, stewardzi machinalnie oddzierali paski papieru od biletów i przepuszczali kolejnych wchodzących. Effie nudziła się jak mops, dziękując przy okazji, że nie musi na dokładkę marznąć, bo temperatura była wręcz wiosenna.
Od strony miasta, z kłapaniem podkutych ćwiekami, roboczych buciorów, nadbiegł jakiś mężczyzna. Nie wyglądał na pasażera pierwszej klasy, a jednak usiłował się przebić przez skłębiony tłumek eleganckich kolejkowiczów przed Effie.
– Steward! – ryknął poirytowany jegomość o twarzy buldoga, którego ów człowiek trącił łokciem. – Jakiś obdartus się tu pcha!
Effie stanęła na palcach, poprawiła okulary, wyciągnęła szyję i przeklęła w duchu swój nikczemny wzrost.
– Co tam się dzieje? – dopytywała się cioteczka. – Nic nie widzę, spójrz no, moja droga!
Jeden ze stewardów pofatygował się sprawdzić zażalenie człowieka-buldoga. Obdarzył przeciągłym spojrzeniem spóźnialskiego, jego obdarty, tweedowy melonik, sfatygowany garnitur myśliwski typu norfolk i robocze buty.
– Trap dla pasażerów klasy trzeciej jest tam – rzekł krótko.
Oberwaniec nie drgnął.
– Mam bilet – oznajmił spokojnie, niskim, głębokim głosem.
– To idź do swojego trapu. – Głos stewarda był lodowaty.
– To jest mój trap – odparł oberwaniec, wciąż z niezmąconym spokojem. – Szukam matki.
Wiedziona czystą ciekawością Effie gapiła się zachłannie na dziwnego mężczyznę. Stał spokojnie, na szeroko rozstawionych, długich nogach, patrząc na stewarda nieco z góry, albowiem był wysoki, a steward wręcz przeciwnie. Pod rondem kapelusza Effie mogła dostrzec kawałek opalonej na brązowo twarzy i lśniące oczy.
– A ja ojca – parsknął steward. – Zjeżdżaj!
Obdartus sięgnął do kieszeni sfatygowanej marynarki i wyjął bilet. W tym samym momencie tłum za jego plecami zafalował.
– Winnie! – Przepojony oburzeniem niewieści okrzyk spłoszył kilka najbliższych mew, które z wrzaskiem poderwały się do lotu.
Odziana w czerń matrona, niewątpliwie zakuta w gorset, co zdradzała jej sylwetka i ruchy, przebiła się niczym okręt wojenny przez oczekujących, po czym spiorunowała oberwańca wzrokiem.
– Pan wybaczy – zwróciła się teraz do ogłupiałego stewarda. – Nazywam się Frances Osbourne, a to mój syn, Winston. Zapewniam, że oboje posiadamy stosowne bilety. Mój syn po prostu nie ma pojęcia, jak się należy ubierać.
– Mam pojęcie – mruknął tamten.
– Milcz, młodzieńcze. – Palec urękawiczonej dłoni matrony uniósł się w jego stronę oskarżycielsko. – Narobiłeś mi wstydu. Kapitan kawalerii, a wygląda jak obwieś! Dobrze przynajmniej, że tym razem nie masz butów związanych drutem. Dlaczegoś się, nicponiu jeden, nie ubrał normalnie?
Kapitan westchnął.
– Nie zdążyłem – powiedział.
– Nie trzeba się było szwendać po podejrzanych miejscach do białego rana! – prychnęła matrona.
– Nigdzie się nie szwendałem. Siedziałem w stajni do późna.
– Temu tylko konie w głowie – westchnęła dama w czerni. – Winnie, kiedy ty dorośniesz?
– Już dorosłem, mamo – odparł uprzejmie kawalerzysta-abnegat.
Matka bez słowa wciągnęła go do kolejki.
– No cóż tam się stało, mów, dziewczyno! – Cioteczka szarpnęła Effie za rękaw.
– A, nic takiego – odrzekła Effie powoli. – Przyszedł jakiś dziwny mężczyzna i…
– I co, i co? – Czubek nosa Augusty zadrgał w podnieceniu. Cioteczka kochała skandale i ploteczki.
– Nic, steward myślał, że to pasażer trzeciej klasy, ale on miał bilet na pierwszą. I matkę – odpowiedziała Effie cokolwiek nieuważnie, usiłując zlokalizować w tłumie przed sobą obszarpany melonik.
– Każdy ma matkę – zdziwiła się cioteczka.
– On miał w kolejce – wyjaśniła. – To kapitan kawalerii.
– Pewnie Amerykanin – prychnęła cioteczka lekceważąco. – Amerykanie tacy są.
Effie nie zdążyła nawet jęknąć głośno w odpowiedzi na ten potężny nietakt, gdy ktoś odezwał się gdzieś z tyłu.
– Ależ skąd – rzekł miły alt. – To rasowy Anglik, dżentelmen z dobrej rodziny.
– Zubożałej? – zdziwiła się Effie. Znani jej dżentelmeni nie chadzali w kapeluszach nadających się wyłącznie do cedzenia atramentu ani w roboczych buciorach.
Dama roześmiała się perliście.
– Zubożałej? Paradne! Kochana, Osbourne’owie to jedna z najbogatszych rodzin w Sussex! Och, Boże drogi, ja tu stoję i plotkuję, a nawet się nie przedstawiłam, wybaczcie mi, drogie panie, ten brak manier. Jestem Violet Harrison, a ten zaspany niedźwiedź tutaj to mój mąż, Thomas.
Effie i Augusta odwróciły się do rozmówczyni, niewysokiej kobiety w średnim wieku, obok której stał mężczyzna istotnie o posturze niedźwiedzia i zdecydowanie nieprzytomnym spojrzeniu.
– Również się nie popisałyśmy. – Cioteczka spłonęła rumieńcem. – Niegrzecznie doprawdy tak stać tyłem do rozmówców. Augusta Umpleby, a to moja bratanica, Euphemia Stansfield.
Effie dygnęła odruchowo. Pani Harrison uśmiechnęła się, zaspany niedźwiedź zaś skłonił głowę i coś wymruczał pod nosem.
– Wracamy do domu, z wesela najmłodszej siostry Tommy’ego – wyjaśniła pani Harrison konfidencjonalnym tonem. – Zakochało się niebożę w amerykańskim doktorze, co zrobić.
– Nie rymować bez sensu – mruknął kwaśno Tommy.
– Zawsze jest taki rano, niech panie nie zwracają uwagi. – Jego połowica wyraźnie się rozkręcała, wyczuwszy w Auguście pokrewną, złaknioną ploteczek duszę. – O czym to ja…? Ach, Osbourne’owie!
– No właśnie. – Effie natychmiast uczepiła się nurtującej ją kwestii. – Dlaczego kapitan Osbourne nosi się tak… e… niecodziennie?
Violet Harrison wzruszyła ramionami.
– Winnie Osbourne to ekscentryk. Taki już jest.
Zanim Effie zdążyła wycisnąć z niej coś więcej, na nabrzeże zajechał lśniący od złoceń samochód. Wysiadła z niego młoda, złotowłosa kobieta w olśniewającym bladozielonym kostiumie spacerowym i kapeluszu o rozmiarach koła młyńskiego. Pani Harrison obrzuciła to wstrząsające nakrycie głowy zachłannym spojrzeniem, po czym z niejakim żalem dotknęła czubkami palców swego znacznie skromniejszego kapelusza, Effie zaś spojrzała na elegantkę z niekłamaną zawiścią. Kostium bowiem był ostatnim krzykiem mody, wąski długi żakiet i nie mniej wąska i długa spódnica, wszystko skrojone na sylwetki wysokie i smukłe, by nie rzec: podobne greckim kolumnom. Niska, szerokobiodra Effie przypominała posturą raczej pithos, gliniany dzban do przechowywania oliwy, niż marmurową kolumnę, więc o przywdzianiu takiego krawieckiego arcydzieła mogła tylko marzyć. A w tym gigantycznym kapeluszu wyglądałaby jak grzyb, prawdopodobnie muchomor.
Nie żeby w swoim praktycznym tweedowym kostiumie i takimż kapelusiku wyglądała dużo bardziej olśniewająco, co to, to nie. W swoim praktycznym kostiumie, Effie była gotowa przyznać to wprost, wyglądała jak niewielka, dość nastroszona sowa, które to podobieństwo podkreślały duże, okrągłe okulary w rogowej oprawce.
Tymczasem młoda piękność o posturze kolumny dumnie sunęła przed siebie, zadowolona z wrażenia, jakie zrobiła na zebranych. Effie poczuła natychmiastową, kompletnie irracjonalną niechęć. Ma taką sylwetkę charta, jada zapewne jak wróbelek, a na statku traci kompletnie apetyt na cały rejs, może nosić wyszukane i modne kreacje, a jakby tego było mało, w bladej zieleni wygląda oszałamiająco. Większość znanych Effie blondynek wyglądałaby w tym kolorze jak zwiędła sałata, ta tutaj czarowała cerą jak płatek róży. Co za… co za hetera!
Za heterą truchtała pulchna kobieta w zaawansowanym wieku średnim spowita w obłędnie drogie futro i chudy mężczyzna wyglądający, jakby go najpierw zasuszono, a następnie zamarynowano w occie.
– Proszę, proszę, państwo Peabody – mruknęła pani Harrison.
– Ci Peabody? – Na policzki Augusty wybiły rumieńce. – Od browarów?
– Tak jest, właśnie ci – przyświadczyła pani Harrison. – Polowanie w Stanach się nie udało, jak widzę…
Porozumiała się spojrzeniem z Augustą.
– Oho – mruknęła cioteczka. – To się zacznie sezon myśliwski na statku!
Effie, wciąż jeszcze rozproszona kuriozalnym kapitanem Osbourne, teraz straciła wątek do reszty.
– Jakie polowanie? – zapytała z najwyższym zdumieniem. – Jaki sezon myśliwski? Na morzu?!
Obie panie uśmiechnęły się z pobłażaniem.
– Na męża, moja droga – wyjaśniła cioteczka. – Evelyn Peabody poluje na męża.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ
Rozdział 1
Sezon na męża
Rozdział 2
Oblicza kapitana O.
Rozdział 3
Obłąkany pingwin
Rozdział 4
Występki grzeszne i niemoralne
Rozdział 5
Szejkowie i bandyci
Rozdział 6
Jajecznica
Rozdział 7
Eliksir prawdy
Rozdział 8
Sodoma i Gomora
Rozdział 9
Fiu-bździu
Rozdział 10
Wygibasy i figle migle
Rozdział 11
Dynksiki, słabostki i nocne spacerki
Rozdział 12
Zmartwychwstanie albo zgon
Rozdział 13
Zupa orgiowa
Rozdział 14
Uwolnić krakena!
Rozdział 15
Gdzie diabeł nie może, tam ciotkę pośle
Epilog
