Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
15 osób interesuje się tą książką
Effie Stansfield i Winston Osbourne, ponad pół roku po ślubie, osiadają wreszcie na wymarzonej farmie. Dołącza do nich Harry Joyce, spragniony cichej rekonwalescencji po burzliwych przejściach ostatnich miesięcy. Okazuje się, że farma ma reputację nawiedzonej przez duchy oraz dosyć mroczną przeszłość, która zakłóca mocno teraźniejszość państwa Osbourne’ów. Muszą zatem wyjaśnić, czyje dziecko urodziło się w pewną burzliwą noc, gdzie podziała się piękna panna i co z tym wszystkim ma wspólnego ich sąsiadka z wrzosowisk, fiołkowooka panna Lestrange, która bez reszty podbiła serce Harry’ego. To drugi tom o przygodach Effie Stansfield.
Ewa Pocierznicka – z wykształcenia anglistka, z zawodu nauczycielka, z pasji i zamiłowania pisarka. Wielka miłośniczka kultury brytyjskiej i dobrej, gorącej herbaty, głaścicielka licznych kotów, uwielbia historyczne odmiany róż, pasjonuje się historyczną modą i ekspedycjami polarnymi okresu heroicznego.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 286
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ewa Pocierznicka
@lindcopl
e-mail: [email protected]
Tytuł oryginału: Tajemnica fiołkowej damy
Seria: Przygody Effie Stansfield (t. 2)
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej część nie może być przedrukowywana
ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana
w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody
Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.
Ten e-book jest zgodny z wymogami
Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Wydanie I, 2026
Opracowanie redakcyjne: Anna Kuciejewska, Blue Moon
Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz
(Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI)
Copyright © dla tej edycji:
Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026
ISBN 978-83-68524-94-9
15 lipca 1913 r., Farma Limewood, Yorkshire
Dom, przycupnięty pod skąpanymi w słońcu, rozłożystymi lipami, wyglądał najzupełniej niewinnie. Pani Wildgoose przyjrzała mu się z pewnym powątpiewaniem. No cóż, może pogłoski, jakoby Limewood Farm stał się siedliskiem mocy piekielnych, były jednak przesadzone, ponadto nowi lokatorzy zapowiadali się na nie byle jakich. Kapitan kawalerii z małżonką; na pewno jacyś eleganccy i dystyngowani ludzie. Co prawda nikt w Birkholme i okolicach jeszcze nie miał okazji się z nimi zapoznać, państwo Osbourne bowiem dopiero się sprowadzili, jednak sama profesja nowego sąsiada budziła zaufanie i przywoływała wizję absolutnego gentlemana. Pani Wildgoose była szacowną wdową, dbającą o swą reputację i za nic nie zgodziłaby się gotować komuś, kto nie był gentlemanem, żonatym, rzecz jasna, z prawdziwą damą.
Pani Wildgoose zebrała się w sobie i otworzyła drewnianą furtkę, która zakolebała się na zawiasach i zaskrzypiała w sposób potworny. Ponieważ jednak było piękne, słoneczne, lipcowe popołudnie, przeraźliwy ów dźwięk nie wywołał należytego efektu grozy. Za to stwór, który panią Wildgoose powitał za furtką – owszem.
Z ganku zerwał się nadnaturalnych rozmiarów czarny kot i zaczął się ocierać z lubością o nogi szacownej wdowy.
– Choćbym szła ciemną doliną – zadeklamowała lekko drżącym głosem. – A pódziesz! Psik, ty pomiocie szatana!
Weszła na ganek i zastukała do drzwi frontowych. Odpowiedziała jej głucha cisza.
– Mrau? – zapytał pomiot szatana i tryknął panią Wildgoose łbem w nogę.
– Bo wezwę pastora! – zagroziła. – On wie, co się robi z czartami!
Opędzając się od piekielnego kociska, pani Wildgoose pomaszerowała na podwórze, z którego dobiegły ją jakieś głosy. Ktoś tam był i stukał raźno młotkiem.
I śpiewał.
– Bo mu, bo mu, bo mucha jest na rzepie! – buczał ponury bas, kontrapunktując śpiew uderzeniami młotka.
– Więc wy, więc wy, więc wywalajcie ślepie! – odpowiadał mu nieco stłumiony alt.
Pani Wildgoose, wiedziona tymi głosami, wkroczyła na podwórze. Na dachu stajni siedział okrakiem jakiś mężczyzna we flanelowej koszuli i roboczych portkach, odrywając stare łupki i wstawiając nowe. To on śpiewał basem, z głębin kurnika zaś, z którego otwartych drzwi wydobywał się imponujący obłok kurzu, wtórowała mu jakaś kobieta.
– By nie, by nie, by nie mieć much na rzepieeeee! – Duet wyśpiewywał radośnie refren starej angielskiej piosenki.
– Przepraszam – odezwała się wdowa Wildgoose. – Przepraszam bardzo!
Człowiek na dachu spojrzał na nią ciemnymi oczyma. No nie, to nie mógł być kapitan kawalerii. Ostrzyżony przy skórze, ogorzały, z bliznami przecinającymi twarz, bardziej pasował do listu gończego niż do jakiegokolwiek salonu.
– Gdzie znajdę panią kapitanową Osbourne? – zapytała pani Wildgoose niepewnie.
– Effie! – zagrzmiał obwieś z dachu. – Do ciebie!
– Już idę! – odpowiedziała śpiewaczka z kurnika.
Z kłębów kurzu wyłoniła się niska kobieta w drelichowej, granatowej spódnicy upstrzonej paprochami i słomą oraz, co napełniło serce pani Wildgoose czystą zgrozą, w męskiej, pasiastej, flanelowej koszuli, niemal identycznej jak ta, którą miał na sobie obwieś z dachu. W splecionych w warkocz włosach miała pajęczyny i jeszcze więcej słomy niż na spódnicy.
– Wybaczy pani strój, ale czyszczę właśnie kurnik – rzekła ta dziwaczna osoba, przecierając rąbkiem koszuli zakurzone okulary. – Kury już kupione, mają dowieźć lada chwila. Pani może w sprawie posady?
Szacowna wdowa Wildgoose zamrugała, jakby chcąc upewnić się, że dobrze widzi.
– Pani jest kapitanową Osbourne? – zapytała ze zdumieniem.
– Tak, to ja, Effie Osbourne – odparła uprzejmie kobieta, strzepując jednocześnie słomę ze spódnicy. – A ten tam na dachu to mój mąż, Winston. Wejdźmy może do domu, napijemy się herbaty i porozmawiamy. Winnie, złaź stamtąd, trzeba coś zjeść w końcu!
Kompletnie osłupiała pani Wildgoose spojrzała na obwiesia, który właśnie zsuwał się po połaci dachu w kierunku przystawionej do jego krawędzi drabiny.
– Ka… ka… kapitan Osbourne? – zapytała. – To jest kapitan?
– Mrau – odpowiedział pomiot szatana pod jej nogami.
– Lewiatan, zostaw panią, grzecznie proszę – rzuciła kapitanowa obwiesiowa i energicznie strzepnęła słomę z warkocza.
– O, Boże wszechmogący – jęknęła pani Wildgoose. Nie tak wyobrażała sobie potencjalnych chlebodawców.
W tym momencie kapitan odwrócił się, by wejść na drabinę i w słońcu zabłysła jaskrawa czerwień łaty na siedzeniu jego roboczych portek, bez wątpienia wyciętej z jakiegoś obrusa.
– No nie, to już przekracza wszelkie granice – stęknęła wdowa. – To nie na moje nerwy, ja tego nie wytrzymam! Żeby gentleman chodził z obrusem na zadku! Nie, nigdy, ja tu nie będę pracować, za nic!
– Mrrrrruuu? – zdziwił się niezmiernie Lewiatan.
– Choćbym szła ciemną doliną, zła się nie ulęknę! – wrzasnęła wdowa. – Precz, szatanie!
Podkasała obfite spódnice swej czarnej sukni i ruszyła galopem, który zupełnie nie przystawał szacownej wdowie, przez bramę i drogą w dół, ku dolinie i płynącej w niej rzece.
– Diabli i oberwańcy! – wrzeszczała gniewnie. – Za nic!
Effie spojrzała na swego męża, który właśnie znalazł się na stałym gruncie.
– I spłoszyłeś nam kolejną pomoc domową – westchnęła.
– Nie rozumiem tych kobiet – mruknął Winston. – Mam wkładać do roboty w podwórku frak i spodnie z lampasami?
– Nie zapomnij o cylindrze, skarbie. – Effie cmoknęła go czule w ucho, po czym kichnęła, szczęśliwie w rękaw. – Rany, ta zetlała słoma mnie wykończy. Ostatnia kura mieszkała w tym kurniku chyba za Wilhelma Zdobywcy.
– Proponujecie tu starszym paniom pieczone niemowlęta na lunch? – zapytał znajomy głos. – Ta biedna kobiecina deklamowała w biegu wszystkie modlitwy znane ludzkości.
– Harry! – zakrzyknął uradowany Winston.
– A nie miałeś być na Dalekim Wschodzie? – zdziwiła się Effie.
Harry Joyce wyszedł z cienia rozłożystej lipy, demonstrując wybladłe i chude oblicze.
– Miałem, nawet pojechałem, ale dopadło mnie jakieś zakaźne paskudztwo i nieźle przetrzepało – wyjaśnił. – Pomyślałem więc…
– Że świeże powietrze i wiejskie żarcie prosto z Yorkshire świetnie ci zrobią. – Winston wyszczerzył się radośnie od ucha do ucha. – Dobrze cię widzieć.
Effie ogarnęła Joyce’a spojrzeniem od stóp do głów.
– No, faktycznie cię przetrzepało – stwierdziła krytycznie. – Chudy jak wykałaczka. Trzeba będzie nad tobą solidnie popracować.
Objęli go oboje równocześnie.
– Wiedziałem, gdzie przyjechać – mruknął cicho.
– Tylko ostrzegam, dom jest jednym wielkim pobojowiskiem – poinformowała Effie. – Jak mogłeś się przekonać, unikalne wyczucie mody demonstrowane przez mego małżonka doprowadza kandydatki na pomoce domowe do łez, histerii i paniki, a pogłoski o duchach nie pomagają, w związku z czym nie udało mi się jeszcze nikogo zatrudnić.
Harry spojrzał wymownie na flanelową koszulę Effie.
– Twoje wyczucie mody, jak widzę, wcale nie jest gorsze – rzekł z szatańskim uśmiechem. – Ale słuchajcie, kuchnia wam działa?
Effie i Winston spojrzeli na siebie.
– Nie no, jasne, kuchnię ogarnęliśmy na samym początku – zaśmiał się Winston. – Chodź, napijemy się herbaty i zjemy coś wreszcie.
Kuchnia była przestronnym, długim pomieszczeniem, na którego środku dumnie rozpierał się przysadzisty, wiktoriański stół na toczonych nogach; mogło przy nim swobodnie usiąść osiem osób. Teraz zasiadły trzy, z parującymi kubkami herbaty. Effie rozłożyła fajansowe talerze, Winston krajał grube pajdy chleba.
– Proszę bardzo, masło, dżem, dżemu mamy cały wagon, z własnej spiżarni ciotki Augusty. – Effie grzebała w czeluściach potężnego kredensu. – Do wyboru śliwkowy, porzeczkowy, jabłkowy. O! I nawet morelowy jest. Sery pan sobie życzy? Też mamy mnóstwo, bo byłam na targu niedawno i jeszcze wszystkiego nie pożarłam. Jak chcesz coś z wędlin, to też się znajdzie.
Joyce, nader skromnie, zadowolił się dżemem.
– Dobra, to gadaj, czemu jesteś tu, a nie w Tybecie – zażądał Winnie.
– Mówiłem przecież, choroba – westchnął Joyce melancholijnie. – Wyjechałem zaraz po waszym ślubie, w styczniu. Po drodze, w Indiach, złapałem jakąś bakterię z tych… – Spojrzał na jedzenie na stole. – Z tych, co to nie będę przy jedzeniu wyszczególniał, co człowiekowi robią, ale sami rozumiecie – dokończył.
– Rozumiemy, też to przerabiałem w Indiach – odparł Winston ze współczuciem.
– No to wiesz też, że zachorować to jeszcze nie tragedia, gorzej trafić na konowała – mruknął Joyce. – Ja trafiłem, jak mnie zaczął leczyć, to jeszcze się nie mogę po tym pozbierać. Uciekłem ze szpitala i wróciłem na łono ojczyzny.
– Cioteczka się bardzo ucieszy – oznajmiła Effie, nieco niewyraźnie, bo z pełnymi ustami. – Może nie z twojej aktualnej kondycji…
– A spodziewamy się cioteczki? – zdziwił się nieco Winston.
– No właśnie chciałam podsunąć pod obrady wniosek, żeby pchnąć do ciotki szybki telegram. – Effie podrapała się po nosie z zakłopotaniem i pociągnęła łyk herbaty. – Potrzebujemy dobrej, odpowiedzialnej gospodyni, która nie będzie bała się duchów. Ani twoich portek.
– Znając panią Augustę, wynajdzie wam taką, której duchy się będą bały – zaśmiał się Joyce. – A właśnie, macie tu duchy?
– Podobno tak – mruknął Winston. – Jeszcze żadnego nie spotkałem.
– Jakaś szalenie romantyczna historia – rzekła Effie z przekąsem. – Co to on kochał ją, ona jego nie i wyszła za innego, więc on ją udusił na wrzosowiskach, a teraz jej duch łazi nam po domu w ramach pokuty.
– Ona pokutuje? – Joyce uniósł brew. – Za co właściwie?
– Gdyż odrzuciła onego dla majątku ówczesnego posiadacza tego uroczego domostwa – wyjaśniła Effie. – Nie patrz tak na mnie, Harry, ja tych historii nie wymyślam.
– Ja też nie – odżegnał się stanowczo Winston.
– Miau? – Lewiatan znienacka wylądował pośrodku stołu ze szczerym zamiarem zawładnięcia deską serów.
– Słuchaj, stary, dam ci sera, ale na podłodze – zaproponował Joyce, drapiąc go za uchem. – Wolałbym nie mieć twoich kłaków w herbacie. Ani w maśle.
Lewiatan dał się bez kłopotu przekonać do zmiany miejsca pobytu, ukontentowany hojną porcją sera, jaką dostał od Joyce’a.
– A to wszystko przez kogoś, kto tu mieszkał kilkaset lat temu – dokończyła Effie. – Podobno czarownik albo czarownica, podobno spisano cyrograf i od tej pory na tym miejscu ciąży klątwa.
– Dlatego tak długo nikt go nie chciał kupić – dodał Winston. – Poprzedni właściciele wyprowadzili się, nie zabierając prawie nic, oficjalnie dlatego, że im klimat nie służył, nieoficjalnie wypłoszyły ich stąd duchy. Albo może diabły, nie będę się upierał.
– Stąd drobny problem z zatrudnieniem gospodyni – westchnęła Effie. – I pomysł, żeby wezwać ciotkę na pomoc.
– Zna sytuację? – spytał Joyce.
– Zna. – Effie i Winston odpowiedzieli chórem.
– Nie wiem, na co wy jeszcze czekacie. – Harry Joyce wzruszył ramionami.
– Postanowione zatem – oznajmił Winston. – Jutro i tak muszę jechać do Richmond, więc przy okazji pchnę telegram do ciotki.
– No i dobrze, przynajmniej coś będzie z głowy – westchnęła Effie. – Mam straszliwe ilości roboty i zdecydowanie za mało rąk. Na przykład pranie. Zostało mnóstwo pięknej bielizny pościelowej i stołowej po naszych poprzednikach albo poprzednich poprzednikach…
– Jakich poprzednich poprzednikach? – zaciekawił się Harry.
– Tych od duszonych panien młodych – mruknął Winston, pakując do ust niemal połowę pajdy z dżemem morelowym.
– Tutaj całe lata nikt nie mieszkał – wyjaśniła Effie. – To znaczy w domu. Poprzednik naszych poprzedników wynajął takiego jednego, który mieszkał przy stajni, tam jest taki pokoik jakby, dla parobków, i pilnował wszystkiego, a raz w miesiącu przychodziła kobieta z Birkholme i odkurzała dom.
– Umarła na serce – dorzucił Winnie. – Na drodze, jak się schodzi do wsi.
– Albo jak się podchodzi do nas, zależy z której strony patrzysz – uzupełniła jego żona. – Z tego, co wiem, a już zrobiłam delikatne rozpoznanie, ta kobieta była niemłoda i dosyć zażywna, więc pewnie po prostu dostała zawału z wysiłku, ale…
– Ale, no właśnie – dokończył Winston. – Okolica oczywiście przypisała ten zgon duchowi.
– Jakiś czas później właściciel, a może to był już spadkobierca tego właściciela… – relacjonowała dalej Effie. – Nieważne, w każdym razie zdecydowano się sprzedać Limewood, gość ze stajni się wyprowadził, podobno z ulgą, a wprowadzili się poprzednicy.
– I po niedługim czasie uciekli z krzykiem. – Winnie westchnął smętnie. – Piękne miejsce, pastwiska, że miód na serce, a ludzie się boją duchów. Gdyby nie to, że jeden z chłopaków z mojego pułku akurat szukał roboty, zostałbym bez parobka. Czy tam stajennego, jak zwał, tak zwał.
– A ja mam zwały pościeli i obrusów po poprzednikach, o firanach i zasłonach nie wspomnę – wtrąciła się Effie. – Nie mam za to osoby, która by mi to zechciała wyprać. Mam zwały ciuchów w pięciu sypialniach, plus to, co wyniosłam z naszej, trzeba to posortować: co do zatrzymania, co na szmaty, co oddać, a ja nie mam czasu. Ba, kochany, poniewierają mi się tu nawet tony papierzysk, nie naszych, i też nie ma komu tego ogarnąć.
– O, à propos prania. – Winston przykucnął przy miedzianym obmurowanym kotle do grzania wody i zajrzał do paleniska. – Trzeba tu rozpalić. Wszyscy będą chcieli się kąpać.
Joyce ze zdumieniem spojrzał na kocioł.
– Nie macie bojlera?
– Nie mamy. – Effie podniosła się od stołu i przeciągnęła. – Jest przepiękna łazienka, cała w drewnie, w niej tron, podpięty do czego trzeba, i wanna godna samego króla, ale leci do niej wyłącznie zimna woda.
– Elektryki też nie ma – mruknął Winston i dmuchnął w żar.
– Wygląda to trochę tak, jakby ktoś zaczął remont i przerwał w połowie. – Effie rozłożyła ręce.
Joyce podrapał się po głowie.
– Może się rozproszył nieco tą uduszoną narzeczoną? – podsunął. – Dobra, dacie mi coś do roboty?
– Na początek nalej wody do kotła – rzekł Winston. – Na dach cię nie zaproszę, bo cię wiatr stamtąd zdmuchnie, ale trzeba zbić gniazda i grzędy do kurnika. Żerdzie i deski są przygotowane, Effie ci wszystko pokaże.
– Mrrru – zgodził się uprzejmie Lewiatan, rozciągając się na uprzątniętym już przez Effie stole.
Reszta dnia minęła niezmiernie pracowicie. Winston dokończył naprawę dachu stajni, Effie usunęła z kurnika resztki zleżałej słomy i obornika, następnie razem z Harrym ustawili zrobione przez niego grzędy i gniazda pod ścianą.
– Pięknie – doceniła Effie. – Moja dwudziestka sussexów będzie tu miała jak w raju, jutro jeszcze pobielę tylko kurnik. Dzięki, Harry, spisałeś się na medal.
Woda również zagrzała się na medal, zatem do obiadu wszyscy zasiedli świeżutcy i pachnący. Posiłek był dosyć skromny, złożony z jaj na boczku, chleba oraz czegoś, co Effie wydobyła z kamionkowego słoja na talerz i z miną konspiratorki postawiła na stole.
– Rany boskie, małosolne ogórki! – rozmaślił się ze szczęścia Harry. – Uwielbiam! Ostatni raz jadłem je w Rosji, wieki temu!
Winnie chrupał z błogim wyrazem twarzy.
– Też uwielbiam – rzekł radośnie. – Kiedy Effie je zrobiła pierwszy raz, zdziwiłem się, że moja nieoceniona żona robi zepsute ogórki i jeszcze każe mi je jeść. Ale jak spróbowałem…
Z wyrazem niebiańskiego zachwytu na ogorzałym obliczu wpakował sobie resztę ogórka do ust.
Effie promieniała dumą.
– Dostałam przepis od pani Danefeldt, gospodyni ciotki Emilii – powiedziała. – W zeszłym roku, jak odwiedzałyśmy ją z ciotką Augustą w Nowym Jorku. A w prezencie ślubnym przysłała mi przepis na polski chleb na zakwasie.
Harry Joyce wyglądał jak człowiek, przed którym otwarły się bramy raju.
– Powiedz, że upieczesz taki chleb, a będę cię wielbić do końca życia! – oznajmił ogniście.
– Joyce, hamuj się. – Winston zaczął się śmiać. – Od wielbienia Effie to ja tu jestem!
– Choremu zabronisz? – Harry udał, że się obraża, i ostentacyjnie odwrócił się od stołu.
Coś czarnego natychmiast znalazło się na blacie, usiłując się zająć zawartością talerza Joyce’a.
– Lewiatan! – krzyknęli unisono Winnie i Effie.
Kot podniósł na nich żółte ślepia i zrobił minę niewiniątka.
– Miau?
Po dość pracowitym dniu i obfitym posiłku wciąż jeszcze osłabionemu Harry’emu oczy zaczęły się kleić bardzo szybko. Effie posłała gościowi w narożnym pokoju, naprzeciw małżeńskiej sypialni Osbourne’ów. Szafa na szczęście nie była zbyt zapchana; wypełniały ją głównie stare futra i palta, które zostały bezceremonialnie ciśnięte na łóżko w pierwszym z pustych pokojów, a było ich w sumie sześć. Joyce rozpakował swoją walizkę, przebrał się w niebieską jedwabną piżamę, haftowaną w chińskie smoki i nieoczekiwany bukiet angielskiego kwiecia na kolanie wpełzł pod pierzynę o rozmiarach średniego wzgórza i zasnął jak głaz.
Obudziła go zwykła potrzeba fizjologiczna, wypite do kolacji piwo dawało o sobie znać. Po cichutku, nie zapalając lampy na korytarzu, poszedł do łazienki, starając się przy tym nie skrzypieć podłogą. Nie było to łatwe, ponieważ zrobiona była, podobnie jak schody, ze świerka, a drewno świerkowe ma wybitną tendencję do wydawania z siebie upiornych pisków, jęków i wizgów przy najmniejszym nawet nacisku. Jakoś udało mu się uniknąć tej muzyki podczas marszu do łazienki, dopiero gdy stąpnął na jej próg, zrobił to zbyt nieuważnie i drewno ponuro zaskrzypiało. Oblał się zimnym potem, a jego sfatygowane świeżo przebytą chorobą serce zaczęło łomotać jak szalone, tak, że musiał chwilę odpocząć.
Zirytowało go to niepomiernie. Nie był przyzwyczajony do tego, by ciało odmawiało mu posłuszeństwa; do tej pory cieszył się żelaznym zdrowiem i takimż żołądkiem, a tu, proszę, jeden fatalny posiłek w tropikach i co? Ruina. Po prostu ruina.
Tak dywagując, odbył wizytę w łazience, po czym zadecydował, że ogórki małosolne są bardzo zdrowe i z całą pewnością świetnie robią na serce, zatem koniecznie powinien jednego zjeść. Zaciskając zęby, zszedł zatem na parter, wkroczył do zalanej blaskiem księżyca kuchni, widelcem wyłowił zręcznie ogórka ze słoja i jął go z upodobaniem spożywać, zapatrzywszy się w krajobraz za potrójnym kuchennym oknem.
Krajobraz nie był zbyt imponujący, składał się bowiem na niego murek ogradzający ogród warzywny, kawałek rzeczonego ogrodu, raczej zaniedbanego, rosochate korony drzew owocowych w sadzie za warzywnikiem i wznoszące się nad nie zbocze pagórka, ze ścieżką na wrzosowiska. Wysrebrzony światłem księżyca wyglądał całkiem ładnie, a nawet romantycznie.
Romantycznie?
Harry, który przez większość życia szczycił się swoją niezależnością, wolnością i zupełnym brakiem romantycznych myśli, skarcił się teraz w duchu. Co też mu do głowy przychodziło, doprawdy. Romantyczny krajobraz, też coś. Ugryzł ogórka z głośnym chrupnięciem, które podniosło go na duchu swoją rzeczowością.
I zamarł.
Koło furtki wiodącej z warzywnika do sadu stała, wyraźnie widoczna w świetle księżyca, biała postać.
Harry pospiesznie wepchnął do ust resztę ogórka, po czym przetarł oczy. Postać dalej tam była, ale teraz się przemieszczała, by zniknąć za furtką, w głębokim cieniu sadu.
– Jestem racjonalistą, cholera! – zawarczał Joyce, wypadając na zewnątrz przez kuchenne drzwi. Owiał go chłód, noce w Yorkshire nader rzadko bywały upalne, Harry jednak nie zwrócił na to uwagi, pędząc ile sił w nogach poprzez warzywnik.
Przy furtce stanął jak wryty. Z ciemności w sadzie niósł się ku niemu głos, słodki srebrny sopran, śpiewający smutną ludową piosenkę:
Różo, płatki twe jak krew
A w lubego sercu gniew
Inny uwiózł ciebie w dal
w sercu tylko gniew i żal.
Biała dama z Limewood była najwyraźniej muzykalna, ale muzykalne halucynacje, bo w duchy, jako racjonalista, nie wierzył, to stanowczo za dużo jak na jego nadwerężone zdrowie. Dlatego właśnie Harry zachował się jak kompletny półgłówek, otworzył z głośnym skrzypnięciem furtkę i odezwał się głośno i stanowczo:
– Jest tam kto?
Biała dama wydała z siebie okrzyk przerażenia, po czym, zamiast zniknąć, jak na porządnego ducha przystało, rzuciła się do panicznej ucieczki. Na bladej twarzy Joyce’a wykwitł uśmiech.
Harry nie zadał sobie trudu, by puścić się w pościg za widmem. Przemaszerował spokojnie przez sad aż do furtki, w której znikła biała dama, obejrzał ziemię i z satysfakcją odkrył odciśnięte w niej ślady butów, niewątpliwie damskich. Wyjrzał na ścieżkę, zobaczył białą damę mozolnie pnącą się w górę wzgórza, a bliżej na ścieżce jakiś przedmiot, lśniący bielą w świetle księżyca.
Podniósł go. Biała, niciana damska rękawiczka w dobrym gatunku, do tego pachniała… tak, pachniała perfumami. Fiołki?
Powąchał rękawiczkę jeszcze raz.
Zdecydowanie fiołki.
No, no.
Jego nudna rekonwalescencja na głuchej wsi właśnie przestała być nudna.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ
Rozdział 1
Fiołkowa dama
Rozdział 2
Diabli nadali
Rozdział 3
Cudaki z krzywego drzewna
Rozdział 4
Pastor i czterdziestu rozbójników
Rozdział 5
Siła fachowa
Rozdział 6
Fircyk w czerwieni
Rozdział 7
Herbatka z atrakcjami
Rozdział 8
Pewne rzeczy
Rozdział 9
Ballady, romanse i rodzinne niuanse
Rozdział 10
W ciemnościach
Rozdział 11
Głupie czułe serduszka
Rozdział 12
Macanki i przytulanki
Rozdział 13
Czarownica
Rozdział 14
Diabelski kocioł
Rozdział 15
Ku jasności
Rozdział 16
Palec losu
Rozdział 17
Minerva
Epilog
