Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Nie każda historia chce być opowiedziana do końca. Nie każda kończy się ulgą. „Zabójcze migawki” to zbiór krótkich, bezlitosnych opowiadań grozy — jak błysk flesza w ciemnym pokoju. Chwila wystarczy, by zobaczyć za dużo. A potem już nie da się zapomnieć. Tu nie ma bohaterów do pokochania ani bezpiecznych zakończeń. Są wybory, które zapadają w pamięć. Cisza, która trwa zbyt długo. I mrok, który nie zawsze czai się na zewnątrz. Każda migawka to osobna historia — zamknięta, duszna, niepokojąca. Zbyt intensywna, by spokojnie po niej zasnąć. Jeśli szukasz grozy, która nie krzyczy, tylko szeptem wbija się pod skórę — ta książka jest dla Ciebie. A jeśli nie… lepiej nie gaś światła.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 69
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Magdalena Kinga Tereszczuk
Zabójcze migawki
First published by Magdalena Kinga Tereszczuk Biblioteka Półcienia 2026
Copyright © 2026 by Magdalena Kinga Tereszczuk
All rights reserved. No part of this publication may be reproduced, stored or transmitted in any form or by any means, electronic, mechanical, photocopying, recording, scanning, or otherwise without written permission from the publisher. It is illegal to copy this book, post it to a website, or distribute it by any other means without permission.
First edition
ISBN: 978-83-976049-4-0
This book was professionally typeset on Reedsy Find out more at reedsy.com
Acknowledgments
Prologue
Mgła
Twarze w oknie
Inwentaryzacja cienia
Postać na progu
Ludzka układanka
Skrzydła
Sławojka
Buty w przedpokoju
Porcelanowa lalka
Rękawica
Stary zegar
Zniszczona fotografia
Szklanka
Postać w lustrze
Puste ławki w klasie
Maski na strychu
Mgła w pokoju
Szept w korytarzu
Dziecko w oknie
Cień w kącie pokoju
Postać w lustrze
Gość z mgły
Dym, który się uśmiecha
Postać z obrazu
Twarz w wodzie
Zwierzę z innego wymiaru
Niewidzialna ręka
Pająki
Portret Cyrulika
Szafa w pokoju 312
Krew
Kawałek podłogi
Kanapa
Lampka nocna
Zabójczy patronat
About the Author
Also by Magdalena Kinga Tereszczuk
„Zabójcze migawki” nie są jedynie zbiorem opowiadań. Są splotem odwagi, wrażliwości i gotowości, by zajrzeć tam, gdzie zwykle odwraca się wzrok. Dlatego te podziękowania nie są formalnością — są koniecznością.
Dziękuję Patronom, którzy zdecydowali się wejść ze mną w mrok. Którzy nie bali się trudnych tematów, ciszy między słowami, emocji niewygodnych i prawd, które bolą. To dzięki Wam te historie oddychają, pulsują i zostawiają ślad — niekiedy delikatny, niekiedy brutalny, ale zawsze prawdziwy.
Wasze wsparcie nie było jedynie gestem. Było aktem zaufania, współtworzenia i obecności. Każda „migawka” nosi w sobie echo Waszej uważności, Waszych reakcji, rozmów, inspiracji. Bez Was ten zbiór byłby tylko cieniem tego, czym się stał.
Dziękuję za to, że nie uciekliście. Że zostaliście do końca. Że pozwoliliście tym historiom istnieć — i żyć dalej w sobie.
Szczególne podziękowania kieruję do Sławka za czujne oko i wskazanie kilku błędów w „Zabójczych migawkach” — ta uważność realnie pomogła uczynić ten zbiór lepszym.
To jest również Wasza książka.
Ta książka nie powstała po to, by dawać ukojenie. Nie znajdziesz tu nadziei, światła ani obietnicy, że „wszystko będzie dobrze”.
Zabójcze migawki to zbiór historii, które zaglądają tam, gdzie zwykle odwracamy wzrok. Opowiadają o depresji, samotności, samobójstwie, morderstwie, śmierci i stracie bliskich. O momentach, które trwają zaledwie chwilę — a zostają w człowieku na zawsze. To krótkie błyski grozy i rozpaczy. Migawki, które ranią.
Nie są to opowiadania dla osób o słabych nerwach.
Nie są to historie „ku przestrodze” ani literacka rozrywka na spokojny wieczór. To teksty, które mają niepokoić, uwierać, zostawiać ślad. Każda z tych historii kończy się tam, gdzie kończy się komfort czytelnika.
Jeśli masz mniej niż osiemnaście lat — nie przewracaj kolejnej strony.
Jeśli jesteś wrażliwy na tematykę przemocy, śmierci lub zdrowia psychicznego — odłóż tę książkę.
Jeśli szukasz szczęśliwych zakończeń — nie znajdziesz ich tutaj.
Czytasz na własną odpowiedzialność.
Bohaterowie tych opowiadań nie zostają ocaleni. Nie zawsze dostają wybór. Czasem przegrywają z własnym umysłem, czasem z drugim człowiekiem, a czasem z czymś, czego nie potrafią nawet nazwać. Nie ma tu morałów. Jest tylko prawda — brudna, bolesna i niewygodna.
Zabójcze migawki są jak szybkie spojrzenie w cudzą ciemność. Jedno mrugnięcie za długo — i może się okazać, że ta ciemność zaczyna patrzeć na Ciebie.
Jeśli mimo wszystko decydujesz się czytać dalej — zrób to świadomie.
I pamiętaj: nie wszystkie historie powinny być opowiedziane.
Nie wszystkie — przeczytane.
Pojawiła się nad ranem, bez zapowiedzi. Gęsta, nienaturalnie biała, jakby ktoś wylał mleko na miasto. Otulała ulice, wlewała się w bramy, wspinała po schodach kamienic. W radiu mówiono o „zjawisku pogodowym”, ale nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego mgła nie unosiła się, tylko pełzła.
Pierwszy zniknął listonosz. Wszedł w nią na rogu ulicy i przestał istnieć. Nie było krzyku. Nie było śladów. Tylko torba, która po chwili wypadła z białej pustki i osunęła się na chodnik.
Ludzie zaczęli zamykać okna i drzwi. Z góry obserwowali, jak ci, którzy się spóźnili albo nie uwierzyli w ostrzeżenia, znikają jeden po drugim. Mgła nie była jednolita — falowała, pulsowała, jakby oddychała. Czasem można było dostrzec w niej zarys sylwetki. Rękę. Twarz rozciągniętą w niemym krzyku.
Anna stała przy oknie na trzecim piętrze. Widziała, jak sąsiad z naprzeciwka wychodzi z klatki, machając telefonem. Wszedł w mgłę po pas. Po pierś. Po szyję. Przez ułamek sekundy spojrzał w jej stronę, jakby coś zrozumiał. Potem zniknął.
Mgła zaczęła się zbliżać do budynków. Przeciskała się przez szpary, wślizgiwała pod drzwi. W mieszkaniu zrobiło się zimno. Anna cofnęła się, czując wilgoć na kostkach. Z mgły dobiegał cichy dźwięk — coś pomiędzy szeptem a mlaskaniem.
Drzwi wejściowe pękły.
Biała masa wdarła się do środka, oplatając jej nogi, biodra, klatkę piersiową. Próbowała krzyczeć, ale mgła wlała się do jej ust. Była lepka, ciężka, pełna obcych oddechów.
Ostatnie, co zobaczyła, to twarze. Setki twarzy unoszących się w bieli.
Miasto ucichło.
Gdy mgła opadła, ulice były puste. Tylko ona została. W ukryciu. Czekając na kolejnych.
Kris i Lena długo szukali domu, w którym mogliby zacząć wspólne życie. Ograniczony budżet zmuszał ich do przeglądania ofert z rynku wtórnego — takich, które inni omijali szerokim łukiem. W końcu znaleźli niewielki domek obłożony sidingiem, niegdyś białym, dziś zazielenionym od glonów. Czerwony dach kontrastował z brudną, zapadniętą elewacją. W środku panował chaos i zapach stęchlizny, ale dom nadawał się do zamieszkania. Remonty mogli robić powoli, pomieszczenie po pomieszczeniu.
Gdy podjechali za samochodem firmy przeprowadzkowej, Lena nagle ścisnęła ramię Krisa.
— Mam wrażenie, że ktoś stoi w oknie na piętrze.
Spojrzał tam, gdzie wskazywała. Niczego nie zobaczył.
— To pewnie tylko odbicie — rzucił lekko.
Lena nie była przekonana, ale weszli do środka. Rozładunek przebiegł sprawnie. Po odjeździe ekipy zostali sami, szczęśliwi, zmęczeni i podekscytowani. Wieczorem padli na łóżko i zasnęli twardym snem.
Rano w salonie czekała na nich wiadomość.
Na ścianie, nieregularnymi literami, widniał napis: ODEJDŹCIE. Czerwień była ciemna, jak zaschnięta krew.
Lena spanikowała, mówiąc o włamaniu lub kimś, kto nadal tu mieszka. Kris próbował ją uspokoić — stwierdził, że dom stał pusty, mogli wcześniej tego nie zauważyć. Jego słowa nie przyniosły ulgi. Strach zaczął wrastać w ściany.
Kolejnej nocy Lena nie mogła zasnąć. W ciszy usłyszała skrzypienie desek na korytarzu. Ostrożnie, boso, wyszła z sypialni. W mroku nie było nikogo.
Poczuła nagle zimny dotyk na szyi.
Chwilę później ciepło rozlało się po jej ciele. Krew spłynęła na podłogę. Próbowała zrozumieć, co się dzieje, ale jej ciało osunęło się bezwładnie z głuchym łoskotem.
Dźwięk obudził Krisa.
Otworzył oczy i zobaczył sylwetkę stojącą nad łóżkiem. Twarz była znajoma. Zbyt znajoma.
— Mieliście odejść — wychrypiał kształt.
Błysk ostrza.
A potem całkowita ciemność.
Po przejściu na emeryturę Aurelia i Ludomił zainwestowali oszczędności swojego życia i kupili starą posiadłość na skraju lasu — dom z grubymi murami, wysokimi sufitami i historią, o której nikt nie chciał mówić wprost. Zatrudnili specjalistę: inżyniera, który miał zbadać stan techniczny budynku, zaproponować niezbędne remonty i przygotować wizualizacje nowych wnętrz.
Na kilka dni mężczyzna, młody, barczysty z bujną czarną brodą, wyglądający bardziej jak drwal niż inspektor budowlany, wprowadził się do domu, by móc pracować bez pośpiechu. Pierwszego dnia nic nie wzbudziło jego niepokoju. Skrzypienie desek, zapach wilgoci, stare instalacje — wszystko dało się logicznie wyjaśnić.
Wieczorem jednak zauważył coś dziwnego.
Cienie w domu poruszały się inaczej, niż powinny. Sunęły po ścianach i podłogach, oddzielone od przedmiotów, które rzekomo je rzucały. Przemykały korytarzami, znikały za drzwiami, by po chwili pojawić się gdzie indziej. Mężczyzna wmawiał sobie zmęczenie.
Kolejne dni były gorsze.
Cienie gęstniały, wydłużały się, splatały ze sobą. W nocy słyszał szelest, jakby coś sunęło tuż przy podłodze. Gdy zapalał światło — wszystko wracało do normy. Prawie wszystko.
Trzeciego dnia zauważył, że jego własny cień zniknął.
Spojrzał pod nogi. Nic. Serce uderzyło mu w piersi z taką siłą, że aż zabrakło tchu.
Poczuł nagłe szarpnięcie.
Upadł na podłogę z krzykiem, który urwał się w połowie. Przed sobą zobaczył własne stopy — odcięte równo, ułożone starannie, jakby ktoś je przygotował do inwentaryzacji.
Kolejne szarpnięcie.
Ręka upadła obok, bezwładna, oderwana jak kończyna starej lalki. Pod nim zaczęła rozlewać się plama szkarlatu, wsiąkając w popękane deski.
Jeszcze jedno.
