Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Druga część mrocznej serii "Triquetra". Gdy granice między światłem a cieniem zacierają się, każdy wybór staje się próbą odwagi, a każdy sekret może kosztować życie. Mirael, obdarzona niezwykłą mocą, wyrusza w niebezpieczną podróż ku Świątyni Żywiołów, by stawić czoła własnym słabościom i odkryć prawdę o swoim dziedzictwie. W świecie, gdzie Wampiry, Serafini i starożytna magia splatają się w mroczny taniec losu, lojalność i miłość bywają równie groźne, jak zaklęcia, a zdrada czai się w najmniej oczekiwanych miejscach. Czy Mirael sprosta wyzwaniom, które wykraczają poza granice zwykłej śmiertelności, czy też świat pogrąży się w chaosie? Pełna napięcia przygoda, mroczny romantyzm i gotycka magia, które wciągną czytelnika od pierwszej strony.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 395
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Magdalena Kinga Tereszczuk
Triquetra II. Zakon Pieczęci
First published by Biblioteka Półcienia 2025
Copyright © 2025 by Magdalena Kinga Tereszczuk
All rights reserved. No part of this publication may be reproduced, stored or transmitted in any form or by any means, electronic, mechanical, photocopying, recording, scanning, or otherwise without written permission from the publisher. It is illegal to copy this book, post it to a website, or distribute it by any other means without permission.
First edition
ISBN: 978-83-976049-3-3
This book was professionally typeset on Reedsy Find out more at reedsy.com
Acknowledgments
Wskrzeszenie
Podróż przez lodowiec uczuć
Świątynia Żywiołów
Wiadomość z ognia i wiatru
Honor w walce
Przeszłość i przyszłość
I mówił językami ziemi
Cierń
Odbicie losu
Świątynne cienie
Bo miłość
Fałszywy prorok
Poplątane losy
Bolesna zdrada
Mało czasu na ratunek
Córka bogów
Ogrody nocą
Wiara w możliwości
Ostatnie dni
Próba magii
Śnieżna strażniczka
Droga większa niż cel
Szukaj sojuszników
Pożegnania i powroty
Tajemnica stróża
…
About the Author
Also by Magdalena Kinga Tereszczuk
Dla Patronów Triquetry —
tych, którzy odważyli się uwierzyć w historię, zanim istniała choć jedna jej opublikowana strona.
Dziękuję Wam za to, że dostrzegliście wartość w opowieści, która była jeszcze tylko cieniem, drgnieniem, niepewną iskierką.
Wasza wiara przyszła pierwsza. Zanim świat mógł ocenić tę historię, zanim ktokolwiek mógł ją przeczytać — Wy już zdecydowaliście, że jest coś warta, że warto ją wspierać, warto ją wypuścić w świat, warto ją nieść dalej, nawet jeśli nie wiedzieliście jeszcze, dokąd to zaprowadzi.
To właśnie ta Wasza niemal szalona odwaga poruszyła mnie najbardziej. Nie wspieraliście tego, co było pewne. Wspieraliście to, co dopiero miało się narodzić. Promowaliście tę historię, choć w dłoniach trzymaliście jedynie obietnicę.
Zanim Triquetra miała swoich pierwszych czytelników, najpierw miała Was — garstkę ludzi, którzy potrafili dostrzec blask w niczym więcej niż mglistym zarysie.
Dziękuję Wam za tę wiarę większą niż słowa, odważniejszą niż wątpliwości i tak silną, że poruszyła tę opowieść do życia.
„W duszy nie gaśnie światło, jeśli czuwa nad nią krew starych rodów. Bo wskrzeszony, kto powraca, nie wraca już ten sam — lecz silniejszy o cień śmierci, który go dotknął. A gdzie rodzi się nowa moc, tam i cień wojny rozpościera swoje skrzydła.”
Kronika Trzech Rodów, księga II, pieśń 14
Granica między życiem a śmiercią bywa tak krucha, że czasem trudno rozpoznać, po której stronie naprawdę stoimy. Istnieją chwile, gdy wydaje się, że tchnienie życia opuściło ciało, a jednak coś w nim trwa — uparta iskra świadomości, wspomnienie, pragnienie, echo miłości, które nie pozwala duszy odejść. Są też istoty, które zdają się żyć, poruszać, oddychać, a jednak ich serca pozostają zimne jak marmur nagrobków — puste powłoki, w których dawno już zgasł żar istnienia.
Życie i śmierć nie są przeciwieństwami, lecz dwiema twarzami tego samego bytu, splecionymi w taniec tak subtelny, że człowiek nie potrafi uchwycić momentu przejścia. Czasem śmierć zaczyna się długo przed końcem ciała, a czasem życie trwa jeszcze po nim, w bólu, tęsknocie i pamięci tych, którzy pozostali.
Miłość jest jedyną siłą, która potrafi przekroczyć tę granicę. To moc niepojęta, w której światło przenika ciemność, a cień wkrada się w blask — nie po to, by go zniszczyć, lecz by przypomnieć, że nic nie istnieje w pełni bez swojego przeciwieństwa. Miłość nie zna granic ani czasu. Wskrzesza to, co zgasło. Przywołuje to, co utracone. Sprawia, że nawet śmierć staje się jedynie przystankiem w nieskończonym kręgu istnienia. To ona popycha nas ku walce, każe stawiać opór losowi, nie godzić się z pustką i rozkładem, jakie niesie przemijanie.
A jednak — czymże jest przeznaczenie, jeśli nie najdoskonalszą iluzją człowieka, jego usprawiedliwieniem dla bezczynności? To maska, za którą kryje się lęk przed wysiłkiem, przed bólem wyboru, przed koniecznością buntu. Przeznaczenie jest wygodnym cieniem, w którym chowamy własną słabość. Dopiero gdy odważymy się sięgnąć po ster naszego losu, gdy zrozumiemy, że każda decyzja, choć okupiona cierpieniem, jest aktem wolności — dopiero wtedy przeznaczenie traci nad nami władzę. Wtedy nawet śmierć staje się czymś, co można oszukać, odsunąć, a może nawet… zrozumieć.
Przyjaźń zaś to inna, cichsza forma miłości. Nie potrzebuje blasku ani dramatycznych przysiąg. Jest jak płomień świecy w mroku — niewielki, lecz niezachwiany. To miłość, która nie oczekuje niczego w zamian, bo sama w sobie jest spełnieniem. Czysta. Pierwotna. Święta. To ona uczy, że obecność drugiego człowieka może być ratunkiem, nawet jeśli nie przynosi cudów. Przyjaźń nie wskrzesza zmarłych, lecz pozwala żywym trwać pomimo śmierci.
I może właśnie w tym tkwi największa tajemnica istnienia — że życie i śmierć, miłość i przyjaźń, los i bunt nie są przeciwieństwami, lecz elementami jednego, wiecznego kręgu, w którym dusza wciąż na nowo szuka drogi do światła.
— Myślałem, że ją straciłem na zawsze… — głos Wiktora zadrżał, a dłoń mimowolnie zacisnęła się na ramieniu dziewczyny. — Mirael, nie wiem, jak mam ci dziękować. Nie rozumiem, co się stało. Liv była martwa… ale to nieważne. Liczy się tylko to, że jest z nami. Że ją odzyskałem…
W jego oczach lśniły łzy. Wiedział, że tylko dzięki przezorności Mirael jego ukochana, choć ciężko doświadczona, wciąż żyje i powoli dochodzi do siebie, leżąc w jego komnacie, owiana ciszą i zapachem wosku ze świec.
— Przeczuwałam, że Liwia może być w niebezpieczeństwie — odparła Mirael spokojnie, choć w jej głosie pobrzmiewał cień zmęczenia. — Serafini rosną w siłę. Rzuciłam potajemnie zaklęcie ochronne, które miało zatrzymać jej duszę, gdyby ciało zostało zniszczone. Dzięki temu mogliśmy je naprawić i przywrócić w nim życie. Będzie potrzebowała czasu, by odzyskać równowagę, ale nic jej już nie grozi.
— Liwia o tym wiedziała?
— A skądże! — Mirael uśmiechnęła się gorzko. — Jest zbyt uparta, by pozwolić się chronić. Gdyby się dowiedziała, wściekłaby się, a potem zaczęłaby drążyć. Nie utrzymałabym tajemnicy. Nie wolno mi było ujawniać, kim naprawdę jestem.
— Rozumiem. I dziękuję, Mirael. Cieszę się, że ty i Miron jesteście po naszej stronie. Walka u boku przyjaciół… będzie łatwiejsza.
Mirael skinęła lekko głową. Wiedziała, że za słowami wdzięczności kryła się świadomość nadchodzącego niebezpieczeństwa. Ona i jej brat pomogli Liwii w pokonaniu wysłanników Serafinów Światła — plugawego zgromadzenia, które podszywając się pod aniołów, niosło ze sobą mrok, śmierć i zepsucie.
Dla Liwii, która przyjęła dary Bractwa Krwi, stając się jedną ze szlachetnych Wampirów — Dzieci Nocy, potomkinią trzech rodów założycieli — była to walka o własną duszę. W jej żyłach płynęła również krew Serafinów, dlatego każde starcie z nimi stawało się dla niej walką z samą sobą. Musiała dokonać wyboru, który rozdzierał ją na pół. Ostatecznie jednak światło w jej wnętrzu zwyciężyło nad mrokiem. Poświęciła życie, by ocalić innych — wybierając jedyną drogę, jaka pozostała. Teraz, gdy jej dusza powróciła do ciała, miała przed sobą trzy miesiące, by odzyskać siły — bogatsza o doświadczenie śmierci i pewność, że ma przyjaciół gotowych oddać za nią wszystko.
Mirael i Miron należeli do rodu Wirellanów — magów, których krew od pokoleń płonęła mocą. Dla Mirael, włączonej do życia Świątyni dopiero po przybyciu do Akademii, był to rok ciężkich prób. Nie wiedziała wcześniej, kim jest. Jej inicjacja zbiegła się z początkiem nowego konfliktu, który po latach spokoju znów rozdarł świat. Rozpoczynała się wojna o światło. Ci, którzy ją wygrają, będą decydować o losie ludzi i istot nocy. Cienie — obrońcy równowagi — zostali powołani, by strzec istnienia przed całkowitym pogrążeniem w mroku.
— Profesorze — odezwała się Mirael, przerywając ciszę, w której rozbrzmiewał tylko trzask ognia w kominku. — Ojciec wysyła mnie i brata do Świątyni Żywiołów na Wyżyny Trewiańskie. Mamy odbyć szkolenie z magii żywiołów. Może pomóc nam w walce, która nadchodzi.
— Mam nadzieję, Mirael, że do tej walki nigdy nie dojdzie… — odpowiedział Wiktor, a jego spojrzenie spowił cień niepokoju.
— Wiem, profesorze. Ale musimy być przygotowani. Kiedy Liwia odzyska siły, również powinna skupić się na szkoleniu. Pokazała, jaką potęgą dysponuje. Jeśli nauczy się ją kontrolować, stanie się potężniejsza niż jakikolwiek mag czy wampir.
Na moment zapadła cisza. Ich spojrzenia spotkały się w milczeniu, w którym kryło się więcej, niż mogły wyrazić słowa. Wiedzieli, jak wielkie znaczenie ma Liwia — dla nich, dla Bractwa, dla świata. I oboje bali się tego samego: że znów może zostać wystawiona na niebezpieczeństwo.
Wiktor skinął głową na pożegnanie. Opuścił pokój, zostawiając Mirael z Mironem, i skierował się ku sypialni, gdzie odpoczywała jego ukochana. Wiedział, że przed nimi czas, który trzeba dobrze wykorzystać — czas rekonwalescencji, nauki i pozornego spokoju. Cisza przed burzą. A burza ta mogła przynieść nie tylko śmierć, ale i koniec świata, jaki znali.
Mirael i Miron opuścili dwór Zamrocze, otulony mgłą i blaskiem pochodni. W powietrzu unosił się zapach wilgoci. Ruszyli w stronę czekającego na nich auta. Za kierownicą siedział ich ojciec — milczący, z twarzą zastygłą w maskę, jakby i on przeczuwał, że ta podróż odmieni wszystko.
— Dlaczego nie wszedłeś z nami? — zapytała Mirael, zapinając pas.
— Jestem tu. To wystarczy — odparł lakonicznie ojciec, nie odwracając wzroku od drogi. — To wasi przyjaciele. Mnie już nie potrzebują.
Samochód powoli zakręcił na podjeździe i ruszył w stronę bramy. Strzeliste okna średniowiecznej rezydencji, niczym oczy pradawnego stwora, wpatrywały się w nich z posępną uwagą, aż w końcu zniknęły między drzewami. Cienie kamiennych wież rozmyły się w szarości, a blask księżyca odbijał się w wilgotnym bruku niczym w tafli martwego jeziora.
Droga do Akademii była wąska i kręta, jakby sama ziemia nie chciała prowadzić tam obcych stóp. Wiła się przez gęsty, pierwotny las, porośnięty dziką roślinnością, której korzenie oplatały skały niczym ramiona śpiących istot. W tej puszczy panowała cisza — nie naturalna, lecz czujna, przesycona oddechem czegoś odwiecznego. Nie było tu ścieżek, ani szlaków spacerowych. Nikt nie wiedział, jakie tajemnice skrywa ta dzika ostoja.
Wyspa Wilczaniec, na której mieściła się Akademia Świętego Jerzego, była miejscem osobliwym — jakby wyrwanym z czasu. Na rozrzuconych wśród lasów wzgórzach wznosiły się dawne rezydencje, dziś zamieszkane przez członków kadry naukowej. Stary zamek i jego warowne zabudowania przekształcono w kompleks uczelniany z bibliotekami i akademikami, lecz duch przeszłości wciąż unosił się w chłodnych korytarzach i potężnych witrażach.
Lasy wokół kampusu do dziś pozostawały zagadką. Choć wytyczono kilka ścieżek dla śmiałków, większość wyspy pozostała nietknięta. Mówiono, że w jej sercu kryją się stworzenia, które pamiętają jeszcze czasy, gdy świat był młody — bestie, o jakich śmiertelni zapomnieli, a które w snach wciąż budzą lęk.
Kiedy dotarli na dziedziniec Akademii, czekała już na nich profesor Duskwiczer. Jej sylwetka, smukła i nieruchoma w świetle pochodni, przypominała posąg wyrzeźbiony z czarnego marmuru.
— Wielki Magu — ojciec Mirael skłonił się oficjalnie.
— Panie Yvenlor — przywitała go chłodno, lecz z należnym szacunkiem. — Jak się miewa Liwia?
— Na chwałę Wielkiej Matki — odparł. — Już lepiej. Powoli odzyskuje siły. Czarnowicz będzie się nią opiekował.
— Dobrze. Niech twoje dzieci się spakują. Jutro odpływają z wyspy. W porcie na północy będą na nie czekać konie. Magowie Świątyni Żywiołów zostali już powiadomieni.
— Tato, nie mówiłeś… — Mirael zaniemówiła, zaskoczona szybkością decyzji.
— Nie wiedziałem, jak prędko uda się wszystko zorganizować — odpowiedział spokojnie. — Im szybciej dotrzecie do Świątyni, tym więcej czasu zyskacie na naukę. Spakujcie się i odpocznijcie. O świcie wyruszacie.
Mirael i Miron bez słowa udali się do swoich pokoi.
W komnacie Mirael panował półmrok. Dziewczyna rozejrzała się uważnie — na biurku wciąż leżało kilka drobiazgów Liwii, których zapomniała spakować: srebrny grzebień, wstążka, niedokończony list. Mirael dotknęła ich delikatnie, jakby bojąc się, że pod palcami rozwieje się wspomnienie. To nie miało znaczenia. Wiedziała, że wrócą. Te rzeczy będą na nie czekały — jak cichy ślad obecności.
Na parapecie, jak zawsze, siedział wielki czarny kruk. Jego pióra połyskiwały w świetle świecy, a guziczkowate oko wpatrywało się w nią z niezrozumiałą inteligencją.
— Wybacz, mały — powiedziała z uśmiechem. — Nie mam dziś mięsa. Musisz sobie poradzić przez jakiś czas. Jak wrócę, znów będę cię rozpieszczać.
Kruk odpowiedział głębokim, donośnym skrzekiem, po czym nastroszył lśniące pióra i otrzepał się, jakby z oburzeniem.
— Też będę za tobą tęsknić, zwierzaku — dodała miękko. — Obiecuję, że gdy wrócę, wymyślę dla ciebie imię. Tyle czasu się znamy, a ja wciąż wołam na ciebie „ptaku”…
Uśmiechnęła się, choć w jej oczach zatańczył cień melancholii. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak bardzo przywiązała się do tego miejsca — i do wszystkiego, co je wypełniało. Do kruka, do zapachu starych ksiąg i wosku w bibliotece, do mgły nad dziedzińcem o świcie, do rozmów z Liwią i nawet do podłego jedzenia w stołówce.
Akademia była dla niej czymś więcej niż miejscem nauki. Była domem. A domy — te prawdziwe — zostawia się zawsze z bólem, który cichnie dopiero wtedy, gdy wie się, że można będzie do nich powrócić.
Wyżyny Trewiańskie — kraina wiecznego mrozu, dokąd Mirael miała wyruszyć wraz z bratem na szkolenie z magii żywiołów — stanowiły najdalej na północ wysunięty skraj Znanego Świata. Tam, gdzie kończyła się mapa, zaczynała się biel. Śniegi nigdy nie ustępowały, a mróz był tak przenikliwy, że potrafił rozszczepić kamień i zatrzymać krew w żyłach. Tylko nieliczni podróżnicy, zahartowani przez los i obeznani z pustką, potrafili przetrwać wyprawę przez te przeklęte ziemie.
Ludzie zamieszkujący północ sprawiali wrażenie, jakby w ich żyłach płynął nie krew, lecz czysty lód. Ich spojrzenia były mętne jak zamarznięte jeziora, a gesty oszczędne, powściągliwe, pozbawione ciepła. Musieli tacy być — tu bowiem każdy błąd, każdy przejaw nieuwagi, mógł oznaczać śmierć. W tym świecie nie istniało przebaczenie, a nawet wiatr zdawał się być nieprzyjacielem człowieka.
Powietrze przeszywało skórę jak tysiące ostrych igieł. Wilgoć zamarzała, zanim zdążyła spaść na ziemię, zamieniając się w szkliste drobiny lodu, które wiatr niósł niczym broń. Wystarczyło spojrzeć w jego stronę, by oślepły oczy i zapłakały krwią. Wszystko tam było zimne, obce, milczące — jakby świat sam chciał się odwrócić od istnienia.
Mirael, choć przerażona, czuła również dziwne podniecenie. W głębi duszy zawsze pragnęła dotknąć tego, co nieznane — zrozumieć, co kryje się za granicą ludzkiego strachu. Miejsce, do którego mieli się udać z Mironem, otaczała aura tajemnicy. Krążyły o nim legendy, niektóre piękne, inne mroczne, a wszystkie niemożliwe do zweryfikowania. Jedno jednak pozostawało pewne — w Świątyni Żywiołów szkolono najpotężniejszych magów północy. Tam rodziły się moce, które mogły odwrócić bieg dziejów.
Dla Mirael i Mirona była to szansa, by nauczyć się panować nad tym, co nieuchwytne — nad samą esencją świata. Oboje czuli, że nadchodzi czas próby. Czas, gdy światło i mrok znów staną naprzeciw siebie, a ich los zostanie zapisany w lodzie i krwi.
Mirael nie miała wątpliwości: wojna była już nieunikniona. Czuła ją w powietrzu, w snach, w każdym drgnieniu ziemi. Świat chylił się ku otchłani, a ona i jej brat musieli znaleźć sposób, by zatrzymać to, co nadciągało.
Spakowała tylko to, co niezbędne. Kilka ubrań, parę książek, notatnik — reszta była zbędnym ciężarem. Wiedziała, że w obliczu mrozu i magii wszystko, co materialne, traci znaczenie. Ciepła odzież i konie miały czekać na nich już na miejscu — w przystani, z której rozpoczną podróż w głąb Wyżyn.
Kiedy pomyślała o drodze, która ich czekała, przez jej ciało przeszedł dreszcz. Nie był to jednak lęk, lecz przeczucie — głęboka świadomość, że ta podróż odmieni ich na zawsze. Wzięła głęboki oddech i położyła się na łóżku. Wokół panował spokój. Tylko świerszcze śpiewały w ogrodzie, a noc oddychała cicho za oknem.
Księżyc wisiał nad światem jak srebrne serce Boga, a jego blask sączył się do izby niczym płynne szkło. Ziarna światła osiadały na podłodze i na włosach Mirael, które w tym blasku przybrały odcień płonącej miedzi. Nietoperze wirowały pośród gwiazd, kreśląc na niebie figury przypominające runy zapomnianych zaklęć. Świat wydawał się śnić.
Ale Mirael nie potrafiła zasnąć. Wspomnienia ostatnich dni nawiedzały ją jak cienie. Bitwa o duszę Liwii, sprawiła, że zrozumiała, że życie i śmierć oddziela jedynie oddech. Po raz pierwszy pojęła, że nawet ci, którzy służą Światłu, mogą upaść, a ci, których dotknął Cień, mogą pragnąć zbawienia.
Była drobną, smukłą dziewczyną o oczach w kolorze liści obmytych deszczem. Jej włosy, ciężkie i kręcone, przypominały ogień. Była w niej łagodność, która potrafiła rozproszyć gniew, i odwaga, której sama nie była świadoma. Od dziecka wierzyła, że w każdym człowieku istnieje iskra dobra — nawet jeśli dawno już przykrył ją popiół. Teraz jednak jej wiara drżała jak płomień świecy w przeciągu.
Nigdy wcześniej nie spojrzała w oczy złu tak czystemu, tak bezosobowemu. Było jak próżnia, która pochłania światło i dźwięk. Miron przygotowywał ją do tej konfrontacji od miesięcy, odkrywając przed nią tajemnice krwi i dziedzictwa, o których istnieniu nie śmiała marzyć. A jednak wciąż nie potrafiła pojąć, że jest częścią czegoś większego — że historia ich rodu sięga dalej niż granice śmierci.
Sen przyszedł dopiero nad ranem. Był płytki, urywany, niespokojny — jak drżenie liścia tuż przed uderzeniem burzy. Kiedy budzik wyrwał ją z objęć snu, Mirael usiadła gwałtownie, wciąż czując w piersi ciężar czegoś nieuchwytnego. Nie pamiętała snu, ale towarzyszyło jej wrażenie, że była w miejscu, gdzie nic nie oddycha.
Powoli wstała, ubrała się i wzięła torbę. Była lekka, niemal zbyt lekka — a jednak Mirael miała wrażenie, że niesie w niej cały swój dotychczasowy świat. Uśmiechnęła się blado do własnych myśli. Jak każda kobieta, pomyślała, zabrałam za mało i za dużo jednocześnie. Ale było już za późno na zmiany. Świt zbliżał się nieubłaganie, a z nim — podróż, od której nie było odwrotu.
„Gdy dusza zostaje rozszarpana przez cień, a ciało pogrzebane w mroku, tylko więź krwi i woli może przywrócić jej oddech. Lecz ten, kto powróci z granicy śmierci, niesie w sobie bliznę, której czas nie zagoi.”
Kronika Rzech Rodów, księga IV, pieśń 1
Podróż jest jednym z największych misteriów ludzkiego istnienia. Nie jest jedynie przemieszczaniem się z miejsca na miejsce, lecz wędrówką przez warstwy samego siebie — przez wspomnienia, lęki, pragnienia i cienie, które od wieków towarzyszą człowiekowi jak niewidzialni towarzysze. Każda droga, niezależnie od jej długości czy celu, ma w sobie coś z rytuału przejścia. Zawsze wyrusza w nią ktoś inny, niż ten, kto z niej powraca.
Powrót z podróży nigdy nie jest powrotem w pełni — to raczej przebudzenie w świecie, który wydaje się znajomy, a jednak już obcy. W drodze bowiem człowiek nie tylko ogląda nowe miejsca, lecz także rozbiera własne „ja” z warstw przyzwyczajenia i iluzji. Każdy krok ku nieznanemu jest krokiem ku prawdzie o sobie samym.
Podróż nas przemienia — niepostrzeżenie, a jednak nieodwracalnie. Wzbogaca o doświadczenia, które stają się niczym ślady dłoni odciśnięte na duszy. Każde z nich ma inną temperaturę: jedne parzą, inne chłodzą, ale wszystkie pozostają. Niektóre wspomnienia gasną jak tlące się w popiele węgle, inne płoną w nas przez całe życie, oświetlając to, co mroczne.
Zdarza się też, że na drodze spotykamy ludzi, którzy odmienią nas jednym słowem, spojrzeniem lub gestem — tak prostym, że wydaje się niemal nieistotny. A jednak to właśnie takie momenty stają się kamieniami milowymi w labiryncie losu. Nigdy nie wiemy, kim są ci, których napotykamy: czy są tylko przypadkowymi przechodniami, czy może wysłannikami przeznaczenia, które w milczeniu układa nasze ścieżki.
Każde spotkanie pozostawia w nas ślad. Nawet jeśli o kimś zapominamy, pamięć o nim trwa — ukryta w podświadomości, w sposobie, w jaki patrzymy na świat, w tonie, jakim wypowiadamy słowa. Czasem echo jednej rozmowy potrafi odbijać się w człowieku przez całe życie, jak dźwięk dzwonu rozbrzmiewający w pustej katedrze długo po tym, jak ucichnie ostatni ton.
W istocie więc każda podróż jest metafizycznym zwierciadłem — odbiciem przemiany, której nie sposób uniknąć. Nie istnieje droga, z której człowiek wraca taki sam. Ci, którzy mówią, że podróż minęła bez śladu, oszukują samych siebie — bo nawet milczenie, nawet samotność drogi odciska się w duszy jak pieczęć, której nie sposób zerwać.
Podróż to święty akt inicjacji w tajemnicę życia. Kto raz wyruszył, już nigdy naprawdę nie powróci — bo każdy krok ku nieznanemu jest także krokiem w głąb siebie, ku temu, co ukryte pod powłoką pozorów. A tam, w ciszy, czeka prawda, której nie można zapomnieć.
O poranku, gdy słońce dopiero pochwyciło ziemię w pierwsze, nieśmiałe objęcia, Mirael i Miron wyruszyli ku przystani w Zatoce Dusz, by zdążyć na poranny rejs na kontynent. W porcie u stóp Wzgórz Lawionu, gdzie czekały już na nich konie, mieli rozpocząć nowy etap swojego życia.
Mirael spakowała zaledwie kilka najważniejszych rzeczy. Drżała z podniecenia na myśl o podróży i o wakacjach spędzonych w odległym, skutym lodem północy krańcu Znanego Świata. Nie mogła usiedzieć w miejscu; przestępowała z nogi na nogę, czekając pod drzwiami pokoju brata, jak dziecko w przeddzień święta.
— Na miłość Przodków! — krzyknął Miron, otwierając drzwi gwałtownie. — Chcesz mnie wykończyć, zanim jeszcze wyruszymy? Bawisz się w ducha? Co ty robisz pod moimi drzwiami?
Spojrzała na niego swoimi wielkimi, zielonymi oczami, w których tańczyły wesołe, psotne iskierki.
— Braciszku, chodź już… nie mogę się doczekać!
Ta dziecięca radość rozbroiła Mirona. Gniew rozpłynął się jak mgła o świcie.
— Jesteś niesamowita, siostrzyczko… — westchnął z uśmiechem. — Ale nie rozumiem twojego entuzjazmu. Przecież czeka nas ciężka praca, nie zabawa. I sama podróż nie będzie lekka.
— Nie szkodzi! — odparła, z trudem kryjąc ekscytację. — Słyszałeś ojca! Magia żywiołów, Mironie… będziemy się uczyć magii żywiołów!
Z każdą chwilą jej oczy błyszczały coraz mocniej, a policzki płonęły jak rozżarzone węgle.
Rodzeństwo zeszło na dół, gdzie na parkingu pod akademikiem czekał na nich kierowca w czarnej limuzynie. Gdy tylko wyszli z budynku, Mirael krzyknęła przerażona:
— Aaa! Co to?!
Z nieba runął na nią wielki, czarny ptak. Z trzepotem skrzydeł, niczym czarna błyskawica, przeleciał przed jej twarzą i wylądował obok. Mirael cofnęła się, łapiąc oddech, a Miron parsknął śmiechem, niemal ze łzami w oczach.
— No proszę, siostrzyczko, wygląda na to, że twój przyjaciel przyszedł się pożegnać.
Mirael przewróciła oczami, lecz na jej ustach zagościł lekki, ciepły uśmiech.
— Faktycznie, bardzo zabawne — mruknęła. — Też będę za tobą tęsknić, ptaku. Zobaczymy się wkrótce.
Kruk zaskrzeczał przeciągle, jakby rozumiał jej słowa, po czym wzbił się w powietrze, niknąc między wieżami Akademii.
Mirael wsiadła do samochodu. Gdy pojazd ruszył, spojrzała jeszcze raz w stronę gmachu uczelni, gdzie spędziła ostatnie miesiące.
Droga do portu wiła się wśród gęstych lasów. Promienie porannego słońca z trudem torowały sobie drogę przez splątane korony drzew, a w powietrzu unosiła się mgła o barwie mleka. Pachniało żywicą, mokrą ziemią i snem nocy, która nie chciała jeszcze do końca ustąpić.
Mirael przykleiła nos do szyby i w milczeniu chłonęła widoki. Czuła, że czeka ją podróż inna niż wszystkie — nie tylko przygoda, lecz próba. Przedsmak tego, co miało nadejść. Gdzieś w głębi duszy przeczuwała, że nie chodzi tu wyłącznie o naukę magii. To, co miało się wydarzyć, mogło przesądzić o losach świata — i o losach ich samych.
Kiedy dotarli do portu, poranne słońce wspinało się już powoli ponad horyzont. Przy kei kołysał się niewielki statek, czekający na pasażerów rejsu na kontynent — ten sam, którym przybyli tu po raz pierwszy, gdy zaczynali naukę w Akademii Świętego Jerzego.
Była to jednostka stara, o poszarzałych żaglach i kadłubie poznaczonym bliznami czasu. Mimo to emanowała dumą i siłą, jakby pamiętała wszystkie burze ostatnich dekad.
Wybrzeża Wilczańca otaczały zewsząd ostre jak brzytwy skały, które wyrastały z wód Morza Syren niczym zęby pradawnego potwora. Tylko jeden wąski przesmyk prowadził do Zatoki Dusz — szlak tak zdradliwy, że nawet doświadczeni żeglarze mówili o nim z mieszaniną szacunku i lęku.
Trzeba było być wilkiem morskim z prawdziwego zdarzenia, by odważyć się przeprowadzić statek przez te zdradliwe wody. Wystarczyło jedno złe uderzenie fali, by kadłub rozbił się o podwodne skały i zniknął w otchłani.
To właśnie dzięki temu Wilczaniec przez wieki pozostawał niedostępny i bezpieczny. Odcięty od kontynentu, stanowił osobny świat — samowystarczalny, zamknięty w sobie jak relikwiarz. Miał własną historię, własną teraźniejszość i własną przyszłość.
Była to wyspa, której nigdy nie tknęła wojna. Jedyna oaza w świecie rozdartym przez konflikty, jakby sama Wielka Matka otoczyła ją niewidzialną pieczęcią. Lecz nawet w tak cichym miejscu słychać było czasem szept morza — szept, który przypominał, że spokój jest tylko chwilą między dwiema burzami.
Mirael i Miron zabrali swoje bagaże i ruszyli w stronę nabrzeża, by zająć miejsca na pokładzie statku. Podróż na stały ląd miała potrwać zaledwie dwie godziny, jeśli wody pozostaną spokojne, a wiatr nie zbuntuje się przeciw żaglom. Dzień był pogodny, a morze uśpione – tafla Morza Syren błyszczała niczym olbrzymie, żywe zwierciadło, w którym przeglądało się bezchmurne niebo. Mewy i albatrosy zataczały kręgi nad głowami podróżnych, szukając błyszczących ryb wśród fal, które lśniły odcieniem rajskiego błękitu, zdawało się, że uświęconego przez samo światło.
— Ten odór nigdy się nie zmienia — mruknął Miron, zaciągając się powietrzem przesyconym wonią zęzy. — Najlepszy kapitan, a najgorsza krypa na świecie…
— Marudzisz, braciszku — odpowiedziała z uśmiechem Mirael. W jej oczach połyskiwała radość i ekscytacja, jakby cała podróż była spełnieniem marzenia.
— Usiądźmy na pokładzie — dodała po chwili. — Tobie nie będzie przeszkadzał zapach, a ja nacieszę się słońcem i widokiem morza.
— Z przyjemnością, choć wątpię, by powietrze na górze było mniej cuchnące.
Nie musieli długo czekać. Wkrótce po dziewiątej rozległ się przeciągły jęk syreny, oznajmiający początek rejsu. Kadłub statku zadrżał, a lina cumownicza z sykiem wysunęła się z pierścienia kei. Twarz Mirael rozjaśnił uśmiech. Dla niej każda podróż była początkiem czegoś nowego, niemal świętym obrzędem inicjacji. Miron natomiast milczał. W jego spojrzeniu czaiła się powaga i cień. Wiedział, dokąd prowadzi ich ta droga — i jaką cenę przyjdzie im zapłacić.
Był starszy, bardziej doświadczony, obeznany z magią, która dla Mirael była jeszcze tajemnicą — świeżo odkrytym darem i przekleństwem zarazem. Niecały rok minął od jej inicjacji, od chwili, gdy po raz pierwszy ujrzała prawdziwy świat: ten, który istnieje poza zasłoną zwyczajności. Świat, w którym mrok ma twarz, a cień potrafi mówić. Wcześniej nie znała prawdy o wampirach, o starych rodach i pradawnych przysięgach. A przecież od zawsze jej krew była znakiem przynależności — dziedzictwem, które nie pozwalało uciec od przeznaczenia.
Miron wiedział, że magia, której uczył się od dzieciństwa, nie jest już dla niego powodem do zachwytu. Odkąd poznał jej cenę, patrzył na nią z rezerwą, niemal z lękiem. Magia była kapryśnym bóstwem — dawała władzę, lecz odbierała spokój, oślepiała blaskiem, by zaraz potem wrzucić człowieka w otchłań. Wiedział też, że ich ród, jeden z trzech pradawnych rodów założycieli Znanego Świata, nosi na barkach brzemię odpowiedzialności. To oni mieli strzec światła przed mrokiem — a światło, jak wszystko, co święte, zawsze domagało się ofiary.
Morze pozostawało łaskawe. Wody były gładkie niczym szkło, a wiatr niósł Aeternum — statek o imieniu znaczącym „wieczność” — ku horyzontowi. Dziwne to było imię dla łajby pełnej stęchlizny, szczurów i karaluchów, a jednak pasowało do niej w przedziwny sposób. Wydawało się, że ten statek trwał tu od zawsze, że sam czas nie odważył się go tknąć. Żagle łagodnie łopotały, a słońce igrało z falami, czyniąc z całego morza jedną, bezkresną połać światła.
Po dwóch godzinach w oddali zarysował się znajomy widok: Wzgórza Lawionu, porośnięte zielenią, wyniosłe i dostojne, jakby same stanowiły strażników kontynentu. U ich stóp rozciągał się port, pachnący solą, smołą i wiatrem. Dla Mirael był to dom. Dla Mirona — przypomnienie, że dom nigdy nie oznaczał bezpieczeństwa.
— Moi drodzy państwo! — rozległ się nagle tubalny głos. — Jakże miło widzieć wasze piękne twarze o poranku! Jesteście niczym promienie słońca na zachmurzonym niebie tego świata!
— Och, zamknij się, Stalarcie — warknął Miron, nie kryjąc znużenia.
Na nabrzeżu stał bowiem Stalart — lokalny pijaczyna i samozwańczy „posłaniec portu”. Jego twarz, poorana zmarszczkami i spalona słońcem, była dobrze znana wszystkim, którzy kiedykolwiek przypływali lub odpływali z Lawionu. Mówił dużo, zbyt dużo — a wśród jego potoku słów rzadko można było znaleźć coś istotnego. Lecz czasem, gdy rzuciło mu się parę srebrnych monet, potrafił zdradzić rzeczy, których nie powinien wiedzieć żaden śmiertelnik.
Wieczorami widywano go w tawernie „Pod Syrenim Okiem”, jak zataczał się z kuflem w dłoni, mrucząc pod nosem zaklęcia, które dawno utraciły moc. Ale mimo swojej żałosnej kondycji Stalart miał w sobie coś z proroka — jakby sam cień morza szeptał mu do ucha rzeczy, których inni bali się słuchać.
— Gdzie są konie? — zapytał ostro Miron, rozglądając się po porcie.
— Jakie konie, młody panie? — odparł Stalart z udawaną niewinnością, mrużąc przekrwione oczy. — Nie słyszałem o żadnych koniach. A co to w ogóle są konie?
— Nie zgrywaj się, zapijaczona łajzo! — warknął Miron, zaciskając pięści.
— No już, już… spokojnie… — mężczyzna uniósł ręce w obronnym geście, zachwiał się, po czym dodał z uśmiechem: — Zaprowadzę was, zaprowadzę.
Miron westchnął ciężko. Cierpliwość opuszczała go z każdą chwilą, a jego siostra zdawała się tym tylko bawić. Mirael obserwowała całe zajście z niekłamaną uciechą — wprost uwielbiała, gdy ktoś potrafił wyprowadzić jej brata z równowagi. Zawsze był zbyt poważny, zbyt skupiony, zbyt mało skłonny do śmiechu. Stalart natomiast był jak żywy chaos: nieprzewidywalny, głośny i wiecznie przesiąknięty tanim winem. Ich konfrontacje miały w sobie coś z groteskowej komedii, której nie powstydziłby się żaden mistrz pióra.
Ruszyli w milczeniu za przewodnikiem, który co chwilę oglądał się przez ramię, jakby chciał się upewnić, że Miron nie rzuci w niego kamieniem. Wiedział już, że tym razem nie dostanie żadnych srebrniaków. Ale równie dobrze wiedział, że zła opinia w porcie mogłaby kosztować go przyszłe napiwki od mniej porywczych podróżnych.
Wkrótce dotarli w pobliże tawerny — cuchnącej piwem, rybim tłuszczem i dymem z mokrego drewna. Tam, przy drewnianym ogrodzeniu, stały dwa przywiązane konie. Były ogromne, ciężkie i silne — zimnokrwiste olbrzymy o potężnych kopytach, zdolne unieść ładunek, który złamałby grzbiet niejednemu rumakowi. Ich nozdrza parowały w chłodnym powietrzu, a ciemne oczy błyszczały niecierpliwością.
Jeden z koni był czarny jak noc bez gwiazd. Jego sierść lśniła niczym politurowane obsydianowe szkło, grzywa falowała w wietrze jak czarna wstęga, a wokół kopyt rysowały się pióra gęstych włosów, nadając mu majestatyczny wygląd stworzenia, które mogłoby równie dobrze nosić jeźdźca Śmierci, jak i anioła. Drugi koń, większy, kasztanowy, zdawał się stworzony z ziemi i ognia — silny, nieustępliwy, o mięśniach napiętych niczym struny. Ten bez wątpienia przeznaczony był dla Mirona.
— Ja-kie pię-kne! — pisnęła Mirael, z zachwytem klaszcząc w dłonie. — Czarny jest mój!
Dziewczyna rzuciła się ku zwierzęciu, delikatnie podsuwając dłoń, by pozwolił się powąchać. Koń prychnął cicho, jakby z aprobatą, i pochylił łeb. W tej chwili wydawali się rozumieć bez słów.
Miron przewrócił oczami i ciężko westchnął.
— Mili państwo — odezwał się Stalart, zacierając ręce — oto wasze konie. Czy mogę liczyć na drobny dowód wdzięczności… powiedzmy, kilka srebrnych monet?
— Lepiej znikaj, zanim się jeszcze bardziej zdenerwuję — warknął Miron, a jego ton nie pozostawiał wątpliwości, że nie żartuje.
Stalart już miał odwrócić się na pięcie, gdy dobiegł go głos Mirael:
— Hej, Stalart! — krzyknęła i rzuciła w jego stronę błyszczącą monetę. — Łap!
Pijaczek zaskoczony złapał ją w locie, a na jego twarzy pojawił się szeroki, bezzębny uśmiech.
— Niech cię bogowie mają w swojej opiece, pani szlachetna! — wykrzyknął teatralnie, kłaniając się głęboko.
— Wypij za moje zdrowie! — odparła z rozbawieniem.
Rodzeństwo przytwierdziło tobołki do siodeł i dosiadło koni. Zwierzęta miały tak szerokie grzbiety, że Mirael odniosła wrażenie, jakby siedziała na wygodnym tronie, a nie na koniu. Wiatr uderzył w ich twarze, niosąc ze sobą zapach soli, ziemi i wolności.
— Musimy jechać na wschód, w stronę Bramy Bogów — powiedział Miron, poprawiając lejce. — Stamtąd między wzgórzami dotrzemy do Północnej Grani. Jeśli znajdziemy jakieś gospodarstwo, poprosimy o nocleg. W przeciwnym razie rozbijemy obóz.
— Wolę obóz! — zapiszczała Mirael, pełna entuzjazmu.
— A ja wolę ciepłe łóżko i dach nad głową — mruknął jej brat, nie zważając na zaczepny ton siostry.
Ruszyli w stronę Bramy Bogów — wąskiego przesmyku między Wzgórzami Lawionu, jedynej drogi prowadzącej na Północną Grań. Tam zaczynała się ich właściwa podróż.
Za Północną Granią czekały Wyżyny Trewiańskie — skute lodem pustkowia, spowite mgłą i ciszą tak gęstą, że wydawała się mieć własne echo. Kraina bezlitosna, gdzie wiatr śpiewał jak duch, a śnieg nigdy nie topniał. Tam każdy dzień był walką o przetrwanie, a ludzie, którzy od wieków nazywali ten kraj domem, mieli serca twarde jak skały i spojrzenia zimne jak stal.
Mirael nie bała się. Czuła, że właśnie w tej surowej krainie zacznie się coś nowego — coś, co odmieni ich los na zawsze.
Droga wiodła początkowo przez coraz rzadsze ludzkie osady — ciche, przycupnięte w dolinach wioski, w których życie zdawało się tlić ledwie jak dogasający płomień. Im bliżej Bramy Bogów, tym bardziej rozrzedzał się ślad ludzkiej obecności. Drewniane chaty ustępowały miejsca rozległym pastwiskom, na których wiatr hulał swobodnie, niosąc zapach ziemi i śniegu. Tu i ówdzie widać było jeszcze pojedyncze zabudowania, skromne i ubogie, należące do rolników, którzy trwali na tej surowej ziemi z uporem ludzi, dla których przetrwanie jest już religią.
Z wysoka krążyły orły — posępni strażnicy gór, władcy wiatru, które z majestatycznym spokojem obserwowały przybyszów z innego świata. Mirael i Miron jechali w milczeniu. Dziewczyna, jak to miała w zwyczaju, nuciła pod nosem wesołe melodie, głaszcząc co chwila szyję swojego konia, jakby chciała wlać w niego odrobinę własnej beztroski. Miron, przeciwnie — pogrążony był w myślach, których ciężar przygniatał mu spojrzenie. Mirael znała ten wyraz twarzy brata. Wiedziała, że jego milczenie nie potrzebuje świadków, a każde pytanie byłoby jak kamień wrzucony w zbyt spokojne wody.
Słońce, choć wciąż widoczne, zaczynało już blednąć, a jego promienie, przedzierające się przez mleczną mgłę, rzucały na ziemię długie, posępne cienie. Przeprawa przez Bramę Bogów przebiegła bez trudności, lecz świat za nią był już inny — zimniejszy, bardziej surowy. Wiatr niósł z sobą zapach śniegu i ciszę tak głęboką, że wydawała się niemal świętokradcza. Mirael zsiadła z konia, wyjęła z tobołków gruby, wełniany sweter i szczelnie się nim otuliła, zaciągając kaptur na głowę.
— Północna Grań już niedaleko — mruknęła, przyglądając się szaremu niebu. — Czuć już mroźne powiewy.
— A ostrzegałem, że pogoda zmieni się szybciej, niż przypuszczasz — uśmiechnął się lekko Miron. — Teraz wierzysz?
— Wierzę, aż za bardzo. Zaczynam marzyć o ogniu i gorącym winie.
Miron zaśmiał się krótko, lecz zaraz spoważniał. — Jeśli nie trafimy na żadną chatę, zatrzymamy się, gdy zacznie się ściemniać.
Cisza, która ich otaczała, była tak gęsta, że zdawała się mieć własny oddech. Wśród wzgórz i gołych skał wszystko wydawało się martwe — nawet czas. Jedynym dźwiękiem był tętent końskich kopyt i świst wiatru, który ślizgał się po zamarzniętych zboczach niczym duch dawno zapomnianego pielgrzyma.
Nagle Mirael uniosła głowę.
— Słyszałeś? — spytała szeptem. — Przysięgam, że ktoś popędza konia…
— To pewnie echo — odpowiedział Miron szybko. — Albo nasze konie. Wiatr potrafi płatać figle.
— Nie. To nie echo. To było cmoknięcie… i głos. Ludzki. — Dziewczyna mówiła coraz ciszej, lecz w jej oczach pojawił się niepokój.
Miron zamilkł. Słuchał uważnie, lecz niczego nie usłyszał — tylko przeciągły jęk wiatru, który wywoływał dreszcze. Wiedział jednak, że Mirael nie miała skłonności do omamów. Sam wcześniej, gdzieś pomiędzy zakrętami drogi, widział przemykające cienie — zbyt szybkie, by można je było nazwać grą światła, zbyt realne, by je zlekceważyć. Nie powiedział jednak nic, nie chcąc jej niepokoić. Teraz nie miał już wątpliwości, że ktoś — lub coś — towarzyszy im w podróży.
— Widzisz tamto światło? — głos Mirael wyrwał go z zamyślenia. — Tam, pod linią drzew. Może ktoś tam mieszka.
Miron skinął głową. — Jedźmy. Robi się ciemno. Nie chcę spędzać nocy pod gołym niebem.
Popędzili konie, a migoczący punkt na horyzoncie zaczął powoli przybierać kształty. Z mroku wyłoniła się chata — mała, drewniana, jakby wyjęta z innego czasu. Ściany z ciemnego, palonego drewna pochłaniały światło, dach czterospadowy tonął w bieli śniegu, a spod jego warstwy tu i ówdzie prześwitywały czerwone dachówki.
Wokół domu ciągnął się niski płotek, absurdalny w swej kruchości, jakby bardziej dla pozoru niż ochrony. Nie mógł powstrzymać nawet dziecka, a co dopiero dzikiego zwierzęcia. A jednak, w tym surowym pejzażu, wydawał się mieć znaczenie — jak symbol. Granica między światem a samotnością. Między życiem a tym, co już dawno przestało być żywe.
Miron spojrzał na siostrę.
— Wygląda na to, że los dał nam schronienie.
— Albo ostrzeżenie — odparła cicho Mirael, czując, że w tej ciszy coś się poruszyło. Coś, co od dawna czekało, aż ktoś przekroczy ten płotek.
Miron i Mirael zsunęli się z końskich grzbietów i przywiązali wierzchowce do pobliskiego drzewa, którego gałęzie szeptały coś w rytm lodowatego wiatru. Podeszli do niskiego płotu, odgrodzonego od reszty świata cienką linią drewna.
— Myślisz, że pozwoli nam przenocować? — zapytała Mirael, zerkając na brata z niepokojem.
— Myślę, że tutejsi rzadko widują gości. Uważaj, żeby go nie spłoszyć. Może pomyśleć, że przybyliśmy go okraść.
Dziewczyna skinęła głową i podeszła do drzwi. Kołatka miała kształt wilczej głowy — ciężka, pokryta patyną, zdawała się patrzeć pustymi oczodołami prosto w duszę. Mirael zapukała ostrożnie. Metaliczny dźwięk rozszedł się po mrozie, ginąc w gęstniejącej nocy.
Nie czekali długo. Już po chwili rozległ się szczęk odsuwanych zasuw i zgrzyt żelaznych rygli. W drzwiach stanął mężczyzna — przysadzisty, o ramionach szerokich jak framuga, z gęstą czupryną kręconych, brązowych włosów, w których srebro siwizny połyskiwało jak śnieg w świetle księżyca. Broda zakrywała niemal całą dolną część jego twarzy, sprawiając, że usta ginęły w gąszczu włosów.
— Czego szukają? — zapytał niskim, tubalnym głosem, który zabrzmiał jak echo z pieczary.
— Dobry wieczór, szanowny panie — odezwała się Mirael z czarującym uśmiechem. — Jesteśmy wędrowcami, szukamy schronienia na noc. Zaskoczyła nas ciemność. Zmierzałyśmy ku Wyżynom Trewiańskim. Czy możemy liczyć na pańską gościnę?
Brodacz zmrużył oczy, rozejrzał się po pustkowiu, jakby upewniał się, że nikt za nimi nie idzie, po czym skinął głową.
— Oczekiwał ja was. — Otworzył szerzej drzwi, gestem zapraszając do środka.
Miron zmarszczył brwi. — Oczekiwał pan nas? Skąd pan wiedział, że przybędziemy?
— Aaa… Mówili. — Mężczyzna wzruszył ramionami. — Mówili, że będą jechali do Świątyni Żywiołów. Wojna idzie. Ktoś musi was przenocować, żeby dzikie bestie nie zeżarły was po drodze.
— Kto panu to powiedział? — dopytał Miron, nie kryjąc podejrzliwości.
— Aaa… ten i tamten… — zamruczał gospodarz, drapiąc się w brodę. — Ludzie gadali. A ja już stary jestem, imion nie pamiętam! — Zaniósł się rubasznym śmiechem. — Wina?
— Dziękujemy, ale musimy odmówić — odparł Miron chłodno. — O świcie wyruszamy w dalszą drogę.
— O, to wam się nie uda — parsknął śmiechem brodacz. — Dwa dni drogi przy dobrej pogodzie, a ta się psuje z każdą godziną. Jutro pewnie śnieżyca… Czuję ją w kościach. — Poklepał się po udzie. — Kości stare, to i czują więcej niż głowa!
Mirael spojrzała na brata z niepokojem, lecz ten milczał.
— Skąd pan wie o Świątyni Żywiołów? — zapytał w końcu Miron.
W tej chwili w oczach gospodarza pojawił się błysk, jakby coś w nim pękło. Trzeźwość i coś, co przypominało lęk, przeszyły jego spojrzenie. Podniósł rękę i pstryknął palcami — gest prosty, dziecinny, lecz w ciszy izby zabrzmiał złowrogo.
W tej samej chwili wszystkie świece, dotąd przygaszone, zapłonęły jasnym, migotliwym światłem. Ich płomienie zatańczyły na ścianach, rozświetlając twarze gości. Cienie wydłużyły się jak duchy, które wracają do ciała.
— To i moja wojna, dzieciaczki… — powiedział głucho gospodarz. — Ale ja już nie będę walczyć. Za stary jestem i za mało wiem. To wy będziecie walczyć. Musicie się przygotować. Ludzie gadają, że Rody się łączą. Ludzie gadają, że Wybrani już wyruszyli. Ludzie gadają też o bestiach, które jeszcze nie przyszły…
— Jakich bestiach? — spytał Miron.
Mężczyzna zamrugał gwałtownie i pokręcił głową. — Ech, ja stary głupiec. Nie słuchajcie mnie, to tylko wino gada przeze mnie. Bestii żadnych nie ma. Żem się znowu rozpaplał… — Potarł się po brodzie, jakby chciał w niej coś znaleźć. — A niech to! Goście w progu, a ja się nawet nie przedstawił! Wołają mnie Gurkło, choć matka, ofiarując mnie bogom, dała mi imię Brondil.
— Miło pana poznać, Brondil — odparł Miron. — Jestem Miron, a to moja siostra Mirael.
— A ja żem tak zaszczycony, że sen mnie dzisiaj nie najdzie! — wykrzyknął gospodarz z zadowoleniem. — Czym chata bogata, moi mili! Siadajcie, jedzcie! Mleko wam podgrzeję, od moich kóz — tłuste, ciepłe, rozgrzewa lepiej niż wino!
Rodzeństwo usiadło przy stole. Krzesła zaskrzypiały żałośnie, jakby jęczały pod ciężarem lat. Cała izba pachniała woskiem, dymem i wilgocią drewna. W kącie, na półce, stały puste butelki po winie — niemi świadkowie długich, samotnych wieczorów. A jednak w tej chacie panował porządek, jakby gospodarz, mimo pijaństwa i zapomnienia, wciąż walczył o resztki godności.
W płomieniach świec ich twarze zdawały się należeć do innego świata. Świata, który obserwuje, lecz nie śpi.
Uczta była wykwintna — pieczona kura, kilka gatunków sera, wędliny przygotowane przez samego Brondila. Gospodarz, mimo nadmiernej skłonności do spożywania wina, okazał się znakomitym kucharzem i prawdziwym panem domu.
Po posiłku rodzeństwo, syte i zadowolone, udało się na spoczynek. Brondil wskazał im dwa sienniki w kącie izby, przykryte białą, starannie wykrochmaloną pościelą. Materiały nosiły ślady czasu — wielokrotnie cerowane, z wystrzępionymi rogami — jednak były nieskazitelnie czyste. Dla Mirona i Mirael było to znacznie więcej, niż mogli oczekiwać w trakcie tej trudnej podróży. Zasnęli szybko i głęboko.
Przed snem Mirael słyszała jeszcze Brondila, który mówił sam do siebie i śmiał się z własnych żartów. Wyraźnie był przyzwyczajony do rozmów z własnym cieniem; samotność zdawała się być jego nieodłącznym towarzyszem. Dziewczyna poczuła ścisk w żołądku. Ubolewała nad jego odosobnieniem, uważając, że każdy człowiek potrzebuje przyjaciela. Mimo trudów życia, Brondil ofiarował im tyle serca i dobroci. Mirael postanowiła, że po powrocie ze Świątyni Żywiołów odwiedzą go jeszcze raz i przyniosą drobne podarki, ofiarowując przy tym swoją przyjaźń.
Noc była długa i cicha. W chacie panowało przytulne ciepło. Miękkie, pomarańczowe światło ognia w kominku otulało ich niczym ciepły koc, a co kilka chwil Brondil dokładał drewna, podsycając ogień.
O poranku obudziło ich pianie koguta. Pierwsza zerwała się Mirael.
— Miron! Miron, wstawaj, śpiochu! — podeszła do brata i zaczęła go delikatnie potrząsać, śmiejąc się przy tym jak mała dziewczynka.
— Złaź ze mnie, zła maro! Daj mi spać! — bronił się Miron, próbując odsunąć siostrę, lecz Mirael nie ustępowała.
— Musimy wstawać! Kogut już piał, czas ruszać w drogę!
W końcu Miron niechętnie podniósł się z siennika, strzepując resztki snu z szat i włosów.
Na stole czekało już gorące mleko, świeży chleb i gotowane jajka.
— No moi mili! Widzę, że dobrze się wam spało! Kto tak późno wstaje? — zaśmiał się Brondil, wyraźnie już trzeźwy. — Przepraszam, że zastaliście mnie wczoraj w nie najlepszej kondycji, ale samotność w tych okolicach daje się człowiekowi we znaki. Trzeba sobie z nią jakoś radzić. Mam nadzieję, że was nie wystraszyłem?
Rodzeństwo spojrzało po sobie i oboje serdecznie uśmiechnęli się do gospodarza.
— Wasze konie już są osiodłane i gotowe do drogi — kontynuował, wskazując na zwierzęta. — Przygotowałem też prowiant i bukłaki z wodą z pobliskiego źródła. Nie tylko gasi pragnienie, ale, uwierzcie mi, jest lepsza od ziół na pobudzenie. Ludziska gadają, że to woda zdrowotna. Ja uważam, że po prostu magiczna, ale co oni mogą wiedzieć o magii? — znów zaniósł się rubasznym śmiechem.
— Dziękujemy za gościnę. Zrobił pan dla nas więcej, niż mogliśmy prosić — powiedziała Mirael grzecznie.
— Aj tam, gadanie! — odparł Brondil z uśmiechem. — To dla mnie radość, żeście mnie odwiedzili! Jeśli kiedykolwiek będziecie przejazdem w tych stronach, pamiętajcie, że mój dom zawsze jest dla was otwarty!
Brat i siostra wsiedli na konie i ruszyli w dalszą drogę. Mirael jeszcze kilkukrotnie odwracała się, machając do starego gospodarza, który stał w drzwiach, uśmiechając się szeroko, jakby sama jego obecność w świecie była aktem odwagi i czułości.
Droga przez śnieżne pustkowia zdawała się nie mieć końca. Zgodnie z ostrzeżeniem Brondila rozpętała się śnieżyca. Nie tylko nie było widać końca drogi, lecz śnieg błyskawicznie zasypywał ich ślady, sprawiając, że trasa nie miała też żadnego początku. Istnieli tylko oni. Niebo przybrało barwę ołowiu, a słońce zdawało się na zawsze zniknąć za ciężkimi chmurami. Mirael nie opuszczało niepokojące przeczucie, że coś wkrótce się wydarzy. Cisza wokół była jak spokój przed burzą — śnieżne pustkowie zdawało się szeptać, przywołując głosy wszystkich zmarłych, którzy chcieli pokrzyżować ich plany.
Nagle przed nimi wyłoniła się czarna postać.
— Hej, ty! Kim jesteś? Co tu robisz? — krzyknął Miron.
Nie otrzymał odpowiedzi. Postać stała nieruchomo na ich drodze. Miron pomyślał, że być może nie usłyszała jego głosu w zamieci, lecz w tej opuszczonej krainie nie powinno być nikogo żywego.
Podjechali bliżej.
— Miron! Uważaj! — wydała z siebie niemal nieludzki skowyt Mirael.
Zakapturzona sylwetka wyciągnęła spod poły płaszcza błyszczący miecz i ruszyła ku rodzeństwu, unosząc się kilka centymetrów nad śnieżną pokrywą.
Miron zareagował błyskawicznie. Zeskoczył z konia i przywołał swoje duchowe moce, tworząc świetlisty oręż z czystej energii. Natychmiast wszedł w pojedynek z nieznajomym. Ten, mimo że nie dotykał śniegu, wydawał się równocześnie namacalny i niematerialny — jak zjawa utkana z mrocznej materii. Ich starcie przypominało skomplikowany taniec fechtunku: z oręży tryskały iskry, które na śniegu pozostawiały czarne plamki, sycząc przy każdym uderzeniu.
Mirael również zsiadła z konia, chwyciła spłoszone zwierzęta i odsunęła je na bok. Nagle poczuła na ramieniu dotyk dłoni. Przerażona, odwróciła się gwałtownie, serce niemal wyrwało się jej z piersi.
— Nie bój się, kochana. Jestem tu, by wam pomóc — usłyszała cichy głos, szeleszczący niczym stary pergamin.
Przed nią stanęła starsza kobieta ubrana w skóry, o twarzy głęboko pokrytej zmarszczkami, które mogły uchodzić za koleiny czasu. Jej oczy, niemal całkowicie białe, były osadzone głęboko i sprawiały wrażenie, jakby widziały rzeczy niewidzialne dla zwykłych ludzi. Stanęła przed dziewczyną z zaskakującą pewnością, wyciągnęła rękę w stronę nieznajomego i wypuściła wiązkę piorunów. Ziemia rozstąpiła się przed napastnikiem, który wpadł w szczelinę.
Miron, zanim zdołał zareagować, stracił równowagę i niemal wpadł w przepaść. Jednak szczelina jakby zaczarowana zamknęła się natychmiast, a chłopak upadł miękko na puszysty śnieg, całkowicie oszołomiony. Podniósł się, wciąż wstrząśnięty tym, co właśnie się wydarzyło.
— Co to, do wszystkich diabłów, było?! — wykrzyknął Miron. Wściekłość podszyta nieudawaną paniką drżała w jego głosie.
— Nie bój się, Mironie, synu Estarana Varna — odpowiedziała stara kobieta spokojnym, choć przenikliwym głosem.
— Skąd wiesz, kim jestem? — Miron stał w pełnej gotowości do ataku. Spotkanie z nieznajomym podniosło poziom adrenaliny do granic możliwości, a gotowość do walki nie opuszczała go ani na moment.
— Wiem, kim jesteś, bo znam twoje pochodzenie i cel podróży. Jestem wiedźmą ziemi, starą kobietą, która od lat mieszka w tej niegościnnej krainie. Opiekuję się podróżnymi zmierzającymi do Świątyni Żywiołów. W was, dzieciach Rodu, płynie dziedzictwo, które Serafini już wyczuli. Udajcie się czym prędzej do Świątyni — Serafini będą na was polować i zrobią wszystko, byście nie odkryli swojego przeznaczenia!
— Jakiego przeznaczenia? — Mirael była całkowicie zbita z tropu.
— To nie moja sprawa… Idźcie. Przed nocą dotrzecie do jaskiń Thal-Nar, zwanych Wrotami Nocy. Tam możecie się bezpiecznie schronić. Nazajutrz dotrzecie do Świątyni Żywiołów. Od teraz bestia będzie was strzegła.
— Jaka bestia? — Mirael przypomniała sobie słowa starego gospodarza, który również wspominał o bestiach.
— Wasz strażnik. Wierny, cichy i niewidoczny. Idźcie już!
— Co to za bestia?! — nalegała Mirael.
— Nic więcej nie mogę powiedzieć. Poznacie odpowiedź, gdy przyjdzie czas.
Po tych słowach kobieta odwróciła się i ruszyła przed siebie szybkim krokiem. Po kilku chwilach zniknęła w śnieżnej zamieci.
Dziewczyna spojrzała na swojego brata. Oboje powoli uspokajali oddech i emocje. Miron pogłaskał swojego konia i pewnym ruchem dosiadł wierzchowca. Mirael zrobiła to samo. Ruszyli dalej na północ, tym razem jeszcze bardziej czujni. Wzmianka o bestii wywarła na nich ogromne wrażenie — nie wiedzieli, czego mogą się spodziewać. Szybko przekonali się, że ludzie na północy są wykuci z lodu: twardzi, nieustępliwi, niemal nieczuli na trudy życia w tym surowym kraju.
Przed nastaniem zmroku dotarli do wzgórz. Odszukali jaskinię Thal-Nar — ogromną grotę, wyglądającą jakby wykuto ją w skale boską ręką. Była naturalna, nietknięta ludzkim dłutem, lecz przy tym tak precyzyjna, że niemal można było uwierzyć w ingerencję rzemieślnika-boga. Wejście było mniejsze od wysokości sklepienia w środku, jakby natura zwęziła je celowo, by ograniczyć napływ wiatru i śniegu.
Wewnątrz groty znajdowało się kilka naturalnych zagłębień i niewielkich półek skalnych, wyglądających niczym przygotowane posłania dla wędrowców. Jaskinia owiana była legendami: mówiono, że wykuli ją bogowie, by dać schronienie magom wyruszającym na Pierwszą Wojnę Cienia. I rzeczywiście — miejsce było niemal boskie, a przede wszystkim skutecznie chroniło w tym niegościnnym świecie.
Konie odnalazły w środku spokój i schronienie. Miron i Mirael skulili się razem na jednej ze skalnych półek, by ogrzać się wzajemną bliskością. Drewna do ognia nie było, więc pozostawało im jedynie ciepło własnych ciał i odzieży. Na szczęście Brondil był przezorny: zapakował im dużą porcję strawy w blaszanych pojemnikach, owiniętych szczelnie grubą warstwą skóry, dzięki czemu jedzenie wciąż pozostawało ciepłe. Zjedli z zapałem i położyli się spać.
Zmęczenie i napięcie dawały się im we znaki. Mirael była bardziej poważna, niż Miron kiedykolwiek ją widział. Spotkanie z nieznajomą kobietą i świadectwo pojedynku, który obserwowała, napełniły ją lękiem i niepewnością. Podniecenie wywołane wcześniejszą podróżą ustąpiło miejsca pragnieniu dotarcia do celu bezpiecznie i możliwie jak najszybciej.
Oboje spali niespokojnym, przerywanym snem. O świcie wstali, osiodłali konie i ruszyli czym prędzej w dalszą drogę. Mirael miała wrażenie, że nocą słyszała wycie wilków, co w tych odludnych okolicach nie było niczym niezwykłym.
Droga wiodła przez biały, śnieżny świat, lekko pod górę. Z miejsca, w którym się znaleźli, widać było szczyty, wśród których skrywał się cel ich wędrówki — mityczna Świątynia Żywiołów, jedna z nielicznych świątyń magów natury rozsianych po świecie. To tu szkolili się najwybitniejsi magowie Znanego Świata, to tu niejeden odkrywał swoje prawdziwe dziedzictwo.
— Zobacz! Tam coś jest! — krzyknęła Mirael, wskazując Mironowi czarną plamę pośród pokrytych śniegiem wzgórz.
— Tam się właśnie udajemy, siostrzyczko… — odpowiedział Miron, a w jego głosie wyczuwalne było napięcie i niezadowolenie.
Cel znajdował się w zasięgu wzroku, może dwie godziny drogi dzieliły ich od Świątyni. Jednak budowla prezentowała się znacznie mniej okazale, niż Miron sobie wyobrażał. Była to skromna nadbudówka nad naturalnymi grotami, co sugerowało, że do wnętrza dociera bardzo ograniczona ilość świeżego powietrza i światła dziennego. Miron nie wypowiedział tego na głos, by nie wzbudzać przygnębienia w siostrze. Sama będzie mogła ocenić miejsce, w którym spędzą kolejne niemal trzy miesiące. On już teraz wiedział, że czeka ich koszmar jakich mało.
Miron dokładnie ocenił odległość dzielącą ich od Świątyni. Po niespełna dwóch godzinach dotarli do potężnego kamiennego muru i ruszyli wzdłuż niego, szukając bramy prowadzącej do świątyni.
