Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Liwia Dukwood przybywa do elitarnej Akademii, wierząc, że to właśnie tu rozpocznie się jej droga do gwiazd — ku wiedzy, niezależności i przyszłości, o której marzyła od lat. Zamiast bezpiecznego świata nauki, trafia jednak w sam środek mrocznej intrygi, gdzie rzeczywistość splata się z legendą, a wiedza może kosztować więcej, niż ktokolwiek się spodziewa. Spotkanie z tajemniczym profesorem Czarnowiczem staje się początkiem przemiany — nie tylko intelektualnej, ale duchowej i emocjonalnej. Jego chłód skrywa tajemnice, które przenikają czas i pamięć. Gdy Liwia dostaje w swoje ręce starą księgę oznaczoną symbolem triquetry, zaczyna rozumieć, że została wciągnięta w coś znacznie większego niż akademicki świat.
To opowieść o bólu straty, dojrzewaniu, tajemnicy i pragnieniu prawdy. O miłości, która rodzi się tam, gdzie najmniej się jej spodziewamy i o mocy, która budzi się wtedy, gdy wszystko inne zawodzi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 397
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Magdalena Kinga Tereszczuk
Triquetra. Bractwo Krwi
First published by Magdalena Kinga Tereszczuk Biblioteka Półcienia 2025
Copyright © 2025 by Magdalena Kinga Tereszczuk
First edition
ISBN: 978-83-976049-0-2
This book was professionally typeset on Reedsy Find out more at reedsy.com
Per aspera ad astra
Smuga cienia
Nowy początek
Czarne róże
Tajemnica
Serce kamienia
Cienie przeszłości
Kontrola chaosu
Ostrzeżenie
Rodzinne tajemnice
Dwie dusze
Misericordia
Próba ognia
Najwyższe poświęcenie
W szeregach wybranych
Znak wybranych
Niemożliwe
Na zatracenie
Poznanie siebie
W drodze do prawdy
Blisko, bliżej
Przewodnik
Świat za ścianą
Walka o duszę
…
Notes
About the Author
Dla każdego droga do gwiazd wygląda inaczej. Dla jednych jej zwieńczeniem jest sława, dla innych — bogactwo, a dla jeszcze innych — szacunek. Dla nielicznych jest to wiedza. Jej zdobycie wymaga wysiłku, często bolesnego i wyczerpującego. Ciernie tej ścieżki ranią głęboko, ale na końcu czeka ona — potężna, wszechmogąca, jedyna, niezmienna, wieczna — wiedza.
Tak jak różne są drogi do gwiazd, tak i odmienne bywają wyobrażenia o eliksirze nieśmiertelności, który jest szczytem tej drogi. Dla jednych to sproszkowany róg jednorożca, dla innych — woda z tajemnego źródła ukrytego w jaskini, strzeżonej przez mityczne bestie. Dla wybranych to właśnie wiedza ujarzmia śmierć. Wierzą, że to ona nadaje istnieniu nieśmiertelność — jak uczyniła to już nie raz, dla tych, których imiona zna każdy, choćby słyszał je tylko raz w życiu.
Bo czymże jest nieśmiertelność, jeśli nie trwaniem w ludzkiej pamięci? Ciało to tylko krucha powłoka — niszczeje, pęka, aż w końcu obraca się w proch, uwalniając duszę. Ta unosi się ponad materią, lecz bez kotwicy nie potrafi trwać — rozpływa się w otchłani zapomnienia. Pamięć staje się jej kotwicą. Jednak i ona bywa zdradliwa — nie każda pamięć przynosi nieśmiertelność, której pragniemy.
Wielu tyranów przetrwało w świadomości ludzi — pamięć o ich czynach pali ich dusze ogniem win, których nie da się zmazać. Ich nieśmiertelność jest przekleństwem, wiecznym potępieniem. Inni — wielcy, dobrzy, miłosierni — zapisują się na kartach historii z godnością, niosąc brzemię odpowiedzialności.
Największą nieśmiertelność osiągnęli jednak ci, którzy tworzyli dzieła — potężniejsze niż władza, trwalsze niż przemoc. Ich obrazy wiszą w muzeach, ich rzeźby czuwają nad placami miast, ich myśli — zaklęte w słowach i symbolach — wciąż przemawiają do kolejnych pokoleń, poruszając dusze młodych i starych. To właśnie nimi dzielą się swoim wiecznym życiem.
Literatura stoi zaledwie o krok od tego, co najświętsze. To ona daje człowiekowi wieczność — w świecie, gdzie nie istnieje już troska. Dusza, która pozostawiła po sobie dzieło, może cieszyć się nim przez całą wieczność. Dzieło staje się jej częścią — dzieli się z innymi nieskończoną mocą, zdolną tworzyć, choć ciało dawno zamilkło.
Tylko taka nieśmiertelność przynosi prawdziwe wytchnienie. Tylko ona tworzy, choć sama nie dotyka. Rozrasta się, mnoży, lecz nie w świecie fizycznym — bo nie stąd pochodzi. Rodzi się i trwa w umysłach. Nie zna granic przestrzeni ani czasu. Była od zawsze, jest i będzie — nawet wtedy, gdy świat przestanie istnieć.
Ona daje życie, pozwala żyć i potrafi zabijać. Jest początkiem, trwaniem i końcem. Może wszystko. Daje władzę, siłę, potęgę i szacunek w każdym wymiarze. Choć niefizyczna, wpływa na świat materialny — tworzy go i niszczy, nieustannie go zmienia. A czyni to świadomie. Tylko ona pozwala wznieść się ponad życie, ponad samego siebie — by tworzyć i być.
Wreszcie! Droga z portu zdawała się trwać wieczność. Może nie dosłownie, ale Liwia miała wrażenie, że spędziła w samochodzie całe godziny, z utęsknieniem wypatrując na horyzoncie murów wymarzonej uczelni — tej, która miała otworzyć przed nią nowy rozdział życia i poprowadzić ku gwiazdom.
Wysiadła z samochodu, niemal zapominając zapłacić kierowcy. Ten, podając jej bagaż, dyskretnie wskazał na licznik. Uregulowała należność i przez chwilę patrzyła bez sentymentów, jak pojazd odjeżdża, znikając bez śladu w krętych uliczkach. Odwróciła się — i po raz pierwszy mogła naprawdę nasycić oczy widokiem tych średniowiecznych murów.
Były majestatyczne. Czuć było w nich siłę czegoś pradawnego, jakby zaklęta w kamieniu magia nadal czuwała nad tym miejscem. Liwia zadrżała lekko, a jej oddech przyspieszył, gdy oczami wyobraźni ujrzała rycerzy na straży bramy i damy dworu w barwnych sukniach przechadzające się po dziedzińcu. Nie sądziła, że zimny, szary kamień może wywołać tyle emocji — a jednak jego potęga zapierała dech.
Zatopiona w fantazjach, nie odrywając wzroku od murów, sięgnęła po bagaż i ruszyła w stronę ścieżki prowadzącej do głównego wejścia.
— Och! Przepraszam… — jęknęła, gdy ugięły się pod nią nogi. Zderzyła się z kimś, a raczej wpadła na mężczyznę, który nagle wyrósł przed nią jak z cienia.
Był wysoki, o surowym spojrzeniu, które odebrało jej mowę. A jednocześnie… miał w sobie coś urzekającego. Jego obecność była tak przytłaczająca, że na moment całkowicie zapomniała o całym świecie.
— Przepraszam, nie zauważyłam…
Zza gęstych, ciemnych rzęs spoglądały na nią szmaragdowozielone oczy, przeszywające ją na wskroś. Brwi miał ściągnięte, napięte mięśnie szczęki zdradzały zdenerwowanie, a delikatny zarost podkreślał surowość jego rysów. Twarz — piękna, szlachetna, groźna.
— Co pani wyprawia?! — zagrzmiał jego głos. — Następnym razem proszę bardziej uważać. Jest pani studentką?
— Ja… dopiero przyjechałam… — język jej się plątał, a myśli uciekały. Wiedziała już, że od pierwszej chwili zrobiła z siebie idiotkę. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że nie spotka go więcej — kimkolwiek był.
Czuła się jak uczennica podczas pierwszego dnia szkoły: przestraszona, niepewna, zagubiona. Jego spojrzenie przeszywało ją chłodem.
— W takim razie proszę sobie przypomnieć, po co pani tu przyjechała. Szlachectwo zobowiązuje. Lepiej, żeby na zajęciach nie wyglądała pani jak sprzątaczka — rzucił lodowato taksując ją uważnie i odwrócił się odchodząc bez słowa.
Ona została w miejscu, zbyt zaskoczona, by się poruszyć.
Choć zszokowana tym nieprzyjemnym spotkaniem, Liwia nie mogła oderwać wzroku od sylwetki mężczyzny, znikającej w oddali. Jego włosy w kolorze bukowych orzechów poruszały się delikatnie na wietrze, roztaczał za sobą woń intensywnych, męskich perfum — szlachetnych, dominujących, z nutą czarnego pieprzu, kadzidła i drzewa sandałowego.
Pierwszy dzień, a już poczuła się jak ranne zwierzę — oszołomiona, instynktownie szukająca schronienia. Czy mogło być gorzej?
Odpędziła tę myśl.
„Wiktor Czarnowicz.” Powtórzyła to nazwisko w myślach i uśmiechnęła się cicho. Brzmiało jak imię bohatera gotyckiej powieści albo potomka czarownic. Czyż nie nosił nazwiska idealnego dla kogoś, kto wygląda, jakby przynależał do innego świata? Teraz jednak musiała się pozbierać i skupić. Skierowała się do dormitorium, by zostawić bagaże. Czekały ją jeszcze formalności — i spotkanie z tym tajemniczym profesorem, którego nazwisko znała dotąd jedynie z książek i z akademickiej listy promotorów.
Pokój w akademiku okazał się — delikatnie mówiąc — przytłaczający. Surowe, pozbawione ozdób ściany, pojedyncze łóżko, prosta szafa i niewielkie biurko przypominały bardziej klasztorną celę niż pokój studenta. Liwia spojrzała z powątpiewaniem na cienki materac, zastanawiając się, czy pod prześcieradłem nie ukryto przypadkiem siennika, jaki znała ze starego domu swojej babci. Nie miało to jednak większego znaczenia. Była zmęczona podróżą tak bardzo, że mogłaby zasnąć nawet na betonie. Usiadła ostrożnie na łóżku, które zaskrzypiało pod jej ciężarem, i pozwoliła sobie na chwilę wytchnienia.
— Nie jest tak źle — mruknęła do siebie, choć ton jej głosu zdradzał więcej ironii niż przekonania.— Ale teraz nie czas na odpoczynek. Najpierw formalności, potem przyjemności.
Wstała, opuściła akademik i ruszyła w stronę gmachu Akademii. Szła długim korytarzem, po drodze mijając tabliczkę wskazującą kierunek do biura administracyjnego. Podążyła za nią i po kilku minutach stanęła przed masywnymi, dębowymi drzwiami. Nacisnęła klamkę i pchnęła je z wyczuwalną determinacją. Skrzypnęły ciężko, ustępując niechętnie.
Wewnątrz panowała cisza przerywana jedynie szelestem przewracanych stron. Za biurkiem siedziała kobieta o łagodnej twarzy, która natychmiast uniosła wzrok znad dokumentów i uśmiechnęła się ciepło.
— Dzień dobry, pani…
— Dukwood. — dokończyła Liwia.
— Tak, oczywiście. Dokumenty są już przygotowane. Widziałam pani zgłoszenie… Profesor Czarnowicz? Jest pani tego pewna?
W sercu Liwii zadrgała nuta niepewności. W pytaniu urzędniczki kryło się coś więcej niż tylko zdziwienie.
— Czy coś jest z nim nie tak? — zapytała ostrożnie.
— Och, nie! — kobieta wyprostowała się gwałtownie. — Profesor to wybitny specjalista w swojej dziedzinie. Po prostu… jest, cóż… dość specyficzny. Nie przepada za towarzystwem. Prawdę mówiąc, będzie pani jego jedyną seminarzystką. Dla niego nawet jeden student to już tłok, jeśli wie pani, co mam na myśli.
Liwia uśmiechnęła się w duchu. Ilu już takich „specyficznych” ludzi spotkała w swoim życiu? Może lepsze pytanie brzmiałoby: ilu nie było specyficznych?
Po dopełnieniu formalności opuściła biuro i skierowała się z powrotem w stronę akademika. Przechodziła przez krużganki skąpane w złotym świetle popołudniowego słońca. Mimo tego, że zmęczenie dawało się jej we znaki, nie chciała jeszcze wracać do swojej surowej „celi”. Chciała poczuć ten moment — pierwszy dzień, pierwsze kroki na nieznanym gruncie. Postanowiła, że na powrót do pokoju jest jeszcze czas.
Choć był już październik, pogoda przypominała raczej letnie popołudnie niż jesienny zmierzch. Jedynie kolorowe liście — złociste, czerwone, rdzawe — wirujące w powietrzu, przypominały o przemijaniu. Na horyzoncie majaczyły wzgórza spowite lekką mgłą. Ciepły wiatr niósł ze sobą śpiew ptaków i zapowiedź nowej historii, której autorką miała być ona, Liwia Dukwood.
Z wysoka obserwowała falujący tłum studentów — roześmianych, rozgadanych, beztroskich. W jej sercu pojawiło się ukłucie tęsknoty. Wiedziała, że będzie żyć między domem a szkołą, między tym, co znane, a tym, co dopiero się zaczynało. Czuła jednak wciąż, że ta decyzja była właściwa. Jej bliscy rozumieli to — to oni pierwsi namawiali ją, by się odważyła i poszła za marzeniami.
Nagle coś przyciągnęło jej uwagę. Wśród tłumu szedł mężczyzna. Wysoki, wyprostowany, o postawie pełnej dumy. Studenci instynktownie ustępowali mu drogi, jakby jego aura nie znosiła sprzeciwu. Liwia zmrużyła oczy. Już po chwili nie miała wątpliwości — to był on. Profesor, z którym sama miała nieprzyjemne pierwsze spotkanie.
— Widać, że nie tylko na mnie działa w ten sposób — pomyślała z przekąsem. — Cóż, zrobiłam z siebie idiotkę… Ale może to tutaj norma.
Spojrzała na zegarek. Do konsultacji profesora zostało dziesięć minut. Uznała, że lepiej mieć to już za sobą, by nie tracić czasu jutro. Zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę gabinetu swojego mentora.
Przed nią wyrastały ciężkie, okute brązem drzwi z litego drewna. Imponujące — jak wszystko w tej uczelni. Zapukała i przez chwilę nasłuchiwała, ale nie usłyszała odpowiedzi.
— Czy ja naprawdę wierzę, że on coś usłyszał? — westchnęła w myślach. Postanowiła nacisnąć klamkę.
Drzwi otworzyły się zaskakująco lekko. Wewnątrz panował półmrok, rozjaśniany jedynie przez ciepłe światło lampy. Gabinet wydawał się pusty. Liwia rozejrzała się powoli. Regały wypełnione starymi woluminami, ciężkie meble, zapach skóry i pergaminu — wszystko emanowało powagą.
I wtedy — ciche chrząknięcie za jej plecami.
Podskoczyła. Obróciła się gwałtownie, niemal tracąc równowagę. Serce zaczęło bić jak oszalałe. Stał tam. Profesor.
— Wydaje mi się, że już wspominałem o stroju — powiedział, nie podnosząc wzroku znad papierów. — Proszę mi wierzyć, bardziej niż ignorancji nie znoszę powtarzać dwa razy tego samego.
Liwia ciężko przełknęła ślinę.
— Ja… chyba pomyliłam gabinety… — wymamrotała, próbując wycofać się z twarzą.
— Liwia Dukwood, zgadza się?
— Tak… to ja… panie profesorze, ale…
Szmaragdowe oczy znów wbiły się w nią z nieprzeniknioną, chłodną rezerwą. Wydawało się, jakby już wydał o niej sąd.
— W takim razie trafiła pani pod właściwy adres. Pytanie tylko, czy naprawdę chce pani tu zostać. Jeszcze nie jest za późno, by zmienić opiekuna.
Te słowa niemal zmroziły ją do szpiku kości, ale coś w niej, coś głębiej niż logika i rozsądek, nie pozwalało się poddać. Przecież nie przyjechała tu, by tylko „odhaczyć” kolejny etap. To miała być jej droga do gwiazd. Musiała przetrwać.
Zebrała się w sobie. Spojrzała mu prosto w oczy.
— Jestem pewna, profesorze. Podjęłam tę decyzję świadomie — na podstawie pańskiego dorobku naukowego. A jeśli chodzi o pański charakter… potraktuję go jako dodatkowe wyzwanie. Wierzę, że jesteśmy w stanie się porozumieć. Co do naszego zderzenia…
Nie zdążyła dokończyć.
— Zdaje się, że na tym poziomie nie uchodzi już być przeciętną studentką — przerwał ostro. — Proszę więc o bardziej wyszukany dobór słów.
Zamiast się wycofać, Liwia… uśmiechnęła się. Nie wiedziała nawet dlaczego. Może jego chłód przestał ją przerażać? A może — głęboko pod skórą — zaczynał ją intrygować?
W tej samej chwili Liwia poczuła jego wzrok przesuwający się po jej sylwetce — nie nachalnie, lecz precyzyjnie, jakby czegoś szukał. Gdy spojrzała w dół, zrozumiała. Nie patrzył na nią, tylko na jej naszyjnik — wisiorek z jeleniego rogu, zawieszony na ciemnym rzemieniu, który lśnił na tle jasnej bluzki. Żar bijący z miejsca, gdzie spoczywał symbol, sprawił, że odruchowo uniosła dłoń i poprawiła zawieszkę. W jego oczach nie było już chłodu — pojawiło się coś innego, niepokojącego. Zaciekawienie? Rozpoznanie?
— Czy wie pani, co ten symbol oznacza? — zapytał cicho.
Ton jego głosu był spokojny, ale nieprzenikniony. Liwia poczuła, jak narasta w niej napięcie.
— To triquetra — odpowiedziała po chwili. — znak wieczności… przeszłość, teraźniejszość i przyszłość splecione w jedno.
Profesor przez chwilę milczał, wpatrzony w nią tak, jakby próbował zajrzeć pod powierzchnię jej myśli i słów.
— Proszę tego nigdy nie zdejmować — powiedział w końcu. — Może pani już wyjść. Jutro zaczynamy pracę.
Te słowa nie brzmiały jak zwykła uwaga. Niosły w sobie ciężar, którego jeszcze nie rozumiała — jakby wiedział o niej to, o czym ona miała się dopiero dowiedzieć.
Wyszła z gabinetu z uczuciem, że uczestniczy w czymś, czego nie potrafi jeszcze nazwać. Chaos myśli przeplatał się z dziwną ekscytacją. Coś się zaczęło. Coś, co może odmienić wszystko. Nowy rozdział jej życia, w którym pojawił się on, tajemniczy, dumny.
Wieczór zapadł szybko. Gdy dotarła do swojego pokoju, czuła się jak lunatyczka — zmęczona, zamyślona, wciąż pod wpływem wydarzeń dnia. Kiedy otworzyła drzwi, natychmiast wiedziała, że w pokoju coś się zmieniło. Na poduszce leżała koperta. Biała, starannie zalakowana. Bez adresata, bez nadawcy. Jakby wyjęta z innej epoki. Pachniała… intensywnie. Woń drogich, męskich perfum unosiła się nad papierem jak ślad kogoś, kto był tu zaledwie chwilę wcześniej.
Z lekkim wahaniem Liwia złamała pieczęć.
„3:00 nad ranem, biblioteka. Główne wejście.”
To wszystko. Żadnego podpisu, żadnych wyjaśnień. Równe, niemal kaligraficzne pismo zdobiło śnieżnobiały arkusz. Serce Liwii zabiło mocniej.
Kto mógł przysłać jej ten list? Zaledwie kilka godzin po przyjeździe? Skąd wiedział, gdzie mieszka? I dlaczego o tak absurdalnej porze?
Choć rozum podpowiadał ostrożność, coś w środku mówiło: idź. Może to próba? A może…
Mimo wciąż odzywającego się w jej głowie ostrzeżenia ustawiła budzik na 2:45. Jeszcze przez chwilę spoglądała w ciemniejące niebo za oknem, zanim położyła się na łóżku. Sen przyszedł szybko, głęboki i dziwny, pełen szeptów, cieni i głosów bez twarzy.
Szepty nocnych majaków przerwał dźwięk budzika. 2:45. Cisza była tak gęsta, że aż bolała w uszach. Ubrała się cicho i podeszła do okna. Dziedziniec spowijała srebrzysta poświata księżyca. Główne wejście do biblioteki majaczyło w oddali, puste i ciche.
Zeszła po schodach jak cień. Jej kroki odbijały się echem od kamiennych krużganków. Na dziedzińcu przystanęła, serce waliło jej jak oszalałe. Zadrżała. Czuła strach, niepewność i podekscytowanie.
I wtedy — czyjaś dłoń spoczęła lekko na jej ramieniu.
Odwróciła się gwałtownie. Przed nią stał profesor Wiktor Czarnowicz. Wyłonił się z mroku jak zjawa — cichy, obecny, intensywny. W jego spojrzeniu nie było już chłodu, lecz coś znacznie bardziej niepokojącego. Wyczuć można było jakiś dziwny ciężar, który nagle musiał unieść.
Liwia nie potrafiła wydobyć z siebie głosu.
Czy to on przysłał list? A jeśli tak — po co? I skąd wiedział, gdzie ją znaleźć? A może… to wszystko było częścią większej gry? Tylko jakiej? Czego mógł od niej chcieć?
Profesor patrzył na nią długo, bez słowa. Jego twarz w świetle księżyca wydawała się niemal nierzeczywista — jakby wyrzeźbiona przez zmęczonego artystę z marmuru, jak twarz kogoś, kto zna zbyt wiele tajemnic, by jeszcze się dziwić.
W końcu wyciągnął rękę. Spoczywał w niej stary wolumin, oprawiony w ciemną skórę. Na jego okładce widniał znajomy symbol — triquetra. Ten sam, który nosiła na swoim wisiorku. Wytłoczona subtelnie, jakby miała przetrwać wieki.
Liwia spojrzała na księgę z niepokojem i fascynacją. Ostrożnie przyjęła ją w dłonie. Skóra była chłodna i gładka. Księga pachniała kurzem, pergaminem i skórą. Wyczuć można w niej było lata historii i bliżej nieokreślone dziedzictwo, mroczne, wyjątkowe.
Podniosła wzrok. Próbowała odczytać coś z jego twarzy, ale ta pozostała nieprzenikniona.
I wtedy profesor przemówił — cicho, powoli, z precyzją, która przeszywała jak nóż:
— Poznaj kontekst. Wtedy księga się przed Tobą otworzy.
Słowa te, choć pozornie banalne, zabrzmiały niepokojąco, magicznie. Liwia poczuła, jak osiadają w niej głęboko, pozostawiając echo, które nie chciało ucichnąć.
Czarnowicz nie powiedział nic więcej. Odwrócił się i odszedł, znikając w mroku, jakby rozmywał się w cieniu starych murów.
Liwia została sama. Stała przez chwilę w milczeniu, z księgą w ramionach i tysiącem myśli kłębiących się w głowie. Wpatrywała się w ciemność, próbując odczytać z niej sens tego, co właśnie się wydarzyło. Ale cień nie zdradzał tajemnic.
Wróciła do akademika niemal na pamięć. Czuła się tak, jakby przez jej ciało przetoczyła się fala niedających się opanować emocji: zmęczenia, zdumienia i czegoś całkowicie nowego, czego nie umiała jeszcze nazwać.
Nie rozbierała się. Położyła się na łóżku z księgą przyciśniętą do piersi.
I zasnęła.
Głęboko.
Bez snów.
Nie istnieje żadna siła, która mogłaby zatrzymać czas. Żaden człowiek, żadna myśl, żadna modlitwa. Czas nie zna litości — sunie naprzód jak rzeka, która raz wezbrana, porywa wszystko, co napotka na swojej drodze.
Poranne słońce może zwiastować zarówno spokojny dzień, jak i nagłą burzę. W świecie utkanym z nieprzewidywalności pewna jest tylko jedna rzecz — śmierć. To ona domyka każdy cykl, niezależnie od nadziei, planów i marzeń.
Wszystko, co człowiek zamierza, wszystko, ku czemu zmierza — to tylko nadzieja, która daje mu złudne poczucie kontroli. Wystarczy jedno słowo, jeden gest, jeden fałszywy wybór — i wszystko może runąć. Czas nie potrzebuje wybuchu, by coś zniszczyć. Wystarczy moment.
Ten maleńki, niemal niewidzialny punkt, który nazywamy „teraz”, trwa tylko ułamek sekundy, bo już w kolejnym staje się przeszłością. A jednak to właśnie ten kruchy moment decyduje o przyszłości. Kształtuje ją w sposób, który rozumiemy dopiero wtedy, gdy czasem bywa już za późno.
Jak mówić o sprawiedliwości, skoro jedno dziecko umiera, zanim zdąży zrozumieć, czym jest świat, a inne żyje długo i dostatnio? Jak nazywać sprawiedliwym świat, w którym najmniejsze zdarzenia wywołują największe konsekwencje?
To, co małe, często rządzi tym, co wielkie.
Nasze losy splatają się w sposób niedostrzegalny. Krzywda, która dotyka kogoś obcego, może w chwili, której nie przewidzimy, roztrzaskać nasz własny świat. Nie jesteśmy samotnymi wyspami. Świat to wspólny dom, a ci, których nie znamy, mogą być nieświadomymi architektami naszej przyszłości.
Czy możliwe jest przewidzenie tego, co ma nadejść? Czy da się zatrzymać bieg losu, zapobiec tragedii, zanim się wydarzy? Czy można samego siebie stworzyć na nowo?
Egzystencja to sieć ukrytych dróg — niewidocznych, dopóki nie staniemy u ich progu. Żyjemy na skraju upadku, otoczeni sekretami, których nie zdołamy nigdy odkryć w całości. Choć wszystko zmierza ku końcowi, opuszczamy ten świat mali — w obliczu nieskończoności tego, co niepojęte.
A co, jeśli nawet eliksir nieśmiertelności utraci swoją moc? Co, jeśli zapomnienie zwycięży nad istnieniem? Czy dusza, której nikt już nie wspomina, może dalej trwać?
Zmęczona i oszołomiona po nocnych wydarzeniach, Liwia szła powoli w stronę gabinetu profesora Czarnowicza. Jej kroki dudniły echem w pustych, kamiennych korytarzach, jakby sama uczelnia odzywała się szeptem historii, które widziała, lecz których nigdy nie zdradzi. Gotycka architektura, która jeszcze wczoraj napełniała ją zachwytem, dziś zdawała się przytłaczać, jak sklepienie katedry nad grzesznikiem.
Rzut oka na własne ubranie wystarczył, by poczuła gorzki skurcz w żołądku. Wciąż miała na sobie te same, pogniecione rzeczy, które nosiła poprzedniego wieczoru. Czuła się jak zjawa — jakby została przypadkowo rzucona w to miejsce przez kaprys losu. Już niemal słyszała kpiący komentarz profesora o braku szacunku dla „tych szlachetnych murów”. Jeszcze kilka godzin temu uważała je za miejsce natchnienia — dziś wydawały się chłodne, elitarne, zamknięte dla takich jak ona.
A mimo to przyszła.
Tym razem bez pukania otworzyła drzwi. Ich przeciągłe skrzypnięcie zabrzmiało jak ostrzeżenie. Profesor siedział przy biurku, pochylony nad księgą, której złocone brzegi odbijały światło w sposób niemal mistyczny. Nie podniósł wzroku. Jedynie machnął ręką, wskazując, by usiadła.
Liwia zrobiła to posłusznie, próbując niezgrabnie zasłonić swoje znoszone dżinsy i białe trampki. Czuła się jak intruz — jak brudna plama na świętym pergaminie.
Gabinet tonął w półmroku. W powietrzu unosił się zapach starych ksiąg, kurzu i wosku — gęsty, niemal namacalny. Przez chwilę panowała cisza tak głęboka, że Liwia poczuła się jak ofiara złożona przed ołtarzem pradawnego bóstwa, którego istoty jeszcze nie pojmowała.
Wreszcie profesor przemówił. Jego głos był niski, surowy, ale nieco przytłumiony — jakby głosił wyrok bez satysfakcji.
— Panno Dukwood… — powiedział, nie patrząc na nią — przybyła pani tu w określonym celu. Moim zadaniem jest przeprowadzić panią przez ten proces. Liczę, że nie przyniesie mi pani wstydu, kiedy przyjdzie mi podpisać się pod pani pracą jako opiekun naukowy. Sądząc po wcześniejszych osiągnięciach — nie była pani najgorszą studentką. To daje mi nikłą, acz wciąż istniejącą nadzieję, że sprosta pani wymaganiom, które zamierzam postawić.
Dla Liwii te słowa brzmiały jak dźwięk dwóch światów ścierających się ze sobą. Jeszcze kilka godzin wcześniej stała przed nim w mroku, z księgą w rękach i drżącym sercem. A teraz — wszystko wróciło do akademickiego porządku. Jakby noc była tylko snem. Jakby nic się nie wydarzyło.
Nie miała okazji odpowiedzieć.
Drzwi do gabinetu otwarły się gwałtownie, a do środka wpadł młody asystent, zadyszany, z wypiekami na twarzy.
— Na miłość boską, nie miał pan kiedy przyjść, tylko właśnie teraz?! — warknął profesor. Jego głos odbił się echem od ścian jak grzmot zwiastujący burzę. Oczy Czarnowicza błysnęły — nie gniewem, lecz czymś głębszym. Niecierpliwość? Przewrażliwienie?
— Przepraszam… — wydyszał młody mężczyzna — ale mam wiadomość… dla panienki Dukwood.
Liwia w jednej chwili zesztywniała. Coś wewnątrz niej zadrżało, jakby niewidzialne skrzydła zaczęły bić w piersi. Z trudem wstała, skupiając wzrok na posłańcu. Młodzieniec ledwie nadążał z oddechem.
Słowa, które padły, wdarły się w nią jak ostry sztylet. Nie słyszała ich w pełni, tylko echo — jakby świat odsunął się o krok, a ona znalazła się w głębokim tunelu.
Krew odpłynęła jej z twarzy. Dłonie zadrżały. Kolana się ugięły. Z palców wysunęły się notatki i książki, które do tej pory kurczowo ściskała, a które teraz rozprysły się po posadzce w niemal teatralnym geście. Osunęła się na podłogę.
Z jej gardła wyrwał się krzyk. Dziki, rozdzierający, nieludzki:
— NIEEEEEEE!!!
Liwia klęczała na zimnej posadzce, roztrzęsiona, z szeroko otwartymi oczami, w których nie było już światła. Jej ciało drżało, a szloch wydobywający się z jej piersi rozdzierał ciszę niczym ostrze tnące aksamit. Świat się zatrzymał.
Profesor zerwał się zza biurka. W jego ruchu nie było już akademickiej powagi ani dystansu. Podbiegł do niej z zaskakującą zwinnością. Chwycił ją za ramiona — mocno, ale ostrożnie, jak ktoś, kto doskonale rozumie kruchość ludzkiej duszy.
Liwia biła go pięściami w pierś — drobnymi dłońmi, w których kryła się cała rozpacz świata. Nie powstrzymywał jej. Przyjmował ciosy w milczeniu, jakby każdy z nich był koniecznym rytuałem, oczyszczeniem z bólu, którego nie da się wyrazić słowami.
Nie powiedział nic. Tylko patrzył na nią — głęboko, uważnie, bez oceniania. A kiedy w końcu jej ręce opadły bezwładnie, przesunął dłoń z jej ramienia na wilgotny kosmyk włosów. Odgarnął go z jej spoconej twarzy z gestem, w którym było coś łagodnego, niemal… intymnego. Nie jak mężczyzna wobec kobiety — lecz jak człowiek wobec drugiego człowieka, którego świat właśnie się zawalił.
W tej ciszy, przeciętej jedynie jej urywanym oddechem, Liwia wyszeptała przez ściśnięte gardło:
— Profesorze… ja nie mogę zostać…
W tych słowach nie było prośby. Nie było decyzji. Była tylko prawda — naga, brutalna, nieodwracalna.
Wiadomość, którą otrzymała, była niczym wyrok. Jej ojciec i ukochany starszy brat — Velmir — zginęli. Nagle, tragicznie, w wypadku, który pochłonął nie tylko ich życie, lecz wszystko, co dla Liwii znaczyło „dom”.
Został jej teraz tylko młodszy brat, Aureon. Wrażliwy, delikatny chłopiec, który teraz był zupełnie sam.
Śmierć matki Liwia pamiętała inaczej — jako powolne wygasanie, ciszę i łagodność, zbawieni po długiej chorobie. Jej matka powitała ją jak starą przyjaciółkę i pozwoliła się poprowadzić. Tamta śmierć miała twarz zmęczonego anioła. Ta natomiast miała twarz kata.
Ojciec, często nieobecny, był jej opiekunem, jej opoką. Velmir jednak był jej najbliższym człowiekiem. To on był zawsze przy niej, to on był jej powiernikiem.. Zniknęli. Pochłonęła ich nicość. Ona zaś została teraz sama z braciszkiem, którym musiała się zająć, który nie rozumiał ciężaru wydarzeń, który nie wiedział co znaczy „nigdy”.
Jej marzenia rozpadły się jak domek z kart. Uczelnia, nauka, ambicje — wszystko przestało mieć znaczenie. Pozostała tylko jedna prawda: Aureon, który teraz miał tylko ją.
— Oczywiście… — powiedział profesor cicho. Jego głos był inny. Głębszy. Uwolniony od chłodu, jakby na chwilę opadła z niego maska. — W tej sytuacji… doskonale panią rozumiem. Proszę przyjąć moje najgłębsze wyrazy współczucia. Nie potrafię sobie wyobrazić tego bólu. Przepraszam, że nie mogę więcej pomóc, ale jeśli pozwoli pani… chciałbym panią odwieźć do portu. Chcę, żeby była pani bezpieczna.
Słowa te — oszczędne, stonowane — niosły w sobie ciepło. Takie, którego nikt się po nim nie spodziewał.
Liwia skinęła głową. Nie miała siły mówić. Jej ciało było jak wydrążony pień, w którym tli się ostatnie tchnienie. Podniosła się z jego pomocą i wyszła, by zebrać swoje rzeczy.
Schodząc po schodach, zobaczyła profesora stojącego przy samochodzie. Otworzył jej drzwi z gestem, w którym nie było już chłodu, tylko troska. Włożył jej walizkę do bagażnika i zajął miejsce za kierownicą. Ruszyli w milczeniu.
W głowie jej szumiało. Niepokój, pustka, wstyd. Przypomniała sobie nagle, że nie ma biletu na rejs. Nie miała siły się tym nawet przejmować. Co będzie to będzie.
Jakby czytając jej myśli, profesor odezwał się:
— Skontaktowałem się z zarządcą portu. Znałem kogoś, kto miał wobec mnie dług. Uregulował go dziś. Ma pani bilet na rejs za dwie godziny. Wystarczy podać nazwisko. Wszystko jest załatwione.
Liwia z trudem przełknęła ślinę. Chciała mu podziękować, ale słowa nie chciały przejść przez gardło. Skinęła głową — ledwo zauważalnie. To wystarczyło. On nie oczekiwał więcej.
Port w Zatoce Dusz spowity był mgłą. Mewy krążyły leniwie nad wodą, ich krzyki odbijały się echem od skał. Powietrze było ciężkie, nasycone solą i wilgocią — jakby samo morze milczało w obliczu tego, co się wydarzyło.
Profesor zatrzymał samochód. Wysiadł pierwszy, wyciągnął jej walizkę z bagażnika. Podał ją Liwii powoli i ostrożnie. Widać było w jego postawie troskę i obawę. Jego dłoń na moment zatrzymała się na uchwycie — jakby nie chciał, by dziewczyna odjechała. Ale zaraz cofnął ją, nie mówiąc nic.
Spojrzał jej w oczy.
— Proszę na siebie uważać — powiedział cicho. — Teraz jest pani dla swojej rodziny ważniejsza niż kiedykolwiek.
Liwia zadrżała. Wiedziała, że w domu czeka na nią bezbronna dusza, która nie zrozumiała jeszcze, że ojciec i brat nie wrócą. Aureon potrzebował kogoś, kto stanie się jego całym światem. I tym kimś musiała być ona.
A ona sama… czuła się, jakby dryfowała w mrocznym oceanie, gdzie każde światło gasło, zanim zdołała do niego dotrzeć.
— Czy… wróci pani do szkoły? — zapytał profesor, jego głos był niemal szeptem, jakby obawiał się odpowiedzi.
Spojrzała na niego. W jej oczach była tylko pustka — nie wiedziała, co powiedzieć. Nie miała już siły wierzyć w przyszłość. Wszystko, co znała, legło w gruzach. W jej spojrzeniu była odpowiedź, której nie umiała jeszcze wypowiedzieć.
Profesor tylko skinął głową. Nie dopytywał. Odprowadził ją wzrokiem na przystań. I tam — zniknęła w mgle.
Mijały dni, tygodnie, miesiące.
Dom. Cisza. Cmentarz. Cisza. Zakupy. Dorywcze prace. Cisza. Brat. Sen. Pustka.
Liwia dryfowała między obowiązkami a bezradnością. Czas przestał mieć znaczenie. Dni mieszały się z nocami, a ona sama coraz bardziej traciła kontur własnej tożsamości. Opiekowała się Aureonem, ale robiła to mechanicznie. Jak cień dawnej siebie.
On natomiast… rósł. Odradzał się.
Szkoła, przyjaciele, obowiązki — choć wciąż zasmucony, uczył się żyć. Był dzieckiem. Miał w sobie coś, czego ona nie miała już wcale: zdolność do odbudowy.
Liwia czasem siadała przy kuchennym stole i wpatrywała się w przestrzeń, jakby czekała, aż coś się wydarzy. Aż coś wróci. Aż ktoś przyjdzie. Ale nikt nie przychodził. Nic się nie zmieniało. Otrzymała pismo o przełożeniu jej aplikacji, po czym akademia zamilkła.
Aż pewnego popołudnia — leniwego, spokojnego, letniego — Aureon wszedł do kuchni. Jego twarz była poważna. Zachowanie chłopca było dziwne, nietypowe. Do tej pory nie tracił żadnej okazji, by spędzić czas z przyjaciółmi na beztroskich zabawach. Teraz widać było, że są dla niego rzeczy ważne i ważniejsze, a przed nim było coś najważniejszego.
— Siostra… — zaczął — rozmawiałem z babcią Serafiną. Powiedziała, że zostanie ze mną. Ty musisz wrócić na Akademię. Tata i Velmir by tego chcieli. My tego chcemy. Musisz.
Liwia poczuła, jak coś w niej pęka. Jej mały braciszek nie był już dzieckiem. Stał przed nią jak młody mężczyzna, który rozumie więcej, niż powinien.
Objęła go. Tulili się długo w milczeniu.
W tamtym uścisku, w jego słowach, w tej odwadze — było wszystko. Decyzja, której ona nie potrafiła podjąć sama, została podjęta za nią. I wiedziała, że to była decyzja słuszna.
Wakacje leniwie dobiegały końca. Liwia przygotowywała się do powrotu. Jej rzeczy wciąż były spakowane — nie rozpakowała walizki od niemal roku, od dnia powrotu. Może bała się, że gdy to zrobi, to jakby zatrzasnęła za sobą drzwi Akademii. Jednak zaraz po tym, jak rektor przychylił się do prośby o przesunięcie jej aplikacji o rok, Liwia przestała wierzyć w powrót. Była pewna, że już nigdy nie wróci. Ale teraz — czuła, że musi, że powinna.
Studiując listę wykładowców, zamarła.
Nazwisko profesora Czarnowicza… zniknęło.
Z niewiadomych przyczyn nie figurował już jako promotor, ani nawet jako wykładowca. Nie było go. Żadnej wzmianki.
Jej serce zabiło szybciej.
Czy odszedł? Czy wyjechał? Czy… zniknął?
Czuła, że musi znaleźć odpowiedź. Coś między nimi pozostało niedopowiedziane.
A może to właśnie on miał być tą siłą, która wprowadzi ją na ścieżkę, o której myślała pierwszego dnia. Może to z nim miała się zmierzyć, by wreszcie zrozumieć, kim naprawdę jest.
Nie znała jeszcze odpowiedzi, ale wiedziała jedno:
czas było wrócić na ścieżkę do gwiazd.
Czas i ścieżki przeznaczenia są pokrętne niczym korzenie starego, martwego drzewa — wiją się w ciemnościach, niepoddające się ludzkiemu rozumowi.
Każdej duszy, bez względu na jej status czy pochodzenie, przynależy się ten sam szacunek. Nie wolno przechodzić obojętnie obok cierpienia. Nie wolno gardzić słabszym ani pałać nienawiścią do tego, kto inny. Albowiem nie znamy losu, który spoczywa na horyzoncie naszych dni. Nie wiemy, czy ten, którego dziś odrzucamy lub krzywdzimy, jutro nie stanie nad nami jako nasz własny sędzia — władca życia i śmierci, przyodziany w szaty przeznaczenia.
Życie jest próbą. Jest labiryntem, z którego nie można się wydostać bez pozostawienia śladów. Nawet gdy pragniemy wznieść się ku triumfowi, musimy pamiętać: żaden sukces nie należy wyłącznie do nas. Nasze istnienie utkane jest z nici nieskończonej liczby przypadków, splecione z cieni postaci, które spotkaliśmy, z chwil, które wydawały się błahe, a jednak powróciły, by odcisnąć piętno na przyszłości.
Dziś — nauczyciel. Jutro — uczeń.
Dziś — ofiara. Jutro — kat.
Dziś — wróg. Jutro — sprzymierzeniec.
Każdy nasz krok, każdy szept w tej jednej, niepowtarzalnej chwili rozbrzmiewa echem w dolinach czasu. Czas nie zna litości. Gdy raz przeminie, nie powróci. Nie sposób przeżyć dwa razy tej samej godziny, nie można odwrócić błędu, który się wydarzył. Świat się zmienia. My się zmieniamy. I nawet jeśli powrócimy do tego samego miejsca — ono nie będzie już takie samo.
Szansa, która została zlekceważona, odchodzi jak duch o świcie. Może przyjdzie inna — lecz nie ta sama. I to, co z niej wyniknie, nie będzie tym, co mogło się wydarzyć. W życiu żałuje się tylko niewykorzystanych okazji.
Czas nie czeka. Gdy pragniemy go zatrzymać — przyspiesza. Gdy chcemy go pospieszyć — spowalnia. Nie biegnie po linii prostej, lecz plącze się w labiryncie losu niczym dzikie pnącze oplatające ruiny.
Dlatego każda sekunda powinna być przeżywana z pełnią świadomości. Gdy przyjdzie po nas Śmierć — a przyjdzie, choć nie znamy dnia ani godziny — winniśmy stanąć przed nią bez lęku, spojrzeć jej w oczy jak starej towarzyszce i z szacunkiem pozwolić się poprowadzić w nieznane.
Jeśli zaś zmarnujemy dany nam czas, jeśli zlekceważymy dary losu — spojrzymy na Śmierć jak na nieprzyjaciela. Ale to nie ona zawiniła — to my. I wtedy nasze ostatnie uczucie nie będzie wdzięcznością, lecz trwogą. Nie istnieje gorsza kara za życie niż lęk, jako towarzysz ostatniej podróży.
A czy naprawdę chcesz, by strach był ostatnim, co poczujesz?
Wybierz wolność. Żyj. Żyj z całą intensywnością duszy, zanim przyjdzie noc. To jest twój czas. Tylko ty możesz kreślić linie swojego przeznaczenia.
W samochodzie panowała cisza. Kierowca zdawał się wyczuwać nastrój pasażerki i nie zadawał zbędnych pytań. Droga mijała powoli, niemal zbyt powoli, jakby czas opierał się każdemu kolejnemu kilometrowi.
Kiedy w końcu auto zatrzymało się przed Akademią, Liwia miała wrażenie, że świat zatrzymał oddech wraz z nią. Nacisnęła klamkę z wahaniem. Jej dłoń drżała lekko, a serce biło głucho, jakby ostrzegało przed powrotem do miejsca, w którym niegdyś wszystko się zaczęło — i gdzie też wszystko pękło.
Wysiadła i stanęła przed kutą, żelazną bramą. Słońce stało nisko nad horyzontem, ciepłe, złote światło przesączało się przez liście drzew, rzucając cienie na bruk. Te same mury. Te same okna. A jednak inne.
Teraz widziała więcej — nie tylko piękno, ale i ciężar miejsca, które uczyło, niszczyło i przemieniało.
Recepcjonistka spojrzała na nią z życzliwym uśmiechem i wręczyła klucz do nowego pokoju. Bez zbędnych formalności. Jakby powrót Liwii był czymś naturalnym, oczekiwanym.
Pokój okazał się zaskakująco podobny do poprzedniego. Skromne wnętrze, łóżko z drewnianą ramą, stara szafa, biurko pod oknem. Różnica tkwiła głównie w drugim łóżku, starannie nakrytym, jakby czekało na nowego lokatora, który wciąż pozostawał nieobecny. Tym razem jednak okna wychodziły na park — zielony, głęboki, skrywający własne historie. Liwia stanęła przy szybie. Drzewa szumiały cicho, jakby coś do niej szeptały. Poczuła znajome dreszcze. Nie była tu tylko ciałem. Całe jej jestestwo — przeszłość, lęk, pamięć — wróciło razem z nią.
Nie rozpakowała walizki. Zostawiła ją pod ścianą i wyszła z pokoju tak, jakby uciekała.
Korytarz był pusty. Kroki odbijały się echem od kamiennych ścian, prowadząc ją nieubłaganie w dobrze znanym kierunku — do drzwi gabinetu profesora Czarnowicza. Serce waliło jej w piersi jak w bębnie rytualnym. Miała wrażenie, że każdy krok, każdy oddech, niesie ją coraz bliżej nieznanego.
Przystanęła pod drzwiami. Przez długą chwilę tylko patrzyła na masywną klamkę. Miała ochotę zawrócić, schować się, zniknąć. Ale przecież nie wróciła tu tylko po co, by uciec.
Wzięła głęboki oddech i nacisnęła klamkę.
Drzwi ustąpiły bezgłośnie.
Gabinet wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętała — ciemne drewno, zakurzone księgi, staroświeckie lampy, ciężka atmosfera skupienia. Zapach starego pergaminu, atramentu i kadzidła wciąż unosił się w powietrzu, gęsty i znajomy jak wspomnienie dzieciństwa.
Za biurkiem siedział on. Profesor Wiktor Czarnowicz.
Uniósł wzrok znad manuskryptu. Ich spojrzenia zderzyły się i przez krótką chwilę czas się zatrzymał. W jego oczach nie było zaskoczenia. Raczej… pewność. Jakby wiedział, że Liwia wróci.
— Panno Dukwood — powiedział, odkładając pióro. Jego głos był głęboki, spokojny, jak zwykle wyważony. — Wróciła pani.
Głos, który niegdyś niósł w sobie groźbę, dziś brzmiał inaczej. Był ciężki od znaczeń, których nie wypowiedział.
— Tak — odpowiedziała. — Chciałam się upewnić, czy wciąż mogę kontynuować studia pod pańską opieką. Na liście promotorów…
— Nie widnieję na niej — przerwał jej łagodnie, ale stanowczo. — Bo nie biorę wielu studentów. W zasadzie to nigdy więcej niż jednego.
Milczała. Oczy jej pociemniały.
— Rozumiem… — szepnęła.
Już miała się obrócić, już stawiała krok ku drzwiom, gdy jego głos powstrzymał ją przed jakimkolwiek ruchem.
— Czekałem. Gdyby pani nie wróciła… nie podjąłbym pracy w tym semestrze. Ale teraz, kiedy pani jest — możemy zacząć.
Obróciła się powoli. Patrzyła na niego uważnie, ale ostrożnie. Jak na coś, co zbyt wiele znaczy, by w to wierzyć bezwarunkowo. Nie była pewna, czy słowa, które usłyszała były prawdziwe, czy tylko pozostawały wytworem jej wyobraźni.
— Mieszka pani na kampusie? — zapytał.
— Tak. Pokój 12A, z widokiem na park.
Skinął głową.
— Proszę się przygotować. Za godzinę wyjeżdżamy. Spotykajmy się przy głównej bramie. Proszę się nie spóźnić. Nie lubię czekać.
Nie zapytała, dokąd jadą. Wiedziała, że odpowiedź pozna, kiedy przyjdzie czas. Odwróciła się i wyszła — nie biegiem, nie w panice. Z ciszą w sercu, ale też z jakąś przedziwną pewnością.
Godzinę później Liwia stała przed bramą kampusu, ubrana w granatowy płaszcz. W dłoni ściskała cienką torbę z notatnikiem i książką, z której nie potrafiła ostatnio przeczytać nawet jednej strony. Jesienne niebo ciężko zwisało nad kampusem, barwione ołowiem, miedzią i złotem. Powietrze pachniało palonym drewnem, mokrą ziemią i nadchodzącym chłodem.
Samochód profesora pojawił się punktualnie, jakby sterowany nie przez kierowcę, lecz przez wewnętrzny mechanizm precyzji. Srebrny, nienagannie czysty pojazd sunął cicho po żwirowanej alejce. Kiedy się zatrzymał, drzwi otworzyły się bez słowa — jak zaproszenie, jak wyzwanie.
Czarnowicz nie odezwał się. Wysiadł, kiwnął lekko głową i wskazał miejsce obok siebie na przednim siedzeniu. Jego spojrzenie było poważne, badawcze, ale pozbawione napięcia. Miał na sobie ciemny płaszcz, spod którego wystawał kołnierz białej koszuli i szary krawat z jedwabiu — prosty, lecz elegancki.
Liwia wsiadła bez pytania. Czuła, że każde słowo wypowiedziane w tym momencie zburzyłoby delikatną strukturę ciszy, jaka panowała między nimi. Ruszyli. Samochód płynął po drodze, a drzewa po obu stronach zdawały się pochylać nad nimi jak starcy składający ukłon.
Droga wiodła przez las, potem przez niewielką dolinę, aż wreszcie zaczęli wspinać się po brukowanej serpentynie wznoszącej się na wzgórze. Tam, w oddali, majaczyła budowla. Zamek.
Nie willa. Nie pałacyk. Zamek.
Gdy Liwia ujrzała go w pełni — z kamiennymi basztami, wąskimi oknami, przysadzistymi murami i wysoką bramą z kutego żelaza — zaparło jej dech. Światło późnego popołudnia kładło się na nim jak na gotyckim płótnie: złote refleksy na szarym kamieniu, cień wspinający się po murze jak duch wspomnień.
— To pana dom? — zapytała cicho, niemal szeptem.
— Tak. — Jego głos był spokojny, nieco zamyślony. — Dziedzictwo, a czasami przekleństwo.
Nie dodał nic więcej.
Brama otworzyła się jakby była napędzana jakąś niewidzialną siłą. Za nią znajdował się szeroki dziedziniec, brukowany ciemnym kamieniem, lekko wilgotnym od mgły, która zaczynała się unosić. Cicho. Bezgłośnie. Jakby wszystko wokół zapadło w oczekiwanie.
Przed wejściem stał mężczyzna w wieku około sześćdziesięciu lat. Ubrany w klasyczny, czarny frak, z białymi rękawiczkami i wyprostowaną sylwetką, przypominał postać z epoki dżentelmenów. Skłonił się lekko, lecz z godnością.
— Oskar — przedstawił krótko Czarnowicz. — Opiekun domu. Można mu ufać.
Oskar skinął głową, nie patrząc Liwii w oczy, jakby wymagała tego etykieta.
Zamek od środka był jeszcze bardziej przytłaczający. Przedsionek wyłożony był czarno-białą mozaiką, której wzór przypominał symboliczne labirynty znane z alchemicznych rycin. Prowadził wprost do obszernego holu, gdzie królowały marmurowe kolumny, rzeźby bezimiennych postaci i ściany pokryte ciemną boazerią.
Z góry zwisał ogromny żyrandol ze szkła i żelaza, przypominający zbroję upadłego rycerza — anioła. W powietrzu unosił się zapach drewna, kadzidła i czegoś trudnego do zidentyfikowania, jakby woń deszczu i suszonych róż.
Liwia czuła się jak w śnie. Jej ciało drżało, ale nie z zimna. To było raczej drżenie duszy — jakby instynkt podpowiadał, że znalazła się na progu czegoś większego niż zdoła pojąć, choć nie potrafiła zrozumieć swoich emocji. Oskar zaprowadził ją na pierwsze piętro. Schody były szerokie, kamienne, z kutą balustradą. Wzdłuż ścian wisiały portrety przodków — mężczyzn i kobiet o surowych twarzach, których oczy, choć nieruchome, zdawały się śledzić każdy krok.
Pokój przygotowany dla Liwii znajdował się na końcu długiego korytarza. Gdy Oskar otworzył drzwi, dziewczyna stanęła w progu jak zahipnotyzowana.
Wnętrze przypominało komnatę królowej. Łóżko z baldachimem, ciężkie kotary, stary sekretarzyk przy oknie, stylizowana toaletka, marmurowy kominek. Wszystko utrzymane w odcieniach głębokiego bordo, granatu i kości słoniowej. Na łóżku, starannie rozłożona, leżała suknia. Nie była to zwykła kreacja. Uszyta była z ciężkiego, ciemnoczerwonego aksamitu, z misternie zdobionym gorsetem, zdawała się pochodzić z innego wieku. Materiał pokryty był czarną koronką we wzór róż. Obok niej leżała kartka — starannie wypisana ręką Czarnowicza:
„Proszę się przebrać. Kolacja za godzinę.”
Liwia przez dłuższą chwilę tylko patrzyła na suknię. Jej palce drżały, gdy dotknęła aksamitnej tkaniny. Była ciężka, jakby nosiła na sobie historię. W jej fakturze czuć było nie tylko kunszt krawiectwa, ale i coś więcej — jakby miała swoje przeznaczenie. Suknia miała ciemnobordowy kolor, a wierzchnią warstwę stanowiła delikatna, czarna koronka ze wzorem róż.
Zrzuciła z siebie codzienne ubranie i przebrała się powoli, niemal z nabożeństwem. Suknia układała się na jej ciele idealnie. Zasznurowała gorset, zaciskając go mocno, aż poczuła, jak zmienia jej sylwetkę, wydobywa kruchość i siłę jednocześnie. W lustrze wyglądała jak kobieta z portretu, jak duch, który odnalazł ciało.
Włożyła czarne pantofle na niewysokim obcasie, spięła włosy w półupięcie i stanęła przed drzwiami. Serce waliło jej jak dzwon.
Zeszła powoli po schodach. Każdy krok odbijał się od ścian jak echo wspomnień. Gdy weszła do holu, Wiktor czekał już przy balustradzie, ubrany w grafitowy surdut i białą koszulę z wysokim kołnierzem. Na jego twarzy malował się wyraz zaskoczenia — jakby nie spodziewał się, że Liwia może wyglądać do tego stopnia szlachetnie i kobieco.
Skinął głową w geście, który był jednocześnie powitaniem i pochwałą.
— Pasuje pani do tego miejsca — powiedział cicho. — Jakby należała tu od zawsze.
— Nie jestem przyzwyczajona do takich strojów — odparła, próbując zapanować nad głosem.
— To nie strój. To odbicie. Czasem potrzebujemy kostiumu, by zobaczyć siebie naprawdę.
Nie czekając na odpowiedź, podał jej ramię. Przyjęła je bez wahania. Zeszli razem do głównej sali, gdzie pośrodku, pod ogromnym żyrandolem, ustawiono stół nakryty dla dwojga. Świece rzucały drgające światło, a ich blask odbijał się w kryształach kielichów. Z ciemnego kąta dobiegała cicha muzyka — skrzypce, melancholijne, aksamitne.
— Nie potrafię tańczyć — powiedziała nagle, zbyt głośno. Wzbierała w niej panika.
On nie odpowiedział od razu. Spojrzał jej głęboko w oczy i ujął ją w talii. Drugą dłoń położył na jej dłoni — gest pewny, nieinwazyjny, przepełniony delikatnością.
— Nauczysz się — wyszeptał. — Pozwól się prowadzić.
I zaczęli się poruszać. Powoli, w rytm cichej muzyki, jak we śnie. Jej suknia szeleściła przy każdym kroku, a jego obecność otulała ją jak cień. Nie potrafiła myśleć. Mogła tylko czuć.
Zatańczyli w milczeniu. Ona — skupiona na każdym jego ruchu. On — spokojny, opanowany, jakby ten taniec nie był rozrywką, lecz rytuałem.
— Wydaje się pan… dziwnie spokojny — powiedziała w końcu, łagodnie. — Jakby w panu była cisza.
Uśmiechnął się ledwie zauważalnie. Jego dłoń powędrowała niżej na jej biodro. W tańcu delikatnie ją przechylił, zbliżając twarz do jej piersi tak blisko, że poczuła ciepły oddech na skórze i kosmyk jego włosów, który opadł na jej dekolt.
— W ciszy słyszy się najwięcej — wyszeptał.
Gdy muzyka ustała, zatrzymali się. Nie odsunął się od razu. Trwali tak chwilę, a potem odprowadził ją do stołu. Kolacja czekała — dziczyzna z sosem z jałowca, pieczywo, czerwone wino, gruszki w miodzie.
Jedli w milczeniu, lecz nie było w tym niezręczności. Raczej… zrozumienie. Jakby rozmowa działa się poza słowami.
— Dlaczego ja? — zapytała w końcu.
Podniósł wzrok znad kielicha. Oczy miał zamyślone.
— Nie wiem. Ale wiem, że to ty. I nie zadawaj więcej tego pytania. Każde “dlaczego” ma swój czas. A czas… jeszcze nie nadszedł.
Po kolacji wyszli na balkon. Ogród rozciągał się aż po horyzont. Róże, magnolie, pnącza pełzające po murach jak stare tajemnice. Księżyc oświetlał wszystko bladym srebrem.
— Kiedyś bałam się ciszy — powiedziała. — Teraz zaczynam ją lubić.
— Bo dopiero teraz słyszysz w niej siebie.
Odwróciła się do niego. Przez ułamek sekundy myślała, że go pocałuje. Ale tylko się uśmiechnęła. Cicho. Prawdziwie.
— Dziękuję, że mnie pan zaprosił.
— To ja powinienem dziękować, że pani przyjęła moje zaproszenie.
Zamilkli.
Po kolacji profesor zaproponował spacer po ogrodach otaczających posiadłość. Słońce powoli chowało się za horyzont, a światło wieczoru zalewało alejki miękkim, złocistym blaskiem. Liwia uznała, że to może być dobry moment na rozmowę. Może w tej cichej, niemal baśniowej scenerii Czarnowicz będzie bardziej skory do otwartości.
Wyszli z rezydencji i skręcili w lewo, zanurzając się w labirynt różanych ścieżek. Aromat kwiatów wypełniał powietrze, a ziemia pod stopami chłonęła ciepło dnia, oddając je teraz powoli w chłodniejącym wieczorze.
– Każdą kobietę raczysz takim przyjęciem? – rzuciła z uśmiechem, próbując rozluźnić atmosferę lekkim żartem.
Wiktor spojrzał na nią bez uśmiechu. Jego twarz na moment stężała, a w oczach pojawił się cień zawodu.
– To zabolało – powiedział chłodno, choć bez złości. – Nie uległaś pierwszemu wrażeniu, nie posłuchałaś opinii, wróciłaś po roku i zapukałaś do mojego gabinetu. Dałaś mi szansę. A jednak teraz zakładasz, że zamierzam cię uwieść, jak inne przed tobą? Krzywdząca opinia, choć wcale mnie nie znasz i nie wiesz nic o mnie.
Rumieniec zalał jej policzki. Trafił w samo sedno. W głębi duszy cały czas podejrzewała właśnie to – że sprowadzenie jej tutaj miało drugie dno. A teraz zobaczyła, że jego reakcja jest szczera, może nawet wydawał się nieco bezbronny?
– Jeśli chcesz znać prawdę – mówił dalej – nie wiem, dlaczego cię tu przywiozłem. Żadna kobieta nigdy wcześniej nie przekroczyła progu tej rezydencji. Stronię od ludzi. Ograniczam kontakty do niezbędnego minimum. A jednak poczułem, że to musisz być ty.
Liwia spojrzała na niego z lekkim niedowierzaniem.
– Jest pan tajemniczy i wyjątkowy, jak duch minionych czasów…
– Z tą różnicą, że ja istnieję naprawdę – odparł. – Z krwi i kości. Nazywam się Wiktor. Nie mów do mnie więcej „panie profesorze”.
– Oczywiście… Wiktorze.
Zamilkli na chwilę. Zimny wieczorny wiatr musnął jej odsłonięte ramiona. Zadrżała. Wiktor, widząc to, objął ją bez słowa ramieniem. Instynktownie oparła głowę na jego barku. Ten drobny gest niósł w sobie dziwną czułość. Było jej dobrze. Lepiej niż od dawna. Poczuła się bezpiecznie.
– Powinniśmy wracać – powiedział spokojnie. – Nie chcę, żebyś się przeziębiła.
– Jeszcze nie… – szepnęła, zamykając oczy. – Nie chcę, żeby ten wieczór się skończył…
Wiktor uśmiechnął się lekko, choć jego twarz nadal pozostawała opanowana.
– Jest jeszcze jeden powód, dla którego powinniśmy wrócić. Jutro oboje zaczynamy nowy semestr. Trzeba być w formie.
Miał rację. Skinęła głową i ruszyli powoli w stronę rezydencji. Gdy dotarli pod drzwi jej pokoju, zatrzymała się i spojrzała mu w oczy.
– Dziękuję. To był naprawdę magiczny wieczór – powiedziała cicho.
– Nie tak magiczny, jak kobieta, która dziś przekroczyła próg tego domu – odparł. – Śpij dobrze, Liwio.
Choć jego rysy nadal były surowe, w spojrzeniu dostrzegła coś miękkiego. Coś, co zaczynało się łamać. Otwierać. Potem Wiktor odprowadził ją do komnaty. Drzwi zamknęły się za nią bez dźwięku.
Stała przez długi czas, oparta plecami o drewno. A potem rozebrała się powoli, jakby ściągała nie tylko suknię, ale też warstwy strachu, smutku, dawnego życia.
Weszła do łazienki. Potrzebowała zmyć z siebie te wszystkie emocje – głęboko, aż do kości. Ciepła woda koiła jej skórę, rozluźniała ciało i umysł. Gdy w końcu położyła się do łóżka, czuła, że coś się zmieniło. Poczuła, że nie tylko zaczyna nowy rozdział na Akademii, ale także, że coś zmienia się w jej sercu, coś zakazanego, a jednak coś, czego tak bardzo pragnęła i potrzebowała.
Kiedy zasnęła, uśmiechała się lekko.
Po raz pierwszy od miesięcy nie śniła o stracie.
Śniła o ogrodzie. O świecach. O tańcu.
Poranek przyszedł cicho, prawie niezauważalnie. Przez wysokie okna sypialni wślizgiwało się światło bladego świtu. Firany poruszały się leniwie, jakby oddychały.
Liwia leżała bez ruchu, owinięta miękką pościelą, otulona ciszą, która już nie wydawała się pusta. Przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest. Ani kim jest. Jakby sen i rzeczywistość wymieszały się w jedno. Potem wszystko wróciło. Suknia. Kolacja. Muzyka. Jego ręka w jej talii. Jego oczy.
Czy, jeśli pamięć nie pozostawi po sobie śladów, istnieje jakakolwiek siła, która pozwoli nam trwać — po tamtej stronie? Co naprawdę porusza tryby tego świata?
Wiedza to moc stwarzania. Ale czy może istnieć samodzielnie — bez duszy, bez uczucia? Tylko jedna siła dorównuje jej potędze. Tylko miłość.
To ona, obok wiedzy, przekracza granice czasu i przestrzeni. Tylko ona potrafi tkać rzeczywistość na nowo — z nadziei, z pamięci, z pragnień. Ale czy człowiek potrafi kochać wiele razy? A może prawdziwa miłość dana jest tylko raz — wieczna, niepodzielna?
