Za każdą cenę - Robert Dugoni - ebook + audiobook
BESTSELLER

Za każdą cenę ebook i audiobook

Robert Dugoni

4,3

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Powieść autora książek dwukrotnie nominowanych do nagrody Harper Lee i Nagrody Edgara Allana Poe.

Dwie kobiety – jedna zaginiona, druga zamordowana – gotowe zapłacić najwyższą cenę za swoje ideały i marzenia.

Dwoje policjantów, dla których żadna cena nie jest zbyt wysoka za odkrycie prawdy i wymierzenie sprawiedliwości.

Kavita, młoda mieszkająca w Seattle Hinduska, ma marzenia jak wiele Amerykanek w jej wieku – skończyć studia, zrobić karierę. Tradycjonalistyczna rodzina dziewczyny ma jednak wobec niej zupełnie inne plany. Czy właśnie dlatego Kavita znika bez śladu? Bo chce się odciąć od rodziny?

Mimo że śledztwo w sprawie jej zaginięcia nie leży w gestii wydziału zabójstw, Tracy Crosswhite zajmuje się nim, ponieważ czuje, że za zniknięciem dziewczyny kryje się coś znacznie bardziej mrocznego niż ucieczka. I wkrótce znajduje tropy, które mogą na to wskazywać.

Tymczasem jej kolega Vic Fazzio, zajmujący się zamordowaniem miejscowej aktywistki próbującej oczyścić swoją dzielnicę z narkotyków, zostaje oskarżony o spowodowanie śmierci jedynego świadka. Tracy będzie próbowała mu pomóc, mimo że ma własne problemy – jej pozycja w wydziale nigdy jeszcze nie była zagrożona tak jak teraz. Ale choć ich kłopoty są innego rodzaju, to wygląda na to, że mają wspólne źródło.

Nikt nie zaprzeczy, że Robert Dugoni pisze świetne opowieści. Ale tym, co go absolutnie wyróżnia, jest umiejętność tworzenia niezwykłego obrazu pracy policji w wielkim mieście.

Associated Press

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 467

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 41 min

Lektor: Leszek Filipowicz

Oceny
4,3 (113 oceny)
53
43
14
3
0
Sortuj według:
coolturka

Nie oderwiesz się od lektury

"Za każdą cenę" to już szósty tom przygód detektyw Tracy Crosswhite. Moim zdaniem każdą część można czytać osobno bez znajomości poprzednich, bowiem w każdym tomie mamy do czynienia z nową zagadką kryminalną, a jedyne co je łączy to perypetie z życia osobistego głównych bohaterów. Na placu zabaw, na oczach swoich dzieci zastrzelona zostaje miej­sco­wa ak­ty­wist­ka pró­bu­ją­ca przeciwdziałać gangom i rozprzestrzenianiu się handlem nar­ko­ty­ków w swojej dziel­ni­cy. Tą sprawą zajmuje się Vic Faz­zio. Ka­vi­ta jest młodą Hin­du­ską, miesz­ka­ją­cą w Se­at­tle. Chce stu­diować medycynę i zro­bić ka­rie­rę, jednak jej ro­dzi­na ma zu­peł­nie inne plany. Czy wła­śnie dla­te­go dziewczyna znika bez śladu? Tracy czuje, że za jej znik­nię­ciem kryje się coś znacz­nie więcej, a intuicja jeszcze nigdy jej nie zawiodła. To sprawnie napisany thriller kryminalny, który z każdą przeczytaną stroną wciągał mnie coraz bardziej. Mamy do czynienia z dwiema sprawami: obserwujemy śledztwo główne or...
00
czytanienaplatanie

Nie oderwiesz się od lektury

„Za każdą cenę” to już szósty wydany na naszym rynku tom cyklu z detektyw Tracy Crosswhite. Nie czytałam wszystkich, żałuję, ale te, które miałam okazję przygotowały mnie na zajmującą sprawę kryminalną połączoną z ciekawym wątkiem społecznym podane w budzącym emocje stylu. Tym razem pojawiają się dwa wątki kryminalne. Zostaje zastrzelona matka dwójki dzieci walcząca o bezpieczeństwo młodzieży w dzielnicy Seattle, przeciwstawiająca się zagrożeniu ze strony gangów. I śmierć ponosi młoda dziewczyna, studentka medycyny, której zaginięcie zgłasza zaniepokojona przyjaciółka. W pierwszym z nich z pewnością nie pomaga zastrzelenie przez policjantkę jedynego świadka zbrodni, co przeradza się w niezrozumiałą rozgrywkę wewnętrzną, której ofiarą może paść policjant prowadzący śledztwo. W drugim pojawia się trudny do zaakceptowania temat aranżowanych małżeństw, konserwatywnych hinduskich tradycji, ale też odrzucenia i trudności z jakimi musi borykać się dziewczyna, która decyduje się temu tradyc...
00

Popularność




CYKL Z DETEKTYW TRACY CROSSWHITE

DWIE KOBIETY – JEDNA ZAGINIONA, DRUGA ZAMORDOWANA – GOTOWE ZAPŁACIĆ NAJWYŻSZĄ CENĘ ZA SWOJE IDEAŁY I MARZENIA.

DWOJE POLICJANTÓW, DLA KTÓRYCH ŻADNA CENA NIE JEST ZBYT WYSOKA ZA ODKRYCIE PRAWDY I WYMIERZENIE SPRAWIEDLIWOŚCI.

Kavita, młoda mieszkająca w Seattle Hinduska, ma marzenia jak wiele Amerykanek w jej wieku – skończyć studia, zrobić karierę. Tradycjonalistyczna rodzina dziewczyny ma jednak wobec niej zupełnie inne plany. Czy właśnie dlatego Kavita znika bez śladu? Bo chce się odciąć od rodziny?

Tracy Crosswhite czuje, że za zniknięciem dziewczyny kryje się coś znacznie bardziej mrocznego niż ucieczka. I wkrótce znajduje tropy, które mogą na to wskazywać. Tymczasem jej kolega V ic Fazzio, zajmujący się zamordowaniem miejscowej aktywistki próbującej oczyścić swoją dzielnicę z narkotyków, zostaje oskarżony o spowodowanie śmierci jedynego świadka. Tracy będzie próbowała mu pomóc, mimo że ma własne problemy – jej pozycja w wydziale nigdy jeszcze nie była zagrożona tak jak teraz. Ale choć ich kłopoty są innego rodzaju, to wygląda na to, że mają wspólne źródło.

Robert Dugoni

Amerykański pisarz urodzony w 1961 r. Po uzyskaniu licencjatu z dziennikarstwa na Uniwersytecie Stanforda współpracował m.in. z „Los Angeles Times”. Następnie ukończył prawo na Uniwersytecie Kalifornijskim i przez 13 lat pracował w kancelarii adwokackiej w San Francisco, zanim całkowicie poświęcił się pisarstwu. Autor 19 powieści, z których dwie były nominowane do Nagrody Harper Lee. Dwukrotnie wyróżniony przez Pacific Northwest Writer’s Association i zdobywca wielu innych prestiżowych nagród.

Książki Dugoniego zostały przetłumaczone na kilkanaście języków i opublikowane w ponad 20 krajach.

Grób mojej siostry otwiera cykl z detektyw Tracy Crosswhite. W Polsce ukazało się 6 należących do niego powieści.

ROBERTDUGONI.COM

Tego autora

GRÓB MOJEJ SIOSTRY

JEJ OSTATNI ODDECH

NA POLANIE WISIELCÓW

UMIERA SIĘ TYLKO RAZ

BRUDNA SPRAWA

ZA KAŻDĄ CENĘ

Tytuł oryginału:

A STEEP PRICE

Copyright © La Mesa Fiction, LLC 2018

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2021

Polish translation copyright © Lech Z. Żołędziowski 2021

Redakcja: Anna Walenko

Zdjęcie na okładce: © Katarzyna Mierzwinska/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8215-626-3

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Wszystkim kobietom, których dotknął rak piersi i które stoczyły z nim wspaniałą walkę.

Miejmy nadzieję, że pewnego dnia naukowcom się uda i w końcu znajdzie się lekarstwo.

Rozdział 1

Wtorek, 10 lipca 2018

Minął ponad rok od ostatniej sprawy, którą prowadzili w South Park Del Castigliano i Vic Fazzio, detektywi z wydziału zabójstw, ale powód ich wizyty tutaj się nie zmienił. Kogoś znów zabito.

Poprzednim razem chodziło o zabójstwo dwóch prawników, którzy wdali się w skupowanie i modernizację ruder i których znaleziono martwych w jednym z nich, co miało stanowić nauczkę dla innych.

Mieszkańcy South Park nie byli zainteresowani żadnymi zmianami.

– To całkiem inny świat – powtórzył Del powiedzonko krążące w policji Seattle.

Jechali samochodem policyjnym przez most South Park nad szarozielonymi wodami rzeki Duwamish. Minęła właśnie szesnasta i lipcowe słońce odbijało się diamentowymi refleksami od powierzchni wody. Na niebie nie było ani jednej chmurki, temperatura powietrza przekraczała trzydzieści stopni.

Most wyprowadził ich na Cloverdale Street.

– A już myślałem, że po remoncie mostu South Park się zmieni – powiedział Faz.

Dzielnica South Park dysponowała czymś, co na rynku nieruchomości uznawano za największą wartość z punktu widzenia modernizacji: lokalizacją, lokalizacją i jeszcze raz lokalizacją. Leżała w odległości dwudziestu minut jazdy z centrum Seattle, rzut kamieniem od lotniska Boeinga i niedaleko portu lotniczego Seattle-Tacoma. Gdy stary most South Park zamknięto dla ruchu w 2010 roku, remont ciągnął się ponad cztery lata i wyglądało na to, że nikomu się z nim nie spieszy. Bo o ile zatruta gleba i brudne wody South Park nie odstraszały od prób modernizacji, o tyle skutecznie robił to poziom lokalnej przestępczości. Duży odsetek mieszkańców tej dzielnicy stanowili członkowie gangu Sureño z Kalifornii Południowej, który obsługiwał meksykańskie kartele narkotykowe.

– Sądziłem, że znajdzie się deweloper, który zacznie skupować nieruchomości i podnosić czynsze, zwłaszcza w mieszkaniówce – mówił dalej Faz. – Ale teraz coś mi się widzi, że prędzej schudnę, niż do tego dojdzie. – Przy wzroście metr dziewięćdziesiąt trzy Faz ważył sto dwadzieścia dwa kilogramy. – Wygląda, jakbyś ty też ostatnio przybrał trochę na wadze – dodał, obrzucając partnera spojrzeniem.

Del był od niego o dwa centymetry wyższy, ale od czasu związku z Celią McDaniel z prokuratury hrabstwa King zrzucił prawie dwadzieścia trzy kilogramy.

– Znów zacząłem żreć węglowodany – mruknął. – Celia mówi, że woli, jak mam trochę więcej ciała.

– Ja też wolę. Bo zaczynaliśmy już wyglądać jak Flip i Flap. Dzwonił Billy, że da nam jakieś wsparcie?

Billy Williams był szefem zespołu A, a Del i Faz mieli w tym tygodniu telefoniczny dyżur w wydziale zabójstw. Zwykle wsparcie stanowili Tracy Crosswhite i Kinsington Rowe, druga para detektywów zespołu A, ale Tracy od ponad miesiąca była zajęta w sali sądu apelacyjnego hrabstwa King, gdzie toczył się proces o zabójstwo.

– Obiecał, że nam kogoś znajdzie. – Del skręcił w prawo i zwolnił przed rzędem zaparkowanych radiowozów.

Po południowej stronie jezdni stał tłum gapiów, kobiet i mężczyzn w różnym wieku, w kolorowych letnich strojach: T-shirtach i topach na ramiączkach, szortach i gumowych klapkach. Wachlowali się i mrużyli oczy przed oślepiającym blaskiem słońca.

– Cyrk przyjechał do miasta – prychnął Del. Minął zaparkowane pojazdy ekipy śledczej CSI oraz straży pożarnej, szukając miejsca do zaparkowania.

– Czwarta po południu w dzień powszedni? To lepsze niż pójście do kina. – Faz pokręcił głową. – Stań przed karetką.

Del wpasował się w wolne miejsce przed blokiem mieszkalnym z czerwonej cegły. Jego partner przesunął się na fotelu klimatyzowanego samochodu i włożył lekką marynarkę na koszulę z długimi rękawami i krawatem.

– Już czuję, jak się pocę – mruknął.

– Ja się pocę od urodzenia – powiedział Del. On też miał na sobie marynarkę, choć z powodu upału pozwolił sobie zdjąć krawat.

Dobiegł ich łoskot nadlatującego śmigłowca wiadomości telewizyjnych i Faz popatrzył w górę. Pierwsze, co będą musieli zrobić – o ile Billy jeszcze tego nie zrobił – to przepędzić stąd ten cholerny śmigłowiec. Pokazali odznaki dyżurnemu policjantowi i wpisali do rejestru obecności swoje nazwiska, numery służbowe i godzinę przybycia, po czym przeszli pod czarno-żółtą taśmą, którą odgrodzono miejsce przestępstwa. Większość policjantów skupiła się wokół niewielkiego placu zabaw pośrodku dziedzińca przy bloku mieszkalnym w kształcie litery U. Przykryte niebieską płachtą ciało leżało koło zielonych drabinek. Billy rozmawiał z jednym z umundurowanych funkcjonariuszy, ale na widok Dela i Faza przerwał rozmowę.

– Dzwoniłeś w sprawie odwołania śmigłowca? – zapytał Faz.

– Taaa – mruknął Billy, wyraźnie bez wiary w to, że jego interwencja przyniesie jakiś skutek.

Śmigłowce mediów podlegały restrykcjom tylko wtedy, gdy naruszały przestrzeń zakazaną policyjnie. Stacji telewizyjnej wymierzano wówczas karę finansową, ale nawet w takich przypadkach – jeśli temat był odpowiednio gorący – stacja płaciła i robiła swoje.

– Uda nam się dowieść, że to mieszkanie znajduje się w granicach hrabstwa King? – spytał Del.

– Na to liczę – odrzekł Billy.

Część dzielnicy South Park podlegała jurysdykcji szeryfa hrabstwa King i jak głosiła branżowa anegdota, funkcjonariuszom jednej czy drugiej służby zdarzało się przenosić ciała ofiar na przeciwną stronę ulicy, żeby sprawa znalazła się w gestii tych drugich. Choć odpowiedź Billy’ego miała być żartem, Del nie skwitował jej uśmiechem. Od czasu wyposażenia policji w osobiste kamery ustało dowcipkowanie na miejscu przestępstwa i pewnie wszyscy niedługo zaczną łykać antydepresanty.

Billy poprawił czapkę, która chroniła przed słońcem jego ogoloną na łyso głowę.

– Ta sprawa może szybko zacząć śmierdzieć. Ofiarą jest Monique Rodgers. – Zawiesił głos, jakby to nazwisko powinno coś im mówić. – Mogliście o niej czytać lub widzieć ją w telewizji, jak gardłuje przeciwko gangom i dilerom narkotyków w South Park.

– Ta aktywistka? – spytał Faz.

Jak przez mgłę przypominał sobie Afroamerykankę, która występowała na posiedzeniu rady miejskiej, mówiąc o pladze gangów i narkotyków.

– Niedoszła aktywistka – uściślił Billy. – Nie zdążyła dojść za daleko.

– Czy dlatego ktoś ją zastrzelił w biały dzień? – odezwał się Faz. – Żeby dać nauczkę innym?

– Prawdopodobnie. – Billy pokiwał głową.

– Zakładam, że ktoś coś widział – wtrącił Del.

– Należałoby się tego spodziewać – rzucił Billy. – Podobno na placu zabaw było wtedy kilka matek z dziećmi, ale jak dotąd wszystkie grają w spektaklu „Nic nie widziałam, nic nie słyszałam, nie mówię po angielsku”.

– Boją się – skwitował Faz.

– Ktoś jeszcze oberwał? – spytał Del.

– Żadnych innych zgłoszeń – odparł Billy.

– Czyli zakładamy, że to ona miała być ofiarą, tak? – upewnił się Faz, przenosząc wzrok na dwa murki z cegieł, ciągnące się po obu stronach chodnika i mogące stanowić dobrą osłonę w razie strzelaniny między dwoma rywalizującymi gangami.

Na terenie South Park działały bojówki Crips1 oraz kilka gangów azjatyckich, choć wszystkie były dużo mniej liczne od Sureño. Jeśli doszło do strzelaniny między gangami, Rodgers mogła stać się przypadkową ofiarą wymiany ognia.

– Tak – potwierdził Billy. – Zważywszy, że nikt inny nie ucierpiał, a według świadków strzelała podobno tylko jedna osoba. – Spojrzał na wciąż wiszący w górze śmigłowiec. – W telewizji rozdmuchają fakt, że to wszystko działo się w biały dzień i w pobliżu były dzieci.

– A co z jej rodziną? – spytał Faz.

– Babcia wzięła stąd dzieci i zaprowadziła do domu. – Billy wskazał ręką narożnik bloku. – Podobno mąż przyjechał z pracy i jest teraz z nimi.

– Ktoś w ogóle coś mówi?

Billy pokręcił głową.

– Nie możemy nawet ustalić liczby strzałów ani tego, skąd padły. Tylko jedna kobieta zeznała przesłuchującemu ją policjantowi, że słyszała trzy strzały, chyba z tamtej strony. – Ponownie wskazał narożnik budynku.

– Znaleźli tam łuski? – zapytał Del.

– Nie, żadnych.

– Czyli albo kobieta się myli, albo facet strzelał z rewolweru – zauważył Faz.

– Ekipa przeszukuje teren pod kątem łusek – oznajmił Billy. – A Anderson-Cooper chodzą od mieszkania do mieszkania.

Desmond Anderson i Lee Cooper należeli do zespołu B, ale od czasu, gdy Anderson Cooper zaczął prowadzić wieczorne wiadomości CNN, nazwiska obu śledczych z Sekcji Ciężkich Przestępstw Kryminalnych zlały się w całość i zaczęto o nich mówić w liczbie pojedynczej.

– Będzie nam potrzebna ekipa od nagrań – powiedział Faz. – Kamery któregoś z miejscowych sklepów albo którejś z firm mogły uchwycić zabójcę, jak ucieka lub wsiada do samochodu.

Ulica miała zróżnicowaną zabudowę i poza blokami mieszkalnymi były tu małe domy i sklepiki.

– Już są w drodze.

– Jak dużo z tego widziały dzieci? – zapytał Faz.

– Wszystko – odparł Billy.

Faz odwrócił głowę na dźwięk trąbek i gitar, typowej meksykańskiej muzyki, która dobiegła od strony ulicy. Jezdnią przetoczył się wiśniowoczerwony dwudrzwiowy chevrolet chevelle z czarnymi pasami na karoserii i złocistymi kołpakami na kołach, który wolno sunął przez osiedle.

– Pora na klaunów – mruknął Del.

Mężczyzna na fotelu pasażera miał ogoloną na łyso czaszkę i cienki wąsik, który łączył się z kozią bródką. Jego oczy zasłaniały duże okulary przeciwsłoneczne, co upodabniało go do muchy. Wystawione przez okno prawe ramię było gęsto pokryte tatuażami. Samochód jeszcze bardziej zwolnił, a mężczyzna zdjął okulary i wlepił wzrok w Faza.

– Mały Jimmy – powiedział Faz. – Tylko już całkiem wyrośnięty.

Przed dziesięciu laty wsadził do więzienia ojca Małego Jimmy’ego. Duży Jimmy przeżył tam tylko sześć miesięcy, bo członek konkurencyjnego gangu poderżnął mu gardło nożem.

Mały Jimmy uśmiechnął się szeroko, ułożył palce w kształt pistoletu i wymierzył w Faza, po czym udał, że ręka mu podskakuje po oddaniu strzału.

Rozdział 2

Tracy Crosswhite skrzywiła się, gdy obrońca Leonard Litwin przechylił stojący na stole plastikowy dzbanek i z głośnym chlustem nalał wody do papierowego kubka. W panującej na sali ciszy był to jedyny dźwięk. Litwin udawał, że musi nagle ugasić pragnienie, ale patrząc ze swego miejsca na podwyższeniu dla świadków, Tracy czuła, że obrońcę skłoniło do odejścia od pulpitu zupełnie co innego. Grał na zwłokę, jak obity bokser, który rozpaczliwie stara się dotrwać do końca rundy.

Normalnie Tracy nie przejmowałaby się Litwinem i jego sztuczkami, tyle że od trzydziestu siedmiu z pięćdziesięciu trzech minut, które upłynęły od ostatniej przerwy w rozprawie, po której zajęła miejsce na podwyższeniu dla świadków, chciało jej się siku. Naprawdę bardzo. Nie sądziła, by Litwin lub ktokolwiek inny na sali mógł się domyślać, co ją nęka ani że przyczyną tego jest szesnastotygodniowy płód pod jej sercem, ale to niczego nie zmieniało. Sędzia Miriam Gowin z pewnością nie zamierzała popędzać obrońcy oskarżonego, któremu groziła kara śmierci, a Tracy nie zamierzała ułatwiać Litwinowi sprawy, prosząc o przerwę, jednak z każdą minutą myślała z coraz większym współczuciem o Beth Duchance, biedaczce, która w drugiej klasie zsikała się w majtki. Duchance zapomniała przynieść pracę domową i naciskana przez nauczycielkę, zareagowała jak wystraszony miniaturowy pudel na widok wielkiego psa alfa. Przez całą resztę nauki w tej szkole, czyli wlokące się w nieskończoność osiem lat, Beth Duchance musiała znosić upokorzenia ze strony złośliwych smarkaczy i wrednych koleżanek z podstawówki, którzy przezywali ją Sikawka. Tracy nie chciała w podobny sposób zapisać się w pamięci personelu sądu.

Litwin przechylił kubek do ust i wypił wodę ostentacyjnie małymi łyczkami, po czym zamiast odstawić kubek na stół, zaniósł go na pulpit i zaczął niespiesznie przeglądać notatki i protokoły zeznań w swoim segregatorze.

– Detektyw Crosswhite, powiedziała pani… – Zrobił taki ruch, jakby miał zacząć czytać, po chwili jednak przełożył kartkę, potem następną i następną. Tracy kątem oka dojrzała, jak kilkoro przysięgłych zerka na wielki zegar na przeciwległej ścianie. Duża wskazówka przeskoczyła, mijając dwunastkę, i Litwin w końcu podjął: – Powiedziała pani… że nie było żadnych odcisków palców na nożu. Zgadza się?

Tracy chwilę odczekała, dając czas oskarżycielowi, prokuratorowi Adamowi Hoetigowi, na zgłoszenie sprzeciwu, ponieważ już dwukrotnie udzieliła odpowiedzi na to pytanie, ale Hoetig siedział ze spuszczoną głową, jakby nagle zaciekawił go wygląd jego mokasynów.

– Zgadza się – rzuciła.

– Zatem nie ma pani dowodu na to, że ten nóż należał do oskarżonego, czyż nie?

Pęcherz Tracy domagał się, by zignorowała tę uwagę, ona jednak nie mogła przepuścić okazji do zadania kolejnego ciosu Litwinowi i jego klientowi.

– Poza tym, że oskarżony sam oświadczył, że nóż pasuje do kompletu noży w jego kuchennej szufladzie, to nie.

Kilkoro przysięgłych skwitowało jej odpowiedź przeciągłymi spojrzeniami.

Litwin aż zesztywniał.

– Sformułuję pytanie inaczej. Detektyw Crosswhite, nie dysponuje pani dowodem na to, że ten nóż został użyty do… Nie ma pani dowodów rzeczowych na to, że żona oskarżonego zginęła od ciosu, który zadano właśnie tym nożem, prawda?

Ten kretyn sam mi się podkłada, pomyślała.

– Poza tym, że rękojeść tego noża sterczała z klatki piersiowej pani Stephenson, a ofiara miała jeszcze siedem innych ran kłutych, to nie, innymi dowodami nie dysponuję.

Przeciągłych spojrzeń było teraz więcej i niektórzy przysięgli zaczęli się uśmiechać.

Litwin się zjeżył, a na policzki wypłynął mu krwisty rumieniec.

– Pani detektyw, nie posiada pani dowodów rzeczowych na to, że tego noża użył…

– Na rękojeści noża sterczącego z klatki piersiowej żony oskarżonego nie znaleziono jego odcisków palców, tak, to prawda – przerwała mu Tracy, by przyspieszyć tę zabawę.

Jak było do przewidzenia, Litwin stanął twarzą do ławy sędziowskiej.

– Wysoki Sądzie, obrona prosi o zwrócenie świadkowi uwagi, że ma obowiązek wysłuchać mojego pytania do końca, zanim na nie odpowie.

Gowin spojrzała najpierw na zegar i dopiero potem skierowała wzrok na Tracy.

– Pani detektyw, proszę pozwolić obrońcy dokończyć pytanie. – Przez nieznośnie długą chwilę Tracy z przerażeniem myślała, że Gowin pozwoli Litwinowi kontynuować, sędzia jednak dodała: – Panie mecenasie, jest już szesnasta pięćdziesiąt cztery. Czy myśli pan, że uda się panu zakończyć przesłuchanie detektyw Crosswhite w ciągu najbliższych sześciu minut?

Nie ma mowy, stwierdziła w duchu Tracy.

– Oceniam, że potrzebuję jeszcze godziny – odrzekł Litwin.

Nie potrzebował, ale to przesądziło sprawę. Obojgu należała się chwila zasłużonego wytchnienia.

– Zatem na dziś koniec – orzekła Gowin. – Jutro rano rozpoczniemy od ponownego wezwania detektyw Crosswhite na świadka.

– Zadzwonię – rzuciła Tracy do Hoetiga i nim zdążył się odezwać, wybiegła z sali rozpraw.

Rozdział 3

Faz odprowadzał wzrokiem czerwonego chevelle’a, aż samochód zniknął z pola widzenia, choć meksykańską muzykę słychać było jeszcze przez chwilę.

– Mały Jimmy nie jest już taki mały – zauważył Del, ocierając czoło chusteczką.

– No, całkiem duży skurwiel – potwierdził Faz. – To zdumiewające, jak śmieci zawsze spadają blisko śmieciarki.

– Chyba zapadłeś mu w pamięć – powiedział Del.

Kiedy Faz wsadzał Dużego Jimmy’ego do kryminału, Mały Jimmy miał czternaście lat.

– Już wtedy był niezłym łobuzem – stwierdził Faz.

Duży Jimmy handlował prochami w South Park. Kiedy pojawił się konkurencyjny gang z Los Angeles, wybuchła wojna. W ciągu dwóch tygodni zginęło trzynastu członków obu gangów. Kierowana przez Faza akcja doprowadziła do aresztowania ośmiu członków gangu Sureño, w tym Dużego Jimmy’ego, choć ten ani razu nie pociągnął za spust. Ława przysięgłych uznała, że Duży Jimmy zlecał egzekucje członków konkurencyjnego gangu. Rick Cerrabone, prokurator hrabstwa, oskarżył go na mocy Ustawy o Zwalczaniu Przestępczości Zorganizowanej i przysięgli skazali Dużego Jimmy’ego na dwadzieścia pięć lat odsiadki.

– Nie lubię, jak ktoś do mnie mierzy, wszystko jedno, faktycznie czy na niby – burknął Faz. – Może złożymy Małemu Jimmy’emu wizytę i ustalimy, czy ta przejażdżka miała być wiadomością dla widzów z drugiej strony ulicy.

– Mały Jimmy może na mnie liczyć – rzucił Del.

Faz odwrócił się i podszedł do ofiary. Ukucnął, podniósł róg płachty i przyjrzał się ciału Monique Rodgers. Musiała mieć niewiele po trzydziestce. Na przodzie bluzki widniała wielka ciemnoczerwona plama, a pęknięcia betonu dokoła wypełnione były zakrzepłą krwią. Faz opuścił płachtę i wyprostował się, czemu towarzyszyło chrupnięcie w kolanie.

– Które to mieszkanie? – zwrócił się do Billy’ego.

Ten wskazał narożnik bloku w kształcie podkowy. Na schodach przed wejściem stał umundurowany policjant.

– Ostatnie drzwi.

Faz wszedł za Delem po betonowych schodkach z żelaznymi poręczami i znaleźli się na zadaszonej galerii pierwszego piętra, zastawionej krzesłami i grillami na węgiel drzewny. W otwartych drzwiach mieszkań stali lokatorzy. Kilku z nich posłało detektywom wrogie spojrzenia.

– Czujesz tę miłość w powietrzu? – odezwał się Del.

– Cały się rozpływam – mruknął Faz.

Z głośniczka na ramieniu mundurowego odezwały się głosy i policjant sięgnął ręką, by je ściszyć, po czym podał Fazowi sztywną podkładkę z rejestrem obecności.

– W jakim są stanie? – spytał Faz. Wpisał do rejestru swoje nazwisko i numer służbowy i przekazał podkładkę partnerowi. – Chcą mówić?

– Nie bardzo – odparł mundurowy.

– Jest teraz z nimi ktoś z naszych?

– Nie. Siedzą w kuchni. Uprzedziłem ich, że śledczy będą chcieli z nimi porozmawiać.

Faz i Del weszli do pokoju z mocno podniszczonymi meblami. Przy kuchennym stole po lewej siedział Afroamerykanin, wyraźnie oszołomiony. Na kolanach trzymał wtuloną w niego dziewczynkę, ssącą kciuk. Po drugiej stronie stołu siedziała kobieta około pięćdziesiątki, z małym chłopcem na kolanach. Stojące w pełnym słońcu trzecie krzesło było wolne. W pokoju pachniało przypaloną kawą.

– Pan Rodgers? – Faz przedstawił siebie i Dela. – Bardzo panu współczuję.

Kobieta, trzymając chłopca na ręce, wstała od stołu i wyciągnęła drugą dłoń w stronę mężczyzny.

– Zabiorę ją – powiedziała.

– Dokąd? – Rodgers pokręcił głową. – Dokąd możesz ją zabrać, żeby była bezpieczna?

– Do drugiego pokoju. Zabiorę dzieci do sypialni. – Chwilę odczekała, ale dziewczynka nawet nie drgnęła, więc kobieta bez słowa odwróciła się i wyszła z chłopcem.

Detektywi zamierzali porozmawiać z nią na osobności, by ustalić, co widziała i słyszała na placu zabaw.

Rodgers przeniósł wzrok na Faza.

– No i co chcecie z tym zrobić? – Uniósł pytająco brwi.

– Zamierzamy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by znaleźć sprawcę. – Faz pamiętał o obecności dziecka i ostrożnie dobierał słowa.

– I co dalej?

– Staniemy na głowie, żeby trafił za kratki.

Rodgers pokręcił głową z taką miną, jakby go to niemal rozbawiło.

– Facet, który to zrobił… Przecież to jakiś nikt. Pionek, który miał się wykazać w swoim gangu. Pozbyć się skrzypiącego trybiku. – Faz nie mógł się z tym nie zgodzić. – Zamknięcie go nic nie da. – Rodgers skrzywił się, jakby mówienie tego sprawiało mu ból. – W ten sposób nie zwalczycie narkotyków, gangom to nie zaszkodzi, a mnie nie przywróci Monique.

– Jeśli pionek wykonywał rozkazy, to będziemy mogli postawić w stan oskarżenia tego, kto mu je wydał – odparł łagodnym tonem Faz. – Na tej samej zasadzie wsadziliśmy za kratki Dużego Jimmy’ego, gdy przed dziesięciu laty kierował tu sprzedażą narkotyków.

– Taaa? I kogo przekonacie, żeby się zgodził zeznawać… – Tym razem słowa Rodgersa nie zabrzmiały jak pytanie.

– Pójdziemy krok po kroku – odparł Faz.

– Powiedział pan Dużego Jimmy’ego? – spytał Rodgers. – Ojca Małego Jimmy’ego?

– Zna pan Małego Jimmy’ego?

– Wszyscy go tu znają. Rządzi siatką dilerów i całym gangiem. To on jest głównym winowajcą.

– Rozumiem, że pańska żona była lokalną aktywistką, tak?

Rodgers przełknął łzy, a córka jeszcze mocniej się w niego wtuliła.

– Wcale nie miała takich ambicji – powiedział. – Monique chciała tylko zmobilizować ludzi, żeby pozbyć się prochów i broni z naszej społeczności. Stworzyć lepsze miejsce do życia dla naszych dzieci. Naciskała na lokalne władze, żeby zaczęły organizować zajęcia pozaszkolne, tak by dzieci nie musiały się włóczyć po ulicach i być łatwym celem dla gangów.

– Czy ktoś jej groził?

Rodgers zaśmiał się ze smutkiem.

– Bez przerwy, człowieku. Bez przerwy jej grozili. – Pokręcił głową. – Bez przerwy… – powtórzył. – Ale Monique… Ona się tym nie przejmowała i robiła swoje. Ludzie z gangów łazili za nią pod sam dom. Albo przejeżdżali obok z muzyką nastawioną na pełny regulator.

Faz popatrzył na Dela. Przejażdżka Małego Jimmy’ego z ryczącą muzyką była czymś więcej niż tylko demonstracją braku szacunku. Była ostrzeżeniem.

– Monique stworzyła system straży obywatelskiej, żeby ludzie mogli przekazywać policji to, co zauważą.

– Jak na jej wysiłki zareagowała lokalna społeczność? – spytał Faz.

– Każdy się bał – odrzekł Rodgers bez chwili wahania. – Monique zorganizowała to w taki sposób, że wszystko odbywało się anonimowo, ale ludzie i tak się bali.

– Napotykała jakiś opór? – zapytał Del.

– Przecież ją zastrzelili, nie? – Rodgers uciekł spojrzeniem, lecz nie skupił wzroku na niczym konkretnym. – Na placu zabaw były matki z dziećmi, ale żadna nic nie zrobiła – powiedział cicho. – Jest im obojętne, kogo zabiją.

Opuścił głowę, wsparł podbródek o główkę córki i przytulił małą. Faz wiedział, że to tylko mizerna namiastka matczynych objęć.

Rozdział 4

Droga z budynku sądu do komendy policji przy Piątej Alei nie była długa, ale dość uciążliwa, bo prowadziła pod górę, a bogowie pogody zdecydowali, że w tym tygodniu w Seattle żar będzie lał się z nieba. Wchodząc do komendy, Tracy była zlana potem, a jej pęcherz okazywał coraz większe zniecierpliwienie. Gdy wreszcie wysiadła z windy na szóstym piętrze, niemal zderzyła się z Kinsem. Jej partner był już w marynarce i wybierał się do domu. Od operacji wymiany stawu biodrowego przed czterema miesiącami zaczął się oszczędzać.

– Tracy, hej! Cieszę się, że cię widzę…

– Daj mi minutkę. – Wyminęła go i ruszyła w stronę toalet. Otwierając drzwi, niemal staranowała stojącą za nimi kobietę. – Przepraszam – rzuciła.

– Detektyw Crosswhite. – Kobieta wymówiła jej nazwisko takim tonem, jakby dobrze się znały.

Po kilku głośnych sprawach nazwisko Tracy stało się znane w całym wydziale. Poza tym pełniła funkcję mentorki dla kilku początkujących funkcjonariuszek, zwłaszcza tych, które musiały podciągnąć się w strzelaniu do egzaminu kwalifikacyjnego. Ale nie przypominała sobie tej kobiety z długimi do ramion kasztanowymi włosami.

Nieznajoma wyciągnęła rękę.

– Andrea Gonzalez – przedstawiła się.

Nazwisko też Tracy nic nie mówiło.

Gonzalez przeniosła wzrok na jej brzuch.

– Który to miesiąc? Szósty?

Tracy owinęła się szczelniej żakietem od kostiumu. O swojej ciąży powiedziała tylko Kinsowi. Obowiązujące w policji Seattle przepisy stanowiły, że ciężarna pracownica powinna zostać skierowana do mniej wymagających zajęć, co w jej przypadku oznaczałoby siedzenie za biurkiem, a tego bardzo chciała uniknąć.

– Kto ci powiedział?

Kobieta wzruszyła ramionami.

– Nikt. Sama widzę. Chociaż wyglądasz świetnie.

Tracy wcale nie wyglądała świetnie. Twarz miała obrzmiałą od nadmiaru wody w organizmie, włosy przyklapnięte z gorąca. Utyła już pięć kilogramów i czuła się gruba. Za to Gonzalez wyglądała tak świeżo, jakby dopiero co przyszła do pracy. Może zresztą tak było. Miała na sobie czarne spodnie z gniecionej tkaniny, taki sam żakiet i niebieską bluzkę, która – jak by to określił Faz – eksponowała jej okazałe walory.

– Pewnie cię zastąpię, kiedy pójdziesz na macierzyński. – Na końcu zdania dało się wyczuć jakby znak zapytania, ale i tak zabrzmiało to jak stwierdzenie faktu.

– Co to znaczy, że mnie zastąpisz?

– Myślę, że po to mnie przyjęli. – Gonzalez uśmiechnęła się i po chwili dodała: – Przepraszam, myślałam, że ci powiedzieli. W tym tygodniu zaczynam. Jestem nowym piątym kołem zespołu A.

– A co z Ronem Mayweatherem?

– A kto to jest Mayweather? – Gonzalez wzruszyła ramionami i podeszła do umywalki, aby przejrzeć się w lustrze, po czym odkręciła kran i umyła ręce.

– Już od kilku lat jest naszym piątym kołem.

– Nie wiem. Powiedziano mi tylko, że mam się dzisiaj zgłosić do zespołu A. – Zerknęła na odbicie Tracy w lustrze. – Więc chyba będziemy razem pracowały… przynajmniej przez kilka miesięcy. – Wytarła ręce papierowym ręcznikiem i wyrzuciła go do kosza. – Miło było cię poznać – dodała i wyszła z toalety.

Tracy popatrzyła na zamykające się za nią drzwi, po czym spojrzała w lustro, na swoje odbicie, zwłaszcza na brzuch. Kupiła sobie kilka bluzek i żakietów, które miały maskować ciążę, i nikt z wydziału dotąd nie skomentował jej wyglądu. Tyle że w zespole pracowała z trzema mężczyznami, którym nie przyszłoby do głowy pytać kobietę, czy jest w ciąży. No, chyba że już by rodziła. Ale łatwość i pewność, z jaką Gonzalez rozpoznała stan Tracy, nasuwała podejrzenie, że ktoś musiał jej o tym powiedzieć. A jeśli tak, to rodziło się pytanie, czy Gonzalez została przyjęta do zespołu A tylko na zastępstwo, czy też po to, żeby zająć miejsce Tracy.

Rozdział 5

Tracy wrzuciła zgnieciony papierowy ręcznik do kosza i wyszła z toalety. Kins stał oparty o ścianę i udawał pochłoniętego swoim telefonem.

– Wiedziałeś o tym? – spytała.

Kiwnął głową jak skruszony uczniak.

– Nie wiedziałem, że jest w toalecie, ale… Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać. Zjawiła się dziś rano. Nolasco przedstawił ją i oświadczył, że dołącza do nas jako piąte koło.

– Wie, że jestem w ciąży. – Tracy ściszyła głos, bo w holu pojawiło się więcej ludzi. – Skąd ona, do cholery, wie o mojej ciąży?

– Pojęcia nie mam. Ja nic jej nie mówiłem. – Rozejrzał się po holu, po czym dał znak głową, żeby poszła za nim. Gdy weszli do sali konferencyjnej, zamknął za sobą drzwi. – Słuchaj, jadę zaraz do South Park. Del i Faz mają tam zabójstwo i potrzebują pomocy przy przesłuchaniach świadków, więc trochę mi się spieszy. Gonzalez nie mówiła ci, skąd to wie?

– Nie. Powiedziała, że sama to widzi, co mnie nie przekonuje, bo nigdy wcześniej się nie spotkałyśmy.

– I powiedziała, że wchodzi na twoje miejsce?

– Myśli, że po to ją przyjęto.

– Na pewno chodziło jej o zastępstwo na czas twojego urlopu macierzyńskiego.

– To dlaczego Nolasco nie mógł dać Rona na zastępstwo, tak jak to zrobił w czasie twojej operacji biodra?

– Rona przeniesiono do zespołu C.

– Kiedy to się stało?

– Dowiedziałem się o tym dziś rano, jak zjawiła się Gonzalez. Okazuje się, że Arroyo w styczniu przechodzi na emeryturę.

To ją zaskoczyło.

– Arroyo odchodzi z pracy?

Wzruszył ramionami.

– Podobno.

Zbaczali z tematu.

– Ron pracował z nami od trzech lat – powiedziała. – Dlaczego Nolasco go przenosi?

– Może dlatego, że nikt z naszej czwórki nigdzie się nie wybiera. Bo ty chyba nie, prawda?

– Co masz na myśli?

– Że po urodzeniu dziecka wrócisz do pracy. Bo chyba wrócisz, co?

– Tak samo jak ty po operacji biodra. Przez jakiś czas cię nie było, Ron cię zastępował, wróciłeś i wszystko jest po staremu.

– Zgadza się, tylko że ja nie musiałem zostawiać w domu starego stawu biodrowego.

Przez chwilę milczała, nie bardzo rozumiejąc, do czego Kins zmierza.

– Co takiego? – spytała w końcu.

– Chodzi o to, że ty zostawisz w domu swoje dziecko. I przecież nie musisz pracować. Wszyscy wiedzą, że Danowi dobrze się powodzi… nawet lepiej niż dobrze.

Tracy i Dan pobrali się rok temu.

– Dan właśnie zatrudnił kogoś w swojej kancelarii, żeby móc spędzać więcej czasu w domu. Nie zamierzam rezygnować z pracy. – Kins zrobił minę jak ktoś, kto stoi na krawędzi urwiska i boi się skoczyć. – No co?

– Nic – odparł.

– Co jest?

– Nic. Muszę lecieć.

– Jeśli uważasz, że postępuję nieracjonalnie, to mi powiedz.

Spojrzał na zegarek.

– Dobra, tylko obiecaj, że nie urwiesz mi głowy. Po prostu potraktuj to jak przyjacielską rozmowę z kimś, kto już przez to przechodził.

Kins miał trzech synów.

– Jasne – rzuciła.

– Tracy, znam cię. – Uśmiechnął się nerwowo. – Słuchasz, ale jesteś gotowa się na mnie rzucić i gołymi rękami wyrwać mi serce.

Tracy przysunęła sobie krzesło, usiadła i założyła nogę na nogę.

– Jestem spokojna, widzisz? I słucham.

Milczał przez chwilę, zbierając myśli, a może też odwagę.

– To będzie twoje pierwsze dziecko, więc można śmiało powiedzieć, że nie potrafisz w pełni przewidzieć, co poczujesz, kiedy się urodzi.

– Wiem, że…

Kins uciszył ją gestem dłoni.

– Wysłuchaj mnie do końca.

Uniosła ręce, jakby chciała powiedzieć: „Poddaję się, mów”.

– Wiem, że gdy rodzi się dziecko, człowiek myśli, że właściwie nic się nie zmieni, że jeśli chodzi o pracę, będzie tak samo. Ale to nieprawda. W jego życiu zmienia się wszystko, co oczywiście nie znaczy, że na gorsze. Po prostu się zmienia. A najtrudniejsze jest zostawianie najlepszej cząstki siebie w domu, pod opieką kogoś obcego. Ja tego nie chciałem. Shannah też nie. I dlatego rzuciła pracę i została w domu, mimo że tak naprawdę nie było nas na to stać. I choć Shannah zostawała w domu, dla mnie to nadal było bardzo trudne. Jechałem do pracy i nie mogłem się doczekać, kiedy wrócę do domu i zobaczę moich chłopaków.

Po latach pracy z Kinsem Tracy wiedziała, czym są dla niego synowie. Była świadkiem ich dorastania i słuchała opowieści o nich.

– Nie mogłem się doczekać, kiedy wreszcie zacznę ich trenować w Małej Lidze i będę mógł chodzić na ich szkolne mecze. Uwielbiałem to. Uwielbiałem każdą taką minutę. A teraz za parę miesięcy odwieziemy Connora do college’u i już myślę o tym z przerażeniem, bo wiem, jak nas to zaboli. Zaboli świadomość, że nie śpi w swoim łóżku. Że ma inne łóżko i inne życie w gronie ludzi, których nawet nie znam. – Głos uwiązł mu w gardle i Tracy uświadomiła sobie, że Kins walczy, by nie wybuchnąć płaczem. Po chwili wypuścił wstrzymywane powietrze i ciągnął: – Wiem, że każdy rodzic przez to przechodzi. Każdy rodzic musi się kiedyś pożegnać ze swoim dzieckiem, ale wierz mi, że ta wiedza w niczym nie pomaga. Więc mówię ci: czas strasznie szybko płynie. Nim się obejrzysz, dużo szybciej, niż się spodziewałaś, będziesz je odwoziła do college’u i żegnała się z nim. I będziesz się zastanawiać, gdzie się podziały te wszystkie lata. Będziesz patrzeć na fotografie, nie pamiętając nawet, kiedy było takie małe. I będziesz chciała, żeby wciąż było takie. Żeby te dni wróciły i żeby znów było w domu. I dlatego mówię ci, Tracy: nie traktuj pozostania w domu jak kary, bo możesz tego potem żałować, bo… Słuchaj, muszę już lecieć.

Kins otworzył drzwi i wypadł z sali, nie skończywszy zdania. Ale nie musiał. Tracy domyślała się, co chciał powiedzieć.

Bo to może być twoje jedyne dziecko.

* * *

Po wyjściu z sali konferencyjnej Tracy nalała sobie w kuchni kubek kawy bezkofeinowej – uznała, że to najlepiej ją uspokoi – po czym ruszyła do swojego biurka. Ogarniały ją fale gorąca, tak jak wtedy, gdy szła pod górę do budynku komendy, i nie mogła uwolnić się od myśli o rozmowie z Andreą Gonzalez.

„Który to miesiąc? Szósty?”.

Boże, czyżby wyglądała tak grubo?

Kins też ją zaskoczył. Nie wątpiła, że kocha swoich trzech synów, ale słyszała też od niego wiele utyskiwań: na ich głupie pomysły, na wieczny bałagan w domu, na wezwania do szkoły, bo któryś z nich narozrabiał lub opuścił się w nauce. Trudno było patrzeć na niego, jak ze łzami w oczach mówił w sali konferencyjnej o wyjeździe najstarszego syna do college’u. Takie okazywanie emocji rzadko się zdarzało funkcjonariuszom policji.

Tracy weszła do „zagrody” zespołu A i ujrzała siedzącą przy jej biurku Andreę Gonzalez. Takie zachowania były czymś niespotykanym w pracy policyjnej. Biurka i boksy biurowe traktowano jak świętość. Piąte koła w zespole siadywały przy terminalu komputerowym w głębi pokoju. Gonzalez zachowywała się tak, jakby na dobre się wprowadziła. Powiesiła żakiet w szafce Tracy, a na jej biurku stał kubek z kawą ze Starbucksa, ze śladami czerwonej szminki na krawędzi.

– Przepraszam, ale co ty robisz przy moim biurku? – spytała Tracy.

Gonzalez odwróciła głowę.

– Co?

Tracy wskazała na biurko.

– Co ty robisz przy moim biurku? – powtórzyła.

Gonzalez patrzyła na nią takim wzrokiem, jakby nie zrozumiała pytania.

– Myślałam, że dziś resztę dnia spędzisz w sądzie. Kapitan Nolasco kazał mi zapoznać się z twoimi bieżącymi sprawami.

Tracy spojrzała na ekran monitora i zobaczyła na nim jeden ze swoich dokumentów.

– Jak weszłaś do moich akt?

– Kapitan Nolasco polecił informatykom, żeby podali mi twoje hasło.

Tracy zacisnęła zęby, żeby nie wybuchnąć. Mogła się tego spodziewać. Nolasco musiał maczać w tym palce. Nikt bardziej od niego nie ucieszy się z jej odejścia.

– Zaraz się stąd wyniosę. – Gonzalez wstała i wzięła kubek z kawą. – Przepraszam, ale nie wiedziałam, że łamię jakieś zasady. U nas w LA często siadamy przy wolnym biurku i rozkładamy się na nim.

Tracy nie miała ochoty wdawać się w dyskusję.

– Muszę zadzwonić – burknęła.

Gonzalez spojrzała na zegarek.

– Czuję, że nie najlepiej zaczęłyśmy. Mogę cię zaprosić na piwo? – Popatrzyła na brzuch Tracy i skrzywiła się. – Przepraszam. Może na coś bezalkoholowego?

Tracy opanowała wybuch gniewu, bo uznała, że lepszym jego adresatem będzie Nolasco. A może to tylko hormony szaleją.

– Dzięki, ale nie mogę. Biorę udział w procesie sądowym i przed jutrzejszą rozprawą muszę coś ustalić z prokuratorem.

– Jasne. Słyszałam. W każdym razie przepraszam, że zajęłam twoje biurko.

Gonzalez wyszła z boksu.

Tracy usiadła i nacisnęła klawisz spacji. Komputer automatycznie przełączył się na zabezpieczoną hasłem stronę startową, jak to robił zawsze, gdy klawiatura przez pewien czas pozostawała nieużywana. Wpisała swoje hasło, ekran ponownie ożył i ukazał się plik założony pewnie przez Dela po strzelaninie w South Park, jeszcze zupełnie pusty. Otwierane też były jej maile. Zajrzała do skrzynki nadawczej, ale od wczorajszego popołudnia nie wysłano z jej komputera żadnej nowej wiadomości.

Zadzwonił telefon na biurku. Czując kompletny mętlik w głowie i bojąc się, że to może dzwonić ktoś do Gonzalez, nie zgłosiła się tak jak zwykle, podając stopień i nazwisko, tylko rzuciła suche „Halo”.

– Och, chciałabym rozmawiać z detektyw Crosswhite.

Tracy nie rozpoznała kobiety, która dzwoniła.

– Mówi detektyw Crosswhite.

– Tracy? – Głos brzmiał niepewnie. – Tu Katie. Katie Pryor.

– Katie, cześć. Przepraszam. Miałam… miałam co innego na głowie i… nieważne. Hej, jak ci się wiedzie w nowej pracy?

Pół roku temu Talia Greenwood z biura osób zaginionych odeszła na emeryturę po ponad trzydziestu latach pracy i na jej miejsce Tracy poleciła Pryor. Katie Pryor, matka dwóch dziewczynek, namawiana przez męża, by rzuciła pracę i została w domu, kiedyś podczas treningu na strzelnicy wyznała Tracy, że szuka zajęcia o bardziej unormowanym czasie pracy.

– Podoba mi się… znaczy na tyle, na ile może się podobać szukanie zaginionych. Stałe godziny pracy pozwalają mi lepiej zaplanować czas w domu z dziećmi.

Kiedyś na samą wzmiankę o „zaginionych” Tracy robiło się niedobrze. Ponad dwadzieścia lat temu jej siostra Sara została uprowadzona i wszelki ślad po niej zaginął. Jednak z biegiem lat reakcje Tracy złagodniały.

– Słuchaj, nie chcę zajmować ci czasu – powiedziała Pryor. – Wiem, że bierzesz udział w procesie Stephensona, ale dostałam właśnie zgłoszenie od kobiety, która twierdzi, że jej współlokatorka zaginęła, i mam złe przeczucia. Normalnie nie zawracałabym ci głowy, nie mając dokładniejszych danych, ale mój kapitan przez najbliższe dwa tygodnie będzie w Europie, a kobieta, która złożyła zawiadomienie, przenosi się na stałe do Londynu, więc pomyślałam, że zanim wyjedzie, powinien z nią porozmawiać ktoś z ciężkich przestępstw. Ta zaginiona nie wygląda mi na kogoś, kto nagle zbiera manatki i znika.

– Ile ma lat? – spytała Tracy.

– Dwadzieścia cztery. Wspólnie wynajmowały mieszkanie w Dzielnicy Uniwersyteckiej, w pobliżu kampusu.

– Studentki?

– Absolwentki college’u. Ta zaginiona podobno starała się o przyjęcie na medycynę.

Większość zaginionych uprawia zawody podwyższonego ryzyka, jak choćby prostytucję, albo należy do grupy wysokiego ryzyka, jak narkomani, osoby z zaburzeniami umysłowymi lub cierpiące na alzheimera czy demencję starczą.

– Ta zgłaszająca była jej współlokatorką?

– Do niedawna.

– A co niedawno się wydarzyło?

– Wyszła za mąż w Indiach, dość nieoczekiwanie, sądząc po jej słowach. Do tego stopnia nagle, że powiedziała o tym swojej współlokatorce dopiero po powrocie. I właśnie teraz przenosi się na stałe do Londynu.

– A dlaczego myśli, że jej koleżanka zaginęła?

– Nie może się do niej dodzwonić na komórkę, nie dostaje odpowiedzi na swoje esemesy i maile. Twierdzi, że jej współlokatorka po prostu zniknęła. To skomplikowane.

– Od jak dawna jej nie ma?

– Od prawie doby.

Tracy wiedziała, że dla bliskich doba może wydawać się wiecznością, ale dla policji nie, chociaż to już uległo pewnej zmianie. Wcześniej policja w Seattle odczekiwała czterdzieści osiem godzin, zanim była gotowa uznać kogoś za zaginionego, jednak po niedawnej sprawie pielęgniarki, która poznała przez internet mężczyznę i zniknęła, przystępowano do działania nieco szybciej. Fragmenty ciała pielęgniarki znaleziono w pojemnikach na śmieci w różnych częściach miasta.

– Mówi, że przyjaźniły się od dzieciństwa i że tamta na pewno nie wyjechałaby bez słowa. – Pryor zaszeleściła papierami. – Przykro mi… trochę to wszystko pogmatwane. Zgłaszająca zaginięcie nazywa się Aditi Dasgupta.

– Hinduska?

– Tak. Ona i jej współlokatorka, Kavita Mukherjee, od dziecka chodziły razem do szkoły, a od dwóch lat mieszkały razem w wynajętym mieszkaniu w Dzielnicy Uniwersyteckiej. Obie szykowały się do studiów medycznych.

– Nie rozumiem.

– Ja też nie. Funkcjonariusz, który przyjął zgłoszenie, mówi, że ta zgłaszająca zaginięcie, ta… Dasgupta… niedawno wyszła za mąż w Indiach… i najwyraźniej jej małżeństwo zostało zaaranżowane. Zaginiona współlokatorka, Kavita Mukherjee, nic o tym nie wiedziała.

– Nie wiedziała, że jej przyjaciółka wychodzi za mąż?

– Najwidoczniej nie. W każdym razie Dasgupta twierdzi, że jej współlokatorka, Kavita Mukherjee, była bardzo rozżalona, gdy się o tym dowiedziała.

– Może tak się przejęła, że musiała gdzieś wyjechać, by ochłonąć i wszystko przemyśleć.

– Może, ale Dasgupta nie sądzi, żeby tak było. Mówi, że to do niej niepodobne.

– Wprowadziłaś już jej dane do bazy osób zaginionych? – spytała Tracy.

– Nie miałam jeszcze kiedy. Na razie obdzwaniam jej rodzinę i znajomych. Dzwoniłam też do jej pracodawcy. Nikt nie miał od niej żadnej wiadomości.

Tracy spojrzała na zegar w prawym dolnym rogu ekranu. Liczyła, że wróci do domu o przyzwoitej porze. Wiedziała, że Nolasco nigdy nie wyrazi zgody na to, żeby zajęła się czyimś zaginięciem, o ile nie będzie wyraźnych dowodów na kryminalny charakter sprawy. Zwłaszcza że Faz i Del mieli teraz na głowie zabójstwo w South Park i zapewne będą potrzebowali wsparcia.

– Jesteś jeszcze w biurze? – spytała.

– Tak.

– Wstąpię do ciebie w drodze do domu. Ale muszę przedtem zadzwonić. Możesz trochę poczekać?

– Oczywiście – powiedziała Pryor. – Chcesz, żebym ci wysłała to, co już mam?

– Nie – odparła Tracy, czując, że Nolasco i tak się nie zgodzi, by się tym zajęła. – Wydrukuj mi tylko raport. Odbiorę go od ciebie na miejscu.

– Bardzo ci dziękuję. Wiem, że jesteś zajęta, ale… Znasz to uczucie, kiedy gdzieś w środku czujesz, że coś nie gra.

Tracy znała je aż za dobrze.

Rozdział 6

Anderson-Cooper chodzili od drzwi do drzwi po całym osiedlu, szukając naocznych świadków strzelaniny, a Del i Faz zajęli się sklepami i firmami, w nadziei że znajdą gdzieś nagranie z kamery, na którym widać będzie zabójcę uciekającego z miejsca przestępstwa lub wsiadającego do samochodu, albo w ogóle cokolwiek. Ponieważ nastał już wieczór i część firm była zamknięta, Faz notował nazwy i adresy, by mogli tam wrócić jutro z samego rana. Jeśli w firmie był monitoring, chcieli obejrzeć nagranie, zanim zostanie zastąpione nowym materiałem. Zadzwonił też do inspektoratu ruchu z prośbą, by sprawdzono i zachowano nagrania z pobliskich kamer monitoringu ulicznego. Matka Monique Rodgers zeznała, że strzały słychać było we wschodniej części osiedla. Jeśli tak, to biegnąca równolegle do budynku ulica South Cloverdale stanowiłaby naturalną drogę ucieczki zabójcy.

Właściciel stacji benzynowej przy końcu ulicy oświadczył, że jego kamery pilnują przede wszystkim dystrybutorów, ale mogły też zarejestrować fragment ruchu ulicznego. Nie chcąc tracić czasu, Del i Faz zostawili jednego ze śledczych z sekcji wideo, żeby przejrzał nagrany materiał, a sami udali się do sklepu spożywczego po drugiej stronie ulicy, który niemal na pewno też miał monitoring.

Faz pchnął szklane drzwi, wprawiając w ruch dzwoneczki przyczepione w środku do klamki. Powitał ich mężczyzna jego wzrostu i tak tęgi jak Faz i Del razem wzięci.

– Czym mogę służyć? – rzucił z nachmurzoną miną.

Na głowie miał kok z kręconych czarnych włosów. Mięsiste łapska złożył na wydatnym brzuchu, a oba jego bicepsy, każdy grubości uda przeciętnego mężczyzny, były ozdobione wymyślnymi tatuażami. Ubrany był w szorty, T-shirt i klapki.

Detektywi przedstawili się i wyjaśnili powód swej wizyty. Sklepikarz miał miękki uścisk dłoni i dużo wyższy głos, niż Faz spodziewałby się po osobniku tej postury. Przedstawił się jako Tanielu Eliapo i dodał, że znajomi mówią na niego Tanny.

– Tak jest łatwiej – wyjaśnił. – Słyszałem o śmierci tej kobiety.

– Od kogo pan słyszał?

– Człowieku, mówili o tym w wiadomościach. – Odwrócił się i kiwnął głową w stronę małego telewizorka nad kontuarem z kasą.

Siedziała tam kobieta niemal równie zwalista jak on, o rysach także zdradzających polinezyjskie pochodzenie, i mierzyła ich ponurym wzrokiem. Na kontuarze stał wentylator, który obracał się z lewej strony do prawej i z powrotem, poruszając przy tym kwiecistą suknią kobiety i rozwiewając kosmyki włosów na jej głowie.

– Hej, wy tam! – krzyknął Tanny do dwóch latynoskich chłopaków, sterczących przy stojaku z prasą koło wejścia. Chłopcy drgnęli i popatrzyli na grubasa, a ten wskazał im wywieszkę na ścianie. – Nie ma czytania bez kupowania. Więc się decydujcie. – Wyciągnął rękę w stronę zwisającej z sufitu kamery. – Niespodzianka, ludzie. Jesteście w ukrytej kamerze! Nawet jak ja nie zdążę, to kamera już was ma, a wtedy was dopadnę.

Nie spuszczając ich z oka, Tanny czekał, aż odłożą magazyn na stojak i podejdą do kasy, z butelką napoju gazowanego i paczką cukierków. Dopiero wtedy znów spojrzał na Faza.

– Słyszałem, że ludzie boją się rozmawiać z policją.

– Gdzie pan to słyszał? – spytał Faz, bo to już nie mogło pochodzić z telewizji.

– Człowieku, wiadomości szybko się tu rozchodzą.

– I co jeszcze pan słyszał? – zapytał Del.

– Słyszałem, że Mały Jimmy rozpowiada na ulicy, że sobie nie życzy, by ktoś z wami rozmawiał.

Czyli domysły Faza, że Mały Jimmy miał z tym coś wspólnego, okazywały się trafne.

– Zna go pan?

– Słyszałem o nim. Ricardo Luis Bernadino Jiminez. – Tanny wypowiedział to jednym tchem i skrzywił się, jakby coś mu źle zapachniało. – To bandzior. Słyszałem, że jego ojciec, Duży Jimmy, był kimś ważnym w South Park, że robił wiele dla miejscowych. Ale Mały Jimmy nie jest nikim ważnym, chociaż jemu się zdaje, że jest. Słyszałem, że pracuje dla jednego z meksykańskich karteli. W dawnych czasach Duży Jimmy handlował ziołem. Mały Jimmy robi w heroinie. To straszne gówno, człowieku. Może zabić.

Faz spojrzał na swojego partnera, którego siostrzenica niecałe sześć miesięcy wcześniej przedawkowała heroinę. Del nie zareagował.

– A pan się go nie boi? – spytał Faz.

Tanny parsknął, jakby to pytanie go rozbawiło.

– A co on mi może zrobić? Wie, że jak tknie mnie albo mój biznes, to brachy się nie ucieszą. Wierz mi, człowieku, że on nie zaryzykuje narażenia się brachom.

Spoglądając na posturę Tanny’ego – nie mówiąc już o kobiecie za kasą – Faz pomyślał, że chyba wie dlaczego. Kobieta wyglądała na taką, która potrafi schrupać kawałki szkła i wysrać kolorowy witraż. Wskazał ręką na sufit.

– Macie tu wideo?

Tanny kiwnął głową w stronę kobiety.

– Pika lubi co wieczór obejrzeć sobie nagranie. Może je oglądać na swoim telefonie. Jak przykapuje, że ktoś coś kradnie, to następnym razem, kiedy ten ktoś się tu zjawi… nie ma z nią lekko. Bo ja, człowieku, nie lubię takich, co kradną. A Pika to już ma pierdolca na tym punkcie. – Wzruszył ramionami i szeroko się uśmiechnął.

– Moglibyśmy obejrzeć nagranie z dzisiaj około trzeciej po południu, może nawet ciut wcześniej? – spytał Faz.

– Chcecie to zobaczyć? – upewnił się Tanny.

– Jak najbardziej – potwierdził Del.

– Pika, idę na zaplecze. – Wskazał głową dwóch młodzieńców, którzy stanęli w drzwiach wejściowych. – Uważaj na tych dwóch. Jak coś zwiną, to połam im gnaty.

Walnął mięsistą pięścią w dłoń drugiej ręki i znacząco odchrząknął, po czym poprowadził detektywów na zaplecze sklepu, gdzie na składanym stoliku stał komputer z monitorem. Pomieszczenie było zawalone kartonami i rozpakowanym towarem, w powietrzu wisiał intensywny zapach amoniaku. W rogu sterczał oparty o krawędź zlewu drewniany kij od mopa w blaszanym wiadrze. Jedyne okno nad stolikiem z komputerem było od wewnątrz zakratowane.

– Jak wam się podoba moje biuro? – Tanny szeroko rozłożył ramiona, jakby prezentował wnętrze. – Straszna nora, nie? – Postukał grubymi paluchami w klawiaturę i poruszył myszką. – Mówicie, że około trzeciej dziś po południu?

– Mniej więcej – odrzekł Faz, wkładając na nos okulary.

Tanny znów postukał w klawiaturę i na ekranie ukazał się czarno-biały obraz z datą i godziną w prawym dolnym rogu. Poruszając myszką, przewinął obraz do przodu, zatrzymał się na 14.33 i puścił nagranie z normalną szybkością. Kamera ukazywała głównie wnętrze sklepu i kasę z siedzącą za nią Piką, ale widać też było szklane drzwi wejściowe oraz fragment parkingu i ulicy, jednak wewnętrzny barometr Faza nadal wskazywał „wątpliwe” w odniesieniu do przydatności nagrania. Obaj z Delem przyglądali się, jak do sklepu wchodzą kolejni klienci, kupują coś i wychodzą. Faz wpatrywał się w widoczny przez drzwi kawałek ulicy i śledził wzrokiem przejeżdżające samochody, parking i przechodniów.

– Można by to przyspieszyć? – odezwał się Del po piętnastu minutach oglądania. – Jeśli coś zauważymy, możemy zatrzymać i cofnąć.

– Nie ma sprawy, człowieku. – Tanny wcisnął przycisk szybkiego przewijania i obraz przyspieszył, ale nie za bardzo. – Chcecie jeszcze szybciej?

– Nie, tak jest dobrze – rzucił Del.

– Zaraz! – zawołał Faz po kolejnych paru minutach. – Możemy to cofnąć?

– Coś zauważyłeś? – spytał Del.

– Jeszcze nie wiem.

Tanny cofnął taśmę.

– Tutaj. Niech pan zatrzyma. Trochę do przodu. Stop. Widzisz? – Faz pokazał partnerowi prawy róg ekranu, w którym pojawiła się jakaś rozmyta postać.

– No, widzę – potwierdził Del bez entuzjazmu w głosie.

– Niech pan włączy „Play” – powiedział Faz, nachylając się. Postać na ekranie przebiegła przez fragment trawnika w stronę jezdni, jednak zbyt daleko od kamery, aby dało się rozróżnić jej rysy. – Proszę zatrzymać – rzucił Faz i nachylił się jeszcze bardziej. – Co on ma na głowie?

– Widzę go. – Tanny wyciągnął palec wskazujący. – To kaptur. Wiecie, taka bluza z kapturem. Ma naciągnięty na głowę. Widzicie?

– Tak, widzę – odparł Faz. – Chyba ma pan rację.

– Zasłonił nim całą twarz – dodał Tanny.

– Dziś musiało być ze trzydzieści stopni – zauważył Del.

– Dwadzieścia dziewięć – sprostował Tanny. – To głupota, wiem, ale oni tu wciąż chodzą w kapturach na głowie. W kapturach i podkoszulkach.

– I tak zakrywają głowy? – spytał Del.

– Aż tak często tego nie widzę – odparł Tanny.

Faz próbował wychwycić jakieś charakterystyczne cechy: firmowe logo, coś wyróżniającego bluzę, ale jeśli nawet coś takiego było, odległość od kamery była za duża, by mógł to dostrzec. Popatrzył w dolny prawy róg ekranu, odczytał godzinę i spojrzał na Dela.

– Czas się zgadza – powiedział.

– Miejsce też – potwierdził Del.

Ścieżka przez trawnik biegła od tyłu osiedla do ulicy.

Tanny popatrzył na detektywów.

– Myślicie, że to może być ten zabójca?

– Trudno powiedzieć – odrzekł Del. – Może tak, może nie.

– Jak go możecie zidentyfikować w tym kapturze na głowie? – spytał Tanny.

– Nie wiem – rzucił Faz. – Proszę puścić dalej.

Tanny wcisnął przycisk. Mężczyzna zeskoczył z krawężnika i zachwiał się, jakby skręcił sobie kostkę, i żeby zachować równowagę, oparł się o maskę zaparkowanego samochodu. Potem się wyprostował i pokuśtykał na drugą stronę ulicy, manewrując między samochodami na jezdni. Dotarł niemal do skraju kadru, ale widać było jeszcze, jak wsiada na fotel pasażera dużego białego pojazdu, chyba SUV-a. Ułamek sekundy później pojazd ruszył i zniknął z kadru.

– Widziałeś to? – zapytał Faz.

– Widziałem.

Tanny zatrzymał nagranie i spojrzał na detektywów.

– No i co o tym myślicie, brachy? – spytał.

– Wątpię, żeby udało się odczytać numer rejestracyjny tego samochodu, nawet jak podrasują obraz – zwrócił się Del do Faza. – Jest za daleko i za mało klatek, żeby mogli coś z tym zrobić. Ale może się uda zidentyfikować ten zaparkowany samochód, o który oparł się ręką.

– Możliwe – przyznał Faz. – A ten biały SUV, do którego wsiadł, mógł zostać wychwycony przez którąś z kamer ulicznych. I na wszelki wypadek powinniśmy sprawdzić miejscowe szpitale, czy nie zgłosił się ktoś z urazem kostki.

– Wątpliwe, ale warto spróbować – powiedział Del.

Faz wyjął komórkę, by zadzwonić do śledczego z sekcji wideo.

– Przyślę tu kogoś po to nagranie – oznajmił.

– Nie ma sprawy, człowieku. – Tanny wzruszył ramionami.

Faz wręczył mu wizytówkę, która w potężnych dłoniach Tanny’ego wyglądała jak znaczek pocztowy.

– Wiem, że się pan nie boi Małego Jimmy’ego i nie będę pana pouczał, co ma pan robić, ale na pańskim miejscu nie chwaliłbym się naszą wizytą – powiedział. – Mały Jimmy może i jest pętakiem, ale jeśli pracuje dla Sureño, może mieć pan duże kłopoty.

Tanny uśmiechnął się.

– Nie jestem głupi, człowieku. To, co widzieliście tam – wyciągnął rękę w stronę wejścia do sklepu – było tylko na pokaz. Bo tu nie wolno okazywać strachu. Jak okażesz strach, to ludzie obrobią cię do gołej skóry. Ale co do tego, brachy, to tak, kapuję. Niespieszno mi do kulki w łeb. Jak już mówiłem, Mały Jimmy to walnięty bandzior.

Rozdział 7

Tracy skończyła rozmawiać z prokuratorem Adamem Hoetigiem i odłożyła słuchawkę. Omówili jej zeznanie, a także możliwe słabe punkty, jakie mógł zaatakować Leonard Litwin podczas jutrzejszego przesłuchania. Wyznała też Hoetigowi, że cierpi na zapalenie pęcherza moczowego i byłaby wdzięczna za przerwę w połowie porannej sesji, jeśli się okaże, że przesłuchanie potrwa ponad godzinę. Tracy miała być ostatnim zeznającym świadkiem, a Hoetig nie zamierzał powoływać dodatkowych świadków oskarżenia, więc wymówił się od spotkania z nią, chcąc poświęcić więcej czasu na przygotowanie mowy końcowej.

Tracy wyszła z boksu i ruszyła w stronę gabinetów szefostwa. Chciała złapać kapitana Nolasco przed jego wyjściem i spytać go o Rona Mayweathera oraz rzekome odejście Arroya na emeryturę, a także wyczuć, czy szef wie o jej ciąży i czy to on powiedział o niej Gonzalez. Żaluzje na szklanych ścianach jego gabinetu były spuszczone, więc nie dało się zobaczyć, co dzieje się w środku. Tracy zapukała, usłyszała słowo „Wejść” i otworzyła drzwi.

Kapitan siedział za biurkiem, z kubkiem herbaty w dłoniach, a na jednym z dwóch krzeseł przed nim siedziała Andrea Gonzalez. Spojrzała na wchodzącą Tracy.

– Wy już się poznałyście, prawda? – rzucił kapitan.

– Tak – odrzekły jednocześnie.

Tracy popatrzyła na Nolasca.

– To ja przyjdę później – bąknęła.

– Nie, nie, ja już wychodzę – odezwała się Gonzalez. – Dzięki, kapitanie. Zajmę się tym. – Wstała, uśmiechnęła się do Tracy i wyszła.

– Lepiej też tego posłuchaj – powiedział Nolasco, nim Tracy zdążyła wejść dalej do gabinetu. – Słyszałaś już o strzelaninie w South Park?

– Tak, od Kinsa, jak wróciłam z sądu.

– Ktoś strzelał na placu zabaw na osiedlu mieszkaniowym i zabił matkę dwojga dzieci. Występowała głośno przeciw narkotykom i tamtejszym gangom. Media już się na to rzuciły, a to znaczy, że za chwilę dopadną nas. Wysyłam tam, kogo się da, do pomocy Delowi i Fazowi. Na jakim etapie jest ta twoja sprawa w sądzie?

– Jutro rano będę znów zeznawać jako świadek.

– Kto będzie po tobie?

– Nikt, chyba że Hoetig wezwie jeszcze kogoś albo Litwin zmieni przez noc zdanie. Prokurator liczy, że wygłosi mowę końcową na sesji porannej lub na początku popołudniowej.

– Jak tylko się z tym uporasz, Del i Faz będą potrzebowali twojej pomocy – powiedział Nolasco.

Prowadzący sprawę detektyw policyjny zwykle siedział obok prokuratora podczas całego procesu, od wniosków wstępnych stron aż po werdykt ławy przysięgłych. W założeniu miało to ocieplić wizerunek strony oskarżającej.

– Czy przypuszczamy, że tego zabójstwa w South Park dokonano w odwecie? – spytała Tracy.

– Tak.

– To jest terytorium Sureño – zauważyła.

Miała do czynienia już z dwoma zabójstwami gangsterskimi na tym terenie.

– Chcę, żebyś zadzwoniła do Dela i Faza, jak tylko skończysz, i spytała, czego im potrzeba. – Nolasco opuścił wzrok na biurko, bo najwyraźniej uznał, że ich rozmowa dobiegła końca. Tracy się nie ruszyła, więc spojrzał na nią. – Coś jeszcze?

– Przekazałeś Gonzalez hasło do mojego komputera?

– Nie. Poleciłem jej skontaktować się z informatykami i uzyskać tymczasowe hasło dostępu.

– Wiesz przecież, że ma komputer w administracji, prawda? Nie musiała używać mojego.

– Del i Faz mają sprawę w South Park, ty i Kins siedzicie w sądzie, a ja nie chciałem, żeby wasza „zagroda” stała pusta. Poza tym chciałem, żeby Gonzalez zapoznała się z twoimi sprawami i trochę się zorientowała.

– Tak, tylko że korzystając z tymczasowego hasła dostępu, mogła też wejść do moich osobistych akt, do moich raportów.

Wszyscy śledczy mieli dostęp do dokumentacji wydziałowej, ale tylko detektyw prowadzący daną sprawę miał wgląd w raporty i akta „osobiste”. O każdej nieupoważnionej próbie zajrzenia do takich dokumentów detektyw prowadzący był powiadamiany tak zwanym V-mailem, którego nazwa pochodziła od firmy Versaterm2.

– Wszyscy jesteście zanadto wpatrzeni w swoje terminale. Dokumenty powinny być dostępne dla innych, bo śledztwo to działalność zbiorowa. Nie widzę w tym problemu – oświadczył Nolasco.

Tracy nie była pewna, czy kapitan przypadkiem jej nie bada, postanowiła więc wybadać jego.

– Ron wiedział o wszystkim, co się dzieje?

– Co masz na myśli?

– Ron był naszym piątym kołem i doskonale się orientował, nad czym pracujemy.

– Tak, ale zrobił się wakat w zespole C. Pod koniec roku Arroyo przechodzi na emeryturę.

– Słyszałam.

– Słyszałaś też, że Ron miał ochotę na to stanowisko, co oznaczało wakat dla piątego koła w zespole A?

– Ron chciał się przenieść do innego zespołu?

Nolasco wbił w nią wzrok.

– Coś jeszcze? – spytał.

– Strasznie szybko znalazłeś tę Gonzalez.

– Nieprawda. To się odbyło poza mną i mówiło się o tym od chwili, kiedy Arroyo podjął decyzję o przejściu na emeryturę. – Umilkł. – Chciałbym zauważyć – dodał po chwili – że inni na twoim miejscu tylko by mi podziękowali.

– Za co?

– Za znalezienie tak szybko kogoś nowego, żeby wzmocnić wasz zespół.

– No to dziękuję.

– Coś jeszcze?

Tracy pokręciła głową i wstała. Widać było, że nic więcej z niego nie wyciągnie, a przy Park 95 czekała na nią Katie Pryor.

– Jak tylko skończysz w sądzie, pomóż Delowi i Fazowi – przypomniał jej Nolasco.

* * *

Tracy pojechała do kompleksu Park 95, jak nazywano betonowe budynki przy Airport Way, w których mieściły się służby kryminalistyczne policji Seattle oraz CSI i SWAT3, i zatrzymała się przed biurem osób zaginionych. Było już po osiemnastej i w środku większość boksów biurowych świeciła pustkami, a wokół panowała cisza. Nie słychać było rozmów, telefony nie dzwoniły, nikt nie stukał w klawiaturę.

Znała biuro osób zaginionych z czasów swojej współpracy z CSI w tym samym budynku. Miała też kontakty służbowe z Talią Greenwood, poprzedniczką Katie Pryor. To od niej wiedziała, że biuro nigdy nie uważa spraw za beznadziejne lub zamknięte. Albo odnajdywano osobę zaginioną, albo sprawa się ciągnęła i pozostawała otwarta w komputerze Greenwood. Tracy uważała tę pracę za przygnębiającą i niewdzięczną. Za coś, co zabiera się ze sobą do domu i co wiecznie o sobie przypomina przy kolejnych zaginięciach lub znajdowaniu niezidentyfikowanych ciał. Coś, od czego nie sposób się uwolnić.

Greenwood powiedziała jej kiedyś, że tylko częściowo ma rację.