Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Na polanie wisielców ebook

Robert Dugoni  

4.33333333333333 (33)
Nowość

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 450 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Na polanie wisielców - Robert Dugoni

Trzecie książka z detektyw Tracy Crosswhite.

Detektyw Tracy Crosswhite ma doświadczenie w rozwiązywaniu spraw, które z braku dowodów policja odkłada na półkę. Kiedy więc dawna znajoma z akademii policyjnej prosi ją o pomoc przy śledztwie dotyczącym tajemniczego samobójstwa uczennicy elitarnego liceum, Tracy nie waha się ani chwili. Korzystając z dowodów zgromadzonych przez ojca koleżanki, rozpoczyna dochodzenie, które wywleka na powierzchnię skrywane przez lata mroczne sekrety. Nie zdaje sobie sprawy, że swoją nieustępliwością ściąga na siebie niebezpieczeństwo.

Robert Dugoni wnosi świeży powiew do współczesnej literatury kryminalnej. Cała seria z Tracy musi się znaleźć na waszej liście MUST READ!

„Suspense Magazine”

Opinie o ebooku Na polanie wisielców - Robert Dugoni

Fragment ebooka Na polanie wisielców - Robert Dugoni

Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

O książce

TRZECIA KSIĄŻKA Z DETEKTYW TRACY CROSSWHITE

POWIEŚĆ AUTORA DWUKROTNIE NOMINOWANEGO DO NAGRODY HARPER LEE

Rok 1976. Hrabstwo Klickitat w stanie Waszyngton. Siedemnastoletnia Kimi Kanasket nie wraca do domu. Po kilku dniach w rzece zostają znalezione jej zwłoki. Policja uznaje jej śmierć za samobójstwo i zamyka sprawę. W przeciwieństwie do młodego zastępcy szeryfa Buzza Almonda.

40 lat później. Seattle. Detektyw Tracy Crosswhite prowadzi sprawę zabójstwa, w której ma dwoje podejrzanych: żonę i syna ofiary. W kulminacyjnym momencie śledztwa zwraca się do niej przyjaciółka, której zmarły ojciec, szeryf, zostawił po sobie niezamkniętą dawną sprawę.

Czy Tracy, która sama przez lata starała się dowiedzieć, co się stało z jej siostrą, mogłaby teraz zrezygnować z próby odkrycia, co spotkało inną dziewczynę?

ROBERT DUGONI

Amerykański pisarz urodzony w 1961 r. Po uzyskaniu licencjatu z dziennikarstwa na Uniwersytecie Stanforda współpracował m.in. z „Los Angeles Times”. Następnie ukończył prawo na Uniwersytecie Kalifornijskim i przez 13 lat pracował w kancelarii adwokackiej w San Francisco, zanim całkowicie poświęcił się pisarstwu. Autor trzynastu powieści, z których dwie były nominowane do Nagrody Harper Lee. Dwukrotnie wyróżniony przez Pacific Northwest Writer’s Association, zdobywca wielu innych prestiżowych nagród.

Książki Dugoniego zostały przetłumaczone na kilkanaście języków i opublikowane w ponad 20 krajach.

Na polanie wisielców jest trzecią z cyklu książek z detektyw Tracy Crosswhite. Pierwsza, Grób mojej siostry, nominowana do Nagrody Harper Lee, została uznana przez International Thriller Writers za najlepszą książkę w tym gatunku.

ROBERTDUGONI.COM

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

GRÓB MOJEJ SIOSTRYJEJ OSTATNI ODDECHNA POLANIE WISIELCÓW

Tytuł oryginału:

IN THE CLEARING

Copyright © Robert Dugoni 2016

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2018

Polish translation copyright © Andrzej Szulc 2018

Redakcja: Marzena Wasilewska

Zdjęcie na okładce: Simon Matzinger/Pexels

Projekt graficzny okładki i serii: Katarzyna Meszka-Magdziarz

ISBN 978-83-8125-350-5

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla JoegoCzas wyfrunąć z gniazda, synu.Czas rozwinąć skrzydła.

Prolog

Piątek, 5 listopada 1976 hrabstwo Klickitat, stan Waszyngton

Buzz Almond przyjął zgłoszenie, wcisnął gaz do dechy i uśmiechnął się, słysząc pod maską pomruk dwustuczterdziestopięciokonnego ośmiocylindrowego silnika V8. Przyspieszenie wcisnęło go w fotel. W biurze szeryfa gadali, że politycy chcą ograniczać produkcję benzynożernych dinozaurów na rzecz pojazdów, które spalają mniej paliwa. Może i tak, ale na razie miał jednego z tych krążowników szos, chevroleta caprice ze sztywnym dachem, i nie zamierzał go nikomu oddawać, chyba że wyrwą mu siłą z rąk kierownicę.

Zastrzyk adrenaliny sprawił, że wyprostował się w fotelu. Synapsy w jego mózgu zaiskrzyły. Był otwarty na każde wyzwanie. „Gotów do boju”, jak mówili, kiedy służył w piechocie morskiej. Obecnie, jako zastępca szeryfa w hrabstwie Klickitat, nie widział powodu, by to zmieniać.

Tylko dlaczego nikt nie krzyczy głośno: „Hurra!”?

Buzz zwolnił, opuścił szybę od strony kierowcy i przesunął reflektor, wypatrując bocznej uliczki. Większość była oznakowana, ale niektóre, wąskie i nieutwardzone, nie różniły się wiele od leśnych duktów. Bez latarni i przy nisko wiszących gęstych chmurach było ciemno choć oko wykol. Człowiek mógł minąć przecznicę, w ogóle jej nie zauważając.

Reflektor wyłuskał z mroku zamocowane na drewnianych palikach sfatygowane skrzynki pocztowe. Buzz podniósł nieco światło i zobaczył zieloną odblaskową tablicę z nazwą ulicy. Clear Creek Road. To tutaj. Skręcił. Samochód zaczął się kołysać i podskakiwać na wertepach. Wiosną i latem mieszkańcy poprawiali nawierzchnię niektórych dróg. O tej najwyraźniej zapomnieli.

Przez kilkaset metrów mijał rosnące gęsto dęby, osiki i sosny. W końcu zobaczył po lewej stronie migoczące między gałęziami światło. Skręcił tam i dojechał żwirowanym podjazdem do długiej przyczepy mieszkalnej. Na podwórku, pod rozwieszonymi sznurami na pranie, walały się złom i drewno na opał. Jeszcze nim zaparkował, drzwi przyczepy otworzyły się, wyszedł z niej mężczyzna, zbiegł po trzech schodkach i ruszył w jego stronę. Buzz sprawdził nazwisko, które zapisał wcześniej w notesie, i wysiadł z samochodu. W powietrzu pachniało żywicą; zanosiło się na pierwszy w tym roku śnieg. Jego córki powinny być zachwycone.

Temperatura szybko spadała. Zamarzająca po deszczowym tygodniu ziemia skrzypiała mu pod butami.

– Pan Kanasket? – zapytał.

– Earl – odparł mężczyzna, podając mu szorstką, suchą dłoń. Śniada cera i związane w kucyk czarne włosy wskazywały, że należy do plemienia Klickitatów. Większość Indian przeniosła się przed kilkudziesięciu laty na północny wschód, do rezerwatu Yakama, ale część pozostała. Kanasket miał na sobie solidną brezentową kurtkę, dżinsy i buty z grubymi podeszwami. Jego obsypana pieprzykami, ogorzała twarz świadczyła o tym, że dużo pracuje na świeżym powietrzu. Buzz oceniał, że może mieć około czterdziestki.

– To pan dzwonił w sprawie córki? – zapytał.

– Po pracy Kimi wraca do domu na piechotę. Przed wyjściem zawsze dzwoni z baru. Nigdy się nie spóźnia.

– Z baru Kolumbia? – zapytał Buzz, zapisując to w notesie. Jadąc drogą stanową numer 141, półtora kilometra wcześniej minął zbudowaną z bali knajpę.

Z przyczepy wyszła, otulając się długim płaszczem, kobieta i ruszyła w ich stronę. W ślad za nią pojawił się młody mężczyzna, sądząc po rysach twarzy, dorosły syn.

– To moja żona Nettie i syn Élan – przedstawił ich Earl.

Spod płaszcza Nettie wystawał rąbek koszuli nocnej. Miała na nogach kapcie. Élan był boso, w dżinsach i białym T-shircie. Od samego patrzenia na niego Buzza przeszedł zimny dreszcz.

– O której godzinie córka wraca zwykle do domu? – zapytał.

– O jedenastej. Nigdy się nie spóźnia.

– Dziś też zadzwoniła?

– Zawsze dzwoni. Zawsze, kiedy pracuje – odparł z lekkim zniecierpliwieniem Earl.

– Co powiedziała? – Buzz starał się zachować spokój, ale czuł, że to nie jest przypadek młodej dziewczyny, która naruszyła domowy regulamin.

– Że wraca do domu.

Nettie położyła dłoń na ramieniu męża, żeby go uspokoić.

– To nie w stylu naszej Kimi – powiedziała. – Nie zrobiłaby niczego, co mogłoby nas zaniepokoić. To dobra dziewczyna. W przyszłym roku zacznie studia na Uniwersytecie Stanu Waszyngton. Skoro powiedziała, że idzie do domu, powinna już tu być.

Élan odwrócił głowę w bok i skrzyżował ręce na piersi, co Buzz uznał za dziwną reakcję.

– Więc chodzi do szkoły średniej? – zapytał.

– Do ostatniej klasy liceum w Stoneridge – odparła Nettie.

– Czy mogła pójść do jakiejś koleżanki?

– Nie – rzucił Earl.

– I nigdy jej się to wcześniej nie zdarzyło? Nigdy się nie spóźniła?

– Nigdy – odpowiedzieli chórem Earl i Nettie.

– W porządku – mruknął Buzz. – Czy w domu albo w szkole zaszło ostatnio coś, co mogłoby ją skłonić do zmiany zachowania?

– Na przykład co? – zapytał gniewnym tonem Earl.

Buzz był nadal spokojny.

– Jakieś nieporozumienia? Szkolne miłości, które zakończyły się dramatycznie? – Tak naprawdę brakowało mu w tych kwestiach doświadczenia; jego córki miały dopiero cztery i dwa lata. Pamiętał jednak swoje siostry i ich koleżanki, które potrafiły nieźle dawać do wiwatu, kiedy wchodziły w wiek dojrzewania.

– Zerwała ze swoim chłopakiem – odezwał się nagle Élan i na podwórku zapadła cisza.

Buzz popatrzył na młodego mężczyznę, ale nie doczekawszy się z jego strony dalszego ciągu, skupił ponownie uwagę na Earlu i Nettie. Sądząc po ich minach, ta wiadomość albo była dla nich czymś nowym, albo uważali ją za niewartą wzmianki.

– Kiedy to było? – spytał.

– Kilka dni temu.

Do czegoś w końcu dochodzimy, pomyślał Buzz.

– Kim jest jej chłopak? – zapytał.

– To Tommy Moore – odparł Élan.

– Znasz go?

– Chodziłem z nim do szkoły, ale wtedy nie był jej chłopakiem. Przedstawiłem ich sobie później.

– Kiedy to było?

– Dwa lata temu.

– Byli ze sobą dwa lata?

– Nie – zaprzeczyła stanowczym tonem Nettie.

– Dwa lata temu chodziłem do szkoły – wyjaśnił Élan.

– Élan nie skończył liceum – dodała jego matka.

Buzz odniósł silne wrażenie, że rodzice nie akceptowali związku córki.

– Jak długo Kimi chodziła z Tommym Moore’em? – zapytał.

Nettie machnęła lekceważąco ręką.

– To nie było nic poważnego. Kimi idzie na studia.

Buzz spojrzał na Élana.

– Sześć miesięcy – odparł tamten. – Zaczęli ze sobą chodzić pod koniec ubiegłego roku szkolnego.

Buzz postawił w notesie gwiazdkę przy nazwisku Tommy’ego Moore’a.

– Wiesz, gdzie on mieszka? – zwrócił się do chłopaka.

Élan wskazał ręką las.

– W Husum.

W biurze szeryfa mogli ustalić adres.

– Czym się zajmuje?

– Jest mechanikiem. I bokserem. Zdobył Złote Rękawice.

– Dlaczego ze sobą zerwali?

Élan pokręcił głową i objął się ramionami, żeby się ogrzać.

– Nie wiem.

– Czy siostra mówiła ci kiedyś, że mają jakieś problemy?

– Nie gadamy ze sobą.

To była dla Buzza kolejna ważna informacja.

– Ty i twoja siostra nie rozmawiacie ze sobą?

– Nie. Tommy mówił, że między nimi wcale nie było tak dobrze. Kimi potrafi być przykra.

– Élan! – przerwał synowi najwyraźniej wzburzony Earl.

– Chwileczkę – wtrącił się Buzz. – Czy Tommy mówił, dlaczego nie jest między nimi dobrze?

– Tylko tyle, że Kimi zrobiła się strasznie przemądrzała.

– To nie było nic poważnego – powtórzył Earl.

Élan przewrócił oczami i uciekł wzrokiem w bok.

Zanim Buzz zdążył zadać kolejne pytanie, Earl i Nettie zainteresowali się czymś za jego plecami. Obejrzawszy się, zobaczył migoczące między drzewami światła samochodów.

– Czy to może być ona? – zapytał.

– Nie. To znajomi, których wezwałem na pomoc.

Trzy pojazdy wjechały na gliniane podwórko i stanęły za radiowozem. Z aut wylegli mężczyźni i kobiety, trzasnęły zamykane drzwi. Kobiety podeszły do Nettie i zaczęły ją pocieszać. Mężczyźni popatrzyli na Earla. Ten zerknął na syna.

– Jedź z nimi – rzucił.

Buzz podniósł rękę.

– Zaczekaj, Earl. Co to za ludzie?

– Przyjaciele. Będą szukali Kimi.

– Dobrze, ale chcę, żeby tu jeszcze przez chwilę zostali – powiedział Buzz.

– Musiało jej się coś stać – stwierdził Earl. – Jedź – powtórzył, zwracając się do Élana.

Ten zabrał stojące na schodku buty, ruszył za mężczyznami do ich samochodów i szybko odjechali.

– Dlaczego uważa pan, że coś mogło się jej stać? – zapytał Buzz.

– Z powodu protestów – odparł Earl.

– Protestów związanych ze szkolnymi meczami?

„Stoneridge Sentinel” i mający większy nakład „Oregonian” pisały ostatnio o protestach plemion z rezerwatu Yakama sprzeciwiających się temu, by drużyna futbolu z liceum w Stoneridge używała nazwy Red Raiders i maskotki przedstawiającej białego ucznia z twarzą w wojennych barwach, który wjeżdża na pomalowanym koniu na pole i wbija w nie włócznię.

– Czy ktoś panu groził… panu albo pańskiej córce? – zapytał Buzz.

– To wzburzyło naszą społeczność. Kimi jest moją córką. Jako członek starszyzny jestem symbolem protestu.

Buzz potarł zarost na podbródku.

– Potrzebna mi będzie najnowsza fotografia córki i jej rysopis, a także lista jej najbliższych znajomych.

Earl skinął głową na Nettie, a ta szybko wróciła do przy czepy.

– Żona poda panu nazwiska i zacznie dzwonić do znajomych Kimi.

– Wie pan, jaką ścieżką wracała do domu? – zapytał Buzz.

– Tak.

– Sprawdźmy ją, zanim zacznie padać śnieg.

Ruszyli szybko do radiowozu i wsiedli do środka.

– Na pewno znajdziemy pana córkę, panie Kanasket – powiedział Buzz, wyczuwając jego niepokój i myśląc o własnych córeczkach.

Earl nie odpowiedział; patrzył po prostu w przednią szybę, w ciemność.

Rozdział 1

Czwartek, 27 października 2016 Seattle, stan Waszyngton

Komórka zadzwoniła tuż po tym, jak Tracy Crosswhite opróżniła magazynek glocka czterdziestki – sześć strzałów z odległości piętnastu metrów w niespełna dziesięć sekund. Wsadziła broń do kabury, zsunęła z uszu słuchawki i sprawdziła, kto dzwoni. Trójka jej kursantów wpatrywała się z rozdziawionymi ustami w tarczę strzelniczą. Każde z trafień mieściło się w obrębie najmniejszej średnicy centrum masy ciała.

– Muszę odebrać – mruknęła i odeszła kilka kroków. – Powiedz, że dzwonisz, bo się za mną stęskniłeś – rzuciła do słuchawki.

– Jesteś jak magnes przyciągający zabójstwa – odparł sierżant Billy Williams.

Ostatnio rzeczywiście miała takie wrażenie. Za każdym razem, kiedy ona i jej partner Kinsington Rowe mieli dyżur w wydziale zabójstw, kogoś mordowano.

Billy poinformował ją, że operator numeru 911 przyjął o godzinie 17.39 zgłoszenie o strzałach w jednym z domów w Greenwood. Tracy zerknęła na zegarek. Minęło już dwadzieścia jeden minut. Szukała kiedyś w Greenwood odpowiedniego dla siebie domu. Położona w północnej części Seattle dzielnica była zamieszkana przez klasę średnią i miała zdecydowanie podmiejski charakter.

– Dom jednorodzinny. Jedna ofiara śmiertelna – dodał Billy.

– Rodzinna awantura?

– Na to wygląda. Lekarz sądowy i technicy są już w drodze.

– Zawiadomiłeś Kinsa?

– Jeszcze nie. Ale Faz i Del już tam jadą.

Vic Fazzio i Delmo Castigliano byli dwoma pozostałymi członkami zespołu A w Sekcji Ciężkich Przestępstw Kryminalnych. Należeli również do grupy wsparcia wydziału zabójstw, co oznaczało, że mogli pomóc przy rutynowych czynnościach śledczych, gdyby zaistniała taka potrzeba. Większość przypadków przemocy domowej była banalna. Żona zabijała męża albo mąż zabijał żonę.

Tracy zakończyła zajęcia ze strzelania i wskoczyła do swojego pick-upa, forda F-150 z 1973 roku. W czwartkowy wieczór międzystanowa autostrada numer 5 w kierunku północnym była bardziej zatłoczona niż zwykle. Pokonanie dwudziestu pięciu kilometrów ze strzelnicy zajęło jej prawie czterdzieści pięć minut.

Podjeżdżając pod podany adres, zobaczyła parterowy drewniany dom, skąpany w fioletowym blasku migających świateł radiowozów. Obok ambulansu przy krawężniku stały furgonetki lekarza sądowego i ekipy kryminalistycznej, CSI. Pojawiły się też media – strzelanina w zamieszkanej głównie przez białą klasę średnią dzielnicy zawsze przyciąga uwagę. Na szczęście nad głową Tracy nie unosił się żaden helikopter – wiszące nisko śniegowe chmury i tak nie pozwoliłyby na filmowanie z powietrza. Niska temperatura nie zniechęciła jednak sąsiadów, którzy razem z reporterami tłoczyli się na chodniku i jezdni za czarno-żółtą taśmą policyjną.

Chociaż Kins mieszkał w Seattle i miał do pokonania mniejszą odległość niż ona, Tracy nie dostrzegła nigdzie jego niebieskiego bmw.

– Przyjechałam na imprezkę – powiedziała, opuszczając szybę i pokazując odznakę policjantowi z drogówki.

– Właśnie się rozkręca – odparł, przepuszczając ją.

Zaparkowała za furgonetką CSI. Nie potrafiła zliczyć wszystkich kręcących się przed domem umundurowanych i nieumundurowanych policjantów oraz techników w czarnych bojówkach i kurtkach z napisem CSI na plecach. Lekarz sądowy nadal był w środku ze zwłokami. Dopóki nie skończył, nikt nie mógł nic zrobić.

Przywitała się z umundurowaną policjantką, która miała podkładkę z klipsem i kartkami, na których wszystko zapisywała.

– To twój cyrk, Tracy? – zapytała tamta.

Tracy szkoliła w strzelaniu wiele policjantek, ale tej nie rozpoznała. Po ujęciu seryjnego zabójcy, którego nazwali Kowbojem, i otrzymaniu po raz drugi w swojej karierze policyjnego Medalu za Odwagę zyskała ostatnio pewną sławę i stała się kimś w rodzaju celebrytki, zwłaszcza dla młodszych funkcjonariuszy.

– Podobno – odparła, wpisując do rejestru swoje nazwisko i godzinę przyjazdu. – Ty byłaś pierwsza na miejscu zdarzenia?

Policjantka spojrzała w stronę czerwonych frontowych drzwi.

– Nie. On jest w środku razem z sierżantem.

Tracy zmierzyła wzrokiem dom. Dobrze utrzymany i niedawno pomalowany, wart był z pewnością ponad trzysta pięćdziesiąt tysięcy. W powietrzu unosił się zapach świeżo położonej darni, w świetle ogrodowych lamp widać było obłożone korą krzaki róż i rododendronów. Widmo rozwodu, pomyślała Tracy. Przygotowywali dom do sprzedaży. Trup w środku raczej nie podniesie ceny.

Weszła po trzech schodkach do środka i dała nura pod czerwoną taśmą policyjną. Sierżant Billy Williams rozmawiał z umundurowanym policjantem w skromnym, ale elegancko urządzonym salonie. Na podłodze z ciemnego bambusa, między dwiema kwadratowymi kolumnami, które miały oddzielać salon od jadalni i otwartej kuchni, leżała stożkowata rzeźba z kryształu. Ściany niedawno pomalowano, barwy – łagodne błękity i ciemne zielenie – pozwalały sądzić, że źródłem inspiracji były magazyny wnętrzarskie.

Sanitariusze zajmowali się brunetką, która siedziała na granatowej skórzanej kanapie. Krzywiąc się z bólu, wskazywała na żebra. Miała poza tym spuchniętą lewą stronę twarzy, bandaż na głowie i małe skaleczenie w kąciku ust. Zdaniem Tracy mogła mieć od czterdziestu kilku do pięćdziesięciu lat. Obok niej na kanapie siedział chłopak ze wszystkimi znamionami wieku dojrzewania – potargane włosy, wystające z rękawów za dużego T-shirtu chude ramiona i równie chude nogi sterczące z workowatych szortów. Miał spuszczoną głowę i wbijał wzrok w podłogę, ale Tracy zauważyła na jego lewym policzku czerwony ślad po uderzeniu. Zarówno kobieta, jak i chłopak byli boso.

– To Angela Collins i jej syn Connor – powiedział Billy, starając się nie podnosić głosu. Przypominał do złudzenia aktora Samuela L. Jacksona, łącznie z kępką włosów pod dolną wargą i bejsbolówką na głowie, w jego przypadku kraciastą. – Jej mąż, z którym była w separacji, leży w sypialni z kulką w plecach.

Tracy spojrzała w głąb prowadzącego do sypialni wąskiego korytarza. Kręciło się tam kilku asystentów z zakładu medycyny sądowej. Zobaczyła tylko czarne półbuty i widoczne mniej więcej do połowy uda spodnie od garnituru. Resztę ciała zasłaniały ściana i framuga.

– Co mówi? – Wskazała głową Angelę Collins.

– Że do niego strzeliła – odparł Billy i dał znak mundurowemu, żeby do nich podszedł.

– Przyznała się do winy? – zapytała Tracy.

– Mnie i mojej partnerce – odparł policjant. – A potem poprosiła, żeby przeczytać jej formułę Mirandy, i usiadła na kanapie. Jej adwokat jest w drodze.

– Zdążyła zadzwonić do adwokata? – zdziwiła się Tracy.

– Najwyraźniej – odparł mundurowy. – Słyszałem, jak rozmawiała z sanitariuszami. Powiedziała, że mąż uderzył ją tym kryształem – dodał, wskazując leżącą na podłodze rzeźbę.

– Przyznała się wprost, że go zastrzeliła?

– Oczywiście. Mnie i mojej partnerce.

– Odczytał jej pan formułę Mirandy?

– Podpisała się pod nią.

– Gdzie jest broń?

Policjant wskazał ręką korytarz.

– Na łóżku. To colt defender, trzydziestkaósemka.

– Nie zabezpieczył go pan?

– Nie było takiej potrzeby. Drzwi były otwarte, a ona siedziała, czekając na nas.

– Co mówi dzieciak? – zapytała Tracy.

– Ani słowa.

W tym momencie pod taśmą dał nura Kins i podszedł do nich lekko zdyszany.

– Hej – przywitał się.

– Gdzieś ty się podziewał? – zapytał Billy, mierząc wzrokiem jego garnitur i koszulę, bez krawata.

– Przepraszam. Nie usłyszałem telefonu. Co tu mamy?

– Wygląda na banał.

– To miło – ucieszył się Kins.

Billy wyjaśnił mu sytuację.

– Poproszę Faza i Dela, żeby obeszli sąsiadów, dowiedzieli się, czy ktoś słyszał coś dzisiaj wieczorem albo wcześniej – powiedział. – I nie zapomnijmy zdjąć odcisków palców z tego czegoś – dodał, wskazując leżącą na podłodze kryształową rzeźbę.

Za czerwoną taśmą pojawiła się policjantka, ta sama, która przywitała wcześniej Tracy przed domem.

– Na ulicy czeka mężczyzna. Twierdzi, że jest adwokatem tej kobiety – powiedziała. – Chce z nią porozmawiać.

– Ja się tym zajmę – rzuciła Tracy i wyszła na werandę, ale widząc stojącego na chodniku mecenasa Atticusa Berkshire’a, zatrzymała się w pół kroku. – Niech to szlag!

Wielu gliniarzy i prokuratorów z hrabstwa King miało wątpliwą przyjemność zetknąć się w swojej karierze z Atticusem Berkshire’em. Ci, którzy nie poznali go osobiście, z pewnością o nim słyszeli. Cieszący się złą sławą adwokat bezustannie pozywał policję o brutalne traktowanie i naruszanie praw obywatelskich swoich klientów i w wielu odpowiednio nagłośnionych sprawach udało mu się uzyskać wyroki uniewinniające. W policji Seattle opowiadano, że matka Berkshire’a, nadając mu imię adwokata z Zabić drozda, wybrała dla niego zawód obrońcy w taki sam sposób, w jaki rodzice nadający córkom imię Storm skazują je na rolę pogodynek.

– Chcę porozmawiać z córką, pani Crosswhite – oznajmił Berkshire, kiedy Tracy dzieliło od niego jeszcze kilkanaście kroków.

Z córką? Kolejne zaskoczenie.

– Wie pan, że to na razie niemożliwe, mecenasie – odparła po chwili.

– Poinstruowałem ją, żeby nic nie mówiła.

Tracy uniosła ręce.

– Zasadniczo zastosowała się do instrukcji swojego adwokata.

– Co to znaczy „zasadniczo”?

– Przyznała się, że zastrzeliła męża. A potem poprosiła, żeby przeczytać jej formułę Mirandy.

– To niedopuszczalne.

– Pozwólmy, by zdecydował o tym sędzia.

Tracy nie widziała powodu, by sędzia miał uchylić tego rodzaju przyznanie się do winy, ale zostawiała to do rozstrzygnięcia prawnikom.

– A co z Connorem? – zapytał Berkshire.

– Z chłopcem? Też się nie odzywa.

– Chodzi mi o to, czy mogę się z nim zobaczyć.

– Najpierw my musimy z nim porozmawiać – odparła.

W swoich drogich włoskich garniturach i eleganckich mokasynach niecofający się przed żadną niegodziwością mecenas Berkshire raczej nie wzbudzał sympatii na sali sądowej. Zaskakiwał prokuratorów i sędziów chwytami, które były nieetyczne albo po prostu poniżej pasa, słynął też ze swoich bombastycznych skarg na niesprawiedliwość i uprzedzenia wobec oskarżonych. Taka taktyka, niestety, często okazywała się skuteczna, bo jego publiczność składała się na ogół z liberalnych mieszkańców Seattle. Tego wieczoru jednak, w dżinsach i nieuczesany, z zamieszanymi w zabójstwo córką i wnukiem, nie wydawał się już taki pewny siebie. Tracy niemal mu współczuła.

– Poinstruowałem go, żeby też nic nie mówił.

Jej współczucie natychmiast się ulotniło.

– W takim razie rozmowa będzie krótka.

Na twarzy Berkshire’a ukazał się grymas, który nie należał raczej do jego adwokackiego repertuaru.

– Co by pani zrobiła, gdyby to byli pani córka i pani wnuk?

– Co by pan zrobił, gdyby był pan detektywem w wydziale zabójstw i prowadził to śledztwo?

Berkshire pokiwał głową.

– Rozumiem, że pańska córka i zięć byli rozwiedzeni? – zapytała.

– W trakcie rozwodu.

– I obie strony raczej nie pałały do siebie sympatią?

– Nie odpowiem na to pytanie.

– To będzie długa noc. Może pan zaczekać w domu.

– Zaczekam tutaj.

Tracy zostawiła go na chodniku. Z prokuratury okręgowej powinien wkrótce przyjechać prokurator z Projektu Szczególnie Niebezpiecznych Sprawców i to on mógł się zająć Berkshire’em.

W domu Collinsów Kins wracał właśnie z sypialni.

– Rozmawiałaś z adwokatem? – zapytał.

– To Atticus Berkshire – poinformowała go.

– Nie mów!

– To nie wszystko. Angela Collins jest jego córką.

– O nie! – jęknął Billy.

– Wygląda na to, że nasza banalna sprawa nieco się skomplikowała.

Rozdział 2

To była długa noc i jeszcze dłuższy poranek. Tracy i Kins pracowali do późna razem z prokuratorem okręgowym Rickiem Cerrabone’em, przygotowując wniosek o tymczasowe aresztowanie, w którym przedstawili dowody świadczące o tym, że Angela Collins zastrzeliła męża i do czasu, gdy zostaną jej przedstawione zarzuty, powinna przebywać w areszcie.

Wchodząc do budynku sądów przy Third Avenue, Tracy pokazała strażnikom odznakę i obeszła wykrywacz metalu. Znalazła Kinsa i Cerrabone’a przed salą sądu okręgowego. To właśnie Cerrabone przyjechał poprzedniej nocy z ramienia prokuratury do Greenwood; Tracy i Kins współpracowali już z nim przy wielu zabójstwach.

Była spóźniona, bo straciła dużo czasu w sądzie cywilnym hrabstwa King, przeczesując akta Collinsów. Wręczyła teraz Cerrabone’owi kopię wniosku rozwodowego i nim zdążył założyć na nos okulary, przedstawiła jego główne punkty.

– Angela Collins złożyła pozew przed trzema miesiącami. I wszystko wskazuje na to, że od samego początku poszło na noże. Oskarżyła męża o okrucieństwo, psychiczne i fizyczne nękanie oraz cudzołóstwo.

– Adwokat Collins brał chyba lekcje u jej ojca – wtrącił Kins.

Waszyngton należał do stanów, w których można było uzyskać rozwód bez orzekania o winie. Stawianie tego rodzaju ostrych zarzutów miało zwykle na celu upokorzenie drugiej strony i uzyskanie moralnej przewagi przy podziale majątku albo ustalaniu prawa do opieki nad dziećmi.

– Mediacja nic nie dała. Rozprawa miała się odbyć w przyszłym miesiącu – podjęła Tracy. – Indeks roszczeń zajmuje całe trzy strony. Wygląda na to, że walczyli o wszystko. Większość majątku i tak pójdzie na honoraria adwokatów.

– Już nie – mruknął Kins.

Cerrabone przestał przeglądać wniosek rozwodowy.

– Berkshire będzie utrzymywał, że oskarżona działała w obronie własnej – powiedział. – To utrudni nam sprawę. – Kiedy oskarżony utrzymuje, że działał w obronie własnej, udowodnienie, że było inaczej, należy do prokuratora.

– Skoro to była obrona własna, dlaczego nie chciała z nami rozmawiać i powiedzieć, co się stało? – zdziwił się Kins.

– Bo oglądała pewnie Posterunek przy Hill Street i pierwsze słowa, które usłyszała od swojego ojca, brzmiały: „Wszystko, co powiesz, może być użyte przeciwko tobie” – odparła Tracy. – Albo dlatego, że kryje syna.

Już wcześniej rozważali możliwość, że to Connor Collins zastrzelił ojca, a Angela przyznała się szybko do winy, by chronić syna – ten wątek powinni dokładnie przeanalizować w śledztwie.

– W Seattle nadal świetnie się sprzedaje syndrom maltretowanej żony – zauważył Cerrabone. Z podkrążonymi oczami i opadającymi policzkami sprawiał wrażenie nieogolonego. Faz upierał się, że do złudzenia przypomina Joego Torre’a, dawnego menadżera nowojorskich Jankesów.

Tracy znała Cerrabone’a wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że zanim wysuną oficjalne zarzuty przeciwko Angeli lub Connorowi Collinsowi, postara się dać jej i Kinsowi trochę czasu na zebranie dowodów i uporządkowanie śledztwa. Prokuratorzy hrabstwa King mieli w zwyczaju najpierw zadawać pytania i dopiero później stawiać zarzuty. A już na pewno nie spodobałoby im się wycofanie ich z powodu braku dowodów.

Cerrabone złożył okulary i schował je do kieszeni grafitowej marynarki.

– Zobaczmy, co ma do powiedzenia Berkshire.

Tracy weszła za nim i Kinsem do ciasnej sali sądowej. Widzowie i przedstawiciele mediów zajęli puste zazwyczaj ławki na galerii. Większość ludzi stała z tyłu sali.

Atticus Berkshire siedział w pierwszej ławce. Nie przypominał już w najmniejszym stopniu zatroskanego ojca i dziadka. Jego zaczesane do tyłu srebrzystosiwe włosy opadały na kołnierz granatowej marynarki w prążki. Z pochyloną głową pisał coś na iPadzie. Stojący na dębowym pulpicie urzędniczki sądowej wiatrak obracał się regularnie w lewo i w prawo i przy każdym nawrocie dociśnięte tabliczką z jej nazwiskiem papiery trzepotały niczym skrzydła ptaka. Obrońcy nie mieli własnego stołu: w trakcie krótkich przesłuchań sądowych adwokaci i ich klienci podchodzili do biurka Wysokiego Sądu.

Dokładnie o wpół do trzeciej sędzia Mira Mairs weszła na salę z prawej strony, minęła dwóch zwalistych strażników i usiadła szybko na swoim krześle. Za jej plecami zwisały smętnie dwie flagi: amerykańska i zielona stanu Waszyngton. W normalnych okolicznościach prokuratura powinna cieszyć się z faktu, że sprawę rozstrzyga akurat ta sędzia, ale Mairs słynęła również z twardej ręki wobec oskarżanych o przemoc domową mężów i partnerów, więc Tracy obawiała się, czy nie trafi do niej argument, że Angela Collins zastrzeliła męża w obronie własnej. Mairs poinstruowała urzędniczkę, żeby wywołała sprawę Collins jako pierwszą, zapewne by móc później wrócić do popołudniowej rutyny.

Angela Collins pojawiła się na sali w białych więziennych drelichach z napisem NIEBEZPIECZNY WIĘZIEŃ na plecach. Kajdanki, którymi ją skuto, były przymocowane do pasa na brzuchu. Po wizycie w szpitalu, w trakcie której założono jej na głowę trzy szwy i prześwietlono szczękę oraz żebra – oba zdjęcia nie wykazały żadnych złamań – spędziła noc w areszcie. W kąciku ust miała strup i ciemnosiny krwiak.

Cerrabone zgłosił swoje uczestnictwo w przesłuchaniu. Mairs zerknęła na Berkshire’a, który szeptał coś do córki.

– Dołączy pan do nas, mecenasie? – zapytała.

Berkshire wyprostował się.

– Tak jest, Wysoki Sądzie. Atticus Berkshire reprezentujący podejrzaną, Angelę Margaret Collins.

Sędzia wzięła do ręki wniosek i odgarnęła za uszy czarne jak sędziowska toga włosy, które opadały jej swobodnie na ramiona.

– Jeśli mogę, Wysoki Sądzie… – zaczął Berkshire.

Uniosła rękę, ale nie zaszczyciła go spojrzeniem; czytała dalej dokument, odkładając na bok kolejne kartki. Skończywszy lekturę, zebrała je razem i wyrównała na blacie biurka.

– Przeczytałam wniosek. Czy to wszystko?

– Nie, Wysoki Sądzie – odezwał się Berkshire.

– Zwracałam się do prokuratora – przerwała mu Mairs. – Czy prokuratura chciałaby coś dodać?

– Tak, Wysoki Sądzie – powiedział Cerrabone. – Oprócz tego, co zostało zawarte we wniosku, prokuratura dowiedziała się, że podejrzana i zmarły byli w trakcie burzliwego rozwodu i że po nieudanej próbie mediacji rozprawa rozwodowa miała się odbyć w przyszłym miesiącu.

Mógł podać więcej informacji, ale nie chciał tego robić w obecności prasy. Berkshire nie miał takich skrupułów.

– Mówimy o rozwodzie, o który moja klientka wystąpiła po trwających długie lata fizycznych i psychicznych prześladowaniach – oświadczył, wyraźnie się nakręcając. – Strzały padły w miejscu zamieszkania pani Collins po tym, jak zmarły się stamtąd wyprowadził i nie miał prawa tam przebywać. Tak się składa, że moja klientka uzyskała zakaz ograniczający jej mężowi prawo wstępu do domu.

– Wyszło szydło z worka – szepnął Kins do Tracy. – Zabójstwo w obronie własnej. Atakował żonę odwrócony do niej plecami.

– Proszę sobie oszczędzić tych wywodów, mecenasie – przerwała Mairs adwokatowi. – Chcę tylko ocenić, czy jest jakiś powód, by podejrzana pozostała w areszcie. Czy chce pan zabrać głos w tej sprawie, czy zdaje się pan na decyzję sądu?

– Obrona chce zostać wysłuchana – odparł Berkshire.

– Prokuratura jest przeciwko zwolnieniu za kaucją – oświadczył Cerrabone. – Mamy do czynienia z zabójstwem kwalifikowanym.

– Mamy do czynienia z zabójstwem w obronie własnej.

Mairs uniosła rękę, jakby chciała powiedzieć „Nie wchodźmy w to dalej”, i odchyliła się na krześle.

– Jak zdaje sobie doskonale sprawę prokuratura – zaczął Berkshire – każdy mieszkaniec stanu Waszyngton ma prawo do zwolnienia za kaucją. Pani Collins nie tylko nie została dotąd skazana, lecz także nawet oskarżona o jakiekolwiek przestępstwo. Jest niewinna, dopóki nie udowodni jej się winy, i zasada domniemania niewinności pasuje tutaj idealnie. W tej kwestii może nas jedynie interesować, jakie są związki pani Collins z lokalną społecznością, jakie jest ryzyko, że ucieknie, i jaka jest historia jej wykroczeń. Od tego pozwolę sobie zacząć. Podejrzana nigdy w życiu nie została ukarana nawet mandatem. Jest wzorowym członkiem swojej społeczności, ma szesnastoletniego syna, który z nią mieszka, a także rodziców mieszkających w sąsiedztwie. Ryzyko jej ucieczki jest zerowe. Prosimy Wysoki Sąd o zwolnienie podejrzanej za osobistym poręczeniem.

Mairs spojrzała na Cerrabone’a.

– Wysoki Sądzie, pani Collins nabyła pistolet, kiedy ona i jej mąż byli w trakcie burzliwego rozwodu i zbliżał się termin rozprawy – powiedział prokurator. – Dzwoniąc pod numer alarmowy, przyznała się do zastrzelenia męża. Oświadczyła również, że zatelefonowała wcześniej do swojego adwokata. Kiedy do jej domu przybyła policja, ponownie przyznała się do zabicia męża i poprosiła o odczytanie przysługujących jej praw. Wszystko to świadczy o tym, że działała przy zdrowych zmysłach i prawdopodobnie z premedytacją. Co do argumentu, że zabiła męża w obronie własnej… pamiętajmy, że strzeliła Timothy’emu Collinsowi w plecy.

– Zakupiła pistolet z powodu długiej historii fizycznego i psychicznego maltretowania przez byłego męża – zaprotestował Berkshire, nie czekając nawet, aż sędzia udzieli mu głosu. – Przez którego została pobita również tego wieczoru, gdy padły strzały. A o odczytanie przysługujących jej praw poprosiła za radą swojego adwokata.

Mairs pochyliła się nad stołem. Najwyraźniej podjęła już decyzję i była gotowa ją przedstawić.

– Nie wierzę, by istniało ryzyko, że podejrzana ucieknie, i by stanowiła zagrożenie dla swojej społeczności. Mam zamiar nakazać, aby oddała paszport i posiadaną broń. Podejrzana będzie pozostawała w areszcie domowym ze środkiem zabezpieczającym w postaci bransolety na kostce. Wysokość kaucji wyznaczam na dwa miliony dolarów.

– Czy mogę zabrać głos w kwestii wysokości kaucji? – zapytał Berkshire.

– Nie.

– Wysoki Sądzie…

– To sprawa o zabójstwo, mecenasie. Kaucja wynosi dwa miliony. Pani urzędniczko, proszę wywołać następną sprawę.

Berkshire wykorzystał chwilę, by porozmawiać półgłosem z córką, którą następnie wyprowadzono. Miała trafić z powrotem do aresztu, otrzymać elektroniczną bransoletę i zostać zwolniona, pod warunkiem że znajdzie kilkaset tysięcy dolarów i poręczyciela, który zgodzi się pokryć różnicę. To oznaczało, że albo obciąży hipoteką dom, albo uda jej się pożyczyć pieniądze od ojca.

Tracy i Kins wyszli za Cerrabone’em na korytarz.

– Mam kolejną rozprawę – poinformował ich prokurator. – Zadzwonię do was później.

Pożegnawszy się z nim, wyszli z budynku sądów. W piątkowe popołudnie na Third Avenue tworzyły się już korki. Jazda do domu zapowiadała się koszmarnie. Tracy i Dan O’Leary, z którym spotykała się od roku, nie mieli szansy wydostać się szybko z Seattle i dotrzeć, jak planowali, do Stoneridge, małego miasta nad rzeką Kolumbią. Nazajutrz mieli tam wziąć udział w pogrzebie ojca Jenny Almond – jedynej poza Tracy kobiety, która studiowała na jej roku w Akademii Policyjnej.

– Przykro mi, że zostawiam cię z tym całym bajzlem – powiedziała do Kinsa, kiedy szli z powrotem pod górę, do Centrum Sprawiedliwości, gdzie mieściła się komenda.

– Nie przejmuj się – odparł Kins. – Faz mówi, że obiecałaś postawić mu lunch, jeśli mi pomoże. Moim zdaniem powinnaś mu kupić samochód. Taniej by ci wyszło.

Rozdział 3

Kiedy Tracy i Dan wtoczyli swoje walizki do hotelowego holu w Stoneridge, słońce już zaszło, restauracja i patio były zamknięte i zamiast obiecywanego na stronie internetowej „budzącego podziw widoku przebijającej się przez skalne ściany potężnej Kolumbii” zobaczyli rzekę, która wyglądała jak największa na świecie asfaltowa autostrada.

Za to pokój był równie romantyczny jak w reklamie. Światło lampki nocnej barwiło cedrowe ściany na złoty kolor, z wieży płynęła cicha muzyka jazzowa. Dan rozsunął zasłony, za którymi były przesuwane szklane drzwi.

– Nie widzę góry – poskarżył się. Było zbyt ciemno i pochmurno, żeby zobaczyć na północy ośnieżony szczyt Mount Adams.

– Szkoda, że przepadła nam rezerwacja – mruknęła Tracy.

Dan bardzo się starał załatwić im stolik na kolację w hotelowej restauracji, której w przewodnikach przyznano aż cztery gwiazdki. Musieli odwołać rezerwację, kiedy stało się jasne, że nie zdążą na czas, i zjeść coś w fast foodzie.

– Mamy przynajmniej dość węglowodanów na poranny bieg. – Uśmiechnął się, lecz nie potrafił do końca ukryć rozczarowania.

– Rano biegamy? – zapytała.

– Teraz już musimy.

– Ech… biorę prysznic – powiedziała. – Masz ochotę się przyłączyć?

Dan wziął do ręki pilota i nieśmiało się do niej uśmiechnął.

– Jestem naprawdę skonany – mruknął. – I wiem, że ty też. Co powiesz na to, żebyśmy się zrelaksowali, pooglądali trochę telewizji i uderzyli w kimono?

Wiedziała, że jest zmęczony; prawnicy z Los Angeles prowadzili z nim zaciekły spór w kwestiach roszczeń odszkodowawczych, ale gorsze było co innego. Dana coraz bardziej frustrowało, że mają dla siebie za mało czasu. Dorastali razem w dzieciństwie, później jednak stracili ze sobą kontakt. Nawiązali go ponownie dopiero po dwudziestu latach, kiedy myśliwi odnaleźli w płytkim grobie szczątki jej siostry i Tracy wróciła do Cedar Grove. Poprosiła wówczas Dana, najlepszego adwokata w mieście, żeby postarał się o rewizję procesu mężczyzny, którego skazano za zabójstwo Sary i który, jej zdaniem, był niewinny. To bardzo ich do siebie zbliżyło. Tylko że mieszkała w Seattle, dwie godziny drogi z Cedar Grove, i zaraz po powrocie do domu zaangażowała się w polowanie na Kowboja.

Podeszła teraz do Dana i zarzuciła mu ręce na szyję.

– Jesteś zły? – zapytała.

– Gdybym był zły, byłbym zły na ciebie, a wcale tak nie jest – odparł, odkładając pilota. – Jestem rozczarowany całą sytuacją… tym, że nie udało nam się spędzić tego wieczoru tak, jak zaplanowaliśmy.

– Nadal możemy spędzić część weekendu tak, jak tego chcieliśmy.

– To znaczy, że umyjemy sobie wzajemnie plecy?

Uśmiechnęła się.

– To oznacza, że przyjmiesz moją propozycję i jedno z nas obróci się pod prysznicem.

Nie udało im się dotrzeć do łazienki, a Dan nie wydawał się zbyt rozczarowany faktem, że nie dane mu będzie pooglądać kanału sportowego. Kochali się na łóżku, a potem wyczerpani zasnęli, owinięci w pościel z egipskiej bawełny.