Wyprawa (Mściciele #3) - Amelia Jabłońska - ebook
NOWOŚĆ

Wyprawa (Mściciele #3) ebook

Jabłońska Amelia

4,0

Opis

SPOKOJNA STAROŚĆ?
WOLNE ŻARTY!

Ryszard Woźniak liczył na to, że uda mu się odpocząć między świętami a sylwestrem. Jednak niewinnie brzmiąca propozycja sąsiada wyciąga go z domowych pieleszy. Przewiezienie paczki dla gangstera Pawiana wydaje się proste, ale senior przekonuje się, że wszystko, co proste, może się nieoczekiwanie skomplikować. Podczas gdy Ryszard i Bolek Fanfara próbują dotrzeć do willi znanego reżysera, ich młody przyjaciel Jamochłon organizuje swojego pierwszego sylwestra, na którym pojawia się nieoczekiwany gość, a siostra Ryśka, siedemdziesięciotrzyletnia Wisia, jest o krok od wpakowania się w tarapaty…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 170

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



1

„Wyglądam jak orzech włoski”, pomyślał Ryszard, patrząc na odbicie swojego nagiego ciała w lustrze. Skóra, kiedyś ciasno opinająca brzuch i klatkę piersiową, układała się teraz w większe i mniejsze fałdy, a cała sylwetka wydawała się dziwnie miękka i bezkształtna. Mężczyzna westchnął.

Kiedy sięgał po szczoteczkę do zębów, rozległo się pukanie do drzwi, więc zarzucił na siebie koszulę i poszedł do przedpokoju. Alexis siedziała już przed drzwiami, radośnie zamiatając ogonem.

Zerknął przez wizjer i zobaczył łysą głowę Bolka Fanfary. Jego przyjaciel stał z rękoma w kieszeniach i nerwowo przygryzał wargę. Ryszard otworzył drzwi, a Alexis rzuciła się w stronę swojego ulubieńca – od niedawna było bowiem jasne, że ze wszystkich sąsiadów suka największą sympatią darzy właśnie jego.

Kiedy podrapał ją już we wszystkich miejscach, które Alexis podstawiła mu do drapania, Bolek wszedł do mieszkania i zatrzymał wzrok na brzuchu Ryszarda widocznym pomiędzy połami rozchylonej koszuli.

– Wyglądasz jak orzech włoski – mruknął.

Ryszard przyglądał mu się przez chwilę, ale nie odpowiedział. Ostatnio spędzali ze sobą dużo czasu i coraz częściej zdarzało się, że odzywali się w tym samym momencie albo mówili to samo.

– Będę robił śniadanie. Jadłeś już?

Bolek wydawał się go nie słyszeć. Przez chwilę patrzył na szafki kuchenne, w końcu odwrócił się z powrotem do Ryszarda.

– Słuchaj, mam kłopoty – powiedział.

Woźniak pomyślał, że ostatnio obaj właściwie nie przestawali ich mieć. Najpierw odcięty palec, śmierć Lutosławskiego i cała ta strzelanina w Kaplicy, później porwanie, bijatyka Bolka z policją… Nie miał pojęcia, co wydarzyło się tym razem, i bał się zapytać.

Tymczasem Bolek usiadł na krześle przy kuchennym stole i zaczął opowiadać:

– Pawian, mój dawny szef, którego niestety miałeś okazję poznać, i to raczej od najgorszej strony, nie robi nic za darmo. Wiedziałem to, jak do niego szedłem po pomoc, ale nie miałem wtedy żadnego innego pomysłu. Wydawało mi się, że to ostatnia szansa, żeby… no wiesz.

– Żeby mnie ocalić.

Fanfara kiwnął głową.

– No, w każdym razie ten typ chce teraz, żebym mu się odwdzięczył.

– Aha…? W jaki sposób?

– Mam coś przewieźć przez całą Polskę. Do jakiejś wioski pod Zakopanem.

– Ale co?

– Nie wiem. Ale zakładam, że nic, co można do wioski pod Zakopanem przewieźć legalnie.

– No tak… I co, zamierzasz to zrobić?

– Tak jakby trochę nie mam wyjścia. – Bolek uśmiechnął się krzywo. – Lubię swoje ręce i nogi takie całe, wiesz, niepołamane.

– Jezu…

– Ale nie myśl sobie, że przyszedłem tu, żeby ci się wyżalać! Spokojnie. Chodzi o jedną sprawę techniczną, że tak powiem. Bo jak mam jechać w góry i z powrotem, wożąc jakieś podejrzane rzeczy, to wolałbym jednak mieć prawo jazdy.

– No… Ale nie masz.

– No nie mam.

– A kiedy ta cała wyprawa miałaby się odbyć?

– Przed sylwestrem.

– Za kilka dni? Przecież nie zrobisz sobie prawa jazdy w tym czasie.

– Ale co ty, ochujałeś, Rysiu? Ja nie zamierzam jeździć po jakichś kreskach na parkingu z frajerem, co mi będzie mówił, co gdzie wcisnąć i kiedy. Mam inny pomysł. Tylko potrzebowałbym pomocy Jamochłona, a podejrzewam, że chłopak może mieć z tym problem. Ale ty wiesz, jak go podejść…

Ryszard przełknął ślinę. Czuł, że to mu się nie spodoba.

– A jaki to pomysł? – zapytał.

Wyraźnie zakłopotany Bolek odchrząknął i odpowiedział:

– Dobra. Tylko się nie śmiej.

*

Pawian siedział w salonie swojej willi w Turowie pod Wołominem. Lubił Warszawę i stare mieszkanie na Pradze, ale czasami duże miasto zaczynało go już męczyć; wtedy przyjeżdżał tutaj, do tej wielkiej kostki z lat dziewięćdziesiątych, do przestronnych pomieszczeń, do ciszy, do ogrodu otoczonego wysokimi tujami.

Teraz prowadził zebranie ze swoimi sześcioma najbardziej zaufanymi ludźmi.

– Dobra, czyli tylko Rzepecki jest winien? – podsumował raport jednego z nich, Cyca, który wyglądał, jakby odżywiał się wyłącznie surowym mięsem.

– Tak, tylko on, pozostali mają wszystko zapłacone – potwierdził Cycu.

Pawian otworzył swój wysłużony, duży zeszyt z Monicą Bellucci na okładce i zapisał w nim nazwisko oraz kwotę.

– Dobra, a jak stoimy z kokosanką?

– Na początku miesiąca trochę się przytkało, ale teraz małolaty biorą aż miło – wyjaśnił Firana, były bokser o niewinnej twarzy. – Święta, sylwester, mocno ruszyło w tym tygodniu.

– A dostawy?

– Bezproblemowo.

– Dobrze. Będę potrzebował na dniach dziesięć kilo dla pana Tytusińskiego.

– Ile?! – zdziwili się równocześnie Firana i Smaczny.

– Dziesięć kilo. Już nie pierwszy raz tyle bierze. Tam ponoć u niego imprezy na sylwka są takie grube, że ludzie do siebie dochodzą dopiero w okolicach Wielkanocy.

– Czekaj, czekaj, ale Tytusiński? – Smaczny zmarszczył czoło, jakby próbował sobie coś przypomnieć. – Ten, co nakręcił Trzy naboje? I Wielkiego Lu?

– Ten sam.

– Kurwa, uwielbiam jego filmy! Ten ostatni, z Ga­josem, o gangsterach, ja pierdolę, mój ulubiony. Złoto normalnie!

– Taaak, Bez wymówek to jest prawdziwe kino dla facetów, też lubię.

– I on od ciebie bierze?

– A od kogo ma, kurwa, brać?! – uniósł się natychmiast Pawian. – U mnie jest towar najlepszy ze wszystkich, to wiadome, że bierze!

Przez chwilę nikt się nie odzywał.

– Ja pierdolę, mój ulubiony reżyser… – powtórzył Smaczny.

– Dobra, nie podniecaj się, to jest ulubiony reżyser połowy Polaków. – Pawian machnął wielką, tłustą ręką. – Ważne, żeby towar dojechał, a wiecie, jak teraz trzepią na zakopiance. Ale na to mam pomysł.

Sześciu mężczyzn patrzyło na niego wyczekująco. Pawian pomyślał, że nic w życiu nie daje takiej satysfakcji jak władza. Mógł rozkazać im cokolwiek, a oni wypełniliby każde jego polecenie.

Odchrząknął.

– Pamiętacie tego fifola, Bolka Fanfarę, co mu ostatnio pomagaliśmy w odnalezieniu kolegi?

– Pamiętam… – zamyślił się Smaczny. – To była ostatnia robota Kuny przecież.

– No właśnie. Czyli pan Bolek nam wisi przysługę. I pomyślałem, że on zawiezie te dziesięć kilo panu Tytusińskiemu. Już z nim było nawet rozmawiane.

– Kurwa, Pawian, ty jesteś geniuszem – zachwycał się Cycu. – Starego dziada z towarem wysłać do Zakopca, no geniusz!

Pawian, zawsze łasy na komplementy, próbował nie dać po sobie poznać, jak bardzo ucieszyły go te słowa.

– Furę mu tylko jakąś trzeba podstawić – dodał. – Bo chłop nie ma.

– Może audicę Kuny? – zasugerował Smaczny. – Ona ciągle stoi na Brzeskiej, nikt się po nią na razie nie odezwał.

– O widzisz, to niegłupie. – Szef pokiwał głową. – A kluczyki mamy?

– Mamy.

– Dobra, to temat załatwiony. Ale jest jeszcze jedna sprawa, właśnie związana z Kuną. – Mówiąc to, podniósł się i stanął przed swoimi podwładnymi. Odczekał chwilę, przyglądając się po kolei każdemu z nich. – Bo ja nie zamierzam odpuścić tej, kurwa, śpiącej królewnie, co przez nią straciliśmy kumpla – oświadczył śmiertelnie poważnie.

Zebrani mężczyźni kiwali głowami z szacunkiem.

– Jutro wigilia i przysięgam, że chciałbym już teraz zrobić temu młodemu śmieciowi prezent – kontynuował Pawian. – Pójść tam i najnormalniej poderżnąć mu gardło. Ale nie, teraz to by mu nic nie zrobiło różnicy, jak taki nieprzytomny. Więc poczekamy, na spokojnie, niech się szmaciarz obudzi. A wtedy pożałuje, że się urodził, ja wam to obiecuję.

*

Lampki na choince zamigotały, a pani Dagmara uśmiechnęła się i poprawiła jeszcze dwie bombki i srebrny łańcuch. Był dwudziesty trzeci grudnia, w mieszkaniu unosił się zapach gotowanej kapusty i pieczonego sernika.

– I jak, panowie? – zapytała, odwracając się do Ryszarda i Bolka stojących w korytarzu. – Może być?

– W tym roku przeszła pani samą siebie – pochwalił Ryszard.

– Piękna niczym Cersei Lannister – potwierdził Bolek. – I najlepsze, że żywa, będzie można wsadzić potem do ogródka.

– Dziękuję. Z tą właśnie myślą kupiłam. Antek! – zawołała po raz kolejny w kierunku pokoju syna, a kiedy chłopak wreszcie wyłonił się z sypialni z dużymi słuchawkami zsuniętymi na szyję, dodała: – Koledzy do ciebie.

Roześmiała się i raz jeszcze zapytała, czy na pewno nie chcą wejść i czegoś się napić.

– Nie, nie, dziękujemy – zapewnił Bolek. – Im szybciej uporamy się z tym cholerstwem, tym lepiej.

– No tak, zakup telefonu komórkowego to rzeczywiście potrafi być uciążliwa sprawa.

– Szczególnie jak się nie wie nic o telefonach komórkowych… – potwierdził Ryszard.

– Najważniejsze, że możecie liczyć na fachową pomoc – stwierdziła pani Dagmara, patrząc na syna, który wkładał właśnie buty.

Ryszard również przyglądał się młodemu sąsiadowi, który w ostatnim czasie przeszedł prawdziwą metamorfozę. Schudł już piętnaście kilogramów, a poza tym obciął włosy, które dotychczas wisiały mu wokół głowy bez ładu i składu. Zaczął nawet trochę inaczej się ubierać i workowate spodnie oraz obszerne koszulki coraz częściej zastępował bardziej dopasowanymi elementami garderoby.

– To co, lecimy? – zapytał Bolek i nie czekając na odpowiedź, otworzył drzwi.

– Pamiętajcie, że ważne, żeby miał dobry aparat – powiedziała pani Dagmara, żegnając całą trójkę.

– Proszę? – Ryszard nie wiedział, co kobieta ma na myśli.

– No, telefon. Żeby miał dobry aparat.

– A tak, tak, telefon… Oczywiście!

Kiedy wreszcie wyszli i zamknęli za sobą drzwi, Bolek walnął go łokciem w żebra.

– Z tobą to nic, tylko robić konspiracje… Człowiek­-dyskrecja.

– Zamyśliłem się…

Wyszli w trójkę z kamienicy i ruszyli w lewo. Za większością mijanych okien migotały światełka i ozdoby choinkowe. Po drugiej stronie ulicy dwaj zdyszani pracownicy Hotelu Karat ustawiali właśnie przed wejściem ogromnego pluszowego Mikołaja. Było szaro i wietrznie, zapowiadało się na deszcz.

– Dobra, panowie – powiedział Jamochłon, kiedy odeszli już kawałek od kamienicy. – To o co tak naprawdę chodzi?

Bolek szedł obok niego powoli, z rękoma w kieszeniach puchowej kurtki. Jego łysa głowa błyszczała, jakby ją naoliwił.

– No więc jest taka sytuacja, że muszę pojechać samochodem pod Zakopane. I byłoby bardzo dobrze, jakbym się przy tym nie wpakował w żadne problemy z policją w razie zatrzymania. Ale jak wiesz, nie mam prawa jazdy.

Jamochłon pokiwał głową. Wiedział o tym bardzo dobrze, zwłaszcza po ostatnim incydencie, kiedy to jego mama pożyczyła Bolkowi samochód, a ten podczas rutynowej kontroli porzucił auto i uciekł funkcjonariuszom.

– Więc się zastanawiałem, jak ten problem rozwiązać, no i wymyśliłem. Bo widzisz, mam takiego kuzyna, Włodka. Znaczy, miałem. Kojfnął jakoś w sierpniu na zawał. Pił strasznie, ale poczciwy bardzo, dzieci kochał, naturę kochał. – Mówiąc to, Bolek z nieskrywaną dumą wyjął z kieszeni prawo jazdy. – Na szczęście był do mnie bardzo podobny, jak widzicie.

Antek przyglądał się dokumentowi z taką miną, że Ryszard podszedł bliżej, żeby też zobaczyć.

– No wiesz, obaj jesteście łysi, ale tak poza tym to…

– Identyczni! – szczerzył się Bolek. – Co nie?

– No, on ma jakby zeza przede wszystkim – zauważył Ryszard. – Znaczy, miał, przepraszam.

– I znamię na czole – dodał Antek.

– Poza tym widać po twarzy, że cierpiał na bardzo dużą nadwagę… – uzupełnił Woźniak.

– Wy się jak zwykle przypierdalacie do szczegółów! – Bolek wydawał się autentycznie urażony. – Na wszystkich imprezach rodzinnych, urodziny, imieniny, wesela, srela, zawsze mówili, że Bolek i Włodziu to jak dwie krople wody!

– Bolek, ja to rozumiem, ale wiesz, jak to na takich imprezach, ludzie pijani, różne rzeczy mówią…

– Dobra, oddawaj. – Fanfara wyjął dokument z dłoni sąsiada i schował go z powrotem do kieszeni. – Widać od razu, że obaj chuja się znacie na podobieństwach pomiędzy prawdziwymi mężczyznami.

Doszli w międzyczasie do ulicy Puławskiej i skręcili w lewo. Słońce wyglądało raz po raz zza cienkiej warstwy chmur. Przez kilkadziesiąt metrów wszyscy trzej milczeli, w końcu odezwał się Ryszard:

– No dobrze, a zakładając, że to podobieństwo rzeczywiście istnieje, to co z tego? Jak chciałbyś to prawo jazdy wykorzystać?

– No normalnie. Tylko trochę poprawić – wyjaśnił Bolek, po czym odwrócił się w stronę Antka. – Młody, ty się będziesz na tym znał. Chodzi o to, żeby ten plastik jakoś odgiąć i w środku poprawić imię „Włodzimierz” na „Bolesław”. I będzie, że to ja, że to moje prawko. Kapujecie?

Weszli do Parku Morskie Oko pełnego ludzi, ich dzieci i psów. Minęła ich kobieta w sportowym stroju, biegnąca z posłusznym labradorem na elastycznej smyczy.

– To niestety nie zadziała, panie Bolku – wyjaśnił Antek. – Oni mają różne bazy danych i te dokumenty tam są wprowadzone. Jak pana ktoś zatrzymuje, to od razu sprawdza dokumenty w tych bazach. Więc by im wyskoczyło, że to Włodzimierz, nie Bolesław.

– Uczciwemu człowiekowi to zawsze wiatr w zęby…

– Ale mam chyba lepszy pomysł. – Antek zatrzymał się i spojrzał najpierw na Bolka, a potem na Ryszarda.

– No? – niecierpliwił się ten pierwszy.

– Poprawianie dokumentu nie ma sensu. Ale moglibyśmy trochę poprawić pana. To znaczy dopasować pana do tego pana Włodka. Że w razie zatrzymania poda się pan za niego.

– Za trupa?

– No tak. Poguglam jeszcze o tym i sprawdzę, jak szybko zazwyczaj zgłaszana jest śmierć we wszystkich urzędach, wydziałach i tak dalej. Ale wydaje mi się, że to lepsze rozwiązanie niż poprawianie imienia na dokumencie, bo to na pewno nie zagra. Tylko nad jednym się zastanawiam, bo znamię można spokojnie domalować, a nadwagi mógł się pan pozbyć od czasu zrobienia zdjęcia…

Mówiąc to, nieświadomie dotknął brzucha i lekko się zarumienił.

– No to w czym problem? – zapytał Bolek.

– Najważniejsze wydaje mi się pytanie, czy umie pan udawać zeza.

– Czy umiem! Żartujecie sobie ze mnie?! Oczywiście, że umiem! Plucie na odległość i robienie zeza to były dwie pierwsze ważne umiejętności, jakich się nauczyłem jako dorosły człowiek!

Ryszard i Antek spojrzeli na siebie. Ten pierwszy przełknął ślinę i skierował wzrok z powrotem na Bolka.

– A możesz zaprezentować?

Bolek wziął kilka szybkich wdechów, jakby szykował się do skoku do wody, a potem wysunął głowę lekko do przodu i wreszcie nadął się potężnie, robiąc zeza.

Towarzysze Fanfary byli pod wrażeniem.

*

Wyprawa

Copyright © 2026 by Amelia Jabłońska

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026

Redakcja – Ewa Cat Mędrzecka

Korekta – Julia Młodzińska, Katarzyna Myszkorowska

Projekt typograficzny i skład – Natalia Patorska

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Ilustracja na okładce – Gaba Ochalik

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, Kraków 2026

ISBN mobi: 9788384065495

ISBN epub: 9788384065488

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska

Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Magdalena Ignaciuk-Rakowska, Martyna Całusińska, Aleksandra Doligalska

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga

E-commercei IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz

Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec

Finanse: Karolina Żak

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.sqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl

Spis treści

Okładka

Strony tytułowe

1

Strona redakcyjna