Wybranka bogów (28). Płonąca ziemia - Jane Mysen - ebook

Wybranka bogów (28). Płonąca ziemia ebook

Jane Mysen

0,0

Opis

[PK]

Na Jotungard spada kolejne nieszczęście: pod Kalvem i Ansgarem Mądrym załamuje się lód. Toralv jest zdruzgotany, uważa bowiem, że to on jest temu winien. Ulva robi, co tylko w jej mocy, by go pocieszyć. Ich miłość przechodzi jednak ciężką próbę, największym zaś ich wrogiem okazuje się gorycz.

 

Tymczasem w osadzie Torarin i Sigurd przeciwstawiają się kapłanom i Atlemu Okrutnemu. Jarl wierzy głęboko w Białego Chrystusa i chce nawracać ludzi, sięgając po brutalne metody. Wybrał już dwie ofiary, a jedną z nich jest Torarin.

 

Dziecko w łonie Girste jest coraz większe. Jej mąż, Nilas, odnosi się do niej z szacunkiem tylko w towarzystwie innych. Twierdzi wprawdzie wciąż, że będzie traktował dziecko jak własne, lecz w głębi duszy ma całkiem inny plan. Girste modli się, by Torarin zjawił się przed porodem, lecz boski syn kontaktuje się z nią tylko w snach. Bogowie zsyłają Torarinowi nowe obrazy, ukazujące rozdartą ogniem wyspę

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 


Książka dostępna w zasobach:

Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kartuzach
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 231

Rok wydania: 2008

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



AJWIĘKSZY BESTSELLER OD CZASU SAGI O LUDZIACH LODU

I

8 © ś ® © @ r^ © ^7 8 © ^ ^

magiczna^opowieść

WYBRANKA BOGOW

JANE MYSEN

tom 28.

PŁONĄCA ZIEMIA

Przełożyła Ewa Partyga

Tytuł oryginalny serii: Utvalgt avgudene

Tytuł oryginału: Jordild

Tłumaczenie z oryginału: Ewa Partyga Ilustracja na okładce: Anita Våmartveit Projekt okładki: Elipsa Sp. z o.o.

Korekta: Maciej Korbasiński Skład: Elipsa Sp. z o.o.

© J. W. Gappelens Forlag a.s 2000

Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z 0.0.

All rights reserved

ISBN 978-83-61226-27-7

Elipsa Sp. z 0.0.

01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37

tel./fax +48 (22) 833 38 22

www.dobrasaga.pl

Printed in EU

XWkaAS.

§ Wypożyczalnia

^ dla DoroWych ^/

^^6

M^'-3M
INFORMACJE S (O 22) 62416 07

(od pn. do pt. Wjgodz. 9.00 - 17.00)

J) ^3

1

Audstein i jego małżonka Norunn zmierzają do świątyni, przed którą zgromadził się tłum. Nikt nie zwraca na nich uwagi, gdy torują sobie drogę wśród ludzi... nikt nie zwraca uwagi na to, że żona hovdinga ma tylko koszulę nocną pod niebieską peleryną. Jej policzki płoną, a oczy błyszczą od gorączki, gdy staje za plecami małżonka.

- Przerwijcie natychmiast to szaleństwo! - Głos Aud-steina smaga mężczyzn stojących u wejścia do świątyni. Audstein trzyma w dłoni obnażony miecz i omiata wzrokiem tłum w poszukiwaniu wojów, którzy mogliby go wesprzeć w trudnej sytuacji.

Kapłan Jarl uśmiecha się złowrogo, podobnie jak dwaj inni kapłani, którzy z nim podążają. Pielgrzymują już od wielu lat... głoszą słowa Ojca Wszechmogącego i Białego Chrystusa na całym wybrzeżu. Nie wszędzie są dobrze przyjmowani, za każdym jednak razem, gdy opuszczają kolejną osadę, wiedzą, że znowu udało im się zasiać zwątpienie w moc Asów.

- Chodźcie tutaj! - Audstein przywołuje dwóch swoich wojów, ale mężowie nie słuchają jego rozkazu. Spoglądają na Atlego Okrutnego, który stoi w samym centrum kręgu utworzonego przez tłum. Atle uśmiecha się wyzywająco. - Co się z wami dzieje? - Audstein czuje, że powoli ogarnia go strach. Od wielu lat trzymał się z dala od ludzi, nie zna więc zbyt dobrze swoich drużynników. Dlaczego jednak miałby trzymać ze zwykłymi ludźmi? Atle zawsze zajmował się wszystkimi praktycznymi sprawami.

Z wnętrza świątyni dobiega obco brzmiąca pieśń. Aud-

5

Stein rozpoznaje od razu głos Torarina, wzywającego bogów. Przeklina w duchu sam siebie za to, że nie wyrzucił szamana z osady. Zerka na Lapończyka, który przybył tu z tym wybrańcem bogów. Stoi teraz u boku Atlego i czuje się bezpiecznie u boku tego zdrajcy.

Sigurd uważnie obserwuje wydarzenia. Coś go ściska w żołądku, doskwiera coraz bardziej.

- Odejdźcie stąd! - Audstein zbliża się do kapłanów. Ma pianę na ustach, jego głos grzmi jak piorun. - I dla własnego dobra wsiądźcie na pierwszy statek, który będzie opuszczał osadę.

- Biały Chrystus nas tutaj przywiódł i nie wyjedziemy, dopóki nie wypełnimy zadania, które przed nami postawił. - Głos Jarla brzmi stanowczo.

- Nie obchodzi mnie, co wam powiedział ten wasz Biały Chrystus. Macie natychmiast opuścić to miejsce! -wrzeszczy Audstein.

Dopiero teraz spostrzega figurę boga. Przemieszcza spojrzenie z wyżłobionych w drewnie oczu Tora na lodowate oczy kapłana.

- Dlaczego Tor z rodu Asów nie stoi na swoim miejscu w świątyni? - krzyczy schrypniętym głosem.

- Udowodnię tym ludziom, że ich bogowie nie potrafią karać. Bo nie istnieją! - woła Jarl, szukając spojrzeniem widzów.

Magiczna pieśń brzmi coraz głośniej we wnętrzu świątyni. Audstein czuje, że włosy stają mu dęba na karku. Nie zapomniał jeszcze tego, co zaszło w jego własnym domu, ani też konsekwencji tego straszliwego wydarzenia.

- Podpalcie tę figurę bożka! - Jarl pochyla się w stronę Gjerta, który stoi z krzesiwem w reku.

- Czy to rozsądne? - Gjert wie, że protestuje na próżno, ale nie może się od tego powstrzymać.

- Straciłeś wiarę? - Jarl przeszywa go spojrzeniem.

Gjert kręci głową. Szykuje się do podpalenia suchego chrustu, którym już obłożono figurę Tora.

Spogląda na otaczających go ludzi. W ich gniewnych spojrzeniach dostrzega wyrok śmierci. Wszystko się dobrze układało, dopóki nie wtrącił się Torarin. Sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót, gdy swoje zdanie wypowiedział ten obcy kapłan. Rzuca ponure spojrzenie Sigurdowi, stojącemu z rękami splecionymi na brzuchu, z zamkniętymi oczami i mruczącemu pod nosem słowa, które zrozumieć mogą tylko ci, którzy stoją najbliżej.

Audstein zdołał zapanować nad sobą. Świadomość, że drużynnicy nie słuchają jego rozkazów, sprawiła, że stracił pewność. W jego głowie kłębią się różne myśli. Co wybrać? Najprościej by było pozwolić im zrobić to, co zamierzają, ale... Audstein mierzy spojrzeniem zgromadzony tłum. Wielki i pełen siły. Ci ludzie najprawdopodobniej staną u jego boku w razie starcia. Pomimo niepewności Audstein podchodzi więc do młodego kapłana i wyrywa mu krzesiwo z ręki.

- Nie ośmielisz się. Nie należę do tych, którzy mają wielką wiarę, wiem jednak, że jeśli bogowie istnieją, uka-rzą za to nas wszystkich.

Audstein szuka poparcia w tłumie, ale ludzie stoją, jakby ktoś ich-przygwoździł do ziemi. Jarl i Atle wymieniają spojrzenia. Wojownik kiwa głową. Przez cały czas zachowywał czujność, teraz jednak śledzi wydarzenia w największym napięciu.

Wojownicy stają przy nim w jednej chwili. Chwytają Audsteina i odciągają go na bok.

- A teraz rób, co ci każę! - rozkazuje Jarl Gjertowi schrypniętym głosem.

Nie spuszcza wzroku z tłumu, który na razie zachowuje się spokojnie, ale przecież w każdej chwili może ruszyć do ataku.

Jarla nachodzi lęk, za plecami słyszy ten magiczny śpiew.

Zaklęcia oplatają zebranych jak pajęczyna. Jest w nich taka sama siła jak w człowieku, który je wyśpiewuje - siła ogromna, choć niewidzialna. Jarl czuje, że ogarnia go panika.

- Nie! - To głos Audsteina, który z przerażeniem patrzy na Jarla obejmującego dłońmi dolną część figury.

- Pomóż mi! - woła Jarl do jednego z wojowników At-lego. Mężczyzna spogląda na Atlego, który kiwa głową, blady jak trup.

Audstein czuje się, jakby całkiem skamieniał. Nie jest w stanie nawet kiwnąć palcem, gdy tamci unoszą pozłacaną figurę. Dziwi się, że ludzie na to nie reagują. Ich oczy błyszczą gniewem, ale stoją sparaliżowani niemocą, tak jak on sam.

- Teraz! - woła Jarl i po chwili figura ląduje na ziemi. Odpada od niej spory kawałek drewna i złocenia zdobiące młot Tora.

We wnętrzu świątyni rozlega się przeraźliwy krzyk. Ludzie kulą się w sobie, przekonani, że za chwilę rzuci się nich sam Tor z rodu Asów.

Gdy Torarin wychodzi ze świątyni, widać, że opętały go przemożne siły. Torarin jęczy, krzyczy, wije się i szarpie jak szalony. Pochyla się do przodu, głowę odrzuca w tył, włosy tańczą dokoła jego głowy.

- Co się z nim dzieje? - Atle poczuł nagle lodowaty chłód na twarzy.

Guive przyglądał się wszystkiemu w milczeniu. Tłumacz stoi gdzieś w tłumie, z tyłu. Guive zastanawia się jednak, czy podejść do jedynego człowieka w osadzie, który może mu wytłumaczyć, co się tu dzieje. Gdy jednak chce ruszyć, Atle go zatrzymuje.

- Dokąd idziesz? Chcesz się przyłączyć do szamana?

Guive spogląda na niego z obawą. Nie rozumie ani jednego słowa, domyśla się jednak, że lepiej się nie ruszać. Musi się jednak dowiedzieć, co ci ludzie mówią. Oddala się więc na palcach.

Atle daje znak jednemu z wojowników, wskazując ruchem głowy Guivego. Uzbrojony mąż przyskakuje do niego natychmiast. I zatrzymuje Lapończyka ostrzem włóczni.

Guivego ogarnia nagle wściekłość. To, że zaprzyjaźnił się z Atlem Okrutnym, nie oznacza jeszcze, że będzie mu powolny. Rzuca tamtemu w twarz słowa, o których znajomość się nawet nie podejrzewał.

Atle szczerzy zęby szyderczo.

- A więc Lapończyk staje przeciwko nam? - Atle drapie się w brodę. - Nie ma się nad czym zastanawiać. Nie potrzebujemy kogoś, kto sam nie wie, czego chce, zwłaszcza że swoje już osiągnęliśmy.

Guive sam nie wie, skąd ma tyle siły. Jednak gdy wojownik rzuca się na niego, Lapończyk wymierza mu cios pięścią prosto w twarz wykrzywioną wściekłością.

Cios Guivego wytrąca ludzi z odrętwienia. Tłum rzuca się na Jarla.

Guive natomiast biegnie do Torarina, który jest całkiem bezbronny w swym transie. Naoide pada nagle na ziemię. Jego ciałem wstrząsa gwałtowny dreszcz, a potem leży jak nieżywy. Dokoła wre walka na pięści, niektórzy nawet wyciągnęli już noże. Guive widział już ten obraz w swoich najstraszliwszych koszmarach.

Ukazuje mu się Duvdi w uroczystym stroju. Przyprószone siwiznę włosy spływaję mu ciężko na ramiona. Tuż za nim stoi jednooki mężczyzna. Torarin z przerażeniem roz-poznaje w nim Odyna.

- Zrobiłeś to, co zrobić należało. - W głosie Duvdiego słychać zmęczenie. - Wybrałeś swoich bogów.

Odyn występuje do przodu.

- Ze wszystkiego, o czym słyszałeś w życiu, wybrałeś Asów... Trwaj w swojej wierze.

Torarin chce odpowiedzieć, ale nie potrafi.

Obaj mężczyźni znikają, a on stwierdza ze zdumieniem, że stoi na pokładzie okrętu. Morska woda pryska na dzieci, kobiety, starców... Panuje przenikliwy chłód, wiatr zawodzi jak stado wilków.

Nagle z morza wyłania się wyspa. Torarin słyszy głos Odyna:

- To twoje następne zadanie... Tutaj masz pokazać, czego się nauczyłeś...

Audstein omiata tłum wzrokiem i zatrzymuje spojrzenie na tym, którego szukał. Potraktowano go gorzej niż niewolnika, musi natychmiast opanować sytuację.

Atle Okrutny wcale nie jest taki spokojny, jaki chciałby się wydawać. Odsunął się nieco i spogląda z wyższością na walczących.

- A więc to ty do tego doprowadziłeś? - Audstein z wściekłością w oku zbliża się do drużynnika. - Pokażę ci, jaki los czeka tych, którzy próbują podburzać moich ludzi przeciwko mnie.

- Nie chodziło o ciebie, tylko o bogów, ale ludzie są za głupi, żeby to zrozumieć.

- Ha! Obaj dobrze wiemy, co znaczy wiara dla tych lu- . dzi. Głupi jest ten, który sądzi, że zdoła ich bez trudu nawrócić.

Audstein wydobywa miecz, Atle czyni to samó.

- Dawno już nie walczyłeś, Audstein, za to na twoim brzuchu jest pełno nowych wałków tłuszczu. Masz śmiałość mnie atakować? Jesteś przecież skazany na przegraną.

- Nie bądź taki mocny w gębie, Atle.

Atle patrzy mu przez ramię i uśmiecha się szyderczo.

- No to zobaczymy.

Wtedy jest już za późno. Audstein nie zdążył się nawet obrócić, nim go dopadli dwaj wojownicy i jeden z kapłanów. Próbuje się jeszcze wyrwać, ale szybko zdaje sobie

sprawę, że tamci mają przewagę. Spluwa już tylko i kinie, gdy wloką go w stronę świątyni.

Jarl ma pełne ręce roboty, starając się uniknąć ciosów ludzi, którzy walczą już wszystkim i ze wszystkimi. Na jego ramieniu wisi jakaś młoda kobieta, która rzuca przekleństwami. Jarl czuje, jak jej paznokcie wbijają się w jego twarz i ranią skórę. Przeszywa go piekący ból. Gwałtownym ruchem odpycha ją od siebie, kopie w brzuch. Kobieta kuli się na ziemi z dzikim wrzaskiem.

Vigeir wraz ze swym towarzyszem jest już prawie u wrót świątyni. Wloką za sobą Audsteina, jak padlinę. Audstein przeklina własną słabość. Gdyby był w lepszej formie, bez trudu by się im wyrwał.

Jarl chwyta go za włosy i zmusza do uklęknięcia. Gwałtownym głosem wrzeszczy:

-    Bogowie jakoś w nas nie uderzyli po tym, cośmy uczynili.

Kątem oka spogląda na Torarina. Szaman leży jak martwy za plecami muskularnego Lapończyka.

Ludzie jeszcze się nie zorientowali, co się dzieje, ale dźwięki, które się dobywają z gardła Audsteina, sprawiają, że zapada cisza.

Jarl oddycha ciężko. Toczy wokół dzikim spojrzeniem. Rana, którą zadała mu dziewczyna, krwawi obficie. Wyraz wściekłości i strugi krwi zmieniają jego twarz w straszliwą maskę.

-    Wasz hövding chce przejść na wiarę w Białego Chrystusa.

Audstein chce zaprotestować, ale czuje na gardle czubek ostrego noża:

-    Audstein zawsze był mądry. - Podchodzi do nich Atle Okrutny. - Da wam wszystkim dobry przykład.

Wszyscy patrzą na hovdinga. Jeden z wojowników chwyta go za ramię i wykręca je. Wszyscy widzą, że mają przed sobą bezbronnego jeńca, ale nikt nie interweniu-

je. Audstein nie był wcale dobrym hovdingiem, wszyscy wspominają czasy przed jego przybyciem. Nie wiedzą wprawdzie, co Jarl zamierza z nim zrobić, ale w ich głowach zaświtała nadzieja, że ten kapłan pomoże im się go pozbyć. A że mieszkańcy osady o niczym bardziej nie marzą, zapada pełna oczekiwania cisza. Nadzieja, która lśni w oczach zebranych, wprawia w rozpacz Audsteina, który zaczyna rozumieć swą opłakaną sytuację. Za późno, by prosić tych ludzi o przebaczenie.

- Przyjmiesz wiarę w Białego Chrystusa?

Jarl pochyla się nad nim, a Audstein żałuje, że nie zabija go już w tej chwili.

- Nie! - woła. - Nigdy nie byłem wierzący i żadna siła mnie nie zmusi, żebym przyjął jakąś wiarę.

- W imię Białego Chrystusa proszę, byś się poddał. -Jarl odchyla nieco głowę do tyłu. Rękaw spływa mu na ramię, gdy unosi rękę ku niebu. - On widzi nas wszystkich. Widzi, że Audstein się opiera i pragnie, byśmy go przekonali.

Norunn z przerażeniem spogląda na Audsteina. Hövding nigdy nie zdobył jej serca, ale żaden człowiek nie zasługuje na takie poniżenie.

Potem patrzy w stronę Torarina. Młody szaman zaczyna się budzić.

Guive nie ma natury wojownika. Krew tętni mu w żyłach, gdy stoi przed synem bogów. Atle i Jarl zrobią z Aud-steinem, co tylko zechcą. Guive obawia się, że potem przyjdzie kolej na Torarina. Teraz jednak wszyscy zajmują się hovdingiem... To najlepszy moment, by stąd uciec.

Torarin strąca dłoń Guivego, gdy ten chce mu pomóc się podnieść.

- Zostaw mnie, Guive. Idź do swoich przyjaciół! -mówi Torarin, spoglądając gniewnie w stronę Jarla i Atle-g°-

- Popełniłem wielki błąd. Wybacz mi. - Guive spoglą-

da na niego błagalnie. Spojrzenie jasnych oczu nie pasuje do jego zniekształconej twarzy.

Torarin kiwa głową.

- Patrz tylko, do czego się przyczyniłeś.

- Widzę i wstydzę się. Będę trwał u twego boku... u boku człowieka sprawiedliwego.

Torarin nie odpowiada. Podniósł się już z ziemi. Stoi, chwiejąc się nieco, i z wielkim wysiłkiem próbuje zorientować się w sytuacji.

Audstein czuje na twarzy oddech pochylającego się nad nim Jarla.

- Poddaj się... Zachowaj się jak mężczyzna.

- Mężczyzna? - Audstein patrzy Jarlowi w oczy ze śmiertelną pogardą. - Jaki mężczyzna unurzany w błocie dałby się siłą przekonać do wiary w boga, którego nie uznaje? Nie, Jarlu Kapłanie... nigdy mnie nie złamiesz. Z dwojga złego wolę Asów. U Hel będzie mi lepiej niż tutaj.

Audstein przypomina sobie Rolva, który leży martwy w izbie. Szuka wzrokiem Norunn. Widzi ją. pośród mot-łochu. Audstein uzmysławia sobie nagle, ile zła jej wyrządził, ale nie może już tego naprawić. Pozostała mu tylko nadzieja, że zdoła znieść to, co go czeka, jak prawdziwy mężczyzna.

Mróz szczypie w twarze, zanosi się na śnieg. Norunn nie czuje łez spływających po jej policzkach, gdy patrzy na Audsteina, choć płyną jak strumyki. Za chwilę wybije godzina Audsteina.

- Niech więc ten człowiek się dowie, jak karzemy tych, którzy nie słuchają naszych rad. - Jarl odwraca się od jeńca. Nie chce plamić krwią własnych rąk.

Cios pada w miejsce, w którym sprawić może największy ból. Audstein krzywi się w cierpieniu, ale nie wyda-je z siebie żadnego dźwięku. Ludzie patrzą z pewnym respektem na hovdinga, którego nie zdążyli dobrze poznać,

a który jednak wyrządził im więcej zła niż ktokolwiek inny. Widzą krew i ból i nikt nie kiwnie nawet palcem, by mu pomóc. Gdy Audstein pada martwy na śnieg, odwracają się i rozchodzą.

Torarin jest zrozpaczony, ale on także się nie miesza. Audstein poniósł karę za zło, które rozsiewał. Jak Aile. Sposobu, w jaki się to stało, nie można wprawdzie pochwalić, ale jednak... Torarin widział cierpienia ludzi i zwierząt. Gdyby Audstein pozostał przy życiu, wstyd nie dałby mu spokoju. Może właśnie dlatego nie stawiał oporu.

Atle śmieje się triumfalnie i kopie martwe ciało.

-    Sami widzicie - krzyczy. - Biały Chrystus jest najsilniejszy.

Spojrzenia Torarina i Atlego się krzyżują.

-    Następiiy będziesz ty, synu bogów. - Na usta wojownika wstępuje piana, jego pięści się zaciskają.

Sigurd stoi nieopodal. Odrazą napawa go to, co się właśnie wydarzyło. Ma nadzieję, że Bóg Wszechmocny sprawi, iż ludzie, którzy popełnili tak straszliwy czyn, będą się smażyć w piekle. Zerka niepewnie na Norunn, która wygląda, jakby też była martwa.

-    Chodź ze mną, Norunn... Musimy się zagrzać.

Norunn kiwa głową, ale jej spojrzenie zionie pustką. Pozwala, by Sigurd objął ją ramieniem i powiódł w stronę izby, którą przez tyle lat dzieliła z Audsteinem.

-    Dobrze by było pozbyć się Torarina za jednym zamachem - szepcze Atle do Jarla.

Jarl jednak kręci głową.

-    Niech ludzie najpierw przetrawią to, co się zdarzyło. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy śmierć hovdinga zrobiła na nich odpowiednie wrażenie. Z tego, co mówiłeś, nie był dobrym panem, więc może jego śmierć ich bardziej cieszy, niż przeraża.

Atle Okrutny zerka z ukosa na szamana, gdy wojownicy i kapłani opuszczają świątynię. Wreszcie dzieje się to, o czym myślał od dawna. To przecież oczywiste, że właśnie on przejmie schedę po Audsteinie. Atle spogląda na trupa leżącego na śniegu. Uśmiecha się z satysfakcją. Miło będzie wspominał ten dzień.

Torarin przygląda się ludziom, opuszczającym świątynię. To nie wygląda jak zwycięstwo, ale Torarin wie, że pokonał Jarla i jego dwuznaczne słowa. Tamtym może się wydawać, że ludzie dali się przekonać kapłanom, ale w rzeczywistości jest inaczej.

-    Wnieśmy figurę Tora na miejsce. - Guive podchodzi do drewnianej figury i unosi ją, chwytając za głowę.

-    Mocno ucierpiała. - Torarin przygląda się młotowi Tora.

-    Są ludzie, którzy potrafią to naprawić.

-    Wiem o tym - uśmiecha się Torarin. - W gruncie rzeczy nie chodzi przecież o uszkodzenia.

-    Nie. - Guive marszczy czoło. - Chodzi o sam czyn.

Torarin kiwa głową.

-    Tor nie przymknie na to oka. Ci ludzie poniosą karę w swoim czasie.

-    Niewiele wiem o waszych bogach, ale zdziwiłbym się, gdyby taki czyn nie został ukarany.

Gdy bóg burzy stoi znów na swoim miejscu, Torarin kładzie przed nim odłamany kawałek młota.

Przez chwilę stoją w milczeniu... Czują moc bijącą od boga burzy i dwóch innych posągów, które górują nad świątynią.

Guive spogląda na drąg wbity w ziemię. Na jego płaskim szczycie stoi misa. Drewno jest ciemne, Guive zdaje sobie sprawę, że pociemniało od krwi wielu ofiar złożonych w tej świątyni.

-    Chodźmy stąd, Torarinie - mówi cicho.

Torarin patrzy mu w oczy.

- Chcę ci podziękować.

- Podziękować? - Guive się prostuje. - Za co chcesz mi dziękować? Od kiedy tu jestem, sprowadzam na ciebie same kłopoty.

Spojrzenie Torarina jest puste, ale głos dźwięczny, gdy mówi:

- Pewna kobieta nauczyła mnie, że wszystko, co się nam przydarza, ma jakiś sens. Dzieje się to, czego chce los... i tak będzie zawsze.

Opuszczają świątynię. Guive zatrzymuje się przy martwym hovdingu. Jego twarzy nie da się rozpoznać, ubranie nasiąknęło krwią, którą śnieg trochę rozjaśnia.

- Trzeba go pogrzebać. - Guive nie może uwierzyć, że to z jego własnych ust wyszły te słowa.

Torarin kładzie mu dłoń na ramieniu.

- Cieszę się, że to mówisz. Postępujesz jak prawdziwy Lapończyk... twój ojciec byłby z ciebie dumny.

- Mój ojciec? - Twarz Guivego posępnieje. - On nie był Lapończykiem, Torarinie. Eigil Łowca uprzykrzał życie ludziom z płaskowyżu.

- Co się stało, to się nie odstanie. - Torarin ściska delikatnie muskularne ramię.

- Od małego czułem, że jestem inny niż wszyscy. -Guive myśli na głos. - Żyłem w przekonaniu, że jestem sam, że nie mam swojego miejsca na ziemi, ale teraz jest inaczej.

Torarin milczy. Oczy mu się zaszkliły. Domyśla się, co chłopak powie.

- Po tym, co się tutaj zdarzyło, wiem, gdzie jest moje miejsce.

Torarin przełyka ślinę.

Guive obraca się ku niemu.

- Nie będę ci towarzyszył w dalszej podróży.

Torarin kiwa głową.

- Wiem o tym.

- Wrócę do siida i opowiem o tym, co widziałem. A potem wrócę do domu moich rodziców.

- Jesteś rozsądnym człowiekiem. - Głos Torarina drży. Jego serce przepełnia tęsknota.

- Możesz pójść ze mną, Torarinie. Girste ucieszy się na twój widok.

Torarin kręci głową.

- Girste poślubiła Nilasa, bogowie chcą, żebym ruszył w dalszą drogę.

Guive kiwa głową ze smutkiem.

- Czuję, że teraz i ja mam swoje zadanie do wypełnienia, ale smutno mi będzie podróżować samotnie.

- Bogowie będą cię chronić, Guive. Wszystko się dobrze ułoży.

- Skąd możesz to wiedzieć?

- Mówi to mój wewnętrzny głos. Mówi, że w twoim życiu wszystko się ułoży. Pozwoliłeś, by mądrość w tobie zagościła. Teraz mądrość będzie cię chronić i prowadzić właściwą drogą.

Twarz Guivego rozjaśnia szeroki uśmiech.

- Coś mi mówi, że mieszkańcy tej osady nie urządzą swemu hovdingowi godnego pogrzebu. Wyprawmy go więc w podróż, którą ludzie Północy nazywają drogą do królestwa Hel.

- Tak, musimy się zatroszczyć o spokój zmarłego.

2

- Nie wejdę tam! - Norunn zatrzymała się gwałtownie, gdy dotarli pod dom hovdinga.

Sigurd patrzy na nią ze zdumieniem.

- Dlaczego nie? Przecież tu mieszkasz.

Norunn kręci głową.

- To nigdy nie był mój prawdziwy dom - szepcze. -Poza tym tam w środku leży Rolv. Ja tego nie zniosę, Sigurd. - Spogląda na niego błagalnie. - Proszę cię. Zaprowadź mnie do domu Torarina.

Sigurd przygląda się uważnie pięknej kobiecie.

- Mogę cię tam zaprowadzić, ale.nie wiem, czy będziesz mogła tam zostać. To zależy od Torarina. A zdaje się* że zamieszka tam teraz także ten jego lapoński przyjaciel.

- Wezmę tylko trochę ubrań - uśmiecha się Norunn. -Dobry z ciebie człowiek, Sigurdzie.

Sigurd odwzajemnia uśmiech.

- Jesteś chora, Norunn.

Norunn zatrzymuje się na progu.

- Wejdziesz tam ze mną? - Znów patrzy na niego błagalnie.

- Oczywiście.

Jego uśmiech przywraca jej poczucie bezpieczeństwa. Sigurd chce tylko jej dobra... jest prawdziwym przyjacielem.

Dobrze znane skrzypnięcie drzwi przeszywa ją na wylot. Norunn stara się nie patrzeć w stronę Rolva, który leży w tej samej nienaturalnej pozycji, w której go zostawiła.

Sigurd patrzy na zmarłego ze smutkiem.

-    Zastanawiam się, czy to nie Midgard jest piekłem -mówi cicho.

Norunn jest już gotowa. Trzyma w dłoniach tobołek.

-    Chodźmy - mówi pośpiesznie i zerka w stronę trupa. - Nic mnie nie wiąże z tym miejscem. A dom jest wygodniejszy niż ten, w którym mieszka Atle Okrutny. Coś mi mówi, że ten wojownik wkrótce się tu wprowadzi.

W milczeniu idą wydeptaną w śniegu ścieżką. Na razie stąpa się po niej wygodnie, ale za chwilę stanie się bardziej nierówna. Norunn wspomina strach, który czuła, gdy szła tędy pierwszy raz z Torarinem. Teraz czuje się bezpieczna...

W Jotungård panuje gwar i rwetes. Kto żyw przybiegł nad pokryty lodem brzeg fiordu. Wyścigi, które miały być upragnioną rozrywką po zakończeniu uroczystości pogrzebowych Åsmunda Torkildssona, zmieniły się w koszmar.

Toralv zdejmuje łyżwy, podchodząc do Gro. W jej oczach jest ból. Toralv patrzy na jej dłonie zaciśnięte kurczowo na zielonej tkaninie peleryny.

-    Wstyd mi - mówi Toralv drżącym głosem. - Nie chciałem, żeby to się tak skończyło.

Gro kładzie mu palec na ustach, a jej dłonie układają się w słowa, które pragnął usłyszeć.

-    Nie musisz przepraszać. Wszystko będzie dobrze.

Lina, którą Arntor przewiązał się w pasie, jest napięta. Arntor spogląda z troską w stronę trupio bladej Gydy, która zagląda do przerębla.

-    Tak długo są już pod wodą - mówi Gyda cicho.

Arntor kręci głową.

-    Wcale nie są tam dłużej, niż mogą wytrzymać.

Chociaż sytuacja wydaje się beznadziejna, Arntor czuje, że ma rację. Wie dobrze, jak wolno czas płynie, gdy

dzieją się tego rodzaju rzeczy. Minęła zaledwie chwila od czasu, gdy Ansgar wskoczył do wody za synem.

I wtedy czuje szarpnięcie liny. Serce podchodzi mu do gardła, gdy zapierając się piętami o lód, zaczyna błyskawicznie wyciągać linę.

Spod wody wyłania się czyjaś głowa. Trudno powiedzieć, czy to Ansgar, czy Kålv...

. Nagle ten człowiek przewraca się na plecy.

-    Kålv! - woła Gyda.

Arntor ciągnie z całej siły. Dwaj mężczyźni kładą się płasko na lodzie, próbując pochwycić słaniającego się człowieka. Lód może tego nie wytrzymać, ale pragnienie, by nieść pomoc, jest silniejsze od strachu.

Wreszcie udaje im się wyciągnąć go z przerębla. Gro chwyta Toralva za ramię z całej siły. Gryzie go sumienie. Nie powinien rzucać wyzwania Kålvowi. Długo się opierał pokusie, ale wciąż ma w sobie wiele z małego chłopca, no i chciał dostarczyć ludziom trochę rozrywki. Teraz dręczy go ból. Zaczyna się gdzieś w piersi i rozprzestrzenia na całe ciało.

Toralv widzi jak przez mgłę, że ktoś otula Kålva skórami i układa na saniach. A potem cała grupka rusza w. stronę domów. Gyda biegnie na czele, pogania mężczyzn pchających sanie.

Koszmar się jeszcze nie skończył. Toralv wpatruje się w przerębel tak intensywnie, że pieką go oczy. Dokoła słyszy głosy. Ludzie mówią, że jest już za późno, że kolejna tragedia dotknęła dwór.

Toralv działa bez udziału świadomości. Z dzikim krzykiem rzuca się w stronę szczeliny w lodzie. Nikt go nie może zatrzymać, gdy skacze do wody.

Lodowata woda kłuje go w twarz jak igiełki, chłód go na chwilę całkiem obezwładnia. Wyłania się jednak na powierzchnię i krzyczy:

- Rzuć linę!

- Oszalałeś? - Arntor jest bardziej zrozpaczony niż zagniewany, ale działa instynktownie.

Toralv chce znów zanurkować, gdy słyszy jakiś chłopięcy głos:

- Ansgar... Tam jest Ansgar!

Gdy Toralv dostrzega kupca, zaczyna płynąć. Przeklina chłód, który tak utrudnia mu ruchy, ale z wielkim wysiłkiem zbliża się w końcu do ledwo żywego człowieka. Ansgar porusza ustami, do uszu Toralva dociera słaby szept:

- ...Kålv?

- Zabrali go do domu. Gyda się nim zaopiekuje.

Ansgar zamyka oczy, gdy Toralv przewiązuje go liną w pasie. Arntor wyciąga go na brzeg lodowej tafli, jak przedtem jego syna.

Toralv czuje, że za chwilę całkiem opadnie z sił. Ramiona odmawiają posłuszeństwa... stopy sztywnieją.

- Nie wolno ci się poddać, Toralv.

Jakiś głos dociera do niego z oddali. Ale on chce tylko zamknąć oczy... odpłynąć...

Wtedy przez mgłę w jego głowie przebija się głos Ulvy.

- Toralv... nie wolno ci mnie zostawić! Nie wolno!

Ulva jest zbyt przerażona, by płakać. Wszystkie siły włożyła w ten krzyk.

- Runą wszystkie nasze marzenia, jeśli poddasz się teraz Hel. - Ulva pada na kolana i przyciska dłonie do piersi, jakby chciała w ten sposób wlać większą moc w swoje słowa.

Toralv ją słyszy, chce spełnić jej wolę, ale ciało odmawia mu posłuszeństwa. Ściska linę... rzuca Arntorowi żałosne spojrzenie.

Arntor ciągnie. Wstrzymuje oddech w napięciu. Czy Toralv zdoła utrzymać linę?

Słowa Ulvy wciąż próbują przebić się do jego głowy, przypominają o wszystkich obietnicach, o wspólnych planach. Młodzieniec zamyka oczy, słucha i wkłada całą energię w dłonie, które ściskają linę.

- Łapcie go, żeby nie zsunął się pod wodę! - krzyczy Arntor.

Mocne dłonie chwytają ubranie Toralva w ostatniej chwili. Wyciągają go na brzeg. Chłopak leży bez ruchu na plecach. Nad sobą widzi twarz Ulvy, która dopiero teraz się rozpłakała...

- Udało ci się, Toralv... udało ci się...

W izbie Gyda powiesiła już sagan z wodą nad paleniskiem. Gro i Mink starają się ściągnąć z Kålva przemoczone ubranie, które przywarło do skóry. Gro nie uroniła ani jednej łzy, ale jest przerażona... strach dławi jej gardło. Nagle podbiega do stołu, na którym leży nóż. Klęka koło syna i tnie jego .ubranie. Nie ma ani chwili do stracenia.

Wreszcie Kålv jest już nagi. Skórę ma bladą i zimną, oczy zamknięte, ale pod powiekami widać jakiś ruch.

Otulają go błyskawicznie niedźwiedzią skórą Gydy. Gyda wrzuca do gotującej się wody garść ziół. Zostawia napar, by naciągnął, sama zaś kuca koło siostrzeńca.

- Jesteś silny, Kålv. Dasz sobie radę.

Kąciki ust młodzieńca drgają nieznacznie. Gyda uśmiecha się krzepiąco do Gro, która spogląda na nią z rozpaczą.

Drzwi się otwierają. Mężczyźni wnoszą do wnętrza izby Ansgara. Kobiety znów zaczynają się krzątać i po chwili Ansgar leży już po drugiej stronie paleniska, otulony pierzynami i barchanowymi kocami.

Wtedy pojawia się trzeci... Toralv.

Gyda od razu widzi, że jej przybrany brat jest w lepszym stanie niż dwaj pozostali, więc powierza opiekę nad nim Mink. Sama napełnia dwa kubki naparem z ziół, który jest już letni. Prosi siostrę, by podała jeden z nich Ansga-rowi.

Rozpaczliwe myśli kłębią się w głowie Gro. Jeszcze niedawno była taka szczęśliwa. A teraz?

Ulva czuje się niepotrzebna, starsze kobiety troszczą się

o wszystko. A ją przepełniają dziwne uczucia. Niepokoi się o Kålva i Ansgara, ale jej sercu najbliższy jest Toralv. Nie może zapomnieć o tym, co przeżyła nad fiordem, stara się opanować drżenie całego ciała, przyciskając dłonie do kolan. Prosi bogów, by uchronili Jotungård przed tym strasznym ciosem, jakim byłaby śmierć któregoś z tych mężczyzn.

Jest już głęboka noc, gdy Toralv wreszcie czuje, że ciepło powraca do jego członków, choć ani na chwilę nie stracił przytomności. Ani na chwilę nie opuścił go niepokój o zdrowie i życie tamtych dwóch mężczyzn. Nikt mu tego nie powiedział, ale Toralv wie, że ich stan jest krytyczny. Nie ma odwagi się rozluźnić. Gdy tylko zamyka oczy, znów widzi wszystko, co się zdarzyło, i kolejna blizna naznacza jego umysł.

Arntor i Gyda siedzą przy stole. Rozmawiają po cichu.

Gro siedzi na podłodze - głowę oparła na rękach, które trzyma na krześle, mruga oczami, starając się za wszelką cenę odpędzić sen.

Kålv budził się już kilkakrotnie, ale teraz śpi mocno. Nagle wydaje przeraźliwy okrzyk, który wszystkich stawia na równe nogi. Jego jęki zdradzają, że od nowa przeżywa ten koszmar. Zmęczenie natychmiast opuszcza Gro. Zrywa się i podbiega do syna.

Kålv otwiera nagle oczy... patrzy w twarz matki, która się do niego ciepło uśmiecha.

- Bogom dziękuję za to, że cię zachowali przy życiu -mówią jej ręce.

- Ojciec... co z Ansgarem? - pyta Kålv słabym głosem.

- Śpi.

Kålv dostrzega jednak cień na jej twarzy.

- Nie obudził się?

Gro kręci głową.

- Ale wkrótce wróci do siebie. Twój ojciec jest silny.

Kålv opada z powrotem na posłanie. Znów widzi walkę, którą ojciec stoczył pod lodem, by go uratować. Po chwili jednak dramatyczne obrazy odpływają i Kålv znów zasypia.

Norunn, Sigurd, Guive i Torarin siedzą wokół paleniska. Norunn ugotowała trochę owsianki, posłodzili ją miodem, który zabrała z domu hovdinga. To całkiem nowy smak dla Torarina i Lapończyka, ale w Sigurdzie budzi miłe wspomnienia. Przypomina mu lata spędzone w Jotungård. Nigdy potem nie jadł takiej dobrej owsianki i takiego dobrego miodu. Uśmiecha się do siebie.

- O czym myślisz? - Norunn zerka na niego znad miski.

- O dzieciństwie - odpowiada Sigurd półgębkiem.

- Wychowałeś się tu, w kraju? - dziwi się Norunn, zatrzymując łyżkę z owsianką w pół drogi.

- Tak. - Spojrzenie Sigurda jest coraz bardziej rozmarzone.

Torunn i Guive przestają jeść.

- Wychowałem się na zachodzie. We dworze.

- Ładnie tam było?

Sigurd kiwa głową.

- Wiele podróżowałem, wiele widziałem, ale nigdy nie natrafiłem na takie miejsce.

- Jak się nazywał ten dwór? - Torarin rozkoszuje się smakiem owsianki, wypełniającej mu usta.

- Jotungård. - Sigurd rozmarzył się jeszcze bardziej. -To był wyjątkowy dwór. A rządził nim dobry hövding.

Torarin odstawia miskę. Nie może oderwać wzroku od Sigurda, który tymczasem wędruje myślami w przeszłość. Torarin nie przerywa mu, siedzi i słucha. Słyszał już fragmenty tej historii.

Gdy Sigurd kończy swoją opowieść, Norunn uśmiecha się do niego ciepło.

- Pewnie się cieszysz, że tutaj wróciłeś, Sigurd.

Sigurd kiwa głową.

Torarin tymczasem spoważniał.

- Znam historię, którą nam opowiedziałeś - szepcze. Norunn i Sigurd spoglądają na niego ze zdumieniem.

- Czy twoja matka nie jest Laponką? - Norunn wypowiada wreszcie na głos swoje przypuszczenia.

Torarin kręci głową.

- Nie.

Wyskrobuje resztki owsianki z dna miski.

- Opowiedz nam o tym, Torarinie. Sigurd opowiedział już swoje dzieje. Teraz kolej na ciebie - zachęca go Norunn. Od dawna nie słyszała żadnych opowieści. Życie z Audsteinem i Rolvem było naznaczone samotnością.

- Nie mam tak wiele do opowiadania, ale rozmawialiśmy o mojej matce. - Torarin spogląda na Sigurda, który wpatruje się w niego w napięciu. - Moją matką jest Gyda, córka Asmunda.

Sigurdowi pociemniało w oczach, łapie się za serce, żeby zatrzymać jego szalony pęd.