Wybranka bogów (23). Złamane obietnice - Jane Mysen - ebook

Wybranka bogów (23). Złamane obietnice ebook

Jane Mysen

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kartuzach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 233

Rok wydania: 2008

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



magiczna^opowieść

WYBRANKA BOGOW

JANE MYSEN

tom 23.

ZŁAMANE OBIETNICE

Przełożyła

Lucyna Chomicz-Dąbrowska

Tytuł oryginalny serii: Utvalgt avgudene

Tytuł oryginału: L0ftebrudd

Tłumaczenie z oryginału: Lucyna Chomicz-Dąbrowska

Ilustracja na okładce: Anita Våmartveit

Projekt okładki: Elipsa Sp. z o.o.

Korekta: Maciej Korbasiński Skład: Elipsa Sp. z o.o.

© J. W. Gappelens Forlag a.s 2000

Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z 0.0.

All rights reserved

ISBN 978-83-61226-22-2

Elipsa Sp.zo.o.

01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37

tel./fax +48 (22) 833 38 22 www.dobrasaga.pl

Printed in EU

INFORMACJE S (O 22) 624 16 07

1

- Jadą! Jadą! - woła chłopiec, biegnąc przez siida, obozowisko Lapończyków.

Z namiotów wychylają się zaspane twarze, a drzwi chaty darniowej otwierają się na oścież. Głośne ujadanie psa denerwuje tych, którzy jeszcze nie do końca się rozbudzili i nie wysunęli się z ciepłych skórzanych śpiworów.

Wnet jednak w siida daje się zauważyć oznaki ożywienia.

Lållå kroczy pośpiesznie w stronę lawo Ane. Ciepło robi jej się na sercu, gdy słyszy dolatujący z wnętrza namiotu płacz niemowlęcia. Bardzo lubi małe dzieci. Razem z Juoksą mają zresztą dwoje potomków. Ale dzieci tak szybko dorastają! Lållå ze smutkiem rozmyśla nad upływem czasu. Reina można już śmiało uznać za dorosłego mężczyznę. Gåddjå jest co prawda młodsza, ale i tak należy do grupy starszych dzieci w obozie.

Lållå wraca myślami do Ane i przez jej pulchną twarz przemyka cień, gdy uświadamia sobie, jak niesprawiedliwie została potraktowana przez los ta młoda Laponka. Najpierw straciła męża, który zginął zagryziony przez wilki... a potem Eigil Łowca wziął ją gwałtem. Hmm, gwałtem... Usta Lålli wykrzywiają się w uśmiechu. Ane właściwie nie trzeba było zmuszać... oddała się myśliwemu duszą i ciałem i teraz ponosi za to karę.

Niełatwo być Ane, myśli Lållå, poważniejąc gwałtownie. Tyle już wycierpiała, a kto wie, co jeszcze ją czeka teraz, gdy do siida wracają Duvdi i Aile, jej najzagorzalsi oskarżyciele.

Na dowód tego, że Ane traktowana jest inaczej od pozostałych członków wspólnoty, jej namiot stoi na uboczu, na samym skraju obozowiska. LåUå zatrzymuje się na moment i wpatruje się w dal, usiłując wytropić spojrzeniem oczekiwanych przybyszy. Oddycha z ulgą, stwierdzając, że są jeszcze daleko, zbyt daleko, by można ich było zauważyć.

Tęsknota za Juoksą doskwiera jej mocno już od tego dnia, gdy ruszył w pogoń za Gydą, córką Asmunda, i jej synem. Lållå z wielu powodów niechętnie się odnosiła do tej wyprawy. Przede wszystkim nie potrafiła pogodzić się z tym, że mąż uczestniczy w polowaniu na człowieka. Ju-oksa zresztą także nie przejawiał zbytniej ochoty, by gonić kobietę z dzieckiem, ale tak samo jak wszyscy w siida musi się podporządkować woli Duvdiego i A ile.

L^lę ogarnia ponury nastrój, gdy myśli o władczej parze Lapończyków. Przez parę zim z takim żarem opowiadali o synu bogów... chłopcu wybranym przez Asów, twierdząc, że władzę nad nim przejmą bogowie, którym cześć oddają Lapończycy. Według ich słów Torarin jest obdarzony wielką mocą, ale Lållå przypomina sobie, że kiedy wraz z Gydą przybył do ich obozu, wyglądał jak zwyczajny chłopiec, a od innych odróżniała go jedynie złocista cera.

- Co tu tak stoisz, Lållå?

Lalla otrząsa się z zamyślenia i obdarza serdecznym uśmiechem Ane, która wysunęła głowę przez otwór w lawo.

- Pomyślałam sobie, że pewnie potrzebujesz trochę pomocy przy Guive.

- Niech bogowie cię błogosławią za twoją dobroć -odpowiada Ane i oczy zachodzą jej łzami. Nie spiotka-ła jeszcze równie wspaniałego człowieka jak Lållå. Gdy wszyscy inni odwrócili się do Ane plecami, tylko, ta starsza Laponka pozostała przy niej, a wsparcie, którego jej

wtedy udzieliła, było na wagę złota. Lalla nie należy do ludzi, którzy zawodzą swoich przyjaciół, choć często spotykają ją kłopoty z powodu tej szczególnej przyjaźni.

- Nie mam dziś wiele roboty, zresztą wiesz... moje dzieci już są duże i radzą sobie same.

- Tak jak Bånne - uśmiecha się Ane, kiwając głową, po czym unosi skórę zakrywającą wejście do namiotu i przyjaznym gestem zaprasza Lallę do swojego skromnego domostwa.

Lalla, pochylona, łapie się za krzyż i wchodzi do namiotu.

- Zawsze o tej porze roku łupie mnie w kościach. Tylko nie myśl czasem, że się starzeję - mówi, posyłając Ane żartobliwe spojrzenie, a ta odwzajemnia się jej dobrotliwym uśmiechem.

- Wszyscy się starzejemy, ale ty, Lalla, za swoją dobroć zostaniesz na pewno nagrodzona długim życiem.

Lalla macha ręką, jakby się wzbraniała przed pochwałami, i idzie powoli w stronę kołyski zawieszonej pomiędzy dwoma wbitymi w ziemię pieńkami brzozy.

Ogarnia ją cudowny spokój, jak zawsze na widok śpiącego dziecka. Głaszcze leciutko palcem pulchny policzek i czerwone usteczka maleńkiego Guivego.

- Śliczny chłopiec - mówi, uśmiechając się do Ane. -Mimo że w jego żyłach płynie nie tylko krew naszego ludu.

Ane potakuje, a jej twarz promienieje dumą. Sięga po harpun i zwierza się:

- No cóż, może i mogłam sobie znaleźć lepszego mężczyznę, ale jedno trzeba mu oddać: potrafi płodzić dzieci.

- A jakiż mężczyzna tego nie potrafi? - śmieje się cicho Lalla, a usadowiwszy się na klęczkach obok starszego syna Ane, pyta: - Powiedz, co u ciebie, Bånne!

- Wszystko dobrze - odpowiada krótko chłopiec. -Wybieram się z mamą na połów.

-    Jeszcze trochę, a sam będziesz zdobywał pożywienie dla całej rodziny, Bånne - mówi Lållå, z miłością głasz-cząc chłopca po głowie.

-    Tak. - Twarz dziecka natychmiast rozjaśnia promienny uśmiech. - A nie wszyscy mogą się pochwalić tym, że zostali przyuczeni przez mamę.

Ane zerka na syna. Jego słowa wywołują w niej lekki smutek i ukłucie w sercu. Bånne jest dumny ze swojej mamy, mimo że ludzie za jej plecami rzucają obelgi. Ane domyśla się, że życie doświadcza boleśnie syna i że chłopiec rozumie więcej, niż się do tego przyznaje.

-    Nie będzie nas przez jakiś czas, Lållå. Gdyby ci się tu nudziło, to możesz zabrać Guivego do swojego lawo.

-    O mnie się nie martw, Ane. Czas mi na pewno szybko zleci. Doszły mnie właśnie słuchy, że Duvdi kieruje się do obozu. Spodziewam się, że zrobi się tu zamieszanie, gdy tylko wróci noaide.

Ane markotnieje na wzmiankę o Duvdim i jego żonie, którzy napiętnowali ją jako kobietę rozpustną. Zatruwają jej życie, ponieważ każdy z jej synów został spłodzony przez innego mężczyznę.

-    No to ruszamy, Bånne.

Chłopiec zrywa się na równe nogi wyraźnie podekscytowany. Ma wystające kości policzkowe jak Ane, ale gdy jego włosy i oczy są czarne, włosy Ane mają barwę złota, a oczy mienią się niebiesko. W obozowisku jasnowłosych jest jak na lekarstwo, więc Ane także z tego powodu się wyróżnia.

Lållå sadowi się na skórze, sięga po brzozowe drewno ułożone obok paleniska, po czym wrzuca drwa do ognia. Płomienie z sykiem pożerają korę, a potem powoli trawią resztę.

-    Życzę wam udanego połowu!

-    Dziękuję, Lållå. Po powrocie podzielimy się z tobą tym, co złowimy, w dowód wdzięczności za to, że zawsze

nam tak chętnie pomagasz. Mogłabym wziąć ze sobą Gui-vego, ale skłamałabym, mówiąc, że nie byłby mi ciężarem.

- Ruszajcie już! - Lalla dobrodusznie kiwa w stronę wyjścia z lawo. - Szkoda czasu na gadanie.

Na zewnątrz wita ich przyjemny rześki chłód. Słońce schowało się za szczelną warstwą chmur, ale jakież to ma znaczenie? O tej porze roku i tak zbytnio nie grzeje.

Ane nabiera powietrza głęboko w płuca i obejmuje syna ramieniem. Ściska go leciutko, a gdy chłopiec podnosi wzrok, uśmiecha się do niego z miłością, mówiąc:

- No to idziemy po pożywienie, Bånne.

Bånne kiwa głową z uśmiechem i omiata dumnym spojrzeniem namioty w obozowisku. Doznaje wzniosłego uczucia przynależności. Wie, że mama odczuwa podobnie. Co prawda nie cieszą się takim samym szacunkiem w siida jak inni członkowie wspólnoty, ale bezpieczniej jest żyć w większej grupie. Zresztą Lalla ma rację... wnet będzie dość duży, by samodzielnie zdobywać pożywienie dla mamy i dla młodszego brata. Wokół panuje gwar. Ane z powagą obserwuje ludzi gromadzących się powoli na placu pośrodku obozowiska. Na skraju ogrodzonej, porośniętej trawą równiny pasie się liczne stado reniferów należące do wielu właścicieli.

- Nadjeżdża Duvdi! - woła Bånne i z ożywieniem wskazuje palcem w stronę pobliskiego łańcucha wzgórz.

Ane mruży oczy.

- Wracają na czas! - mówi z powagą. - Zbliża się pora jesiennej ofiary.

- Tak. - Oczy chłopca promienieją. - Jeźdźców jest więcej, niż wyruszyło w drogę. To znaczy, że złapali Gydę i Torarina.

Ane przytakuje, ale w jej ponurej twarzy próżno by szukać radości.

- Nie powinno się więzić ludzi, Bånne.

- Ale przecież Torarin jest synem bogów! Jesteśmy potężniejsi, mając go w obozowisku.

Ane milknie. Bånne, podobnie jak inni, jest przejęty tym, co dzieje się w siida. Powinna więc to uszanować, mimo że ma odmienne zdanie.

- Kiedy dorośniesz, zrozumiesz to, synu - mówi i głaszcze z miłością gęste ciemne włosy chłopca. - Chodźmy już, Bånne. Nie traćmy dnia.

- Jesteś pewna, że nie powinniśmy tu zostać, by powitać powracających Duvdiego i Aile?

Bånne spogląda na mamę z nadzieją.

- Tak, jestem pewna - brzmi krótka odpowiedź matki, która odwraca się plecami do zaludniającego się placu. - Jeśli chcemy coś złowić, nie możemy tracić dnia na rozrywki.

Bånne jest zawiedziony, ale nie okazuje tego i rusza pośpiesznie za mamą. Lubi łowić ryby i zastawiać sidła, a wszystkiego, co potrafi, nauczyła go Ane. Ona zaś nauczyła się tego kiedyś od jego ojca Dåvgiego. Wieczorami mama często opowiada mu historie łowieckie. Lubi te chwile, gdy siedzą razem przy trzaskającym ogniu, a jej głos dociera do niego niczym łagodna letnia bryza. Bånne wie, że mężczyzna opowiedziałby tö inaczej. Jego rówieśnicy z obozowiska uważają opowieści Äne za nie dość dobre, ale on się nie przejmuje ich gadaniem. W jego oczach Ane jest równie dobrym gawędziarzem jak mężczyzna.

Rozmyślając w czasie drogi o Duvdim i Adę, Ane odczuwa niemal fizyczny ból. Długo ich nie było. Nieraz łapała się na tym, że wołałaby, aby im się coś stało i nigdy nie powrócili do obozowiska. Pychą z jej strony byłoby jednak wierzyć, że to się spełni. Nie potrafi rzucać na ludzi złych uroków. Zresztą wcale tego nie pragnie. Życie wszak i tak rządzi się własnymi prawami.

Lalla podnosi się, gdy z kołyski dolatuje ciche popłakiwanie. Podchodzi bliżej i nucąc cicho, buja malucha. Guive jednak nie uspokaja się, kończy się więc tym, że Lalla wyjmuje chłopca spod wyprawionej, miękkiej skóry z zająca. Kiedy go przytula, buzia mu rozpromienia się w uśmiechu i Lalla śmieje się także do pulchnego, ciemnowłosego chłopczyka o oczkach bardziej błękitnych od nieboskłonu.

-    Zaraz ci dam coś do picia - mówi wesoło. - A potem pójdziemy powitać Duvdiego i jego świtę.

Lalla rozmyśla o Eigilu Łowcy, który gasił swoją chuć w ramionach Ane. Guive stanowi owoc tej namiętności. Lalla ma nadzieję, że dziecko odziedziczyło po tym złym człowieku jedynie urodę. Duvdi potępił zdecydowanie związek Ane z łowcą. Lalla nawet to rozumie, choć uważa, że niektóre zdarzenia powinno się puścić w niepamięć. Rozgoryczenie nie prowadzi do niczego dobrego. Eigil okazał się wprawdzie przebiegłym okrutnikiem, który zażądał zapłaty w skórach za pozostawienie ich wspólnoty w spokoju, ale przecież nie znaczy to wcale, że jego syn będzie również na wskroś zły. A Ane ma tyle dobrych cech, jest samodzielna i zaradna, czego Duvdi nie chce zauważyć.

Lalla otula dokładnie dziecko w kołysce i zakłada mu jeszcze czapeczkę z zajęczej skórki. Na dworze jest chłodno... w ciągu ostatnich paru dni bardzo się ochłodziło. Guive leży zadowolony i powoli przysypia.

Lalla bierze kołyskę i wychodzi z pogrążonego w półmroku lawo. Mruży oczy oślepiona jasnością, po czym rusza w stronę placu, gdzie zazwyczaj zbierają się mieszkańcy obozowiska. Tu powitają pierwszego pośród równych, kiedy powróci z synem bogów. Lalla myśli o tym z goryczą. Ścigać można zwierzynę, nie ludzi...

- Słyszałaś? - pyta z ożywieniem Mink, przystanąwszy obok Lålli. -. Duvdi odnalazł Gydę i wraca wraz z córką hovdinga i Torarinem.

- Wygląda na to, że się cieszysz - stwierdza Lalla i posyła pogardliwe spojrzenie jasnowłosej kobiecie.

- Tak. Czemu nie miałabym się cieszyć? Tęskniłam za nimi - odpowiada Mink, a z każdego jej słowa i gestu bije radość.

- Chyba sama rozumiesz, dlaczego zostali sprowadzeni z powrotem?

- Tak. - Mink nagle się zawstydza.

- A mimo to potrafisz się cieszyć? - Lalla kręci głową zrezygnowana. Z premedytacją burzy radość Mink. Nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia. Cóż ta młoda dziewczyna w ogóle wie o życiu? O tym, jak traktuje się ludzi. Co prawda ona też swoje przeżyła, bo los niewolnicy nie jest łatwy, ale nie ma pojęcia o mrocznych stronach życia.

Mink czuje się tak, jakby radość, którą dopiero co odczuwała, uleciała wraz z powiewem wiatru unoszącego się nad okolicą. Zwalniając kroku, przepuszcza Lallę przodem, dziwiąc się równocześnie swoim zmiennym nastrojom.

Młoda dziewczyna bezwiednie kładzie dłoń na brzuchu. Wyczuwa już dokładnie dziecko, które nosi pod sercem, i cieszy się, że wkrótce odbędzie się ślub. Morok powiedział, że poczekają na Duvdiego i Aile, a jak życie w obozie wróci do normy, ogłoszą wszystkim swoją decyzję. Nastąpi to więc już niebawem.

Mink odgania niepokój. Cieszy się, że znów ujrzy Gydę. Nawet reakcja Lålli nie zdoła zepsuć jej radości z ponownego spotkania.

Gyda ma przekrwione oczy. Odkąd przed trzema dniami opuścili osadę handlową, prawie nie zmrużyła oka. Duv-di narzucił takie tempo, jakby uciekali przed samą boginią Hel. Przez całą drogę nikt nie odezwał się słowem do

Gydy, boleśnie więc odczuwa samotność. Nawet z Torari-nem nie rozmawiała i pragnienie, by przytulić synka, wy-daje jej się nie do zniesienia.

Zastanawia się, czy Arntor zrozumiał, co się stało. Z początku żywiła nikłą nadzieję, że skald ich odszuka, ale w miarę jak się oddalali od osady, nadzieja topniała. Jak Arntor zdoła odnaleźć trop na nagich skałach? Juoksa i Jungi przez cały czas zacierają swoje ślady i ślady końskich kopyt. Ci ludzie respektują prawa przyrody... żyją w harmonii ze sobą i swoim otoczeniem... mają bliski kontakt z bóstwami, które według nich kryją się w tworach natury. Każdego ranka składają im ofiary, a niemal o wszystkich porach doby wyśpiewują joik... Gdyby nie okoliczności, w których została uprowadzona, starałaby się przyswoić sobie ich mądrość i moc w całkiem inny sposób. Gyda nie potępia bowiem odmienności... uważa, że każdy ma prawo do swojej wiary. Podobnie myślała, gdy jej przyjaciel z lat dziecinnych, Sigurd, uwierzył w Białego Chrystusa, choć jako wybranka bogów powinna może okazać więcej sceptycyzmu.

- Spójrz, to twoje nowe życie! - mówi Duvdi, wskazując na otwartą przestrzeń przed nimi. - Tu odnajdziesz moc i gdy tylko przekroczysz granice siida, zbudujesz swą władzę.

Szaman przemawia do Torarina, który spogląda na niego szeroko otwartymi oczkami.

Gyda ma ochotę przerwać ten wywód, ale stara się nad sobą zapanować. Nie potrafi pojąć chorobliwego przekonania Duvdiego i Aile, że Torarin jest ich synem, już dawno jednak zrozumiała, że lepiej nie sprzeciwiać się szamanom, póki nie nadarzy się sposobność.

Jak przez mgłę widzi bezkresny płaskowyż i skręca ją w żołądku na myśl o tym, co ją czeka, gdy dotrą do obozowiska. Nigdy jeszcze nie widziała tylu namiotów zgromadzonych w jednym miejscu. Pośród nich dostrzega chaty

darniowe... dowód na to, że wśród nomadów zdarzają się i tacy, którzy prowadzą bardziej osiadły tryb .życia. Duvdi musi być bardzo potężny, skoro sprawuje tam władzę.

Renifery na ogrodzonym pastwisku posilają się rosnącymi bujnie szarawymi porostami. Raz po raz tylko podnoszą łby, prezentując rozłożyste poroża, które nadają im dumny wygląd. Gyda bierze głęboki oddech, tłumiąc szloch. Dygocze niczym brzozowe gałązki poruszane bryzą. W jej sercu od dawna gości strach, który teraz całkiem nią zawładnął.

Nietrudno dostrzec z tej odległości duży plac. Zgromadziło się tam tylu ludzi, że Gyda nie jest w stanie ich zliczyć. Domyśla się, że to tam prowadzi ich Duvdi... tam zamierza pokazać swoją zdobycz. Gdy Gyda patrzy na ssącego palec Torarina, który siedzi na końskim grzbiecie przed Duvdim i opiera się o niego ciężko, chwyta ją nie-wysłowiony ból.

Aile jest cała posiniaczona i obolała po wyczerpującej jeździe i teraz u kresu podróży odczuwa jedynie ulgę. W lesie przy osadzie handlowej obawiała się, że Gyda ich zdradziła, kiedy udała się po swoje rzeczy, które ponoć musiała zabrać ze sobą, ale chyba groźba, że mogłaby nigdy nie zobaczyć już swego syna, odpowiednio na nią podziałała, bo po drodze nie spotkali żywej duszy.

Laponka uśmiecha się zadowolona, napotykając wzrok męża.

-    Daliśmy radę - mówi cicho. - Teraz już nikt nie może nam go zabrać.

Noaide potakuje z powagą. Jego spojrzenie rozgrzewa niczym gorący uścisk i Aile czuje gwałtowne, pulsowanie w podbrzuszu. Dawno już nie przytulali się do siebie nagimi ciałami, ale tej nocy nadrobią wszystko. Znów czuje mrowienie w podbrzuszu, dowód na to, jak bardzo się stęskniła za pieszczotami małżonka.

Konie ruszają. Jungi i Juksa kroczą obok pięknych

zwierząt. Obaj zerkają na siebie z zadowoleniem. Wywiązali się znakomicie ze swego zadania, a teraz czekają na nich żony i dzieci.

Juoksa zmęczył się długą wędrówką. Nogi wciąż go niosą, ale porusza się krokiem bardziej chwiejnym niż zazwyczaj. Pociesza się, że z Jungim jest podobnie, choć nie rozwiewa to smutnych myśli o tym, że coraz gorzej znosi brzemię wieku. Przed paru laty nie odczułby nawet takiego wysiłku.

W miarę jak zbliżają się do siida, nasila się ujadanie psów. Gyda słyszy jednak te hałasy jakby z oddali. Oczy zasnuły jej się mgłą, w uszach jej szumi, oblewa się zimnym potem. Kurczowo ściska wodze.

Wśród wypatrujących ich twarzy Juoksa szuka spojrzeniem żony, a gdy wreszcie ją dostrzega, spływa na niego spokój. Nigdy nie odczuwał potrzeby szukania innej kobiety niż Lållå. Ona posiada te wszystkie przymioty, jakich wymaga się od żony. Jest silna, opiekuje się troskliwie dziećmi, a do tego potrafi go zaspokoić. Nie, nigdy nie miał powodu do narzekań.

Kroczy przez plac przepełniony uczuciem niezwykłej miłości do niej.

W powietrzu daje się wyczuć napięcie. Nawet psy przestały ujadać i przemykają się pomiędzy czekającymi w skupieniu Lapończykami.

Gyda nie odróżnia twarzy otaczających ją ludzi, ale widzi, że wszyscy z wielką czcią wpatrują się w Torarina. Nagle dociera do niej z całą wyrazistością to, co powiedziała jej Aile. Jej syn stanie się potężniejszy niż Duvdi, już teraz jest obiektem uwielbienia. Wie, że Lapończycy są lepiej przygotowani na to, co ma się stać, niż ona sama. Zdaje jej się, że ściśnięty, żołądek podchodzi jej do gardła, jakby się miała udusić.

Jak przez mgłę dostrzega, że Duvdi podnosi wysoko Torarina, a nad tłumem rozbrzmiewa głos Aile:

- Oto on! Oto syn bogów! Długo czekaliśmy, ale wreszcie przybył, by przyswoić sobie wiedzę i mądrość noaide. Będzie dorastał pośród was jak zwykły chłopiec, ale wam nigdy nie wolno zapomnieć... - przerywa, a ludzie wstrzymują oddechy i słuchają jej dalszych słów: -Jest wybrańcem Asów. Przybył tu na dowód, że jego bogowie zgadzają się na pojedynek... ich życzeniem jest, by zmierzył się z naszymi bogami. Duvdi i ja wiemy, że Tora-rin uwierzy w naszych bogów... Asowie poniosą klęskę!

Lalla przysłuchuje się uważnie tym słowom. Właściwie słyszała je już wcześniej, tyle że sformułowane nieco inaczej. Odwraca wzrok od szamanów, a jej uwagę przyciąga postać córki hovdinga. Na krągłej twarzy Laponki pojawia się wyraz zatroskania. Obawia się, że jeszcze moment, a Gyda nie zdoła utrzymać się w siodle i runie na ziemię. Nigdy jeszcze nie widziała kogoś tak bladego...

Mink przepycha się przez tłum, a gdy wreszcie dociera na sam przód blisko Gydy, oddycha z ulgą. Najchętniej zawołałaby na nią głośno, ale zmusza się, by stłumić okrzyk. Wprawdzie nie rozumie słów szamanki, ale rozsądek nakazuje jej nie przerywać Aile. Stoi więc, niecierpliwie przebierając nogami.

Przetrzymam to! Przetrzymam to! - Gyda powtarza w myślach monotonnie te dwa słowa, mocno zaciskając powieki. Jeszcze nigdy nie czuła się taka słaba jak właśnie teraz, zupełnie jakby opuściły ją resztki sił.

- Jutro przypada dzień składania jesiennej ofiary -przemawia dalej Aile, wznosząc ręce ku niebu. - Tym razem ofiarnikiem będzie Torarin, a Duvdi i ja jedynie posłużymy mu pomocą i dopilnujemy, aby ceremonia przebiegła godnie, tak jak nakazuje rytuał.

Aile jest zadowolona, że udało jej się skupić na sobie uwagę. Nagle jednak dochodzi ją szemranie zaniepokojonego tłumu. Nie od razu orientuje się, co się dzieje. Dopiero po chwili dostrzega Gydę.

Córka hovdinga nie widzi ludzkich spojrzeń. Pochyla się coraz niżej i uczepiona kurczowo końskiej grzywy, ze wszystkich sił stara się usiedzieć w siodle. Nie daje jednak rady. Zsuwa się z końskiego grzbietu i upada na wznak na ziemi. Przez moment ma wrażenie, że obserwuje całe zajście z zewnątrz. Patrzy na przerażone twarze, po czym pogrąża się w mroku.

2

Juoksa chce podbiec do córki hovdinga, ale Duvdi powstrzymuje go gestem uniesionej dłoni, a Aile uśmiecha się z zadowoleniem.

- Niech nikt jej nie dotyka! Chociaż wydała na świat syna bogów, nie łączą ich więzy krwi. Gyda, córka Asmunda, nie jest go godna. Asowie też już jej nie potrze-bują.

- Gyda! - Mink nie zamierza być posłuszna rozkazowi, który uderza w jej panią. Widząc leżącą nieruchomo na trawie Gydę, porzuca wszelkie obawy o to, z jaką reakcją spotka się jej sprzeciw wobec słów szamana. W jednej chwili jest przy niej. Klęka i kładzie głowę omdlałej córki hovdinga na swoje kolana.

- Gyda! Ocknij się! - prosi, ale z ust wybranki bogów dolatuje jedynie majaczenie. Wśród niezrozumiałych słów powtarza się wciąż imię Torarina.

- Nie możesz tu tak leżeć, Gyda - szepcze Mink, podnosząc zatrwożony wzrok na Duvdiego i Aile. Szaman odwrócił się z dzieckiem w drugą stronę, by chłopiec nie widział, co się stało. Mink uświadamia sobie, jakim potężnym siłom się sprzeciwiła, i ogarniają strach. Mimo to nie rusza się z miejsca. Była niewolnica Gydy wciąż odczuwa zakorzenioną głęboko wierność wobec swej dawnej chlebodawczym. Nagle nachodzi ją pragnienie, by wrócić do Elgtun... do Asy... gdzie było tak bezpiecznie. Bezpiecznie? Czy w Midgardzie istnieje w ogóle jakieś bezpieczne miejsce? Mink gładzi Gydę po twarzy, starając się zetrzeć

brud, jaki przywarł do policzków i czoła. Córka hovdinga otwiera oczy, w których maluje się zmęczenie.

Lalla napotyka wzrok Juoksy i domyśla się, że mąż jest rozdarty, jednak zmuszony jest zachować spokój podobnie jak ona. Mogłaby wprawdzie sprzeciwić się władczym szamanom, ale kto wie, czy wówczas nie przestaliby patrzeć przez palce na samowolę, jakiej się czasem dopuszcza, choćby na to, że pomaga Ane. Pulchna Laponka zerka na syna bogów uczepionego ramion Duvdiego, który właśnie zsiada z konia. Malec wydaje się zupełnie nie-poruszony tym, co się wokół niego dzieje. Lalla przenosi wzrok na smacznie sobie śpiącego w kołysce Guivego, który tylko na chwilę podniósł powieki w czasie zamieszania, do jakiego doszło na placu. Laponka zazdrości dzieciom spokoju, jednak nie przestaje śledzić wydarzeń.

Duvdi dotyka stopami ziemi i ze zdumieniem uświadamia sobie, jak bardzo jest zmęczony. Nogi się pod nim uginają i omal nie osuwa się na trawę. Tylko ogromnym wysiłkiem woli udaje mu się zachować dumnie wyprostowaną sylwetkę, gdy kieruje się w stronę, gdzie zwykle o tej porze roku stoi jego lawo. Długa czarna szata, jaką noaide ma zawsze na sobie, ukrywa jego niepewny chód.

Aile, ożywiona, zeskakuje z końskiego grzbietu. Cieszy ją powrót do siida, a myśl o czekającym ich zadaniu sprawia, że krew szybciej krąży w jej żyłach. Oddaje wodze Juoksie, a gdy ten lekko się uśmiecha, odwraca wzrok. To poniżej jej godności dzielić radość z prostym człowiekiem. Juoksa wprawdzie jest prawą ręką Duvdiego, ale jakież to ma znaczenie. Aile zerka z wyższością na Mink i Gydę, po czym śladem Duvdiego i syna bogów oddala się szybkim krokiem do namiotu.

Tłum powoli rzednię. Mieszkańcy obozowiska, rzucając przeciągłe spojrzenia, mijają córkę hovdinga i Mink.

Młoda dziewczyna ze zdumieniem patrzy na oddalających się ludzi. Nie potrafi zrozumieć, dlaczego nikt nie

chce zauważyć, że Gyda potrzebuje pomocy. Przeklina w duchu Juoksę i Jungiego, którzy opuszczają plac, a jeszcze większego zawodu doznaje, widząc odchodzącą Lallę, znaną ze swej życzliwości i gotowości do niesienia pomocy. Kiedy już całkiem znika jej z oczu, Mink w odruchu złości wstaje, chwyta Gydę pod pachami i ogromnym wysiłkiem stawia ją na nogi.

- Dziękuję ci, Mink! - Głos Gydy brzmi jak szept.

- Oszczędzaj siły, Gydo. Dasz radę przejść na własnych nogach?

- Spróbuję - odpowiada córka hovdinga łamiącym się głosem, z trudem powstrzymując łzy.

Jak Duvdi i Äile mogli potraktować Gydę w taki sposób? - myśli Mink w przypływie wściekłości, na głos zaś mówi:

- No to idziemy do lawo.

Gyda kiwa głową, z wysiłkiem poruszając nogami.

- Dobrze, Gydo. Już niedaleko.

Tymczasem mieszkańcy siida zachowują się tak, jakby nie dostrzegali dwóch z trudem poruszających się pomiędzy namiotami kobiet. Raz po raz tylko ktoś rzuca w ich stronę niepewne spojrzenie albo mamrocze pod nosem wyzwiska pod ich adresem. Ludzie odwracają wzrok i odchodzą pośpiesznie, obawiając się, że ich ciekawość może zostać źle zrozumiana. Boją się, że Duvdi ześle na nich urok, gdy uzna, że okazują współczucie córce hovdinga. Na samą myśl o potężnej mocy szamana ciarki im przechodzą po plecach.

Lållå wraca do lawo, a gdy jest już prawie u celu, natyka się na Reina, swego syna, który pyta ożywiony:

- Widziałaś go?

- Kogo? - pyta Lållå i nie zwalniając kroku, idzie dalej w stronę namiotu.

Rein musi się śpieszyć, by za nią nadążyć.

- No, syna bogów! - mówi, kręcąc głową z dezaprobatą. - Nie zauważyłaś, że wrócił Duvdi z Äile?

- Tego akurat trudno było nie zauważyć - odpowiada Lalla cierpko.

- Czy coś się stało? - Na twarzy Reina maluje się niepokój.

- Nie, a co miałoby się stać? - Lalla zatrzymuje się gwałtownie i wbija wzrok w chłopca.

Rein traci pewność siebie.

- Nie wiem. Wydajesz się jakaś dziwna, jakby coś cię rozzłościło. Nie rozumiem, jak możesz się złościć teraz, gdy wreszcie do siida przybył syn bogów. Äile i Duvdi tak długo czekali na swego syna.

- Syna? Ha! - Lalla unosi skórę zakrywającą wejście do namiotu i wchodzi do środka.

Rein podąża za nią, ale zatrzymuje się zaraz przy wejściu i obserwuje matkę czujnym spojrzeniem. Spodziewa się, że za chwilę, o ile okaże cierpliwość, usłyszy z jej ust słowa wyjaśnienia.

Lalla odstawia na bok kołyskę ze śpiącym Guivem.

- Jesteś moim synem, Rein? - pyta nagle, odwracając się do niego.

- Jasne, że tak - odpowiada chłopak, uśmiechając się z grymasem.

- Skąd wiesz?

Rein traci pewność siebie. Nie rozumie, o co mamie chodzi.

- A jak byś się poczuł, gdybym ci powiedziała, że masz inną matkę i innego ojca, niż dotąd sądziłeś?

Przecież w moich żyłach płynie krew twoja i Juok-sy... czyż nie? - Rein kręci się niespokojnie.

- Owszem. Jak byś jednak zareagował, gdyby było inaczej? Gdybym cię żywiła i wychowywała, zatajając przed tobą, że masz innych rodziców?

- Lållå! - przerywa jej wywód Juoksa. Nie słyszał całej rozmowy matki i syna, ale to, co doleciało do jego uszu, wywołuje jego niepokój.

Rein najchętniej wziąłby nogi za pas. Nieczęsto widuje rodziców skaczących sobie do oczu, ale teraz spodziewa się, że dojdzie między nimi do kłótni.

- Uważaj na to, co mówisz, Lållå! - ostrzega Juoksa, patrząc na żonę z wyrzutem.

- Chyba w swym własnym lawo mogę powiedzieć, co myślę? - odpowiada Laponka hardo.

- Wiesz równie dobrze jak ja, że ściany mają uszy.

- A nie sądzisz, że inni myślą podobnie?

Juoksa kręci głową.

- Większość ludzi okazuje wierność swemu szamanowi.

- Tak, jemu są wierni, za to sprzeniewierzają się poszanowaniu ludzkiej godności.

Lållå ciska swe słowa zniżonym głosem i ze złością odchyla głowę.

- Ten, kto się sprzeciwi szamanowi i jego żonie, zostanie ukarany - mówi Juoksa, zerkając na syna. Rein milczy, trudno więc stwierdzić, jakie myśli tłuką mu się po głowie.

- Torarin ma matkę, Juoksa. - We wzroku Lålli pojawia się ból. - Jak byś zareagował, gdyby nagle zabrali nam Reina... Nazwali go swoim dzieckiem?

- Nie sądź, że o tym nie myślałem, Lållo. Ale nie leży w naszej mocy zmienić bieg spraw.

- Wiem. - Lållå siada ciężko i dodaje: - I to właśnie mnie tak gniewa. Nie widziałeś, jak oni potraktowali Gydę? Co się z nią stanie? Jak daleko zamierzają się posunąć? Trudno będzie siedzieć z założonymi rękoma i się bezczynnie temu przyglądać.

Juoksę przenika gwałtowny chłód. Ceni żonę za jej chęć niesienia pomocy i dobroć, jaką okazuje innym, ale

już jej przyjaźń z Ane przysporzyła im kłopotów. Gdyby wtrącili się w sprawy córki hovdinga, naraziliby się na jeszcze większy gniew szamana.

-    Jesteśmy ludźmi, Rein - mówi Lalla, patrząc na syna. -I każdy człowiek ma prawo do dobrego życia.

Rein kiwa głową, bo wreszcie dotarło do niego, o co chodzi mamie. Lalla buntuje się przeciwko postępowaniu Duvdiego i Aile, Juoksa zaś boi się, że żona posunie się za daleko. Nim samym targają sprzeczne uczucia. Od kołyski wpajano mu posłuszeństwo wobec Duvdiego. Tymczasem nagle Lalla się temu sprzeciwia.

-    Straciliśmy trop - mówi Arntor, patrząc na siostrę z powagą.

-    Przecież dopiero co widziałeś ślady końskich kopyt.

-    Tak, ale tu są już tylko skały. - Wzdycha ciężko i mrużąc oczy, wpatruje się w górskie szczyty. - Tylko w bogach nadzieja, że ich odnajdziemy pośród tego bezkresu.

Nagle zza najbliższego grzbietu wyłania się jakiś mężczyzna. Arntor bezwiednie zaciska szczęki. Nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi. Tu, w górach, roi się od banitów, z którymi lepiej się nie zadawać. Przypomina sobie Jatmunda i jego bandę. Mężczyzna kieruje się wprost na nich, Arntor daje Ulvie znak, by się nieco odsunęła. Dziewczynka bez zwłoki wykonuje posłusznie polecenie brata i tak samo jak on w napięciu przygląda się nieznajomemu. Koń przebiera niecierpliwie kopytami.

Arntor obserwuje czujnie okolicę, spodziewając się, że w każdej chwili może pojawić się więcej obcych.

Gdy nieznajomy podchodzi bliżej, Arntor uspokaja się nieco, nic bowiem nie wskazuje na to, by nie był sam.

Obcy zatrzymuje się w pewnej odległości i zaciska dłoń na harpunie tak mocno, aż pobielały mu kłykcie. Najwyraźniej on też czuje się niepewnie.

Arntor pozdrawia nieznajomego, unosząc dłoń, a ten wykonuje podobny gest, po czym pokonuje dzielącą ich odległość i zatrzymuje się parę kroków od skalda. Dopiero teraz Arntor zauważa, że obcy mężczyzna jest niski i krępy, ale bije od niego wielka siła. Ma atletyczny kark i mocne pięści. Wokół łysiny na czubku głowy rosną jasne, gęste włosy, a równie gęsta, kędzierzawa broda opada na szeroki tors. Nieznajomy posyła Arntorowi zimne, ołowiane spojrzenie, a skinąwszy w stronę Ulvy, pyta:

- Co was tutaj sprowadza? O tej porze roku nie należy zabierać w góry młodych dziewek.

W Arntorze na nowo budzą się wyrzuty sumienia, które dręczą go już od dawna. Przyznaje rację przypad-. kowo napotkanemu wędrowcowi. Nie powinien zabierać ze sobą Ulvy, zwłaszcza że nie miał czasu sprawić siostrze ciepłego ubrania. Tej nocy skarżyła się na chłód, a kolejne z pewnością nie będą cieplejsze. Nawet w ciągu dnia jest bardzo rześko.

- Właśnie zamierzaliśmy zatrzymać się na odpoczynek, byłby to dla nas honor, gdybyś zechciał nam dotrzymać towarzystwa - mówi Arntor, odpowiadając przyjaznym spojrzeniem.

Njål uśmiecha się szeroko, odsłaniając nierówne zęby w masywnej szczęce.

- Dziękuję - odpowiada. - Nieczęsto mam okazję kogoś tu spotkać, a jeszcze rzadziej porządnych ludzi. Nie przepuszczę więc okazji do miłej pogawędki.

Arntor przyjmuje z uśmiechem tę szczerą przemowę.

- Po wyglądzie trudno ocenić, z jakimi w istocie ludźmi mamy do czynienia. Dziękuję wszakże za zaufanie.

Ulva domyśla się, że niebezpieczeństwo minęło. Zsuwa się z końskiego grzbietu i prowadzi zwierzę w stronę mężczyzn.

- Chyba ostro gnaliście - stwierdza Njål, wskazując na mokry od potu koński bok.

Arntor przytakuje, a na jego gładkim czole pojawia się bruzda zdradzająca zafrasowanie.

-    Mieliśmy ku temu powód - mówi krótko i zdejmuje z końskiego grzbietu sakwy.

Ulva tymczasem zbiera już chrust na opał. Szczupłe dziewczę porusza się po nierównym terenie lekko i z gracją. Arntor dostrzega, że Njål obserwuje ją ukradkiem, i znów słyszy w głowie ostrzegawczy głos. Ulva, choć jeszcze bardzo młodziutka, jest śliczna i może stanowić łakomy kąsek dla mężczyzny, zwłaszcza gdy w pobliżu nie ma innych kobiet.

Wzdychając ciężko, skald odkłada sakwy na skały. Przekonuje się wciąż na nowo, jak nierozważnie postąpił, zabierając Ulvę ze sobą.