Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna w Swarzędzu
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 249
Rok wydania: 2000
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
magiczna opowieść
WYBRANKA
BOGOW
JANE MYSEN
tom 9.
ZABOJSTWO
Przełożyła
Magdalena Stankiewicz
Tytuł oryginalny serii: Utvalgt av gudene
Tytuł oryginału: Manndrap
Tłumaczenie z oryginału: Magdalena Stankiewicz
Ilustracja na okładce: Anita Vamartveit
Projekt okładki: Elipsa Sp. z o.o.
Korekta: Maciej Korbasiński
Skład: Elipsa Sp. z o.o.
© J. W. Cappelens Forlag a.s 2000
Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z o.o. All rights reserved
ISBN 978-83-61226-08-6
Elipsa Sp. z o.o.
01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37 tel./fax +48 (22) 833 38 22 www.dobrasaga.pl
Printed in EU
Tord wodzi wzrokiem za berserkiem na placu walki. Spojrzenie ciemnych oczu nie zdradza żadnych uczuć, lecz w jego głowie szaleje prawdziwa burza myśli. Tord kuli się, ręka mocno dzierży miecz, kostki dłoni bieleją, a mięśnie ramion napinają się. Wszystko, co posiada, postawił na tę walkę i tak jak obserwujący ich tłum wie, że berserk jest śmiertelnym wrogiem.
Jorulv, który go wyzwał na ten pojedynek, wykonuje pierwszy ruch i Tord zdaje sobie sprawę, że wiele zależy od tego, by nie dać się zranić. Jeżeli za pierwszym ciosem na skóry poleje się krew, już przegrał. Widzi, jak berserk podnosi miecz i rycząc, celuje prosto w niego. Tord trzyma przed sobą tarczę i omal nie traci równowagi, gdy ostrze miecza trafia w drewno. Nagle orientuje się, że stoi z bezużyteczną tarczą w ręku. Ze złością ciskają na ziemię. Tarcza zrobiła swoje, lecz teraz na nic się nie zda.
Gyda widzi walkę, ale wynik pojedynku pozostaje niewiadomy jak wędrówka duszy. Córka høvdinga jest wyczerpana z powodu upływu krwi po stracie dziecka i chociaż posiada niezwykłe zdolności, nie może ingerować w te szalone zmagania. Zdaje sobie sprawę, że sama jest częścią nagrody berserka, jeżeli on wygra, i modli się cicho, żeby Tord odniósł zwycięstwo. Nie zna Jorulva, ale wystarczy jej to, co już o nim słyszała. To szaleniec niegodzien stąpać po tej ziemi. Gyda opiera się na kosturze i przez moment jest pewna, że zaraz upadnie, ale siłą woli utrzymuje się na nogach. Nie zamierza robić przedstawienia w czasie pojedynku.
Zawodnicy prowadzą walkę wzrokiem. Jorulv wolno i ciężko porusza się na skórach. Sprawia wrażenie otumanionego i nieustraszonego, jak wszyscy berserkowie, z którymi Tord miał do czynienia. Syn høvdinga jest zwinniejszy i teraz, po pierwszym ataku berserka, spokojniejszy. Czuje się pewny zwycięstwa. Dlaczego on, który od małego wyruszał na wyprawy, nie miałby pokonać tego niezdarnego olbrzyma? Spluwa na skóry i wszczyna pojedynek słowny, podczas gdy obaj zataczają krąg:
- Nigdy nie spotkałem berserka, który zachowuje się jak tchórz!
Słowa wypływają same z siebie, ale nie odnoszą spodziewanego skutku. Jorulv zdaje się nie słyszeć obelgi. Dokładnie tak jak Tord brał już udział w podobnych potyczkach i wie, że łatwo może chybić, jeśli da się wciągnąć w wojnę na słowa. Berserk jest tak oszołomiony grzybami, które zjadł przed wyjściem na plac boju, że całą uwagę skupia na walce. Nie spuszcza wzroku z miecza i czeka na uderzenie.
Następny cios Jorulva pada całkiem niespodziewanie. Tord zwinnie uskakuje przed śmiercionośną bronią i wykorzystuje czas, którego berserk potrzebuje, by wrócić do poprzedniej pozycji. Jorulv nawet się nie krzywi, kiedy miecz przeciwnika trafia go w bok. Kamizelka z niedźwiedziej skóry dobrze skrywa ślad po zadanym ciosie, ale na widok rany, która się ukazuje, gdy Jorulv podnosi miecz, ludzie wzdychają z wrażenia.
Można odnieść wrażenie, że berserk nie zdaje sobie sprawy, co się stało. Ponownie podnosi broń i z całej siły mierzy w Torda, który już przyjął pozycję obronną. Krew, lejąca się z rany Jorulva, ścieka na skóry, które stają się śliskie, i kiedy ten całą siłę mięśni wkłada w cios, ślizga się i pada jak długi.
Jorulv sypie przekleństwa. Jest pewien, że przegrał, gdyż syn høvdinga nie przepuści takiej okazji. Ale Tord jest wojownikiem z honorem i nie zada ciosu leżącemu na ziemi.
- Wstawaj, ty parszywa niedźwiedzia skóro. Pokaż, że jesteś mężczyzną, a nie gadziną, która pełza na czworakach!
Jorulv dźwiga się na kolana, przez cały czas stara się nie patrzeć Tordowi w oczy. Zaciska dłoń na rękojeści miecza. Podnosi broń, lecz w tej samej chwili czuje ból z rany w boku i jęczy cicho.
Tord nigdy przedtem nie czuł się tak pewny zwycięstwa. Gdy tylko berserk wstanie na nogi, odrąbie mu głowę. Właściwie powinien się z nim rozprawić już teraz, ale stara nauka tkwi głęboko zakorzeniona. Nie zadaje się śmiertelnej rany przeciwnikowi, który nie patrzy ci w oczy. To tchórzostwo, a nazwanie wojownika tchórzem to najpotworniejsza obelga.
W swej pewności siebie Tord popełnia fatalny błąd. Odwraca uwagę od berserka, który nie może podnieść się na nogi, i szuka wzrokiem Gydy. Na moment ich spojrzenia spotykają się.
Dostrzega w oczach żony upór i nieposłuszeństwo, które przysporzyły mu tyle zmartwień. Po chwili dobiega go ryk i Tord bezwładnie pada na skóry. Ludzie krzyczą, a on wodzi wzrokiem wzdłuż tłumu, widzi niewyraźnie Askella i Klenga. Chłopiec wygląda na przerażonego.
Syn høvdinga słyszy śmiech Jorulva rozlegający się jakby gdzieś daleko, a kiedy zamierza wstać, spostrzega z niedowierzaniem, że jego nogi leżą w pewnej odległości od tułowia. Leje się krew i Tord rozumie, że to koniec. Przepadło wszystko, o co walczył, lecz berserk powędruje do Walhalli razem z nim.
W ostatniej próbie trafienia „niedźwiedziego futra” podnosi miecz, zamachuje się nim z całej siły i trafia Jorulva w nogę.
Ten wyje wściekle, jednak Tordowi, który nawet na wpół żywy nie miał zamiaru się poddać, nie udaje się zadać mu śmiertelnej rany. Życie syna høvdinga w Midgardzie dobiega końca. Jorulv jeszcze raz unosi miecz i mierzy w ciemnowłosą głowę. Z całej siły prowadzi broń ku czaszce. Ostrze przecina ciemię i rozdziela ciało od głowy po brzuch. Jorulv z zadowoleniem patrzy na krew i rozczłonkowany tułów. Niewiele zostało z tego dumnego możnego gospodarza. Niczym zarżnięta świnia leży w kałuży własnej krwi.
Kleng był dumny z Torda, gdy ten dał berserkowi szansę. Tym bardziej nie może zrozumieć, że Jorulv w tak podły i tchórzowski sposób odrąbał gospodarzowi nogi. Rozsądek mówi niewolnikowi, że powinien zachować spokój, lecz ciało pragnie czegoś innego. Nagle Kleng wybiega na plac boju, chwyta miecz Torda, nie zważając na krew, która plami mu ręce, i woła na Jorulva, żeby się odwrócił. Na twarzy berserka maluje się zaskoczenie, gdy dostrzega niewolnika z bronią w ręku. Oszołomiony zdaje sobie sprawę, że nowy przeciwnik jest niemal równie potężnej budowy jak on. W dodatku nie odniósł ran ani nie stracił sił w walce. Jorulv uśmiecha się krzywo i odrzuca miecz. Nieczęsto spotyka mężczyzn swojego wzrostu, lecz przyjmuje wyzwanie.
Kleng bez trudu rozumie, czego berserk chce, i z ulgą ciska broń na ziemię. Brak mu wprawy we władaniu mieczem, ale potrafi wykorzystać siłę mięśni.
Zderzenie jest potężne, a widzowie znowu wstrzymują oddech z napięcia. Askell uważnie śledzi walkę i rozpiera go duma, że zna Klenga. Pomyśleć tylko, że niewolnik dobrowolnie zechciał się zmierzyć z takim berserkiem jak Jorulw Askell mocno dzierży dzidę i pochłania wzrokiem zmagania obu mężczyzn.
Walka trwa długo i trudno powiedzieć, kto ma przewagę. Jorulv zaczyna tracić siły, ponieważ rana, którą mu zadał Tord, mocno krwawi, a gdy niebo nagle otwiera swoje śluzy i spada ulewny deszcz, jest mu coraz trudniej walczyć. Po raz pierwszy uświadamia sobie, jakie to utrudnienie, że ma tylko jedno oko. Wzrok zamazuje mu spływający bród, który berserk ostatnio na sobie nosi. Ciągle musi się podnosić i przecierać ręką oko.
Jorulv odzyskuje jasność myśli i nagle zdaje sobie sprawę, że walka zaczyna przybierać nowy obrót. Przez moment ogarnia go strach. To nieznane uczucie potęguje się i urasta do paniki. Berserk wie, że musi szybko zabić swego przeciwnika. Nie może ryzykować, że przegra z niewolnikiem, teraz, kiedy posiada tak wiele. Nóż. Nóż, który ma przy pasku, może zakończyć pojedynek. Błyskawicznie wyszarpuje broń z pochwy, a ryk, który wydobywa się z jego gardła, brzmi jak wycie dzikiego zwierza.
Askell widzi, że Kleng się pośliznął, i działa instynktownie. Szybko niczym żbik rzuca się na plac, opiera koniec dzidy na ziemi, a jej czubek wymierza w berserka, który rusza przed siebie z nożem gotowym do zadania ciosu.
Jorulv przeklina oko, które go zawodzi, ale jest pewien, gdzie znajduje się niewolnik. Chce pchnąć to ciało, na którym aż roi się od pasożytów, żeby z nim skończyć. Nawet błądząc po omacku, nie traci wiary, że uda mu się zabić przeciwnika.
Dzida wbija się w jego pierś. Przeciska się przez mięsień życia, który w tej samej chwili przestaje bić. Jorulv ciężko upada na ziemię. Jego ręka nadal ściska rękojeść noża, gdy berserk leży z twarzą zanurzoną w krwi Torda. Nauka, którą Askell zdobył podczas wypraw na polowania, kończy sukcesy niezwyciężonego wojownika.
Ludzie patrzą jak sparaliżowani. Nie spodziewali się takiego zakończenia walki. Już w chwili śmierci Torda ogarnęła ich niemoc i nie mogą pojąć, że taki chłopiec jak Askell zdołał się rozprawić z budzącym strach Jorulvem.
Gyda niejasno zdaje sobie sprawę, że wokół niej robi się cicho. Jak przez mgłę widzi męża. Jego ciało, trudne do rozpoznania, leży na zakrwawionych skórach. Obok spoczywa Jorulv. Gyda uważa, że obaj dostali to, na co zasłużyli. W Midgardzie szerzyli tylko zło. Wspomnienie pieszczot i ciepłych słów, którymi obdarzał ją Tord, na moment wypełnia ją smutkiem, lecz zaraz odsuwa myśl o dobrych chwilach. Teraz nie chce do nich wracać. Musi się zająć żywymi. Toralv potrzebuje jej pomocy i być może teraz, kiedy nie ma tego, który najbardziej jej przeszkadzał, będzie jej łatwiej zająć się chłopcem. Próbuje samą siebie przekonać, że tak jest, ale coś w głębi jej duszy protestuje. Nie słucha tego głosu. Ponownie dobiegają jej krzyki, jednak jest zbyt osłabiona, żeby się zorientować, skąd dochodzą. Nikt nie zwraca uwagi, że chwiejnym krokiem rusza w stronę świątyni.
Arntora chwytają czyjeś silne ramiona. Próbuje się wyswobodzić, ale czuje, jakby na jego tułowiu zacisnęła się żelazna obręcz. Mocne uderzenie w głowę sprawia, że wszystko pochłania ciemność. W następnej chwili ktoś wlecze go w dół ku fiordowi. Mężczyźni z drużyny Torda Avaldssona pragną spełnić ostatnie życzenie swego høvdinga: usunąć skalda z Midgardu.
Gyda ledwo otwiera drzwi do świątyni, zaraz upada, tracąc świadomość. Świat skupia się wokół niej w plątaninie obrazów i kolorów z przeszłości. Mieszają się z nimi fragmenty wędrówek, które odbyła duchem. Słyszy głosy, kochane głosy osób, które opuściły ją dawno temu.
- Twoja droga została wytyczona, Gydo! - Ochrypły głos dociera do niej z dużą siłą. Gyda odwraca się, próbuje zobaczyć, kto mówi, i dostrzega kobietę, która towarzyszyła jej w wizjach, ukazujących się jej już wcześniej. Staruszka jest ubrana tak jak ona, a jej ramiona wydaję się niczym skrzydła, kiedy je unosi i wskazuje na góry - Tam w górze czeka zadanie, które będzie twoim największym. Tam w górze znajdziesz odpowiedź na pytania, które sobie stawiałaś. Tam w górze odnajdziesz siebie i swoje przeznaczenie.
Nagle pojawia się Idunn, boleśnie płacze i wyciąga ku czemuś ręce, krzycząc niezrozumiałe słowa.
Asmund, Gro, płacz, zdarzenia, których nie pojmuje, ukazująca się wyraźnie przed oczyma duszy Gydy. Ktoś kładzie dziecko i zostawia je, a Gyda rozpaczliwie woła ojca, który odwraca się plecami do niemowlęcia, które jest z jego ciała i krwi.
Dręczona obrazami, które szarpią jej duszę, Gyda rzuca się po podłodze świątyni. Potem robi się cicho i Gyda jakby zapada się i zapada w miękką ciemność.
Nie wie, że Alvheid przyklęka obok niej. Nie słyszy cichego płaczu i nie widzi bólu w niebieskich oczach. Gyda jest w swoim świecie, w świecie, w którym nikt nie może do niej dotrzeć.
Kleng nie jest niemal w stanie uwierzyć w to, co widzi. Jorulv leży martwy na skórach. Niewolnik patrzy wielkimi oczami na Askella, który jest biały jak płótno.
- Pokonałeś go - mówi cicho. - Walkirie wybrały swych wojowników. Obu zabiorą ze sobą do Walhalli.
Ludzie stoją wokół jak sparaliżowani. Nieliczni widzieli, jak wojownicy porywali Arntora, lecz skald nie znajduje się teraz w centrum uwagi. Uwagę gapiów bardziej pochłania to, że Tord Avaldsson nie żyje, a także bohaterski czyn Askella. Patrzą ze strachem na chłopca, który sam jest wyraźnie wstrząśnięty tym, co przed chwilą zrobił. Rozgląda się bojaźliwie dokoła, ale jego wzrok nie napotyka w tłumie wściekłości czy goryczy. Nawet Reidalv Lange, najstarszy z rady, patrzy na niego z szacunkiem.
Askell nie potrafi nazwać uczuć, które go wypełniają. Zawsze pragnął dokonać czegoś wielkiego, dzięki czemu ludzie go zauważą, lecz sądził, że będzie to wyglądało inaczej. To prawda, już wcześniej zabijał, jednak tylko zwierzęta, nie ludzi. Przenosi wzrok z Jorulva i dzidy sterczącej z piersi berserka na martwego syna høvdinga. Nagle ogarniają go mdłości, chłopak opada na kolana i wymiotuje, obserwowany przez wszystkich. Wstydzi się, ale nie może opanować reakcji organizmu.
Po chwili berserk zostaje wyniesiony. Potem mężczyźni zawijają Torda Avaldssona w skóry, na których leży, i zanoszą do dworu. Jego ciotka, Hallgerd, córka Hakona, w spokoju podąża za nimi. Obserwujący ją gapie odnoszą wrażenie, że ta starzejąca się kobieta jest pogrążona w smutku, lecz nikt nie może wiedzieć, co kryje się w jej wnętrzu pod pomarszczoną skórą.
Trzy kobiety schodzą górskim zboczem w stronę Jotungard. Ragni, nazywana Tajemniczą, dostrzega daleko w dole ów wielki dwór i uśmiecha się do towarzyszek podróży.
- Tam leży nasz cel, Jotungard. Zdarzyło się w nim wiele, nie tylko dobrego. Odpocznijmy tu chwilę, nim zejdziemy na dół, żeby wykonać to, o co nas poproszono.
Dwie pozostałe kobiety przytakują i uśmiechają się do siebie.
Inga czuje radosny dreszcz przebiegający ciało. Idą od wielu dni i Inga z utęsknieniem czeka na odpoczynek. Nie sądziła, że to aż tak daleko, kiedy Ragni wspomniała, że zostały posłane do tego dworu. Z westchnieniem ulgi siada na mchu.
Ragni i Karhild wyjmują prowiant, lecz Inga szuka maści, która przyniesie stopom ukojenie. Kobieta masuje nogi i wydaje z siebie jęk rozkoszy. Jak dobrze, jak błogo jest poczuć chłodzącą maść na piekących stopach. Inga nie ma ochoty jeść i wie, że jej towarzyszki się tym nie przejmują. Każda z nich robi, co chce, a ona w tej chwili pragnie tylko odpoczywać. Wyciąga nogi, pozwalając, by deszcz je ochłodził. Dwie pozostałe kobiety, które siedzą i jedzą, również rozkoszują się chłodnymi kroplami deszczu spływającymi po skórze. Długo wędrują w spiekocie. Deszcz jest odpowiedzią na ich modlitwy, które wspólnie posyłały do Freya. Bóg pogody spełnił ich prośby, ale nie od razu, i Inga zastanawia się, na jakie próby bogowie wystawiają ludzi, zanim ich wysłuchają. Kładzie się z rękami pod głową, pozwala, by krople deszczu spadały na jej rozgrzane ciało.
Myśli krążą wokół zdarzeń z czasów, gdy jeszcze jako mała, roztrzepana, uboga dziewczynka mieszkała w Lade. Miała dużą rodzinę i chociaż żyli w skromnych warunkach, Inga nie pamięta z tamtego okresu niczego smutnego. Zamyka oczy, widzi rodziców, słyszy łagodne głosy i śmiech rodzeństwa. Obrazy stają się wyraźne, a wspomnienia muskają ją niczym czułe pieszczoty. Mogłaby tak leżeć przez resztę życia, ale nie można żyć dawnymi wspomnieniami. Poza tym los chciał, żeby wszystko nagle się skończyło. Bezwzględne boginie przeznaczenia wplątały jej nić życia w koszmar okrutnych zdarzeń. Ledwie skończyła dziesięć zim, gdy do fiordu wpłynęli wojowniczy Danowie.
Inga siada, obejmuje kolana i ukrywa twarz w zgięciach ramion. Mężczyźni, którzy wyskoczyli z okrętów i wypełzli na ląd, nie znali litości. Siekąc mieczami i toporami, zabili wszystkich, których kochała. Siedziała wtedy ukryta w niedużej jaskini, w której bawiła się w dom. Była wtedy z młodszą siostrą, ale nie zdołała jej powstrzymać i mała wypadła jak burza z kryjówki, krzycząc: Mama...!
Inga do dziś słyszy jej rozpaczliwe wołanie, a jeszcze lepiej pamięta potężnego wojownika, który podszedł do jej siostrzyczki i pchnął ją mieczem. Dygocąc na całym ciele, Inga patrzyła, jak najeźdźcy palą domy i jak całe jej szczęśliwe życie obraca się w ruinę.
Potem zrobiło się cicho, zapadł zmierzch i wstał dzień, a ona nie miała odwagi wyjść z ukrycia. Jakiś pies gdzieś za-skowyczał. Wtedy wiedziała, że już po wszystkim i że jest zdana tylko na siebie. Że zostawiono ją w najbardziej okrutny sposób, jaki można sobie wyobrazić.
Potem ruszyła przed siebie. Bez okruszyny chleba i bez ubrania, nie licząc tego, co miała na sobie. Dwa dni wędrowała bez celu. Jej oczy były czerwone od płaczu, a dusza stanowiła jedną wielką, otwartą ranę. Za każdym razem, kiedy odżywały obrazy z rodzinnego domu, Inga czuła, jak gdyby posypywano tę ranę solą, i jeszcze więcej płakała, aż nie miała siły iść. Wtedy położyła się na ziemi i chciała umrzeć. Nie widziała sensu życia. Jak mogłaby po czymś takim jeszcze kiedykolwiek się cieszyć?
I wtedy znalazła ją Ragni Tajemnicza. Albowiem Inga, nie wiedząc o tym, położyła się niedaleko domu wolwy. Ragni była wtedy młodsza i silniejsza, zatem wzięła Ingę na ręce i zaniosła do mieszkania. To miejsce było całkiem niepodobne do innych domów, które Inga widziała. Łóżko, wygodne i miękkie, pokryte cielęcą skórą, pachniało jak kwiecista łąka. Dziewczynka czuła się tu dobrze i bezpiecznie, niemal tak, jakby wróciła do swojego domu.
Złe sny długo ją prześladowały. Minęło wiele zim, zanim przespała całą noc. Wtedy nie rozumiała, co Ragni dla niej uczyniła, lecz teraz jako dorosła zdaje sobie sprawę, jakim kłopotem musiała być dla kobiety, która mimo młodego wieku wykonywała wiele ważnych zadań. Nie tylko leczyła ludzi w okolicy, ale również zwracano się do niej, kiedy potrzebowano pomocy i wsparcia bogów.
Inga często siadywała z boku i przyglądała się, jak Ragni leczy chorych. Chodziła z nią zbierać zioła, w deszczu, o pełni księżyca, w słońcu zawsze podążała za kobietą, która z czasem stała się dla niej jak matka. Dzięki Ragni poznała lecznicze właściwości ziół i nauczyła się traktować je z respektem.
Nagle głos Ragni wyrywa ją z zamyślenia:
- Chyba musimy iść dalej! - Wolwa wstaje, wysuwa ręce za plecy i przeciąga się. - Nie możemy kazać im czekać, skoro tak bardzo potrzebują naszej pomocy.
Inga podnosi się i rusza za kobietami, lecz myślami znowu cofa się w czasie.
Miała piętnaście zim, kiedy przyszła do nich Karhild. Stała się jeszcze jednym dowodem na to, że Ragni ma dobre serce, bo kto inny zająłby się kimś takim. Dziwne, że rodzice jej nie porzucili albo nie pozbyli się w inny sposób. Inga doznała wstrząsu, kiedy zobaczyła Karhild po raz pierwszy. Było coś przerażającego w czerwonych oczach, którymi nie przestawała mrugać, i różowobiałym odcieniu skóry. Nawet jej włosy wzbudzały lęk: delikatne, białe, niczym jedwab układały się na wątłych ramionach. Cała postać przywodziła Indze na myśl upiora, który nocą wychodzi z grobu.
Ragni musiała poświęcić mnóstwo czasu, żeby wytłumaczyć Indze, że Karhild jest jak wszyscy inni śmiertelnicy, tylko trochę inaczej wygląda. I kiedy Inga nieco lepiej poznała tę dziewczynę, zrozumiała, jak wielki popełniła błąd. Karhild jest dobrym człowiekiem. Gdyby wszyscy byli tacy jak ona, w Migdardzie nie byłoby zła. Inga jest o tym przekonana.
Wzdycha ciężko, kiedy pokonują ostatnią pochyłość przed Jotungard. Widzą ludzi i gdy stają na dziedzińcu, Inga od razu wyczuwa ów szczególny nastrój. Ogarnia ją silne przeświadczenie, że gospodarstwo pogrążone jest w smutku. Ragni przywołuje gestem ręki jednego z robotników. Inga nie potrafi ukryć ciekawości i podchodzi bliżej, żeby posłuchać.
Mężczyzna, którego Ragni wypytuje, najwyraźniej nie lubi mówić, ale z jego skąpej wypowiedzi wynika, że dwór spotkało nieszczęście. Inga wyłapuje słowa „berserk”, „pojedynek” i „śmierć”. Nietrudno odgadnąć resztę i dziewczynie automatycznie przychodzi na myśl, że gdyby przybyły wcześniej, wszystko być może skończyłoby się inaczej. Pokłada ogromne zaufanie w Ragni i jej zdolnościach. Z pewnością rozwiązałaby spór, choć nie w tym celu została wezwana.
Z jednego z budynków wychodzi starszy mężczyzna, a parobek, z którym Ragni rozmawiała, spuszcza głowę i szybko znika. Starszy człowiek przedstawia się jako Reidalv Lange, stojący na czele rady starszych. Ragni jak zawsze zachowuje się z pewną wyższością i mężczyzna czuje wobec niej respekt. Niepewnie zerka w stronę Karhild, lecz ona nie zwraca na to uwagi. Tak to jest różnić się od innych, a ona taka już pojawiła się w Midgardzie.
Reidalv prowadzi kobiety do największego z budynków stojących wokół dziedzińca i wchodząc do środka, Inga podziwia piękne rzeźbienia na szczytach dachu i wokół drzwi. Same drzwi to prawdziwe arcydzieło i Inga nie może się powstrzymać, by nie dotknąć wzoru. Jej palce wydają się dziwnie blade na tle ciemnego drewna. Dziewczyna przesuwa nimi po wypukłościach, czuje siłę tego, co rzeźba usiłuje jej przekazać.
Wewnątrz Indze wprost zapiera dech z wrażenia. Tak pięknych kilimów i wyszukanych ornamentów zdobiących wysokie krzesło chyba nigdy jeszcze nie widziała. Z filarów zieją ku niej głowy smoków, przestrzegając, by na siebie uważała, a kiedy Ragni szturcha ją łokciem w bok, Inga aż podskakuje ze strachu. Palą ją ze wstydu policzki. Czy tak wyraźnie dało się zauważyć jej ciekawość? Ragni wiele razy ją na tym przyłapywała i bogowie raczą wiedzieć, ile razy tłumaczyła jej, że nie wypada tak się zachowywać.
„Powinnyśmy budzić szacunek, a ktoś, kto tak otwarcie nastawia oczu i uszu, nie może się spodziewać niczego innego jak arogancji”.
Inga uśmiecha się do siebie i patrzy na kobietę, która okazała jej tyle dobroci.
Ragni Tajemnicza jest piękna, ale jej uroda zdradza obce pochodzenie. Mimo że lata zaczynają znaczyć swój ślad, włosy Ragni nadal są ciemne. Spojrzenie oczu spod niesfornej grzywki jest ostre i czyste, a wargi, choć pełne, ładnie rysują się na nieco szerokiej twarzy. Kiedy Ragni z rzadka się uśmiecha, wokół jej oczu tworzą się delikatne zmarszczki, lecz poza tym ma skórę gładką jak młoda dziewczyna. W głębi ust brakuje jej jednego zęba. Widać to tylko, gdy Ragni śmieje się na całe gardło, co zdarzyło się zaledwie kilka razy w ciągu całego czasu, odkąd Inga zna wolwę. Ragni to kobieta poważna i małomówna. Każde słowo, które wypowiada, jest przemyślane, i Inga nie słyszała, by wolwa powiedziała kiedyś coś bezsensownego. Jak gdyby w owym milczeniu gromadziła mądrość, by potem dzielić się nią ze swymi pomocnicami.
Nikt nie wie, skąd Ragni pochodzi, lecz Karhild twierdzi, że widziała ludzi o podobnym wyglądzie, i uważa, że w żyłach wolwy musi płynąć fińska krew. Inga nie może się na ten temat wypowiadać, ponieważ nigdy nie podróżowała do innych miejsc niż te, z których je wzywano. Nigdy nie było to dalej, niżby mogły dojść pieszo, ale Inga i tak uważa, że zwiedziła kawał Midgardu. Ważniejsi według niej są ludzie, których spotykają. Bywają najróżniejsi - dobrzy, źli, piękni i brzydcy, każdy jest inny i nie trzeba podróżować daleko, żeby spotkać nowych.
Ragni Tajemnicza siada pierwsza, kiedy Reidalv proponuje jej krzesło. Mężczyzna czuje się nieprzyjemnie zdenerwowany. Taki brak pewności siebie to do niego niepodobne, ale jest coś w tej wolwie, co go przeraża. Może milczenie? Nie wie, jednak drobna, szczupła postać Ragni promieniuje taką siłą, którą do tej pory spotkał tylko u jednego człowieka. U Gydy.
Kobieta zachowuje się z godnością, nie ma wątpliwości, a jej ubranie, mimo całej prostoty, jest niezwykle piękne. Suknię koloru zielonego zdobi złoty haft wzdłuż brzegów rękawów i spódnicy. Wąski, skórzany rzemień opasuje dwukrotnie talię, a jego końce zwisające z biodra zdobią długie frędzle. Na każdej z frędzli połyskują perły - śliczne, błyszczące, lśniące perły. Podobne widnieją we włosach i na szyi, z której również opada na pierś skórzana sakiewka z czarodziejskimi przyborami. Jednak tym, co najbardziej przykuwa wzrok, jest kostur, który trzyma w dłoni. Gyda ma podobny, lecz ten jest zdobiony inaczej, cienkimi srebrnymi nitkami okręconymi wokół chropowatego drewna. Jest przepiękny i równie szczególny jak kobieta.
Niewolnica nakrywa do stołu i Reidalv przeprasza gości na chwilę. Mówi, że musi przyprowadzić pozostałych członków rady. Decyzja, którą trzeba podjąć, jest wielkiej wagi i nie chciałby w tak istotnej sprawie decydować sam.
Kiedy Reidalv wychodzi, trzy kobiety przez długą chwilę siedzą w milczeniu. Niewolnica krzątająca się w pomieszczeniu sprawia wrażenie przestraszonej i gdy Ragni wskazuje głową na drzwi, tamta znika, nie protestując.
Ragni zwraca się do Ingi i Karhild. Jej głos brzmi cicho, kiedy przemawia:
Inga zasłania dłonią usta i odchrząkuje dyskretnie. To, co Ragni przed chwilą powiedziała, śmieszy ją, bo kiedy to wolno było Indze i Karhild wtrącać się w czasie posiedzenia rady? Nigdy. Powstrzymuje uśmiech i z powagą patrzy Ragni w oczy.
Głos Ingi trochę drży, ponieważ nadal czai się za nim śmiech. Przez moment dziewczyna dostrzega błysk w oczach Ragni, ale wolwa natychmiast przybiera poważny wyraz twarzy
Inga opanowuje się. Ragni wie, czym może jej zagrozić. Jeżeli jest coś, czego Inga nie chce, to właśnie wyjść za mąż. Pragnie zostać wolwą, jak jej przybrana matka. Dlatego Ragni ją znalazła. Bo z jakiego by innego powodu niż po to, by przekazać dalej swoją mądrość?
Jedzą, nie wymieniając między sobą wielu słów, i ledwie kończą jeść, a do izby wchodzi starszyzna rady. Mężczyźni w milczeniu zajmują miejsca przy stole.
Gdy wszyscy siadają, Ragni patrzy na nich pytająco.
Przygląda się wyczekująco Reidalvowi, który umyka wzrokiem. Jego lśniąca łysina połyskuje w świetle lampek tranowych. Mężczyzna nie patrzy na wolwę w obawie, co ta kobieta powie, gdy wyjaśni jej, jak układa się w dworze między nim, starszyzną i córką høvdinga.
Pozostali członkowie rady posyłają sobie nawzajem niepewne spojrzenia i Reidalv zabiera głos.
Ragni patrzy na niego niezgłębionym wzrokiem i ponownie wprawia Reidalva w zakłopotanie. Najstarszy z rady odnosi wrażenie, jak gdyby jej ciemne oczy świdrowały go na wskroś, odgadując jego najskrytsze myśli i uczucia. Czuje się nieswojo, gdy zapada przytłaczająca cisza. W głębi duszy Reidalv zdaje sobie sprawę, że wola starszyzny jest niesprawiedliwa wobec Toralva, jedynego syna Trygvego i Alvheid, ale co innego ma począć? Mieszkańcy dworu boją się demonów choroby, które opanowały chłopca, i Reidalv uważa za swój obowiązek, by oddalić ten strach.
Wydaje się, jak gdyby wolwie odjęło mowę, lecz jej oczy uważnie studiują każdego ze starców z osobna. Żaden z pozostałych członków starszyzny się nie odzywa. Brak im pewności siebie, poza tym przywykli, że to Reidalv zabiera głos. Dostrzegają wahanie tego, który im przewodzi, i niespokojnie zerkają jeden na drugiego.
Ragni patrzy na niego surowo.
Reidalv drgnął i nagle ogarnia go gniew. Być może jednak nie powinni wzywać tej wolwy? Spogląda na kobiety siedzące po jej obu stronach. Młodsza z nich, licząca może niecałe dwadzieścia zim, o jasnych, krótko przystrzyżonych włosach, wygląda, jakby w każdej chwili miała wybuchnąć śmiechem. Czy to z niego się śmieje? Reidalv piorunuje ją wzrokiem.
Na zewnątrz spotykają Hallgerd. Kobieta ma ręce pełne włóczki i nie może uczynić nic innego, jak tylko skinąć głową na powitanie. Starzejąca się siostra Avalda słyszała o wolwie, która ma przybyć, i wie, że to przed nią właśnie Stoi. Ogarnia ją ciekawość i Hallgerd czym prędzej pędzi do domu, żeby zanieść włóczkę, a następnie udaje się śladem niewielkiego orszaku w stronę świątyni. Śpieszy się, że aż suknia łopoce wokół jej nóg. Niczego nie może przegapić.
Stale, syn Avalda, rozpacza z powodu śmierci Torda i bardziej niż kiedykolwiek czuje się samotny na świecie. Tego lata stracił ojca i dwóch braci. Jak może zostać høvdingiem, gdy w rodzinie z osób, od których może się uczyć, pozostały tylko kobiety? W bezsilności udaje się nad fiord.
Zatrzymuje się przy jednym z warsztatów szkutniczych i siada oparty plecami o ścianę. Pada deszcz, lecz on nie czuje zimnych kropli, gdyż bez reszty pogrąża się w rozmyślaniach. Zastanawia się, co jemu i matce przyniesie przyszłość. Zagryza wargę. Jakże mu brakuje Trud. Skończył osiem zim i jest już za duży, by siadać u piastunki na kolanach przy palenisku, lecz kiedy nikt nie widzi, wolno mu się do niej przytulić, opierając głowę na jej piersi, i słuchać historii, których nikt nigdy nie słyszał, o jej życiu, zanim została sprowadzona do dworu Avalda jako niewolnica. Słyszał tęsknotę w głosie Trud, lecz dopiero teraz, gdy stracił tak wielu bliskich w swej rodzinie, potrafi ją w pełni zrozumieć.
Matka jest teraz w domu i Stale ma nadzieję, że sprosta temu, czego oczekuje się od żony høvdinga. Ciąży na niej wielka odpowiedzialność, lecz chłopiec wie, że najtrudniejszym do udźwignięcia brzemieniem jest tęsknota za Avaldem. On i matka wiele razy spotykali się z niechęcią z powodu koloru skóry i pochodzenia, ale nikt nie będzie chyba teraz piętrzył przed nią trudności, gdy została wdową po høvdingu? Stalego ogarnia nagle ochota, żeby się rozpłakać. Jednak natychmiast przypomina sobie, czego w przyszłości będą od niego oczekiwać, i ze smutkiem wpatruje się w deszcz.
Martwi go jeszcze jedna rzecz. Widział wzrok Hallgerd, kiedy berserk rozprawiał się z jej bratankiem. Dobrze ją zna i w jej oczach, gdzie powinien ujrzeć zwątpienie, mógł zobaczyć tylko radość. Dlaczego? Stale długo się nad tym zastanawia, lecz nie znajduje odpowiedzi. Hallgerd nie wydawała się również zbyt zmartwiona, kiedy zabrakło Havarda. Między oczami chłopca tworzy się głęboka bruzda. Czy to możliwe, żeby... Kręci głową z powodu własnych myśli. Dlaczego ciotka miałaby pozbawiać życia własnego bratanka?
Wtedy nagle dobiegają go z warsztatu jakieś odgłosy. Stale wstrzymuje oddech i przykłada ucho do ściany. Czy w środku ktoś jest? Może to jakiś zbłąkany pies, który nie może znaleźć drogi do wyjścia? Chłopiec wstaje, otrzepuje spodnie, które przemokły na deszczu.
W środku jest ciemno i Stale długo stoi w progu i rozgląda się, zanim ośmiela się wejść do warsztatu. Gwiżdże cicho, ale żaden pies się nie pojawia i już nic nie słychać. Może tylko mu się wydawało?
W mroku dostrzega zarysy okrętu. Wypełnia prawie całe wnętrze i wygląda strasznie z głowami smoków na dziobie i rufie. Chłopiec czuje potrzebę, żeby stąd wyjść, ale przyszły høvding nie może się przecież bać smoków wyrzeźbionych w drewnie, nawet jeśli wyglądają jak żywe. Zbliża się do okrętu i po chwili dotyka smoczych łbów, które mają przerażać duchy lądowe, gdy wojownicy zbliżają się do obcego kraju. Oczy bestii czujnie wpatrują się przed siebie i Stale czuje ich siłę. Któregoś dnia on też wypłynie w morze.
Wzdycha przeciągle i rusza w stronę drzwi, kiedy znowu słyszy ów odgłos. Jakby chrobotanie. Teraz już wie, skąd dochodzi. Z okrętu. Stale czuje, jak całe ciepło odpływa z jego ciała, kiedy ogarnia go strach, lecz nie rusza się z miejsca i znowu nasłuchuje. W ciszy słychać tylko słaby plusk fal uderzających o szkiery.
Chłopiec zbiera się na odwagę. Nie może zachowywać się jak tchórz. Szybko przełazi przez reling i wchodzi na pokład.
Na rufie okrętu leży złożony stary żagiel. Stale zbliża się bezszelestnie, chwyta za płótno i odrzuca je na bok. Widok, który się przed nim wyłania, wypełnia jego oczy niedowierzaniem.
Kiedy Gyda się budzi, patrzy prosto w zatroskaną twarz Alvheid. Czuje, że ma na czole zimny okład, a pod głową poduszkę. Usiłuje się podnieść, ale ciało jak gdyby nie chce jej słuchać.
Gyda lekko kiwa głową.
Gyda wie, że Alvheid ma rację, i zmęczona zamyka oczy. Trudno jej zebrać myśli, gdyż czuje, jak gdyby jasność i ciemność ciągnęły ją z obu stron. Łatwo byłoby pozwolić ciemności wygrać, lecz myśl o Toralvie każe jej walczyć.
Stara się nie dopuszczać do siebie wspomnień o zmarłym mężu, ale widzi go przed oczami, widzi takiego, jaki był, kiedy starał się być miły. Łzy pieką pod powiekami i Gyda czuje tęsknotę, która tępym bólem odzywa się w żołądku. Tord nie należał może do najlepszych mężczyzn w Midgardzie, ale pokazał jej również swoje najlepsze strony. Dziwi ją, że odczuwa smutek, ponieważ jej mąż prezentował sobą wszystko, czemu była przeciwna. Mimo to ma ochotę po nim płakać, pokazać światu, że rozpacza.
