Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kartuzach
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 232
Rok wydania: 2008
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
NAJWIĘKSZY BESTSELLER OD CZASU SAGI O LUDZIACH LODU
magicznagopowieść
WYBRANKA BOGOW
JANE MYSEN
Jotungård
tom 15.
Przełożyła Elżbieta Frątczak-Nowotny
Tytuł oryginalny serii: Utvalgt av gudene
Tytuł oryginału: Svartsjuke
Tłumaczenie z oryginału: Elżbieta Frątczak-Nowotny
Ilustracja na okładce: Anita Våmartveit
Projekt okładki: Elipsa Sp. z o.o.
Korekta: Maciej Korbasiński
Skład: Elipsa Sp. z o.o.
© J. W. Cappelens Forlag a.s 2000
Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z 0.0.
All rights reserved
ISBN 978-83-61226-14-7
Elipsa Sp. zo.o.
01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37
tel./fax+48(22)833 38 22
www.dobrasaga.pl # Żu^ł
Printed in EU
Gyda stoi w wodzie po kolana, wyciąga ręce do księżyca, który świeci blady na niebie, rzucając swoje magiczne światło na spokojną taflę wody. Gyda wzdryga się. Zbliża się jesień. Być może to jej ostatnia kąpiel przed nadejściem śniegów. Większość kobiet we dworze woli ciepłą wodę w balii zamiast zimną wodę fiordu, jednak w Elgtun Gyda ani razu nie korzystała z łaźni.
Sięga do swojej ręki i delikatnie ją masuje. Aslak wykonał dobrą robotę, kiedy złożył ją wczesnym latem, chociaż ręka nadal jeszcze nie jest taka jak wcześniej. Gyda maca miejsce po złamaniu, czuje, że kość zrosła się nieco krzywo. Czasem ją boli, ale nie narzeka. Gdyby nie Aslak, pewnie zamarzłaby w śnieżnej otchłani, nie tylko ona, ale i Torarin. Uśmiecha się ciepło na myśl o synu. Zrobił się taki duży. Ma już pięć wiosen. Gyda wzdycha lekko i patrzy na fiord. Sporo czasu minęło od wyjazdu Arntora, zdaje sobie sprawę, że teraz już raczej nie może go się spodziewać, zaczęły się jesienne sztormy. Postanowiła zostać tu przez zimę, może Arntor wróci na wiosnę.
Na ręce Gydy lśni biała blizna. Ślad ma kształt krzyża, na samo wspomnienie tego, co się wtedy wydarzyło, Gyda czuje ból. Ksiądz Arnkjel naznaczył ją znakiem Białego Chrystusa. Sigurd uratował ją w chwili, kiedy ksiądz
zaczął na nią napierać. Dziwne, że jej przyjaciel z młodości został księdzem. Ucieszyła się, kiedy przybył do osady rządzonej przez Tornego, kiedy jednak ich drogi znów się rozeszły, zrozumiała, że widzi go po raz ostatni.
Gyda wzdycha. Tyle się wydarzyło i tyle jeszcze przed nią.
Z krzykiem rzuca się w zimną wodę, odpływa nieco od brzegu i po chwili zaczyna odczuwać przyjemność. Rozkoszuje się wodą, która ją chłodzi, ale nie lekceważy niebezpieczeństw, które mogą na nią czyhać. Nie wypływa w głąb fiordu, płynie wzdłuż brzegu.
Arnvid Leidulvsson nie jest w stanie oderwać od niej . oczu. Nie powinien tak siedzieć i jej się przyglądać, ale od kiedy odkrył jej nocne wyprawy nad wodę, przychodzi tu codziennie. Widok jej nagiego ciała wzbudza w nim pożądanie, boginie losu zadrwiły z niego. Czemu tak wszystko zagmatwały? Kiedy Leidulv wrócił do domu i opowiedział o umowie, którą zawarł z Åsmundem Torkildssonem, wszystko wydawało się proste. Arnvid nawet nie marzył, że mógłby poślubić kobietę taką jak Gyda, wydawała mu się zbyt władcza. Jednak gdy spotkał ją pierwszy raz, wiedział, że jej pragnie. Pozostała mu w pamięci.
Przeżył wielki zawód, kiedy przybył do Elgtun i zobaczył Gydę z dzieckiem na ręku. Opowiedziała mu wszystko. Arnvid uznał, że dobrze, że Arntora nie było wtedy w Elgtun, bo pewnie poderżnąłby mu gardło. Nigdy nie będzie w stanie wybaczyć mu jego związku z Gydą. Dobrze, że towarzyszył jej w przeprawie przez góry, ale żeby uczynić ją brzemienną? Arnvid wyrzuca sobie, że był tak łatwowierny. Gyda prosiła o przesunięcie ich zaręczyn, a on jej na to pozwolił. Arnvid ma się za człowieka sprawiedliwego, jednak cena, jaką przyszło mu zapłacić za własną głupotę, jest zbyt duża, żeby mógł ją zaakceptować.
Mężczyzna śledzi Gydę wzrokiem, widzi, jak się podnosi i zaczyna iść do brzegu. Wielokrotnie widywał ją w podobnej sytuacji i ciągle nie ma dość. Gyda ma wszystko, o czym mężczyzna może marzyć. Jest wysoka, piękna - o nieco bujniejszych kształtach niż kiedyś, ale w talii nadal szczupła jak młoda dziewczyna. Arnvid szuka wzrokiem jej piersi, które są ciężkie od pokarmu. Także po jej brzuchu widać, przez co niedawno przeszła, jest lekko zaokrąglony, jak zwykle po porodzie. Arnvid czuje szarpnięcie w podbrzuszu. Tylko bogowie wiedzą, jak bardzo pragnie do niej podejść, dotknąć jej pięknego ciała, spojrzeć w jej niebieskie oczy, całować jej pełne wargi.
Pieści oczami jej miękkie kształty. Włosy Gydy są wilgotne, kobieta wykręca je, jakby były kawałkiem materiału. Potem odrzuca je do tyłu, na plecy, włosy wyglądają na dłuższe niż zwykle, sięgają jej do pasa. Kiedy Gyda bierze swoje ubranie i odwraca się plecami do Arnvida, z jego ust wydobywa się westchnienie. Na bogów, ależ ona jest piękna. Na widok jej jędrnych pośladków przeszywa go dreszcz, tęskni za nią bardziej niż kiedykolwiek.
Gyda się nie śpieszy. Dziwne, ale nie marznie. Wodzi wzrokiem po powierzchni wody, patrzy na góry, wznoszące się po drugiej stronie fiordu. Tam, na brzegu, teren jest bardziej płaski, z wody wystają małe skaliste wysepki. Gyda zastanawia się nad tajemnicą przyrody. Ze swoją obfitością krajobrazów jest jak skrzynia pełna skarbów.
Kobieta podnosi z ziemi swoją niebieską wełnianą suknię, trzyma ją nad głową, opuszcza na ciało. Dopiero kiedy zaczyna czuć jej ciepło, dociera do niej, jak już jest zimno. Szybko zaciąga pasek, przypina do niego klucze. Zarzuca na ramiona pelerynę, czuje jej przyjemne ciepło. Wkłada stopy do butów, zrobionych z cielęcej skóry, i zaczyna biec w stronę zabudowań.
Na schodach przed domem zatrzymuje się na chwilę. Drżąc lekko z zimna, krzyżuje ręce na piersiach. Nigdy nie bała się ciemności. Wie przecież, że rzeczy, które stoją tu w dzień, w nocy się nie zmieniają. Nie boi się kąpać o tej późnej porze, czuje swoją siłę i odwagę, godną wybranki bogów. Gdy wychodziła, Inga rzuciła kilka słów, ostrzegając ją przed Margygr i Marmennill. Gyda nie zna nikogo, kto widziałby te postaci, które rzekomo wabią ludzi swoją piękną muzyką. Siedząc wieczorami przed paleniskiem w Elgtun, słyszała wiele przerażających opowieści. Jednak Margygr, która od pasa w górę jest piękną kobietą, a od pasa w dół rybą, nie przeraża jej. W Jotungård nigdy nie wspominano o takich istotach, Gyda czuje się bezpieczna, jest przekonana, że bogowie ją chronią. Ludzie opowiadają różne rzeczy, ale mało kto naprawdę coś widział. Gyda uśmiecha się, odwraca się w stronę drzwi i je otwiera.
Już na progu czuje ciepło i panujący tu spokój. Odwiesza pelerynę i uśmiechnięta podchodzi do Ingi, która siedzi ze śpiącym Torarinem na kolanach. Gyda pochyla się nad synkiem, całuje go czule w czoło, zanim siada na skrzynkowym krześle i wyciąga dłonie do ognia.
- Czasami naprawdę się zastanawiam, czy postępujesz rozsądnie, Gydo. Kąpać się o tej porze to jak igrać z ogniem.
- Nie ma tam nikogo, kto chciałby mnie skrzywdzić -odpowiada Gyda pośpiesznie i uśmiecha się szelmowsko.
Gyda zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa, ale mimo to się uśmiecha. Inga jest w jej wieku, jednak przyjęła na siebie rolę jej opiekunki. Troszczy się o nią, podobnie jak robiła to Alvheid. Mimo że jest jej rówieśniczką, pragnie się nią opiekować, tak jak opiekuje się Toralvem i Åskellem. Od momentu, kiedy opuścili Jotungård, Inga jest dla nich jak matka, Gyda widzi, jak bardzo się do nich
zbliżyła. Poza tym Inga ma swojego Klenga, ich miłość jest oczywista dla wszystkich. Gyda dziwi się, w jak różnym stopniu ludzie otrzymali dar troszczenia się o innych, dar dzielenia się miłością niewymagającą niczego w zamian.
Inga chce wstać i Gyda wyciąga ręce do Torarina.
- Wezmę go, Ingo. Dość już się nim opiekowałaś.
Torarin marszczy nosek z powodu całego zamieszania, ale nie budzi się, kiedy Gyda przytula go do siebie. Kręci się chwilę, ale śpi dalej. Gyda nuci cicho, kołysze go na rękach, śledząc wzrokiem krzątaninę Ingi po izbie.
Inga jest brzemienna, przytyła więcej, niż powinna, ale tusza rozłożyła się równomiernie na całym ciele, brzuch nie jest jeszcze bardzo wydatny. Wygląda zdrowo. Oczy jej błyszczą, kiedy spogląda spod jasnej, równo przyciętej grzywki. W porównaniu z innymi kobietami ma krótkie włosy, nosi je rozpuszczone, bo nijak nie dają się związać. Jej zielone, błyszczące oczy śledzą bacznie wszystko, co się dzieje. W mowie bywa ostra. Jest jednak skłonna do śmiechu, którym zawsze zaraża innych. Jest dojrzała jak na swój wiek, ale czasem wychodzi z niej też dziecko. Ma w sobie większą ciekawość niż ludzie na ogół. Gyda podziwia, jak sprytnie udaje jej się wyciągnąć z ludzi różne informacje. Inga jest bez wątpienia mądra.
Rozmyślania Gydy o tej pogodnej, jasnowłosej kobiecie zostają przerwane, kiedy nagle otwierają się drzwi. Wchodzi Arnvid. Gyda czuje, jak na jego widok robi się spięta. Od czasu przyjazdu do Elgtun stosunki między nimi nie układają się najlepiej. Gyda rozumie jego reakcję. Nie rozumie natomiast, dlaczego mężczyzna nadal pozostaje we dworze. Mógłby wrócić do domu, tym bardziej że ciągle wydaje się podrażniony.
Gyda przypomina sobie ich pierwsze spotkanie. Był
wtedy tald łagodny, taki pełny życia. Teraz jest inny, Gyda wie dlaczego. Nie podoba mu się, że Gyda ma dziecko z Arntorem. Gyda to rozumie. Z drugiej strony przecież ona nigdy do niego nie należała. Sama jest sobie panią, nigdy nie zaakceptowała tego, co Leidulv i Åsmund postanowili kiedyś w sprawie ich wspólnej przyszłości. Arnvid co prawda odwiedził ją przed podróżą, ale niemożliwe, żeby zdążył zapałać do niej silniejszym uczuciem. Być może wziąłby ją za żonę, gdyby dała mu znak, że też tego pragnie, ale nie mogła tego zrobić, bo jej sercem zawładnął Arntor, nikt nie zajmie jego miejsca.
Arnvid jest poruszony obecnością Gydy, lecz nie daje tego po sobie poznać. Z poważną miną odwiesza płaszcz i - nie patrząc w stronę Gydy - podchodzi do paleniska, nad którym wisi kociołek. Inga gotuje wywar z ziół, Arnvid bierze warząchew i nalewa sobie jasny, gorący napój do kubka.
- Nie spytasz, co jest w kociołku, zanim zaczniesz pić?
Lekko drwiący głos Ingi dociera do niego, Arnvid zerka na nią.
- Nie warzysz chyba trucizny dla domowników? - odpowiada równie żartobliwym tonem.
Arnvid lubi Ingę i jej sposób bycia. Zawsze dobrze się czuł w towarzystwie Ingi i Klenga. Para roztacza wokół siebie rzadko spotykany spokój. Zazdrości im ich miłości, pragnąłby przeżyć coś podobnego. Miał nadzieję, że znajdzie miłość z Gydą. Arnvid zagryza zęby, sięga po miód, który zawsze stoi w małej, zakrytej drewnianej miseczce tuż obok otworu okiennego w jednej ze ścian. Leje go szczodrze do wywaru, miesza czubkiem noża. Rozchodzi się miły zapach, rozpoznaje go: to dzięgiel. Inga często go używa, Arnvid zna jego działanie. Wie, że zapobiega chorobie, która kosztowała życie wielu ludzi, zmarło na nią wiele
osób z jego rodziny, ale i wielu jego przyjaciół się nią zaraziło. Widział, jak krwawią z ust, jak na ich skórze powsta-ją krwawe wybroczyny, jak wypadają im zęby, jak w końcu wycieńczeni wyruszają do krainy śmierci. Arnvid wypija napój, wdzięczny, że w przyrodzie są rośliny, które pomagają ludziom zachować zdrowie. Niektóre dwory mają całe zagony, na których uprawia się dzięgiel. W Elgtun nie hoduje się go, ale wokół dworu rośnie go dużo, poza tym można go kupić od innych dworów, na placach targowych, albo dostać w zamian za inny towar. Arnvid wzdycha lekko. Wywar przyjemnie rozgrzewa po pobycie na zewnątrz.
Zerka ukradkiem na Gydę i jak zawsze oszołamia go jej uroda. W świetle z paleniska i lampek tranowych wygląda niezwykle pięknie, mężczyzna znów czuje napięcie w podbrzuszu na myśl o tym, że nigdy nie będzie jego. Sama mu to powiedziała, kiedy latem przyjechała do Elgtun. Sprawiło mu to ból, inny niż ten, który przywykł czuć. Arnvid nie ma żalu do Gydy, ale jest strapiony. Chociaż Arntor osobiście nie jest tu obecny, jednak część jego jednak tu jest. Torarin!
Arnvid siada przy palenisku obok Gydy. Trzyma kubek w obu rękach, pochyla się do przodu, opiera łokcie o kolana, wpatruje się w płomienie i chciwie pije napój.
Inga czuje napięcie między nim a Gydą, kiedy na nich patrzy, między oczami pojawia się zmarszczka. Nie rozmawiała z nimi o tym, ale czuje, co się dzieje. Rozumie Arnvida. Na pewno nie jest mu łatwo pogodzić się z faktem, że kobieta, przyobiecana mu na żonę, ma dziecko z innym mężczyzną. Może dlatego wciąż jeszcze nie wyjechał. Może myśli o wstydzie, o plotkach, których na pewno się nie uniknie. Arnvid jest hovdingiem, nie tak potężnym jak Asmund, ale jest jednak człowiekiem honoru.
Inga zwróciła uwagę na swobodny sposób, w jaki kon-
taktuje się ze swoimi ludźmi. Gdyby nie wiedziała, nie domyśliłaby się, że pochodzi z tak wysokiego rodu. Nie ubiera się jak ktoś ważny, nie zachowuje się jak hövding. Inga się uśmiecha. Podziwia tę cechę u mężczyzn, u kobiet zresztą też. Pod tym względem Gyda jest nieco do niego podobna, chociaż Inga zauważyła, że przeprawa przez góry ją zmieniła. Córka hovdinga z Jotungård jakby dojrzała, cechuje ją pewność siebie, której Inga wcześniej u niej nie widziała.
Kiedy Arnvid patrzy na Ingę, w jego brązowych oczach pojawia się błysk, uśmiecha się do niej szeroko, choć uśmiech nie dociera do jego oczu. Kiedy napina mięśnie, duża blizna na brodzie staje się bardziej wyraźna. Inga odwzajemnia jego uśmiech, obnażając rząd pięknych, białych zębów, oczy jej świecą niczym słońce w piękny letni dzień. Polubiła Arnvida od momentu, kiedy przybył do dworu. Lubi jego jasne, zmierzwione włosy i chłopięcy błysk w oczach. Nie jest wysoki, raczej niskiego wzrostu, barczysty, ale jest w nim coś, co Indze odpowiada. Jego sposób bycia, ruchy, głos...
- Wszystko w porządku z malcem? - pyta Arnvid Gydę. Ma niski głos, kobiety nie wyczuwają w nim obojętności.
Gyda spotyka jego wzrok bez mrugnięcia.
- Torarin ma się dobrze, gorzej z Toralvem. Jogeir zabiera mu dużo czasu, zastanawiam się, czy nie za często u niego bywa. Toralv jest mały i słaby, wręcz mam wrażenie, że po przybyciu tutaj stał się jeszcze bardziej nieśmiały. A przecież nie to było celem podróży do Elgtun.
- Jogeir chyba wie najlepiej - uśmiecha się Inga. - Toralv się zmienił, ale Jogeir wie, co robi. Ufam mu, mimo że wiele osób go nie lubi.
Arnvid przytakuje.
- Tak, człowiek o takiej wiedzy na pewno wie, jak uzdrowić Toralva.
Wydaje się bardzo pewny siebie i Gyda nieco się odpręża. Słowa mężczyzny mają swoją wagę, mimo że i Inga, i ona przywykły podejmować własne decyzje. Jednak Gyda nie może się pozbyć uczucia, że z jej przybranym bratem jest coś nie w porządku. Zaczyna się zastanawiać, przypominać sobie swój przyjazd do Elgtun. Toralv ucieszył się na jej widok, Åskell też był zadowolony, że wreszcie będą razem, jednak nad wszystkim ciążył jakiś cień. Okres, który potem nastąpił, nie przyniósł im wiele radości. Jakby całe Elgtun zostało przykryte ciężkim, ciemnym kocem. Åsa i jej duszki nie poprawiają sytuacji. Czarownica niewiele mówi, ale jej przepowiednie nie niosą ze sobą niczego dobrego. Gyda czuje, że wkrótce coś się wydarzy, drży z zimna, przyciąga krzesło bliżej paleniska. Tuli mocniej Torarina, czuje, że dziecko staje się niespokojne, zwalnia nieco uchwyt, wraca do swoich myśli, nie czując na sobie wzroku Arnvida.
- Ciii - mówi Åskell i przykładając palec do ust, zerka groźnie na Toralva.
Brat patrzy na niego bojaźliwie. Ciemna chmura zakryła księżyc, Toralv najchętniej wróciłby do swojego łóżka, ale nie ma odwagi iść sam, a Åskell postanowił, że zrealizują przerażający plan, który kilka dni temu razem wymyślili. Kiedy leżeli pod kocem, wszystko wydawało się bezpieczne. Teraz jest jednak inaczej.
To Åskell wpadł na ten pomysł, Toralv nie był zachwycony. Czuje pełzający strach, który zaczyna ogarniać jego ciało, kiedy otwierają się drzwi do domku Jogeira i wychodzi z niego potężny mężczyzna. Toralv najchętniej położyłby się na ziemi, głęboko zakopał albo uciekł.
Jogeir najwyraźniej się śpieszy. Zabawnie wygląda,
kiedy kołysząc się, idzie przez podwórze. W jednym ręku trzyma coś, co przypomina pochodnię.
Toralv zawraca, chce odejść, ale Åskell chwyta go za ubranie.
- Nie uciekaj, Toralv - szepcze. - Kiedyś musimy zacząć się zachowywać jak mężczyźni. Jogeir nas nie zauważy. Pewnie nawet nie podejrzewa, że tacy dwaj chłopcy jak my odważą się wyjść na dwór o tej porze.
Toralv nie odpowiada, ale słowa Åskella wydają mu się słuszne. Nie chce okazać się tchórzem, mimo że w tej chwili właśnie tak się czuje. Kiwa bratu głową.
Kołysząca się postać zmierza w stronę fiordu, chłopcy słyszą, że Jogeir coś do siebie mówi, a może rozmawia z jakimiś podziemnymi istotami? Bo że jest w zmowie z siłami zła, co do tego Åskell nie ma żadnych wątpliwości. Nikt we dworze właściwie nic o nim nie wie oprócz... Åskell zerka na Toralva, w tym momencie na niebie znów pojawia się księżyc. Twarz brata jest blada ze strachu, przez moment Åskell zastanawia się, czy zawrócić. Toralv od początku był przeciwny pomysłowi, Åskell wie, że strach brata przed znachorem jest uzasadniony. Zastanawia się, dlaczego Toralv tak niewiele o nim mówi. Przecież rozmawiają ze sobą o wszystkim. Z westchnieniem patrzy na mężczyznę, który już jest przy brzegu.
Jogeir za dnia wygląda przerażająco, teraz jest jeszcze gorzej. Zatrzymał się na samym brzegu, jakby na kogoś czekał. Zapala pochodnię i powoli zaczyna nią machać.
Åskell wstrzymuje oddech, czuje napięcie. Co znachor robi? Chłopiec mruży oczy, usiłując dociec, dlaczego Jogeir macha pochodnią. Księżyc znów znika za ciemną chmurą, robi się zupełnie ciemno. Åskell czuje, że brat ciągnie go za ubranie. Wpatruje się w ciemność, aż zaczynają boleć go oczy.
Kiedy chmura przesuwa się i księżyc znów oświetla Midgard swoim bladym światłem, Åskell dostrzega okręt, który opływa cypel na prawo od Jogeira. Głowy smoków na dziobie i na rufie wyglądają przerażająco. Najwyraźniej ludzie, którzy nim płyną, są odważni. Åskell marszczy czoło. Ludzie? A jeśli to jakieś podziemne stwory?
Okręt nie jest duży, nie płynie nim wielu mężów, w świetle księżyca widać wyraźnie ich głowy, rysujące się na horyzoncie. Åskell głośno przełyka. To nie są zwykli żeglarze, to jest okręt wojenny, a płynący nim mężowie mają na głowach hełmy. Åskell czuje narastające napięcie. Czym zajmuje się Jogeir?
Toralv przygląda się okrętowi wielkimi oczami. Czyżby śnił? Czy to wszystko to tylko koszmar? Trze oczy, szczypie się w rękę. Nie, nie śpi, to się dzieje naprawdę. Jest na dworze, jest późny wieczór, dzieci dawno już śpią w swoich łóżkach, a do Elgtun zmierza okręt wojenny.
- Powinniśmy wszystkich powiadomić - mówi Toralv głośno, podniecony zapomina, że ma być cicho.
Jogeir odwraca się nagle, słychać, jak pod peleryną brzęczą jego łańcuchy. Mruży oczy, patrzy w głąb lądu. Ktoś coś mówił? Wstrzymuje oddech. Nikt nie może go tutaj zobaczyć. Chwilę stoi jak sparaliżowany. Za sobą słyszy plusk wioseł, okręt jest coraz bliżej, z przerażeniem myśli, że jeśli teraz zostanie odkryty, to cały jego plan legnie w gruzach.
Jednak nie słyszy więcej podejrzanych dźwięków, z ulgą odwraca się w stronę okrętu, który jest już prawie przy brzegu. Jeden z mężczyzn przeskakuje przez burtę, wchodzi do zimnej wody. Zaczyna biec, woda pryska, mężczyzna chwyta za burtę i wciąga okręt kawałek na ląd.
Do Åskella i Toralva, którzy leżą, milcząc, za dużym kamieniem, dochodzą ciche głosy. Serce Åskella wali mu
w piersi tak mocno, że chłopak jest przekonany, że mężczyźni muszą to słyszeć. Toralv leży przyklejony do niego, drży. Åskell obejmuje go ręką, przyciąga do siebie. Żałuje, że zabrał go ze sobą. Poradziłby sobie sam. Toralv doświadczył tyle złego, to może być dalszy ciąg jego nieszczęść. Åskell szuka ręki swego przybranego brata, ściska ją mocno. Zna Toralva, wie, że to mu pomoże.
Mężczyźni rozmawiają, ale chłopcy nie są w stanie rozróżnić słów. Bacznie ich jednak obserwują, starają się zrozumieć sytuację. Jogeir jest czymś poruszony, gestykuluje, macha rękami, cały czas mówi. Mężczyźni stoją i spokojnie słuchają tego, co ma im do powiedzenia, jedynie od czasu do czasu przerywają potok jego słów.
- Podejdę bliżej, musimy się dowiedzieć, co Jogeir planuje. Jeśli tu zostaniemy, to niczego się nie dowiemy.
Åskell puszcza rękę Toralva i zaczyna się podnosić.
- Nie, Åskell! Nie wolno ci! A jeśli cię zobaczą?
- Daj spokój, Toralv - odpowiada Åskell, starając się, żeby jego głos brzmiał spokojnie. - Zostań tutaj i dokładnie wszystko obserwuj. Jeśli coś się wydarzy, biegnij do domu i powiedz komuś. Inga późno się kładzie, Kleng zresztą też.
- Åskell, nie rób tego - mówi Toralv, z trudem powstrzymując się od płaczu. Jest zrozpaczony. Jest wystarczająco duży, żeby zrozumieć, że to, co Åskell chce zrobić, może być niebezpieczne.
- Jogeir jest groźny - mówi, jeszcze raz próbując powstrzymać brata.
- W jaki sposób? - pyta Åskell zaciekawiony. - Powiedz mi!
Nagle Toralv traci pewność siebie.
- Nie mogę, ale uwierz mi na słowo. Z nim nie ma żartów.
- Co o nim wiesz, czego nikt inny nie wie? - pyta Åskell, w jego głosie słychać niemal błaganie, na chwilę zapomina o tym, co się dzieje na brzegu. Toralv zagryza zęby, patrzy z lękiem na brata.
Åskell wzdycha, poddaje się.
- Muszę się dowiedzieć, co on planuje, a ty wiesz, co masz robić.
Po chwili Åskell znika. Toralv zostaje sam, drży. Płacz podchodzi mu do gardła. Brat zawsze był odważny, ale teraz przeszedł sam siebie. Toralv ma ochotę pójść za nim, jednak strach go powstrzymuje, poza tym kiedy Åskell mu coś każę, zwykle go słucha. Teraz kazał mu zostać, musi więc być cierpliwy i obserwować, co się dzieje. Otula się szczelniej peleryną. Zaczyna odczuwać zimno, siedzi tu już dłuższą chwilę. Myśli tęsknie o swoim łóżku w izbie sypialnej. Gdyby mógł teraz tam być!
Åskell zaczyna się czołgać* w kierunku mężczyzn i okrętu. Są oddaleni zaledwie o kilka łokci i słyszy fragmenty ich rozmowy. Najgłośniej ze wszystkich mówi Jo-geir. Åskell obserwuje go z profilu, mimo powagi sytuacji uśmiecha się, kiedy widzi, jak trzęsie się mu podbródek. We dworze Jogeir udaje niedostępnego, teraz wygląda jak zwykły człowiek, jest przerażający, ale jest tylko człowiekiem.
- Nie wiem, jak długo tu zostanie - mówi podniecony. Nagle odwraca się plecami i chociaż Åskell wychyla się bardziej, niż powinien, słyszy jedynie ciche, niewyraźne
szepty.
Chłopiec wodzi wzrokiem dookoła. Czy mógłby scho
wać się gdzieś bliżej mężczyzr^aletek^eby go nie widzieli? Jego wzrok pada na okn^^|$^^3^co zrobi. Jeśli uda mu się dotrzeć do nieg^^choA^t^X żeby nikt go nie zauważył, będzie wstyStki^jłyszał-,^)™ czy uda mu \\ - dla nyZdinia * n
się tam dotrzeć? Waha się, ale niedługo. Jeśli chce poznać plany Jogeira, musi to zrobić. Szybko zaczyna czołgać się w kierunku okrętu, ciemność, która przed chwilą wydawała się taka straszna, teraz staje się jego sprzymierzeńcem.
Toralv z przerażeniem przygląda się poczynaniom brata. Czy on postradał zmysły? Z miejsca, gdzie siedzi, trudno mu dokładnie obserwować, co Åskell robi, ale po jakimś czasie oczy przyzwyczajają się do braku światła. Toralv, podniecony, wstrzymuje oddech. Jeśli mężczyźni odkryją teraz Åskella, to koniec z nim. Może będą chcie-li... Toralv nie ma odwagi nawet dokończyć myśli. Przełyka z trudem, obiema rękami przytrzymuje pelerynę. Brat jest odważny, ale chyba przebrał miarkę. Toralv podejmuje decyzję. Sprowadzi Klenga. Nie ma innego wyjścia, bo chociaż Åskell uważa się za dorosłego, to przecież nadal jest tylko chłopcem.
Åskell nasłuchuje, próbując jednocześnie dojrzeć twarze mężczyzn pod hełmami. Widzi jednak tylko ich brody i potężne nosy. Żałuje, bo gdyby było nieco jaśniej, może mógłby się domyślić, co to za ludzie. W ciemnościach rysy mężczyzn się zlewają, nawet w świetle księżyca trudno jest dojrzeć jakieś szczegóły.
- Musimy przeprowadzić nasz plan, zanim Gyda, córka Åsmunda, opuści Elgtun.
To słowa Jogeira. Åskell słyszy imię Gydy i tym bardziej nastawia uszu. Wychyla się jak najdalej do przodu, waha się, przytrzymuje się burty. Z sercem w gardle przyciska się do boku okrętu. Nawet nie chce myśleć, co może się stać, gdyby odkryto jego obecność. Czuje silny zapach smoły, w dłoń wbija mu się żelazny gwóźdź. Ze strachu stara się w ogóle nie oddychać, po chwili jednak nieco się odpręża. Mężczyźni wydają się być całkowicie pochłonięci rozmową.
- Czy to bezpieczne? Wszyscy słyszeliśmy o córce Åsmunda i pakcie, który zawarła z bogami. Jak bogowie zareagują, jeśli stanie jej się krzywda? - pyta jeden z mężczyzn, w głosie słychać wyraźny niepokój.
Krzywda? Åskell wstrzymuje oddech, boi się czegoś uronić. Mężczyźni rozmawiają o ważnych sprawach.
Skrzywdzić Gydę? Staje się czujny, skupia się na tym, co mężczyźni mówią.
Przez chwilę na twarz jednego z nich pada księżycowa poświata, chłopiec przestaje oddychać, napina mięśnie twarzy. Nie ma żadnych wątpliwości, że jest to zły człowiek. Åskell w życiu nie widział bardziej przerażającej twarzy, która teraz staje się niemal równie widoczna jak za dnia. Oczy są wąskie, brwi nad nimi gęste, krzaczaste. Zawzięte usta są niczym gruba kreska, włosy, okalające kwadratową twarz, są siwe, długie, ale zadbane, podobnie jak broda, zapleciona w dwa tej samej grubości warkocze, opadające mu na klatkę piersiową. Jeśli chodzi o ubranie, to Åskell widzi jedynie jego obszerną pelerynę i dolną część obciągniętej skórą pochwy na miecz. Raz, kiedy mężczyzna wyciąga rękę, ukazuje się kawałek zbroi i ochraniacze na ręce. Mężczyzna jest ubrany jak do walki. Åskell czuje lekkie mdłości na myśl, że wojownik i pozostali mężczyźni są tak blisko Elgtun.
- Finngardzie, ani ty, ani twoi ludzie nie musicie się bać bogów. Ja się nimi zajmę.
Tylko ktoś, kto dobrze zna Jogeira, jest w stanie usłyszeć niepewność w jego głosie. Åskell domyśla się, że Jogeir nie czuje się najlepiej. Jest oczywiste, że znachor rozmawia z ważnymi osobami, najwyraźniej nie czuje się wśród nich pewnie. Åskell zna już imię siwowłosego mężczyzny, chce wyryć je sobie w pamięci, żeby nigdy nie zapomnieć srogiej twarzy wojownika Finngarda.
Åskell klęka, opuszcza się na ziemię. Przeklina ciemności, bo ostry kamień wbija mu się w kolano. Kładzie się na ziemi, całym ciałem przywiera do nierównego gruntu. Tylko głowę ma nieco uniesioną, oddycha nierówno, boi się uronić coś z toczącej się rozmowy. Czuje zapach piasku, marznie, nie wyobraża sobie, żeby gdziekolwiek mog-
ło być zimniej niż w tej chwili tu, na brzegu, także świadomość, że stojący obok niego mężczyźni przybyli, żeby skrzywdzić Gydę, sprawia, że przechodzą go dreszcze. Na chwilę opiera głowę o rękę, bierze głęboki wdech i znów skupia się na tym, co się dzieje wokół.
Rozmowa ponownie staje się niewyraźna, bo Jogeir stoi teraz odwrócony plecami do jego kryjówki. Åskell słyszy, że pada imię Torarina, najwyraźniej cały plan dotyczy małego synka Gydy. Kiedy Jogeir znów się odwraca twarzą do okrętu, Åskell wzdryga się, słysząc słowa padające z jego ust. Trafiają go jak uderzenia pejczem.
- Chłopiec jest niczym najcenniejszy skarb. Urodził się w czepku, nic nie jest w stanie go ranić. Przyda się w każdej walce. Zapomnijmy o gniewie bogów. Odyn sam wybrał Torarina, na pewno pozwoli, byśmy wykorzystali go do naszych celów. Jestem przekonany, że właśnie dlatego przybyli tu, do Elgtun. Gyda, córka Åsmunda, ma ciało i cechy, które sprawiają, że może urodzić dziecko bogów, lecz dla nas jest ona niegroźna.
Åskell czuje, jak wzbiera w nim złość, kiedy słyszy, jak Jogeir mówi takie rzeczy o Gydzie. W jego ustach staje się ona zwykłą kobietą, a przecież nią nie jest. Chłopak zaciska pięści.
- Kiedy według ciebie powinniśmy przeprowadzić nasz plan? - odzywa się Finngard. Głos brzmi lodowato, jest niski i donośny. Åskellowi włosy jeżą się na karku. Nie czuje, jak wpija palce w zimne podłoże i nabiera piachu w dłonie.
- Moglibyśmy zrobić to dzisiaj w nocy, ale uważam, że powinniśmy jeszcze zaczekać. Arnvid Leidulvsson nadal przebywa w Elgtun, odesłał co prawda swoich ludzi do domu, ale są na tyle blisko, że szybko mogą się zebrać i narobić nam kłopotu. Jest nas niewielu i chociaż jeste-
śmy silni, to musimy mieć się na baczności. Nie ma pośpiechu, niech minie zima. Nawet Gyda, córka Åsmunda, swoją żelazną wolą nie pokona sił natury i nie wróci do domu, zresztą co ją tam czeka? Słyszałem, że budynki nie zostały jeszcze odbudowane po najeździć Geirmunda. Tak, zapewne zostanie tu do wiosny.
Zapada cisza, Åskell domyśla się, że mężczyźni się zastanawiają. Kiedy Jogeir znów zaczyna mówić, jego głos jest ostry niczym nóż, chłopiec ma ochotę krzyczeć, protestować.
- Gdy skończymy, nie zostanie tu ani jedna żywa dusza. Znajdziemy nowych ludzi, którzy razem z nami zajmą się dworem. Kiedy będziecie zadawać ciosy... - Jogeir wstrzymuje oddech. Podnosi rękę i wskazuje na rysujące się w ciemnościach budynki. - Kiedy przystąpicie do swego dzieła, pamiętajcie, że macie zabić wszystkich oprócz Torarina - syna bogów!
Słychać szepty. Mężczyźni są zaniepokojeni, słychać to w ich głosach, widać po ich ruchach. Åskell przełyka ślinę. Ci ludzie chcą skrzywdzić Gydę i czerpać korzyści z mocy Torarina. Patrzy na Jogeira. Ciarki przechodzą mu po plecach, kiedy znachor zaczyna mówić:
- Gdy nadejdzie ten dzień, unicestwimy wszystko, co się rusza w Elgtun. Oszczędzimy jedynie budynki, bo te nam się przydadzą.
Jogeir wydaje jęk, schyla się i sięga po patyk, który fale wyrzuciły na brzeg. Usuwa oplecione wokół niego wodorosty i zaczyna rysować nim na piasku. Teraz jedynie księżyc daje światło, ale to i lepiej. Mężczyźni spokojnie śledzą kolejne kreski na piasku, które oznaczają zabudowania dworu. Jogeir rozmieszcza ludzi przy poszczególnych budynkach, planuje atak na biały dom, gdzie z pewnością napotkają największy opór, bo tam jest Gyda.
- Ważne, żebyśmy ją zabili, zanim poprosi bogów o pomoc. Nie sądzę, żeby chcieli jej pomóc, ale całkowitej pewności nie mamy, dlatego też...
Åskell postanawia opuścić swoją kryjówkę. Wygląda na to, że mężczyźni wkrótce zakończą rozmowę, a wtedy przybysze zapewne wrócą na okręt. Nie chce ryzykować, że zostanie złapany, wtedy to, co tu usłyszał, na nic się nie przyda. Życie wielu ludzi zależy teraz od niego.
Spokojnie podnosi się na kolana. Kładzie ręce na uda i głęboko wciąga powietrze. Nie wolno mu panikować, musi wrócić tą samą drogą, którą przyszedł. Tam, na górze, czeka na niego Toralv, duma rozpiera mu pierś, kiedy myśli o młodszym bracie. Milczał, chociaż na pewno jest śmiertelnie przerażony. Toralv już nieraz wykazał się odwagą, Åskell jest pewien, że brat nie zrobi niczego, co mogłoby go zdradzić.
Wie, że teraz nadeszła najbardziej niebezpieczna chwila. Mężczyźni skończyli rozmawiać, ich uwaga zaraz skupi się na okręcie. Musi próbować wrócić do Toralva. Bierze głęboki wdech, wstaje i skulony zaczyna przesuwać się wzdłuż burty okrętu. Zatrzymuje się przy rufie, wyciąga głowę i rozgląda się. Wygląda na to, że jest bezpieczny. Na moment zamyka oczy, napina wszystkie mięśnie i szykuje się do ostatniej części zadania, które sam na siebie nałożył. Rzuca się do przodu i ile sił w nogach biegnie w stronę wzgórza.
Biegnie pochylony, stara się być niewidoczny. Kleng uczył go, jak należy się kryć przed wrogiem. Åskell zdaje sobie sprawę, że jest widoczny na tle białego piasku, dlatego chce jak najszybciej dotrzeć do ciemnych kęp wrzosów, rosnących na brzegu. Od czasu do czasu zerka na kamienie na wzgórzu, wyglądają tajemniczo i strasznie, jak olbrzymy, które w każdej chwili mogą się na niego rzucić.
wie jednak, że to nie z tej strony może się spodziewać niebezpieczeństwa, zagrożeniem jest Jogeir, Finngard i jego wojownicy.
