Wybranka bogów (25). Pakt - Jane Mysen - ebook

Wybranka bogów (25). Pakt ebook

Jane Mysen

0,0

Opis

[PK]

Gyda patrzy na potężnego szamana z mieszaniną niedowierzania i strachu. Jak przez mgłę słyszy głos Duvdiego:

- Będziesz mogła zostać w osadzie i spotkać się ze swoim synem, pod warunkiem że zawrzesz ze mną umowę. Będziesz mogła opowiedzieć mu o bogach Asgardu, ale nie wolno ci zdradzić, że jesteś jego matką. Twarz Gydy robi się biała.

- Jak możesz tego ode mnie żądać? To więcej, niż matka może znieść.

Jakby z daleka dociera do niej odpowiedź Duvdiego:

- Wybieraj! Jeśli zgodzisz się zataić prawdę, możesz zostać; w przeciwnym razie nigdy już nie zobaczysz swojego syna.

Szaman uśmiecha się złośliwie. Jest pewien, jakiego wyboru dokona Gyda, córka Asmunda...

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach:
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kartuzach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 229

Rok wydania: 2008

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



NAJWIĘKSZY BESTSELLER OD CZASU SAGI O LUDZIACH LODU

magiczna^opowieść

WYBRANKA BOGOW

JANE MYSEN

tom 25.

PAKT

Przełożyła Elżbieta Frątczak-Nowotny

Tytuł oryginalny serii: Utvalgt av gudene

Tytuł oryginału: Pakten

Tłumaczenie z oryginału: Elżbieta Frątczak-Nowotny

Ilustracja na okładce: Anita Våmartveit

Projekt okładki: Elipsa Sp. z o.o.

Korekta: Maciej Korbasiński

Skład: Elipsa Sp. z o.o.

© J. W. Cappelens Forlag a.s 2000

Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z 0.0.

All rights reserved

ISBN 978-83-61226-24-6

Elipsa Sp. z 0.0.

01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37

Printed in EU

tel./fax +48 (22) 833 38 22

www.dobrasaga.pl

X\oteka p

2.6-

g wypożyczalnia

INFORMACJE S (O 22) 624 16 07

1

Ludzie niemal boją się spojrzeć w stronę kobiety, która przechodzi przez osadę. Wszyscy dobrze ją znają i wiedzą, co się stanie, jeśli okażą jej choć najmniejsze zainteresowanie. Duvdi nie pozostawił żadnych wątpliwości. Tego, kto zada się z Gydą, córką Åsmunda, czeka straszny los. Po tym, co się wydarzyło, ludzie mu wierzą. Mężczyzna, który jest w stanie odebrać kobiecie dziecko, jest zdolny do wszystkiego, poza tym pozostaje w bliskim kontakcie z bogami - to potężni sprzymierzeńcy, z którymi nikt nie ma ochoty zadzierać.

Wiele mówiono o tym, jak córka hovdinga przeciwstawiła się szamanowi, o porwaniu syna bogów, o jej ucieczce z Arntorem Skaldem, jego siostrą i ludźmi Północy.

W górach zgubiła swoich towarzyszy podróży. Kiedy odnaleziono ją i jej syna, oboje byli niemal bez życia. Ponieważ to Duvdi ją odnalazł, dla wszystkich jest jasne, że stało się to za sprawą bogów.

Gyda nie zwraca uwagi na nikogo. Krąży między namiotami i rozgląda się niepewnie, nie bardzo wiedząc, co wokół niej się dzieje. Ma na sobie czerwoną wełnianą suknię lamowaną pięknym złotobrązowym lisim futrem, które przyciąga wzrok.

W ręku trzyma kostur. Budzi on powszechny szacunek. Wszyscy wiedzą, co suknia i kostur symbolizują. Wiedzą, że jest wśród nich wolwa, i chociaż Gyda wyznaje inną wiarę niż oni, to jednak cieszy się ich poważaniem.

Obrazu dopełnia czarodziejski woreczek na jej wydatnym biuście i młoteczek Tora, który kobieta nosi na szyi.

Na pasku, którym ściąga suknię, przybyło z czasem dziurek. Kiedy tu przybyła, była raczej obfitych kształtów, teraz jest szczupła, wręcz chuda. Buty z cielęcej skóry są zniszczone, w wielu miejscach widać dziury.

Włosy ma jak zwykle rozpuszczone, lśnią złociste w promieniach słońca, okrywają jej ramiona, sięgają niemal do pasa.

Jej niebieskie oczy sprawiają chwilami wrażenie pustych, w głowie jednak kłębią się jej różne myśli. Głównie dotyczą syna, Gyda zastanawia się, czy jeszcze kiedykolwiek go zobaczy.

Wszystko się zmieniło, kiedy Duvdi znalazł ją na wyżynie i przywiózł do siida. Gyda żałuje swojej ucieczki, chociaż wie, że to niczego nie zmieni. Wierzyła, że jej się uda, jednak powinna była zaufać Mink i poczekać do wiosny.

Zimę przeżyła niczym w malignie. Cały czas czuła się pilnowana, nawet kiedy szła za potrzebą. Trudno jej się pogodzić z uwięzieniem. Wie, że gdyby dzisiaj oświadczyła, że chce wyjechać, Duvdi puściłby ją, ale Gyda nie chce zostawiać syna.

Na myśl o Torarinie czuje ukłucie w piersi. Ostatni raz widziała go, kiedy wrócili do osady, po tym jak Duvdi ich odnalazł. Z zasłyszanych fragmentów rozmów domyśla się, jakie zadanie czeka syna bogów. Czuje ból na myśl o tym, że chłopiec z każdym dniem będzie coraz bardziej przekonany, że jego rodzicami są Duvdi i Aile.

Duvdi zadbał, by Gyda nie widywała synka. Jej namiot został przesunięty na skraj osady, cały czas jest pilnowana, nie ma swobody ruchów.

Nie rozmawiała także z szamanem. Gyda domyśla się, że specjalnie jej unika. Zapewne chce pokazać jej swoją władzę, w pewnym sensie go rozumie. Pobłażliwość nie

leży w jego naturze. I tak pozwolił jej na wiele. Gyda dobrze wie dlaczego. Uśmiecha się smutno.

Są dwa powody. Mimo że Duvdi zaprzecza istnieniu Asów, to jednak się ich lęka. Strach przed tym, co może go spotkać z ich strony, sprawia, że niekiedy jednak się powstrzymuje. Drugim powodem jest Arntor.

Chociaż Gyda czuje, jak trawi ją tęsknota za skaldem, drży na myśl o tym, że Arntor mógłby tu znów się pojawić. Został obwiniony o śmierć Jungiego i Duvdi na pewno chciałby, żeby wrócił, by mógł go ukarać. Los jednak sprawił, że oboje nadal żyją. Chociaż Gyda uważa, że równie dobrze mogłaby być martwa.

Nagle się zatrzymuje. Zupełnie nieświadomie skierowała swoje kroki w stronę namiotu szamana. Stoi teraz i nasłuchuje, z namiotu nie dobiega żaden dźwięk.

-    Nie wolno ci tu być! - odzywa się Lapończyk, który dzisiaj jest jej strażnikiem.

Gyda patrzy na niego pustym wzrokiem, okrąża lawo i kieruje się w stronę własnego namiotu. Nagle jej twarz rozświetla uśmiech: spostrzega Ane, która idzie, niosąc na rękach swojego najmłodszego synka, Guivego.

Kobieta przyśpiesza, Gyda widzi jej przepraszający wzrok, zanim znika między namiotami.

Ludzie unikają Gydy niczym zarazy. Duvdi zmusił ją do powrotu do osady i teraz sprytnie dalej rożgrywa swą grę.

Córka hovdinga wzdycha ciężko, smutnym wzrokiem patrzy na Sårrego, który jednak zdaje się nie zauważać jej ponurego nastroju, na wszelki wypadek trzyma się od niej na tyle daleko, żeby nie mogli ze sobą rozmawiać. Jego zadaniem jest tylko jej pilnować.

-    Jeśli nadal mam być traktowana, jakbym w ogóle nie istniała, to równie dobrze mogłabym nie żyć - mamrocze Gyda pod nosem i chwyta mocniej swój kostur. Ostatnio coraz rzadziej czuje potrzebę przeciwstawienia się losowi,

zdarza się jednak, że wzbiera w niej złość i wtedy zieje ogniem.

Sårre widzi jej odmienione spojrzenie i nieco się cofa. Podświadomie chwyta za rękojeść noża. Duvdi powiedział wyraźnie, że daje mu wolną rękę, gdyby kobieta stała się zbyt uciążliwa.

Gyda wie, że jest drażliwa. Jeszcze niedawno miała władzę, była córką hovdinga i wolwą, teraz jest nikim. Trudno jej się z tym pogodzić, wciąż jeszcze ma nadzieję. Jeśli Mink uda się dotrzeć do Elgtun, ludzie dowiedzą się, co się stało. Åsmund na pewno jej nie zostawi w potrzebie. Pewnie ruszy w drogę, może już latem tu przybędzie.

Kiedy Gyda rusza w stronę swojego namiotu, jej oczy ciskają gromy. Córka hovdinga wie, że gdy nadejdzie dzień, w którym straci wszelką nadzieję^ będzie mogła równie dobrze wyruszyć do krainy umarłych. Przesuwa ręką po czole, jakby chciała odgonić złe myśli. Co nocy w snach nawiedza ją Hel, niekiedy Gyda musi walczyć, żeby jej nie ulec. Wtedy jednak staje jej przed oczami To-rarin...

- Duvdi chce z tobą rozmawiać! - odzywa się Juoksa.

Gyda słyszy jego głos i prycha:

- Naprawdę? Potrzebował pięciu miesięcy, żeby się zdecydować.

Córka hovdinga stara się nie pokazać po sobie niepokoju, ale jej głos wyraźnie drży. Czuje, jak łzy napływają jej do oczu, i jest na siebie zła. Kiedy stała się taka słaba?

Juoksa przygląda się jej przyjaźnie. Jemu także zakazano się do niej zbliżać, co jednak nie znaczy, że nie śledzi, co się z nią dzieje. Wielokrotnie przynosił jej jedzenie, przedwczoraj Lalla podrzuciła jej chleb do namiotu.

- Chce rozmawiać z tobą poza osadą - mówi Juoksa do Gydy, po czym zwraca się do strażnika: - Od tej chwili ja będę jej pilnował.

Sårre marszczy nos. Jeśli czegoś nie lubi, to kiedy Ju-

oksa wydaje mu polecenia. Nieważne, że jest posłańcem Duvdiego, mężczyzna wie, że Juoksa ma swoje tajemnice, i jest zdecydowany je kiedyś odkryć. Chodzi o to, kto zabił Jungiego.

Sårre ma ochotę głośno protestować, ale posłusznie się zatrzymuje. Śledzi wzrokiem oddalające się postaci, a w jego oczach jest nienawiść.

W głowie Gydy kłębią się różne pytania, jednak postanawia milczeć. Juoksa od początku zachowuje się wobec niej przyjaźnie, jednak kobieta podejrzewa, że pewnie raczej z powodu wyrzutów sumienia niż z prawdziwej przyjaźni.

Noaide czeka na nich na skraju płaskowyżu, odwrócony do nich plecami. Lekki wiatr rozwiewa jego przyprószone siwizną włosy. Mężczyzna ma szerokie ramiona, nie jest jednak szczególnie wysoki.

Jego czarna szata sięga mu do kostek, wyraźnie widać szwy. Gyda przypomina sobie, co Åsmund kiedyś mówił o szamanie. Wyrażał się o nim pogardliwie, ale sylwetka mężczyzny, który przed nią stoi, nie wzbudza w niej takiego uczucia.

Gyda i Juoksa zatrzymują się tuż przed nim. Oboje wiedzą, że szaman ich już zauważył, jednak szacunek każę im czekać, aż on pierwszy przemówi.

Nagle mężczyzna się odwraca. Gyda wzdryga się, jest spięta i ma się na baczności. Co też tym razem szaman od niej chce?

- Widzę, że dobrze ci się wiedzie - odzywa się Duvdi i szeroko się uśmiecha. Gyda nie odpowiada. Wbija wzrok w szamana. - Torarinowi też dobrze się wiedzie.

Duvdi zauważa lekkie drgnięcie jej ust i jej podejrzanie błyszczące oczy. Wie, że wspominając syna, porusza czułe miejsce w jej duszy.

- Zapewne oboje moglibyśmy czuć się lepiej - mówi Gyda cicho.

- Czyżby? - pyta z wyższością w głosie szaman.

- Matka i syn powinni być razem.

- Właśnie o tym chcę z tobą rozmawiać - ciągnie dalej szaman i krzyżuje ręce na piersi.

Gyda czuje, jak jej ciało coraz bardziej się spina, ale robi wszystko, żeby ukryć, jaka naprawdę jest słaba.

- Nie zamierzam cię przekonywać, że Torarinowi lepiej jest z nami niż z tobą, chcę jednak zaproponować ci coś, co mogłoby ulżyć twojemu cierpieniu.

Gyda mruży oczy, trzyma kostur tak mocno, że bieleją jej knykcie. Zaciska drugą dłoń, schowaną pod materiałem sukni.

- Pozwolę ci wyjechać - mówi Duvdi i wstrzymuje oddech. Modli się do bogów, żeby Gyda się zgodziła.

- Pewnie czujesz się teraz wielkim człowiekiem - odpowiada Gyda i spluwa mu pod stopy.

Juoksa czuje, że serce zamiera mu w piersi. Gyda nie rozumie, co jest dla niej najlepsze, traktując szamana w ten sposób, może naprawdę napytać sobie biedy.

Duvdi gotuje się ze złości, ale stara się opanować. Wie, że Gyda jest uparta, postanawia być wspaniałomyślny.

- Ponawiam swoją propozycję! - mówi twardo.

- Nie masz mi nic lepszego do zaproponowania? Dlaczego nie mogę nadal być razem z Torarinem?

Duvdi kręci głową.

- Mówisz nierozsądnie. To dla nas zbyt duże ryzyko. Wystarczy chwila nieuwagi z naszej strony, a ty już go po-rwiesz.

- Żałuję tego, co zrobiłam, to już się nie powtórzy -mówi Gyda. Wyznanie to dużo ją kosztuje, ale gotowa jest nawet czołgać się w błocie, żeby tylko móc od czasu do czasu przebywać razem ze swoim synkiem. - Czuję się, jakby pozbawiono mnie kawałka mnie samej. Pozwól mi spędzać z nim trochę czasu, tylko trochę... - mówi i patrzy na niego błagalnym wzrokiem.

Duvdiemu podoba się zmiana, jaka zaszła w kobiecie, ale nadal obawia się jej zaufać.

- Zrobię wszystko, o co mnie poprosisz, ale nie mogę stąd wyjechać. Jaka matka zrobiłaby coś takiego? - mówi Gyda i kręci głową. - Nigdy nie opuszczę syna, a ty chyba pamiętasz, co kiedyś mi obiecałeś.

Duvdi przytakuje z powagą. Oczywiście, że pamięta, niechętnie łamie daną raz obietnicę, ale on i Äile rozma-wiali o tym i podjęli pewne postanowienie.

- Obiecałeś, że będę mogła opowiedzieć mu o Asach, by mogli się zmierzyć z twoimi bogami.

Duvdi zamyśla się. Gyda poruszyła jego czuły punkt, szaman jest wściekły, bo nagle czuje, że zaczyna się wahać. Córka hovdinga bardzo przeżyła rozłąkę z synem, Duvdi cały czas się zastanawia, jak bogowie w Asgardzie będą chcieli się na nim zemścić, jeśli złamie dane jej słowo. Do tej pory byli cierpliwi, ale... Duvdi wzdryga się na samą myśl. Przypomina sobie Äile i dziwi się, jak mało znaczą jej słowa w porównaniu z grożącą mu zemstą bogów.

Nagle mówi:

- Spełnię twoją prośbę, ale pod jednym warunkiem.

Gyda kiwa głową. Czuje suchość w ustach, ma spocone dłonie.

- Mów! - odzywa się donośnym głosem.

- Jeśli się nie zgodzisz, wszystko zostanie po staremu. Nie będziesz mogła widywać Torarina, nie będziesz też mogła opuścić osady. Do końca życia pozostaniesz więźniem.

Gyda modli się w duchu, żeby przestał ją dręczyć.

- Będziesz mogła się z nim widywać, jeśli nigdy nie zdradzisz mu, kim jesteś.

- Co takiego?! - woła Gyda i patrzy na niego z niedowierzaniem. - To nie może być prawda. Jestem jego ro-. dzoną matką. Miałabym to przed nim zataić?

Duvdi przytakuje. Na jego pooranej zmarszczkami twarzy maluje się powaga.

Pierś Gydy gwałtownie faluje, kobieta z trudem łapie powietrze.

- To oznacza także, że będziesz mogła go zobaczyć dopiero za jakiś czas.

- O jakim okresie czasu myślisz? - pyta Gyda, a w jej czach jest ból. Domyśla się, że jego warunek będzie nie do spełnienia.

- Mówię o piętnastu latach.

Gyda ma wrażenie, że wszystko w niej pęka, rzuca się na kolana przed szamanem. Opiera się o kostur, przykłada twarz do drewnianych sęków i zaczyna głośno zawodzić.

- Wtedy będę już starą kobietą.

Duvdi i Juoksa wymieniają szybkie spojrzenia. Noaide daje znać mężczyźnie, żeby pomógł Gydzie wstać.

Córka hovdinga nawet nie zauważa, że Juoksa podnosi ją z ziemi. Chwieje się na nogach, w dłoni nadal ściska kostur.

Duvdi nie czuje się dobrze. Spodziewał się silnej reakcji, ale to, co widzi, przechodzi jego wyobrażenie.

- Jak brzmi twoja odpowiedź? - pyta, szykując się do odejścia. Nagle spostrzega smutek w oczach Juoksy. Jego posłaniec wydaje się być znacznie bardziej zaangażowany w losy kobiety, niż powinien.

- Nie odchodź! - odzywa się Gyda schrypniętym głosem. - Jeśli chodzi o mojego syna, zgodzę się na wszystko. Skoro każesz mi trzymać się od niego z daleka przez piętnaście lat, to zrobię to, chociaż każdy dzień będzie dla mnie męczarnią.

- Jeśli zobaczy cię wcześniej, rozpozna cię.

- Już teraz jestem dla niego jedynie bladym wspomnieniem - odzywa się Gyda pozbawionym życia głosem.

Duvdi kręci głową.

- Dziecko szybko zapomina, ale jeśli chodzi o syna bogów, to nie chcę ryzykować.

Cydzie brakuje słów. Duvdi pozbawił ją resztek woli.

- Zostaniesz przeniesiona do innej osady, do tej nie będzie wolno ci się zbliżyć. Jeśli będziesz próbowała mi się przeciwstawić, wszystko wróci do obecnego stanu i już nigdy nie zobaczysz swojego syna.

Szaman unosi rękę w geście pożegnania. Po chwili odchodzi, pozostawiając Gydę i Juoksę pogrążonych w milczeniu.

Juoksa dotyka delikatnie ramienia Gydy. Tak bardzo chciałby móc dodać jej sił, sprawić, by wstała z ziemi.

Gyda odtrąca jego dłoń. Prostuje plecy, wypina pierś do przodu, próbuje zachować resztki swojej dumy, Juoksa widzi jednak, że kobieta przegrała.

- Wracam do namiotu! - mówi Gyda i odwraca się do niego plecami. - Muszę spakować swoje rzeczy.

Idą obok siebie. Juoksa jest o głowę niższy od Gydy. Idzie z pochyloną głową, pogrążony w myślach.

- Rozumiesz, dlaczego Duvdi gotów był pozwolić mi wyjechać? Udałabym się prosto do Åsmunda Torkildsso-na. Ojciec zebrałby swoją drużynę i zrównałby obozowisko z powierzchnią Midgardu.

- Rozejrzyj się dookoła. Co widzisz? - pyta Juoksa, wskazując ręką przed siebie.

- Bezkresną równinę - odpowiada Gyda. Rozumie, co Lapończyk miał na myśli.

- Asmund Torkildsson nigdy nie znalazłby ani Duv-diego, ani Torarina. Nie trzęba wiele czasu, żeby przenieść cały obóz.

- Dlatego wcale mu nie zależało na złapaniu Arntora i reszty?

- Właśnie - potwierdza Juoksa. - Duvdi liczy się z tym, że mogą powiadomić o wszystkim twój ród, ale wtedy my już będziemy daleko stąd.

- Czy to znaczy, że ja także nie będę wiedziała, gdzie Torarin przebywa?

Juoksa nie odpowiada, Gyda wie, że dlatego, że tak właśnie będzie.

- Jeśli będziesz próbowała podburzyć ludzi przeciwko Duvdiemu, Torarin zniknie na zawsze. Pomyśl o tym, zanim podejmiesz taką próbę, Gydo, córko Åsmunda. Jeśli postąpisz zgodnie ze słowami Duvdiego, wszystko będzie dobrze.

Gyda milczy. Jedynym jasnym punktem paktu, który przed chwilą zawarła z szamanem, jest fakt, że kiedyś zobaczy Torarina. Będzie musiała długo czekać, ale kiedyś ten dzień nadejdzie...

Gyda wchodzi do swojego namiotu z dziwnym uczuciem. Namiot zdążył już stać się jej domem, miejscem, gdzie mogła skryć się przed ludźmi. Czas, który tu spędziła, starała się wykorzystać pożytecznie. Błagała o skóry i nici i z czasem je dostała. Wzdłuż ścian stoi też kilka koszy, wyplecionych przez nią z gałązek. Są proste, ale już kilka razy bardzo jej się przydały.

Pakuje jedynie same najpotrzebniejsze rzeczy. Kiedy ściąga rzemieniem swoją niedźwiedzią skórę, nagle przepełnia ją bezbrzeżny smutek. W oczach ma łzy. Wspomina Jatmunda, mężczyznę, który uczynił ją kobietą. Wspólnie zabili tego niedźwiedzia, a on potem podarował jej jego skórę. To był wspaniały prezent. Gyda kładzie rękę na gardle, tłumi szloch. Po chwili zarzuca skórę na ramiona, mając nadzieję, że skóra niedźwiedzia doda jej sił.

Ma trochę jedzenia, pakuje wszystko w węzełek. Nie wie, jak długo będzie musiała wędrować, więc wyciąga też skórzany worek na wodę. .

Juoksa czeka na nią na zewnątrz. Siedział zwrócony

plecami do namiotu, ale szybko się podnosi, kiedy słyszy, że Gyda wychodzi.

Cierpi, widząc jej wzrok. W jej oczach jest niewypowiedziany ból.

- Jestem gotowa, Juoksa.

- Więc chodźmy - odpowiada Lapończyk i sięga po dzidę, którą oparł o namiot.

Kiedy przechodzą między namiotami, ludzie przerywają swoje zajęcia. Cierpienie Gydy jest widoczne dla wszystkich, wielu patrzy na nią ze współczuciem.

Od strony potoku nadchodzi Lalla. Poszła po wodę. Patrzy za córką hovdinga i swoim mężem i ma łzy w oczach. Wyrzuca sobie swoje zachowanie tej zimy. Groźby Duv-diego zapadły jej w pamięć, musiała myśleć o wielu rzeczach.

W ciągu tych kilku ostatnich miesięcy Juoksa wyraźnie się postarzał. Bardziej się garbi, przybyło mu zmarszczek

na twarzy. Lalla wie, że gnębią go wyrzuty sumienia. Wy

rzuca sobie, że to przez niego Arntor i Gyda zostali rozdzieleni i że córka hovdinga i Torarin wrócili do obozu. Trudno jest żyć, mając na sumieniu życie drugiego człowieka, ale wyjawienie prawdy nie przyniosłoby niczego dobrego. Jungi nić żyje, a Arntor uniknął kary, którą Duvdi dla niego zaplanował. Nieszczęście przyniosło więc coś dobrego. Kobieta wzdycha ciężko, ale uśmiecha się na widok syna, kiedy ten do niej podchodzi.

~ A więc wyjeżdża? - pyta Rein, a jego głos zdradza, Ze także on jest poruszony.

- Tak, podobno zwarła pakt z Duvdim. Ponoć musi na kilka lat rozdzielić się z Torarinem.

Rein przytakuje.

~ Też coś takiego słyszałem i tak się zastanawiam: Powiedz mi, Lållå, czy Duvdi i Aile postępują słusznie? Mam mętlik w głowie, kiedy myślę o szamanie i o tym, jak ukradł Gydzie dziecko.

-    Rozumiem, że gnębią cię wątpliwości, ale uważaj, żeby nikt się o tym nie dowiedział. Należymy do tej osady i musimy się podporządkować jego postanowieniom, Rein.

Na czole chłopaka pojawia się głęboka zmarszczka. Postępowanie szamana wydaje mu się niewłaściwe, ale nie on powinien się tym zajmować.

Gyda odwraca się, rzuca ostatnie spojrzenie na osadę i zaczyna wspinaczkę. Przykłada dłonie do czoła i mruży oczy. To ładna okolica, szkoda, że Lapończycy nie zagrze-ją tu dłużej miejsca. Jeszcze bardziej żałuje, że Torarin będzie musiał podążyć za nimi. Gyda głośno przełyka ślinę.

Silny podmuch wiatru rozwiewa jej włosy, które uderzają o niedźwiedzią skórę na jej plecach. Chwyta mocniej kostur.

-    Chodźmy, Juoksa!

Lapończyk nie odpowiada. Jego zadaniem jest wskazanie jej drogi.

2

- Pośpiesz się, Leiv! Poród się zaczął! - woła Ulva. Złożyła dłonie i przyłożyła je do ust. Z całych sił woła teraz w kierunku lasu.

Leiv odrzuca siekierę i rusza w stronę chaty Edvina Cieśli. Dostrzega także śpieszącego Arntora, otwiera drzwi i wpada do środka.

-    Ciii! - szepcze Ida z palcem na wargach. W jej spojrzeniu widać rozdrażnienie, ale i radość.

Leiv podchodzi do łóżka, siada na stołku u wezgłowia. Przesuwa dłonią po czole Mink, czuje, jaka jest spocona.

Od kilku dni Mink użalała się na bóle w krzyżu i Leiv zaczął się już niepokoić. Martwił się, że coś może się okazać nie w porządku. Jednak kiedy patrzy na Idę, odzyskuje spokój. Niska, dobrze żbudowana kobieta nie okazuje żadnego zdenerwowania, myśli o wszystkich dzieciach, którym pomogła przyjść na świat, koi jego duszę.

Nagle rozlega się pukanie do drzwi.

• Ida idzie otworzyć i Leiv słyszy kobiece głosy; po chwi-i znów jest cicho.

~ Nie mogły poczekać - prycha Ida. - Można przyjść trochę wcześniej, ale do czego to jDO^lobne, żeby przychodzić, zanim poród w ogóle

Leiv się uśmiecha. Ida m/h^m^li'k^tit^k mające po-^óc przy porodzie. °            *

Mink przygląda się osoten^^z^y izbie.

-    Chyba zasnęłam - mi^^fzS^kKÖa^^-

- Potrzebujesz wypocząć - uspokaja ją Ida łagodnym głosem, gładząc .swoją dobrą dłonią czoło Mink.

Leiv wzdryga się, kiedy Mink nagle zaciska powieki. Widać, jak rusza szczękami, jej dłonie zaciskają się na kocu, którym jest przykryta. Jęczy z bólu.

- Już niedługo - uśmiecha się Ida pocieszająco do rodzącej kobiety, ale Mink nawet jej nie słyszy. Poród się przeciąga, zaczyna brakować jej sił.

Leiv robi się blady. Nie przypuszczał, że to tak wygląda.

- Może powinieneś wyjść? - pyta Ida, patrząc na niego swoimi łagodnymi oczami. - Mink będzie teraz bardzo cierpieć, a ty nie będziesz mógł jej pomóc.

Leiv wstaje i uśmiecha się blado, patrząc w stronę kobiety.

- Zaraz wrócę - mówi dziwnym, jakby obcym głosem.

- Oczywiście - odpowiada Ida i podchodzi do stołka, na którym przed chwilą siódział Leiv. W ręku trzyma zioła. - Złagodzą nieco bóle.

Wychodząc, Leiv widzi, jak Ida obnaża sterczący brzuch Mink i zaczyna wcierać zioła w bladą skórę. To chyba jednak niewiele pomaga, bo kobieta znów zaczyna krzyczeć. Leiv czuje na przemian zimno i gorąco, robi mu się ciemno przed oczami. Szybko otwiera drzwi i wychodzi.

Ludzie przyglądają mu się z ciekawością, kiedy idzie wzdłuż domu cieśli. Arntor próbuje z nim rozmawiać, ale Leiv zbywa go gestem dłoni. Nagle przypominają mu się różne straszne historie o kobietach, które umarły w połogu, zaczyna drżeć. Nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby coś stało się Mink. On uczynił ją brzemienną, gdyby to miało kosztować ją życie... Mężczyzna zaciska dłonie i przyśpiesza kroku.

Ulva zerka przestraszona to na mężczyznę, to na sie-

dzące na ławce przed domem kobiety. One także przyglądają się jej swoimi małymi, ciekawskimi oczami.

- Długo to jeszcze potrwa? - pyta Ulva Arntora, który siedzi zamyślony i przytłoczony smutkiem, co ostatnio często mu się zdarza.

- Pewnie nie, ale kiedy dokładnie dziecko przyjdzie na świat, tego nigdy nie można przewidzieć - odpowiada nieobecny.

Arntor wodzi wzrokiem po odległych szczytach, patrzy na słońce, które wkrótce zniknie za górami. Trudno mu skoncentrować się na tym, co się dzieje, bo jak zwykle jego myśli krążą wokół Gydy i Torarina. Czasem wydaje się być przekonany, że nie żyją, czasem jednak znów powraca nadzieja i zaczyna wierzyć, że kiedyś ich odnajdzie, że znów będą razem. Ta niepewność jest trudna do wytrzymania.

Ulva rozsądnie zostawia brata w spokoju. Skupia się na kobietach, które przybyły tu w związku z porodem. Jedna z nich uśmiecha się do niej i Ulva próbuje odwzajemnić jej uśmiech. Być może wcale nie są takie ponure, jak jej się na początku zdawało.

Ulva zerka na. mały kociołek, który jedna z nich postawiła na ziemi między stopami. Jest w nim kasza, któ-r3 zwykle podaje się tu na posiłki, Ulva domyśla się, że w tym przypadku pewnie ma szczególne znaczenie: jest darem dla bogiń losu.

Nagle powietrze przeszywa straszny krzyk. Ulva aż się kuli, a Leiv staje. Ma wrażenie, że jakieś niewidzialne nici c^gną go w stronę grubych drewnianych drzwi. Stoi bezradny i patrzy.

Nagle zalega cisza, wszyscy wstrzymują oddech.

Rozlega się kwilenie dziecka i kobiety wymieniają zadowolone spojrzenia, chociaż jeszcze nie jest po wszystkim.

~ To dziewczynka! - woła Ida, stając w drzwiach. Jej

okrągła twarz błyszczy jak słońce, które właśnie znika za horyzontem.

- A co z Mink? - pyta Leiv spięty. Jego twarz przypomina maskę.

- Jest zmęczona, ale czuje się dobrze - odpowiada Ida i szeroko się uśmiecha. - Idź do niej. Na pewno się ucieszy - zachęca go.

Leiv porzuca swoje rozmyślania i rusza do drzwi. Ida usuwa się, żeby go przepuścić, i po chwili Leiv już jest w izbie.

Mink leży naga. Jej białe ciało wydaje się błyszczeć, na jej brzuchu leży nowo narodzone maleństwo. Dziewczynka jest nakryta kocykiem. Jak przez mgłę Leiv widzi jej maleńkie paluszki, które wbijają się w skórę matki.

- Czy nie jest piękna? - pyta Mink z uśmiechem, który niemal zwala go z nóg. Nigdy nie widział jej tak promiennej.

- Tak - odpowiada i przygląda się twarzyczce, która ledwie wystaje spod kocyka. - Ale ty jesteś piękniejsza -mówi, nachyla się i delikatnie całuje ją w czoło.

Nagle w małej izbie pojawiają się ludzie. Wchodzą kobiety z garnkiem kaszy, a Ida odkrywa kocyk, którym przykryte jest maleńkie ciałko dziecka. Bardzo dokładnie przecina pępowinę, a jedna z kobiet smaruje rankę tłuszczem. Następnie kładzie nowo narodzone dziecko na ziemi, żeby przejęło jej moc.

Mink nie bardzo wie, co się dzieje. Przepełnia ją szczęście, chwyta dłoń Leiva i przywiera do niej wargami.

Ulva stoi zaciekawiona w drzwiach. Czuje się tu trochę jak intruz. Kiedy Ida zachęca ją, żeby podeszła do Mink, czuje, jak coś się w niej skręca. Zerka na obnażone piersi Mink, na ssące dziecko.

- Możesz traktować ją jak siostrę - mówi Mink i uśmiecha się szeroko.

Ulva kiwa głową i patrzy jak zahipnotyzowana na maleństwo. Siostra... siostra...

Arntor stoi i przygląda się szczęśliwemu wydarzeniu. Po chwili jednak wychodzi. Wstydzi się swoich uczuć, szczęście Leiva i Mink wzmagają jego tęsknotę za Gydą. Czuje łzy w oczach, przyśpiesza kroku i zaczyna wspinać się na zbocze. Ucieka, ale nie na zawsze. Musi pogodzić się z rzeczywistością, ale - jak powiedział mu Edvin - to wymaga czasu.

Jego ból łagodnieje, kiedy zaczyna myśleć o cieśli, który tak gościnnie ich przyjął. Arntor nie przypomina sobie, żeby gdziekolwiek go tak goszczono; w dużej mierze jest to zasługa Idy, która ma w sobie tyle dobroci i ciepła.

O wszystkich się zatroszczono, Arntor jest też pod wrażeniem ogromnej ilości jedzenia, podawanego przy każdym posiłku. Nic nie wskazuje na to, by Ida i Edvin byli szczególnie bogaci, ale posiłki w ich domu mogą się równać tym podawanym we dworze hovdinga.

Arntor siada na kamieniu, który wiosenne słońce uwolniło już od śniegu i lodu. Do wiosny trzeba jeszcze co prawda nieco poczekać, ale czuć już budzącą się do życia przyrodę.

Nagle skald znów przypomina sobie Gydę, wspomina ranek, kiedy odkryli, że Gyda i Torarin spadli w górską przepaść. Ale co naprawdę się wtedy wydarzyło? Co wie na pewno? Arntor opiera ręce na kolanach i chowa twarz W dłoniach. Cierpi, ale nie jest w stanie przestać myśleć o tym bolesnym zdarzeniu. Wiązał z Gydą swoje nadzieje, swoje marzenia, trudno mu pogodzić się z myślą, że ona naprawdę nie żyje. Jest zły, że nie sprawdził dokładnie dna górskiej szczeliny, z drugiej strony wie, że to było niemożliwe, że mogło go to kosztować życie. Właściwie gotów był Zapłacić taką cenę, gdyby nie Ulva.

Nagle ciszę przerywa gwizdanie. Arntor podnosi głowę i widzi Edvina wracającego do domu po dniu pracy.

Zdecydowanym krokiem schodzi ze zbocza, mimo potężnej budowy porusza się z lekkością dziecka. Na jednym ramieniu ma siekierę, której używa do rąbania drewna.

Jeszcze na szczycie wzniesienia Edvin dostrzega Arn-tora, uśmiecha się i kieruje w jego stronę.

- Siedzisz tu i podziwiasz, jak tu pięknie? - odzywa się swoim ciepłym głosem. Jego niebieskozielone oczy spotykają wzrok skalda. Silną dłonią odgarnia włosy na plecy. - Czuje się już, że słońce zaczyna przygrzewać. Jeszcze trochę, a przyjdzie wiosna.

Arntor kiwa głową.

- Wkrótce będę musiał stąd wyjechać - mówi spokojnie.

Edvin nagle poważnieje. Ze smutkiem myśli o dniu, kiedy goście ich opuszczą. Wiele się zmieniło, kiedy nieoczekiwanie zawitali do doliny. Najbardziej ze wszystkich przypadł mu do gustu skald. Nigdy w jego izbie nie padało tyle pięknych słów, Edvin czuje się zaszczycony obecnością takiego człowieka w swoim domu.

- Chętnie gościłbym was tu dłużej, ale oczywiście życzę wam szczęśliwej podróży. Wydaje mi się jednak, że nieco za wcześnie snuć takie plany. Mink wkrótce będzie rodzić.

- Mink już urodziła - mówi Arntor i uśmiecha się. -To dziewczynka. Leiv jest bardzo szczęśliwy.

- Tak - odzywa się Edvin. - Też chciałbym mieć dzieci, jednak bogowie nie pobłogosławili mnie i Idzie.

- Tak to czasem bywa - odpowiada skald poważnie. -Nie zawsze łatwo nam zrozumieć zamysły bogów.

Edvin przytakuje.

- Chodź - mówi. - Zejdźmy do reszty.

Dni mijają. Pogoda jest zmienna, czasem pada deszcz, czasem świeci słońce, na górskich szczytach śnieg powoli

topnieje. Arntor szykuje się do podróży, wie już, dokąd się uda. Sporo o tym myślał i uznał, że najrozsądniej będzie udać się do Jotungård i opowiedzieć Åsmundowi o tym, co się wydarzyło. Jeśli rzeczywiście Gyda żyje, to szanse odnalezienia jej będą większe, jeśli Åsmund zbierze swoich ludzi i przyłączy się do poszukiwań.

Kiedy Arntor zaczyna sobie wyobrażać, że Gyda być może nadal jest przy życiu, przepełnia go ogromna tęsknota. Rozsądek podpowiada mu, że to niemożliwe, jednak w głębi duszy wierzy, że tak właśnie jest. Może jednak tylko mami samego siebie? Wie, że nie zazna spokoju, dopóki nie zdobędzie pewności.

Skald niemal nie zauważa, kiedy wieczorem Leiv siada obok niego przy stole.

- Wydajesz się pogrążony w myślach - mówi, trzymając w obu dłoniach róg. Popija smakowite piwo. - Warunki do podróży stają się coraz lepsze, uważam, że nie powinniśmy zwlekać zbyt długo.

Leiv trzyma w dłoni róg, przygląda się brązowożółte-mu płynowi.

— Muszę ci coś powiedzieć, Arntorze.

Ciemnolicy skald patrzy na niego pytająco. Leiv od-chrząka.

- Chodzi o Mink. Chce zostać tu, poczekać z podróżą, aż 0ydis nieco dorośnie.

Młody wojownik spodziewał się, że Arntor będzie zawiedziony, jednak skald się uśmiecha i kiwa głową.

- Domyślałem się tego - mówi spokojnie. - Prawdę mówiąc, nie byłoby rozsądnie zabierać ze sobą kobietę z nowo narodzonym dzieckiem w tak długą podróż.

Leiv oddycha z ulgą i wypija duży łyk piwa.

- A co z Ulvą? Czy ona też nie będzie kulą u nogi?

- Nie wiem. Jest młoda i silna, poza tym odpowiadam za nią.

- Potrafi zająć się dzieckiem - mówi Leiv i wskazuje

głową na koniec stołu, gdzie Ulva siedzi z małą 0ydis na ręku. Jej oczy błyszczą z dumy, patrzy na Arntora, który odwzajemnia jej uśmiech. - Jeśli chcesz, może tu zostać i wyruszyć z nami latem.

Arntor nie odpowiada, ale Leiv widzi, że zastanawia się nad propozycją. Nagle Arntor mówi:

- A jeśli postanowicie się tu osiedlić?

- Wtedy będziesz mógł zabrać Ulvę, kiedy przybę-dziesz tu z Asmundem i jego drużyną.

- Masz rację! - odpowiada skald z ulgą. Niepokój znika z jego twarzy. Propozycja Leiva sprawiła, że kamień spadł mu z serca. - Sam będę poruszał się dwa razy szybciej, ale muszę porozmawiać z Ulvą, przekonać ją do tego pomysłu.

Leiv przytakuje. Takie rozwiązanie odpowiadałoby mu. Mink ma zaufanie do Ulvy, dobrze się rozumieją. Poza tym dziewczyna może pomóc im opiekować się dzieckiem. Jest też i trzeci powód, którego bałby się wyjawić Arntorowi, by ten nie uznał tego za obrazę: Leivowi jest nieco żal dziewczyny, uważa, że będzie bezpieczniejsza tu, razem z nimi w dolinie, niż wędrując przez góry jedynie w towarzystwie Arntora.

- Porozmawiam z nią dzisiaj wieczorem. Jeśli będzie chciała tu zostać, wyruszę sam jutro z samego rana.

Leiv przytakuje. Skald jest pełen energii i chęci działania.

Ulva była właśnie za potrzebą, gdy wraca, widzi wychodzącego zza rogu budynku Arntora.

- Czy małe dziewczynki nie powinny o tej porze być już w łóżku?

Ulva śmieje się cicho. Wie, że brat żartuje.

- Zanim się wejdzie pod koc, trzeba najpierw załatwić pewne rzeczy.

- Masz siłę jeszcze chwilę porozmawiać, zanim się położysz? - pyta Arntor i wskazuje na stołek, stojący obok drzwi.

Ulva kiwa głową. Nie jest szczególnie śpiąca.