Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Bezlitosny Finngard sprawuje nad Elgtun rządy twardej ręki. Na przygotowanie do zimowego święta został już tylko jeden dzień: mają się odbyć ważne zaślubiny. Teraz Gyda musi uniknąć szponów Finngarda i uratować Torarina. Gra toczy się o wolność. Sia Eldfrid Wojowniczki jest jej broni - kobieta bez skrupułów robi wszystko, co w jej mocy, aby przejąć władzę nad dworem hřvdinga. Tymczasem w drużynie Finngarda następuje rozłam: część wojowników pozostaje wiernych przywódcy, dla niektórych ważniejsza okazuje się wiara w bogów. Gro i Arnvid czują bez cienia wątpliwości, że pasują do siebie, lecz wszystko wskazuje na to, iż ich wzajemne miłowanie czeka smutny kres. Coś się stanie, jeżeli Neri i jego ludzie nie zdążą na czas wyswobodzi wybranych na ofiar - mężczyzny i konia, ukochanych Gro? Z gór schodzi orszak, który sprawi, że całe Elgtun zadrży: jednym z podróżnych jest sam Odyn pod postaci człowieka...
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kartuzach
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 246
Rok wydania: 2008
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jane Mysen
magiczna^opowieść
JANE MYSEN
tom 19.
Przełożył Piotr Orlikowski
Tytuł oryginalny serii: Utvalgt av gudene
Tytuł oryginału: Elskhug
Tłumaczenie z oryginału: Piotr Orlikowski Ilustracja na okładce: Anita Våmartveit Projekt okładki: Elipsa Sp. z o.o.
Korekta: Maciej Korbasiński Skład: Elipsa Sp. z o.o.
© J. W. Cappelens Forlag a.s 2000
Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z o.o. All rights reserved
ISBN 978-83-61226-18-5
Elipsa Sp. z o.o.
01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37
tel./fax +48 (22) 833 38 22
INFORMACJE S (0 22) 624 16 07
(od pn. do pt. wjgodz. 9.00 - 17.00)
1
W Elgtun płoną pochodnie. Wbite w zamarznięty śnieg, stoją w równych odstępach wzdłuż ścieżki wiodącej do świątyni. Jest zimno, lecz mróz szczypie już zdecydowanie mniej niż w ciągu ostatnich dni.
Zbliża się święto, a ofiary ustawiono przed świątynią. Posążki bogów umieszczono przed drzwiami, a pozłacane statuetki królują nad tłumem, jaki zebrał się na uroczystość. Normalnie taki widok wprawiłby wszystkich w dobry humor, teraz jednak na dziedzińcu panuje napięta atmosfera.
Finngard jest najważniejszą osobą uroczystości: to właśnie on zostanie mężem podczas mających się odbyć niezwykłych zaślubin. Nie byle kto będzie miał zaszczyt zostać jego żoną... będzie nią Gyda, córka Åsmunda.
Hövding wojowników bynajmniej nie czuje się tak pewnie, jak mogłoby się zdawać. Ma wrażenie, że Gyda jest nieziemską istotą, gdy oto piękna i wyprostowana wchodzi po zboczu ku świątyni. Wie, że zmuszając ją do ślubu, wyzywa wyższe moce, czuje jednak, że nie ma wyboru. Finngar-dowi nie zależy na urodzie, lecz na władzy, jaka wiąże się z córką hovdinga. Sam ma wprawdzie duże i silne wojsko, lecz potrzeba mu więcej ludzi. Może Åsmund Torkildsson przyłączy się do niego po zaślubinach... może wraz z potężnym hovdingiem przyjdą inni wielcy panowie. Szanse na podporządkowanie sobie wybrzeża rosną, gdy ma się za sobą takie siły.
Gyda patrzy prosto przed siebie. Stopy ciążą jej, jakby były z ołowiu, a stojący wzdłuż ścieżki wojownicy wyglądają jak zamazane cienie. Wspomina inne zaślubiny. Wyszła wtedy za Torda Avaldssona. Do małżeństwa doszło nie
bez oporu z jej strony, ale i tak nie mogło ono się równać z tym teraz. Tordowi została obiecana jako mała dziewczynka - Finngard zaś bierze ją siłą.
Wszystko się w niej burzy, gdy oto staje naprzeciwko Finngarda, lecz musi być poddana woli hovdinga wojowników. Bez mrugnięcia okiem napotyka jego stalowoszare spojrzenie. Finngard nie będzie miał tej satysfakcji, żeby ujrzeć jej słabość... ani on, ani Eldfrid z całą resztą drużyny. Gyda mocniej zaciska dłoń na kosturze wolwy, prężąc pierś.
Gro nawet nie próbuje uspokoić Torarina. Żywotny chłopiec ni to siedzi, tii to wisi na jej biodrze, jakby jej niepokój przechodził na niego, a dziecko zaczyna marudzić i usilnie próbuje wyśliznąć się z jej uścisku.
Głuchoniema kobieta myśli jednak tylko o Arnvidzie, który stoi oto ze związanymi rękami. U boku hovdinga stoi Fjell, jej ukochany koń. Zwierzę wietrzy niebezpieczeństwo, niespokojnie bije kopytami, szarpie powróz.
Spojrzenie Arnvida jakby przylgnęło do Gro: na bogów, wielka jest jego miłość do tej kobiety; hövding przysięga sobie, że ostatnim, co ujrzy, nim zostanie złożony w ofierze, będzie jej piękna twarz. Miał nadzieję, że Neri w ten czy inny sposób zaingeruje w bieg wydarzeń, lecz mistrz z gór się w ogóle nie pokazał. Arnvid spodziewa się, że to już koniec, a jednak nie stracił jeszcze całej nadziei.
Åsa bacznie obserwuje Gro. Głuchoniema córka hovdinga zaznała wiele złego, lecz to, co dzieje się teraz, przewyższy wszystkie, cierpienia. Wieszczka się wzdryga. Właściwie nie miała ochoty brać udziału w uroczystości, ale czuje, że musi. Ma wysoką pozycję i kto wie.;. może na coś się przyda. Asę przebiega dreszcz, kobieta krzyżuje ręce na piersi i wsuwając zmarznięte dłonie pod pachy, mamrocze przekleństwa na Finngarda i jego złe czyny.
Nikt nie sprzeciwia się Finngardowi, gdy wybiera sobie świadków na ślub. Czterej mężowie w strojach wojennych w milczeniu występują naprzód, by parami ustawić się po
obu stronach Gydy i Finngarda. Hövding uśmiecha się, lecz wesołość nie rozświetla mu oczu. W spojrzeniu przywódcy Gyda widzi zło, lecz także coś jeszcze... niepewność. Słabość Finngarda dodaje jej sił.
Nieco na uboczu stoi Ansgar, kupiec zaledwie kilka dni temu przybyły do Elgtun. Z zainteresowaniem przygląda się wszystkiemu. Ręce splótł mocno pod płaszczem... tak mocno, że paznokcie wbijają się w wierzch dłoni. Był już kiedyś świadkiem przymusowych zaślubin, a to złe wspomnienia.
W ciągu tych kilku dni, które spędził we dworze hovdinga, polubił Gydę. Tej silnej kobiecie odebrano niemal wszystko, ona jednak stoi z podniesioną głową i nie zamierza się załamać. Ansgar podziwia ją za ten upór.
Kupiec ogarnia spojrzeniem okolicę. Jest ciemno, pochodnie drgającym blaskiem płomieni oświetlają ludzi i świątynię. Na ceremonię nie zaproszono żadnych gości poza nielicznymi niedobitkami z Elgtun i wojownikami Finngarda. Toporne twarze wyzierające spod żelaznych hełmów stanowią przerażający widok. Wszystko razem przypomina koszmarny sen, a Ansgar czuje się bezsilny, świadom, że nie może nic zrobić, aby wpłynąć na sytuację. Jakże pragnąłby oswobodzić Gydę... jakże pragnąłby pomóc Gro i Arnvidowi. Łącząca ich miłość rzuca się w oczy, co Ansgarowi po raz kolejny boleśnie przypomina o tym, co sam kiedyś miał i utracił - Gunnę...
- Zaczynajcie! - Finngard zdecydowanym ruchem głowy daje znak wojownikowi, któremu powierzono rolę mistrza ceremonii zaślubin.
Mężczyzna niepewnie zerka to na Finngarda, to na Gydę. Od kiedy przybyli do Elgtun, w długim domu dużo się mówiło o rządach Finngarda. Zdaje się, że przywódca stracił rozsądek, którym zazwyczaj się kieruje - nie zostało mu już bodaj krzty szacunku dla bogów.
Mistrz ceremonii mamrocze formułkę, a Finngard niecierpliwie go popędza, gdy ten przez sekundę się wa-
ha. - Wiesz, co masz mówić - prawie krzyczy, świdrując wojownika twardym wzrokiem. Podwładny wyrzuca z siebie ostatnie słowa: dobrze wie, do czego może doprowadzić furia Finngarda, jeśli on natychmiast nie weźmie się w garść. Z ręki hovdinga niejeden mąż zginął tylko dlatego, że wzbudził jego irytację.
Skończywszy wreszcie, mistrz ceremonii bierze głęboki wdech, po czym prosi, by Finngard i Gyda podali sobie ręce. Gyda ledwie unosi palec w stronę Finngarda, a on z wściekłością chwyta jej dłoń, ściskając do bólu.
Gyda z całych sił stara się nie okazywać, co czuje. Dłoń, którą Finngard miażdży między palcami, jest bezwładna, lecz sercem kobiety targa pragnienie, by zbuntować się przeciwko niemu. Czterej świadkowie kładą ręce na ich splecionych dłoniach.
Gdyby nie Torarin, Gyda nigdy by się na to nie zgodziła. Patrzy na syna zbolałym wzrokiem. Torarin cały czas kręci się i marudzi. Gyda zamyka oczy, próbując zebrać siły, po chwili znów otwiera je szeroko, żeby pochwycić spojrzenie Finngarda.
Finngard pochyla się lekko w jej stronę i mówi szeptem:
- Teraz jesteśmy ze sobą związani, Gydo, córko Asmun-da, a już za chwilę będziemy małżeństwem.
- To się nie liczy, Finngardzie - szepcze Gyda w odpowiedzi. - Każdy wie, że między zaręczynami a ślubem musi upłynąć trochę czasu.
- Kto by teraz martwił się o reguły i obyczaje! - parska Finngard. - Zaraz będziesz moją żoną, chcesz tego czy nie.
Gyda nie zniża się, by mu odpowiedzieć. Czuje tylko tępy ból w piersi i wie, że już się go nie pozbędzie.
Finngard podnosi głos, a jego słowa huczą Gydzie w uszach:
- Wiem, że nie ma tego w zwyczaju, lecz oto ogłaszam siebie i Gydę, córkę Asmunda, mężem i żoną.
Finngard puszcza dłoń Gydy, po czym odwraca się ku wojownikom. Przemawia do nich głośno i wyraźnie:
- W tej oto chwili nasze siły się pomnożyły. Teraz, gdy pojąłem Gydę za żonę, nic nas już nie powstrzyma. Mamy też syna bogów i wiedząc o tym, żaden wróg nie odważy się stawiać nam oporu. Ponadto obłaskawimy dziś wyższe moce ofiarami. - Finngard szczerzy się do Arnvida, który hardo wytrzymuje jego spojrzenie.
W ciągu ostatnich dni Geirbranda zajmowały inne sprawy niż ślub. Teraz ledwo może oderwać oczy od Gro i czuje, jak ogarnia go pożądanie.
- Wojownik, którego wybraliśmy na ofiarę dla bogów, nie powiedział jeszcze, kim jest - ciągnie Finngard. - Ale wyciśniemy to z niego, nim jego głowa trafi na pal.
Geirbrand zerka obojętnie na Finngarda. Hövding jest dziś zadowolony z siebie - któż by nie był po tak korzystnych zaślubinach. Geirbrand nie widział człowieka przeznaczonego na ofiarę, miał inne sprawy na głowie. Teraz przesuwa się nieco do przodu, żeby lepiej się przyjrzeć, i serce aż podskakuje mu w piersi, gdy wzrok jego pada na męża, którego Finngard wybrał dla bogów.
Bez zastanowienia Geirbrand toruje sobie drogę przez tłum, by zatrzymać się dopiero przed samym wodzem. Uśmiecha się złośliwie, wskazując Arnvida, i mówi:
- Tego męża nie trzeba męczyć, żebyśmy się dowiedzieli, kim jest, na ofiarę wybraliście bowiem samego Arnvida Leidulvssöna.
W pierwszej chwili Finngard chciał kazać pojmać Geirbranda za to, że przerwał jego przemowę, teraz jednak oniemiały wlepia oczy w Arnvida, który bez mrugnięcia wytrzymuje jego spojrzenie.
- Arnvid Leidulvsson! - Finngard otrząsnął już się z osłupienia, mówi głośno i szeroko gestykulując, rusza w stronę hovdinga. Teraz rozumie, dlaczego więzień jest tak dostojnie ubrany.
Szeroki uśmiech wykrzywia twarz Geirbranda, gdy
ten odwraca się w stronę Gro. Widząc jej przerażenie, ma ochotę wybuchnąć głośnym śmiechem. Wreszcie ukarał ich oboje za tamten dzień, kiedy Arnvid przeszkodził mu w wykorzystaniu głuchoniemej.
Finngard zatrzymuje się o krok przed Arnvidem. Stoi na szeroko rozstawionych nogach, ręce zwisają mu wzdłuż ciała. Brzuch i klatkę piersiową wypycha do przodu - jak prawdziwy mąż, którym w istocie jest.
- A więc mamy przed sobą członka rodu hovdinga? -Finngard gładzi sobie brodę. Po chwili odwraca się do Arnvida plecami i woła do wojowników: - Czyż nie sądzicie, że bogowie będą jeszcze bardziej zadowoleni, jeśli w ofierze złożymy im hovdinga?
- Tak! Zarżnijmy go, by dać jego krew wyższym mocom - rozlega się głos Geirbranda. Wojownik wygraża pięścią Arnvidowi, który stoi z wysoko podniesioną głową.
- A gdzie jest reszta drużyny? - Finngard gwałtownie odwraca się do Arnvida.
- Dlaczego wyobrażasz sobie, że ci to zdradzę? Jesteś głupszy, niż myślałem, Finngardzie.
- Popatrzmy... - Finngard woła z podłym uśmiechem: - Ukarzę go, ilekroć odmówi rozmowy. Bogowie przysłali nam Arnvida Leidulvssona, abyśmy tak właśnie postąpili. Hövding posiada informacje, które mogą nam się przydać w dalszej walce.
Finngard daje znak dwóm wojownikom pilnującym ofiar. Chwytają Arnvida, by ni to zawlec, ni to doprowadzić go do ołtarza ustawionego przed posągami bogów.
- Rozwiązać mu ręce!
Arnvid rozmasowuje sobie nadgarstki, gdy zdjęto z nich sznur. Z wyższością spogląda na Finngarda. Nawet w niewoli wygląda dostojnie.
- Połóż na ołtarzu lewą dłoń!
Arnvid ani drgnie.
- Nie słucham rozkazów człowieka twojego pokroju, Finngardzie.
Wystarczy skinienie głowy Finngarda, a już jeden z pilnujących Arnvida wojowników wykręca mu prawą rękę na plecach, drugi tymczasem chwyta lewą i przyciska do ołtarza.
Finngard wyciąga nóż z pochwy. Gładzi klingę i przesuwa palcem po ostrzu... na jasnej skórze pojawia się stróżka krwi, a on uśmiecha się złośliwie.
- Rozsuńcie mu palce. Nie chcę obciąć wszystkich za jednym razem.
Palce Arnvida zostają rozsunięte. Więzień cały czas hardo patrzy Finngardowi w oczy.
- Możesz uniknąć bólu, Arnvidzie. Powiedz nam, gdzie przebywa Neri, a oszczędzę cię.
- Czy ty byś zdradził, gdzie są twoi towarzysze broni, gdyby cię do tego zmuszano?
Finngard nie odpowiada, lecz uśmiech, który wykrzywia mu wargi, zdradza jego podstępną naturę.
Ostrze noża dotyka małego palca. Arnvid spodziewa się bólu i ze zdziwieniem stwierdza, że nic nie czuje: palec leży obok dłoni, lecz ból nie przychodzi. Krew spływa na ciemne drewno. Arnvid nie może pojąć, co się dzieje. Spogląda w stronę, gdzie jeszcze przed chwilą stała Gro, lecz jej nie dostrzega.
- Mów! - Finngard przykłada nóż do jego palca serdecznego.
- Nie możesz mnie zmusić! Nigdy nie zdradzę, gdzie ukrywają się moi ludzie.
Gro z rozpaczy odchodzi od zmysłów. Usiłuje przecisnąć się przez tłum, lecz przytrzymują ją silne męskie ręce.
Na samym przedzie skłębionego tłumu wojowników stoi Geirbrand. Słysząc za sobą hałas, odwraca się i widzi szarpaninę Gro. Szybko podchodzi do niej: - A więc chcesz z bliska zobaczyć, co się dzieje - syczy, po czym łapie ją za włosy i ciągnie przez tłum.
Eldfrid przygląda się, jak Geirbrand traktuje córkę hovdinga. Nigdy nie reagowała w ten sposób, ale od kiedy
Finngard wziął ją siłą, stała się bardziej wyczulona. Geirbrand jest złym człowiekiem i Eldfrid pokłada w bogach nadzieję, że pewnego dnia spotka go kara, na jaką zasługuje. Waśnie między kobietami to osobna sprawa, ale mężczyzna, który twardą ręką traktuje płeć słabą, powinien zostać surowo ukarany, zwłaszcza jeśli nie jest zamieszany w walkę, jak ona sama.
Gdy Geirbrand wraz z Gro wychodzą na otwartą przestrzeń, głuchoniema kobieta pozwala, by Torarin zsunął się jej po udzie z biodra. Dziecko upada w śnieg. Chwilę trwa, nim chłopiec zda sobie sprawę z własnej wolności, ale zaraz możliwie najprędzej goni ciotkę na czworakach.
Geirbrand jest brutalny, ale Gro zaciska zęby. Łzy tryskają jej z oczu, lecz przyczyną tego jest ból innego rodzaju, nie fizyczny. Kobieta myśli o Arnvidzie i mękach, jakie on musi znosić. Miłość pali ją niczym rozżarzone żelazo, gdy szuka jego wzroku.
Arnvid nie przypomina sobie, by kiedykolwiek wcześniej tak cierpiał. Stracił już dwa palce, a na dodatek Gro jest traktowana jak zwykła prosta niewolnica. Hövding na chwilę zapomina o własnej bezsilności i rzuca się na Geir-branda, lecz natychmiast stają przy nim strażnicy, by bezlitośnie zaciągnąć go z powrotem do ołtarza... przyciskają jego zmasakrowaną dłoń do drewna. Arnvid nie może już zapanować nad bólem. Krzyczy... i jest to krzyk śmiertelnie zranionego zwierzęcia.
Jego krzyk wyrywa Gydę z odrętwienia. Jak w transie znosiła tortury Arnvida, a teraz dociera do niej też, jak traktują Gro - lecz reaguje dopiero na widok Torarina, który raczkując, zbliża się do ołtarza.
W pierwszym odruchu chce pobiec, by przerwać to, co się dzieje, lecz nie zdąża przejść nawet kilku kroków, gdy pojawia się przy niej Asa. Stara kobieta kładzie jej ręce na ramionach i mocno zaciska palce, wbijając jej w oczy nieugięte spojrzenie.
- Nie, Gydo! To nie twoja sprawa.
Gyda czuje, jak szarpią nią tysiąckrotnie spotęgowane siły, lecz z jakiegoś niepojętego powodu stoi w miejscu. Czuje wyraźnie, że przytrzymuje ją nie tylko Asa: nie, to o wiele silniejsze moce.
- Trzymajcie jego rękę nieruchomo! - grzmi Finngard. - A ty co tu robisz? - pytanie skierowane jest do Geirbranda, który pojawił się u jego boku. - Dlaczego tak traktujesz kobietę?
- Ta kobieta sama była kiedyś składana w ofierze. Wywinęła się, ale teraz zobaczy, jak to jest z tymi, którym się nie upiekło - głos Geirbranda drży. Czuje, że szarpie nim wściekłość i zawiść. Gro jest tak dalece pochłonięta Arn-videm Leidulvssonem, że jego nawet nie zauważa... jego, Geirbranda, który został niegdyś wybrany, aby dołączyć do drużyny Kjelda Nieustępliwego, a który teraz należy do potężnej świty Finngarda.
Finngard śmieje się pogardliwie. Nie podoba mu się, że Geirbrand na tak dużo sobie pozwala, ale wojownik zostanie ukarany, gdy tylko on upora się z Arnvidem.
Pochyla się, zbliżając usta do ucha hovdinga. Dla Arnvida te słowa mógłby równie dobrze wysyczeć wąż.
- Czy Neri i towarzyszący mu ludzie warci są, by za nich umierać? Czyż nie lepiej by było przyłączyć się do nas?
- Przemawiasz, jakbyś miał rozdwojony język, Finngar-dzie. Jak mam nazywać siebie wojownikiem, gdy odcinasz mi palce? I jak mam wierzyć ci na słowo? Chcesz mieć w swojej drużynie człowieka bez palców?
Finngard wybucha głośnym śmiechem... śmiechem opętańca. Podnosi wysoko jedną rękę. Wszyscy widzą, że brakuje mu dwóch palców.
- Czy mnie można zaliczyć do złych wojowników, Arnvidzie Leidulvssonie? Potrafię się bić jak każdy inny mąż, a moi ludzie pójdą za mną w ogień. O nie, ja nie przegrywam!
Jeden z wojowników trzymających Arnvida łapie go za kark i mocno ściska. Więzień wbija wzrok w Gro, która stoi
przy Finngardzie i Geirbrandzie. Przed oczami zaczynają mu tańczyć mroczki. Ból jest nie do zniesienia, a on traci niemało krwi. Mimo to jednak woła mocnym głosem:
Nawet bogowie nie zmuszą mnie, by pójść za człowiekiem takim jak ty, Finngardzie, a dowództwa nad swoimi ludźmi nigdy nie przekażę w twoje ręce! W przeciwieństwie do ciebie nie jestem łotrem. Jesteś zdrajcą, własnym towarzyszom wbijesz nóż w plecy, jeśli tylko nadarzy ci się po temu okazja.
Jego słowa z niezwykłą mocą dźwięczą w mroźnym powietrzu, a ludzie Finngarda wymieniają niespokojne spojrzenia. O tym, co Arnvid właśnie powiedział, rozmawiali już między sobą. Czy Finngard jest właściwym człowiekiem, by dowodzić nimi w nadchodzącej bitwie? Ci, którzy byli przy nim, gdy z zimną krwią zamordował jednego z towarzyszy broni tylko dlatego, że ten wypowiedział słowa, które nie spodobały się wodzowi, mówili o hańbie. Ilu jeszcze spośród swoich Finngard pośle do królestwa zmarłych? A co na to bogowie? Co, jeśli on nadal będzie się przeciwko nim buntował? Ani jeden człowiek w całej drużynie nie czuje się pewnie, stojąc tak i obserwując scenę przed świątynią, posągi bogów zaś nigdy dotąd nie wyglądały tak groźnie.
Eldfrid od początku stała w pierwszym rzędzie. Nie umknęło jej ani jedno słowo czy jeden gest i widzi, jakie wrażenie słowa Arnvida wywarły na wojownikach. Teraz wielu z nich jest niespokojnych. Wojowniczka uśmiecha się z zadowoleniem, ciężar ciała przenosząc na jedną nogę. Wkrótce nadejdzie jej czas.
Finngard był zbyt zajęty, by zwrócić uwagę na Torari-na. Chłopiec podpełzł pod sam ołtarz. Kładzie rączki na grubym pniu. Przez chwilę jakby zbierał całą siłę woli i oto nagle staje na chwiejnych nogach, wciąż przytrzymując się drewnianej podpory. Mimo że to dla niego nie lada dokonanie, malec się nie uśmiecha. W jego dziecięcej twarzy jest jakaś osobliwa dorosłość, a wszyscy, którzy na niego patrzą, dostrzegają tę siłę.
- Najlepiej zrobisz, odpowiadając na moje pytanie, Arnvidzie Leidulvssonie!
Finngard odwraca się gwałtownie ku hovdingowi, który teraz klęczy przy ołtarzu.
- Obetniemy wszystkie palce tym... - nagle zamiera mu głos. Jak skamieniały wpatruje się z niedowierzaniem w ołtarz. Tam... tam stoi syn bogów. - Kto pozwolił mu tu przyjść? - ci, którzy dobrze znają Finngarda, słyszą lekkie drżenie w jego głosie. On sam czuje, że zaraz straci panowanie nad sobą.
- Bogowie! - Eldfrid widzi teraz szansę, żeby wkroczyć do akcji. Występuje przed szereg i staje między nimi niby mroczna zjawa. Przemawiając, zwraca się tyleż do Finngarda, co do całej drużyny. - Teraz posunąłeś się za daleko, Finngardzie! Czyż nie widzisz, że bogowie okazali niechęć wobec twojego postępowania? Doprowadzeni do ostateczności, postanowili pozwolić, aby syn bogów wyraził ich niezadowolenie.
- Zamknij się, Eldfrid. Jakim prawem się wtrącasz? Na kobiecie takiej jak ty niespecjalnie można polegać. -Finngard wściekle mruży oczy i rusza ku niej na sztywnych nogach.
Eldfrid ściska nóż, a wzrok, który napotyka spojrzenie hovdinga wojowników, pełen jest lodowatego chłodu. Ciągnie swoją przemowę, teraz jednak jej słowa przeznaczone są dla wojowników, którzy w napięciu śledzą przebieg wydarzeń..
- Choć zawsze sam uważasz się za najpotężniejszego, nie możesz sprzeciwiać się bogom. Nie dostrzegasz ingerencji wyższych mocy? Nic nie wydarzyło się bez powodu. Bogowie przyprowadzili mnie do twojej drużyny, dopuścili ninie wręcz do twojego łoża. Jak myślisz, Finngardzie, co chcieli przez to osiągnąć?
Eldfrid wbija w niego wzrok, a Finngard czuje, jak władza wyślizguje mu się z rąk. Cedzi przez zęby:
- Nie tryskaj już więcej jadem, Eldfrid. Teraz zrobię
to, co powinienem był zrobić, gdy dźgnęłaś mnie nożem... poślę cię do Hel...
Nad tłumem unosi się niespokojny pomruk. Wszyscy z szacunkiem patrzą na wojowniczkę, która ma odwagę przeciwstawić się napawającemu lękiem wodzowi. Jest mądra, bojowa i nieugięta. Nikt nie myśli o tym, że jest kobietą. W najstraszniejszych bitwach Eldfrid walczyła jak mąż... śpi razem z nimi w długim domu, a na języku ma więcej przekleństw niż którykolwiek z nich. Poza tym od jakiegoś już czasu wyczuwało się w powietrzu, że to właśnie ona bardziej niż kto inny pragnie przejąć władzę.
- Teraz bitwa dobiega końca.
Gyda niewyraźnie pojmuje słowa Åsy... Nigdy aż tak się nie bała. Szumi jej w uszach, wszystko zaś widzi tak, jakby świat zasnuła mgła Nilfheimu. Wzrok Gyda utkwiła w Torarinie, który całkiem pewnie stoi wyprostowany przy ołtarzu. Torarin jest spokojnym chłopcem, nigdy nie próbował stanąć na nogi. Czy to moc bogów daje mu taką siłę? Åsa powiedziała, że nie do niej należy opanowanie sytuacji, i Gydę przepełnia głęboki szacunek, gdy dociera do niej, że oto jej syn przejął pałeczkę.
2
Arnvid patrzy na Finngarda i Eldfrid przytępionym wzrokiem. W pewnym sensie żałuje, że się między sobą poróżnili. Wie, jak nikczemna jest myśl, iż lepiej byłoby tego wszystkiego uniknąć poprzez śmierć, ale ból szarpiący dłoń jest nie do zniesienia. Gdyby chociaż nie był przy tym chory. Siły opuszczają go prędko i zauważalnie. Spostrzega, że Gro wyrywa się z rąk Geirbranda i biegnie w jego stronę. W tym momencie osuwa się na śnieg.
Dwaj mężczyźni, którzy pilnowali Arnvida, z satysfakcją nie robią nic, by pomóc hovdingowi wstać. Całą ich uwagę pochłania starcie między Finngardem i Eldfrid.
Geirbrand zostawia Gro w spokoju. Wzrok wbija w bohaterów utarczki.
- Bogowie wybrali nowego przywódcę tej drużyny! -Eldfrid ciągnie walkę na słowa, wie jednak, że wkrótce przyjdzie pora na starcie innego rodzaju. Finngard dobył teraz miecza, a ona bacznie pilnuje, żeby nie wejść w pole rażenia ostrej klingi.
- Drużyna długo była pod moimi rozkazami, a kobieta nie jest godna takiego zadania.
- Spytaj swoich ludzi, Finngardzie. Spytaj ich... - Eldfrid z chytrym uśmiechem rzuca przelotne spojrzenie na bojowników.
Finngard prostuje plecy. Wbija wzrok w Eldfrid, wołając:
- Brać ją! Zabić wojowniczkg^której się wydaje, że ma nade mną władzę. Ja, który^^i^^i^bitwie poprowadziłem was do zwycięstw^^^yfti&pps^ żeby kobieta Przejęła dowództwo. /
Słowa Finngarda rob|^aj^^fl^ć SilM wrażenie, lecz ani jeden wojownik się i^e^us2&'6^g^/jest sam... ich
jest wielu, a prawdopodobieństwo, że Eldfrid wygra tę potyczkę, jest wcale nie mniejsze niż to, że wygra ją on.
- Widzisz? Twój czas się skończył!
Finngardowi z trudem przychodzi zachowanie pewnej siebie miny. Od jakiegoś już czasu wyczuwał, że wojownicy żywią wątpliwości co do niego w roli przywódcy, choć ich lęk przed władzą jest wielki - nigdy jednak nie sądził, że odwrócą się od niego na rzecz kobiety.
- Okaże się, które z nas jest silniejsze, Eldfrid - obiema rękami ściska rękojeść miecza, zbiera się w sobie. Jego wzrok świdruje stojącą przed nim wojowniczkę.
Eldfrid odrzuca na plecy swoje długie kędziory. Nawet w furii jest piękna. Włosy tuż nad czołem pokrył szron, a jej twarz pobladła... Zielone spojrzenie bez lęku napotyka wzrok Finngarda. Kobieta uśmiecha się zuchwale i gwałtownym ruchem dobywa miecza.
- Głupio zrobiłeś, wyrzucając mnie ze swojej alkowy. We dwoje mogliśmy podporządkować sobie wybrzeże... we dwoje mogliśmy zająć większe połacie Midgardu, niż-byś sobie zamarzył, Finngardzie.
- Jesteś zachłanna. Nigdy bym się z tobą nie podzielił - Finngard uśmiecha się podle.
Eldfrid nie odpowiada. Cała jej uwaga skupia się teraz na walce.
Cios miecza pada nagle i z wielką siłą. Eldfrid wciąga brzuch i uskakuje w tył. Chłód wdziera się gwałtownie przez dziurę, jaką ostrze Finngarda zrobiło w jej sukni. Krew w żyłach natychmiast zaczyna szybciej krążyć. Wojowniczka zaciska zęby i cały świat poza Finngardem prze-staje dla niej istnieć, gdy z głośnym krzykiem unosi miecz, by zadać cios.
Słowa, jakie Finngard wyrzuca z siebie, kiedy ostrze trafia go w ramię, nie należą do pięknych. Przeklina siebie i własną słabość. Z niejednej bitwy wyszedł zwycięsko, co do tej potyczki ma jednak złe przeczucia. Eldfrid jest silna i ma poparcie całej drużyny. .
Finngard jeszcze raz unosi miecz i puszcza się biegiem ku niej. Eldfrid rzuca się plecami na ziemię, przyciąga kolana do piersi, by natychmiast z całą mocą wyprostować nogi, stopami uderzając go w brzuch. Zamiary Finngarda idą wniwecz, gdy przelatuje ponad ciałem Eldfrid i ląduje na plecach w śniegu.
Wszyscy w osłupieniu patrzą, w jak nieznacznym stopniu suknia krępuje jej ruchy, gdy oto kobieta równie żwawo jak Finngard staje na nogi.
- Zaczynasz się starzeć, Finngard. Oddaj władzę dobrowolnie, a unikniesz hańby.
Finngard parska głośnym, ochrypłym śmiechem, przeszywającym do szpiku kości. Momentalnie poważnieje.
- Gadasz jak baba, którą jesteś. Każdy wie, że z wiekiem człowiek robi się silniejszy, a starcem jeszcze nie jestem. Zrób użytek z tej odrobiny rozumu, którą masz pod czaszką, i zaprzestań walki. Z całą pewnością znajdziesz sobie jakąś drużynę, do której będziesz się mogła przyłączyć.
- Tak, ta drużyna stoi właśnie za moimi plecami.
Kolejny cios ze strony Finngarda. Eldfrid odskakuje tym razem w bok. Obiema rękami trzyma rękojeść miecza, a okamgnienie, gdy leci w powietrzu, okazuje się śmiercionośne dla jej przeciwnika. Jedną z największych zalet Eldfrid jest zwinność: oto z całą mocą wykonuje pchnięcie. Ostrze zagłębia się w brzuchu Finngarda.
Finngard z niedowierzaniem wlepia oczy w ranę, jaką 2adała mu wojowniczka. Tryska krew. Dłoń trzymająca ociecz rozluźnia uścisk, broń upada w śnieg. Mężczyzna bez słowa osuwa się na ziemię u stóp Eldfrid.
W piersi Eldfrid serce wali jak opętane. Pokonała Einngarda, lecz niebezpieczeństwo jeszcze nie minęło. Szybko omiata wojowników spojrzeniem: czy któryś pragnie go Pomścić? Wielu z nich od dawna towarzyszyło hovdingowi, a°na jest, jak powiedział Finngard... kobietą.
~ Finngard padł od mojego miecza! Bogowie od dłuż-
szego czasu usiłowali przeszkodzić hovdingowi, teraz oto obdarzyli mnie siłą, aby go pokonać. Idźcie za mną, a bogowie spojrzą na nas łaskawie. Patrzcie... sięgam po dowód swojego zwycięstwa - Eldfrid pochyla się i chwyta należący do Finngarda młoteczek Tora. Urywa go krótkim szarpnięciem, po czym unosi wysoko nad głową.
Zapada cisza, która zdaje się trwać całą wieczność. Eldfrid zaciska dłoń na rzemieniu tak mocno, że aż bieleją jej knykcie. Spróbowała szczęścia, atakując Finngarda. Podobnie jak wielokrotnie wcześniej i tym razem postanowiła posłuchać instynktu. Błaga bogów, aby jej decyzja okazała się właściwa.
Geirbrand jako pierwszy unosi miecz wysoko ku ciemnemu niebu, po nim jeszcze kilku innych mężów. Eldfrid tak intensywnie wpatruje się w wojowników, że szczypią ją oczy, i trudno jej ukryć, że czuje wielką ulgę, gdy oto wszyscy unoszą broń. Tym gestem uznają ją za swojego przywódcę.
Eldfrid odwraca się do Gydy. Jej piękne usta rozciąga teraz szeroki uśmiech zadowolenia. Gyda patrzy na nią z pozornym spokojem, lecz w głębi duszy czuje się, jakby szalało w niej wzburzone morze. Eldfrid zabiła Finngarda, uwalniając tym samym Gydę z więzów, które z całą pewnością powoli, lecz nieodwołalnie zdusiłyby w niej iskierkę życia. Gyda powinna czuć się spokojna, gdy jednak patrzy teraz w upojoną zwycięstwem twarz wojowniczki, pojmuje, iż nadchodzący czas okaże się przynajmniej równie trudny jak ten, który właśnie się skończył.
Nikt nie zauważa, kiedy Torarin puszcza się ołtarza, by znów stanąć na czworaka. Chłopiec spokojnie podpełza do Gro i Arnvida. Hövding leży z głową na kolanach głuchoniemej, która bardzo mocno obwiązała mu dłoń taśmą od fartucha - choć najwyraźniej niewiele to pomaga. Z kikutów nadal płynie krew.
Pulchne rączki Torarina dotykają ramienia Gro. Kobieta przyciąga chłopca do siebie: on jest dla niej pociechą.
- Zaczynamy tam, gdzieśmy przerwali! - Eldfrid rusza w stronę ołtarza, lecz na widok tych trojga zatrzymuje się w pół kroku. Fakt, że Torarin poszukał schronienia przy Arnvidzie i Gro, każę jej się zastanowić. Czyżby to znak od bogów? Znak, że życie Arnvida należy oszczędzić? Podejmuje błyskawiczną decyzję. Przed chwilą zginął Finngard. Czy stało się tak dlatego, iż jego działanie zostało źle przyjęte w Asgardzie?
Oczy wszystkich zwracają się ku Eldfrid, gdy ona ponownie przemawia do nich.
- Arnvid Leidulvsson nie zostanie tej nocy złożony w ofierze. Teraz, kiedy hövding wojowników nie żyje, nie potrzeba już przebłagiwać bogów, aby małżeństwo Finngar-da z Gydą było szczęśliwe. Ofiara z człowieka jest całkowicie zbędna, zresztą popatrzcie na niego... - mierzy palcem wskazującym w na pół omdlałego Arnvida. - Ten człowiek nie nadaje się na ofiarę dla bogów, podobnie zresztą jak siedząca przy nim kobieta. Åsmund próbował się z nią rozprawić, ale moce jej nie chciaty, nawet jeśli początkowo sobie tego życzyły. Oto dwa wyrzutki rodzaju ludzkiego. Nie nadają się do Midgardu... ani do Asgardu... Nie chcę ich więcej oglądać. Zabrać ich do domu, ale syn bogów zostanie tutaj i będzie świadkiem ceremonii.
Ostatnie słowa Eldfrid zmuszają Gydę do działania. Suknia faluje wokół jej kostek, gdy kobieta pędzi do Tora-rina. Łagodnie, lecz zdecydowanie odbiera syna z ramion Gro. Siostry, wymieniają zbolałe spojrzenia. Obie zaznały cierpienia... współczują sobie nawzajem... obie są bezsilne...
- Wracamy do składania ofiary. Przyprowadzić konia!
Gro stoi teraz plecami zwrócona do zgromadzenia. Usiłuje podnieść Arnvida na nogi, gdy nagle spostrzega, co się dzieje. Fjell staje dęba, rży... przednie kopyta młócą powietrze niby pałeczki bębniarza.
- Nie! - rozlega się krzyk, jakby głos Gro wydarł się z gardła Gydy.
Eldfrid rzuca bliźniaczkom pogardliwe spojrzenie.
- Bogowie muszą dostać ofiarę - ucina.
Gro ledwie może utrzymać się na nogach, gdy Fjella stawiają przy ołtarzu. Chce krzyknąć, lecz jęk więźnie jej w krtani. Kobieta próbuje podejść do konia, gdy nagle łapie ją Geirbrand.
Eldfrid odpina sztylet od pasa Finngarda, następnie zaś na sztywnych nogach rusza ku ofiarnemu zwierzęciu. Fjell to znakomity koń, wojowniczka jednak nie waha się ani przez sekundę, szybkim ruchem topiąc żelazne ostrze w zagłębieniu szyi wierzchowca.
Świat czernieje w oczach Gro, gdy Fjell osuwa się na kolana. Krew barwi śnieg na czerwono, napełnia kadź ofiarną. Jak przez mgłę głuchoniema widzi wojowników pochylających się nad koniem, by go oprawić. Mięso Fjella nakarmi dziś drużynę Eldfrid.
- Wkrótce będziemy na miejscu.
- Wiem - Odd Dzikus patrzy na plecy człowieka przed sobą. Neri nie wystaje wysoko nad zbocze i jest prawie naj-szczuplejszy ze wszystkich, ale o tempie, w jakim maszeruje, nie można powiedzieć złego słowa.
Twarda warstwa lodu leży pod świeżym śniegiem, ale i tak trudno się idzie. Odd jest ciężki, co chwila więc stopy zapadają mu się w zmarzlinę. Jego tobołek zawiera przede wszystkim ubrania, wziął jednak także swój oszczep i nóż.
Neri jest niespokojny. Zejście z góry zajęło im zdecydowanie zbyt dużo czasu. Już pora święta i całkiem prawdopodobne, że we dworze hovdinga uroczystości już zakończono. Neri sam nie rozumie, dlaczego tak się uparł na to święto, ale ma wrażenie, jakby wewnętrzny głos akurat teraz przestrzegał go przed okrutnymi czynami. Zastanawia się, dlaczego wszystko tak dziwnie się ułożyło. Najpierw Arnvid, Neri oraz ich drużyna opuścili Elgtun, żeby dostać się na lepszą pozycję powyżej oddzia-
łu Finngarda, lecz ich szlaki się skrzyżowały i oto hövding wojowników mógł zająć Elgtun z taką łatwością, z jaką odbiera się dziecku zabawkę. A teraz spóźniają się na święto. Neri ze złości zaciska pięści na myśl o wszystkich popełnionych przez siebie błędach. Zawsze był uznawany za wielkiego wojownika, wyliczywszy jednak swoje potknięcia, zaczyna wątpić we własne zdolności.
Dreng wlecze się z tyłu za Nerim i Oddem. Jest zamyślony. Podobnie jak Neri miał zamiar pozostawić Odda samemu sobie, gdy tylko dotrą do dworu, teraz jednak w jego głowie zrodziły się nowe plany. Wsuwa rękę pod kamizelę z owczej skóry. Tam, przyciśnięta do jego piersi, znajduje się broń, a on ma silne przeczucie, że wkrótce jej użyje. Mruży oczy tak, że widać tylko wąskie szparki, i wbija wzrok w ledwo widoczne w ciemności szerokie plecy Odda.
Ostrożnie posuwają się naprzód, są coraz bliżej dworu hovdinga. Wprawdzie panuje mrok, to jednak nie wyklucza ryzyka, iż dostrzeże ich ktoś ze straży.
Wreszcie stają na wzniesieniu powyżej Elgtun.
- Dalej nie mogę ci towarzyszyć, Odd. - Neriemu jest ciężko na sercu. Niedługo obcował z Oddem Dzikusem, lecz zawsze lubił tego niezwykłego męża.
- W porządku, Neri. Długi czas dawałem sobie radę na własną rękę, a mój kres jeszcze nie nadszedł.
Odd Dzikus upuszcza tobołek na śnieg i rozpina rzemienie opasujące płótno żaglowe. Następnie rozpościera tkaninę i poczyna czegoś szukać wśród swoich rzeczy.
Dreng i Neri z zainteresowaniem śledzą każdy jego ruch. Garbaty samotnik zdejmuje płaszcz, po czym kładzie go na śniegu.
- Nie będzie mi już potrzebny - mówi krótko.
Później bierze ze swojego tobołka duży kawał materiału: jeszcze jeden płaszcz; mimo ciemności wyraźnie widać błękitną barwę tkaniny. Gdy zarzuca go na ramiona i zapina okrągłe klamry, miga złoty haft.
- Płaszcz Odyna jest błękitny - wyjaśnia Odd z uśmiechem.
Neri kiwa głową. Podoba mu się ten sposób myślenia: o jednookim garbusie ludzie mogą sobie mówić, co chcą, ale oleju w głowie mu nie brak.
Odd dalej rozgrzebuje swoje rzeczy. W końcu znajduje duży pierścień, który nawleka na rękaw koszuli... aż po biceps.
- Bez Draupne Odyn nie jest sobą - chichocze.
- Ale z twojej obręczy chyba nie kapią złote pierścienie? - Neri nie może się powstrzymać od tego komentarza.
- Nie, ale chciałbym, żeby tak było - wzdycha Odd, po czym zwija żaglowe płótno. - Tylko bogowie wiedzą, jak się to wszystko skończy, Neri, a ja zrobię, co w mojej mocy - Odd w miarę możliwości prostuje plecy, lecz garbu nie da się ukryć.
Ma wrażenie, jakby upłynęła już cała wieczność, choć przecież Neri i Dreng do jego jaskini przyszli dopiero wczoraj wieczorem. Teraz oto stoi tu, gotów, by ruszyć w dół, do siedziby wroga. Odd dość słyszał o Finngardzie, aby wiedzieć, że czeka go niełatwe zadanie. Plan Neriego polegający na tym, że Odd będzie udawał samego Odyna, bynajmniej nie jest bezpieczny.
Dreng pochyla się, by podnieść oszczep, który Odd do tej pory niósł przy sobie. - Liczę, że weźmiesz go ze sobą?
- Gungnir należy do broni paradnej boga wojny i podejrzewam, że Finngard i jego wojownicy będą go bardzo wypatrywać.
