Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Gyda i Torarin przybyli do nadmorskiej osady. Córka h?vdinga ma nadzieję, że uda im się popłynąć do Jotungard na jednym z wielu statków cumujących przy nabrzeżu. Tymczasem szaman Duvdi i jego kobieta mają wobec Gydy i Torarina zupełnie inne plany. Boski syn ma zostać kolejnym noaide. Para Lapończyków nie zawaha się użyć żadnych środków, żeby tylko dostać chłopca w swoje ręce. Arntor również przybywa do osady. Czy zdąży spotkać się z ukochaną, zanim spiskowcy zrealizują swój plan? Bliscy, których rozdzielił los, zrobią wszystko, żeby być znów razem, lecz nikt nie umknie swojemu przeznaczeniu.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kartuzach
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 257
Rok wydania: 2008
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
/.o ESTSELLER OD CZASU SAGI O LUDZIACH LODU
magiczna o p o w i c ś ć
WYBRANKA
BOGOW
Przeznaczenie
magiczna^opowieść
JANE MYSEN
tom 22.
PRZEZNACZENIE
Przełożyła Milena Skoczko
Tytuł oryginalny serii: Utvalgt av gudene
Tytuł oryginału: Lagnadsm0te
Tłumaczenie z oryginału: Milena Skoczko Ilustracja na okładce: Anita Våmartveit Projekt okładki: Elipsa Sp. z o.o.
Korekta: Maciej Korbasiński Skład: Elipsa Sp. z o.o.
© J. W. Cappelens Forlag a.s 2000
Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z 0.0. All rights reserved
ISBN 978-83-61226-21-5
Elipsa Sp. z 0.0.
01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37
tel./fax +48 (22) 833 38 22
MW
INFORMACJE S (0 22) 624 16 07
Tłumy ludzi z nieukrywaną ciekawością przyglądają się barwnemu korowodowi, który wkracza do osady. Na jego czele, ze śmiertelnie poważną miną, idzie jeden z miejscowych wartowników. Nigdy nie wiadomo, co się może wydarzyć, gdy tylu przybyszów zjawia się równocześnie w obcym miejscu.
Za strażnikiem podążają dwaj mężczyźni słusznej budowy ciała, niosąc na noszach starego człowieka. Starzec siedzi ze skrzyżowanymi nogami, a jego dłonie spoczywają nieruchomo na spiczastych kolanach. Jego palce są długie, a paznokcie krótko obcięte. Cienkie, srebrnosiwe włosy spływają mu z przodu na piersi i sięgają aż do ud, natomiast brodę ma zupełnie zgoloną.
Nie mniejsze zainteresowanie niż wygląd mężczyzny wzbudza jego niezwykły strój. Chude ciało okrywa długa, zielona tunika obszyta prostą krajką.w kolorach żółtym i niebieskim, a na zapadniętej klatce piersiowej wisi mnóstwo srebrnych i drewnianych ozdób. Dopełnieniem stroju jest szeroki pierścień z mosiądzu, zdobiący środkowy palec lewej dłoni.
Wzrok starego człowieka utkwiony jest w coś, co znajduje się przed nim, a czego ludzie nie mogą zobaczyć. I jak zawsze, kiedy doświadcza się rzeczy, których nie sposób wyjaśnić, ludzie stają się podejrzliwi i nieufni.
Obok noszy idzie kobieta. Ona również jest stara, a fałdy tłuszczu przelewają się ciężko na jej ogromnym ciele. Jasnoniebieskimi oczami patrzy tępo przed siebie, jej nieobecne spojrzenie świadczy wyraźnie o tym, że kobieta nie jest zdrowa na umyśle. Jej suknia ma odcień bladoniebieski, jest uszyta z grubego płótna i wygląda równie staro co jej właściciel-
ka. Kobieta powłóczy nogami, opierając się ciężko o kij, który trzyma w ręce.
Za tym czworgiem ludzi, którzy tworzą forpocztę, podąża tłum dzieci, dorosłych, młodszych i starszych, i jedna kobieta, która poza starcem na noszach przyciąga najwięcej ciekawskich spojrzeń.
Kobieta jest zjawiskowo piękna. Wygląda jak prawdziwa bogini. Gęste, jasne włosy falują wokół dumnej postaci, sięgając jej aż do pasa. Wysokie czoło zdobi piękna, czerwono--czarna przepaska. Jej nos jest prosty, rysy twarzy regularne, a wargi pełne. Suknia, którą ma na sobie, również wzbudza zachwyt, głównie za sprawą koloru. Soczysta czerwień w połączeniu z lisim futrem okalającym brzegi stroju robi kolosalne wrażenie.
W jednej ręce trzyma laskę. Z daleka widać, że to kosztowne cacko. Łykowate drewno jest wysadzane drogimi kamieniami, które błyszczą w promieniach słońca. Dookoła talii ma zawieszony szeroki pas ozdobiony piękną sprzączką. Rzemień zwisa z przodu sukni, między jej udami, i jest zakończony srebrnym okuciem na wzór pochwy miecza.
Gyda ściąga wodze tak mocno, że aż bieleją jej kostki u rąk. Stara się zachować spokój, ale jej oczy z niepokojem rozglądają się na prawo i lewo. Tego dnia muchy są wyjątkowo uciążliwe, ale Gyda w ogóle nie zwraca na nie uwagi. Przez cały czas zastanawia się, co ich tutaj spotka. Strach chwytają za gardło, nie pozwalając zebrać spokojnie myśli. Na razie nie dzieje się nic, co mogłoby świadczyć o grożącym im niebezpieczeństwie, ale Gyda wie, jak szybko sprawy mogą przybrać niekorzystny obrót.
Torarin siedzi przypięty do końskiego grzbietu. Opiera się plecami o dużą sakwę i poważnym wzrokiem śledzi wszystko, co się wokół niego dzieje. Wyczuwa niepokój matki, lecz on sam czuje wyłącznie ciekawość. Jego brązowe oczy nie szukają niczego szczególnego, czasem jednak jego wzrok zatrzymuje się na tym lub owym. Torarin nie jest świadomy tego, że jego wygląd wzbudza sensację. Nie domyśla się, że złoty odcień skó-
ry i długie, kruczoczarne włosy wyglądają obco i budzą niezdrową ciekawość. Przepaska, którą ma na czole, sama w sobie przykuwa uwagę gapiów. Utkano ją z niebieskich i czarnych nici i ozdobiono haftem przedstawiającym dwa kruki, Hugina i Munina, na tle świetlistego nieboskłonu.
Kiedy barwny orszak zbliża się do głównego placu, ludzie rozchodzą się na boki. Steinn Stary przygląda im się ze stoickim spokojem. Nie żeby mieszkańcy osady wydawali mu się mało interesujący, po prostu zdaje sobie sprawę z tego, że wkrótce zaprowadzą go do zarządcy osady, od którego zależy przyszłość jego podopiecznych. Steinn prosi bogów, żeby dobrze ich tu przyjęto i potraktowano tak, jak na to zasługują. Wbrew pozorom to wcale nie jest takie oczywiste. Bywało już, że szczuto ich psami i kazano im się wynosić. Ten moment jest szczególnym obciążeniem dla tych, którzy zmagają się z chorobą. Patrząc wstecz, miło byłoby móc powiedzieć, że wszystko jest jak należy, lecz to nieprawda. Wielu ludzi wędruje bez celu i znaczna część z nich przyłączyła się do niego, bo nie mieli dokąd iść. Niestety, Steinn nie jest w stanie ich wszystkich wykarmić, jedyne, co może im zapewnić, to poczucie bezpieczeństwa, jakie daje wspólna wędrówka.
Torgrim stoi nad brzegiem morza. Jasne, długie włosy sięgające mu prawie dp ramion rozwiewa lekka bryza. Ubrany jest w skórzane spodnie i zieloną tunikę. Wypalone ognisko, obok którego stoi, świadczy o tym, że w tym miejscu spotykają się mieszkańcy osady.
Mężczyzna mruży oczy i poprawia pas. Miecz, który jest pokryty srebrem, ma już lata świetności dawno za sobą, wciąż jednak nadaje się do walki. Torgrim wiele zim temu osiadł tutaj na stałe. Od czasu, kiedy objął urząd zarządcy osady, traktuje to miejsce jak swoją własność. Teraz również rozgląda się po okolicy z miną zdobywcy. Kiedy w osadzie zjawiają się goście, zawsze jest z tym sporo zamieszania, lecz tym razem przybyło ich znacznie więcej niż zwykle. Torgrim zawsze odczuwa lekki niepokój przed spotkaniem z przyjezdnymi. Nie jest to bynajmniej strach o własne życie. Jako doświadczony wojownik wie,
jak szybko spokojnie zapowiadający się dzień może zamienić się w krwawą jatkę.
W niedalekiej odległości stoi mała grupa wojowników, których zadaniem jest zapewnienie bezpieczeństwa Torgrimo-wi i mieszkańcom osady. Mężczyźni starają się brać przykład z zarządcy i zachowują spokój. Dopiero wtedy, gdy barwny korowód ukazuje się między budynkami, stają na baczność, a kiedy orszak zatrzymuje się na głównym placu, podchodzą, żeby czynić swoją powinność. Tylko przywódca grupy dostąpi zaszczytu spotkania z Torgrimem.
Nietrudno zauważyć, że ze starca, którego niosą na noszach, bije niezwykła siła, lecz kiedy mężczyzna przemawia, ludziom z wrażenia zapiera dech w piersiach. Jego głos jest tak głęboki i donośny, jakby należał do prawdziwego siłacza. Aż trudno uwierzyć, że wydobywa się z gardła wychudzonego starca.
- Nazywam się Steinn Stary i w imieniu ludzi, którzy mi towarzyszą, i swoim własnym proszę o to, abyśmy mogli się tu zatrzymać.
Steinn wbija wzrok w wojownika, który stoi tuż przed nim. Mężczyzna jest raczej niskiego wzrostu i krępej budowy ciała. Na pierwszy rzut oka wydaje się nijaki, lecz w jego spojrzeniu jest coś, co sprawia, że Steinn oddycha z ulgą. Z jego twarzy bije mądrość, która pozwala mieć nadzieję, że człowiek ten zdobył władzę nie tylko sprawnie władając mieczem, lecz także używając rozumu. Doświadczenie podpowiada Steinnowi, że taki zarządca nie będzie stawiał wielkiego oporu.
- Wielu przybyło razem z tobą - Torgrim pokazuje głową na ludzi zbitych w gromadę.
- A to jeszcze nie wszyscy - w głosie Steinna słychać wyraźnie zmęczenie, co sprawia, że Torgrim zaczyna mięknąć.
- Jak długo zamierzacie tutaj zostać?
Steinnowi kamień spada z serca. Czuje ulgę, której nie potrafi zbyt dobrze ukryć.
- Tego nie wiem, ale zima za pasem. W osadzie łatwiej nam będzie ją przeżyć. Większa grupa oznacza bezpieczeństwo.
Torgrim kiwa głową, po czym dodaje:
- Większa grupa oznacza również głód i choroby...
Starzec milczy. Mężczyzna niewątpliwie ma rację. Głupotą byłoby zaprzeczać jego słowom. Ludzie, którzy przybyli ze Steinnem, w napięciu wstrzymują oddech. Nie słyszą rozmowy, ale jej spokojny przebieg odczytują jako dobry znak Niektórzy z nich podróżują ze sparaliżowanym starcem od wielu zim, inni przyłączyli się do grupy nieco później, lecz wszystkich ich łączy to samo pragnienie: chcą znaleźć miejsce, w którym mogliby przeczekać zimę.
Gyda wciąż czuje niepokój, lecz kiedy zauważa statki przycumowane do nabrzeża, w jej sercu rodzi się nadzieja.
Do tej pory nic nie wzbudziło jej podejrzeń. Wygląda na to, że ani jej, ani jej synowi chwilowo nie grozi żadne niebezpieczeństwo. Gyda pochyla się nad Torarinem i odwiązuje rzemień, którym chłopiec jest przywiązany do sakwy. Podnosi go do góry, a kiedy czuje na szyi pulchne dziecięce rączki, wraca jej siła i chęć do życia. Robi to dla Torarina, to o jego wolność i bezpieczeństwo toczy się gra z przeznaczeniem. Nagle przypominają jej się Duvdi i Aile. Ryzyko, że czają się gdzieś w pobliżu, jest niewielkie. Z drugiej jednak strony trudno uwierzyć, że tak łatwo dali za wygraną.
Obraz szamana i jego kobiety w momencie, w którym wtargnęli do obozu, jest tak wyraźny, że Gyda jeszcze mocniej przytula Torarina do swojej piersi. Mieli prawdziwe szczęście, że to Juoksa znalazł ich w namiocie. Gyda jest w pełni świadoma tego, że nie powiadamiając potężnego przywódcy o swoim odkryciu, Lapończyk sporo ryzykował.
To niedorzeczne, że Duvdi i Aile wierzą w to, że Tora-rin jest synem, na którego czekają. Na myśl o tym, że jej syn miałby zostać kolejnym noaide, córka hovdinga czuje ukłucie w sercu. Torarina czekają o wiele ważniejsze zadania niż to. Stojąc wśród tłumu ludzi, Gyda czuje narastającą złość. Nagle dociera do niej, że jako matka jest niepokonana. Nigdy nie dopuści do tego, żeby plan pary Lapończyków się powiódł.
- Muszę to przemyśleć.
Torgrim przygotowuje się do zakończenia rozmowy.
Steinn Stary kiwa głową.
- Rozumiem, ale proszę, żebyśmy mogli tutaj odpocząć, zanim podejmiesz ostateczną decyzję.
Torgrim nie odpowiada. Zerka na dziecko, które uczepiło się sukni matki i rozgląda się przestraszone wokół siebie. Malec jest rozczochrany i umorusany, jego półnagie ciało przykrywa gruba warstwa błota, a przez gołą skórę widać wyraźnie żebra. Żeby tego wszystkiego było mało, dzieciak jest przeziębiony.
Torgrim podnosi wzrok i spostrzega, że dwie osoby przybyły tu konno, a to oznacza, że wśród przybyłych nie ma wyłącznie biedaków.
. Mężczyzna znowu spuszcza wzrok i dłuższą chwilę przygląda się zasmarkanemu dzieciakowi.
Jak zawsze czuje ogromną chęć niesienia pomocy. Tak bardzo chciałby zapewnić temu malcowi spokojną przyszłość, ale dręczy go niepewność, czy jest w stanie pomóc takiej rzeszy ludzi. W osadzie wiele osób żyje na granicy ubóstwa.
- Możemy zapłacić.
Steinn nie lubi żebrać o łaskę, lecz zdaje sobie sprawę z tego, że przeprawa przez góry dla wielu podopiecznych zakończy się śmiercią.
- Czym? - na twarzy Torgrima pojawia się grymas zmęczenia. - Nie macie nic więcej oprócz tego, w czym chodzicie i co macie na grzbiecie, czym więc chcecie zapłacić za gościnę?
Steinn milczy przez chwilę, po czym odzywa się cichym głosem:
- Proszę tylko o odrobinę dobrej woli. Wszyscy mamy prawo żyć na tym świecie, a skoro bogowie dali nam nogi do chodzenia, oznacza to, że niedługo sobie pójdziemy. Teraz natomiast trafiliśmy tutaj.
Torgrim patrzy starcowi prosto w oczy i jego opór topnieje jak śnieg na wiosnę.
- Czy są wśród was jacyś rzemieślnicy?
Steinn potakuje.
- Zawsze znajdzie się ktoś, kto ma zręczne palce, a jeśli tylko rozstawicie krosna, kobiety zaraz wezmą się do pracy.
- W takim razie zgadzam się, żebyście zostali w osadzie, pod jednym warunkiem: wszyscy weźmiecie aktywny udział w budowaniu naszej małej społeczności. Mężczyźni muszą pracować, i to zarówno na lądzie, jak i na morzu. Nie będę tolerował lenistwa i nieróbstwa. Każdy musi zarobić na swoje utrzymanie.
Śteinn z uśmiechem kiwa głową. Czuje ogromną ulgę i nie stara się nawet tego ukryć.
- Udowodnimy ci, na co nas stać, Torgrimie.
Zarządca osady pokazuje wzrokiem na dzieci biegające po placu.
- I dopilnujcie, żeby ci malcy dostali porządne ubranie. Na dworze robi się coraz zimniej.
Duvdi stoi z dala od Torgrima i Steinna Starego, ale bez najmniejszych trudności rozpoznaje starca. Szaman nie zadaje sobie nawet trudu, żeby porządnie się ukryć. Po prostu zeskakuje na ziemię i zerka znad końskiego grzbietu. Niełatwo dostrzec go w takim tłumie, a poza tym obok straganów stoi wiele innych koni, więc jest całkowicie bezpieczny.
Szaman szuka oczami córki hovdinga i jej syna, ale nigdzie ich nie widzi. Z łatwością natomiast zauważa konie, które należą do Gydy. Duvdi prycha z pogardą. Starzec grubo się myli, jeśli myśli, że uda mu się wyprowadzić go w pole.
Duvdi przenosi wzrok na statki przycumowane do nabrzeża. W nocy przypłynął kolejny okręt. To właśnie one stanowią największe zagrożenie. Nie trzeba wiele, żeby jego plan spalił na panewce. Wystarczy, żeby Gyda weszła na pokład jednego z nich i odbiła od brzegu. Duvdi wzdryga się na samą myśl. Pociąga lekko za wodze i prowadzi konia za sobą. Musi natychmiast spotkać się z Aile.
Szaman wzbudza spore zainteresowanie swoją osobą, ale on sam nawet nie zauważa tych pełnych szacunku spojrzeń, które ludzie mu posyłają.
Nagle jego wzrok przykuwa wysoki, ciemnoskóry mężczy-
zna, którego widział jakiś czas temu. On również bacznie mu się przygląda, opierając się o jedną z rozpadających się szop. Duvdi czuje wyraźnie, że w mężczyźnie jest coś wyjątkowego i tajemniczego, ale nie ma czasu dłużej się nad tym zastanawiać. Popędza konia i niczym ciemna zjawa biegnie tuż przy jego boku. Chce jak najszybciej oddalić się od placu targowego.
Dopiero gdy mija ostatnie zabudowania, siada na konia i rusza pełnym galopem w stronę obozu, który wzniósł razem ze swoimi ludźmi.
Na widok Duvdiego Aile podnosi się i wygładza skórzaną spódnicę.
Długie, siwe włosy chłoszczą twarz mężczyzny, a czarna tunika łopocze wokół umięśnionych nóg. Aile uśmiecha się do siebie. Instynkt podpowiada jej, że zaraz usłyszy dobre wieści. Kobieta nie spuszcza z niego wzroku. Kiedy szaman w końcu zatrzymuje konia, dobiega, żeby wziąć od niego wodze, i nie czekając, aż mężczyzna zeskoczy ze spoconego końskiego grzbietu, pyta:
- Widziałeś ich?
Duvdi potakuje i patrzy w stronę dwóch mężczyzn, którzy towarzyszą im w podróży. Pochyla się nad Aile i mówi ściszonym głosem:
- Gyda i Torarin właśnie weszli do osady.
Oczy Aile błyszczą z podekscytowania. Kobieta od razu zaczyna się pakować.
Jungi oferuje swoją pomoc, lecz kiedy Duvdi daje mu głową znak, że ma odprowadzić konia, Lapończyk przejmuje wodze i nieco się oddala. Co prawda szaman nie sprecyzował, czego od niego oczekuje, ale mężczyzna czuje, że nie ma co się śpieszyć z rozsiodłaniem konia.
- Co ty robisz, Aile?
- Pakuję się - kobieta posyła mu przelotne spojrzenie.
- Ale dlaczego?
- Nie ma co czekać. Musimy jechać do osady po Torari-na - Laponka jest tak podniecona, że nie może złapać tchu.
Duvdi krytycznie przygląda się swojej kobiecie. Ostatnio Aile bardzo się zmieniła, a wszystko zaczęło się, kiedy ruszyli w pościg za Gydą i jej synem. Wygląda na to, że chciwość ją zżera, wysysa z niej całe dobro, które kiedyś w niej było. Duvdi jest rozczarowany. Zawsze dobrze im się współpracowało i świetnie się rozumieli, ale ostatnio Aile przeciwstawia się niemal wszystkim jego decyzjom. Jej krnąbrny charakter wyraźnie dał o sobie znać, kiedy przybyli wczoraj do osady. Juoksa miał dobry pomysł, żeby nie zdradzać nikomu, kogo szukają, lecz Aile postanowiła rozmówić się z zarządcą na osobności. Duvdi ma niejasne przeczucie, że kobieta nie jest z nim do końca szczera i że w rozmowie z Torgrimem wyjawiła ich tajemnicę. Jeśli rzeczywiście to uczyniła, to naraziła na niepowodzenie plan, który opracowywali razem od wielu lat.
- Nie możemy tak po prostu tam pojechać i uprowadzić chłopaka.
Duvdi, który spodziewał się ostrej reakcji, ma wrażenie, że Aile zaraz pęknie ze złości. Przez chwilę przygląda jej się z przerażeniem w oczach. Aż trudno uwierzyć, że to ta sama kobieta, z którą dzieli łoże przez całe swoje dorosłe życie.
- Co ty mówisz? Nie widziałeś, jak ludzie reagowali na nasz widok? Nikt nas nie pokona.
- Nie byłbym tego taki pewien.
- Musimy wykorzystać okazję, zanim córka hovdinga zyska sojuszników.
Aile przewierca Duvdiego wzrokiem. Mężczyzna przez moment waha się, lecz po chwili jakiś cichy głos podpowiada mu, co powinien zrobić.
- To już się stało. Steinn Stary zdążył ukryć ją i Torarina.
- I co z tego? - głos kobiety jest pełen złości.
- Jeśli tam pójdziemy, żeby odebrać dziecko matce, napotkamy na silny opór.
- A jeśli ona odpłynie na jednym z okrętów? Co wtedy zrobimy?
- Przecież dopiero co przypłynęli. Nic nie wskazywało na to, że któryś z okrętów ma zaraz opuścić nabrzeże.
Aile powoli się uspokaja. Duvdi nigdy się nie myli, a poza tym największą głupotą byłoby działać zbyt pochopnie.
- Najbardziej nie podoba mi się to, że nie wiemy, co się dzieje w osadzie - odpowiada niemal szeptem. - Zdaję się jednak na twoją intuicję. Mam nadzieję, że masz rację.
Duvdi z zadowoleniem kiwa głową, kładąc rękę pod brodę Aile.
- Tylko mnie nie zawiedź! - mówi, zaglądając jej głęboko w oczy.
- Co też ci przyszło do głowy? Przecież wiesz, że nigdy cię nie zdradzę.
- Doprawdy?
Duvdi głaszcze ją kciukiem po brodzie. Dotyk, który zwykle tak bardzo ją podniecał, tym razem budzi jej przerażenie. Czuje się tak, jakby w jej żyłach zamiast krwi płynął lód.
- Dlaczego podejrzewasz mnie o zdradę? - pyta cicho.
Duvdi nie odpowiada. Głaszcze jej miękką skórę, wpatrując się w nią zimnym wzrokiem. Niespodziewanie chwyta ją za skórę na policzku. Aile stara się zachować zimną krew, ale kiedy mężczyzna zaciska palce coraz mocniej, nie wytrzymuje i zaczyna cicho jęczeć. Zerka na Juoksę i Jungiego, lecz mężczyźni są zbyt zajęci rozmową, żeby zwracać na nich uwagę.
- Puść mnie, Duvdi. Proszę.. .To boli.
- Ty też zadajesz mi ból.
- Ja? W jaki sposób? Nigdy nie tknęłam cię nawet palcem.
- To prawda, ale sprawiasz, że serce mi krwawi.
- Co takiego? - Aile nie może opanować łez, które nachodzą jej do oczu.
- Zawsze byłaś żądna władzy, ale to, co teraz wyprawiasz, przekracza wszelkie granice.
- Mów dalej... mów! - błaga Aile.
Niespodziewanie Duvdi cofa rękę i posyła kobiecie ciepłe spojrzenie.
- Wiesz, że cię kocham.
Kobieta kiwa głową, rozcierając bolący policzek.
- Wygląda jednak na to, że zapomniałaś o naszym przymierzu.
Duvdi przeciąga palcem po jej kości policzkowej.
- Nie zapomniałam, ale mam dość czekania.
- Czy nie rozumiesz, że pośpiech może nas zgubić? - syczy Duvdi.
Aile kurczy się w sobie. Duvdi nigdy wcześniej nie zwracał się do niej w ten sposób.
- Rozumiem - odpowiada z przestrachem.
Powinna była przewidzieć jego reakcję. W końcu zna go nie od dziś. Teraz rozumie, że próba przejęcia władzy była czystym szaleństwem.
- To dobrze - mężczyzna nie kryje zadowolenia - bo chcę ci powierzyć ważne zadanie.
- Co mam zrobić? - Aile czeka w napięciu na odpowiedź.
- Nie możemy dopuścić do tego, żeby okręty wypłynęły z portu.
- Zrobię, co rozkażesz - odpowiada Aile z entuzjazmem.
Na jej policzku wciąż widać czerwony ślad po uszczypnięciu.
Mężczyzna nachyla się i szepcze jej do ucha:
- Właśnie tak powinna zachowywać się kobieta noaide.
Arntor nie wie, do czego się zabrać. Jedyne, na co ma w tej chwili ochotę, to wyprawa w góry. Kiedy pyta Ulvę, czy nie chciałaby mu towarzyszyć, siostra aż piszczy z radości.
- Jasne, że tak!
- W takim razie chodźmy od razu. Zabiorę tylko luk.
Arntor biegnie po trapie na pokład.
Ulva czeka cierpliwie na brata, rozglądając się wokół siebie z uśmiechem. Jest tak cudownie! Słońce świeci, a mimo to powietrze jest zdrowe i rześkie. Jej myśli krążą wokół rodzinnych stron, oczami wyobraźni widzi lasy i rozległe równiny.... Ten kraj jest zupełnie inny, a mimo to nie tęskni za ojczyzną. W jakiś niewytłumaczalny sposób czuje się tutaj jak w domu.
Tego dnia osada tętni życiem. Dziewczynka rusza powoli wzdłuż prostych straganów. Niektórzy wystawili swoje towary na gołej ziemi. Beczek i koszy jest tutaj bez liku. Ulva z ciekawością zagląda do kilku z nich. Jedna z beczek jest pełna kości wieloryba, inna wypełniona jest po brzegi smołą. Dziewczynka pociąga nosem, wzdychając lekko. Jaki przyjemny zapach!
Na drewnianej klapie rozłożono mnóstwo skór zwierząt. Ulva pochyla się i głaszcze futro rysia. Jest miękkie w dotyku i ma piękny, rdzawoszary kolor z przebłyskami bieli. Zwierzę musiało być wyjątkowo urodziwe i silne.
Nagle myśli dziewczynki zakłóca przenikliwy, kobiecy głos. Ulva odwraca się w stronę, z której dochodzi hałas, i jej wzrok pada na dużą, otyłą kobietę. Chociaż nie zna się na strojach mieszkańców Północy, bez trudu domyśla się, że ma przed sobą kobietę z wysokiego rodu. Kobieta trzyma w dłoni śliczny, zielony jedwab i głośno się z kimś sprzecza. Łatwo zgad-
nąć, że próbuje utargować niższą cenę i że prawdopodobnie osiągnie swój cel, ponieważ sprzedawca powoli traci nadzieję, że wygra ten pojedynek słowny. Mężczyzna przez chwilę wymachuje rękami, po czym zrezygnowany wzrusza ramionami i uśmiecha się, chociaż w środku wszystko się w nim gotuje.
Scena kończy się tym, że kobieta wręcza mu kilka monet, po czym wkłada materiał do koszyka i odchodzi. Sądząc po jej uśmiechu, dostała to, czego chciała. Sprzedawca kręci głową, lecz i na jego twarzy pojawia się w końcu uśmiech zadowolenia. Do Ulvy nagle dociera, że obie strony traktują to wszystko jak dobrą zabawę i że tym razem to kupujący wyszedł z utarczki zwycięsko.
- Jesteś gotowa?
Ulva wzdryga się.
To Arntor. Dziewczynka oddycha z ulgą. Widzi, że brat ma o wiele lepszy humor. Zachowuje się jak jej dawni koledzy, z którymi chodziła na polowanie. Niecierpliwie przestępuje z nogi na nogę, jakby nie mógł się już doczekać, kiedy wyruszą na wycieczkę. Lotki strzał wystają Arntorowi znad ramienia, a rzemień, na którym zawieszony jest kołczan, opina się na jego szerokiej klatce piersiowej. Palce, które obejmują łuk, są długie i szczupłe.
Ulva jest dumna, z brata. Już dawno zdążyła zauważyć, że kobiety odwracają się za nim, wzdychając z tęsknoty. Jego wysoka sylwetka emanuje niezwykłą siłą. Arntor jest barczysty, ale za to wąski w pasie i biodrach. Jego twarz jest pięknie wyrzeźbiona, a rysy czyste i regularne. Usta są zgrabnie wykrojone, a z oczu bije ciepło i dobroć. Jego włosy, uczesane w dwa grube warkocze, są tak samo czarne jak jej własne. Opaska lśni błękitem, a włosy zdobi orle pióro. Tak, nic w tym dziwnego, że kobiety rzucają mu powłóczyste spojrzenia, myśli Ulva i uśmiecha się. Kiedy tak kkf7^|^^ szeroką ścieżką, która prowadzi z osad^^zi^oz^K^^uje się niezmiernie
szczęśliwa.
Nagle dzieje się co: jej dalszym życiu.
jges^ziewaitt^ł:oś, co zaważy na ¥S. Dor,llKh *!
Mężczyzna, który nadchodzi z naprzeciwka, niczym szczególnym się nie wyróżnia. Wygląda na to, że zamierza ich minąć, jednak w ostatniej chwili zatrzymuje się i coś do nich mówi. Ulva zupełnie go nie rozumie, lecz widząc reakcję Arn-tora, domyśla się, że spomiędzy wąskich warg nieznajomego padają obraźliwe słowa. Brat rzuca tamtemu gniewne spojrzenie, z całej siły zaciskając palce na łuku, który trzyma w dłoni.
Dzień, który zaczął się tak pomyślnie, niespodziewanie zamienia się w koszmar. Nagle mężczyzna pluje jej w twarz. Ulva już nie potrzebuje tłumacza, żeby zrozumieć, co mężczyzna wyraża słowami.
- Ty śmieciu!
Arntor napina wszystkie mięśnie. Nie może pozwolić, żeby takie zachowanie uszło tamtemu płazem, ale jak zwykle zaczyna od walki na słowa.
- Sam jesteś brudny jak nieboskie stworzenie - odpowia- , da ze złością.
Mężczyzna jest rzeczywiście bardzo brudny. Twarz i szyję ma pokrytą mieszaniną błota i potu, rude włosy są pozlepiane w tłuste strąki, a na ubraniu widać mnóstwo plam.
- Stul pysk, niewolniku!
- Niewolniku? - Arntor patrzy na niego ze zdziwieniem. -Czyżbyś był półgłówkiem, który wierzy, że wszyscy ciemnoskórzy są niewolnikami?
Obcy mężczyzna przeszywa skalda wzrokiem, lecz na Arn-torze nie robi to większego wrażenia. To, czego w tej chwili najbardziej się obawia, to tego, że nienawiścią, jaką mężczyzna jawnie im okazuje, zarażą się inni. Zdążył bowiem zauważyć, że wokół nich zebrał się spory tłum ludzi. Najwyraźniej mają nadzieję na niezłą zabawę.
Czując, że Ulva ciągnie go za ramię, Arntor przenosi wzrok na siostrę. Dziewczynka wytarła twarz, lecz na lewym policzku widać resztki białej, gęstej śliny. Żal ściska Arntora za serce.
- Chodźmy stąd - szepcze Ulvä, przerażonym wzrokiem wpatrując się w rozwścieczonego rudzielca, który wyraźnie chce im zrobić krzywdę.
- Wracaj na pokład! - Arntor delikatnie odpycha ją od siebie, ale dziewczynka nie jest w stanie go opuścić. Robi kilka kroków do tyłu i zamiera ze strachu.
Przeciwnik Arntora nie jest nawet w połowie tak duży i silny jak on sam, ale skald nie ma najmniejszych wątpliwości, że to człowiek zaprawiony w walce. A kiedy tamten wyciąga nóż, jest już pewne, że to nie będzie wyłącznie pojedynek na słowa.
- Żaden niewolnik nie będzie mnie obrażał - syczy mężczyzna przez zaciśnięte zęby.
Pochyla się lekko do przodu, wyciągając jednocześnie ramiona na boki. Ostrze noża jest niebezpiecznie długie, a pięść, która zaciska się na rękojeści, wygląda, jakby należała do olbrzyma. Przedramiona są wyjątkowo mocne, tak samo zresztą jak nabrzmiała szyja.
- Lepiej walczyć na słowa niż na pięści.
Arntor czuje narastające napięcie. Serce wali mu jak oszalałe, a żołądek podchodzi do gardła.
Mężczyzna bez ostrzeżenia rzuca się na niego. Próbuje zadać mu cios nożem, lecz pudłuje, ponieważ Arntor błyskawicznie odskakuje w bok
Ulva jęczy z rozpaczy. Jest tak przerażona, że nie wyczuwa dłoni, którą ktoś kjadzie na jej ramieniu. Wyciera rękawem resztki śliny z policzka i zagryza z całej siły dolną wargę. Szeroko otwartymi oczami śledzi każdy ruch brata.
Arntor dochodzi do wniosku, że gołymi rękami nie zdoła pokonać agresora. Szybkim ruchem odkłada na ziemię łuk i kołczan i wyciąga nóż z pochwy. Starając się zachować spokój, przygląda się przeciwnikowi, który uśmiecha się szyderczo.
Atmosfera się zagęszcza, a gapiów przybywa. Ludzie zaczynają zakładać się o to, który z mężczyzn wyjdzie z pojedynku zwycięsko.
Kiedy przeciwnik kolejny raz rzuca się na jej brata, z gardła Ulvy wydobywa się głośny krzyk Tym razem Arntorowi nie udaje się uniknąć ciosu i ostrze noża wbija się w jego ramię. Skald nie czuje bólu, ale jego ciało zdaje się rozpadać na kawał-
ki. Arntor rzuca przelotne spojrzenie na ramię, z którego powoli sączy się krew. Nie, ta rana nie stanowi zagrożenia dla życia.
- Bierz go! - krzyczy jeden z widzów. Nie wiadomo dokładnie, komu kibicuje, lecz w tej chwili nie ma to żadnego znaczenia. Teraz toczy się gra o życie.
- Sam tego chciałeś!
Kolejny raz mężczyzna doskakuje do Arntora, lecz tym razem skald zdaje się na instynkt. Błyskawicznym ruchem kopie agresora w ramię, chcąc wytrącić mu z ręki nóż, i trafia go w łokieć. Mężczyzna kinie, na czym świat stoi. Tymczasem nóż pokonuje ze świstem niewielką odległość, po czym z głuchym łoskotem upada na ziemię.
Mężczyzna rzuca się, żeby podnieść broń, lecz Arntor wykazuje się niebywałym refleksem. Odrzuca nóż i ze zwinnością kota doskakuje do przeciwnika, chwyta go za ramię i wykręca je do tyłu.
Mężczyzna jest wściekły. Leży z twarzą zwróconą do ziemi i próbuje się uwolnić, plując i przeklinając Arntora, lecz skald ani myśli go puścić.
- Zabij go! Pokaż, że jesteś mężczyzną!
Arntor słyszy, do czego go namawiają, ale nie ma zamiaru odbierać nikomu życia. Pochyla się nad leżącym mężczyzną i syczy mu do ucha:
- Poproś moją siostrę o wybaczenie.
- Wolę raczej wyruszyć do Hel! - odpowiada zduszonym głosem, w którym słychać niezwykły upór i hart ducha, lecz Arntor wyczuwa w nim również strach.
- Nie słyszysz, co do ciebie mówi? Prosi, żebyś posłał go do królestwa śmierci! Zabij go! Zabij! - krzyczą gapie jeden przez drugiego.
Arntor odwraca się w ich stronę i krzyczy:
- Życie ludzkie jest więcej warte niż przedmioty, które postawiliście na mnie.
Następnie skupia całą swoją uwagę na przeciwniku. Jeszcze mocniej wykręca mu rękę.
- Oszczędź mi wstydu... Dobij mnie!
- Nie zabijam, jeśli nie muszę, a ty nie jesteś godnym przeciwnikiem.
Wypowiadając te słowa, Arntor poluźnia uścisk i wstaje. Ze spokojem przygląda się zebranym dookoła nich ludziom.
Nagle podbiega do niego Ulva i chwyta go za rękę, próbując odciągnąć go na bok, lecz Arntor delikatnym gestem nakazuje jej się odsunąć. Następnie odwraca się w stronę rozczarowanego tłumu, śledząc wzrokiem swojego niedoszłego zabójcę, który właśnie podnosi się z ziemi.
■ - Jestem skaldem, a nie mordercą! - krzyczy Arntor.
Chwila nieuwagi i ten, któremu darował życie, wykorzystuje okazję, żeby się zemścić. Z głośnym rykiem rzuca się na Arntora. Skald upada na ziemię, a jego przeciwnik zmienia się w dzikie zwierzę. Chwyta skalda za włosy, unosi jego głowę do góry, po czym z całej siły uderza nią o ziemię.
- Pokażę wam, jak się zabija takiego robaka - krzyczy, starając się dosięgnąć broń, która leży nieopodal.
Kiedy w dłoni tamtego błyszczy nóż, Ulva traci kontrolę nad sobą. Bez chwili wahania podbiega do mężczyzny i zaciskając przedramię wokół jego szyi, próbuje odciągnąć go do tyłu. Rudzielec chwyta ją za rękę i brutalnie od siebie odpycha.
Dziewczynka uderza głową o kamień, ale nie czuje bólu ani krwi, która spływa jej po policzku. Strach o życie brata sprawia, że budzi się w niej dziki instynkt. Podnosi się z impetem i po raz drugi rzuca na przeciwnika.
Oszołomiony Arntor widzi jak przez mgłę, że rudzielec unosi rękę z nożem. Przez głowę przemyka mu myśl, że to wszystko musi być snem, gdy nagle kątem oka zauważa siostrę.
- Ulva, nie!
Skald budzi się z letargu. Czuje, jak wstępują wniego nadludzkie siły. Wyszarpuje ramię i chwyta tamtegó za kostkę u nogi.
Ulva zatrzymuje się gwałtownie. Stoi jak sparaliżowana i przygląda się mrożącej krew w żyłach scenie.
Zaskoczony rudzielec upada na ziemię. Zanim dociera do niego, co się dzieje, Arntor chwyta go za rękę i przyciska ostrze do jego piersi.
- W ten sposób stałeś się swoim własnym katem.
Arntor jest ledwie w stanie wykrztusić te słowa. Utrzymywanie przeciwnika w tej pozycji wymaga nie lada wysiłku.
Kiedy nóż wbija się w jego ciało, mężczyzna patrzy na Arn-tora z niedowierzaniem. Skald zamyka oczy, żeby nie widzieć, jak tamten walczy ze śmiercią, ale i tak czuje, jak ciałem mężczyzny wstrząsają konwulsje.
Gdy jest już po wszystkim, Arntor odskakuje jak oparzony. Nie może uwierzyć w to, co się stało. Zrozpaczony przenosi wzrok na Ulvę, która wybucha głośnym płaczem. Jakaś duża, silna kobieta próbuje ją pocieszyć, lecz nie wygląda na to, żeby dziewczynka czuła kojący dotyk kobiecych dłoni, które głasz-czą jąpo włosach.
Arntor wie, że powinien zostać i zająć się siostrą, ale w tej chwili musi pobyć sam. Kobieta kiwa głową i posyła mu serdeczne spojrzenie, jakby chciała go uspokoić i dodać otuchy. Nie namyślając się dłużej, skald podnosi z ziemi łuk i kołczan i czym prędzej oddala się od motłochu. Dostali to, co chcieli: trupa...
Ulva jest w takim szoku, że nie zauważa zniknięcia brata. Przytulona do piersi nieznajomej kobiety zanosi się żałosnym płaczem.
- Nie płacz! Są na świecie gorsze nieszczęścia niż zabójstwo. A poza tym wszyscy zaświadczą, że tamten sam się o to prosił.
Pierwszy raz od czasu, gdy przybyła do tego kraju, Ulva żałuje, że nie rozumie mowy jego mieszkańców, lecz słysząc łagodny głos kobiety, domyśla się, że nieznajoma usiłuje ją pocieszyć.
Ulva długo nie może się uspokoić. Ludzie powoli zaczynają się rozchodzić, a dwóch mężczyzn wynosi ciało zabitego, które zgodnie ze zwyczajem zostanie spalone.
Dopiero kiedy przestaje płakać, Ulva odkrywa, że koło niej stoi ta sama kobieta, którą widziała niedawno na placu targowym. O dziwo, nie wygląda tak groźnie jak przedtem. Dziewczynka uśmiecha się niepewnie, rozglądając się za bratem.
- Nie denerwuj się, kochanie. Skald niedługo wróci. Co ta kobieta próbuje jej powiedzieć? Ulva zaczyna się nie-
pokoić, a kiedy tamta chwyta ją za rękę i prowadzi w nieznanym kierunku, dziewczynka wyraźnie się opiera.
Kobieta przyprowadza ją na plac targowy, lecz Ulva nie do końca zdaje sobie z tego sprawę, ponieważ przez cały czas odwraca się do tyłu w nadziei, że znajdzie Arntora. Wołałaby się upewnić, że rana na jego ramieniu naprawdę jest niegroźna.
-■ Daj mi trochę miodu! - Kobieta zwraca się do jednego ze sprzedawców tonem nieznoszącym sprzeciwu, po czym wyciąga monetę ze skórzanego woreczka wiszącego przy pasku. Stragan ugina się od towarów. Suszona ryba, solone mięso, mięso wieloryba... Mężczyzna z uśmiechem odbiera zapłatę i podaje kobiecie dzban miodu.
- Masz! - mówi, wręczając dziewczynce dzbanek. - Nie bój się, nie zamierzam cię otruć - dodaje z uśmiechem.
Ulva przygląda jej się z niedowierzaniem, lecz po chwili wahania bierze do ręki dzbanek z miodem i zanurza palec w żółtej masie. Kiedy podnosi go do ust i czuje słodycz na języku, jęczy z lubością. Widząc to, kobieta wybucha cichym, perlistym śmiechem.
Dziewczynka pokazuje na siebie:
- Ulva.
Kobieta uśmiecha się.
- Co za piękne imię! Ja nazywam się Dagny.
- Dagny - powtarza z buzią pełną miodu. - Ulva lubi Dagny.
