Wybranka bogów (21). Następca - Jane Mysen - ebook

Wybranka bogów (21). Następca ebook

Jane Mysen

0,0

Opis

[PK]

Szaman Duvdi i jego kobieta ile ścigają Gydę i Torarina, którzy uciekli z lapońskiego obozowiska. Oboje mają niezachwianą pewność, że boski syn powinien zostać następcą Duvdiego. Wkrótce Torarin wpadnie w ich ręce. Gyda zmierza w kierunku osady handlowej, czując na plecach oddech prześladowców. Arntor i jego siostra zdążają w tym samym kierunku. Czy stanie się tak, jak przewidziała wieszczka sa? Czy Arntor spotka znów swą ukochaną? Czy zdoła wyrwać ją ze szponów zła?

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach:
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kartuzach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 203

Rok wydania: 2008

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



NAJWIĘKSZY BESTSELLER OD CZASU SAGI O LUDZIACH LODU

magiczna^opowieść

WYBRANKA BOGOW

JANE MYSEN

tom 21.

NASTĘPCA

Przełożył Grzegorz Skommer

Tytuł oryginalny serii: Utvalgt av gudene Tytuł oryginału: jEtling Tłumaczenie z oryginału: Grzegorz Skommer Ilustracja na okładce: Anita Våmartveit Projekt okładki: Elipsa Sp. z o.o. Korekta: Maciej Korbasiński Skład: Elipsa Sp. z o.o.

© J. W. Gappelens Forlag a.s 2000

Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z 0.0.

All rights reserved

ISBN 978-83-61226-20-8

Elipsa Sp.zo.o.

01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37

INFORMACJE ® (0 22) 624 16 07

(od pn. do pt. w godz. 9.00 — 17.00)

lV RI^V

1

- Lawo. - Jungi wskazuje namioty.

Gyda kiwa głową. Domyśla się, że Lapończyk usiłuje rozładować napiętą atmosferę, ale nie jest to właściwy moment, by uczyć się obcej mowy. Wydarzenia, których stała się uczestnikiem, pochłaniają ją bez reszty.

Torarin jest spokojny. Gyda tuli go do siebie i w nagłym przypływie tęsknoty przenosi się myślami do darniowej chaty Ravny. Panował tam zupełnie inny nastrój niż tutaj, w lapońskim obozowisku. Wciąż nie natknęli się na ludzi, lecz Gyda wszędzie wyczuwa ich obecność. Cisza jest przytłaczająca. Słońce grzeje mocno i Gydę ogarnia dziwna słabość; świat zaczyna wirować.

Na widok namiotów opadają ją złe wspomnienia. Kiedy stają przed największym z nich, Gyda wzdryga się z lękiem. Widziała ten lawo we snach i przeczuwa, kto skrywa się za skórzaną powłoką. Macha dłonią, jakby usiłowała odpędzić natrętne myśli, ale one nie zamierzają jej opuścić.

Podmuch wiatru wpada między namioty. Mink przygląda się brzozowemu listkowi, który tańczy w po-

wietrzu, i napotyka wzrok Moroka. Młody Lapończyk wydaje się być świadomy powagi chwili, ale posyła jej uśmiech, jakby pragnął dodać jej otuchy.

Morok ma egzotyczną urodę... jest znacznie przystojniejszy od Leiva. Mink czuje smutek na wspomnienie młodego wojownika, który zasiał w niej życie. Nie powinna myśleć o innych mężczyznach, skoro ten, którego darzyła miłością, odszedł niedawno do królestwa Hel. Oblewa się rumieńcem wstydu, lecz zdaje sobie jednocześnie sprawę, iż musi znaleźć opiekuna, który zapewni godziwe życie jej i dziecku. Morok jest silny i dorodny i z pewnością potrafi zadbać o nią i potomstwo. Zaszła w ciążę niedawno, Morok nie będzie miał żadnych podejrzeń, kiedy wiosną niemowlę przyjdzie na świat.

Jungi zaciska zęby, gdy reniferowa skóra przykrywa-jąca wejście do namiotu zaczyna się poruszać. W szparze pojawiają się długie palce, potem stopa obuta w skórzany trzewik. Jungi przełyka nerwowo ślinę i spogląda na córkę hovdinga, ale nie widzi na jej twarzy oznak niepokoju. Jak ona to robi? W tym czasie, który spędzili razem, dała się poznać z różnej strony, rzadko jednak traciła panowanie nad sobą. Jungi darzy ją sympatią. Gyda jest silna i wzbudza zaufanie.

Szaman staje przed nimi. Ciało Gydy przeszywa lodowaty dreszcz na widok Lapończyka. Ubrany w ciemny strój, prostuje plecy i dumnie wypina pierś. Takim właśnie widziała go w snach. Ponury, wzbudzający przerażenie, wbija w nią ciemny wzrok, w którym kry-je się groźba.

Nigdy dotąd nie spotkała mężczyzny o tak dłu-. gich włosach. Długimi chudymi palcami ściska młotek z rogu renifera, w kształcie litery T. Gyda pamięta

z czasów, kiedy przebywała z Ingą, że młotek służy do bicia w bęben magiczny.

Szaman Duvdi przenosi wzrok z córki hovdinga na bęben zwisający z końskiego grzbietu i jego twarz wykrzywia się w grymasie wściekłości. Potem wbija spojrzenie w chłopca, który siedzi przed matką, i jego ciałem wstrząsa dreszcz podniecenia. Tak długo czekał na tę chwilę, że trudno mu zapanować nad emocjami, więc skrywa drżące dłonie pod szatą. Rozpoznałby boskiego syna wśród setki dzieci, tak często i tak wyraźnie widywał go w snach...

- Witajcie!

Gyda wzdryga się. Nie zwróciła dotąd uwagi na kobietę, która pojawiła się z szamanem, a teraz otwiera szeroko oczy ze zdziwienia. To ona, tańcząca kobieta ze snów. Gyda nie myli się, nos, usta, głos... nawet strój jest taki sam.

Jak zwykle Äile przemawia w imieniu Duvdiego.

-    Wasza wizyta to dla nas zaszczyt.

Ściąga mięśnie twarzy, jakby usiłowała się uśmiechnąć. Gyda przeciąga lekko dłonią po szyi. Ma wrażenie, że jakieś silne dłonie ściskają ją za gardło i przyprawiają o mdłości.

Jungi tłumaczy wypowiadane słowa, szczęśliwy, że uwaga Duvdiego i Äile jest skupiona na Gydzie i jej towarzyszach podróży, a nie na nim samym.

-    Jest piękny.

Äile podchodzi bliżej i dotyka Torarina szczupłą dłonią.

W pierwszym odruchu Gyda chce jej przeszkodzić, ale się powstrzymuje. Popełniłaby wielki błąd, okazując słabość wobec tych ludzi. Prostuje się więc dumnie i spokojnym spojrzeniem omiata szamana i kobietę.

- Jesteśmy przejazdem - rzuca i spogląda na Mink, ale dziewczyna nie reaguje. Gyda daje jej znak, by potwierdziła jej słowa, ale Mink jest zmęczona i w geście sprzeciwu odwraca wzrok.

Jungi kręci się niespokojnie. Ma przeczucie, że słowa córki hovdinga nie przypadną Duvdiemu do gustu.

Gydę ogarnia rozżalenie. Nie powinna była wyzwalać Mink, bo teraz nie ma nad nią władzy. A Mink, choć młoda i niedoświadczona, mogłaby oddać jej nieocenione przysługi w podróży.

Duvdi spogląda znacząco na Aile. Ciemnooka ko-. bieta podchodzi bliżej i chwyta za cugle. Koń Gydy przestępuje nerwowo z nogi na nogę i potrząsa łbem.

- Powiedz Gydzie, córce Åsmunda, że poczytamy sobie za zaszczyt, jeśli wraz z synem przyjmie naszą gościnę.

Głos brzmi władczo, więc Jungi spełnia polecenie bez szemrania. Jak wtedy, gdy był tłumaczem Eigila, czuje, że znalazł się między młotem a kowadłem.

- Nie zamierzaliśmy się tutaj zatrzymywać!

Gyda odpowiada stanowczo, ale Mink wyczuwa niepewność w słowach córki hovdinga i jak zwykle w takich sytuacjach ogarniają niepokój. Chce pozostać przy swoim zdaniu, ale nagle przychodzi jej do głowy myśl, by poddać się woli Gydy. Zaraz jednak jej wzrok pada na Moroka i znów opadają zwątpienie. Mink wie, że młody Lapończyk dołączył do nich przez wzgląd na nią, choć miał zapewne inne powody, by opuścić chatę matki. Czy podąży za nimi, jeśli Gyda i Mink zdecydują się ruszyć dalej?

Jungi wie, że nie powinien wtrącać się do rozmowy, i dręczą go wyrzuty sumienia. Zależy mu jednak na tym, by zyskać przychylność Duvdiego.

-    Rozsądek nakazuje, byś została - mówi szeptem do Gydy.

Gyda przenosi wzrok z myśliwego na Duvdiego. Nie może się zdecydować, domyśla się jednakże, iż Jungi wie lepiej od niej, jak zachowywać się wobec szamana. Spotkali dotąd tyle przeciwności na swojej drodze. Lepiej nie kusić losu.

-    Zostaniemy... ale tylko do jutra! - mówi zdecydowanie.

Na twarzy Jungiego pojawia się wyraz ulgi. Wbija wzrok w szamana, spodziewając się uznania, ale Duvdi nie zwraca na niego uwagi. Nie odrywa oczu od Gydy, córki Åsmunda. Jungi czuje, jak lęk ściska jego serce. Jest coś szczególnego w Torarinie, a Jungi czuje, że Duvdi zaczął już oplatać chłopca i jego matkę magiczną pajęczyną. Gyda jest potężną kobietą w swoim święcie, ale w lapońskim obozie władza Duvdiego nie ma sobie równych.

Duvdi wydaje się usatysfakcjonowany odpowiedzią, ale nic nie mówi. Äile przemawia w jego imieniu.

-    Postawimy namiot na waszą cześć. Czujcie się jak u siebie w domu.

Ciemnowłosa kobieta posyła Gydzie zadowolone spojrzenie i znika wraz z Duvdim w namiocie.

Gyda wzdryga się, jakby zdjęta chłodem, choć słońce przygrzewa mocno. Podnosi nieco Torarina i ześlizguje się z grzbietu wierzchowca, mocno ściskając wodze drugą ręką.

Torarin zachowuje się spokojnie w objęciach matki, tylko jego oczy robią się duże jak talarki, kiedy spomiędzy namiotów wychodzi jakiś mały chłopczyk.

Chłopiec, wzrostem przypominający Toralva, zatrzymuje się niepewnie na widok przybyszów, po czym

uśmiecha się nieśmiało do Torarina. Torarin wysuwa kciuk z buzi i zaczyna gwałtownie machać ramionami. Gyda stawia go na ziemi i odprowadza uważnym spojrzeniem, kiedy Torarin niezdarnie rusza w kierunku chłopca.

Zatrzymuje się przed małym Lapończykiem, wysuwa ostrożnie rękę i dotyka go.

Widząc jego niezdecydowanie, Gyda uśmiecha się. Torarin znał dotąd jedynie Toralva i Askella; to riieocze-kiwane spotkanie to dla niego niezwykłe przeżycie.

Obecność malca w podróży wydaje się jej czasami czystym szaleństwem. Gdyby nie wola bogów, Gyda nie naraziłaby swego syna na trudy tej wyprawy. Widok chłopca wśród namiotów sprawia jej ból... w snach widziała ostrzegawcze znaki, a spotkanie z Duvdim i Aile wzmocniło jedynie jej przekonanie, że stanie się coś strasznego. Kieruje znów spojrzenie na namiot szamana; moc tamtego człowieka zdaje się przebijać skórzaną powłokę i przenikać przez jej skórę. Gyda wzdryga się i sięga po pelerynę... nie zważa na zdumione spojrzenia i okrywa się nią szczelnie. Musi się jakoś ogrzać, choć czuje instynktownie, że chłód łatwo nie ustąpi z jej ciała.

Ni stąd, ni zowąd pojawiają się ludzie. Zatrzymują się w bezpiecznej odległości i ciekawie przypatrują się przybyszom. Matki opierają półnagie dzieci o wysunięta biodra. Wszyscy koncentrują uwagę na Tora-rinie, zdają się. nie zauważać Gydy i jej orszaku. Gyda domyśla się, że Duvdi maczał w tym palce.

Kiedy rozpakowuje juki, podchodzi do niej Jungi. Wskazuje na dwóch chłopców i pyta:

- Czy to dobrze, by boski potomek bawił się z synem Ane?

- A co dolega temu chłopcu? - dziwi się Gyda.

Jungi kurczy się pod jej badawczym spojrzeniem.

- Jego matka nie zachowywała się tak, jak przystoi lapońskiej kobiecie.

- Mów dalej! - Gyda wspiera się pod boki i prostuje plecy. Rzuca szybkie spojrzenie na malców, po czym przenosi całą uwagę na Jungiego.

- Ane to kobieta, którą Eigil odwiedzał w obozie.

- Doprawdy? - Gyda przeszywa go twardym wzrokiem.

- Chcę jedynie powiedzieć, że Ane nie powinna była dzielić łoża z Eigilem Łowcą.

Oboje wzdrygają się, kiedy z tyłu dochodzi ich jakiś głos. Wzrok Gydy zatrzymuje się na kobiecie wychodzącej z tego samego namiotu co chłopiec. Jungi cofa się, kiedy Gyda czyni krok w kierunku Ane i jej syna.

Laponka nie ukrywa zdenerwowania. Podchodzi szybko do chłopca i chwyta go, posyłając jednocześnie przepraszające spojrzenie Gydzie. Z głębi namiotu dobiega płacz niemowlęcia. Gyda uśmiecha się do niej przyjaźnie, ale kobieta zdaje się już jej nie zauważać. Szybko odchyla zasłonę ze skóry renifera i wciąga chłopca do środka. Malec protestuje głośno, a jego gniewne okrzyki mieszają się z kwileniem dobiegającym zza skórzanej ściany.

Torarin stoi z kwaśną miną, a Gyda uśmiecha się smutno. Jej syn ma ochotę się bawić, ale przecież Gyda nie może zmusić nikogo, by dotrzymywał mu towarzystwa. Wzdycha ciężko i wraca do przerwanego zajęcia.

Torarin zerka na matkę, lecz ta, pochłonięta pracą, nie zwraca na niego uwagi. Chłopiec rusza przed siebie zdecydowanym krokiem i kładzie dłoń na skórze,

która zasłania wejście do namiotu. Rozgląda się wokół spłoszonym wzrokiem. Choć ledwie odrósł od ziemi, dobrze wie, że robi coś niewłaściwego.

Ane kładzie dłoń na ustach, by stłumić krzyk. Przerażona patrzy na chłopca, który z mozołem przeciska się przez zasłonę. Wszyscy w obozie słyszeli o boskim synu. Ane dobrze wie, że Duvdi wpadnie we wściekłość, dowiedziawszy się, iż chłopiec wtargnął do jej namiotu. Kto wie, może nawet rzuci zły czar na nią i jej potomstwo. Przyciska niemowlę do piersi i kładzie dłoń na ramieniu starszego syna, który uśmiecha się przyjaźnie na widok przybysza. Ane czuje, jak lęk dławi ją za gardło. Jeszcze chwila i pojawi się jasnowłosa kobieta, by odebrać syna. Trzeba mieć nadzieję, że uczyni to, zanim Duvdi odkryję, co się święci.

Zapada cisza i Gyda instynktownie podnosi wzrok. Stwierdza z przerażeniem, że chłopiec zniknął.

- Gdzie jest Torarin? - Wypuszcza wszystko z rąk i wbiega pomiędzy namioty. - Był tutaj przed chwilą! - Jej głos drży, Gyda omiata przestrzeń wokół siebie dzikim spojrzeniem.

Duvdi i Aile spoczywają na skórze renifera. Aile nalewa mleka do kubka i podaje go szamanowi, a ten przyjmuje napój z uśmiechem. Bezbrzeżny spokój przepełnia ich dusze.

- Nareszcie, Aile... nareszcie się zjawił.

- Tak. - Aile uśmiecha się promiennie do człowieka, którego kocha nad życie. - I jest piękniejszy i dorodniejszy, niż sądziłam.

Duvdi kiwa głową i podnosi kubek do ust, kiedy dobiega go gwar głosów.

- Co się stało? - pyta, opuszczając dłoń i patrząc ku wyjściu.

- Sprawdzę. - Aile zrywa się z reniferowej skóry.

Duvdi nie rusza się z miejsca. Zawartość kubka przestaje go interesować. Odstawia go na ziemię. Zdjęty nagłym niepokojem, siada w kucki, opiera dłonie o kolana i zamyka oczy. Po.chwili dźwięki tajemniczej pieśni unoszą się w górę i ulatują przez dymnik.

Na dworze panuje rozgardiasz, wśród namiotów kręcą się ludzie. Aile zatrzymuje przebiegającego Jun-giego, a ten wyjaśnia jej zaaferowany, że boski syn zniknął. Ta wieść ścina krew w jej żyłach. Widzi sylwetkę Gydy, córki Asmunda, napotyka spojrzenie jej zlęknio-nych niebieskich oczu.

Ogromnym wysiłkiem woli zmusza się do zachowania spokoju i rozgląda się wokół. Gdzie podział się chłopczyk?

- Idź stąd - jęczy Ane. - Nie możesz tu zostać - do-daje.

Torarin spogląda na nią przyjaźnie i zbliża się do Bånnego, który ukrył się za matką.

- Bawić śię? - pyta chłopca.

- Bånne nie może się z tobą bawić. Wyjdź! - Ane cofa się. Niemowlę w jej ramionach znów zanosi się płaczem, a Bånne z przestrachem wyziera zza jej pleców.

Torarin spogląda na nich zdziwiony. Nie ukrywa rozczarowania i wykrzywia twarz w grymasie. Tęsknym wzrokiem rozgląda się za matką.

- A więc jest tutaj? - Głos Aile przeszywa powiet-rze. - Zwabiłaś go do siebie, Ane?

- Nie... nie... to nie tak. - Ane zaprzecza z przestrachem. A więc zdarzyło się to, czego się obawiała. - Sam tu przyszedł. Nie uczyniłam niczego, by go do siebie przyciągnąć. - Popycha Bånnego i zakrywa go swoim ciałem.

-    Wszystkich zwabiasz do siebie, Ane - Aile cedzi słowa i szybkim krokiem zbliża się do chłopca.

Ane nie ma odwagi zaprzeczyć. Stoi w milczeniu, przyglądając się, jak kobieta szamana podnosi Torarina i opiera go sobie o udo. Chłopczyk nie protestuje, nieco przestraszony śledzi przebieg zdarzeń. Spogląda na kobietę, która podniosła go z ziemi, i na jego ogorzałej twarzyczce pojawia się wyraz lęku. Popiskuje i wyciąga rączki w kierunku Bånnego, który ukrywa się za mat-ką.

Bliskość chłopca przyprawia Aile o dreszcze rozkoszy, ale w obecności Laponki nie pozwala sobie na jawne okazywanie zadowolenia. Torarin jest niespokojny, lecz niczego innego nie mogła się spodziewać. Nie znają się, minie trochę czasu, zanim zdobędzie jego zaufanie.

Ane wzdycha z ulgą, kiedy kobieta szamana opuszcza namiot. Siada przy palenisku. Bånne nie rusza, się z miejsca.

-    Dziwnie się zachowujesz.

Ane uśmiecha się blado.

-    Jesteś zbyt mały, by to zrozumieć, Bånne. Przyjdzie jednak czas, kiedy dowiesz się, kim jest twoja matka.

-    Jesteś smutna. - Bånne kładzie dłoń na jej ramieniu.

-    Tyle razy ci mówiłam, byś się o mnie nie niepokoił, Bånne. Chłopcy w twoim wieku powinni przeby-

wać na dworze i ćwiczyć się w rzucaniu arkanem... Nie musisz dotrzymywać matce towarzystwa.

Bånne podchodzi do ściany namiotu, gdzie leży zwój linki i inne przybory łowieckie. Ane nie pozwala, by mężczyźni zdobywali pożywienie dla niej i jej dzieci. Równie sprawnie jak oni posługuje się arkanem i potrafi zastawiać sidła. Bånne wzdycha i opuszcza namiot. Ludzie gadają różne rzeczy o jego matce, ale on i tak jest z niej dumny.

Niemowlę wciąż płacze. Ane kołysze je w ramionach, póki się nie uspokoi, po czym zanosi je do kom-se* zawieszonej na pręcie spoczywającym w wycięciach dwóch Brzozowych pniaków wbitych w ziemię. Rozchyla kawałki tkaniny i zajęczej skóry i kładzie Guivego w miękkim posłaniu. W namiocie jest ciepło, więc nie przykrywa chłopczyka, pozwala mu swobodnie poruszać nóżkami i rączkami.

Guive cichnie, kiedy Ane zaczyna powoli poruszać kołyską. Chłopczyk wbija wzrok w ścianę namiotu, zamyka powieki i zasypia.

Ane przygląda się synkowi. Jest inny, ma jasne włosy i zielone oczy, a na jego twarzyczce nie widać śladu Wystających kości policzkowych, tak typowych dla jej ludu. Ane wzdycha cicho i przeciąga palcem po wargach niemowlęcia... Chłopczyk marszczy nos, wywołując uśmiech na obliczu matki.

Ludzie mogą sobie mówić, co chcą. Guive to piękne dziecko i Ane jest z niego równie dumna co z Bånnego. Obaj są z jej krwi, tyle że mają innych ojców. Ojciec starszego syna zginął, kiedy wraz z Duv-dim i koczownikami bronił stada reniferów przed watahą wilków.

N Rodzaj kołyski zrobionej z wydrążonego kawałka drewna.

Na wspomnienie Eigila Ane popada w zamyślenie. Eigil różnił się od wszystkich. Z początku chciał ją wziąć siłą, ale potem zaszło tyle zdarzeń... Ane uśmiecha się do własnych myśli. Eigil sprawił, że Jungi ją odtrącił. To było wtedy, gdy Eigil przybył i zażądał swoich skór. Dostrzegła wtedy... zaciekawienie w jego oczach. Gdyby byli sami, wszystko potoczyłoby się inaczej, a on zainteresowałby się dzieckiem. Eigil zachowuje się jak prawdziwy przywódca wobec swoich ludzi, ale w towarzystwie kobiety jest łagodny jak baranek.

Ane siada przy palenisku. Najchętniej wyszłaby z namiotu rozkoszować się piękną pogodą, ale Duvdi i Aile z pewnością pomyśleli o tym samym. Ane woli uniknąć spotkania z tą parą, która przeklęła ją od chwili, gdy przybyła do obozowiska.

Wspomina dawne czasy z rozkoszą pomieszaną z lękiem. Razem z matką, ojcem i bratem Ane należała do koczowniczej grupy mieszkającej na północy. Pamięta tamte wieczory... przy trzaskającym ogniu opowiadano starodawne legendy. Podciąga kolana i otacza łydki ramionami, przyciska nogi do ciała. Potem kładzie podbródek na kolanach i zamyka oczy.

Siedząc w takiej pozycji, widzi ich wyraźnie. To są dobre wspomnienia, pamięta, jak razem przygotowywali posiłki i garbowali skóry, zajmowali się łowiectwem i śpiewali. Przypomina sobie pieszczoty rodziców, głos ojca... łagodne połajanki... wszystko. Wzruszenie dławi ją za gardło.

Wojownicy nadeszli nocą, zimową porą. Spalili namioty, zrównali obozowisko z ziemią. Jakimś cudem udało się jej przeżyć, ale rodzice i pozostali członkowie jej grupy zginęli. Pamięta dzikie twarze napastników częściowo zasłonięte hełmami i przypomina sobie włas-

ne zdziwienie niepojętym ludzkim okrucieństwem. Jak mogli wyrządzić takie zło jej ludowi?

Małe dziecko nie potrafi się wyżywić, ale ona zrobiła wszystko, by utrzymać się przy życiu. Jadła co po-padnie, suszone mięso popijała wodą. Miała niewiele lat. Nie sposób mieszkać pośród trupów, ale czy miała inne wyjście?

Potem przybyli koczownicy i zabrali ją ze sobą. Przebywała w różnych miejscach, ale nikt nie chciał przyjąć jej do siebie... wziąć na siebie obowiązku wykarmienia kolejnego dziecka.

Uratował ją Dåvgi... ale tylko na chwilę...

- Musisz lepiej pilnować swego syna.

Gyda wzdryga się. Nie rozumie wypowiedzianych słów, ale wyraz twarzy kobiety, która trzyma w ramionach Torarina, jest jednoznaczny. W jej głosie pobrzmiewa nagana.

Jungi zatrzymuje się nieopodal i z nabożnym szacunkiem obserwuje tę scenę, zmaganie obu kobiet. Ze zdziwieniem rejestruje zainteresowanie, które Aile objawia wobec Torarina, i zwraca uwagę, jak gwałtownie Gyda przytula do siebie syna.

- Torarin! - Mink zapomina o dobrych obyczajach i pędem zbliża się do Gydy i chłopca.

Aile czuje ukłucie zazdrości na widok dziewczyny, która przypada do boskiego potomka, ale nie uzewnętrznia niczego. Nie chce zrazić do siebie przybyszów wrogą postawą.n ęieszy się, że mogła potrzymać go w ramionac^^oSS a niedługo... niedługo chłopia^^^l£aA^ż^^ niej.

Aile odwm^ się bez słd^Łi\dzie do namiotu, który

dzieli z Duvdim. Z przyjemnością zda mu relację z wydarzeń. Duvdi zapewne okaże większą determinację, kiedy dowie się, że Gyda, córka Åsmunda, jest złą mat-ką.

2

Duvdi kiwa głową zadowolony, kiedy Aile zdaje mu relację z wydarzeń.

-    Wiedziałem o tym od początku. Gyda, córka Asmunda, miała jedynie zrodzić boskiego syna. Wprawdzie pochodzi od Asów, ale i tak wyjdziemy zwycięsko z walki o tego chłopca.

-    Jesteś mądry, Duvdi Szamanie. - Aile przytula się do niego i kładzie mu dłoń na udzie. W jego wzroku widzi budzące się pożądanie. Duvdieg;o łatwo rozbudzić, a zresztą przybycie Torarina w obojgu poruszyło pokłady sił witalnych. Aile nigdy nie czuła się tak podniecona jak w tej chwili. Oddycha ciężko, nachylając się ku mężczyźnie, który siedzi u jej boku.

Duvdi nie protestuje, kiedy Aile wsuwa dłoń pod kant jego szaty i zaczyna pieścić skórę na łydce. Dłoń jest ciepła, porusza się miękko i czule, sprawnie wyszukuje najczulsze miejsca.

-    Lubię cię dotykać - mówi ochryple, a Duvdi wy-daje z siebie jęk. - Już jestem wilgotna - dodaje.

-    Pokaż - szepcze Duvdi.

Jego oczy ciemnieją, kiedy zagląda jej w twarz. Aile

wstaje i zaczyna się rozbierać... poszczególne elementy jej stroju jeden po drugim opadają na skóry wyściełające klepisko. Potem chwyta jego dłoń i wsuwa ją sobie między nogi.

Duvdi bliski jest omdlenia, kiedy wciska w nią palce; czuje, jak Aile unosi przykrywającą go szatę i siada na nim okrakiem. Ociera się o niego i nęci, po czym chwyta jego nabrzmiałą męskość i wprowadza do środka. Duvdi odchyla się w tył... wspiera się na ramionach i wygina z rozkoszy.

Aile jęczy, kiedy Duvdi wsuwa się w nią. Teraz ona ma nad nim władzę i to jeszcze bardziej potęguje jej podniecenie. Siedzi spokojnie, napina mięśnie i szuka jego ust.

Duvdi jest niecierpliwy. Chwyta ją za pośladki i unosi... potem pozwala jej opaść.

Aile śmieje się cicho i lubieżnie, po czym ulega jego woli...

Gyda i Mink siedzą na ziemi, obserwując, jak Jungi i Morok stawiają namiot. Torarin kręci się koło mężczyzn, w ogóle nie widać po nim zmęczenia podróżą.

Morok i Jungi stawiają żerdzie w taki sposób, że ich końce krzyżują się na górze, po czym naciągają na nie skóry reniferowe i przytwierdzają je do ziemi kamieniami. Robota pali im się w rękach.

W środku namiotu urządzają palenisko, ścielą klepisko brzozowymi gałązkami i rozkładają na nich skóry.

Torarin obejmuje w posiadanie swój nowy dom, rozglądając się wokół z zachwytem.

Składają cały swój dobytek w namiocie. Przychodzi właściwa chwila, by zaspokoić głód po podróży. Gyda

rozkłada na skórze wiktuały, w które zaopatrzyła ich Ravna.

Zasłona zakrywająca wejście do środka unosi się raptownie. Gyda wstrzymuje oddech na widok mężczyzny, który pojawia się w otworze. To ich opiekun... człowiek, który podążał za nimi od chwili, gdy wyjechali z Elgtun. Potem zniknął niepostrzeżenie, a teraz zjawia się równie niespodziewanie. Tajemniczy, przystojny nieznajomy.

Gyda nie potrafi ukryć zaskoczenia, kiedy mężczyzna zaczyna przemawiać do niej w jej własnym języku. Sens słów ledwo do niej dociera.

- Mam zaszczyt zaprosić Gydę, córkę Asmunda, i jej towarzyszy na plac ogniskowy - mówi przyjaźnie.

Gyda kiwa głową i uśmiecha się ostrożnie.

- A kto zaprasza?

-■ Nazywam się Juoksa. - Mężczyzna też uśmiecha się lekko. - Ale to Duvdi Szaman i Aile są tutaj gospodarzami.

- Dziękujemy za zaproszenie, ale musimy się posilić. - Gyda zmienia się na twarzy. Dźwięk tych imion Wywołuje u niej dreszcze. Wyjmuje żelazny kociołek, który wozi ze sobą.

- A kto mówi, że nie zostaniecie nakarmieni? Duvdi znany jest z gościnności. Nikt dotąd nie odszedł głodny z obozowiska.

Mink siedzi na ziemi razem z Torarinem. Patrzy na Gydę z nadzieją. Ich zapasy jedzenia są skąpe.

Gyda również posyła im spojrzenie. Rozumie, że odmowa byłaby nierozsądnym gestem. Chłopiec i ciężarna dziewczyna potrzebują porządnej strawy. Roztropność podpowiada jej też, by nie zrażać do siebie Duvdiego i Aile.

- Przyjmuję zaproszenie, Juokso. Daj nam trochę czasu, byśmy mogli urządzić się w namiocie.

Juoksa uśmiecha się zadowolony i wycofuje do wyjścia.

- Nareszcie najemy się do syta - cieszy się Mink. Siedzi na skórze, trzymając Torarina między nogami. Chłopiec opiera się o jej brzuch i z zapałem ssie kciuk. Patrzy z uśmiechem na matkę, ale na jego twarzyczce widać już pierwsze oznaki zmęczenia.

- Nie rób sobie wielkich nadziei, Mink, jutro ruszamy w dalszą drogę.

Dziewczyna nie ukrywa rozczarowania. Gyda rejestruje ze zdziwieniem, że reakcja Mink sprawia jej ból. Są jednakże w drodze ód dawna, a dziewczyna nosi dziecię pod sercem i należy się jej odpoczynek. Gydę opada zwątpienie. Może powinni się tutaj zatrzymać? Sny ostrzegały ją przed takim rozwiązaniem.

Gyda klęka przed Mink i synem, gładzi Torarina po policzku i wbija wzrok w dziewczynę.

- Widziałam znaki, Mink, niedobre znaki. Nie powinniśmy się tutaj zatrzymywać.

Wzrok Mink nie mówi nic. Jeśli wyjadą zbyt wcześnie, jej plan spali na panewce.

- Przykro mi. - Gyda mówi szczerze, a jej twarz wyraża powagę, kiedy podnosi się z kolan.

- Rozumiem, Gydo. Nie uczynisz niczego, co zaszkodziłoby tobie lub Torarinowi. - Mink też nie owija w bawełnę.

-    Jesteś dobrą kobietą, Mink.

Dziewczyna podnosi na nią wzrok. Słowa Gydy łechcą ją mile i nagle konieczność opuszczenia Moroka nie wydaje się jej już tak dramatyczna. Gyda pomaga jej uwierzyć, że da sobie radę bez pomocy La-

pończyka; córka hovdinga wszak sama odchowała dziecko.

Już po chwili ta myśl znika równie szybko, jak się pojawiła. Kiedy Gyda odwraca się i zmierza ku wyjściu, Mink znów opadają wątpliwości.

-    Chodź, Mink. Spotkajmy się z Duvdim, Äile i resztą - mówi Gyda.

Mink wstaje i bierze Torarina na ręce. Opiera go na biodrze i rusza za Gydą.

Na widok Mink Morok wstaje i uśmiecha się szeroko. Zapada zmierzch, młodzieniec wskazuje jej miejsce przy ognisku. Mink odwzajemnia uśmiech, zachowanie Moroka sprawia dziewczynie przyjemność.

Z uczuciem zażenowania i dyskomfortu Gyda wkracza w krąg ludzi siedzących wokół ognia. Szuka wzrokiem szamana i jego kobiety, ale ich nie znajduje. Uśmiecha się do siebie, bo domyśla się przyczyny ich nieobecności. Duvdi i Äile chcą ściągnąć na siebie uwagę, zwłaszcza w takiej chwili, gdy do obozowiska przybywają goście.

Gyda siada obok Mink i wyciąga ramiona do Torarina, a chłopiec bez wahania wdrapuje się na kolana matki. Jest już wyraźnie zmęczony. Gyda ma nadzieję, że zdąży go nakarmić, zanim malec zapadnie w sen. Rozgląda się wokół, studiując twarze siedzących przy ognisku.

Obozowisko jest liczniejsze, niż sądziła. Napotyka wzrok Juokśy i pozdrawia go lekkim skinieniem głowy. Domyśla się, że kobieta u boku Juoksy to jego żona.

Lapończycy noszą ubrania ze skóry, na głowach mają charakterystyczne czapki; niektórzy przyozdobili

swoje stroje barwnymi tkanymi lamówkami. Spod czapek widać grzywki ciemnych sztywnych włosów i pary ciemnych oczu; włosy nielicznych kobiet mają nieco jaśniejszą barwę.

Wzrok Gydy zatrzymuje się na żonie Juoksy. Kobieta ma obfite kształty, Gyda nie widziała dotąd nikogo o równie pucołowatych policzkach. Pełne piersi rysują się pod obcisłą suknią o oryginalnym kroju, na szyi nosi proste drewniane ozdoby zawieszone ńa rzemyku. Dobroduszna twarz towarzyszki Juoksy wzbudza sympatię Gydy, kobieta nie ukrywa swego uczucia do męża, cały czas nachyla się ku niemu, gładzi go po udzie, po plecach... Te objawy zainteresowania zdają się sprawiać Juoksie przyjemność. Gyda wyczuwa siłę łączącego ich związku.

Rozmowy przy ognisku cichną jak ucięte nożem. Ludzie zwracają wzrok na namiot Duvdiego i Aile, widok tej niezwykłej pary odbiera Gydzie dech. Tylko raz wcześniej, widziała szamana, ale nie ma wątpliwości, że to mężczyzna z jej widzeń. Teraz dostrzega to jeszcze wyraźniej i czuje promieniowanie jego mocy, wzmocnione obecnością Aile.

Duvdi jest odprężony po miłosnych igraszkach, jego postać tchnie pewnością siebie i spokojem. Jak inni szamani nosi czarną szatę wywróconą na lewą stronę, paliczki niektórych palców ma owinięte cienkimi rzemykami. Podobne rzemyki wplótł we włosy, długie, ciemne i poprzetykane siwymi nitkami. Na piersi zawiesił niezwykłą kościaną ozdobę.

Duvdi nie patrzy na Gydę, wkraczając na plac; szuka boskiego potomka, zatapia wzrok w chłopcu, jakby zamierzał przejrzeć go na wylot.

Nie sposób nie zauważyć zainteresowania szama-

na Torarinem. Ciałem Gydy wstrząsa dreszcz. Przytula mocno synka, czując na sobie złośliwy uśmiech Aile. Domyśla się, że Aile wyczuwa jej lęk. Kobieta Duvdie-go nigdy nie powiedziała tego głośno, ale Gyda każdym porem skóry czuje jej nienawiść.

Duvdi podchodzi do Gydy i nakazuje jej wstać. Gyda spełnia polecenie niechętnie i staje wyprostowana przed potężnym szamanem. Zgromadzeni nie odrywają od nich wzroku, ciszę przerywa jedynie trzask płonących szczap.

Szaman wyciąga ramiona ku Torarinowi. Chłopiec spogląda niepewnie na matkę i na Duvdiego, wyczuwa napięcie. Pragnie pozostać w matczynych ramionach, ale jakaś niewidzialna siła ciągnie go ku ubranemu na czarno mężczyźnie.

Gyda chce zaprotestować, ale ona też czuje tę moc. Odmowa nic nie da, może wręcz ściągnąć na oboje niebezpieczeństwo. Gyda dobrze wie, że szaman nie skrzywdzi chłopca na oczach swoich pobratymców.

Nareszcie trzyma boskiego potomka w ramionach. Duvdi nie może w to uwierzyć. Czekał tak długo, niecierpliwił się, choć wiedział, że ten dzień nadejdzie. Znaki, które mu dawano od chwili, gdy Torarin pojawił się w Midgardzie, były silne i wyraźne. Nigdy nie zwątpił w prawdziwość widzeń.