Wybranka bogów (24). Odwaga życiowa - Jane Mysen - ebook

Wybranka bogów (24). Odwaga życiowa ebook

Jane Mysen

0,0

Opis

[PK]

Duvdi i ?ile starają się o to, by Torarin stopniowo, lecz skutecznie przyswajał sobie ich naukę. Chcą, by stał się jednym z nich. Coraz rzadziej zezwalają Gydzie na spotkania z synem. Kobieta musi wykorzystywać cały swój spryt i mądrość. Wybranka bogów odnajduje chatkę, w której może się ukrywać Arntor. Gdy się tam udaje, podąża za nią dwóch mężczyzn. Jeden szybko się ujawnia...

Duvdi jest zadowolony z obrotu rzeczy, ale wściekły, że Juoksa go zdradził. Opracowuje przerażający plan, aby ukarać mężczyznę...

Jednocześnie zachodzą zmiany w związku Mink i Elvemanna.

- Nie mogę się z tobą kochać, nim nie odzyskam pamięci - oświadcza jej Elvemann. Morok tymczasem znajduje pocieszenie w ramionach…

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach:
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kartuzach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 232

Rok wydania: 2008

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



^JWIĘKSZY BESTSELLER OD CZASU SAGI O LUDZIACH LODU

♦O .

< ma g i c z n a < o p o w i e ś ć

BOGOW

Odwaga życiowa

magiczna^opowieść

WYBRANKA BOGOW

JANE MYSEN

tom 24.

ODWAGA ŻYCIOWA

Przełożyła Mirosława Zimoń

Tytuł oryginalny serii: Utvalgt av gudene

Tytuł oryginału: Livsmot

Tłumaczenie z oryginału: Mirosława Zimoń Ilustracja na okładce: Anita Våmartveit Projekt okładki: Elipsa Sp. z o.o.

Korekta: Maciej Korbasiński Skład: Elipsa Sp. z o.o.

© J. W. Cappelens Forlag a.s 2000

Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z 0.0.

All rights reserved

ISBN 978-83-61226-23-9

Elipsa Sp. z 0.0.

01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37

W 53

W5-M3

INFORMACJE 8 (0 22) 62416 07 (od pn. do pt. w godz. 9.00 - 17.00)

1

Juoksa nie trzyma Gydy już tak mocno, a ona, odwróciwszy się ku niemu, patrzy buntowniczo.

- Słuchaj - cedzi słowa - nie masz nic innego do roboty jak śledzenie kobiet po nocy?

Pociera swe bolące ramię, a jej spojrzenie pełne jest niechęci.

Juoksa czuje, jak jego serce rozdziera ból. Nie musiał za nią iść, ale ona, przychodząc tutaj, naraziła się na niebezpieczeństwo. Lapończyk zerka z obawą na podwyższenie, przy którym stoją. Na tyle, na ile może dojrzeć w ciemności, wydaje mu się, że jest to darniowa chata, w której mieszkają Arntor Skald i jego siostra.

- Groźniejsi mężczyźni niż ja mogą podążać po twoich śladach, Gydo, córko Åsmunda. Gdybym był na twoim miejscu, poszedłbym stąd.

Ona patrzy na niego z niedowierzaniem.

- Naprawdę w to wierzysz, Juokso? Naprawdę uważasz, że stąd odejdę? Co ty byś zrobił, gdyby to Lållå i twoje dzieci tutaj były? Zostawiłbyś swą rodzinę?

Juoksa wije się.

Jungi stoi w ukryciu za powalonym drzewem i cieszy się z panującego mroku. Serce wali mu jak młot. Przybył tu za kobietą, ale nie wiedział, że to Gyda, dopóki nie usłyszał jej głosu. Rozpiera go teraz ciekawość i wychyla się, jak może, by dojrzeć rozmawiającą dwójkę. Czy już spotkała skalda? A może to ktoś inny?

Nie posiada się z radości, gdy zauważa, że to Juoksa.

A zatem współplemieniec znów ma zamiar zdradzić przywódcę? Jungi mocno zaciska zęby i instynktownie chwyta za nóż, który ma u pasa. Duvdi nie będzie zachwycony, kiedy się o tym dowie. Jungi nie potrafi pohamować radości. Nie wygląda na to, aby skald był z nimi, a Juoksa z pewnością wyrazi chęć współpracy, gdy Jungi opowie mu o misji, którą mu powierzono.

Gyda i Juoksa drżą na widok jeszcze jednej osoby wyłaniającej się z mroku.

- A o czym się tu rozmawia? - Jungi patrzy na nich z wyższością. - Muszę ci powiedzieć, iż mnie zawiodłeś, Juokso. Pomyśleć, że nie zauważyłeś, iż nie byłeś tutaj z Gydą sam. Ty, który jesteś specjalnym wysłannikiem Duvdiego - prycha.

Juoksa nie jest zadowolony z obrotu sytuacji. Jungi zawsze był inny od pozostałych, a po tym, jak sprzymierzył się z Eigilem Łowcą, stał się niczym obcy. Zostali zmuszeni do towarzyszenia Duvdiemu i Aile, gdy ci wyruszyli za Gydą, ale nie udało im się nawiązać takiego jak niegdyś kontaktu.

- A ty? Co tu robisz w środku nocy?

Juoksa wie, że to głupie pytanie, ale nie potrafi wymyślić żadnej riposty.

- Podążam za córką hovdinga - szybko pada odpowiedź. - Każdy głupi by się domyślił, iż robisz to samo, ale byłbym zaskoczony, gdybyś powiedział mi, że jesteś tutaj z tego samego co ja powodu. - Chwilę milczy, a potem do-daje: - Posyła mnie Duvdi.

• Juoksa wyczuwa w jego głosie pogardę. Normalnie to jemu powierzono by tę misję.

- I co uczynisz teraz, kiedy ją odnalazłeś?

Jungi nie potrafi ukryć niepokoju, który go nagle ogarnia. Przez ułamek sekundy zapomniał, że to właśnie w tym miejscu słyszał gwizdanie Stallo.

- Zaprowadzę ją z powrotem - mówi z wymuszonym spokojem.

Juoksa musi się uśmiechnąć, wyczuwając niepewność w tej do granic możliwości spokojnej odpowiedzi.

- Zakładam, że pójdziesz ze mną bez stawiania oporu. - Po raz pierwszy, odkąd wyskoczył z krzaków, Jungi zwraca się do Gydy.

Gyda postanawia udawać skłonną do współpracy. Jungi najwyraźniej nie wie o Arntorze, a ona nie ma zamiaru zdradzać jego kryjówki.

- Gyda pójdzie ze mną! - Juoksa robi nagle krok wprzód i staje przed Gydą.

- Jak już mówiłem, dostałem rozkazy i założę się, że Duvdi nie spojrzy łaskawym okiem na to, że się mieszasz w nie swoje sprawy. - W głosie Jungiego można wyczuć groźbę.

Gyda czuje niepokój i rozumie, że jest on uzasadniony, bo Jungi robi krok w kierunku drugiego mężczyzny. Widzi słaby błysk broni.

- Nie zachowujcie się jak głupcy. Pójdę, z kim muszę, jeśli tylko nie poleje się tu krew. - Przeklina swój drżący głos-

- Gyda ma rację. - Juoksa odczuwa niechęć na myśl o pojedynku z Jungim. Nie chce, by doszło między nimi do zatargu.

- To teraz zadajesz się z kobietami, Juokso. Nie mam pojęcia, czemu się tu spotykacie, ale w naszej społeczności mówi się, że kobiety pokroju Gydy są bardziej kochliwe niż inne. Straciłeś głowę, Juoksa? Zdradzasz swą kobietę, która czeka w domu... swoje dzieci?

- Uważaj, co mówisz, Jungi - syczy Juoksa przez zaciśnięte zęby. Trudno dojrzeć, czy i gdzie Jungi trzyma nóż, ale biorąc pod uwagę ostatnią wypowiedź rywala, Juoksa rozumie, że walka jest nieunikniona.

- Zmierz się ze mną, Juokso! - dyszy Jungi. Rozkłada ramiona, pochylając się ku przodowi. Jego dłoń zaciska się na trzonku noża. On też nie ma w zwyczaju walczyć w ten

sposób ze swoimi, ale już od dawna żywi urazę do Juoksy i nie podoba mu się pozycja, którą zajmuje u Duvdiego. Jeśli pokona go w walce, to sam zyska w oczach przywódcy.

Gyda chwyta Juoksę za ramię, ale ten ją odpycha.

- To sprawa między mężczyznami, Gydo. Odejdź, bo możesz zostać ranna!

- Po co rozlewać krew? - Głos Gydy przepełnia strach. Wydaje jej się, że się udusi wielką kluską, która staje jej w gardle. - Powiedziałam przecież, że wrócę do siida.

Mężczyźni jej nie słuchają. Poruszają się teraz wkoło po otwartym polu. Ich spojrzenia skupiają się na przeciwniku, a każdy mięsień w ich zwinnych ciałach jest napięty.

Gyda cicho zawodzi. Biegnie w stronę chatki darniowej i rzuca się na nią. Leży oparta o wilgotny torf w poszukiwaniu poskręcanego korzenia, który służy jako klamka.

Płacze z poczuciem ulgi, gdy go wreszcie znajduje. Wciąga głęboko powietrze i otwiera drzwi.

Gdy tylko je lekko uchyla, jej oczom ukazuje się słabe światło oraz dwie zdumione wpatrzone w nią twarze, które sprawiają, że krew w jej żyłach zaczyna płynąć szybciej.

- Arntorze! Czy to naprawdę ty? - Mężczyzna jest przy niej w przeciągu sekundy, ale ona go odpycha. - Musisz pomóc, Arntorze. Pomiędzy Juoksą i Jungim doszło do sporu i nie chcę wiedzieć, jak to się skończy, jeśli nikt nie zainterweniuje.

On całuje ją szybko w policzek.

- Mi też miło cię znów zobaczyć - odpowiada z uśmiechem.

- Pośpiesz się! - wypycha go.

Ulva wstaje. Dojrzała, że to Gyda stoi w wejściu, i teraz ogarnia ją wielka radość.

- Gdzie jest Torarin?

Gyda doskonale słyszy pytanie, ale rzuca dziewczynce tylko przelotne spojrzenie i wybiega za Arntorem.

Ulva pozostaje, siedząc niczym przyklejona do pnia,

który służy im jako ławka przy palenisku, ale nie na długo. Po chwili ona też wychodzi na zewnątrz.

Przyzwyczajenie się do panujących ciemności zabiera jej oczom trochę czasu, ale gdy już rozpoznaje kontury, może ich dostrzec. Arntor chłonie bliskość Gydy każdym nerwem swego napiętego ciała, ale powaga tego, co rozgrywa się na małym nieosłoniętym polu, skupia całą jego uwagę.

- Bracia nie mogą przelewać swojej krwi. - Próbuje wpierw przemówić do walczących.

- Prawdziwy brat nie wyciąga przeciwko bratu noża. -To słowa Juoksy, a Gyda drży, słysząc ton jego głosu. To nie ten mężczyzna, którego tak bardzo polubiła.

- Jesteś zdrajcą, Juokso - Jungi wypluwa słowa. -A ciebie - krzyczy w stronę Arntora - spotka kara, gdy tylko Duvdi się o tobie dowie.

- A kto powiedział, że Duvdi o czymkolwiek się dowie? - głos Juoksy jest zachrypły.

- Ty zdradziecki... - Jungi gwałtownie przystępuje do ataku. Juoksa ledwo co zauważa jego ruch, nim ten rani go w ramię. Miota straszne przekleństwa.

Arntor uświadamia sobie, jak głupie byłoby wmieszanie się w pojedynek z własną bronią, ale słów może przecież używać, nie narażając życia na niebezpieczeństwo.

- Rozumni mężczyźni nie wdają się w takie pojedynki. Odrzućcie broń i znajdźcie jakieś inne rozwiązanie waszych problemów!

Juoksa i Jungi nie odpowiadają na słowa skalda. Nadal chodzą wkoło... Juoksę boli ramię po ukłuciu noża, ale nie ma czasu, by się tym przejmować.

Raz jeszcze Jungi przystępuje do ataku, ale tym razem Juoksa nie daje się zaskoczyć. Energicznie uskakuje w bok.

Jungi rzuca się w jego stronę, ale potyka się i przewróciwszy się, leży jak długi wśród zmrożonych wrzosów. Natychmiast jednak niczym zręczny kot staje na nogach. Nie czeka z następnym atakiem i rzuca się na Juoksę.

To krótka walka, bo Juoksa wbija nóż w pierś Jungiego, prosto pod żebra. Dopycha tak, że nóż trafia w samo serce. Jungi pada na kolana.

- To była walka oparta na zasadzie „albo ty, albo ja”. Dlatego postanowiłem stawić opór. - Głos Juoksy nie kry-je rozpaczy, którą mężczyzna czuje. Nic do niego nie dociera. Klęka obok rywala i nadal wbija nóż w jego pierś, kierując go ostrzem w lewo. Gorąca krew Jungiego spływa po jego dłoni i przedramieniu.

Jungi pada do przodu. Opiera się na Juoksie tak, jakby spoczywał na jego ramieniu.

Juoksa łapczywie oddycha. Wygląda tak, jakby lada moment miał zemdleć. Nie czuje bólu w ramieniu, ale cierpienie, które dławi go od środka, jest najgorszą z mąk.

Jungi pada obok Juoksy i leży z twarzą ukrytą we wrzosach.

- Pomóż mu! On zrobił to dla mnie - Gyda szepcze do Arntora, który stoi obok.

Arntor podchodzi do Juoksy i pomaga mu wstać.

- Duvdi zabije moją rodzinę, jeśli się o tym dowie.

Gyda i Arntor w ciemności nie widzą boleści na jego twarzy, ale jego głos zdradza rozpacz.

- Nie myśl o tym teraz. Jesteś ranny. Chodź! Wejdźmy do domu. Gyda opatrzy ci ranę - mówi Arntor.

- Lållå na mnie czeka. - Juoksa odpycha go delikatnie.

- Posłuchaj, Juokso, chodźmy do środka. - Gyda jest przy nim i po przyjacielsku chwyta go za ramię. Prowadzi go w stronę jaśniejącego wejścia do domu.

Lapończyk niczym w transie podąża za nią. Jego ręce zwisają bezwładnie wzdłuż ciała. Jest pogrążony jakby we własnym świecie, gdy mówi:

- Nie mogę zostać tu długo. Duvdi już podejrzewa, że wam pomagałem.

- Coś sugerował? - Gyda od razu uświadamia sobie powagę sytuacji.

Juoksa nic nie odpowiada, a tylko mamrocze coś niezrozumiale, gdy przekracza próg darniowej chatki.

Ulva dokłada drewna do ognia. Zaniepokojona tuli się teraz do Arntora, który znów usiadł na pniu.

Gyda prosi Juoksę, by usiadł, a potem pomaga mu zdjąć górną część odzienia.

Ich oczom ukazuje się rana. Stracił niezwykle mało krwi. Gyda uśmiecha się z zadowoleniem.

- Jungi nie trafił tak dobrze jak ty - mówi.

Mężczyzna patrzy na nią z powagą, gdy ona opatruje ranę.

Pierś Arntora nabrzmiewa tłumionymi uczuciami. Najchętniej przytuliłby Gydę, ale chwila nie jest odpowiednia. Patrzy na jej długie, szczupłe palce, które tak troskliwie zajmują się raną Juoksy. Nikt nie wie lepiej niż Arntor, jak te dłonie potrafią pieścić, i mimo że moment na to nie jest najlepszy, nie potrafi stłumić żądzy, która zdążyła już opanować jego ciało.

Gyda napotyka spojrzenie Arntora i czuje wielką tęsknotę, która sprawia, że jej ciało płonie, by już się z nim spotkać. Dłonie, które opatrują ranę Juoksy, pracują, ale jej myśli są teraz zupełnie gdzie indziej.

Juoksa gwałtownie budzi się z drzemki, w którą na krótko zapadł, i uśmiecha się z wdzięcznością do Gydy.

- Dziękuję, że zajmujesz się mną w taki sposób. - Nagle jednak staje się poważny. - Bądź tak dobra, Gydo, córko Asmunda, i wróć ze mną do siida. Już długo nas tam nie ma i nie śmiem myśleć, co się z nami stanie, gdy Duvdi dowie się o tym, co się zdarzyło.

Ona kładzie rękę na jego ramieniu.

-    Duvdi nie musi się o niczym dowiedzieć.

-    Jak to?

-    Nikt nie musi wiedzieć o walce między tobą i Jun-gim.

-    Ale on zasługuje przecież na pochówek z honorami.

Jungi ma żonę i wiele dzieci. Jak będą się czuli, gdy on tak po prostu zniknie?

Gyda wie, że Juoksa zawsze kieruje się głosem sumienia, ale tym razem musi przekonać tego dobrego człowieka, że czasem lepiej posłuchać rozsądku.

- Ty, Laila, Ane i Mink jesteście moimi jedynymi prawdziwymi przyjaciółmi, których mam w siida. Życie moje i Torarina zależy od waszej pomocy. Zapomnij o sumieniu i działaj w zgodzie z głosem rozsądku. Inaczej nikomu z nas nie wyjdzie to na dobre.

Lapończyk siedzi i rozmyśla. Jego ciemne spojrzenie skupia się na płomieniach, a mięśnie napinają się pod skórą, która świeci blado, odbijając blask ogniska.

Gyda wstrzymuje oddech. Nie może zmusić Juoksy do podjęcia decyzji, ale ma nadzieję, że z pomocą bogów udało jej się go przekonać.

- Masz rację, Gydo. - Patrzy jej w oczy. - Jedyny rozsądny krok to przemilczenie tego, co się wydarzyło, ale nie zostawię Jungiego tak na pastwę dzikich zwierząt.

Gyda przyjacielsko ściska jego ramię.

- Mądry z ciebie człowiek, Juokso.

Juoksa parska:

- Mądry? Człowiek, który jest poddanym Duvdiego, a który jednocześnie pomaga wam, nie grzeszy chyba rozumem, ale za późno już na odwrót.

Wyciąga się po ubrania. Jego trójkątną twarz wykrzywia grymas bólu, gdy porusza ramieniem. Po chwili jest już ubrany.

- Pójdziesz ze mną, Arntorzé?

Arntor przytakuje i wstaje. Mężczyźni znikają w mroku nocy.

Ulva z niepokojem wpatruje się w Gydę. Co teraz będzie?

Juoksa i Arntor niosą zwłoki.

-    Znam miejsce, które się nada. - Juoksa mówi cicho, a jego głos pełen jest smutku. - Nie w taki sposób ludzie powinni wędrować do Saivo.

Arntor nie odpowiada. Skupia się całkowicie na tym, by dobrze stawiać stopy. Ciężko coś dojrzeć w mroku, a mróz sprawił, że kamienie zrobiły się śliskie.

Czują, jakby szli całą wieczność, i po obojgu płyną już strużki potu, gdy wreszcie Juoksa oznajmia, iż są na miejscu. Ostrożnie kładą ciało na ziemię.

Juoksa podchodzi ku czemuś, co wydaje się być stromym zboczem góry, ale gdy odsuwa wrzos i pochylone gałązki brzozy, ich oczom ukazuje się szczelina.

-    Tutaj może spoczywać w pokoju.

Wspólnie układają trupa tak dobrze, jak mogą. Juoksa próbuje nie patrzeć na twarz Jungiego i drży za każdym razem, gdy mu się to nie udaje. Oczy zmarłego są otwarte, a ich spojrzenie jakby wwiercało się w jego umysł. Świadomość, że musiał zabić jednego ze swoich, by uzyskać spokój, już zawsze będzie dla niego ciężka do zniesienia.

-    Do dzieła! Miejmy to już za sobą! - Jego głos jest zdecydowany. Arntor pochyla się i łapie zmarłego za kostki.

Umieszczenie trupa w szczelinie okazuje się nie lada wysiłkiem, ale wreszcie dają radę.

Juoksa oddycha ciężko, gdy ciało Jungiego jest już na miejscu. Zaczyna podnosić kamienie leżące wokół nich na ziemi, a Arntor rusza w jego ślady. Po chwili udaje im się zakryć cały otwór.

-    Teraz chciałbym zostać sam.

Smutny głos Juoksy porusza Arntora.

- Wracam zatem do domu - odpowiada ze spokojem.

Lapończyk nie odzywa się, ale gdy Arntor odchodzi, dobiega go joik. Arntor czuje, jak smutne uczucia przepełniają jego ciało/Sam wie, jak bolesna jest utrata brata.

Gyda usiadła obok Ulvy i zaczęły cicho rozmawiać, gdy otwierają się drzwi wejściowe. Obie patrzą na Arntora, gdy ten wchodzi do środka.

- Gdzie jest Juoksa?

- Chciał pobyć sam.

Arntor siada obok Gydy, a ona przez ubrania czuje bi-jące od niego ciepło.

- Nikt nie może zmienić przeznaczenia, Arntorze -mówi cicho.

- Nomy często nam o tym przypominają. - Uśmiecha się do niej zmęczony. - Juoksie nie będzie z tym łatwo. To uczciwy człowiek.

Gyda przytakuje ze smutkiem.

- Ale on jest silny. Poradzi sobie.

- Miejmy taką nadzieję. Przyjdzie mu się zmagać z nie byle jakim przeciwnikiem.

Ulva wstała. Podchodzi do Arntora i klęka przed nim, a następnie kładzie głowę na jego udach.

On głaszcze lśniące w blasku płomieni włosy siostry, a jego spojrzenie skierowane jest na Gydę.

- Jak nas znalazłaś?

- Jak zwykle dzięki przeznaczeniu. Bogowie wybrali Juoksę i Lallę, aby nam pomogli.

- Kim jest Lållå?

- Żoną Juoksy. To cudowna kobieta.

- Znam jeszcze jedną cudowną kobietę. - Głos Arntora jest ciepły. .

Ich oczy płoną. Arntor przez chwilę trzyma spokojnie ręce na głowie siostry. Następnie pochyla się ku niej.

- Czas się położyć, Ulvo. Jutro też jest dzień, a dziś dostaliśmy przedsmak tego, co może nam on przynieść.

Dwójka dorosłych siedzi i spogląda na Ulvę, która przygotowuje się do snu. Arntor przysuwa dłoń do dłoni Gydy, którą ta trzyma na kolanach. Ich palce splatają się.

- Tęskniłam za tobą - szepcze ona.

- A myślisz, że ja za tobą nie? Mogłaś dać mi jakiś znak, że zamierzasz wyjechać.

Głęboka zmarszczka, która pojawia się między jej brwiami, zdradza, że wyczuwa wyrzut w jego głosie.

- Nie mogłam, Arntorze. - W jej błękitnych oczach odbija się smutek.

- Byłaś przecież w osadzie handlowej, Gydo. Miałaś okazję, aby mi powiedzieć.

- Duvdi i Aile zagrozili mi, iż jeśli komuś wyjawię, że mamy wyjechać, już nigdy nie zobaczę Torarina. Nie mogłam ryzykować.

- A co teraz, Gydo? Nie przewidziałaś, że i tak ci go odbiorą?

Gyda uśmiecha się kwaśno i zaciska dłoń na jego dłoni.

- Zawsze miałam silną wolę, Arntorze. Wiesz o tym. Mocno wierzę, że uda mi się zyskać kontrolę nad sytua-cją.

- Jak wszystkie dary, którymi zostaliśmy obdarowani, upór może zaprowadzić nas na dobrą lub złą drogę. -Spojrzenie Arntora zatapia się w jej oczach. Cydzie trudno jest oddychać. - Jesteś piękna. - Pochyla się ku niej, zerkając jednocześnie w stronę posłania Ulvy.

Gyda nie odpowiada, ale komplement sprawia, że czuje wewnątrz przyjemne ciepło.

Nagle otwierają się drzwi. To Juoksa. Gyda nie pamięta, żeby kiedykolwiek widziała go tak wyczerpanego. Stojąc w progu, wygląda jak cień samego siebie.

- Jungi miał tak wspaniały pogrzeb, jaki tylko mogłem mu zapewnić. - Jego głos jest drżący, a smutek w jego ciemnych oczach bardzo widoczny.

Lapończyk cierpi, a Gyda wie, że walka, która przebiega teraz w rannym ciele Juoksy, będzie być może trwała aż do końca jego życia.

- Mam nadzieję, że wrócisz ze mną do siida, Gydo,

córko Åsmunda, choć wiem, iż wołałabyś uciec z mężczyzną, którego kochasz.

Gyda spogląda na splecione palce swoje i Arntora.

Są jakby połączone. Niewidzialne więzy, które czuli, gdy byli rozdzieleni, są teraz widoczne.

Delikatnie uwalnia swą dłoń i wstaje.

- Nigdy nie zawiodę mego syna - mówi spokojnie -urodziłam go do życia w Midgardzie i powinien być ze swymi rodzicami. Duvdi i Aile źle czynią i jestem pewna, że sami to w swoim czasie zrozumieją.

- Nie bądź tego taka pewna. - Juoksa patrzy na nią zmęczonym wzrokiem. Nie przypomina sobie, by kiedykolwiek spotkał silniejszą kobietę.

- Zatem chodźmy! - Gyda czuje, że Arntor wstaje, a Juoksa znika na zewnątrz, nim ręka skalda zaczyna ją obejmować.

Mężczyzna zatapia twarz w jej włosach i chłonie ich zapach, a jego ręce wędrują do jej karku. Pieści jej miękką skórę, a jej ciało jakby płynęło ku niemu. Usta, które z taką ochotą napotykają jego wargi, są pełne chęci, by dawać, ale także umiejętności, aby brać...

- Będę tu przychodzić tak często, jak tylko będę mogła - szepcze.

- To zbyt niebezpieczne! Powiedz mi lepiej, gdzie ja mogę znaleźć ciebie.

- Czy to dla ciebie mniej niebezpieczne? - Gyda wpatruje się w niego.

- Nie myśl o tym. Tylko mi powiedz, jak znaleźć twój namiot wśród tylu innych.

Gyda zamyśla się. Następnie mówi:

- Zostawię dzidę w wejściu tak, by jej ostrze wychodziło na zewnątrz.

- Dobrze, Gydo - gładzi ją po szyi i podbródku - a teraz ruszajmy za Juoksą.

Arntor odprowadza ich kawałek od chatki. Następ-

nie zatrzymuje się i stojąc wśród padającego marznącego deszczu, mruży oczy, wypatrując ich do chwili, gdy całkiem nikną w mroku.

2

W drodze powrotnej do siida Gyda i Juoksa nie zamieniają zbyt wielu słów. Gydę gryzie sumienie na myśl o tym, co mężczyzna dla niej zrobił. Zdradził swe zasady, zabijając Jungiego, ale czy tak naprawdę miał jakiś wybór? Jego współplemieniec stał się wrogiem, stanowiącym zagrożenie dla niego i rodziny.

Gyda nie znała zbyt dobrze Jungiego, a widziała już zbyt wiele śmierci, aby być w stanie nad nim rozpaczać. Jeszcze jeden człowiek opuścił Midgard... Ot tyle. Bardziej martwi się o przyszłość Juoksy, ale nie może nić zrobić, żeby mu pomóc. Co się stało, to się nie odstanie... Wiele się jeszcze zdarzy... Wszystkim kieruje przeznaczenie.

Ich drogi rozdzielają się przed namiotem Gydy. Kobieta przelotnie zerka na Lapończyka, który znika wśród innych namiotów. Stoi przez chwilę i nasłuchuje. Jeśli ktoś odkrył jej nieobecność, to może czekają na nią teraz w środku.

Cisza. Gyda bierze głęboki oddech i wchodzi.

Jest ciemno. Stoi w wejściu, wytężając wzrok w poszukiwaniu jakichś osób, ale jedyne, co do niej dociera, to ciężki oddech Mink.

Nie kłopocze się napaleniem w palenisku, ale ubrana kładzie się skulona na posłaniu, a jej głowę wypełnia mnóstwo sprzecznych myśli. Promyk szczęścia jaśnieje w jej sercu, ale przytłacza ją tak wiele, iż nie jest w stanie radować się ze spotkania z Arntorem tak bardzo, jak powin-

na. Myśl o tym, że jest w pobliżu i planuje zabrać stąd ją i syna, jest przerażająca. Jednocześnie musi na to wszystko patrzeć z nadzieją, bo akurat teraz wydaje się to być jedyną możliwością ucieczki.

Wzdycha cicho i zamyka oczy, ale nagle otwiera je ponownie, gdyż dochodzi ją słaby płacz Mink. Początkowo nie ma najmniejszej ochoty, aby dzielić z dziewczyną jej zmartwienia. Mink dużo ostatnio płakała. Po tym, jak odzyskała Leiva, jej smutek stał się nawet większy. Gyda jest w stanie to zrozumieć, ale jednocześnie uważa, iż to, z czym tak zmaga się Mink, to błahostka w porównaniu z jej problemami.

Mimo że Gyda walczy ze sobą, to ostatecznie nie potrafi nie pomóc Mink. Podnosi się, opierając się na łokciach, i szepcze:

- Co się stało, Mink? Dlaczego płaczesz?

- Zaraz ze mnie wypłynie. - Mink z trudem wydobywa z siebie słowa. Tak jakby jej zbolałe ciało przeszywała raz po raz potężna błyskawica.

- Co mówisz? - Gyda już jest na nogach i po krótkiej chwili w palenisku płonie ogień. Następnie podchodzi do leżącej ną skórze jasnowłosej kobiety, której opuchnięta od płaczu twarz wpatruje się w nią.

- Krwawię. - Mink szlocha i pod przykryciem zaciska ręce na brzuchu.

- Mocno? - Gyda od razu przypomina sobie o dziecku, które sama straciła. To było straszne doświadczenie i nie życzy najgorszemu wrogowi, by coś takiego przeszedł.

- Nie, ale jest krew... Mi to wystarczy.

- Nie musi być tak źle, jak ci się wydaje. - Gyda podnosi się i bierze malutki rondelęk, który zabrała z Elgtun. -Zrobię napar z ziół, które powstrzymują krwawienie. Nie wiem, czy pomoże, ale niegdyś słyszałam od pewnej mądrej kobiety, że gdy coś takiego się dzieje, trzeba leżeć spokojnie. Od teraz nie możesz się nadwyrężać, Mink.

Mink leży, patrząc w górę, a Gyda napełnia rondelek wodą.

- Może jest w tym jakieś zamierzenie, by dziecko już teraz opuściło moje łono - szepcze.

Gyda kręci głową.

- Nie ma w tym żadnego zamierzenia.

- Źle się zachowywałam, Gydo.

- Wszyscy popełniamy błędy, ale nie jest powiedziane, że zawsze musi spotkać nas za to kara. Weź sobie do serca moje słowa i rozluźnij się. Damy sobie radę.

- Może masz rację. - Mink próbuje spojrzeć na sytuację z optymizmem, ale nagle jej umysłem jakby zawłada złośliwy, podsuwający złe myśli duch. Mink jest zrezygnowana i bezradna.

Gyda słucha młodej kobiety, kiedy ta opowiada o Lei-vie, i marszczy brwi, gdy Mink przytacza jej jego ostatnią wypowiedź:

- Nie będzie traktował mnie jak swą kobietę, nim nie odzyska pamięci, ale co, jeśli to się nigdy nie stanie? - Ze strony Mink znów rozlega się szloch.

- Leiv odzyska pamięć... Nie martw się o to, Mink. Najważniejsze to żyć i nie możesz teraz o tym zapominać. Ciesz się z czasu, który z nim spędzasz. To da siłę tobie i dziecku.

- Boję się, Gydo.

Gyda zdejmuje rondel z gotującą się wodą z ognia i wyjmuje zioła, Po chwili pod skórzanym pokryciem namiotu roznosi się specyficzny zapach.

Gdy tylko Mink wypija delikatny napar, ciężko opada na posłanie. Gyda gładzi jej włosy i szepcze, aby się uspokoiła, bo to, co ją czeka, będzie od niej wymagać sporo siły.

Sen przychodzi do Mink powoli, ale pewnie i wreszcie kobieta wzdycha z wdzięcznością, gdy złe myśli ją opuszczają. Zamyka oczy i odpływa.

Gyda leży, rozmyślając, do chwili, gdy ogień w palenisku wygasa. Słabe światło przenika już przez otwór na dym w namiocie. Budzi się dzień, ale w Hålogaland nie będzie tak jasno jak w pozostałych regionach o tej porze roku. Lållå opowiadała o ciemności, która panuje tu dzień i noc.

Juoksie wydaje się, że wchodzi niezauważony, ale Lållå widzi go ze swego posłania. Patrzy na swego męża pełnym miłości spojrzeniem, gdy ten zdejmuje kaftan ze skóry renifera. W ciemności nie jest w stanie dojrzeć wyrazu jego twarzy, ale z jego ruchów wnioskuje, że coś go martwi. Wzdycha cichutko i wtyka nos pod przykrycie. Zaczyna robić się zimno. Niektórzy mówią, że za niedługo śnieg na dłużej zagości w ich krainie.

Po cichu Juoksa wślizguje się pod przykrycie obok niej. Przyjemne ciepło ciała kobiety oraz skór, którymi się okrywają, szybko go ogarniają i zwraca twarz ku włosom żony. Lållå pięknie pachnie. Rozkoszuje się jej bliskością. Tutaj, w lawo, wszystko jest takie dobre i daje poczucie bezpieczeństwa, lecz on mimo wszystko nie jest ślepy na niebezpieczeństwa, o których przypomina mu jego serce.

Myśli o Jungim. Na nowo przeżywa walkę. Czuje, jakby to w jego ciało został wbity nóż, gdy przypomina sobie widok martwego ciała w górskiej szczelinie. Zastanawia się, co stanie się z jego żoną i dziećmi.

Juoksa drży, gdy Lållå szepcze do niego:

- Nie możesz zasnąć?

Przytakuje, mimo że wie, iż ona tego nie widzi.

- Rozgrzać cię? - Chwyta jego dłoń i prowadzi ją w stronę swej ciepłej piersi. - Mogę ulżyć ci w bólu.

On przysuwa się jeszcze bliżej i głęboko wciąga powietrze.

- Już sama twoja obecność przynosi mi wielką ulgę. Nie mogę tak cię obciążać swymi problemami.

- Ależ możesz, lecz nie będę na ciebie naciskać. - Lållå uśmiecha się do niego. - Ale powiedz mi jedno - odnalazłeś Gydę?

- Tak, znalazłem ją. - Juoksa stara się mówić ze spokojem, lecz to niełatwe i wreszcie nie wytrzymuje. Szlochając, tuli twarz do szyi małżonki, a słowa płyną same z siebie...

Gdy kończy swą opowieść, leży i ciężko oddycha jej w twarz.

Lållå sztywnieje. Myśli wirują jej w głowie. Co też uczyniła? Tak, bo to jej wina. Gdyby nie opowiedziała Cydzie o Arntorze, to Juoksa nie wyruszyłby za nią. To, co się . wydarzyło, jest nie do pojęcia. Lållå jest zrozpaczona.

- Musimy pomóc żonie Jungiego i czwórce ich dzieci -sama nie wie, co mówi - potrzebują jedzenia... ubrań...

- Nie musisz mi o tym przypominać, Lallo. Jak sądzisz, o czym myślę od chwili, gdy wbiłem nóż w jego pierś?

Lållå ukrywa twarz w dłoniach, a płacz, który w ciemnościach dobiega uszu Juoksy, jest rozdzierający. Obejmuje ją i przytula mocniej do siebie.

- Nie płacz.

- Jak mogę nie płakać? - zawodzi. - Pomyśl o tęsknocie, którą będzie czuła żona Jungiego... o niepewności... - Nagle jej głos stał się stanowczy. - Ona musi się dowiedzieć o jego śmierci.

Juoksa sztywnieje. Wie, co ona chce powiedzieć.

- Musimy opowiedzieć o tym, co się wydarzyło. To przecież on zaatakował. Zrobiłeś to, co każdy zrobiłby na twoim miejscu.

- Lållo! - Juoksa trzyma ją teraz mocniej. - Nie możesz nikomu wspomnieć o tym ani słowem. Jeśli to zrobisz, ucierpi cała nasza rodzina. Duvdi ukarze nas. Nie rozumiesz?

- Duvdi nie musi się dowiedzieć.

- Obiecaj, że nic nie powiesz - błaga Juoksa. - Nie możemy ryzykować. Musimy przecież mieć wzgląd na dzieci.

- Nie zrobię nic, co mogłoby nam zaszkodzić. - Lalla szlocha. - Nic nie mogę poradzić na to, że stawiam się w sytuacji żony Jungiego.

- Nasza siida zawsze troszczy się o tych, którzy pozo-stają sami. - Juoksa przewraca się na plecy.

Ledwo czuje, jak Lalla opiera się na łokciach i kładzie się na nim.

- Tak, popatrz na Äne - cedzi słowa.

- Z Äne jest inaczej. Miała wielu mężczyzn.

- Błądzić jest rzeczą ludzką. Uważasz, że zasłużyła na to, czego doświadcza?

- Nie! Chcę ci tylko powiedzieć, że ludzie traktują ją inaczej niż innych, bo spała z Eigilem Łowcą. To, że z tego związku urodziło się dziecko, pogorszyło tylko sprawę.

- Ludzie osądzają, a nie myślą o krzywdzie, jaką wyrządzają jej i dzieciom.

Juoksa nie odpowiada.

Rein ledwo co ośmiela się oddychać. Podsłuchał rozmowę rodziców i jego krew krąży teraz w żyłach z niesamowitą prędkością. Nie mógł nie zauważyć niepokoju, który przez ostatnie dni dzielili ojciec i matka, a teraz już wie, co było jego powodem.

Nie śpi jeszcze długo po tym, jak usłyszał równe oddechy śpiących rodziców. W jego głowie kotłują się myśli. Wiele się ostatnio zmieniło, a on zastanawia się, jak to wszystko się skończy.

Bånne wstał wcześnie. Mają trenować rzucanie arkanem, a on bardzo cieszy się na myśl o uczestniczeniu w zawo-

dach. Wiele ostatnio trenował, a już przedtem należał do najlepszych w tej dyscyplinie.

- Co masz zamiar dziś robić?

Bånne zerka na matkę, ale nic nie odpowiada.

- Jesteś ostatnio taki milczący. Czy coś się stało? - Jej spojrzenie wyraża troskę.

On koncentruje się na suszonym mięsie.

Ane kątem oka obserwuje syna, pochylając się nad Guivem, bo dziecku trzeba zmienić pieluszkę. Bånne jest ostatnimi czasy taki zamknięty w sobie, a Ane zastanawia się, co jest nie tak. Jej syn zawsze był wyjątkowy. Serce zaczyna jej pęcznieć w piersi na myśl o tym, jak dorosły się stał w porównaniu z innymi chłopcami w jego wieku.

Śledzi go wzrokiem, gdy podchodzi do ściany namiotu. Bierze zwój liny i zawiesza go na ramiona.

- Długo cię nie będzie?

Ane wzdycha, gdy jej syn wychodzi. Nie spodziewała się odpowiedzi, ale mimo wszystko boli ją to, że tak ją lekceważy.

Następnie odwraca się ku młodszemu synkowi, który przewrócił się na brzuszek. Mały podsuwa kolanka pod siebie, a ona śmieje się głośno, gdy on podciąga się do przodu. Guive jest o wiele większy i silniejszy niż inni chłopcy w jego wieku. Wygląda na człowieka Północy. Jego niebieskie oczy uśmiechają się do niej niczym dwa drogocenne kamienie, gdy odwraca go na plecy. Podnosi go do siebie.. Czuje jego grubiutkie paluszki na swej twarzy, podczas gdy sama przypomina sobie ubiegłą noc i inne dłonie... Moroka...

Bånne biegnie w stronę placu, ale gdy już go widzi, zwalnia. Serce wali mu w piersiach. Oddycha ciężko, ale nie z powodu biegu, lecz przez napięcie, które przyprawia jego krew o wrzenie. Nikt poza nim samym nie

wie, jak ważne dla niego jest zwycięstwo w tych zawodach.

Nikt nie zwraca na niego uwagi, kiedy wreszcie pojawia się na placu, a Bånne sam siebie przekonuje, że się tym nie przejmuje. Przypomina sobie głos mówiący mu, iż musi się do tego przyzwyczaić, ale czy kiedykolwiek będzie mógł zaakceptować to, że ludzie mają go za „innego”? Nie, to mu się nie uda i właśnie dlatego musi ich przekonać, że jest tak dobry, ba, nawet lepszy niż oni.

Poroże renifera jest zatknięte na palu, który wbito w ziemię w pewnej odległości od grupy podekscytowanych chłopców. Wszyscy nerwowo ściskają zwoje lin, a w ich ciemnych oczach widać silną wolę zwycięstwa.

Najpierw stoi i patrzy na pozostałych, a następnie zdejmuje linę z ramion. Gniecie ją w dłoniach, aż bieleją mu kostki, a serce bije tak, że zdaje mu się, iż wyskoczy z piersi.

Podchodzi do miejsca, z którego rzucają arkan, w momencie gdy dwóch młodych chłopców spiera się o to, który z nich ma rzucić pierwszy. Kłótnia milknie, gdy go dostrzegają.

Przygotowuje się w całkowitej ciszy. Bånne koncentruje się na rzucie. Nie zauważa, jak i wszyscy inni, że wśród nich pojawił się jeden dorosły obserwator. Spojrzenia wszystkich są jak przyklejone do dumnego Lapończyka.