Wybranka bogów (10). Sny - Jane Mysen - ebook

Wybranka bogów (10). Sny ebook

Jane Mysen

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kartuzach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 235

Rok wydania: 2008

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



NAJWIĘKSZY BESTSELLER 00 CZASU SAGD 0 LÖ0ZDACH LODU

magiczna^opowieść

WYBRANKA BOGOW

JANE MYSEN

tom 10.

SNY

Przełożyła Elżbieta Frqtczak-Nowotny

Tytuł oryginalny serii: Utvalgt av gudene

Tytuł oryginału: Trollmakt

Tłumaczenie z oryginału: Elżbieta Frątczak-Nowotny

Ilustracja na okładce: Anita Våmartveit

Projekt okładki: Elipsa Sp. z o.o.

Korekta: Maciej Korbasiński

Skład: Elipsa Sp. z o.o.

© J. W. Cappelens Forlag a.s 2000

Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z o.o.

All rights reserved

ISBN 978-83-61226-09-3

Elipsa Sp. z o.o.

01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37

INFORMACJE ® (0 22) 624 16 07

1

W mroźnym powietrzu rozlega się mocny głos Åsmunda Torkildssona. Dociera do mężczyzn, biegających w tę i z powrotem po dziedzińcu. Brzmi równie władczo jak podczas wypraw i wojownicy słyszą w nim wezwanie do walki.

Konie stoją gotowe dö drogi, niespokojnie stukają kopytami, a para, która unosi się z ich chrap, nie pozostawia wątpliwości, że zima już nadeszła. Zwierzęta są objuczone bronią i też czują panujący wokół niepokój. Jeden z koni staje dęba, robi wszystko, żeby uciec jak najdalej od panującego zamieszania.

- Ściągaj cugle! - woła Åsmund poirytowany. - Nie mamy czasu do stracenia! - krzyczy, a jego głos brzmi niczym trzask z bicza. Ludzie wiedzą, że nie wróży to niczego dobrego.

Åsmund chodzi w tę i z powrotem po dziedzińcu. Porą ruszać w pościg za rabusiami, którzy wdarli się do kurhanu, i wysłać ich w ostatnią podróż. Postanawia sam przeciąć nić życia tych ludzi.

Na myśl o tym, co się stało, czuje ból. Złodzieje zbezcześcili grób Idunn, zabrali wszystko, w co została wyposażona w swoją ostatnią podróż do krainy zmarłych. Rzeczy, które za życia tak lubiła. Åsmund kinie pod nosem, od czasu do czasu pohukuje na ludzi. Co prawda starają się, ale jemu wy-daje się, że ociągają się jak rzadko kiedy.

Gyda nie doszła jeszcze do siebie po ostatnim transie, jednak narzuca wełniany koc na ramiona, staje przy wejściu do domu i śledzi, co dzieje się na zewnątrz. Jej jasne włosy . spływają po zielonym kocu, a oczy przyglądają się bacznie ludziom na dziedzińcu. Twarz kobiety jest blada, zimne powietrze sprawia, że lekko drży.

Obok niej stoi Alvheid. Wydaje się spokojna, lecz Gyda wie, że pozory mylą. Dostatecznie dobrze zna swoją przyszywaną matkę, żeby wiedzieć, że targa nią wściekłość. Jej zwykle smutne niebieskie oczy patrzą, ale niczego nie widzą. Najwyraźniej ciąży jej coś więcej niż to, co teraz rozgrywa się wokół niej.

Åsmund, mimo swojego wieku, z lekkością dosiada konia. Chwyta cugle i podjeżdża do Gydy.

- Pomszczę to - mówi krótko. Gyda słyszy wściekłość w jego głosie. Tej strony jego charakteru nie zna. Przechodzi ją dreszcz. Czy tak właśnie wyglądał, kiedy wydał Gro na pastwę losu? Czyjego spojrzenie było wtedy równie zawzięte?

Odpowiada mu skinieniem głowy, Åsmund odwzajemnia je, ściąga cugle i kieruje konia w stronę górskich szczytów. Woła do mężczyzn, którzy siedzą na koniach i czekają na jego znak Ruszają szybkim kłusem. Gyda patrzy za nimi, czuje, że Alvheid podchodzi do niej i w geście pocieszenia obejmuje ją ramieniem.

- Jest twardy, Alvheid. Ale pod twardą skorupą kryje się łagodność.

Alvheid potakuje i delikatnie prowadzi Gydę z powrotem do ciepła. Sadza ją na skrzynkowym krześle blisko paleniska i idzie przynieść jej coś ciepłego do picia. Gyda wpatruje się w płomienie, ale myślami jest gdzie indziej. Ostatni trans bardzo ją zmęczył, nigdy dotąd jej widzenia nie były tak bardzo rzeczywiste. Widziała swoją matkę tak wyraźnie, jakby stała tu przed nią, a Torden Tora...

Gyda otula się szczelniej kocem, chociaż czuje bijące z paleniska ciepło. Pod pękającym lodem widziała też samą siebie, zastanawia się, czy bogowie chcieli jej powiedzieć, że czeka ją śmierć? Czyżby trafiła do Midgardu i została obdarowana swoją mocą tylko po to, żeby umrzeć? To byłoby marnotrawstwo. Musi być jakiś inny powód.

Siedzi i rozmyśla, bezwiednie przyjmuje kubek, który po-daje jej Alvheid, niemal nie zauważa, jak kobieta się wokół niej krząta. Zastanawia się, czy objawienia nie należy odczytać inaczej, raczej jak rodzaj zagadki. Właśnie w ten sposób bogowie zwykle się do niej zwracają, w tajemniczych słowach, których często nie jest w stanie pojąć.

Cisza panująca w izbie zostaje przerwana, kiedy otwierają się drzwi i wchodzi Ståle, syn Avalda Håkonssona. Ciemnowłosy syn hovdinga jest wyraźnie zmartwiony. Podchodzi do Gydy, wita się krótko i zaczyna mówić.

- Rozmyślałem - oznajmia.

Gyda patrzy na niego wyczekująco. Najchętniej poprosiłaby go, żeby wyszedł, jednak coś podpowiada jej, że powinna go wysłuchać.

- Moja stryjenka - mruczy chłopak pod nosem, nie patrząc jej w oczy.

- Tak? - odzywa się Gyda spokojnie. - Co z nią?

- Wiem, że powinna wrócić do swego rodzinnego dworu - odzywa się Stale już pewniejszym głosem. - Ale mam prośbę. Zamierzałem przedstawić ją hovdingowi, jednak przed chwilą wyjechał.

Znów zapada cisza, Gyda czuje, jak powoli opada z sił.

- Mów, co masz mi do powiedzenia - odzywa się łagodnie i wstaje. - Jestem zmęczona, Stale, muszę odpocząć.

Stale czuje się bardzo mały, kiedy Gyda staje przed nim. Córka hovdinga sprawia wrażenie potężnej. Nie w sensie

fizycznym, chodzi o siłę, którą ma w sobie. Obserwował ją podczas transu, widział, jak straciła świadomość i upadła na . ziemię. Wtedy bogowie przyjęli ją do siebie i zabrali do miejsca niewidocznego dla innych.

- Moim życzeniem jest, żeby została spalona tutaj, w Jotungård - mówi szybko, jakby obawiając się, że Gyda odrzuci jego życzenie.

Gyda patrzy na niego poważnie, Stale jest przygotowany na odmowę, ale córka hovdinga uśmiecha się zmęczona.

- Masz moje pozwolenie - odpowiada mu łagodnie.

- Myślisz, że hövding też...? - zaczyna, lecz nie kończy pytania, bo Gyda mu przerywa.

- Przez większość czasu, kiedy mój ojciec był na wyprawach, ja zajmowałam się dworem, i teraz też sobie radzę.

Stale przytakuje energicznie.

- Porozmawiasz z nim o tym? To znaczy, kiedy wróci. Gyda kiwa głową.

- Tak, Stale Avaldssonie. Możesz mi wierzyć, kiedy zapewniam cię, że on też ci nie odmówi.

Ståle oddycha z ulgą. Obawiał się tej rozmowy, chociaż w głębi duszy wiedział, że może liczyć na spełnienie swojego życzenia. Zwykle jest tak, że człowiek zostaje pochowany tam, gdzie padł, a Hallgerd poniosła śmierć z własnej ręki tu, w Jotungård, po tym, jak próbowała go zabić.

W krzakach rosnących naprzeciwko budynków gospodarczych bawią się dzieci. Zwykle biegają i krzyczą, teraz jednak zebrały się w jednym miejscu, stoją ciche, w oczach mają strach wymieszany z szacunkiem. Wszystkie wpatrzone są w jeden punkt: w sznur zwisający z gałęzi drze-wa* Jeden jego koniec zawiązany jest w pętlę, pod nią stoi

Toralv, syn Alvheid i Trygvego Skalda. Nie bardzo rozumie, jaki wyrok dzieci na niego wydały, ale jest niespokojny i jego ciałem wstrząsają dreszcze. Dokładnie tak samo się czuł, kiedy Ragni Tajemnicza i jej pomocnice chciały złożyć go w ofierze Njordowi z powodu choroby, na którą cierpi. Wszyscy w Jotungard boją się go, sądząc, że może ich zarazić.

Askell, przybrany syn Alvheid i przyszywany brat Toralva, pracuje razem z Klengiem. Patrzy z podziwem na silnego niewolnika, który dźwiga wielką beczkę z zamrożonym mięsem, niosąc ją do spiżarni. Marzy, że kiedyś będzie równie silny, Askell jest przekonany, że on, który urodził się wolny, będzie dobrym wojownikiem w drużynie, do której kiedyś wstąpi. Już zabił mężczyznę, okazał się godny mimo swojego młodego wieku. Askell wspomina berserka, który przybył do Jotungard i rzucił wyzwanie mężowi Gydy, Tordowi Avaldssonowi, a on sobie z nim poradził. Pewnie byłoby to niemożliwe, gdyby rok wcześniej nie brał udziału w polowaniu na niedźwiedzia. Podobnie jak myśliwi pozbawili zwierzę życia, tak Askell rozprawił się z Jorulvem Mocarzem. To, że berserk upadł i nadział się na grot strzały wbitej pionowo w ziemię, było zrządzeniem losu. Widać tak miało być. Jo-rulv miał zginąć z ręki chłopca. Nie było to zbyt godne zakończenie życia, ale cóż...

Askell biegnie za Klengiem w stronę spiżarni, otwiera drzwi i przytrzymuje je. Opiera się o nie i obserwuje, jak Kleng robi miejsce, żeby postawić beczkę.

W składziku unoszą się smakowite zapachy, Askellowi zaczyna lecieć ślinka na widok takich ilości jedzenia. Zbliża się pora podobiadku, chłopak cieszy się na myśl o posiłku.

- To już ostatnia - mówi Kleng i się uśmiecha. - Biegnij do Toralva, pobawcie się trochę przed jedzeniem.

Åskellowi nie trzeba tego dwa razy powtarzać. Lubi pomagać w pracach przy gospodarstwie, ale prawdziwą przyjemność sprawia mu zabawa z bratem.

Rusza w kierunku domu, w którym mieszka razem z Alv-heid, Toralvem i Ingą. Domek już z daleka wygląda przytulnie. Z otworu kominowego leci dym, biały śnieg pokrywa darniowy dach. Po ostatnich śnieżycach widać tylko pojedyncze źdźbła słomy. Spodziewa się, że Toralv jest w środku, bo brat od czasu, kiedy kilka lat temu zachorował, rzadko wychodzi z domu. Åskell pochmurnieje na myśl o tym, co Toralv przeszedł, ile doświadczył niesprawiedliwości, jednak ponury nastrój znika, kiedy otwiera drzwi.

- Toralv! - woła już od progu. - Skończyłem pracować. Pójdziemy się bawić?

Słyszy chichot Ingi, która siedzi przy krosnach przy palenisku.

- Widzę, że wciąż jeszcze ci psoty w głowie - mówi, śmiejąc się. - Tak, Åskell, mężczyźni nigdy z tego nie wyrastają.

Chłopak spogląda na nią ponuro, ale tak naprawdę to walczy ze śmiechem. To szczęście dla Jotungård, że Inga tu zawitała. Nie dość, że uczyła się u zdolnej wolwy, to jeszcze zaraża wszystkich dookoła swoją radością. Zanim tu przybyła, nigdy tak często nie rozbrzmiewał tu śmiech. Jakby kobieta przepędzała wszystkie smutki i zmartwienia.

Chłopak obserwuje ją ukradkiem, podchodzi do paleni-§ka, wyciąga ręce, chcąc uszczknąć nieco ciepła, które dają płomienie.

Inga sięga po nożyce, jej jasne włosy zakrywają twarz. Kiedy się prostuje, odgarnia włosy na bok i spogląda na chłopca swoimi radosnymi zielonymi oczami.

- Chyba niezbyt się przykładałeś do pracy, skoro tak zmarzłeś - mówi, drażniąc się z nim, i odcina barwne nici.

Åskell odwzajemnia jej uśmiech, ale nic nie odpowiada. Inga jest kobietą, i to taką, z którą nie łatwo jest wygrać. Nawet nie zamierza wdawać się z nią w słowne potyczki. Podchodzi do łóżka, szuka swojej wełnianej kamizeli. Kiedy pracował z Klengiem, było mu ciepło i przyjemnie, teraz jednak ciało ostygło i chłopak zaczyna marznąć. Wkłada kamizelę i rusza do drzwi.

- Wiesz, gdzie jest Toralv? - pyta, czując, jak od podłogi ciągnie zimno.

- Nie, nie widziałam go już od jakiegoś czasu, ale na pewno nie odszedł daleko. Jeszcze widno, wszędzie są ludzie. W taki dzień jak dziś nic nie może się stać.

Inga zaczyna nucić. Åskell uśmiecha się. Cóż za beztroska kobieta. Może dlatego zawsze jest taka radosna?

Wychodzi na zewnątrz i wzdraga się, patrzy na swoje skórzane buty, które przykrywa śnieg. Ma wełniane skarpety, a buty są z porządnej skóry, mimo to czuje mróz. Choć lubi biały puch, obawia się mrozów, które nastały. Zimy zdają się dłuższe, niż są. Chłopak wzdycha i rozgląda się dookoła, wygląda Toralva.

Inga miała rację, na dworze jest dużo ludzi, Åskell czuje się bezpieczniej wśród tłumu, wtedy Toralvowi nie może się chyba nic stać. Ludzie niosą drwa do domów, napełniają wodą drewniane beczki i garnki. Przy domu czeladnym stoi niewolnica i trzepie koc, z którego unosi się kurz. Kilku starszych chłopców próbuje szczęścia, usiłując łowić ryby w przerębli, którą wkrótce pewnie też skuje lód.

Åskell wywija rękami i zaczyna biec w stronę białego domu. Może Toralv tam jest.

Mężczyźni z Jotungård nie muszą jechać daleko, wkrótce zauważają wyraźne ślady na śniegu. Śnieżyca ustała, co ułatwia pościg. Śnieg co prawda nadal wisi w powietrzu, ale na razie bogowie im sprzyjają.

Magnar Ravnemetter należy do jednych z dwóch najlepszych tropicieli, ale obaj mają duże doświadczenie. Wyraźnie widać, że złodzieje dźwigali coś ciężkiego, bo ślady stóp są głębokie/Najpewniej są też niskiego pochodzenia, widać, że ich buty były wielokrotnie naprawiane, niektóre są tak zniszczone, że widać ślady palców. Magnar uśmiecha się. To, że rabusie są kiepsko ubrani, jest ważne, bo znaczy zapewne, że także ich broń jest marna. Łatwo będzie się z nimi rozprawić. Patrzy na Asmunda, siedzącego dumnie w siodle. Hövding z Jotungård wciąż jeszcze świetnie się prezentuje. Jego oczy nadal są młode, a siwa broda i włosy nadają mu krzepki wygląd. Rabusiów czeka surowa kara.

Młoteczek Tora, który Asmund znalazł w splądrowanym kurhanie Idunn i który powiesił sobie na piersi, zdaje się dodawać mu sił. To, że go odnalazł, przyjął jako dobry znak, wierzy, że im się powiedzie. Idunn z pewnością nie była zadowolona, że zakłócono jej wieczny sen, mając jej wsparcie, na pewno sobie poradzą.

Asmund napiera na towarzyszy, zmusza ich do szybszej jazdy. Broń pobrzękuje. Twarze mężczyzn są zawzięte, widać na nich napięcie. Nie obawia się porażki, bo to jego wybrani ludzie, lepszych wojowników trudno byłoby znaleźć. Asmund jest z nich dumny. Nie ma co prawda porównania z drużyną, z którą wyprawił się do królestwa Franków, ale także ci terminowali u mistrzów.

Jadą już dłuższy czas, kiedy nagle Magnar unosi rękę, dając znak, że mają się zatrzymać. Starzejący się kowal podno-

si miecz i wskazuje w stronę jednego ze wzgórz. Bez słowa podjeżdża do Åsmunda.

-    Zgaduję, że są tam, za tym wzgórzem - odzywa się cicho. - Te ślady są świeże, prowadzą właśnie tam.

Åsmund potakuje i razem z nim ustawia się przed innymi. Nikt się nie odzywa. Wszyscy wiedzą, co zaraz nastąpi. Za pomocą kilku prostych gestów hövding wyjaśnia, co kto ma robić. Każę im się rozciągnąć, kiedy docierają do wzgórza, schodzą z koni. Mimo że między ludźmi jest teraz spora odległość, Åsmund nadal daje im znaki. Używa rąk, dłoni, palców i broni.

Idąc zboczem, mężczyźni zbliżają się do siebie. Nie wiedzą, co ich czeka po drugiej stronie wzgórza, jednak instynkt podpowiada im, że niezależnie od tego, co tam zastaną, ryzykują, że będą musieli ruszyć w drogę do Walhalli. Nie boją się śmierci. Walhalla to wymarzone miejsce dla każdego wojownika, jednak Odyn nie przyjmie tych, którzy nie wyka-żą się odwagą w walce. Tylko najlepsi zostaną zaproszeni do halli boga wojny, dlatego każdy wojownik wie, że musi dać z siebie wszystko. Do samego końca.

Sznur zwisa z gałęzi. Toralv śledzi go oczami, z trudem przełyka ślinę, która zbiera mu się w gardle, kiedy Jorik, stojący na czele grupy, popycha go w kierunku pętli. Toralv nie chce dać po sobie poznać, jak bardzo się boi, postanawia być odważny.

Zamyka oczy, kiedy staje pod pętlą. Jorik wiąże mu ręce na plecach, a Toralv nie okazuje, jak bardzo go to boli. W głębi duszy zaczyna się modlić, żeby tam, dokąd zaraz się uda, było mu lepiej.

-    Jestem hovdingiem! - woła Jorik w stronę pozosta-

łych. Trzyma mocno dłonie Toralva, wyciąga prosty drewniany miecz i dźga go w bok.

Toralv zaciska mocno powieki, boi się, że wszyscy zobaczą, jaki jest przestraszony.

- Dorośli we dworze muszą postępować zgodnie z wolą Åsmunda, my nie składaliśmy żadnej przysięgi. Nie musi-my przestrzegać jego zasad. Pokażemy im, na co nas stać. Jakie siły w nas drzemią. Jestem pewien, że ludzie będą nam wdzięczni, kiedy już będzie po wszystkim.

Jorik pociąga za sznur. Śnieg sypie się z drzewa prosto na głowę Toralva. Chłopiec czuje, jak płatki rozpuszczają się w zetknięciu z ciepłą skórą i spływają mu po szyi. Przeszywa go zimny dreszcz, drżenie, które dotąd udawało mu się powstrzymać, zawłada całym jego ciałem. Nagle dociera do niego, że zaczął się atak. Ręce mu drętwieją, czuje, jakby odpływał gdzieś daleko...

- Nie, tutaj go nie ma - mówi Gyda i zaniepokojona patrzy na Åskella, wstaje tak gwałtownie, że wełniany koc upada na podłogę.

Alvheid upuszcza to, co akurat trzyma w ręku, i biegnie do nich. Patrzy na Åskella dużymi, przerażonymi oczami.

- Od dawna go nie ma? Kiedy go ostatnio widziałeś?

Jej ręce zadają mnóstwo pytań, których Åskell ståra się uniknąć. Czuje, że nie pilnował Toralva dostatecznie dobrze, ma wyrzuty sumienia.

, - Nie wiem - mamrocze pod nosem i patrzy na Gydę, która zdążyła już włożyć pelerynę.

Córka hovdinga wydaje się dzisiaj blada, chłopiec przypomina sobie jej wczorajszy trans. Leżała na ziemi, wstrząsana drgawkami podobnie jak Toralv podczas ataku choroby.

W tym momencie była tak samo krucha i tak samo wystawiona na pastwę otaczających ją ludzi jak jego młodszy brat. Tyle tylko, że Gyda jest wybranką bogów, a Toralv nie. Jest zwykłym małym chłopcem, łatwo go zniszczyć, zdeptać jak uschnięty liść, jeśli tylko ktoś by chciał. Åskell czuje nagle gorycz, szybko jednak się otrząsa. Nikt nie jest winien, że tak właśnie jest, jedynie boginie losu, które tkają nić naszego życia, znają powód.

Na dworze znów zaczął padać śnieg. Alvheid marznie, ale nie jest pewna, czy tylko z powodu zimna. Wzdryga się na myśl, że Toralvowi mogło się coś stać.

- Idź nad wodę! - mówi Gyda i gestem głowy pokazuje na Åskella. - Alvheid sprawdzi budynki, a ja rozejrzę się po okolicy.

Åskell i Alvheid posłusznie wykonują polecenie. Słychać tylko furkot sukni, kiedy Alvheid wbiega na strych.

Gyda patrzy w kierunku lasu. Dochodzą ją dziecięce głosy. Nie bardzo wierzy, że dzieci chciałyby się bawić z Toral-vem, ale nigdy nie wiadomo. Kieruje swoje kroki w tamtą stronę i już po chwili spostrzega ślady dziecięcych stóp na śniegu. Dziwi się, że jest ich tak dużo, zastanawia się, co to za zabawa przyciągnęła tak dużą grupę dzieci z Jotungård do lasu. •

Kiedy zbliża się do pierwszych drzew, niemal wpada na nią trzech małych chłopców. Chwyta jednego z nich i czuje strach, który wypełnia jego małe ciało. Chłopiec jakby jej nie widział, uderza małymi piąstkami w jej pierś.

- Co się stało? - pyta Gyda, starając się zachować spokój, ale udziela się jej strach chłopca.

Chwyta malca za ramiona, potrząsa nim lekko, usiłując

nawiązać kontakt z przerażonym dzieckiem, ale poddaje się. Puszcza go i chłopiec rusza pędem w stronę dziedzińca. Gyda wstaje. Nadal słyszy dziecięce głosy, dobiegające zza gołych pni brzóz. Wszędzie dookoła widzi ślady dziecięcych stóp, rozumie, że musiało tu dojść do walki. Na dużej przestrzeni śnieg jest ubity, w pewnym miejscu dostrzega dziecięce ubranie, na wpół zakopane w zaspie. Podnosi je i otrzepuje ze śniegu. Serce zamiera jej w piersi, kiedy rozpoznaje wełnianą kamizelę Toralva. Przykłada ją do twarzy i chłonie tak jej drogi znajomy zapach. Zaczyna biec.

Wtedy słyszy krzyk, który sprawia, że krew w jej żyłach niemal zamienia się w lód. To krzyk dziecka, ale nie jest to głos Toralva. Jego by rozpoznała. Niemal po omacku biegnie w kierunku, skąd doszedł jej głos. Nie czuje, jak gałęzie uderzają ją w twarz, biegnie dalej, w ustach ma smak krwi, ciało staje się jak z waty. Po drodze spotyka coraz więcej dzieci, patrzą na nią przerażone, ale żadne się nie zatrzymuje, żeby z nią porozmawiać. Biegną w przeciwnym kierunku, w stronę dziedzińca, gdzie mogą poczuć się bezpieczne.

Jorik stoi jak sparaliżowany i patrzy na leżącego na ziemi chłopca. Dużo o nim słyszał, nigdy jednak nie był świadkiem ataku choroby. W momencie, kiedy miał założyć mu pętlę na szyję, nastąpił atak. Toralv wyślizgnął mu się z rąk i upadł na ziemię. To, co potem się stało, pozostanie w jego pamięci na zawsze. Chłopiec dostał drgawek, na ustach pokazała się piana, a jego jasna twarz nagle zrobiła się sina, jakby już był trupem. Jorik widzi, że dzieci uciekają, sam jednak nie jest w stanie zrobić kroku. Może choroba przeniosła się teraz na niego? Czy stanie się taki jak Toralv? Potrząsa głową, jakby chciał się pozbyć tych przerażających myśli, ale strach go nie

opuszcza. W ręku nadal trzyma pętlę, jednak sznur nie zwisa już z gałęzi, tylko leży na ziemi u jego stóp.

Gyda patrzy na dużego chłopca, lecz jej uwagę przykuwa przede wszystkim Toralv, który leży bez życia na ziemi. Nie panuje nad swoim strachem, woła do Jorika, żeby się odsunął.

- Bogowie cię widzą! - krzyczy do niego. - A kara za taki czyn nie jest łagodna.

Gyda klęka obok swojego przybranego brata, podnosi go i tuli do piersi. Patrzy niewidzącym wzrokiem przed siebie, błagając bogów o przychylność, trzyma Toralva w ramionach i go kołysze.

Jorik cofa się, potyka się o pokryty śniegiem korzeń i upada. Zaczyna pełzać po śniegu, kilka razy usiłuje wstać, ale ciało go nie słucha. W końcu siada skulony obok jakiegoś drzewa. Jego wzrok przykuwa sznur, który miał zakończyć życie Toralva. Jorik zerka też na Gydę, widzi, jak się podnosi i bierze chłopca na ręce.

Gyda posyła Jorikowi ostatnie spojrzenie, patrzy na tego, który miał być katem Toralva. Jest naiwny, uległ strachowi dorosłych. Gyda nie czuje goryczy, raczej współczuje chłopcu. Do końca życia będzie mu towarzyszył strach. Zdaje sobie sprawę z wrażenia, jakie jej słowa na nim wywarły, ma jednak nadzieję, że może właśnie one sprawią, że chłopak się

zastanowi nad tym, co chciał zrobić.

Kiedy Gyda odchodzi, Jorik nadal siedzi przyciśnięty do pnia. Marznie, ale nie rusza się z miejsca. Przed chwilą był bohaterem, a teraz siedzi itrzęsie się jak tchórz. Chowa twarz w dłoniach, pj^^^tót) przerażony, zrozp

o

do kolan. Zaczyna łkać,

2

Widok, na który napotykają wojownicy, przechodzi ich wyobrażenie o tym, co spodziewali się zastać po drugiej stronie wzgórza. W oczach ludzi, leżących na ziemi z bronią w rękach, widać niedowierzanie. Za wzgórzem rozciąga się jakby inny świat. Z wielu małych płonących ognisk unosi się dym. Dociera do nich zapach pieczonego mięsa, jednak w takim momencie nikt nie czuje głodu, mimo że od ićh ostatniego posiłku minęło już trochę czasu. Wszędzie są rozbite namioty, łatwo się domyślić, że mieszka tam wielu mężcżyzn, na pewno więcej, niż są w stanie stąd zobaczyć. Wojownicy z Jotungård mrużą oczy i przyglądają się osadzie, próbują dostrzec złodziei, ale nie widzą ich.

Åsmund omiata wzrokiem osadę, dziwi się, że bandyci wydają się tu tak zadomowieni i że żaden myśliwy z Jotungård dotąd nie odkrył osady. Spogląda w dół, widzi ubitą ziemię, domyśla się, że ludzie koczują tu już od jakiegoś czasu. Znów się dziwi, że nikt dotąd na nich nie trafił, rozgląda się dookoła, ale nie widzi żadnego wartownika z obozu nieprzyjaciela.

Z jednego z namiotów wychodzi rosły mężczyzna. Ludzie na wzgórzu słyszą jego tubalny głos, najwyraźniej cieszy się dużym poważaniem. Åsmund domyśla się, że to zapewne ich herszt. Przygląda się jego zniszczonemu ubraniu i zapuszczonym włosom. Nie ma wątpliwości, że cierpi z po-

wodu wszy i innego robactwa. Natomiast miecz, który wisi u jego boku, jest bez wątpienia dziełem mistrza, nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby domyślić się, że był własnością godnego człowieka. Mimo woli Åsmund zaciska dłoń na rękojeści swojego miecza.

. Przy jednym z ognisk ludzie otwierają jakieś węzełki. Głośne, podniecone okrzyki pozwalają się domyślać, że są najwyraźniej zadowoleni z tego, co widzą. Åsmund jest pewien, że wyłożone na śniegu rzeczy pochodzą z kurhanu Idunn. Cały aż gotuje się ze wściekłości, widząc, jak pazerne ręce sięgają po cenne przedmioty. Jeden z mężczyzn podnosi łuk, a Åsmund zaciska zęby. Dobrze pamięta runy wyryte na łęczysku. Zostały umieszczone tam tuż przed pochówkiem. Łuk był jego prezentem dla Idunn, podarował jej go na drogę do krainy zmarłych. Nie pozwoli, żeby zbój zrobił z niego użytek.

Åsmund już chce podnieść rękę, dając znak do ataku, kiedy dostrzega zamieszanie w obozie na dole. Mężczyźni zaczynają się rozglądać i sięgają po broń. Rozpraszają się, najwyraźniej na coś czekają. Herszt szybko pakuje łup i staje przed tobołkiem na szeroko rozstawionych nogach. Kiedy pojawia się przed nim trzech mężczyzn, krzyżuje ręce na piersiach.

Przybysze prezentują się lepiej niż rabusie w obozie, Åsmund dostrzega coraz więcej ludzi. Pojawiają się na wzgórzu naprzeciwko tego, na którym znajdują się on i jego drużyna. Trzymają broń w pogotowiu i bacznie przyglądają się temu, co rozgrywa się w dole.

Åsmund i jego ludzie są zbyt daleko, żeby słyszeć, co mówią, wyraźnie jednak widać, że rozgorzał między nimi spór. Przywódca przybyszów podkreśla swoją pozycję, podchodząc blisko do herszta rabusiów. Åsmund jest pełen podzi-

wu dla rudego mężczyzny. Spostrzega, że jest strojnie ubrany, ma na sobie boty lamowane futrem i zdobione perłami, których sznurki zwisają po bokach. Ma też na sobie kamizelę i nawet z daleka widać, że jest zrobiona ze skóry wilka. Mężczyzna ma długą rudą brodę, nie zaplótł jej, czego Asmund osobiście nie znosi. Przybysz najwyraźniej cieszy się szacunkiem, mężczyźni w dole też to czują, widać ich niepewność. Patrzą na boki, zerkają na ludzi, którzy tu z nim przybyli i teraz czekają w napięciu.

Åsmund i jego ludzie zaczynają marznąć. Hövding czuje mrowienie w dłoniach, pociera je, próbując się nieco rozgrzać. Nawet mu się to udaje, spogląda na swoich ludzi, widzi, że są gotowi i tylko czekają na znak. Przeklina, że nie zabrał ze sobą więcej wojowników, ale przecież nie mógł wiedzieć, że tak wielu zbójów kryje się za wzgórzem.

Jatmund świdruje wzrokiem Hermoda Barczystego. Niższy, ale o wiele potężniejszy mężczyzna wytrzymuje jego spojrzenie, nie dając niczego po sobie poznać. Jatmund czuje jego siłę, jednak najmniejszym gestem nie zdradza, że się boi. Patrzy na ludzi stojących za Hermodem, dostrzega kilka znajomych twarzy.

- Nie wiecie, co was czeka! - woła do nich, a mężczyźni wzdragają się, jakby smagnął ich biczem. Jatmund uśmiecha się zadowolony. Nadal czują przed nim respekt. Hermod nie zawładnął nimi całkowicie. - Jeśli pójdziecie za Hermodem, to jakbyście już wkroczyli na drogę do krainy zmarłych - mówi i skinieniem głowy wskazuje na węzełek, leżący za potężnymi plecami Hermoda. - Wieść niesie, że otworzyliście jeden z grobów w Jotungård - ciągnie dalej. Spluwa tuż obok buta Hermoda i patrzy mu w twarz. - Kto ma choć

trochę rozumu w głowie, wie, że równie dobrze mógłby podpisać na siebie wyrok.

Mężczyźni zaczynają bojaźliwie rozglądać się wokół. Czyżby Jatmund miał na myśli śmierć?

- Nie myślicie chyba, że uda wam się uciec przed zemstą Åsmunda Torkildssona? Słyszałem, że powrócił z wyprawy podobno silniejszy niż kiedykolwiek. Nie daruje nikomu, nawet jeśli będziecie błagać o litość.

Hermod prycha pogardliwie.

- Nie boimy się Åsmunda Torkildssona. Jest równie stary jak kurhany, które ograbiliśmy. Nic nam nie zrobi.

Jatmund mija Hermoda i otwiera tobołek. Wskazuje na rzeczy, które ukazują się ich oczom, i wyrzuca z siebie:

- Wedrzeć się do krainy zmarłych to niecny czyn, który przystoi jedynie tchórzom. Nie potraficie inaczej zdobywać waszych skarbów?

Hermod wyciąga miecz i syczy w stronę Jatmunda, który teraz też trzyma broń w ręku.

- Przeciągnąłeś wielu moich ludzi na swoją stronę, ale nie sądź, że uda ci się ich długo zatrzymać.

Jatmund patrzy na Hermoda, wszystkie mięśnie ma napięte. Doskonale wie, że w każdej chwili może zostać zaatakowany. Widzi, jak ludzie przyjmują pozycję obronną, wie, że niewiele brakuje, żeby doszło do walki na śmierć i życie. Wielki, krzywy nos Hermoda wydaje się większy niż zwykle. Jego włosy, ciemne i długie, pełne kołtunów, zwisają mu do ramion. Nawet grube ubranie, które ma na sobie, nie jest w stanie ukryć jego potężnego karku i barów. Wzbudza strach także u własnych ludzi, wyjętych spod prawa, i umiejętnie to wykorzystuje.

Hermod patrzy na Jatmunda nienawistnym wzrokiem. Nigdy nie lubił rudego olbrzyma. Dobry z niego przywód-

ca, ale zbyt uległy, pozbawiony instynktu. Mężczyźni, którzy stoją za Hermodem, należeli kiedyś dobandy Jatmunda. Przeszli do Hermoda, bo chcieli się wzbogacić. Znużyło ich życie myśliwych. Dzisiaj stali się bogaci. Co prawda obrabowali grób, ale opłaciło się. Wszyscy pożądają złota, srebra i broni.

Mężczyźni w dole zacieśniają okrąg. Åsmund wstrzymuje oddech. Nie ma nic przeciwko temu, żeby się wzajemnie pozabijali, jednak chce mieć w tym swój udział. Chce, żeby poczuli na krtani ostrze Skarpegga, jego miecza. Unosi rękę i chwilę trzyma ją w górze. Ludzie są spięci. Serca walą im w piersiach, kiedy leżą na zmarzniętej ziemi i czekają.

Jatmund parska z. pogardą. Nie cierpi Hermoda, nie widzi sensu tracić ludzi z jego powodu. Przybył tu właściwie tylko po to, żeby przeciągnąć na swoją stronę jeszcze paru ludzi, którzy wątpią, czy aby Hermod jest właściwym przywódcą. Jatmund żałuje, że przygarnął go, gdy kiedyś do nich przyszedł. Ciągle wywoływał bójki i zaczepki. Nie minęło wiele czasu, a udało mu się podjudzić część jego ludzi przeciwko niemu. Jatmund pozwolił im odejść bez walki. Odchodząc z Hermodem, dokonali wyboru, nie zamierzał z nimi walczyć. Niedawno jednak doszły go słuchy, że nie wszyscy są zadowoleni ze swojego nowego przywódcy, który podobno trzyma ich przy sobie siłą. Jatmund nie wie, czy ma w to wierzyć, ale postanawia dać niezdecydowanym szansę, zanim przybędzie tu Åsmund ze swoją drużyną.

-    Ci, którzy się zdecydują iść ze mną, mogą zrobić to teraz - mówi głośno i chowa miecz.

Zauważa pełne nienawiści spojrzenie, które posyła mu Hermod, ale nie daje się wytrącić z równowagi. Jatmund zer-

ka na wzgórze, widzi, że jego ludzie czekają w pogotowiu. Ma jednak nadzieję, że nie dojdzie do walki. Nie chce stracić ludzi.

Zaczyna szykować się do odejścia. Widzi niepewne spojrzenia ludzi stojących za plecami Hermoda i jest przekonany, że kiedy ruszy, część mężczyzn pójdzie za nim. Z pewną miną odwraca się plecami do Hermoda, ale jego spokój jest pozorny, w głębi czuje palący niepokój. Niemal oczekuje, że Hermod rzuci się na niego, ale kiedy rusza w stronę wyjścia z doliny, nie wyczuwa za sobą jakiegokolwiek ruchu. Kątem oka widzi, że część najbardziej oddanych mu ludzi podąża za nim, jeden z nich nawet kiwa mu głową. Jatmund się uśmiecha. To znak, że inni też za nimi podążą. Przyśpiesza z zadowoloną miną.

Hermod widzi, że wielu z jego ludzi idzie za Jatmundem, ale nie przejmuje się tym. Niech idą, będzie mniej do podziału łupów. Zerka na węzełek, kryjący w sobie kosztowności i cieszy się, że wpadł ńa pomysł splądrowania kurhanów Jotungård.

Lepiej nie mogło się złożyć. Åsmund uśmiecha się do siebie zadowolony. Rudy olbrzym zabrał ludzi i odszedł. Pora ruszać do ataku, czeka chwilę, aż część zbójów, którzy nie plądrowali grobów, odejdzie. Wtedy też opór będzie mniejszy.

Gdy tylko Jatmund z ludźmi znikają z pola widzenia, daje znak swoim wojownikom, którzy ruszają, zanim zdąży opuścić rękę. Z krzykiem zbiegają ze wzgórza. Åsmund czuje, że krew się w nim gotuje, kiedy wyjmuje z pochwy Skarpegga. Ciężko zbiega ze zbocza, zły, że z wiekiem coraz trudniej mu się poruszać, wie jednak, że mieczem włada równie dobrze jak każdy z jego wojowników.

Hermod i jego ludzie są zaskoczeni, ale szybko dochodzą do siebie. Zawsze są czujni, inaczej nie prżeżyliby tu, w górach. Kiedy wojownicy z Jotungård docierają na dno doliny, wszyscy są już gotowi do walki.

Hermod bierze węzełek z kosztownościami. Mężczyźni są zbyt zajęci walką, żeby go pilnować, a on z prędkością, o jaką nikt by'go nie podejrzewał, rusza w kierunku namiotów, tą samą drogą, na której niedawno zniknął Jatmund i jego ludzie. Zamierza uciec jak najdalej, zanim ktoś go zauważy. Nie jest tchórzem, ale postanowił zatrzymać węzełek dla siebie. Ma dość życia człowieka wyjętego spod prawa, sądzi, że za kosztowności zabrane z grobu być może uda mu się kupić sobie wolność.

Mężczyźni ścierają się, krzyczą niczym dzikie zwierzęta, ostrza mieczy uderzają o siebie. Ktoś zostaje trafiony w bok, ktoś traci rękę, słychać rozdzierające krzyki. Asmund widzi, że mają przewagę. Obiecał, że poczują jego gniew. Przekonają się, jak hövding traktuje łotrów grabiących groby.

Potężny mężczyzna zachodzi od tyłu Magnara Ravne-mettera. Asmund wydaje z siebie przeraźliwy ryk i rzuca się do przodu, wyciągając z pochwy nóż. Szybkim ruchem posyła napastnika do krainy zmarłych. Magnar odwraca się i spotyka wzrok Åsmunda. Rozumie, co się stało, i uśmiecha się, zanim rusza na kolejnego przeciwnika. Asmund nieraz ratował mu życie, ale i Magnar kilka razy wyrwał hovdinga ze szponów śmierci. Teraz łączy ich braterstwo broni, a kiedyś w przyszłości obaj zasiądą obok siebie przy stole Odyna w Walhalli.