Wybranka bogów (3). Próba żelaza -  Jane Mysen - ebook

Wybranka bogów (3). Próba żelaza ebook

Jane Mysen

0,0

Opis

[PK]

Gyda wyrosła na piękną szesnastoletnią pannę, ale ku rozpaczy przybranych rodziców lubi chadzać własnymi ścieżkami.

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 


Książka dostępna w zasobach:
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kartuzach
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 280

Rok wydania: 2008

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



NAJWIĘKSZY BESTSELLER OD CZASU SAGI O LUDZIACH LODU t)o/

magiczna opowieść

Próba żelaza

magiczna^opowieść

WYBRANKA BOGOW

JANE MYSEN

tom 3.

PRÓBA ŻELAZA

Przełożyła Ewa Parłyga

Tytuł oryginalny serii: Utvalgt av gudene Tytuł oryginału: Jernbyrd

Tłumaczenie z oryginału: Ewa Partyga Ilustracja na okładce: Anita Våmartveit Projekt okładki: Elipsa Sp. z o.o.

Korekta: Maciej Korbasiński Skład: Elipsa Sp. z o.o.

© J. W. Cappelens Forlag a.s 2000

Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z o.o.

All rights reserved

ISBN 978-83-61226-02-4

Elipsa Sp. z o.o.

INFORMACJE ® (0 22) 624 16 07

(od pn. <^o pt.^^dze 9.00-17.00)

1

Młoda kobieta, siedząca w milczeniu nad brzegiem, stapia się w jedno z naturą. Jej jasne, długie włosy falują delikatnie w powiewach bryzy muskającej powierzchnię wody. Siedzi nad fiordem i marzy o dawnych czasach. Wyobraża sobie swego ojca. Jego potężną, dającą poczucie bezpieczeństwa postać, brązowe, ciepłe oczy, które patrzyły na nią z takim oddaniem. Wydaje jej się, że wciąż czuje ciepło jego mocnych ramion, że wciąż słyszy ten łagodny głos.

Przez jej twarz przemyka nagle cień troski. Dlaczego? Dlaczego Åsmund nie wrócił tak, jak obiecał? Zadawała sobie to pytanie przez piętnaście ostatnich zim. Jej niebieskie oczy omiatają fiord. Muska dłonią zmarszczki, które lekka bryza zostawia na powierzchni wody. Woda jest chłodna, rześka. Poczuła się nagle bliżej tego, który wyjechał przed laty. On jest przecież gdzieś na tej właśnie wodzie, tylko gdzie?

Każdej jesieni stawała na brzegu i patrzyła w morze, które go jej zabrało. Ileż to już razy spadał śnieg, topniał śnieg. Wzdycha ciężko. Ciemne rzęsy rzucają cień na jej policzki, gdy zamyka oczy i zatapia się w rozmyślaniach.

Zaczyna nucić monotonnym tonem. Jakieś obce słowa. Gdy błaga bogów o przychylność, przez jej głowę przepływają wyraziste obrazy minionych lat. Prosi, by zachowali Åsmunda w dobrym zdrowiu, by przywiedli go tu z powrotem.

Sigurd patrzy na nią ze swej kryjówki między liściastymi drzewami. Usłyszał zaklęcia i zrozumiał, że ona znów jest w swoim własnym świecie i że nie należy jej przeszkadzać. Obserwu-

5

je ją świadom, że w tej chwili Gyda nie należy do tego świata. Jego serce przepełnia duma i miłość. Pokochał Gydę, gdy była jeszcze niemowlęciem, i trwa w tym uczuciu niezachwianie. Na jej widok krew mu zaczyna tętnić w żyłach, a gdy widzi ją taką odległą i taką piękną zarazem, pragnie pochwycić ją w ramiona. Przez tyle lat znajomości nie odważył się wyznać jej uczuć, które w nim płoną. Bał się, że Gyda się przestraszy, odsunie się od niego. Jest przecież od niego młodsza, pochodzi z wysokiego rodu. Ale pewnego dnia Sigurd będzie jej godzien.

Uśmiecha się, gdy Gyda podnosi się z miejsca, ale postanowił się jeszcze nie ujawniać. Widział ją w tym stanie wiele razy i wie, że to żarliwa wiara każę jej tak często odwiedzać bogów. Sam nie ma tak wielkiej wiary. Już w dzieciństwie zaczął powątpiewać w to, co ludzie opowiadają. Folke i Mildfrid często próbowali mu mówić o tych, który mają władzę nad ludzkim życiem i wszystkim, co ich otacza. Sigurd słuchał i naprawdę starał się znaleźć w opowieściach coś, w co mógłby uwierzyć. Coś wiarygodnego. Ale do tej pory nic takiego nie znalazł. Gdy dorósł, zrozumiał, że nie ma sensu się przeciwstawiać. Szanował swoich rodziców ponad wszystko i dlatego przestał zadawać trudne pytania o bogów i o wiarę. Wszystko wskazywało na to, że to ich uspokoiło, on zaś cieszył się, że przestali go pytać o poglądy na te sprawy. Bo gdyby go zapytali, nie mógłby przecież kłamać. Gyda jest jedyną osobą, która wie o jego wątpliwościach, i choć sama wierzy głęboko, wcale go nie potępia. Akceptuje to w takim samym stopniu, w jakim on akceptuje jej sposób widzenia świata.

Fałdy niebieskiej lnianej sukni opływają miękko szczupłe ciało, skórzany pas ściągnięty w talii uwypukla jego kobiece kształty. Sigurd czuje przypływ pożądania, gdy tak stoi i wpatruje się w tę smukłą postać. Gyda wdzięcznym ruchem zsuwa z nóg skórzane buty, unosi suknię ponad kolana i wchodzi do morza. Zatrzymuje się i drży z zimna. Sigurd śmieje się głośno i wychodzi z ukrycia.

Gyda nie kryje zdumienia, gdy Sigurd rozchyla gałęzie.

- Zimno ci, Gyda?

Dziewczyna odsłania w uśmiechu białe, zdrowe zęby i mówi sztucznie surowym tonem:

- Jak długo tu stałeś?

-. Wystarczająco długo.

Gyda kręci głową.

- A gdybym tak się rozebrała i skoczyła do morza? Może już mnie widziałeś bez sukni?

Spogląda na niego surowo, a Sigurd się śmieje.

- Nie miałbym nic przeciwko temu, ale nie spotkało mnie tyle szczęścia.

Wypowiada to żartobliwym tonem, jednak gdzieś w głębi kryje się całkiem poważna nuta. Gyda nie zauważa tej powagi. Jest zbyt młoda, by dojrzeć to, co inni widzą wyraźnie. Dla niej Sigurd to tylko dobry przyjaciel. Sigurd nie czuje się tym rozgoryczony, ale doskwiera mu świadomość, że czas ucieka. Rodzice coraz częściej mówili o tym, że powinien się zaręczyć, a on, słysząc to, cieszył się, że ma chorą nogę. Nie tak łatwo znaleźć ojca, który chciałby oddać córkę komuś, kto ma kłopoty z poruszaniem się. Sigurd pamięta w najdrobniejszych szczegółach ten dzień, w którym jego stopa została zmiażdżona. Do tej pory jest wściekły, że mógł być taki głupi. Był młody, krótkowzroczny i zniszczył swoją przyszłość.

- Ja się rozbieram, bo nie jestem mięczakiem! - Rusza, kulejąc i omijając nadbrzeżne kamienie. - Ścigamy się! - woła, znikając za wielkim głazem.

Tego lata każdego ranka pływali razem w morzu. Wybrali odludne miejsce, nigdy nie spotkali tam nikogo innego. Nikt nie wie o ich potajemnych porannych kąpielach, i tak powinno pozostać. Gyda zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że Alvheid i Trygve zabroniliby jej tych porannych spotkań z Sigurdem, gdyby się o nich dowiedzieli.

Ściąga suknię przez głowę i pozwala, by wiatr swymi powiewami pieścił jej ciepłą, nagą skórę. Rzuca zaciekawione spojrzenie w kierunku kryjówki Sigurda i, chichocząc, rusza w stronę głębiny. Szybko wchodzi do wody i krzyczy, gdy całe jej ciało się zanurzyło.

- Sigurd! Wygrałam!

Sigurd nie odpowiada, Gyda zaczyna więc płynąć. W wodzie

czuje się wolna, jakby nic nie ważyła. Rozpiera ją szczęście, że może sobie pozwolić na te beztroskie chwile.

Nagle coś się zaciska na jej nodze i wciągają pod wodę. Ogarniają panika, gorączkowo próbuje się wyzwolić. W końcu uścisk się rozluźnia i Gyda, prychając, wypływa na powierzchnię. Po chwili tuż obok pojawia się roześmiany Sigurd.

- Jak mogłeś? Wiesz dobrze, że nie lubię, jak się mnie wciąga pod wodę.

W jej oczach iskrzy się wściekłość, a Sigurd śmieje się jeszcze bardziej. Podpływa do niej spokojnie. Wszystkimi zmysłami czuje obecność nagiej kobiety. Wystarczy wyciągnąć ramiona, żeby ją przytulić. Sigurd odsuwa jednak od siebie tę kuszącą myśl.

- Kto pierwszy opłynie cypel i wróci tutaj! - woła głośno i rusza w stronę celu.

W wodzie czuje się jak w swoim żywiole i potrafi pływać tak szybko, że wielu mu zazdrości. Po ziemi chodzi natomiast powoli i wstydzi się swojego kalectwa. Noga to jeszcze jeden powód, dla którego nie jest godzien córki hovdinga. Na pewno nie chciałaby za męża kogoś, kto kuśtyka jak jakiś starzec!

Sigurd jest już dorosły, ale nie może zostać wojem. Nauczył się nieźle ciesielki, lecz nie cieszy go ani rąbanie drewna, ani budowanie. Pociąga go natomiast poezja, a Trygve Skald chętnie dzieli się z nim swoimi umiejętnościami. Niejedną miłosną pieśń szeptał po nocach syn cieśli. Ale nie ma nikogo, do kogo mógłby je zaadresować. W tych wierszach czci tylko jedną kobietę, choć może się zdarzyć, że ona ich nigdy nie usłyszy.

Nie tylko miłość zaprząta myśli Sigurda. Tęskni za czymś, choć nie potrafi powiedzieć, za czym. Od dzieciństwa coś go pociągało. Coś, czego nie potrafi nazwać. Wie, że czeka go coś wielkiego, i zaczyna się niecierpliwić. Ma już dwadzieścia dwa lata. Zaczyna mu się śpieszyć.

Głos Gydy wytrąca go z myśli.

- Zaczekaj na mnie, Sigurd.

Mówi to, jakby była małą dziewczynką, która chce koniecznie postawić na swoim. Sigurd zatrzymuje się i ochlapuje ją, gdy już dopłynęła. Uśmiecha się, wypluwając wodę. W oczach Sigurda

jest piękniejsza niż kiedykolwiek. Jej niebieskie oczy rzucają mu promienne spojrzenia. Mokre włosy kleją się do głowy, złotawy odcień, którego nabrał ich brązowy kolor pod wpływem słońca, okazuje się bardzo twarzowy. Gyda porusza się w wodzie równie lekko i swobodnie jak Sigurd, ale to on jest lepszym pływakiem. Mówi coś do niego, lecz on widzi tylko jej kuszące wargi. Ma wielką ochotę ją pocałować. Przytulić. Brakuje mu jednak śmiałości.

Nagle łapie go i wpycha pod wodę. Wdrapuje się mu na ramiona i skacze w głębinę. Gdy Sigurd znów może zaczerpnąć świeżego powietrza, słyszy jej śmiech i widzi, że daleko odpłynęła. Zyskała taką przewagę, że trudno by było mu ją dogonić, jednak postanawia spróbować, żeby jej nie ułatwiać zwycięstwa.

Oboje są bardzo zmęczeni, gdy dopływają do celu. Ale Gyda krzyczy radośnie:

- Pokonałam cię! Znowu wygrałam!

Sigurd spogląda na nią z uśmiechem. Nie mówi, że wygrała przez podstęp. Pozwala, by się cieszyła, i cieszy się razem z nią. Woli widzieć radość na jej twarzy niż triumfować. Gdy tak płynęła na plecach, a jej piersi kołysały się na powierzchni wody od śmiechu, nie mógł się opędzić od myśli, że widzi najpiękniejsze stworzenie pod słońcem. Znów musi odpłynąć na bok, by nie stracić nad sobą kontroli.

- Nie umiesz przegrywać, Sigurd? - woła za nim.

Słyszy jej śmiech i plusk wody za swoimi plecami. Chociaż Gyda jest mądra i dużo wie, nie wszystko potrafi zrozumieć, myśli sobie Sigurd.

Dopływa do miejsca, w którym zostawił ubranie. Wychodzi z wody ostrożnie, by Gyda go nie zobaczyła. Drży nieco pod wpływem zimnych powiewów porannej bryzy, wycierając się pośpiesznie pięknie utkanym, lnianym ręcznikiem. Wkłada suche spodnie i siada na kamieniu, żeby obwiązać buty rzemykami. Wie, że już czekają na nich ze śniadaniem i że powinni się pośpieszyć. Naciąga przez głowę czerwoną tunikę z wieloma barwnymi lamówkami i zapina w talii szeroki skórzany pas. A potem siada i czeka na Gydę.

Alvheid nakrywa do stołu razem z trzema niewolnicami. Spogląda z troską na Gydę, która wchodzi właśnie do izby tanecznym krokiem, z wilgotnymi włosami klejącymi się do rozradowanej twarzy.

Opieka nad tą nieposkromioną dziewczyną to wielkie brzemię. Alvheid miała nadzieję, że Gyda ustatkuje się z czasem, ale choć dziewczyna ma już szesnaście lat, jest wciąż równie trudna do okiełznania. Niema kobieta kręci głową, a Gyda śmieje się na widok jej zrozpaczonego wyrazu twarzy.

- Kąpałam się - oznajmia wesoło. Alvheid kiwa głową i zaczyna mówić na swój sposób, pokazując słowa rękami. Gyda uważnie śledzi jej ruchy. Zdumiewa ją pytanie tamtej i przez chwilę waha się nawet, czy powinna być szczera. Ale nie zwykła kłamać, nauczyli ją tego przybrani rodzice.

- Tak, był ze mną Sigurd. Pływaliśmy na wyścigi i ja wygrałam.

Oczy Alvheid zdraidzają jej zdanie na ten temat lepiej niż jakiekolwiek słowa.

- Ile razy mam powtarzać - dodaje więc Gyda - że Sigurd i ja jesteśmy tylko dobrymi przyjaciółmi. Między nami nie dzieje się nic, co dziać się nie powinno.

Alvheid długo czyni znaki rękami i jak zwykle w sytuacji, w której jej zdaniem Gyda postąpiła niewłaściwie, przypomina podopiecznej ojej pochodzeniu.

- Pamiętaj, z jakiego rodu pochodzisz. Nie wypada, by córka hovdinga kąpała się razem z mężczyzną, nawet jeśli ten mężczyzna jest tylko przyjacielem. Twój ojciec, Åsmund Torklidsson, bardzo by się rozgniewał, gdyby cię zobaczył nad morzem.

Twarz Gydy ciemnieje, gdy Alvheid wspomina o jej ojcu.

- Wiem, jakie macie względem mnie oczekiwania - odburkuje. - Ale wy musicie się nauczyć okazywać mi zaufanie!

Wypowiada to żartobliwym tonem, więc Alvheid uśmiecha się mimowolnie. A kiedy czuje na szyi ciepłe ramiona dziewczyny, a na swoim policzku jej miękki policzek, całkiem łagodnieje. Już ta dziewczyna wie, jak ją rozbroić. Alvheid jest zła na . siebie z powodu tej pobłażliwości. Jakże ma wychować Gydę, jeśli nie będzie jej krótko trzymała? Gdy dziewczyna wychodzi z izby, Alvheid patrzy na nią z ciężkim sercem. Wraca do przerwanej

pracy, pogrąża się w rozmyślaniach o wszystkim, co się wydarzyło od czasu, gdy Asmund i jego ludzie opuścili Jotungård.

Przed piętnastu laty z bólem serca patrzyła na odpływające w głąb fiordu okręty, a Gyda, którą wówczas trzymała na ramieniu, bardzo jej ciążyła. Podejmując się wychowania dziewczynki, wzięła na siebie ogromną odpowiedzialność i gdyby nie to, że Trygve stał u jej boku, nigdy by się na to nie odważyła. Nie tylko dlatego, że Gyda pochodzi z wysokiego rodu, podczas gdy Alvheid jest zaledwie wyzwoloną niewolnicą, ale także dlatego, że ma niezwykły dar i potrzebuje całkiem innej opieki niż zwyczajne dzieci.

Gdy nadeszła jesień, a Asmund nadal nie wracał, Alvheid odchodziła od zmysłów ze strachu, dopiero gdy Trygve poprosił ją o rękę, poczuła się bezpieczniej.

Mijały lata, Alvheid była trzykrotnie brzemienna, ale wszystkie dzieci umarły, nim się zdążyły urodzić. Oboje z Trygvem pogodzili się już z myślą, że nie będą mieć własnych dzieci, ale w ubiegłym roku Alvheid znów zaszła w ciążę. Chwila rozwiązania jest już bliska, Alvheid czuje się więc ociężała i zmęczona. Prześladują ją czarne myśli. Boi się o swoje nienarodzone dziecko, niepokoi się o samowolną Gydę.

Gdy Gyda była jeszcze mała, wszyscy zauważyli jej niezwykłe zdolności. Alvheid przerażało niejednokrotnie to, co dziewczynka robiła czy mówiła. Ani Alvheid, ani Trygve nie mogli być jej nauczycielami w wierze, ale wiele wskazywało na to, że wiedza na temat bogów i tak jest w głowie dziewczynki. Po raz pierwszy uzdrowiła jednego z mieszkańców dworu, gdy miała zaledwie pięć lat. Jeden z małych niewolników upadł i mocno uderzył się w głowę. Jego rodzice spodziewali się, że umrze, ale Gyda wy-niodliła mu zdrowie u bogów. Alvheid jeszcze dziś ma w uszach śpiewne zaklęcia małej dziewczynki i gdy zamyka oczy, widzi wszystko jak na dłoni. Pamięta swoje przerażenie, gdy chłopiec nagle się ocknął i pobiegł do innych dzieci.

Potem Alvheid usłyszała mimowolnie, jak Gyda opowiada innym dzieciom o stworzeniu świata. Gdy zapytała później dziewczynkę, gdzie o tym słyszała, mała spojrzała na nią z politowaniem.

-    Niektórych rzeczy nie trzeba się- uczyć - odparła, kręcąc głową, zdziwiona niewiedzą opiekunki.

Potem często zdarzały się sytuacje, w których Gyda mogła użyć swego daru.

Alvheid kładzie świeżo upieczony chleb i stawia dzbanki z kwaśnym mlekiem na stole. Nachodzą ją niepokojące myśli o przyjaźni Gydy z synem cieśli. Pewnie, że to miły młody człowiek, ale kobiety tak wysokiego rodu jak Gyda nigdy nie dostanie. Choć Gyda ciągle powtarza, że są tylko przyjaciółmi, Alvheid widzi, jak Sigurd patrzy na córkę hovdinga. W tym spojrzeniu kryje się coś więcej niż przyjaźń.

Wzdycha z rezygnacją i prostuje umęczone plecy. Jakże pragnie, by Åsmund wrócił do domu. Może on przemówiłby córce do rozumu. Ale nikt nic nie słyszał o mężczyznach, którzy opuścili dwór całe wieki temu, i wszyscy w mniejszym lub większym stopniu pożegnali się z nadzieją, że ich kiedykolwiek zobaczą.

Służąca wychodzi na podwórze i ciężkim krokiem rusza w stronę stajni. Chce zawołać Trygvego do stołu. Trygve właśnie wychodzi ze stajni, gdy Alvheid w końcu tam dociera. Koniuszy cieszy się na jej widok i przytula delikatnie, żeby nie uciskać wielkiego brzucha.

-    Przyszliście tu oboje, żeby mnie uradować - mówi rozpromieniony.

Alvheid kocha go i cieszy się, że spędzili razem tyle dobrych lat. Choć kraj jest bardzo niespokojny, Jotungård uchroniło się jakoś przed chorobami czy napadami. Plony dopisują, a mieszkańców dworu nie prześladują żadni złoczyńcy. Uśmiecha się do męża, a on odgarnia z jej twarzy kilka jasnych kosmyków, które się wymknęły spod czerwonej chustki. Wsuwa je delikatnie z powrotem na właściwe miejsce.

-    Przypominają mi inną młodą kobietę tu we dworze - mówi żartobliwie.

Alvheid śmieje się i wsuwa mu rękę pod ramię.

W izbie jest jak zwykle tłoczno i gwarno, toczą się żywe roz-

mowy. Gyda spogląda na Alvheid i Trygvego, gdy stają w niskich drzwiach. Śledzi ich wzrokiem, żując świeży chleb. Traktuje ich jak swoich rodziców i cieszy się, że Alvheid znów jest brzemienna. Biust ma obfity, a swój wielki brzuch nosi z godnością. W lśniących niebieskich oczach gości dziś wyraz smutku. Gyda wie, dlaczego Alvheid wygląda dziś na szczególnie zatroskaną. Rozumie, dlaczego przybrana matka niepokoi się jej przyjaźnią z Sigurdem, choć przecież żadne z nich nie ma ochoty robić tego, co Alvheid i Trygve robią wieczorem w swojej alkowie. Rozbawiła ją ta myśl. Dobrze mieć takiego przyjaciela jak Sigurd. Można mu o wszystkim opowiedzieć, a on zawsze słucha cierpliwie. Chociaż Alvheid może im zabronić tych porannych kąpieli, nie powstrzyma ich przecież od spotkań przy innych okazjach.

Gyda zerka w stronę Sigurda. Wyrósł na mężczyznę. Widać wyraźnie mięśnie twarzy, gdy przeżuwa jedzenie. Brązowe, pozbawione zarostu oblicze okalają jasne loki. Sigurd jest dobry wę wszystkim, do czego nie musi używać swojej kalekiej nogi. Gyda wie, że jej przyjaciel nosi w sobie gorycz z powodu tego, co się wówczas zdarzyło, ale sama jest z tego zadowolona. Gdyby nie noga, Sigurd musiałby pewnie wyruszyć na wyprawę w góry albo na morze i wówczas nie mogliby się widywać. Na samą myśl o tym coś zaczyna dławić jej gardło. Sigurd uśmiecha się ciepło, gdy na nią spogląda. Dziś każde z nich ma swoje obowiązki, ale zaplanowali, że za parę dni wybiorą się konno do lasu, żeby zastawić sidła. Po wielu staraniach udało się jej przekonać Folkego, żeby dał wolne synowi.

Posiłek ma się ku końcowi, gdy drzwi się otwierają i do izby Wchodzi piękna ciemnowłosa kobieta. Zapada cisza. Kobieta rozgląda się, zatrzymuje wzrok na Sigurdzie i rusza ku niemu, nie zaszczycając pozostałych ani jednym spojrzeniem. Twarz skrywa się w gęstwinie ciemnych włosów, gdy się nachyla i coś do niego szepcze. Sigurd podnosi się gwałtownie i wychodzi za nią. Ludzie zaczynają wymieniać między sobą uwagi, a Gyda nie może się oprzeć poczuciu, że coś jest nie tak. Już chce się podnieść i pobiec za tamtą parą, ale zdecydowane spojrzenie Trygvego usadza

ją z powrotem. Zerka na niego z rozpacżą, ale on wraca do jedzenia i więcej na nią nie patrzy.

Gydę złości ten zakaz, lecz wie, że jej ojciec, Åsmund, zrobiłby dokładnie to samo. Trygve dobrze go zastępuje, a Gyda bardzo go kocha, ale... Spogląda na wysokie siedzisko, które było wolne, od kiedy ojciec opuścił dwór, i znów coś ją kłuje w sercu. Rzeźbione smocze głowy gapią się na nią ze słupów, jakby się cieszyły jej bólem. Gyda znów myśli o Sigurdzie. Co sprawiło, że wybiegł tak nagle?

2

Sigurd jest przerażony, gdy Dagny przychodzi mu powiedzieć, że Folke zranił się siekierą. Kuśtyka tak szybko, jak tylko potrafi, w stronę warsztatu szkutniczego. Folke zaczął budować okręt wojenny wczesną jesienią ubiegłego roku i dlatego długą zimę i wiosnę spędził właśnie nad fiordem. Teraz okręt jest prawie gotowy, zostały tylko drobiazgi. Sigurd odczuwa dumę z ojca, tak sprawnego w swoim rzemiośle. A przy tym Folke ma końskie zdrowie i nigdy nie traci humoru.

Matkę, Mildfrid, trapią natomiast czarne myśli, od kiedy bracia Sigurda, Jor i Gunnar, pojechali z Åsmundem na wyprawę. Ojcu nie było lekko pracować tak ciężko, a jednocześnie dbać ° żonę, która przebywała najczęściej w swoim świecie. Sigurdowi żal było rodziców i starał się pomagać im, jak umiał. Rozumiał jednak, że niewiele ma im do zaoferowania. Miał sprawne ręce, ale nie potrafił rozproszyć czarnych myśli.

Folke siedzi na ławie przed warsztatem w towarzystwie kilku mężczyzn, którzy próbują mu pomóc. Przed nim klęczy niewolnica ze steatytową misą wypełnioną wodą. Sigurd zauważa od razu, że lniana płachetka, którą trzyma w ręku, jest całkiem czerwona od krwi.

- Co się stało? - woła prawie bez tchu. - Coś poważnego?

Folke jest blady jak kreda, ale w jego głosie nie ma ani bólu, ani strachu, gdy odpowiada synowi.

- Co się stało, to się nie odstanie.

Sigurdowi żołądek podchodzi do gardła, gdy widzi okaleczoną dłoń ojca. Zrywa z siebie czerwoną tunikę i zawija nią otwartą ranę.

-    Najlepiej będzie, jak pójdziemy bd razu do domu czeladnego - mówi i niemal podnosi ojca z ławy.

-    Spokojnie, Sigurd! Pójdę sam!

Folke wspiera się na ramieniu syna, a Sigurd chwyta go mocno w pasie, żeby się nie przewrócił. Ze zranionej ręki ciągle kapie krew. Sigurd z trudem opanowuje mdłości.

Dagny wychodzi im na pomoc. Z niepokojem spogląda na wielkie krwawe plamy i biegnie przodem do domu czeladnego. Z otworu w dachu unosi się dym. Dagny domyśla się, że to Mild-frid podtrzymuje ogień.

Kobiety we dworze potrafią opatrywać rany. Mildfrid nie należy tu do wyjątków. Choć jej umysł nie jest już tak jasny jak niegdyś, znajduje od razu wszystko, co trzeba. Sigurd stoi i patrzy, jak matka przemywa wielką, głęboką ranę. Potem Mildfrid znajduje igłę i nić. Sigurd musi odwrócić wzrok.

Folke nawet nie jęknął podczas szycia rany. Potem Dagny podaj e Mildfrid liść krwawnika, który zostaje przyłożony do rany, nim owinięto ją czystym płótnem. Folke nie protestuje, gdy kobiety zdejmują mu zakrwawioną tunikę, a potem kładzie się z powrotem na łóżku. Sigurd nigdy nie widział tak bladej twarzy ojca. I choć Folke jest postawny i dobrze zbudowany, wygląda na bardzo osłabionego.

Sigurd czuje nagle, że już dłużej nie wytrzyma. Wybiega na dwór, nie przejmując się zdziwionymi spojrzeniami. Nim się zorientował, co się dzieje, zwraca cały, dopiero zjedzony posiłek Siada, zlany zimnym potem, z drżącymi rękami. Wstydzi się swojej słabości, ale nie potrafi nad nią zapanować. Gdy wreszcie udaje mu się zebrać trochę siły, rusza w stronę kąpieliska, żeby obmyć usta i dłonie.

Kiedy wraca do domu czeladnego, Folke wkłada już czystą koszulę. Mildfrid pierze właśnie zakrwawioną tunikę, ale Sigurd woli tego nie oglądać.

Dagny miesza coś w kociołku zawieszonym nad paleniskiem i spogląda na niego ze współczuciem. Widać, jak jej ciało reaguje na obecność Sigurda, co rusz zerka na niego ukradkiem brązowymi oczami rozjaśnionymi miłością. Nie stara się nawet tego ukryć, bo

on i tak nie dostrzega jej spojrzeń. Dzieje się tak, od kiedy mieszkają tu, w Jotungård. Sigurd zawsze wołał Gydę, choć córka hovdinga jest jeszcze dzieckiem w porównaniu z Dagny, jego rówieśnicą. Młode ciało Dagny garnie się do Sigurda, ale jest też coś, co ją powstrzymuje. Dagny boi się Gydy, choć córka hovdinga nigdy jej nic złego nie zrobiła. Słyszała wiele razy historię o tym, co się zdarzyło, gdy Gydzie nadawano imię, i ta opowieść budzi jej niepokój. Wybrana przez bogów! Dagny wzrusza ramionami i podchodzi bliżej ognia. Czuje, że bogowie stoją nad nią i śledzą jej myśli. Z przerażeniem rozgląda się po pogrążonej w półmroku izbie.

Obaj mężczyźni wychodzą właśnie z domu czeladnego, Sigurd odprowadza ojca do warsztatu. Wszyscy się do nich uśmiechają. Mieszkańców dworu ogarnęło przerażenie, gdy zdarzył się wypadek, ale Folke wygląda już całkiem dobrze, więc odetchnęli z ulgą.

- Skoro tak być musiało, to dobrze, że zraniona została lewa ręka - mówi jeden z niewolników na pocieszenie.

Folke kiwa głową.

- Jesteś pewien, że wszystko w porządku? - niepokoi się Sigurd, widząc, że ojciec wciąż jest blady.

- To drobnostka - śmieje się Folke. - Pomyśl tylko o ranach odniesionych w bitwach. To dopiero są rany. Rany zadane przez wrogów, którzy chcą zabijać. A ja, niestety, sam jestem winien własnemu nieszczęściu. Nie będę chlipał jak dzieciak z powodu historii; która nie nadaje się nawet do tego, by ją opowiadać przy ognisku.

Sigurd uśmiecha się, słysząc słowa ojca. Od czasu, gdy Jor i Gunnar pojechali na wyprawę wojenną, Folke żałował, że z nimi nie wyruszył. Åsmund zawsze kazał mu zostawać w domu w takich wypadkach. Wiedział, ile znaczy zręczny cieśla. Folke był bardziej potrzebny tu we dworze niż na wyprawie.

Mildfrid wyprała już tunikę. Dagny napotyka jej puste spojrzenie, gdy tamta trzepie wilgotną tkaninę. Jakby tajemnicze siły zawładnęły umysłem tej starzey^sjrtigkobiety. Nikt nie słyszał jej śmiechu od tamtej jesienk^!(^\^bV(de^ wrócić z wyprawy. Rude włosy, pośród któi^?^$łhi^j8g^o się wiele siwych, ma jak zawsze zwraigm^ tyłu, jej grabiła twarz jest całkiem biała w świetle płomienie ^l^gMtfA^l^iS ładko opuszcza dom

czeladny. Tamtej jesieni przez pewien czas wychodziła codziennie na brzeg i patrzyła w morze. Nawet zimą stała tam, całkiem zmarznięta, wpatrując się w wody fiordu. I nagle odsunęła się całkiem od życia. Dagny nie potrafiłaby powiedzieć, kiedy to się stało. Jeśli nawet Mildfrid się odzywa, mówi głosem monotonnym, całkiem pozbawionym energii. Pogrążona w żałobie po dwóch synach, których straciła, zapomniała, że ma jeszcze jednego. Dagny zauważyła, jak troskliwie Sigurd opiekuje się matką, ale Mildfrid tego nie widziała. Sprawiało mu to ból, bo był znacznie bardziej wrażliwy niż większość mężczyzn. Dagny chętnie by go pocieszyła.

Ludzie opuścili już izbę i zaczęli rozchodzić się do swoich zajęć, gdy Trygve przywołuje Gydę do siebie. Dziewczyna z rezygnacją spogląda na przybranego ojca. Wie, że Trygve ją kocha, sama jest mu szczerze oddana, ale czasami irytują ją te jego pouczenia.

- Musimy porozmawiać! - Trygve daje znak, by usiadła, a ona go słucha bez protestów.

Z uwagą czeka na jego słowa, choć przeczuwa, o czym skald chce z nią tym razem rozmawiać. Alvheid opowiedziała mu zapewne o jej porannej kąpieli , w towarzystwie Sigurda! Trygve podnosi do ust róg z napojem i upija trochę, nim się odezwie.

— Jesteś już dorosła, Gydo, a to pociąga za sobą yviele obowiązków. - Chrząka. - Przez piętnaście lat w tym dworze nie było hovdinga. Uważamy jednak, że jesteś już na tyle dorosła, że możesz przejąć część odpowiedzialności, którą my dźwigaliśmy przez te wszystkie lata. Długo z tym zwlekałem, bo miałem nadzieję, że hövding wróci do domu, ale czuję, że pora przestać czekać. - Trygve kładzie dłoń na jej ramieniu. - Alvheid i ja wystarczająco długo tu rządziliśmy. Jesteśmy zmęczeni, a wkrótce będziemy mieli maleństwo, którym powinniśmy się zająć.

Alvheid stoi za plecami męża, podparta pod boki, i kiwa głową. Z zapałem podnosi ręce.

-    Trygve ma rację. Nadeszła twoja kolej, Gyda!

Córka hovdinga spogląda na nich z powagą.

-    Wiedziałam, że kiedyś nadejdzie taki dzień, i jestem goto-

wa przejąć odpowiedzialność. Ale gdy Asmund wróci wreszcie do domu, wszystkim nam będzie łatwiej.

Alvheid i Trygve wymieniają błyskawiczne spojrzenia. Nie wierzą, że Asmund wróci do domu, ale żadne z nich nie wypowie tego na głos.

Gyda chce się podnieść z miejsca, ale Trygve ją zatrzymuje.

- Jeszcze nie skończyłem! - mówi szorstkim głosem, a Gyda. potulnie siada. Pragnie wyjść czym prędzej, ma więc nadzieję, że to nie potrwa zbyt długo. - Chodzi o ciebie i o Sigurda!

Wiedziała, że to nastąpi, wzdycha więc tylko z rezygnacją.

- Mówiłam już wiele razy, ale zdaje się, że trudno to zrozumieć. Sigurd i ja jesteśmy tylko przyjaciółmi i...

- To nie ma znaczenia - przerywa jej Trygve. - Córka hovdinga nie powinna przebywać w towarzystwie kogoś, kto pracuje we dworze. Mam nadzieję, że to rozumiesz i że będziesz się trzymać z dala od Sigurda.

Słowa Trygvego brzmią jak rozkaz, a nie jak prośba. Gyda pojmuje, że sprawa jest poważna. Choć wezbrał w niej gniew, zdołała go jakoś opanować. Nauczyła się, że trzeba okazywać szacunek starszym, ale jej oczy ciskają pioruny, gdy kiwa głową.

Rozmowa jeszcze trwa, kiedy do izby wchodzi, jak zwykle po cichu, Dagny. Gyda, nie zwracając uwagi na spojrzenie swego opiekuna, woła impulsywnie:

- Co się stało?! Dlaczego Sigurd tak nagle odszedł od stołu? Chyba nic poważnego? A może potrzebuje pomocy?

Pytania padają w takim tempie, że Dagny nie nadąża z odpo-wiedziami. Gyda zrywa się i podchodzi do niej. Jej ruchy zdradzają wielkie zaangażowanie.

- Folke się zranił, ale to nic poważnego. Wrócił już do pracy.

Dagny mówi to prawie szeptem. Spuszcza wzrok, jakby lękała się spojrzeć na córkę hovdinga. Dagny zawsze się tak zachowuje. Gydę złości nawet czasami ta jej potulność.

Wszyscy wracają do swoich obowiązków. Gyda rozgląda się Za Sigurdem, ilekroć ma coś do zrobienia na zewnątrz, ale on jak-by zapadł się pod ziemię. Złości ją trochę to, że nie przyszedł do niej i nie opowiedział o wypadku. Zawsze dzielili wszystkie swoje

radości i wszystkie troski i choć Folkemu nie zagraża żadne niebezpieczeństwo, Gyda chętnie wysłuchałaby przyjaciela.

Miele ziarna, kroi warzywa na zupę, barwi wełnę i wypełnia łóżka widłakowymi gałązkami. Dopiero wieczorem, gdy wiesza pranie koło domu czeladnego, spostrzega Sigurda, zmierzającego w stronę przystani. Już chce go zawołać, gdy z szopy wychodzi Trygve z naręczem drew na opał. Gyda milknie więc i wiesza pranie trochę krzywo, bo zamiast uważać, co robi, śledzi wzrokiem swojego opiekuna. Spostrzega, że wszedł do izby, po chwili jednak ją opuścił i skierował się w stronę przystani. Gyda czuje, że ogarnia ją rozpacz. Nie ma wątpliwości co do zamiarów Trygvego.

Teraz Sigurd usłyszy te same pouczenia, których ona wcześniej musiała wysłuchać. Alvheid i Trygve mogą zamęczać ją tymi reprymendami, nie powinni jednak traktować w ten sposób Sigurda. On będzie posłuszny i nie odważy się przeciwstawić Trygvemu.

W warsztacie szkutniczym zapada cisza, kiedy wchodzi tam Trygve. Ciekawskie spojrzenia śledzą każdy jego ruch, gdy podchodzi do Folkego. Ale choć niewolnicy z szacunkiem cofają się o krok, każdy z uwagą nasłuchuje, ciekaw, o czym tamci będą mówić.

-    Jak ręka? - Trygve spogląda na opatrunek.

-    Jak widać - uśmiecha się Folke.

Folke zawsze lubił skalda, który był taki bezpośredni. Nigdy się nie wywyższał, choć przez tyle lat rządził tu we dworze. Folke zdawał sobie sprawę, że nie każdy potrafiłby równie dobrze sprostać takiej odpowiedzialności.

Rozmawiają przez chwilę, ale Folke od razu się orientuje, że Trygvemu coś leży na sercu, coś, o czym trudno mu rozmawiać. Postanawia poczekać cierpliwie, aż Trygve znajdzie odpowiednie słowa.

-    Chciałbym z tobą porozmawiać o pewnej sprawie.

Folke kiwa głową, a Trygve odchrząkuję.

-    Chodzi o Sigurda i o Gydę.

Folke od razu się domyśla, co skald ma mu do powiedzenia. I gdy Trygve zdradza, że z niechęcią patrzy na przyjaźń tych dwojga, Folke nie może się oprzeć wrażeniu, że już to słyszał. Wiedział, że to się musi zdarzyć, i dziwi się tylko, że zdarzyło się

dopiero teraz. Domyśla się, że Trygve czuje się niezręcznie, bo choć Åsmund był zawsze sprawiedliwy w stosunku do niewolników i służby, to nigdy by nie pozwolił, by serce Gydy skłoniło się ku komuś niżej urodzonemu niż ona sama. Folke wie doskonale, że Sigurd zakochał się w pięknej córce hovdinga, ale ufa mu i jest przekonany, że jego syn zachowuje się-wobec niej całkiem przyzwoicie. Uważa, że Sigurd jest do niego podobny. Odpowiedzialny i lojalny. Nigdy nie uczyniłby czegoś, co mogłoby rzucić cień na tych, których kocha.

Gdy Trygve kończy mówić, zapada cisza. Obaj pogrążają się w myślach. Z przeciwległego końca pomieszczenia dobiegają ich jakieś szepty. Wyrobnicy wszystko słyszeli. A to oznacza, że wiele par oczu będzie od tej pory śledzić Sigurda i Gydę, że jeszcze trudniej będzie im się spotykać.

-    Spodziewam się, że porozmawiasz z Sigurdem i że twój syn zastosuje się do mojego życzenia.

-    Na pewno to zrobię - odpowiada z powagą Folke.

Trygve dziękuje mu za rozmowę i wychodzi.

Sigurd hebluje deski na tyłach warsztatu. Starannie przygotowany materiał będzie wkrótce zdobił gotowy już niemal okręt. Sigurd wkłada całe serce w żmudną robotę. Folke chwali wie- ‘ lokrotnie jego rzemieślnicze dokonania, syn ma więc sporo satysfakcji ze swej pracy. Nagle słyszy głos Trygvego dobiegający z wnętrza warsztatu szkutniczego. Ojciec i pozostali przerwali chyba na chwilę pracę. Sigurd się prostuje i ociera pot z czoła wierzchem dłoni. Słońce mocno grzeje, nie ma powodów do na-rzekań. Póki pogoda dopisuje, robota idzie jak z płatka. Gorzej, 8dy zacina deszcz i wieje wiatr od fiordu.

Ranna dłoń daje się we znaki, gdy Folke wychodzi na dwór, bX porozmawiać z synem. Od wypadku minęło już trochę czasu

1    odrętwienie zmieniło się w ból. Cieśla spogląda na opatrunek, który zaczyna powoli nasiąkać krwią. Upłynie sporo czasu, nim rana się zagoi, ale trzeba się cieszyć, że nie odciął sobie dłoni. Nie Po raz pierwszy się zranił, ale nigdy aż tak poważnie.

- Mam się trzymać z dala od Gydy? - martwi się Sigurd. - A co ona na to?

Folke patrzy na syna ze współczuciem.

- Nie wiem, ale jeśli ją dobrze znam, nie będzie tym zachwycona.

Sigurd kręci głową.

- Jest już dorosła - stwierdza, by się pocieszyć. - Jeśli będzie się chciała ze mną widywać, Trygve jej nie zabroni.

Folke wyraźnie posmutniał.

- Może i nie - mówi bez przekonania. - Sądzę jednak, że Trygve i Alvheid mają jakieś plany na temat przyszłości Gydy. I obawiam się, że dla ciebie nie ma w nich miejsca, Sigurd. Bardzo mi przykro, ale nie mamy wpływu na decyzje tych, którzy rządzą we dworze.

Twarz młodego mężczyzny ściąga się goryczą.

- Mam już dość tego, że patrzą na mnie z góry, bo nie pochodzę z wysokiego rodu. Jeszcze zobaczą, na co mnie stać.

Folke wzdycha ciężko.

- No to im pokaż - dodaje zmęczonym głosem i wraca do pracy, wlokąc nogę za nogą.

Parę dni później Folke zaczął gorączkować. Mildfrid pielęgnowała go jak należy, ale dłoń, którą tak starannie opatrzyła, spuchła, a z rany zaczęło się coś sączyć. Rozgniewała się na męża za to, że się nie oszczędzał, a Folke uśmiechnął się do niej blado. Mildfrid zachowuje się znacznie przytomniej niż przez kilka ostatnich lat, a troska, którą mu okazuje, dobrze mu robi.

Dagny przejęła wiele obowiązków Mildfrid i nikt nie mógł narzekać na jej pracę. Wykonywała sumiennie wszystkie swoje zadania, niepokoiła się stanem zdrowia Folkego. Folke także okazywał jej zawsze sympatię.

Sigurd przejął obowiązki ojca w warsztacie, a w przerwach zawsze siadał u wezgłowia łoża ojca. Choroba ojca mocno mu ciąży, bo zawsze byli ze sobą bardzo związani. Z bólem serca patrzy nå unieruchomionego w łóżku Folkego i z przerażeniem

myśli o tym, że przecież ojciec też jest człowiekiem z krwi i kości. I choć Sigurd nie wierzy w moc bogów, teraz, przybity rozpaczą, pragnie za wszelką cenę do nich dotrzeć. Tylko tyle może zrobić, żeby pomóc ojcu.

Drugiego dnia swojej choroby Folke prosi nagle o rozmowę z Gydą.

- Poślij po nią Dagny - szepcze.

Sigurd kiwa głową, choć nie wierzy, by Gyda mogła tu cokolwiek poradzić. Przecież on sam modli się bez skutku. Z irytacją myśli o tym, że Gyda nawet nie zajrzała do Folkego. Czyżby nie interesowało ją zdrowie własnych ludzi? Trygve też nie pojawił się w domu czeladnym. Czyżby oboje mieli ważniejsze sprawy i nie przejmowali się tym, że Folke może wkrótce wyruszyć w swoją ostatnią drogę?

Jakiś czas temu oboje z Gydą zaplanowali, że pojadą do lasu, by zastawić sidła, ale w tej sytuacji Sigurd nie może przecież jej towarzyszyć. Zresztą wcale nie mam na to ochoty, myśli z goryczą, choć wie, że to nieprawda. Nic nie sprawia mu większej przyjemności niż przebywanie w jej towarzystwie.

Dagny rozumie, że Sigurd nie jest zachwycony życzeniem °jca, gdy się dowiaduje, że ma przyprowadzić Gydę.

- Idę do warsztatu - mówi Sigurd po chwili. - Pozdrów Gydę °de mnie i powiedz, że dziś musi jechać do lasu beze mnie. Jestem tu potrzebny.

Gyda stoi właśnie nad krosnami, gdy Dagny wchodzi do izby. Służąca czuje wielkie zakłopotanie, jak zwykle w obecności córki hovdinga, i spuszcza oczy, gdy ma się odezwać.

Nagle przychodzi jej do głowy jakiś pomysł i robi coś, na co nie pozwoliłaby sobie nigdy przedtem. Całkiem świadomie przemilcza poważną chorobę Folkego i nie wspomina nawet słowem, Ze stary cieśla wzywa Gydę. Przekazuje tylko krótko wiadomość °d Sigurda.

- Sigurd nie pojedzie dziś z tobą do lasu, bo uważa, że jest Potrzebny w warsztacie szkutniczym.

dostrzega wyraz rozczarowania na twarzy córki , budzi się w niej uczucie, które ją wielce zdumiewa.

Niepojęta mieszanina radości i strachu. Radość daje jej poczucie przewagi nad tamtą. Strach ją ogarnia, gdy się zastanawia, jak ją teraz potraktują bogowie. Rozgląda się niespokojnie i z nerwowym uśmiechem rusza do wyjścia.

- Jak się czuje Folke? - Głos Gydy uderza w nią z dobrze znaną mocą. Czyżby tamta się czegoś domyślała? Przez to swoje jasnowidztwo? Dagny kuli się w sobie.

- Dobrze - szepcze prawie niedosłyszalnie.

Jeszcze jedno kłamstwo! W napięciu patrzy na Gydę i oddycha z ulgą, gdy dostrzega wyraz jej oczu.

- Powiedz Sigurdowi, że pojadę sama, ale nigdy bym nie przypuszczała, że upadnie tak nisko, by złamać obietnicę. Rozumiałabym tę decyzję, gdyby Folke się źle czuł, ale jeśli powodem jest okręt, to przecież nie brakuje mężczyzn, którzy mogliby się tym zająć.

Dagny drży na całym ciele, gdy się zatrzymuje przed izbą. Spogląda z przerażeniem na bezchmurne niebo. Czy bogowie ześlą na nią karę? Może za chwilę ujrzy samego Tora, jak pełen gniewu spuszcza swój młot prosto na jej głowę? Rusza żwawo w stronę domu czeladnego. Ciemne drewniane ściany zapewnią jej schronienie.

Jakiś czas później ze dworu wyjeżdża koń, a na jego grzbiecie Gyda, wioząca wszystko, co potrzebne, by zastawić sidła. Gyda nie jest zła, z trudem jednak skrywa gorycz. Sigurd ją odepchnął. A jej się wydawało, że łączy ich coś szczególnego. Czyżby Trygve kazał mu się trzymać od niej z daleka? Ale przecież niepodobna, by Sigurd tak łatwo się poddał. Gyda dochodzi do wniosku, że widać nie jest dla niego taka ważna. Ogromnie rozczarowana ściska łydkami konia, który posłusznie przyśpiesza.

Zastawia sidła tam, gdzie na ziemi wciąż leży śnieg. Łamie trochę brzozowych gałązek i ustawia z nich gęsty płot z kilkoma otworami. Nie zastanawia się szczególnie nad tym, co robi, ale zastawiała sidła już tyle razy, że jej ruchy są prawie bezwiedne. Gdy kończy, podchodzi do Trygga, który skubie pączki na

karłowatej brzozie. Ze skórzanego wora przewieszonego przez siodło wyciąga końskie włosy potrzebne do związania płotków w niezauważalny sposób. Gdy jest gotowa, obrzuca swoje dzieło uważnym spojrzeniem i uśmiecha się z zadowoleniem. Wcale nie potrzebowała pomocy Sigurda, sama sobie świetnie poradziła. Mruczy pod nosem modlitwę, by sidła się wypełniły zwierzyną. Teraz wszystko zależy od przychylności bogów. To oni decydują. Chwilę później Gyda siedzi już w siodle i jedzie w stronę kolejnego miejsca.