Wybranka bogów (8). Berserk - Jane Mysen - ebook

Wybranka bogów (8). Berserk ebook

Jane Mysen

0,0

Opis

[PK]

Ta książka nie posiada jeszcze opisu.

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach:
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kartuzach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 234

Rok wydania: 2008

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



magiczna^opowieść

WYBRANKA BOGOW

JANE MYSEN

Tytuł oryginalny serii: Utvalgt av gudene Tytuł oryginału: Berserk

Tłumaczenie z oryginału: Ewa Partyga Ilustracja na okładce: Anita Våmartveit Projekt okładki: Elipsa Sp. z o.o.

Korekta: Maciej Korbasiński Skład: Elipsa Sp. z o.o.

© J. W. Cappelens Forlag a.s 2000

Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z o.o.

All rights reserved

ISBN 978-83-61226-07-9

Elipsa Sp. z o.o.

01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37

tel./fax +48 (22) 833 38 22

MW

INFORMACJE S (0 22) 624 16 07

(od pn. do pt. w godz. 9.00 — 17.00)

1

Tord unosi się w siodle i pochyla do przodu, jadąc przez leśne zarośla. Szuka śladu, który by mu zdradził, którędy szedł Åskell. Wystarczy złamana gałązka albo udeptany lekko wrzos, by obudzić jego czujność. Od czasu do czasu unosi wzrok i nasłuchuje, ale do tej pory nie natrafił na żadną wskazówkę. A chłopiec zniknął już dobę temu.

Tord ma się na baczności, bo w okolicy widziano berser-ka, o tak, zdołał nawet zranić nożem Arntora Skalda, nim zniknął w leśnym gąszczu. Tord nie boi się tego człowieka, który uważa się za wojownika samego Odyna. Nie martwi się także o zaginionego chłopca. Jego myśli krążą wokół czegoś całkiem innego.

Wspomina chwilę, w której opuszczał Jotungård. Zobaczył wówczas swoją żonę, Gydę, w towarzystwie Arntora Skalda. Nawet głupiec zrozumiałby, co się święci. Nie ma wątpliwości, że między nimi coś jest. Torda zazdrość pali na samą myśl o tym, co się mogło między nimi zdarzyć w drodze z Oppland. Czyżby Gyda oddała mu się dobrowolnie?

Tord zagryzł zęby i spojrzał spode łba. Gyda jest jego żoną, lecz nie jest mu oddana tak, jak na żonę przystało. Zimno mu się robi na myśl, że tego ranka musiał wziąć ją niemal gwałtem. Nie podoba mu się takie życie. Tord lubi chętne kobiety. Gyda zresztą sama się do niego garnęła w noc poślubną. Tord kręci głową. Nigdy nie zrozumie,

5

Jotungård

tom 8.

BERSERK

Przełożyła Ewa Parłyga

o co chodzi tym białogłowom. Kapryśne jak pogoda w górach, człowiek nie jest w stanie pojąć ich wszystkich gier.

Tord zeskakuje z konia i pochyla się nad wrzosem, który zwrócił jego uwagę. Jakiś kawałek żelastwa. Podnosi z ziemi stary, sfatygowany miecz i przygląda mu się uważnie. Penetruje wzrokiem okolicę, a potem klęka. Wołałby, żeby nie zaskoczył go berserk, który gdzieś tu się kryje. Åskell mu-siał tędy przechodzić. Widać wyraźnie jego ślady. Połamane gałązki i wyrwany mech. Tord nie ma żadnych wątpliwości, gdy się podnosi i prowadzi dalej konia. Nie odrywa wzroku od ziemi, żaden drobiazg nie ujdzie jego uwadze.

Po chwili natrafia na kolejny ślad. Widać, że chłopiec wpadł w dziurę i próbował się z niej wydostać. Tord sięga do dziury i czuje w głębi coś miękkiego. Gdy wydobywa to na dzienne światło, okazuje się, że trzyma w dłoni skórzany but, pasujący na chłopca w wieku Åskella. But nie mógł długo leżeć w ziemi, bo wygląda jak nowy. Tord przeklina chłopaka, który nie potrafi uszanować swoich rzeczy. Podnosi się i odrzuca swe długie, ciemne włosy na ramiona. Długa broda, starannie rozdzielona i spleciona w dwa warkocze, spoczywa przez chwilę na jego piersi. Jak zwykle dotyka jej w zamyśleniu i zatacza koła końcówkami warkoczyków. Jego niebieskie oczy przepełnia troska, ale nie o chłopca, który zniknął, tylko z powodu innych kłopotów. Powinien być we dworze, skoro zaraz ma się zacząć gra w piłkę. Gra przyciągnęła do dworu mnóstwo ludzi. Przecież tylu świetnych graczy nie zjawiło się w Jotungård tylko po to, żeby wziąć udział w sobótce i jego zaślubinach z Gydą. O nie, o czym innym myśleli ci, którzy zabrali swoje kije do gry w piłkę i ruszyli do Jotungård. Tord zaklął i ścis-nął dziecięcy bucik w dłoni. Drużyny już są wybrane, ani c y i straci początek gry. Wzdycha ciężko, ruszając dalej.

Myśli nie przestają się kłębić w jego głowie i znów za-

czyna prześladować go wspomnienie Arntora. On też kręci się gdzieś tu, w tym gąszczu. Tord poprosił, by skald wziął udział w poszukiwaniach, choć berserk dotkliwie go zranił. Wiedział, że Arntor nie odmówi. Naiwny jest ten wierszokleta, Tord potrafi to wykorzystać. Teraz pomrukuje z zadowolenia ze swego sprytu. Od kiedy skald pojawił się we dworze, Tord głowił się, jak się go pozbyć. I oto nadarza się znakomita okazja.

Najpierw minął to miejsce, nic szczególnego nie zwróciło jego uwagi, ale coś kazało mu się zatrzymać i rozejrzeć uważniej. Przygląda się dokładnie temu pięknemu miejscu. Niewielkiej polanie i strumykowi, który niemal bezszelestnie płynie przez nierówny teren. Nic niezwykłego nie widać. Zaraz, zaraz... tam, między drzewami?

Tord nie może uwierzyć własnym oczom. Między drzewami widzi osmaganą wiatrami, rozpadającą się budowlę, która musi być starsza niż on sam i nawet Odyn. Budynek zlewa się niemal w jedno z otoczeniem, bo drewno jest zniszczone, bezbarwne, znać na nim ząb czasu. Dach straszy licznymi dziurami, drzwi dawno wypadły z zawiasów. Leżą przegniłe na zewnątrz, dawno nie były w użyciu. Z jednego z otworów w dachu wydobywa się cieniutka smużka dymu.

Tord zatrzymuje się i węszy w powietrzu. Dobrze wie, że musi zachować ostrożność. Jeden fałszywy krok wystarczy, by wkroczył na drogę wiodącą do bogini Hel. Zaprawiony w bojach, nie śpieszy się, potrafi czekać na właściwy moment. Granica między życiem a śmiercią jest bardzo cienka, a on przecież ma jeszcze po co żyć.

We wnętrzu, pośród ciemnych ścian siedzi nad ogniem Jorulv. Wciąż czuje ból po cięciu, które zadała mu nożem

Gyda, ale dziś nie jest już tak obolały i wytrącony z równowagi. Naprzeciwko niego, po drugiej stronie paleniska siedzi Åskell. Jorulv dał mu trochę jedzenia, które ukradł we dworze, jednak tylko tyle, by reszty starczyło na kilka następnych dni. Obserwacja dworu hovdinga to część jego planu, Jorulv nie zamierza ryzykować, że szansa na odmianę losu wymknie mu się z rąk. Myśli sobie, jak głupio postąpił, raniąc nożem skalda, i przeklina pod nosem. Gdyby tego nie zrobił, wszystko wyglądałoby inaczej. Nomy mają chyba jednak swój plan na jego życie i wyłączając go na razie z gry, dały mu znak, że powinien jeszcze poczekać.

Jorulv spogląda swymi wąskimi, szarymi oczami na chłopca, który z zapałem żuje suszone, mięso. Od czasu do czasu popija je wodą, widać, że błogo mu się od tego robi. Prostuje i zgina bezwiednie palce wyciągniętej ręki.

Jorulv ma wprawdzie kwaśne mleko i piwo, lecz sam potrzebuje energii, którą dają te napitki. A już na pewno nie może marnować drogocennego jedzenia i picia dla kogoś, kto lada chwila ma wyruszyć do królestwa zmarłych. Berserka coś ściska w dołku, gdy o tym myśli, bo choć od początku wie dobrze, jaki los czeka tego dzieciaka, nic nie poradzi na to, że go trochę polubił. Ten jasnowłosy chłopak nie narzeka, od kiedy tu przyszedł, i robi wszystko, co mu się każę, bez mrugnięcia okiem. Jego zielone oczy płoną z zapału, gdy wykonuje polecenia Jorulva, ba, opatrzył mu nawet ranę. Jorulv uśmiecha się odruchowo do malca, ale od razu ściąga twarz.

Åskell śledzi wzrokiem olbrzyma, gdy ten podnosi się i idzie w stronę drzwi. Jorulv stoi przez chwilę, oparty o framugę, potem wraca. Åskell wie, co się kryje w tobołku, ale jest zaskoczony, gdy Jorulv rozwiązuje węzeł i na ziemię spa-

da mnóstwo broni. Chłopiec nigdy nie widział tyle pięknego oręża naraz. Nie ma wątpliwości, że berserk będzie miał czym się bronić w walce. Askell myśli o swoim mieczu i ciężko mu się robi na sercu. Zgubił go, biegnąc przez las. To samo stało się z jednym butem. Bosa stopa jest bardziej obolała i brudna niż kiedykolwiek. Chłopiec przypomina sobie Jotungård,- w którym jest tak dobrze i bezpiecznie, w którym zostawił wszystkich swoich bliskich. Choć jest jeszcze mały, wie od Alvheid, że ma wiele szczęścia, mieszkając w takim bogatym dworze. Nie wszystkie dzieci chodzą latem obute.

Przybrana matka przypominała mu często, że choć wiele wycierpiał, straciwszy tak wcześnie rodziców, to przecież nomy go oszczędziły. Ma swoje zadanie tu, w Midgardzie, i musi je wypełnić, choć często wiatr będzie mu wiał w oczy. Chłopiec wzdycha ciężko, odrywa kolejny kawał mięsiwa i przeżuwa go, nie spuszczając berserka z oczu.

Jorulv wygląda groźnie, gdy tak stoi i czyści swoją broń. Askell kuli się instynktownie przy ogniu. Jaki on wielki, strasznie wielki. Jasne, rozczochrane włosy i gęsta ruda broda spływająca na tors przypominają chłopcu, że tak właśnie zawsze wyobrażał sobie olbrzymów. Zakrzepła krew na jednej z powiek nie łagodzi wyrazu tej straszliwej twarzy. Chłopiec drży, spoglądając na barczyste plecy mężczyzny. W tym grubym, włochatym serdaku z niedźwiedziej skóry wygląda jak zwierz.

- Najadłeś się? - Gruby, trochę schrypnięty głos przerywa myśli dziecka.

Mały kuli się pod spojrzeniem berserka. Spogląda na dłoń, w której olbrzym ściska nóż, i kiwa niespokojnie głową. Odsuwa kawałek mięsiwa, którego nie zdążył zjeść do końca. I chwyta za kubek, ale woda leci nie tam, gdzie trzeba. Askell krztusi się i zaczyna kasłać. Jorulv dopada go na-

tychmiast i klepie mocno po plecach. Chłopiec z trudem chwyta oddech, gdy atak mija.

Jorulv jest coraz bardziej zły na siebie. Ten chłopak nie jest mu już potrzebny, na co więc czeka, czemu jeszcze nie zabił tego nieszczęśnika? Nigdy przedtem nie miał oporów przed zabijaniem, lecz tym razem nie jest w stanie zrobić tego, co powinien. Wiele ryzykuje, zostawiając chłopaka przy życiu, jednak nie może się zdobyć na zabójstwo. Czyżby zaczął łagodnieć? Zaciska mocno palce na rękojeści noża, siadając koło chłopca. To takie proste. Jeden cios i mały bezboleśnie przeniesie się do królestwa umarłych. Nie zdąży poczuć nawet ukłucia. Jorulv zagryza zęby. Teraz albo nigdy.

I nagle słyszy konia. Z gibkością, o którą nikt by nie podejrzewał tego wielkiego cielska, zrywa się i nasłuchuje. Cisza. Wstrzymuje oddech, zbliżając się w napięciu ku drzwiom. Staje przy ścianie tuż obok wejściowego otworu. Rana go piecze, gdy tylko zaczyna się ruszać, ale nie przejmuje się bólem. Ważniejsze jest to, co dzieje się na zewnątrz. Rzuca błyskawiczne spojrzenie chłopcu, który wciąż siedzi spokojnie przy ogniu.

- Siedź! - syczy cicho, a mały zwija się, jakby Jorulv go uderzył. Berserk przeklina pod nosem i przesuwa się ostrożnie jeszcze bliżej jasnego otworu. Tord stoi na zewnątrz z uchem przyciśniętym do ściany. Jest cicho, ale jeszcze przed chwilą słyszał jakieś głosy. Tord wie, że takie dzieci jak Askell mówią czasem do siebie, gdy czują się samotne, lecz woli nie ryzykować. Jeśli jest tam ktoś jeszcze, to bardzo prawdopodobne, że jest to właśnie berserk, którego widziano i dobrze zapamiętano we dworze.

Tord czuje, jak napinają mu się mięśnie i krew zaczyna szybciej krążyć w żyłach na myśl o tym, że może czeka go walka. Zawsze się tak dzieje, i wtedy gdy chodzi o zawody

sportowe, i w przypadku polowania czy walki. Tord lubi to napięcie, teraz jednak ogarnia go niepewność, bo nie widzi wroga.

Szuka szpary w ścianie, ale gdy ją w końcu znajduje, i tak nie wiele widzi, bo we wnętrzu panuje półmrok. Dostrzega tylko smużkę światła i domyśla się, że na palenisku płonie ogień. Nic więcej nie widać. Rozczarowany skrada się wzdłuż ściany, jednak po chwili się zatrzymuje. Nie chciał-by stać się łatwym łupem dla tego, kto czai się we wnętrzu. Lepiej poczekać.

W Jotungård wszystko przebiega zgodnie z planem. Ciemne chmury na niebie nie zakłócają przygotowań do gry, która ma się właśnie rozpocząć. Mężczyźni oglądają uważnie swoje własne i cudze kije do gry, bo choć kije nie różnią się za wiele, każdy się niepokoi, że inni mają lepszy sprzęt w ręku.

Dokoła placu siedzi wielu widzów, czekających na rozgrywki. Pełne napięcia spojrzenia śledzą wszystko, co się dzieje, okrzyki zagrzewają do walki zawodników, którzy dzielą się właśnie na drużyny. Gracze nie znają się wprawdzie zbyt dobrze, ale starannie się dobierają. Ci, którzy sprawiają wrażenie silnych i gibkich, zostają wybrani jako pierwsi.

Gyda stoi i obserwuje przygotowania, skupiając na sobie spojrzenia wielu zebranych. Ma dziś na sobie zieloną suknię, a hafty okalające jej brzegi są naprawdę godne podziwu. Złota nić wpleciona we wzór zdradza jej wysokie pochodzenie. Jasne włosy, upięte wysoko, przykrywa chustka w kolorze sukni. Gyda jest już mężatką i nie może chodzić z rozpuszczonymi włosami, ale kilka niesfornych kosmyków wymyka się nieustannie spod tkaniny. Srebrny młoteczek Tora spoczywa spokojnie na jej piersi, pośród licznych

sznurów pereł w różnych kolorach. Niebieskie oczy śledzą uważnie przygotowania, choć Gyda zwraca się często do swego sąsiada.

Avald Håkonsson, ojciec Torda, rozmawia z Gydą na temat gry, która ma się właśnie rozpocząć. Z dumą stoi obok swojej pięknej synowej. Jego drugi syn, Håvard, czeka już na trawiastym placu, gotowy do gry. Plac nie jest zbyt obszerny, ale dobre i to. Nie ma wątpliwości, że gracze będą się starali, by widzowie dobrze się bawili. Teren gry został zaznaczony bardzo wyraźnie, żeby nikt nie miał wątpliwości, gdzie przebiega granica. Avald pochyla głowę i patrzy na najmłodszego syna, który stoi tuż przed nim. Ściska przyjaznym gestem chude ramionka i z uśmiechem spogląda na ciemnowłosą główkę chłopca przejętego zawodami. Choć Stale ma dopiero osiem lat, dobrze zna zasady gry w piłkę. Nie tylko dorośli w to grają. W domu, we dworze Avalda, grają też dzieci, a Stale jest całkiem niezłym zawodnikiem.

W rogu placu zebrała się grupka podchmielonych mężczyzn. Siedzą na trawie, dzierżąc mocno swe rogi z napitkiem, i głośno pokrzykują. Starają się wzmóc napięcie, choć gra się jeszcze nie rozpoczęła. Avald spogląda z odrazą na tych, którzy nie znają umiaru. Dobre piwo sprawiło, że potracili głowy, i zdaniem hovdinga zachowują się w sposób niegodny. Avald przypomina sobie jedną z rad, jakie Odyn dał ludziom z Midgardu w Håvamål: „Gdy gości u ciebie dureń, siedzi tylko, rozdziawia gębę i mamrocze pod nosem. Ale po pierwszym łyku zaczyna paplać bez końca”.

Avald prycha z pogardą. Wiele mądrych słów zostało powiedzianych, ale niektórzy nie potrafią wyciągnąć z nich nauki.

Za hałasującą grupą spostrzega swoją żonę, Trud, zbliżającą się do placu. Trud ma smagłą cerę i ciemne, wyso-

ko upięte włosy. Podobnie jak Gyda przykryła je chustką, której czerwień podkreśla jej ciemną skórę i roziskrzone oczy. Białe zęby ukazują się w uśmiechu, którym Trud obdarza męża, a on z radością na nią spogląda. Kobieta trzyma w ręku jego róg. Avald wie, że przyniosła mu najlepszy napitek.

Kocha tę kobietę, a ona daje mu szczęście. Chociaż Tord nigdy się z tym nie pogodzi. Trud zjawiła się we dworze jako niewolnica. Avald nigdy nie przypuszczał, że kiedyś się z nią ożeni, bo długo opłakiwał matkę Torda. Nie sądził, że ktoś mógłby zająć jej miejsce, ale w ubiegłym roku miłość wzięła w nim górę. Skoro uznał syna, którego Trud mu urodziła, dlaczego miałby się z nią nie ożenić.

Jednak nawet zaślubiny nie sprawiły, by Tord ją zaakceptował. Avald ściska odruchowo ramię najmłodszego syna na myśl o trudnych stosunkach w swojej rodzinie. Tord powinien się z tym pogodzić. Wyroki losu są niezbadane.

Avald znów patrzy w stronę placu, na którym ustawiły się już obie drużyny. Hövding z dumą spogląda na Håvarda. W jego żyłach też płynie krew niewolnicy, i co z tego? Zarówno Håvard, jak i Stale mają w żyłach także i jego własną krew. Może nawet w większym stopniu niż Tord. Czoło Avalda znów się chmurzy.

Trud spostrzega kątem oka mężczyzn leżących na trawie, ale zajmuje ją tylko mąż. Serce bije jej mocniej, gdy wspomina minioną noc. W oczach obcych ludzi Avald jest stary i zmęczony, lecz oni go nie znają. Trud rumieni się na myśl o tym, jak ją podniecił. Jak krzyczała pełna pożądania. Avald potrafi nie tylko dowodzić wikińskimi wyprawami, co zresztą robi coraz rzadziej. Jest świetny w łóżku i okazuje jej więcej zainteresowania niż którykolwiek z mężczyzn,

z którymi się zadawała. Trud była dumna, gdy zaproponował jej małżeństwo.

Przygotowała się na życie niewolnicy i starała się czerpać z niego jak najwięcej. Gdy Avald się nią zainteresował, nie kryjąc, że chętnie zrobiłby z niej swą nałożnicę, była szczęśliwa. Wszyscy wiedzą, jak dobrze być wybranką pana we dworze. Pewnie, że jest stary, ale ona nigdy nie czuła odrazy do jego niemłodego już ciała. W jej oczach zawsze był człowiekiem honoru, który wie, jak traktować swoją kobietę. Gdy okazało się, że jest brzemienna, wiedziała, że Avald uczyni, co należy, bo miał już jednego syna z niewolnicą. Nie przypuszczała jednak, że kiedyś zechce się z nią ożenić. Wiele czasu minęło, nim usłyszała to pytanie, które odmieniło jej życie.

Zatopiona w myślach, nie widzi podstawionej nogi i nagle się przewraca. Padając, myśli tylko o tym, jak uchronić róg Avalda. Unosi ramię, żeby ocalić naczynie, które jej mąż odziedziczył po swoim ojcu. Spostrzega kamień, próbuje go ominąć, ale na nic się zdają jej wysiłki. Róg trafia prosto w kamień i Trud patrzy z rozpaczą na skorupy leżące na trawie.

Jest obolała i oszołomiona upadkiem, chustka ześlizgnęła się jej z głowy, a włosy rozsypały się, budząc podziw wszystkich dokoła. Jej oczy ciskają pioruny, gdy siada i patrzy na brodatą, wykrzywioną uśmieszkiem twarz. Widzi wyciągniętą wciąż nogę i nie ma wątpliwości, kto jest winowajcą. Trud czuje, jak wzbiera w niej gniew, a jest bardziej porywcza niż większość ludzi. Bez zastanowienia chwyta nożyk, który nosi na szyi, i wbija go w nogę winowajcy. Mężczyzna podnosi wrzask, ciska przekleństwami. Chwyta się za nogę i z wściekłością patrzy na krew sączącą się przez przeciętą tkaninę. Teraz on został wystawiony na pośmiewisko. Jego towarzysze turlają się po trawie ze śmiechu.

- Ty dziwko - syczy przez zaciśnięte wargi. - Zaraz zobaczysz, jaki los czeka tych, co stają na drodze Ljodgeirowi Haraldssonowi.

Avald słyszy krzyki i patrzy w tę stronę. Gdy widzi swą żonę siedzącą na ziemi i zaśmiewających się mężczyzn, czuje, jakby sam Tor z rodu Asów wstąpił w jego ciało. Zdecydowanym ruchem odsuwa syna i młodzieńczym krokiem biegnie w stronę tamtej grupki. Trud zdążyła już się podnieść i strzepuje grudki ziemi z sukni. Avald staje na rozstawionych nogach naprzeciwko podchmielonego towarzystwa, które jest tak rozbawione, że wcale go nie zauważa. Jeden z mężczyzn trzyma się kurczowo za nogę. Avald go kopie. Natychmiast zapada grobowa cisza. Mężczyźni zacieśniają szeregi.

Człowiek, który podstawił nogę Trud, patrzy na Avalda z szacunkiem, ale to nie uśmierza gniewu hovdinga.

- Jakim prawem atakujesz żonę hovdinga? Piwo ci rozum odebrało? - Avald wyciąga miecz i przykłada go do szyi winowajcy. - Mogę cię posłać do bogini Hel, jeśli tylko zechcę, i nikt mnie za to nie ukarze. Za twoje życie będę musiał tylko zapłacić nawiązkę i możesz mi wierzyć, że za-biję cię bez cienia litości.

Jabłko Adama tańczy pod wypielęgnowaną brodą rozwścieczonego Avalda. Ljodgeira ogarnia strach, nie chce go jednak okazać przy ludziach. Nikt go nie nazwie tchórzem. Skąd miał wiedzieć, że kobieta, która wygląda na niewolnicę, jest żoną hovdinga. Przybył do Jotungård dopiero dziś i nie poznał jeszcze wszystkich. Piwo całkiem mu już wyparowało z głowy. Odzyskuje jasność myśli, gdy powoli, by nie rozdrażnić przeciwnika jeszcze bardziej, podnosi się z miejsca. Przez chwilę bał się, że hövding zabije go na miejscu. Teraz czuje piekący ból w nodze.

Trud ogarnęło prawdziwe przerażenie. Spogląda bła-

galnie na Gydę, która właśnie do nich podeszła. Pani tego dworu mogłaby przerwać ten spór, ale czy zechce to zrobić? Może ona także uzna, że ten człowiek powinien zapłacić za swój czyn.

- To jest uroczystość, podczas której wszyscy mają się dobrze bawić. - Gyda wskazuje plac, na którym stoją zawodnicy, nie zwracając uwagi na to, co się dzieje na obrzeżach. Kobieta kładzie dłoń na ramieniu Avalda. - Ten człowiek nie jest godzien śmierci z twojej ręki - mówi i czuje na sobie spojrzenie Ljodgeira. Patrzy na niego bez cienia strachu i stwierdza: - Nie chcę mieć na weselu gości, którzy nie wiedzą, jak się zachować. Ale dam ci jeszcze jedną szansę. Zachowuj się jak mężczyzna, a będziesz mógł uczestniczyć w uczcie w Jotungård.

Avald niechętnie cofa swój miecz, jego twarz jest wciąż niespokojna. Ten człowiek znieważył jego żonę i nie tylko... Hövding patrzy na rozbity róg. Znów wbija palące spojrzenie w Ljodgeira.

- Jeśli spotkam cię kiedyś po zakończeniu tych uroczystości, zrobisz najlepiej, uciekając czym prędzej, bo wówczas nie będziesz mógł liczyć na moją litość. Mam ochotę cię poćwiartować i rzucić na pożarcie dzikim zwierzętom!

Głos ma syczący, pełen nienawiści, Ljodgeir może być pewien, że Avald dotrzyma słowa. Oddycha z ulgą, gdy tamten cofa miecz i odwraca się. Ljodgeir jest wprawdzie pewien, że pokonałby tego starca, jednak źle by na tym wyszedł tu, w tym dworze. Prostuje się więc i nie zwraca uwagi na kpiące spojrzenia zebranych.

Jego duma jest najbardziej urażona, gdy siada w gronie tych, którzy jeszcze przed chwilą śmiali się razem z nim. Teraz wszyscy milczą, otrzeźwieni, jak i on sam. Ale pewnie nie paliliby się do walki.

Ljodgeir chwyta swój róg, który umieścił bezpiecznie

w dołku, i gdy żona hovdinga obraca się ku niemu i patrzy surowo, unosi róg w geście pozdrowienia i uśmiecha się fałszywie. Nieważne, czy to kobieta hovdinga, czy niewolnica. Ktoś młodszy niż ten staruch powinien ją utemperować. Trud odwraca się od niego wyniośle. Ljodgeir jest wściekły, ale uroczystości potrwają jeszcze wiele dni, może nadarzy się okazja, by pokazać tej kobiecie jej miejsce. Obciąga nogawkę i dziękuje losowi, że ostrze noża było tak krótkie. W przeciwnym razie odniósłby większe rany.

Zawodnicy grają tymczasem nieprzerwanie. Po dwóch z każdej drużyny staje jednocześnie do zawodów. Po obu stronach placu w ziemię wbita została laska, w którą trzeba trafić jak najwięcej razy piłką zrobioną z gałganków.

Gyda próbuje skupić się na grze, ale jej myśli krążą wokół tego, co się właśnie zdarzyło. Stara się jednak skoncentrować. Gracze zasługują na jej uwagę.

W lesie toczy się tymczasem inna walka. Jorulv podszedł już do samych drzwi i widzi fiorda, który pasie się spokojnie. Siodło i ogłowie wskazują na to, że właściciel tego konia pochodzi z wysokiego rodu. Jorulv cofa błyskawicznie głowę i znów patrzy w stronę wnętrza. Chłopiec wstał i przeszedł do najmroczniejszej części pomieszczenia. Jorulv wskazuje ruchem głowy palenisko, więc mały wraca czym prędzej na miejsce. Z przerażeniem w oczach patrzy na berserka, który jest wyraźnie zdenerwowany.

W chacie i w jej otoczeghiDanuje spokój, ale nagle koń unosi łeb i patrzy w Zbliża się jakiś jeździec, więc koń T^(^\tfSU0^ i i nastawia uszu w odpowiednią st/b^ę?Jord, któ^^nkywarł całym ciałem do ściany, czuje niepol^f^^r^ęc^JKlnie w głębi duszy i mruży oczy, wpatrująę się u^Mu^rw zarośla na skraju po-

lany. Coś się tam rusza. To skald. Ten przeklęty skald. Nawet nie próbuje zachowywać się cicho. Tord stoi, wpatrując się w niego, nawet jeden mięsień nie drgnie na jego twarzy. Patrzy na Arntora siedzącego prosto na końskim grzbiecie i zdumionego najwyraźniej tym, że fiord Torda pasie się sa-mopas. Rozgląda się dokoła, szukając syna hovdinga.

Nie od razu dostrzega Torda. Jego kruczoczarne włosy ozdobione kolorowymi piórami omiatają ramiona, gdy obraca głowę to w prawo, to w lewo. Ze swą pozbawioną zarostu, piękną twarzą wygląda jak nieziemska istota. Z jego ramion spływa zielona peleryna, oblamowana kolorową taśmą. Po prawej stronie, spod rozcięcia peleryny, widać piękną rękojeść miecza.

Choć Tord jest pełen napięcia, czuje wyraźnie urok tego człowieka i wzbiera w nim nienawiść. W tej samej chwili jego usta rozchylają się w złośliwym uśmiechu. Może nadarza się właśnie okazja, o której myślał? Może mógłby się teraz pozbyć skalda i nikt nie wiedziałby o jego winie?

Gdy proponował Arntorowi udział w poszukiwaniach, bawił się w myślach pewnym planem. Miał nadzieję, że nadarzy się sposobność, którą będzie mógł wykorzystać, by unieszkodliwić skalda. I oto się nadarzyła. Tord porusza się, unosi dłoń i macha tak, żeby Arntor go zauważył.

Skald go wreszcie spostrzega, zdumiony, że nie widział go od razu. Kiwa głową i zsiada z konia. Zauważył, że Tord ma się na baczności, domyślił się, że w chacie kryje się jakieś niebezpieczeństwo. Odwraca się bez słowa i utykając, prowadzi konia między drzewa. Wie, że zachował się jak niedoświadczony młodzik, i wstyd mu na myśl, że mógł zrujnować plan Torda. Wie także, że Tord jest mu niechętny, i wyobraża sobie, co inni usłyszą dziś podczas wieczerzy. Zawstydzony swą nieostrożnością, przywiązuje konia do drzewa. I zakrada się z powrotem na polanę. Tym razem

wybiera inną drogę, prowadzącą do chaty. Pokaże jeszcze synowi hovdinga, że się do czegoś nadaje.

Jorulv też spostrzegł skalda i dziwi się, czemu ten odjechał. Czyżby ktoś dał mu znak? Może go już okrążają? Rzut oka na Askella i już wie, co robić. Podchodzi energicznym krokiem do paleniska. Chwyta chłopca i przyciska go do siebie. Potem rusza w stronę wyjścia, ale nie zatrzymuje się przed drzwiami, nie zastanawia się dłużej. Jorulv potrafi być cierpliwy, jednak nie zniesie, by ludzie się zakradali pod jego dom. Wziął przecież zakładnika i ma nadzieję, że to zakładnik na tyle wartościowy, by zapewnić mu wolność.

Jednym susem wyskakuje przed chatę. Rozgląda się błyskawicznie i od razu spostrzega Torda, który wciąż stoi przy ścianie i jest wyraźnie zdumiony widokiem berserka.

Jorulv przyciska mocniej chłopca i przykłada mu nóż do gardła, nie spuszczając wzroku z Torda. Askell jęczy cicho, ale milknie, gdy dostaje kuksańca w bok. Patrzy tylko błagalnie na Torda, który stoi w pozycji obronnej, trzymając broń w pogotowiu. Chłopiec nigdy go takim nie widział i boi się go chyba jeszcze bardziej niż berserka, zawieszony nagle między młotem a kowadłem.

- Puść dzieciaka. - Głos Torda jest ostry, ton rozkazujący i nieznoszący sprzeciwu.

Jorulv śmieje się cynicznie i mruży swe jedyne oko. Askell czuje, jak nóż przesuwa się z jego szyi na bok.

- Ilu was kryje się w krzakach? - syczy berserk, przerywając ciszę. Omiata spojrzeniem okolicę, po czym znów zwraca się do Torda. - Możemy zrobić handel wymienny. - Patrzy jednym okiem na Torda, który odwzajemnia się równie stalowym spojrzeniem. - Dostaniecie chłopca pod warunkiem, że pozostanę wolny.

Tord śmieje się głośno, by po chwili spoważnieć.

- Dlaczego uważasz, że chłopiec jest wart więcej niż ty?

Jorulv stara się ukryć niepewność, która go ogarnęła, ale mu to nie wychodzi. Cofa się tyłem w stronę drzwi. Nagle czuje ukłucie w plecy i, wściekły na siebie, że nie był dość czujny, zatrzymuje się. Domyśla się, że to skaldowi udało się go podejść od tyłu.

- Jeśli człowiek, który stoi za moimi plecami, natychmiast nie odejdzie, poślę tego dzieciaka do królestwa zmarłych, zanim zdążysz mrugnąć.

Tord wcale nie przewidywał w swoim planie, że Arntor będzie w stanie zabić berserka. Jak mu się to, u licha, udało? Patrzy gniewnie na skalda, który jest najwyraźniej dotknięty nieprzyjaznym spojrzeniem. Myśli kłębią się w głowie Torda, w której natychmiast rodzi się nowy plan. Będzie musiał użyć całego swego sprytu, ale raz kozie śmierć.

- Umowa stoi!

Decyzja Torda zaskakuje wszystkich, także Arnto-ra. Czyżby syn hovdinga nie rozumiał, że mają przewagę? Może się oczywiście zdarzyć, że Jorulv zabije chłopca, ale to mało prawdopodobne. Berserk może czuć się w miarę bezpieczny tylko wówczas, jeśli nie skrzywdzi dziecka. Rozczarowany Arntor odsuwa nóż od pleców przeciwnika, a Tord przywołuje go do siebie. Stoją ramię w ramię, spoglądając na olbrzyma i dziecko, widzą niepewność w oczach berserka, gdy ten rozluźnia nieco uścisk na szyi chłopca, prawie białego ze strachu. Negocjacje się jeszcze nie skończyły, teraz Jorulv ma przewagę.

- Nie wypuszczę dzieciaka tak po prostu. Musicie odejść na skraj polany, gdy będę zbierał to, co do mnie należy. Nie sądzę, byście nie dotrzymali umowy i posłali mnie na tamten świat, gdy tylko się odwrócę.

- Zrobimy tak, jak chcesz, ale jeśli temu chłopcu choć

włos z głowy spadnie, własnoręcznie wyprawię cię na tamten świat.

Tord ma nadzieję, że jego słowa nie zabrzmiały nienaturalnie. W gruncie rzeczy ma bowiem w nosie, co się stanie z tym dzieckiem, berserk ma po prostu odegrać swoją rolę w planie, który właśnie zaczął przybierać kształty.

Arntor rozmyśla gorączkowo, gdy idą spokojnie na skraj polany. Od czasu do czasu zerka na Torda, zastanawiając się, o co mu właściwie chodzi. Dlaczego nie usunął berser-ka z Midgardu, gdy nadarzyła się po temu sposobność? Czy to możliwe, że chce go dosięgnąć później, gdy Åskell będzie już bezpieczny? Ta myśl uspokaja Arntora. Czy może być jakaś inna przyczyna postępowania Torda?

Niebo przesłaniają szare, ciężkie chmury, z których spadają pierwsze krople deszczu, gdy berserk wychodzi z chaty, prowadząc chłopca. Olbrzym dźwiga na plecach wielki tobołek. Mówi coś cicho do Åskella i chłopiec biegnie prędko po trawie i wrzosach.

Arntor uśmiecha się, gdy mały do nich dociera, ale spojrzenie Torda jest wciąż chłodne. Tym razem nic nie poszło po jego myśli, jednak przyjdzie jeszcze jego czas. Patrzy za berserkiem, który już zniknął między drzewami.

- Nie powinniśmy go zabić? - Arntor nie może się powstrzymać od tego pytania.

Tord kręci głową.

- Nie łamię danego słowa - mówi z dumą, spoglądając w oczy skaldowi. - I nie zadaję się z cudzymi kobietami.

Rzuca stary miecz i skórzany but Åskellowi, który wyda-je radosny okrzyk. Chłopak siada natychmiast i nadziewa but na brudną stopę.

- Powinieneś lepiej pilnować swoich rzeczy. - Tord spogląda na niego surowo. Åskell energicznie kiwa głową i chwyta swój miecz.

Arntor zrozumiał aluzję Torda, ale nie daje po sobie poznać, co czuje. Prowadzi chłopca do miejsca, w którym zostawił konia. Nie ma sensu tu dłużej zostawać, nie wiadomo, co przyjdzie do głowy synowi hovdinga. Skald wie, że Tord nie zniży się do tego, by jechać na jednym koniu z takim dzieckiem jak Åskell, sadza więc chłopca na grzbiet swojego fiorda. Sprężystym ruchem wskakuje na siodło za jego plecami i chwyta wodze. Nie musi nawet ściskać konia łydkami, bo zwierzę natychmiast rusza do przodu.

Tord stoi wciąż tam, gdzie go zostawili.

-    Jedź z chłopcem do dworu. Ja zbiorę resztę mężów, którzy wyruszyli na poszukiwania, i powiem im, że mogą wracać do domu.

W poleceniu Torda nie ma nic dziwnego, Arntor rad jest w gruncie rzeczy, że rozstanie się z tym żądnym władzy człowiekiem.

Åskell siedzi przed skaldem i uśmiecha się od ucha do ucha. Przepełnia go duma, że siedzi na jednym koniu z takim ważnym człowiekiem i nie musi iść piechotą. Zaciska piąstkę na rękojeści miecza. W drugiej ręce trzyma coś innego. Coś, co Gyda, córka Åsmunda, dostanie, gdy tylko dotrą do Jotungård.

I tak Arntor z Åskellem opuszczają miejsce, w którym przed laty zaszły wydarzenia nie mniej dramatyczne niż to, co właśnie przeżyli. Wtedy umowę zawarli tu między sobą niewolnica z Jotungård, imieniem Salbjorg, i czarownik Finn. Niewolnica zakochała się w Åsmundzie i chciała się dowiedzieć, jak może niepostrzeżenie usunąć Idunn ze swej drogi. Nie ma już nikogo, kto mógłby opowiedzieć, co się późhiej zdarzyło.

Tord siedzi spokojnie na grzbiecie swego konia i patrzy za parą znikającą między drzewami. A potem spogląda tam, gdzie przed chwilą zniknął berserk. Popędza konia i moc-

no ujmuje wodze. Nie zwraca uwagi na deszcz, który smaga mu ciało. Myśli tylko o tym, co zamierza zrobić. A zamierza coś całkiem innego niż to, co powiedział skaldowi.

2

Deszcz się ciągle wzmaga, robi się dziwnie ciemno jak na wczesny letni wieczór. Ludzie szepczą między sobą, że znad fiordu nadciąga nawałnica. Najbardziej nerwowych zaczyna ogarniać przerażenie.