Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Nagle wśród podnieconego tłumu rozlega się głos Heminga.
- Bogowie będą zachwyceni taką ofiarą! - krzyczy i podnosi do góry ręce.
Gyda patrzy zaskoczona na kostur, który przecież został podarowany jej. Przerażona dostrzega pierścień, który dostała od Jatmunda. Jakim prawem Heming przywłaszczył sobie jej rzeczy? Czarownik ma na sobie nawet jej niedźwiedzią skórę.
Kiedy prosi, by mogła zabrać swoją własność do krainy umarłych, stara się, żeby jej głos brzmiał władczo, lecz czarownik tylko się śmieje i uderza ją w twarz kosturem...sztygarowie (bracia Johnny i Davy Delange),lekarz kopalniany (Dan Stander). "
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kartuzach
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 252
Rok wydania: 2008
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
magiczna ^opowieść
JANE MYSEN
tom 5.
Przełożyła Elżbieta Frqtczak-Nowotny
Tytuł oryginalny serii: Utvalgt av gudene
Tytuł oryginału: Valfart
Tłumaczenie z oryginału: Elżbieta Frątczak-Nowotny
Ilustracja na okładce: Anita Våmartveit
Projekt okładki: Elipsa Sp. z o.o.
Korekta: Maciej Korbasiński
Skład: Elipsa Sp. z o.o.
© J. W. Cappelens Forlag a.s 2000
Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z o.o.
All rights reserved
ISBN 978-83-61226-04-8
Elipsa Sp. z o.o.
01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37
Sigmund tańczy po izbie, wplatając misternie sztywne końskie włosie w swój długi, ciemny warkocz, który sięga mu do ramion i ostro kontrastuje z jego łysiną. Ma na sobie najpiękniejsze ozdoby, ciało spowija jedwabna, czerwona szata, która dodatkowo podkreśla jego krągłości. Kunsztownej roboty złoty wisior zdobi mięsistą pierś Sigmunda, wyraźnie zarysowaną pod mieniącym się materiałem koszuli. Duży kamień lśni pięknie, kiedy odbija się w nim płomień ognia.
Nagle daje się słyszeć delikatne pukanie do drzwi, mężczyzna wzdraga się.
- Kto to? - odzywa się zmienionym tonem, jaśniejszym niż zwykle.
- To ja, Gyda! - rozbrzmiewa jasny, przyjazny głos. Uśmiechając się, Sigmund otwiera drzwi przed córką hovdinga z Jo-tunheim.
Gyda należy do nielicznych, którzy akceptują go takim, jaki jest. Sigmund bardzo szanuje tę piękną, młodą kobietę.
- Jak układa się między tobą a Gudhild? - pyta i rusza w jej stronę tanecznym krokiem, uprzejmie się kłania, po czym znów się prostuje.
Dziewczyna patrzy w jego oczy, które promieniują dobrym humorem.
- Muszę przyznać, że nie najlepiej. Twoja matka jest twardą kobietą - odpowiada.
Sigmund przytakuje i nagle poważnieje.
- Wiem, wojowaliśmy ze sobą niejedną zimę, podejrzewam, że przestanie się opierać dopiero, gdy zmorzy ją śmierć.
Gyda uśmiecha się. Sigmund często używa niezwykłych określeń, w tym, co teraz mówi, pobrzmiewa jednak poważny ton.
- Pięknie się przystroiłeś - zauważa dziewczyna łagodnie, chcąc odwrócić jego uwagę.
Sigmund wyciąga do niej swoje dłonie, pokazując pierścionki, których wcześniej nie widziała, i obraca się.
- Piękna suknia - mówi Gyda, podziwiając materiał, który mieni się i błyszczy w migoczącym płomieniu lampki tranowej.
Sigmund przygląda się jej bacznie, jakby mierzył wzrokiem jej gibkie ciało. Po chwili uśmiecha się od ucha do ucha.
- Powinna pasować — oznajmia i niemal cały znika w jednym z dużych kufrów, które stoją w izbie. Po chwili się podnosi. Trzyma w ręku zawiniątko. - Proszę - mówi podniecony.
Piękny niebieski jedwab prześlizguje się przez palce, Gyda przykłada go do twarzy, chłonie zapach materiału.
- To dla mnie? - pyta.
Sigmund potakuje podniecony.
- Przymierz! - woła i odwraca się do niej plecami.
Gyda rozbiera się, wciąga przez głowę jedwabną suknię. Wygładza ją dłońmi.
- Teraz możesz patrzeć!
Sigmund stoi chwilę z otwartymi ustami.
- Jestem niemal zazdrosny - mówi.
Gyda kuli się w sobie.
- Rozmyśliłeś się, nie chcesz mi jej podarować? - pyta, starając się ukryć zawód.
- Nie, nie to miałem na myśli - odzywa się Sigmund i nagle robi się smutny. - Zazdroszczę ci, że jesteś kobietą.
Opada ciężko na łóżko, Gyda siada obok niego.
- Jesteś, jaki jesteś - mówi cicho i pocieszająco kładzie rękę na jego krągłych ramionach.
Sigmund kiwa głową i chwyta jej dłoń.
- Gdyby tak Gudhild tu siedziała i mówiła to co ty. Nigdy mnie nie zaakceptowała - dodaje, patrząc przed siebie pustym wzrokiem.
Gyda go rozumie. Widziała, jak Gudhild traktuje syna, wyraźnie się go wstydzi. Zajmuje się nim jedynie dlatego, że, jak sama twierdzi, jest on synem Aggrima i dziedzicem dworu hovdinga, chociaż dziadek Gydy zaprzeczał temu do samej śmierci. Gyda przygląda się siedzącemu obok niej mężczyźnie i stwierdza, jak wiele razy wcześniej, że nic w nim nie przypomina jej Aggrima. Jedyne, co rozpoznaje, to małe ciemne oczy, ale oczy przekazała synowi w spadku jego matka.
Z zamyślenia wyrywa ją głos Sigmunda. Tym razem brzmi smutno.
- Jedyne, co ją naprawdę obchodzi, to władza, jaką ma, będąc tu gospodynią. Nawet tobie, wnuczce Aggrima, się przeciwstawia.
Gyda uśmiecha się i mocno ściska jego dłoń.
- Pewnego dnia zrozumie, że to na nic. Zajmijmy się czymś przyjemniejszym - mówi. Wstaje i zaczyna tańczyć, nucąc cicho.
Sigmund wodzi za nią wzrokiem. Jej jasne, długie włosy są rozpuszczone, sięgają do pasa. Kręci w tańcu biodrami i Sigmund staje się boleśnie świadom swojej niedoskonałości. Nigdy nie będzie kobietą. Nigdy nie będzie w stanie wprawić we wrzenie krwi mężczyzny. Zazdrośnie przygląda się piersiom dziewczyny, sterczącym pod sukienką. Niebieski jedwab niemal ożywa w blasku płomieni, słyszy jej miękki, melodyjny głos, kiedy tak siedzi na łóżku z rękoma złożonymi na kolanach. Zachwycony przygląda się jej pięknej twarzy, zazdrości jej rysów, które sprawiają, że mężczyźni umierają z tęsknoty za nią. Dziewczyna zamyka oczy, oddając się całkowicie tańcu.
Nagle zatrzymuje się i patrzy na niego swoimi niebieskimi, szczęśliwymi oczami. W jej głosie też słychać radość, długimi, szczupłymi palcami gładzi chłodny materiał sukni.
- To najpiękniejszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałam, będę wkrótce miała doskonałą okazję do zaprezentowania go.
Wiruje z wdziękiem na ubitej z ziemi podłodze.
- Tord i ja pobieramy się latem, wtedy wszyscy będą mogli podziwiać moją cenną suknię.
Nagle robi się poważna i siada na łóżku obok Sigmunda.
- Co ja mówię? Tyle rzeczy muszę tu jeszcze załatwić, zanim będę mogła wrócić do domu. Na pewno nie będę mogła wyjść za mąż przed latem przyszłego roku.,
Gyda załamuje ręce i zrozpaczona patrzy na Sigmunda, który wstał i teraz kieruje się w stronę skrzyni, której wieko wciąż jeszcze jest podniesione. Zamyślony zamyka je i odwraca się do niej.
- Przyślij mi wiadomość, jak ci tam się wiedzie - rzuca krótko i zaczyna zdejmować suknię przez głowę. Gładzi delikatnie materiał i składa suknię na łóżku. Potem sięga po koszulę, leżącą tuż obok na skrzynkowym krześle. Po chwili wałeczki tłuszczu i nabrzmiałe piersi zostają ukryte przed córką hovdinga, która zdaje się w ogóle nie zauważać jego poczynań.
Dziewczyna zastanawia się, dlaczego Tord nie posłał po nią swojego człowieka. Lato już się zaczęło, powinien się dziwić, czemu jeszcze nie wróciła.
- Znajdę posłańca, któremu będziesz mogła zaufać. Prze-każe twojemu narzeczonemu wiadomość, że musi jeszcze poczekać z uroczystością.
Gyda dziękuje mu.
- Tord nie będzie zadowolony, ale na pewno zrozumie - do daj e cicho.
Sigmund słyszy niepewność w jej głosie, ale nic nie mówi. Któż nie byłby zawiedziony, dostawszy taką wiadomość.
Gyda czuje ulgę, kiedy posłaniec rusza w drogę. Stoi na dziedzińcu i patrzy, aż mężczyzna znika jej z oczu. Dawno powinna była to zrobić, ale po śmierci Aggrima była jak sparaliżowana.
Ktoś staje obok niej. Gyda odwraca się, jedną ręką chroni się przed słońcem. To Heming, czarownik, do którego Gudhild z jakiegoś powodu ma bardzo dobry stosunek. Gyda zauważyła spojrzenia, które wymieniają między sobą, i rozumie, że znają się od dawna. Dziwi ją, że starsza kobieta otacza się takimi znajomymi. Gyda patrzy na niego i jak wielokrotnie wcześniej zastanawia się, dlaczego jego postać wydaje się jej znajoma. Spogląda na jego suknię, odwróconą na drugą stronę, i na bogate ozdoby. Białe włosy są teraz rozpuszczone, inaczej niż kiedy się tu zjawił. Wtedy miał je ułożone, było mu w nich bardziej do twarzy, mimo że było to bardziej kobiece uczesanie. Myśli o Sigmundzie, wie jednak, że Heming, minio ubrania, które nosi, nie ma jego skłonności. Jest w bliskim związku z kobietą, którą przywiózł tu ze sobą. Sigmund nie lubi kobiet w ten sposób, widziała natomiast spojrzenia, jakie posyłał Arntorowi. Sigmund jest inny, ale ona go lubi.
- Pora rozpocząć przygotowania do letniej ofiary - mówi Heming. Gydę zaskakuje ton nagany w jego głosie.
- Tak?
Zapada cisza. Heming uśmiecha się i dotyka jej włosów.
- Wybrałaś już zwierzę ofiarne?
Gyda przygląda mu się pytająco.
Czarownik śmieje się cicho i odwraca się do niej plecami.
Gyda stoi i patrzy za nim, kiedy znika za jednym z budynków.
Co miał na myśli? Przecież ona doskonale zdaje sobie sprawę ze swojej odpowiedzialności i zamierza złożyć ofiarę za nadchodzący rok, jak to zawsze robiła. Gyda kręci głową zrezygnowana, ale zaraz zaczyna myśleć o czymś innym, bo jej wzrok pada na Sorlego. Podbiega do niego. Idą razem w kierunku stajni, a Gyda myśli z wdzięcznością o Sigmundzie. Po-
mógł jej, posyłając posłańca do Torda. Cała reszta jest jednak nadal na jej głowie.
Heming miesza się z ludźmi pracującymi we dworze. Jego zainteresowanie pochlebia im, nie reagują, kiedy zaczyna wypytywać ich o Gydę. Większość z nich nie zna dobrze córki hovdinga, ale chętnie opowiadają, co słyszeli o kobiecie, która przejęła rządy we dworze po Aggrimie. Heming słucha ich, a im najwyraźniej podoba się bezpośredniość tego nieco dziwnego mężczyzny.
Czarownik też opowiada różne rzeczy o Cydzie. Ludzie słuchają go uważnie. Wiele z tego, co słyszą, zadziwia ich, bo mieli o niej inne zdanie, po pewnym czasie przyjmują jednak jego punkt widzenia. Dużo opowiada im o-jej niezwykłych zdolnościach i współpracy z bogami. Słuchają go przestraszeni, potem czują się niepewnie, kiedy ona jest w pobliżu. Cyda nie czuje zmian, które zachodzą. Zajęta swoją pracą, nie ma czasu rozmawiać z ludźmi.
Przygotowania do ofiary zajmują dużo czasu i wymagają wysiłku. Cyda pomaga tyle, ile jest w stanie. Lubi tę pracę, kieruje wszystkim razem z Gudhild. Stara kobieta jest teraz dla niej milsza. Jakby się zmieniła, od kiedy we dworze pojawił się Heming. Gyda myśli o tym z ulgą. Nie czuła się dobrze pod jej wrogim spojrzeniem.
Dwaj godowie, którzy mają uczestniczyć w uroczystościach ofiarnych, przybywają razem konno. Gyda z trudem ukrywa swoje podniecenie. Wymienia uścisk dłoni z mężczyznami i wita pozostałych przybyłych. Dumna prowadzi ich do halli. Podobnie jak w Jotungård, także tutaj używa się dużego budynku podczas tego rodzaju uroczystości, z tym że tutejsza halla jest, o ile to możliwe, jeszcze zdobniejsza.
Piękne przedmioty zdobią ściany, na których wiszą też tkane dywany i skóry. Na ubitej z ziemi podłodze stoją licz-
ne kaganki oliwne, które razem z ogniem z paleniska dobrze oświetlają całe pomieszczenie. Nowo przybyli są wyraźnie zachwyceni bogato przyozdobionym wnętrzem, a Gyda gościnnie zaprasza ich do stołu. Nalewa piwa do rogów, zanim sama zasiada na wysokim krześle. Wyrzeźbieni na słupach bogowie i smoki splatają się, tworząc misterny wzór, i zdają się uśmiechać do gości. Gyda czuje obecność swoich przodków, czuje, że ją chronią, czynią ją silną i niepokonaną. Jest opanowana i cechuje ją wielka godność. Ludzie zachowują się stosownie i okazują jej szacunek.
Bliżej wieczora i w nocy w halli robi się gwarno. Gyda rozmawiała o zwierzęciu ofiarnym z Sorlem, który zgodził się je wybrać. Gyda ma nadzieję, że nie będzie to koń, ale w gospodarstwie, gdzie jada się koninę, należy się spodziewać, że raczej jednak tak.
Zwraca wzrok w stronę Arntora, który poprosił o chwilę ciszy. Potężnej postury skald prezentuje się dzisiaj niezwykle dostojnie i Gyda czuje, jak jej ciało ogarnia dziwne uczucie. Widzi jego śniadą cerę, widzi, jak rozchylają się jego wargi, obnażając w uśmiechu białe zęby. Włosy lśnią, a pióra, którymi je sobie przystroił, odcinają się wyraźnie od jego kruczoczarnej czupryny. Jest piękny i jakiś obcy, niepodobny do mężczyzn, których dotychczas widywała. Pociąga ją jego pozbawiona zarostu twarz z wydatną brodą.
Gyda zmusza się, żeby odwrócić od niego wzrok, obawiając się, że ktoś mógłby odkryć jej słabość do mężczyzny, który przybył do dworu wkrótce po śmierci jej dziadka. Kiedy zobaczyła go po raz pierwszy, wiedziała, że ma on w sobie coś wyjątkowego, chociaż stara się nie okazywać tego nikomu. Gyda usiłuje odwrócić swoją uwagę od skalda. Podnosi do ust puchar, przyglądając się ludziom, którzy zasiedli z nią do stołu.
Joronn, niewolnica, która przybyła do dworu razem z He-mingiem, siedzi obok Arntora. Nawet nie stara się ukryć swojego uwielbienia dla mężcźyzny, który otrzymał od Suttung
dar wymowy. Zachwycona przygląda się jego pięknym szatom, niemal białej koszuli z pięknym haftem. Arntor należy do mężczyzn, którzy potrafią się ubierać i którzy, co ważniejsze, wiedzą też, jak należy traktować kobietę. Dłonie Gydy pieszczą puchar, który trzyma w ręku. Dziewczyna mruży oczy, jej grube blond włosy układają się miękko na wątłych ramionach. Kiedy mężczyzna na nią patrzy, jego usta składają się do pocałunku. Gyda widzi błysk w jego oczach, błysk, który zdradza pożądanie.
W pomieszczeniu robi się cicho i rozlega się jego miękki, melodyjny głos, recytujący wiersz.
Nagle podnosi róg z piwem i wszyscy z wyjątkiem Gudhild robią to samo. Starej kobiecie nie w smak były jego słowa. Posyła mu groźne spojrzenie i wręcz zmusza się, żeby nie wstać i nie odejść od stołu. Że też się odważył. Gudhild postanawia porozmawiać z Hemingiem o człowieku, który miał czelność wypowiedzieć takie obraźliwe słowa. Wszyscy przy stole wiedzą, jaką rolę ona, Gudhild, odgrywała we dworze przez wszystkie te lata. Nikt nie może zaprzeczyć, że to ona powinna tu rządzić, że to ona ma władzę i jest darem bogów.
Kiedy ludzie znów zaczynają rozmawiać, Gudhild wychodzi. Spogląda na Heminga, który rozumie jej spojrzenie. Chwilę po tym, jak siostra znika za drzwiami, podąża za nią. Właściwie miał ochotę zostać nieco dłużej, ale Gudhild ma nad nim władzę. Nieograniczoną władzę, myśli Heming gorzko.
Heming zamyka za sobą drzwi i nagle robi się cicho. Nie od razu dostrzega Gudhild, dopiero po chwili widzi, że siostra zmierza w kierunku mniejszego budynku. Zaczyna biec, chcąc ją dogonić.
Jęki zawiasów, które powinny zostać naoliwione, sprawiają, że Gudhild przechodzą ciarki. Kobieta wzdraga się. Rozgląda się zlękniona, ale widzi tylko Heminga, który zdyszany biegnie w jej stronę.
- Co ty wyprawiasz? - pyta poirytowany. - Najpierw wyciągasz mnie z uczty, a teraz zmuszasz, żebym biegł.
Mężczyzna wygładza swoją szatę i prostuje plecy.
- Nie możesz traktować mnie jak psa. Nie zamierzam być na każde twoje skinienie, nie myśl sobie.
- Nie? - powtarza Gudhild, posyłając mu surowe spojrzenie. Heming milczy. Jego życie zależy od siostry. Oczywiście mógłby się jej pozbyć i problem by zniknął, jednak mimo wszystko czuje rodzaj miłości do jedynej krewnej, jaką ma. Wraca myślami do rodziców, którzy oddali ich na wychowanie i nigdy potem nie dali znaku życia. Mimo że nie może narzekać na swoje dzieciństwo, wie, że oboje z siostrą coś stracili. Być może dlatego teraz walczą o władzę, która im się nie należy.
Zaciska wargi i idzie za Gudhild. Tak jak ona bezprawnie dąży do władzy nad dworem, tak i on przywłaszczył sobie pozycję, która wcale mu się nie należy. Tylko Arntor i Joronn
wiedzą, że kiepski z niego czarownik. Tylko oni wiedzą o jego fałszywych czarach. Patrzy na Gudhild, która zapala lampkę tranową w tej prostej izbie. Nawet siostra nie zna jego tajemnicy, co zresztą go cieszy. Gdyby ją znała, nie zaufałaby mu i nie mógłby spłacić długu, który ma wobec niej.
Gudhild podchodzi do łoża, na którym leży lepsza pościel niż ta, którą zwykle mają prości ludzie. Szuka czegoś przy ścianie, po chwili wyciąga jakiś długi przedmiot, zawinięty w materiał. Kładzie go na łóżku, odwija. Ich oczom ukazuje się prosty kostur, którego ciemne drewno ozdobione jest pięknymi kamieniami. Spogląda na niego, a jej chuda twarz w świetle płomienia lampy wydaje się biała niczym twarz ducha.
- Może być twój - mówi, podając mu go.
Heming waży go w dłoni i cały aż drży. Nie potrafi odczytać run, wyciętych w drewnie, ale czuje, że mają niezwykłą moc. Jakąż władzę posiądzie, mając w rękach tak kosztowną rzecz? Trzyma mocno kostur, chcąc poczuć jego siłę, ale nie czuje nic szczególnego. Niechętnie oddaje go siostrze i przygląda się, jak ta znów zawija go w materiał i chowa.
- To nie jedyna rzecz - mówi cicho, a na jej wargach pojawia się przebiegły uśmiech.
Wkłada ręce pod materac i wyciąga niewielki węzełek.
Na pierścieniu wyraźnie widnieje głowa mężczyzny, Heming z nabożeństwem wkłada pierścień na palec. Pasuje idealnie.
- Jest przeznaczony dla mnie - oświadcza. Gudhild kiwa głową podniecona. -1 kostur, i pierścień, i niedźwiedzia skóra.
Wskazuje skinieniem głowy na skórę, leżącą w nogach łoża. Heming uśmiecha się przebiegle, myśląc o władzy, którą zyskałby, mając te rzeczy.
Gudhild wyciąga po nie dłoń, ale on nie zamierza tak od razu rozstać się z pierścieniem. Podnosi rękę do światła, żeby mu się lepiej przyjrzeć.
- To Odyn! Czuję jego siłę.
Głos Heminga zmienił się nie do poznania i nagle Gudhild
czuje się niezmiernie mała przy swoim bracie. Sama nigdy nie miała potrzeby starać się zdobyć wstawiennictwo bogów. Wierzy w człowieka i jego moc. Wierzy, że każdy może dokonać rzeczy niemożliwych, o ile tylko będzie pragnął tego dostatecznie silnie. Ostrożnie wkłada pierścień do węzełka, w którym znajduje się także mała szkatułka.
- Dlaczego to robisz? - pyta nagle Heming. - Ten dwór nigdy nie będzie twój. Kiedy Gyda wyjedzie, ktoś inny z rodu upomni się o swoją własność.
Gudhild odwraca się i patrzy na niego lodowatym wzrokiem.
- Czemu tak głupio pytasz? Nie ma takiego, kto byłby dostatecznie silny, żeby usunąć mnie z miejsca, które mi się należy.
Wyszedłszy na zewnątrz, Heming wciąga do płuc chłodne powietrze. Dziwi się, że córka hovdinga sypia w takiej szopie, ale podejrzewa, że to się wkrótce zmieni. Gudhild wyrywa go z rozmyślań.
- Kiedy zamierzasz zacząć? - pyta.
- Już zacząłem - odpowiada Heming krótko.
- Wiedziałam, że mogę na tobie polegać - uśmiecha się Gudhild. Szybkim krokiem zmierza w stronę halli. Nagle zatrzymuje się i odwraca w stronę brata. - Byłabym zapomniała! Każ Arntorowi opuścić dwór. Boję się, że może nam napytać biedy.
- Arntorowi można ufać - odpowiada Heming krótko.
Mężczyzna stoi jeszcze dobrą chwilę i patrzy, jak Gudhild znika w halli. Byłoby dziwne, gdyby oboje wrócili jednocześnie. Wiele osób uważa zapewne ich wzajemne stosunki za niestosowne. Heming nie chce, żeby zaczęto plotkować. Myśli o Joronn. Jeśli z kimś pragnąłby spędzić noc, to właśnie z nią.
Arntor, odprężony, przysłuchuje się rozmowom przy stole. Nie czuje potrzeby, żeby się do nich włączyć. Lubi tak siedzieć i słu-
chać. Od czasu do czasu zerka na Gydę, która chodzi i nalewa do rogów. Nie okazuje mu zainteresowania, ale Arntor jest pewien swojego uroku. Jeśli tylko tego zechce, będzie jego, podobnie jak kobieta, która siedzi obok niego. To, że Gyda pochodzi z rodu hovdingow, go nie przeraża. Już wcześniej kładł na siano wysoko urodzone kobiety. Głaszcze jasne włosy siedzącej obok niego niewolnicy, po czym obejmuje ją w pasie.
Kobieta patrzy na niego roziskrzonymi, błękitnymi oczami. Wzrokiem i całym swoim ciałem mówi mu, że go pożąda. Jej dłonie szukają pod stołem jego członka, chwyta go, a on twardnieje w jej uścisku. Mężczyzna patrzy na nią poważnie, kiwa głową i wstaje. Nadeszła pora, żeby spełniło się to, o czym marzyła, od kiedy przybyła do dworu. Widok Gydy i myśl o tym, jakich przyjemności może mu dostarczyć, rozpaliły mężczyznę. Dzisiaj wieczorem wystarczy mu Joronn, ale następnym razem...
Arntor rzuca jeszcze okiem na piękną córkę hovdinga, zanim wychodzi na zewnątrz.
Odczekał dostatecznie długo. Heming idzie powoli w kierunku halli. Kiedy już prawie jest na miejscu, widzi, jak otwierają się drzwi. Szybko robi krok w bok, chowając się za pniami wysokich drzew, które niemal tworzą bramę, wiodącą do dużego budynku. Mężczyzna uśmiecha się do siebie w duchu. Nikt nie zna ich planów, jego i Gudhild. Nikt, kto mógłby mu zaszkodzić.
Właśnie ma ruszać dalej, kiedy widzi, że drzwi znów się otwierają. Wychodzi Joronn. Hemingowi robi się gorąco na sam jej widok, szybko jednak tężeje, widząc, że zza rogu wyłania się postać mężczyzny. Arntor...
Czarownik widzi, jak kobieta, którą kocha, rzuca się na szyję jego najlepszemu przyjacielowi, i szybko znów chowa się za pień drzewa. Serce bije mu, jakby zaraz miało rozsadzić pierś.
Czuje ból, który po chwili zamienia się we wściekłość. Mimo że Arntor i on wcześniej dzielili się niewolnicą, to jednak skald powinien był poprosić go o pozwolenie. Dużo czasu upłynęło, wiele mogło się wydarzyć. Heming wygląda zza pnia, śledzi ich wzrokiem, kiedy objęci oddalają się w stronę fiordu.
Joronn lgnie do niego, a Arntor, podniecony, czuje, jak jej ręce szukają jego męskości. Kobieta też jest podniecona i zanim dochodzą do wody, już wisi mu na szyi. Czuje, jak obejmuje go nogami, jak pożądliwie pieści językiem jego kark, zrywa mu koszulę i tuli się do jego ciała. Arntor oddycha ciężko i spotyka jej wargi, wilgotne i chętne. Podciąga jej suknię i sprawdza ręką, czy jest już gotowa. Delikatnie zwalnia uścisk i ściąga z niej koszulę. Kobieta patrzy na niego pożądliwie, wyślizgując się ze swojej prostej sukni. Suknia opada na ziemię, a Arntor chłonie wzrokiem widok nagiej kobiety. Ostrożnie kładzie ją na ziemię, a ona ciągnie go za sobą, po chwili czuje, jak jego ciało dotyka jej pełnych piersi. Przygniata je swoim ciężarem tak, że stają się niemal płaskie. Kobieta leży spokojnie. Unosi ręce nad głowę i pozwala mu robić to, co chce, a on wykorzystuje jej szczodrość. Masuje jej piersi, czuje w ustach jej chętny język. Jej sutki twardnieją pod wpływem chłodnego powietrza. Mężczyzna dotyka twarzą jej miękkiej skóry. Bawi się językiem, aż kobieta woła, żeby ją wziął. Zwleka jeszcze chwilę, ale ona przyciąga go i wprowadza w siebie jego członka. Ciepło, wilgoć i prężąca się pod nim kobieta, wszystko to sprawia, że świat dookoła się zmienia. Wchodzi w nią. Unosi się na swoich silnych rękach. Widzi siebie i Joronn, po chwili nadchodzi spełnienie i pochłania go.
W tym momencie Arntor dostrzega kątem oka mężczyznę, który stoi i patrzy na nich. Jego twarz zniekształca grymas wściekłości i bólu. Joronn nie^ a się, lecz się uśmiecha. W jej mniemaniu nie z
i^Vtiic^^dego. Heming podcho-. Odciąga ją od męż-cenia. Heming pa
dzi do niewolnicy i c czyzny, który wciąż j^s^zg^ drży z^Jlp^n
trzy z pogardą, jak członek Arntora powoli traci swoją jurność. Nagle odwraca się i uderza Joronn, która osuwa się na ziemię. Po chwili siada i, jakby nie mogąc uwierzyć, patrzy na niego, przykładając rękę do piekącego policzka.
- To już tak z tobą źle, że musisz bić kobiety? - syczy Arntor.
Gdyby był to kto inny, nie Heming, Arntor ruszyłby na niego z pięściami, broniąc Joronn. Być może zagroziłby mu nawet nożem.
Heming nie raczy mu nawet odpowiedzieć, schyla się, podnosi ubranie kobiety i pomaga jej wstać. Przestraszona ubiera się, patrząc niepewnie to na jednego, to na drugiego, zapinając klamerki. Tego się nie spodziewała, widzi, że Arntor także. Wcześniej Heming nigdy nie odmawiał im tej przyjemności.
Arntor kręci głową, kiedy mężczyzna zaczyna ciągnąć za sobą Joronn. Nigdy jeszcze nie widział go tak wściekłego, rozumie, że ich przyjaźń doszła do rozstaju dróg. Między nimi nigdy już nie będzie jak dawniej.
Gyda stara się uważać, żeby nie pić za dużo mocnego trunku, który cały czas jest dolewany do kubków. Wie, że jutro czeka ją ciężki dzień. Przy stole toczą się podniecone rozmowy, a Gyda chętnie się do nich przyłącza. Pije więcej, niż zamierzała, i kiedy idzie się położyć, jej chód jest chwiejny, a wzrok zamglony.
Sorle śledzi ją z pewnej odległości. Pilnuje, żeby dotarła bezpiecznie do domu. Następnie siada na zewnątrz i opiera się o ścianę. Patrzy na niebo i widzi, jak promienie słońca walczą, żeby wyjść zza pofalowanych szczytów górskich. Ileż to razy tak tu siedział i patrzył. Rozmyślając o życiu, o tym, co ma już za sobą, i o tym, co jeszcze go czeka. Od ostatniego razu minęło trochę czasu. Wydarzyły się rzeczy, które już należą do przeszłości. Tak będzie i w przyszłości. Wzdycha ciężko. Tęsknie spogląda na drzwi, które dzielą go od niej, od kobiety, za którą tęskni i która budzi ty nim żądzę, której nic nie zadowoli. We
dworze jest dość chętnych kobiet, ale one go nie pociągają, boi się też, że może nie być w stanie żadnej zadowolić, kiedy wreszcie do czegoś dojdzie.
Myśli o Cydzie i o czasie, który spędzali razem, jeszcze zanim przybyli do dworu Aggrima. Sorle wspomina, jak przychodziła ogrzać się do niego do łóżka. Nie zdawała sobie sprawy z pożądania, jakie w nim budziła, nie wiedziała, jakie myśli wtedy chodziły mu po głowie. I tak będzie zawsze. Nigdy nie będzie mógł powiedzieć jej o swojej miłości. A ona nigdy nie będzie jego.
Sorle marszczy czoło i wraca do swoich rozmyślań, jednak wzrokiem czujnie ogarnia całą okolicę. Na łożu śmierci Aggrim zlecił mu zadanie, koniuszy wciąż słyszy jego głos: „Strzeż jej!”
Sorle kinie cicho, siedząc oparty o drewnianą ścianę. Nie może zawieść swojego hovdinga. Wbrew jego woli powierzono mu to zadanie, ale on na pewno nie złamie danej raz obietnicy.
Nagle coś przyciąga jego uwagę. Słyszy podniesione głosy, rozpoznaje głos Heminga. Po chwili widzi, jak mężczyzna zdecydowanym krokiem idzie w kierunku swojego domostwa. Za nim, w pewnej odległości, podąża Joronn, z trudem podtrzymując swoją suknię. Sorle uśmiecha się, kiedy spostrzega Arn-tora.
Ciekawe, myśli i zaczyna się zastanawiać, co oni tak naprawdę tu robią. Przebywają tu już jakiś czas, powinni już ruszyć dalej. Heming przyszedł dzisiaj do niego do stajni i pytał o zwierzę ofiarne. Dziwne pytanie, które padło z ust dziwnego człowieka. Sorle nie lubi Heminga, podobnie jak nie lubi skalda, który najwyraźniej upodobał sobie Gydę znacznie bardziej, niż powinien. Koniuszy musi jednak przyznać, że mężczyzna o ciemnej cerze jest przystojny, a kobiety lubią mężczyzn, którzy potrafią używać pięknych słów. U niego budzą one odrazę. Nie było nic złego w słowach, które Arntor tak pięknie dobierał, ale w oczach Sorlego mężczyzna był w jakiś sposób odrażający. Zauważył wzrok Gydy i poczuł przypływ zazdrości.
Nagle przypomniał sobie obietnicę daną Aggrimowi. Musi pilnować Gydy i chronić ją przed skaldem. Została przyrzeczona Tordowi i nie godzi się, żeby zadawała się z ciemnolicym mężczyzną. Sorle znał ludzi, którzy bardzo cierpieli z powodu swojego wyglądu. Którzy zostali wyrzuceni poza nawias społeczeństwa i skazani na wieczną samotność. Nie ma wątpliwości, że Arntor jest akceptowany jedynie dlatego, że jest skaldem. I to akceptowany bardziej, niż sobie na to zasłużył.
Sorle wstaje i odchodzi. Rusza w stronę fiordu. Wiatr rozwiewa mu włosy. Perełki w jego włosach uderzają o siebie, kiedy Sorle zbiera włosy i zarzuca je na plecy. Czuje ich ciężar, chyba pora je ściąć, zrobiły się za długie. Ziewa, stoi chwilę. Uznaje, że pora pójść się położyć.
Heming jest wściekły na Joronn i na Arntora. W głębi duszy wie, że nie zrobili nic złego, ale jednak. Trudno mu będzie wybaczyć Joronn. A między Arntorem a nim nigdy już nie będzie jak kiedyś. Żałuje, że nie posłuchał Gudhild, kiedy prosiła, żeby kazał przyjacielowi opuścić dwór.
Był pewien, że można mu ufać. Teraz zaczyna się zastanawiać. Joronn jest jego. Skald nie może bezkarnie po nią sięgać.
Mężczyzna zaczyna snuć pewien plan. Jego pojedyncze elementy zaczynają się układać w całość. Wszystko będzie prostsze. O wiele prostsze. Uśmiecha się złośliwie w ciemności. Słyszy spokojny oddech Joronn, leżącej obok niego na ławie, gdzie jest jej miejsce. Żadnemu innemu mężczyźnie nie wolno jej już ruszyć. Arntor nie będzie się już mógł nią cieszyć. Ubiera się i wychodzi na zewnątrz. Białe włosy spływają mu na ramiona, a kiedy rusza w stronę stajni, w jego wzroku jest zdecydowanie.
Sorle spotyka Heminga w drzwiach. Kiwa mu głową. Nie pragnie rozmawiać z tym mężczyzną. Odwraca się, a kiedy się mijają, patrzy z pogardą na jego dziwną szatę. Nigdy nie rozu-
miał, jak mężczyzna może chcieć się ubierać jak kobieta. Nawet Sigmundowi nie wolno robić tego tak otwarcie. Sorle nie dziwi się, że hovdingowie i ludzie króla skazują na banicję mężczyzn takich jak Heming. Nie dość, że dziwnie wyglądają, to jeszcze mają potężną siłę. Sorle wzdraga się i szybko podchodzi do ławy, na której śpi.
Gyda czuje się zmęczona i nie w humorze, kiedy budzi się następnego ranka. Jest jeszcze wcześnie i na dziedzińcu jest prawie pusto. Przypomina sobie wczorajszą ucztę, rozumie, że ludzie chcą dłużej pospać. Stara się zetrzeć sen z oczu, kiedy drżąc, biegnie w stronę białego domu.
W tym momencie słyszy głośne parsknięcie i nagle się zatrzymuje. Stoi i nasłuchuje, szuka wzrokiem miejsca, skąd doszedł ją dźwięk. Świątynia! Czyżby już szykowali zwierzę ofiarne? Kiwa głową zgnębiona. Na dworze dziadka wszystko odbywa się inaczej. Inaczej niż u nich w domu.
Odwraca się w stronę białego domu i rusza ku niemu powoli. Z otworu kominowego unosi się dym, co znaczy, że wewnątrz już ktoś jest.
Znów słyszy parsknięcie. Denerwuje się. Powinni poczekać i nie przywiązywać zwierzęcia, dopóki przygotowania nie są ukończone. Nawet jeśli to tylko zwierzę, to przecież łatwo sobie wyobrazić, jak przerażające muszą być dochodzące je obce zapachy, cała ta wyjątkowa atmosfera. Dziewczyna postanawia iść i sprawdzić, czy zwierzę ma wodę i karmę, żeby nie cierpiało głodu przed ofiarowaniem.
Trudno jej iść pod górę do świątyni, zauważa, że ciążą jej nogi. Ostatnio mało się ruszała. Z nostalgią zaczyna wspominać wspaniałe wędrówki w towarzystwie swojego konia, Trygga, i drogę przez góry, którą odbyła razem z Sorlem.
Od czasu przejęcia dworu cały czas spędza tutaj. Między jej brwiami pojawia się głęboka zmarszczka. Czy tak ma wyglądać reszta jej życia? Czyjej życie ma być pełne odpowiedzialności i oczekiwań? Po raz pierwszy łapie się na tym, że wcale nie jest pewna, czy to wszystko rzeczywiście warte jest zachodu. Czy nie byłaby szczęśliwsza, wiodąc prostsze życie? Oczywiście je do syta, nosi piękne szaty, ale czy to jest w życiu najważniejsze?
Myśli o Gudrun i dzieciach w kamiennym domku. Byli tam, w tych skromnych warunkach, równie szczęśliwi jak ona. Na pewno brakowało im wielu rzeczy, które dla niej są czymś oczywistym, ale być może mieli to, co jest najważniejsze, miłość bliźniego i rodzinę. Oczy Gydy zachodzą łzami. Czy kiedykolwiek będzie jej dane doświadczyć czegoś podobnego? Ma pojąć Torda za męża, trudno jej jednak wyobrazić go sobie jako męża swoich dzieci.
Wszystkie myśli pierzchają, kiedy odwraca głowę i spostrzega uwiązane do drzwi zwierzę. Na jego widok traci na chwilę oddech.
- Trygg!
Z niedowierzaniem patrzy na konia znad fiordu. Nie dość, że najwyraźniej jest szykowany na ofiarę, ale widać też, że był bity. Krótką chwilę stoi bezradna, zaraz jednak podbiega i zaczyna gładzić krwawiące rany na karku i grzbiecie zwierzęcia. Gyda drży i czuje, jak łzy bezsilności napływają jej do oczu.
- Kto ci to zrobił? - mówi i zaczyna szlochać.
Szepcze mu uspokajające słowa, rozwiązując powróz, którym jest przywiązany. Trygg uderza przednimi nogami w twardą ziemię i cicho parska. Cieszy się, że ją widzi, i okazuje to na swój sposób. Gyda bada palcem jego chrapy, wyczuwa głęboką ranę, koń wzdraga się z bólu. Gyda płacze cicho, czuje, że ogarnia ją rozpacz, której w pewnej chwili nie będzie już w stanie opanować. Zastanawia się, kto aż tak bardzo jej nienawidzi, bo nie ma wątpliwości, że za tym wszystkim kryje się nienawiść.
Trygg padł ofiarą szaleńca, Gyda rozumie, że to jej ktoś pragnie wyrządzić krzywdę.
Dziewczyna prowadzi konia do stajni, przemywa jego rany, żeby nie doszło do zakażenia. Delikatnie, ruchami pełnymi miłości dotyka konia, który cieszy się z jej bliskości.
Arntor stoi chwilę i przygląda się jej. Widzi jej szczupłe dłonie, pieszczące zwierzę. Marzy, że to jego w ten sposób pieści. Że dotyka go swoimi dłońmi. Córka hovdinga jest przepełniona smutkiem. Skald słyszy, jak cicho łka od czasu do czasu. Może powinien odejść? Zostawić ją z jej bólem? Ale nie robi tego. Jest zdziwiony, że potrafi być tak ludzka. Że okazuje swoje uczucia. Kiedy wcześniej ją widywał, sprawiała wrażenie nieporuszonej, pewnej siebie, silnej. Domyśla się, że toczy bój z Gudhild, która przejęła część pozycji, przypadającej Cydzie, pozycji, której starsza kobieta nie chce oddać. Jej siła zaskakuje go. Jest sama. Z dala od własnej rodziny trwa przy tym, co jej dziad budował przez całe swoje długie życie.
- Co się stało? - pyta Arntor krótko. Widzi, że dziewczyna wzdraga się. Nie odpowiada, patrzy na niego nieodgadnio-nym wzrokiem. Wargi ma mocno zaciśnięte, mężczyzna rozumie jej brak zaufania. Oczywiście musi być czujna. Konia mógł skrzywdzić Arntor, zresztą równie dobrze jak każdy inny.
Mężczyzna stoi, szacując ją wzrokiem. Widzi jej wąską talię i piersi, opięte materiałem sukni. Suknię ma przypiętą dwiema ładnymi sprzączkami ze srebra. Włosy zebrała w węzeł, Arntor ma ochotę ją dotknąć, poczuć jej włosy między palcami. Chrząka cicho.
- To nie ja!
Dziewczyna patrzy na niego pytająco.
- To nie moje dzieło - tłumaczy i pokazuje na Trygga.
Gyda widzi ciepło jego ciemnych, poważnych oczu i mimowolnie myśli o Åsmundzie. Wie, że skald życzy jej jak najlepiej, ale boi się popełnić błędu. Wcześniej zdarzało jej się popełniać pomyłki i drogo ją to kosztowało.
Mężczyzna, który przed nią stoi, jest przystojny. Dzisiaj ma na sobie żółtą tunikę, zakończoną tkanym wzorem. Nogawki spodni układają się luźno na jego długich nogach, a skórzane buty utrzymywane są skórzanymi rzemykami, pieczołowicie zawiązanymi na łydkach. W talii ma szeroki skórzany pas z klamrą, przyciągającą wzrok bogatym zdobieniem, wijące się smoki tworzą zawiłą pętlę. Młoteczek Tora, który nosi zawieszony na srebrnym łańcuszku na szyi, przypomina jej własny. Oboje uciekają pod ochronę Tora, ale co poza tym mają wspólnego? Gyda skupia swoją uwagę na Tryggu. Na chwilę zapomina o Arntorze, a kiedy znów podnosi wzrok, mężczyzna zniknął.
W domu czeladnym Heming siedzi w kręgu robotników. Mówi głośno, żeby wszyscy go słyszeli. Ten niski mężczyzna przyciąga ich uwagę swoją magią i aurą tajemniczości. W pewnej chwili zniża głos niemal do szeptu, ludzie w napięciu wstrzymują oddech. Za moment mężczyzna zaczyna krzyczeć tak, że słuchacze kulą się ze strachu. Potrafi władać słowem, wie, jak należy go używać. Musi ich przekonać. Sprawić, żeby zrozumieli, że to, co on robi, jest słuszne.
- Jotungård zostało przeklęte przez bogów, ponieważ Åsmund się im przeciwstawił. Zmuszono go, żeby poświęcił własną krew, ta ofiara sprawiła Idunn tak wielki ból, że córka hovdinga tutejszego dworu; Aggrima, rozchorowała się i zaległa w łożu. Gra bogów sprawiła, że niewolnica zatruła krew matki Gydy. Kobiety, którą wielu z was znało i kochało, kobiety przepełnionej miłością do wszystkiego, co żyje. Gyda jest jej córką, wieść niesie, że jest posłańcem bogów, ale dlaczego mielibyśmy w to wierzyć?
Heming pochyla się i mrużąc oczy, patrzy w twarze przerażonych ludzi.
- Nie wiemy tego na pewno! A jeśli chce wyrządzić nam zło? Jeśli jest tutaj, bo chce waszej niedoli? Widzicie, jak stara
