Wybranka bogów (2). Kara - Jane Mysen - ebook

Wybranka bogów (2). Kara ebook

Jane Mysen

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kartuzach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 236

Rok wydania: 2000

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



magiczna^opowieść

WYBRANKA BOGOW

JANE MYSEN

Jotungård

G ulen

töm 2.

KARA

Przełożyła Anna Marciniakówna

Tytuł oryginalny serii: Utvalgt av gudene

Tytuł oryginału: Straffedom Tłumaczenie z oryginału: Anna Marciniakówna

Ilustracja na okładce: Anita Våmartveit

Projekt okładki: Elipsa Sp. z o.o.

Korekta: Maciej Korbasiński

Skład: Elipsa Sp. z o.o.

© J. W. Cappelens Forlag a.s 2000 Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z o.o.

All rights reserved

ISBN 978-83-61226-01-7

Elipsa Sp. z o.o.

01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37

tel./fax +48 (22) 833 38

www.dobrasaga.pl 9 Printed in EU W JS "         •'    * U

Wypożyczalnia ^H a

Doreiłych AJ 1 J * /

INFORMACJE S (0 22) 624 16 07 (odfp. do p^. w godz. 9.00 — 17.00)

1

Idunn przygotowuje jedzenie dla ludzi zajętych przy jesiennych zbiorach. Uśmiecha się ciepło do córeczek, które raczkują na udeptanej podłodze z ziemi. Pilnuje, żeby się za bardzo nie zbliżały do paleniska^ skąd buchają płomienie. Cicho nuci, wkłada do wielkiego koszyka podpłomyki, gotowane jajka i trochę mięsa. Potem napełnia dzbany piwem i kwaśnym mlekiem, też umieszcza je w koszyku, dba, żeby płyn się nie wylewał. Masuje rękami obolałe plecy. Następnie siada w kucki i klaszcze w dłonie. Gyda natychmiast przybiega do matki, Gro spokojnie zajmuje się zabawą. Idunn bierze na ręce pierworodną córkę i woła kobietę, którą zamierza wyznaczyć na osobistą niewolnicę swoich dzieci.

- Alvheid! Wszystko gotowe. Weźmiesz Gro? Ja poniosę Gydę, tylko najpierw zawołam kogoś, kto zaniesie jedzenie na pole.

Niewolnica wybiega z sypialni z rozpłomienionymi policzkami. Pownosiła właśnie do domu pościel, która wietrzyła się na dziedzińcu. Właściwie to nie jest jej praca, ale teraz niemal wszyscy mieszkańcy dworu zajęci są na zewnątrz, ich pracę muszą wykonać inni. Alvheid rozwiązuje rzemyk, podtrzymujący jej jasne, drugie włosy. Spływają teraz złocistą falą na plecy. Tanecznym krokiem biegnie do Gro, która uśmiecha się, pokazując białe mleczne ząbki. Niewolnica przemawia do niej na migi, a dziecko śmieje się

głośno, obserwując jej ruchy, klaszcze w małe pulchne rączki i na chwiejnych nogach idzie do niemej kobiety. Wielkie niebieskie oczy Alvheid mienią się, kiedy bierze małą na ręce. Z uśmiechem kiwa głową Idunn, która czeka na nie przy drzwiach. Są gotowe, mogą iść.

Jedyni mieszkańcy dworu, którzy mogą zanieść jedzenie robotnikom, to dwaj starcy. Siedzą na ławie przed domem, pogrążeni w rozmowie. Idunn pyta, czy mogliby wziąć koszyk z jedzeniem. Obaj zgadzają się chętnie i natychmiast wstają. To prawda, że są za starzy, żeby zginać plecy na polach, ale mogą się jeszcze do czegoś przydać. Powłócząc nogami, wchodzą do domu, by zabrać, co gospodyni przygotowała.

Brzozy są jeszcze zielone, a pola złote od jęczmienia, który dojrzał do żniw. Wyjęto kosy i sierpy, żółte kłosy zostaną starannie ścięte. Åsmund pracuje razem z innymi, nie oszczędza się. Hövding lubi fizyczną pracę, czuje, że może wykorzystać siły na coś pożytecznego. W ostatnich dniach nieustannie odczuwał ssanie w żołądku. Dręczyła go niewysłowiona tęsknota za morzem. Rozmawiał o tym z Idunn, ona twierdzi, że go rozumie, Åsmund wie jednak, że to niemożliwe. Żona przecież nigdy nie stała przy sterowym wiośle, nie czuła bryzgów morskiej wody na twarzy. Nigdy nie przeżyła napięcia, jakie człowieka ogarnia, kiedy okręt znajdzie się na szczycie wysokiej fali, by zaraz potem opaść na dół, w dudniącą kipiel. Kiedy tak stoi z kosą w ręku, czuje zew morza. Trochę żałuje, że obiecał Idunn, iż tego lata też zostanie w domu. Może byłoby najlepiej, gdyby wypłynął na wikińską wyprawę? Prostuje plecy, wierzchem dłoni ociera pot z czoła. Jest ciepło, ale nad ziemią wolno gromadzą się ciemne chmury.

Znowu ujmuje kosę i zaczyna nią machać szybciej niż przedtem, popędzając w ten sposób także innych. Muszą się starać, by skończyć, zanim spadnie deszcz. Chmury krążą

po niebie już od kilku dni, pytanie więc tylko, kiedy rozpęta się nawałnica. Młodzi i starzy pracują obok siebie. Wszyscy proszą Tora o jeszcze trochę ciepłej pogody, by zboże schło i żeby mogli zebrać pożywienie, które zimą będzie takie potrzebne.

Åsmund widzi zbliżające się kobiety z dziećmi, kiedy są jeszcze daleko. Ukochana żona i obie córeczki radują go bardziej niż cokolwiek na tym świecie. Ponownie ociera pot i przeczesuje palcami ciemną, niesforną czuprynę, nadziwić się nie może, jak prędko czas ucieka. Spojrzenie brązowych oczu staje się nieco mroczniejsze, kiedy myśli, co się stało od narodzin córek. Pamięta wszystko dokładnie, jakby to było dziś, pamięta moment, kiedy Torden Tora przybyła do dworu ze swoimi ponurymi wróżbami. Powiedziała, że decyzją części bogów urodzą mu się dwie córki, z których pierwsza, Gyda, jest ich ulubienicą i wybranką. Gro natomiast...

Wściekłość przepełnia go na samą myśl o słowach, które wolwa wypowiadała takim władczym tonem. Gro nie jest godna, mówiła, i w związku z tym Åsmund powinien wynieść ją do lasu na zatracenie, a jeśli tego nie zrobi, to bogowie ukarzą i jego, i pozostałych mieszkańców dworu.

Idunn i dzieci są tuż-tuż, Åsmund odkłada na bok kosę, ale nie może przestać myśleć o sprawach, które dopiero co powróciły w pamięci. Patrzy na córeczki. Teraz są prawie jednakowe i dostarczają mu o wiele więcej radości niż trosk. Gyda jest może odrobinę większa i silniejsza od siostry. Zresztą urodziła się pierwsza, chodzi i mówi lepiej niż większość dzieci w jej wieku. Gro natomiast wciąż milczy. Nie słyszy też, co się do niej mówi, za to bardzo dobrze porozumiewa się z Alvheid na migi. Pozostali domownicy też już zaczynają rozumieć ich mowę.

Åsmund dawno temu pojął, że Gro nie jest taka jak inne

dzieci, ale to dla niego bez znaczenia. Dziewczynka ma takie same jasne włosy jak siostra i uśmiech, jeśli to możliwe, jeszcze piękniejszy. Kiedy tuli ją do siebie, czuje ciepło delikatnego ciałka. Przepełnia go wtedy radość i wie, że postąpił słusznie, nie składając bogom w ofierze tego, czego od niego żądali. Zarazem jednak boi się, że to tylko kwestia czasu, że jednak będzie musiał podporządkować się ich woli. Ostatniego lata bogowie zabrali mu Gunnhild oraz Hallsteina, różne inne rzeczy wydarzyły się też we dworze od tamtego czasu. Idunn nie wie, że Åsmund dał córeczce jeszcze jedną szansę. Ale gdyby bogowie znowu mu o sobie przypomnieli, będzie musiał ustąpić. Choć Gro znaczy wiele, to jednak jest mniej warta niż całe Jotungård i wszyscy jego mieszkańcy razem. Åsmund podjął ryzyko i na razie wszystko układa się dobrze.

Ostatnio jednak wiele myślał o przekleństwie. Bał się, że zagniewani bogowie zechcą odebrać mu tegoroczne zbiory. Ciężkie burzowe chmury prześladują go od dawna, zresztą po tym wszystkim, co się przytrafiło, niczego już nie może być pewien. Z drugiej strony jest rad, bo zdaje sobie sprawę, że niemal wszystek owies mają już pod dachem. Dzięki temu będzie pod dostatkiem chleba, piwa, paszy dla zwierząt i nawet trochę można by sprzedać. Resztki zboża zostały jeszcze na poletkach między wielkimi kamieniami, na pochyłościach wzniesień, ale gdyby nawet zmoczył je deszcz, to przecież ziarno można wysuszyć w łaźni.

Wyciąga ręce, żeby wziąć Gydę. Śmieje się głośno, kiedy dziewczynka szarpie go za brodę. Ta pierworodna córeczka jest jego ulubienicą, czy tego chce, czy nie. Dziecko promienieje radością, jest też dużo mądrzejsze niż większość rówieśników. To, że została wybrana przez bogów, czyni ją wyjątkową, Åsmunda przepełnia duma, że jest jej ojcem. Chociaż należy do niedowiarków, to wie, że dziecko rze-

czywiście jest niezwykłe. Czasem ma wrażenie, że w niebieskich oczach córeczki dostrzega niezmierzone morze wiedzy. Jakby chowała coś w głębi duszy. Coś, co wyjdzie na jaw pewnego dnia, gdy dziewczynka do tego dorośnie.

Po chwili sadza Gydę na ziemi i pomaga dwóm starcom, którzy przynieśli jedzenie. Potem siedzi i patrzy, jak Idunn i Alvheid rozdzielają posiłek między żniwiarzy. Raz po raz spogląda na Gydę i Gro, które na swoich niewprawnych nóżkach mozolnie chodzą po nierównym polu, potem znowu kieruje wzrok ku Idunn. Patrzy na jej wiotkie ciało, które nawet tu budzi w jego umyśle słodkie fantazje. Jasne włosy upięła wysoko, okryła je niebieskim czepecz-kiem. Suknia z lnianego płótna jest w talii przewiązana skórzanym pasem, obciążonym pękiem dworskich kluczy. Idunn naprawdę godna jest swojej pozycji gospodyni dworu. Åsmund nie ukrywa dumy. Uśmiecha się do żony, a potem siada do jedzenia.

Prankijska niewolnica widzi, że Åsmund zajęty jest jedynie małżonką. Zazdrość ściska jej serce. Gdyby tylko Idunn wiedziała, jak daleko zaszły sprawy tamtego wieczora, w czasie uroczystości nadawania imion dzieciom! Ciało niewolnicy przenikają słodkie dreszcze. Potem jednak przypomina sobie, że Åsmund zrezygnował w pół drogi. Że po prostu się Wycofał. Zachował się jak nędznik. Najpierw myślała, że to 2 jej powodu. Że nie potrafi kusić go tak, jak powinna. Później słyszała, jak inne kobiety rozmawiały o. tym samym. Że wielu mężczyzn traci zdolność doprowadzenia miłosnego aktu do końca, kiedy piwo bierze ich ciało w posiadanie.

To ją uspokoiło. Åsmund ma na nią ochotę. Tyle tylko, 2e nie potrafi się uwolnić od kobiety, która jest jego żoną. Salbjorg uśmiecha się i dolewa sobie kwaśnego mleka. Pije

z przyjemnością, a potem opiera się o pień drzewa. Już ona mu pomoże rozwiązać ten problem. Salbjorg od dawna ma plany, a teraz nastał czas, żeby wprowadzić je w życie.

Napotyka wzrok Alvheid. Salbjorg zaciska powieki, po czym pośpiesznie wstaje. Patrzy tamtej niewolnicy w oczy tak długo, aż Alvheid odwraca wzrok. Z zadowolonym uśmiechem Salbjorg ponownie siada. Wpatruje się w niebo, szczelnie pokryte burzowymi chmurami. Te chmury są takie same jak ona. Pełne wściekłości.

W następnych dniach deszczowe chmury wciąż wiszą nad Jotungård, ale zboże miało dość czasu, by wyschnąć. Spichlerze przepełnione są jedzeniem, Åsmund nie ma wątpliwości, że wystarczy na całą zimę.

Liczne łodzie rybackie cumują już przy nabrzeżu. Rybacy, którzy spędzili całe lato na morzu, będą mieli wiele do opowiadania. Åsmund zawsze bardzo się na to cieszy. Wszystko, co ma związek z morzem, działa podniecająco na hovdinga, który już drugie lato z rzędu przesiedział w domu.

Zboże znalazło się pod dachem, teraz gospodarz idzie w stronę budowanego właśnie niewielkiego domku z bali. Będzie to solidna budowla, Folke bowiem, dworski cieśla, kieruje wszystkim wprawną ręką. Dom budowany jest dla Trygvego Skalda, który przybył do dworu w dniu nadania imion. Kiedy się okazało, że to nie tylko skald, lecz także zdolny koniuszy, gospodarz poprosił, by u nich został. Początkowo skald sypiał w domu czeladnym, ale Åsmundowi nie podobała się taka sytuacja. Skald zasługuje na lepsze traktowanie, poza tym Åsmund obiecał mu własny dom. No i wygląda na to, że nowy właściciel wprowadzi się jeszcze przed zimą, Trygve będzie miał dość czasu i spokoju, by

w przerwach między zajęciami w stajni tworzyć swoje pieśni. Ponadto Åsmund chciałby, żeby ten człowiek odnalazł tutaj spokój i związał się z dworem na dłużej.

Na czole gospodarza pojawia się głęboka zmarszczka. Hövding zastanawia się, czy za bardzo nie obciążył Trygve-go. Bo nie dość, że wszyscy będą oczekiwać pieśni, to jeszcze spada na niego odpowiedzialność za największą dumę Asmunda, czyli stajnię. Poprzedni jej opiekun, Hallstein, zmarł wkrótce po tym, jak klacz Åsmunda wydała na świat źrebię, lecz sama nie przeżyła porodu. Hövding ze smutkiem wspomina starego koniuszego, który był też jego wychowawcą, kimś w rodzaju przybranego ojca. Przygląda się pracy cieśli i wspomina również Gunnhild, żonę Hallsteina, którą rozszarpał niedźwiedź.

Trygve patrzy gospodarzowi w oczy, kłania się i uśmiecha z zadowoleniem. Hövding odpowiada tym samym i chwali postępy robót, po czym kieruje się w stronę domu. Nagle na dziedzińcu robi się straszne zamieszanie. Wrócił myśliwy, dźwigając na plecach wielką niedźwiedzią skórę. Układa ją teraz przy studni, w której prawie nie ma wody. To największa niedźwiedzia skóra, jaką tu widziano. Sigurd dostaje polecenie, by sprowadził Åsmunda, biegnie przejęty i spotyka gospodarza przed domem. Razem wracają do studni, gdzie powoli gromadzi się tłum gapiów.

Człowiek, który przyniósł skórę, uśmiecha się, pokazując duże białe zęby, ogorzała twarz promienieje dumą.

- Proszę, tu masz mordercę Gunnhild - powiada, zwracając się do hovdinga. - Strasznie trudno było się przedostać przez to kosmate futro. Nigdy nie wbijałem swojej włóczni w twardsze ciało, a kiedy w końcu mogłem prze-ciągnąć nóż po jego gardzieli, odniosłem wrażenie, jakby w bestię wstąpiło nowe życie. Jak dotąd jeszcze nie stoczyłem trudniejszej walki.

Åsmund przygląda się zakrwawionej skórze i wie z całą pewnością, że to musiała być niemiłosierna walka. Tym razem trafił się misiowi właściwy przeciwnik. Kiedy zwierzę napadło na Gunnhild, jego przyrodnią matkę, sprawy miały się zgoła odmiennie. Dziki zwierz rozszarpał kobietę na strzępy. Åsmund nie odczuwa już goryczy ani żalu do zabitego drapieżnika. Otrzymał należną karę, a stało się tak na rozkaz Åsmunda.

- Spalcie to! - rozkazuje krótko.

Ludzie spoglądają na niego zaskoczeni. Wszyscy wiedzą, ile władzy i siły daje taka skóra swojemu właścicielowi. Åsmund wchodzi do domu, po chwili wraca z pięknym mieczem w pochwie. Przekazuje broń myśliwemu, który jeszcze się nie otrząsnął ze zdziwienia, że Åsmund podejmuje taką nieprawdopodobną decyzję. Teraz niewolnik uśmiecha się od ucha do ucha.

- No i na co czekacie? - zwraca się do otaczających go mężczyzn. - Spalcie skórę! Czy ktoś, kto nosi u pasa wspaniały miecz, chciałby używać futra takiego mordercy?

Ludzie śmieją się, paru mężczyzn zwija skórę. Wkrótce rozchodzi się swąd palonej sierści, skóra będzie tak leżeć i tlić się bardzo długo, aż w końcu nic już nie zostanie z tego, który zabił Gunnhild.

Idunn oparła swoje krosna o ścianę w izbie. Chciała mieć trochę czasu dla siebie. Alvheid pilnuje Gro i Gydy, nikt więc nie przeszkadza żonie hovdinga. Tym razem sama nie przędła ani nie farbowała włóczki, ale jest zadowolona z pracy, którą wykonały inne kobiety. Kolory są piękne i czyste. Dokładnie tak, jak lubi.

Åsmund się wykąpał i zanim przyszedł do izby, włożył czyste ubranie. Z dzbanka stojącego na stole nalewa sobie

trochę piwa do rogu. Jest zadowolony i trochę zmęczony, kiedy siada na wysokim krześle. Z przyjemnością myśli o tym, że kat Gunnhild musiał zapłacić za swój czyn życiem.

Idunn pracuje w skupieniu, on zaś siedzi pogrążony w myślach, popija piwo i obserwuje żonę. Patrzy, jak chodzi przed krosnami tam i z powrotem, przetykając pierwszą nić osnowy między pasemkami wątku. Wprawne palce pracują bez przerwy, zawsze dobrze wiedząc, co należy zrobić. Nagle Åsmund zaczyna sobie przypominać, co jeszcze te ręce potrafią. Odsuwa róg i zdecydowanym krokiem podchodzi do żony. Włóczka spada na podłogę, kiedy bierze ją w ramiona i niesie do sypialni. Idunn ze śmiechem próbuje wyrwać się z krzepkiego uścisku, ale on kładzie ją na łóżku i sam również pada na posłanie. Zwinna Idunn wyrywa się pożądliwym rękom męża. Wstaje i stawia stopę na jego piersi. Trzyma go zdecydowanie w pozycji leżącej, sama tymczasem rozwiązuje włosy, które ciężko opadają na ramiona. Jest jej z tym bardzo do twarzy.

Åsmund leży pełen oczekiwań. Oczyma płonącymi z miłości patrzy na kobietę, która daje mu tyle szczęścia. Wyczuwa jej zapach, przygląda się miękkim, kobiecym kształtom. Czuje, jak bardzo jej pragnie.

Pęk kluczy ciężko spada na podłogę, razem z nim skórzany pas. Idunn porusza biodrami, patrzy rozbawiona na męża, leżącego pod nią. Tym razem ma zamiar go dręczyć. Przedłużać to, na co czeka. Nuci cichutko pod nosem, wygładza dłońmi suknię, ujmuje na chwilę własne piersi, odchyla głowę w tył. Wzdycha z rozkoszy, przesuwając dłonie jeszcze niżej.

Zapaska i srebrne broszki idą w ślad za pasem i kluczami. Leżą rozrzucone na podłodze. Idunn patrzy na męża, który pożera ją wzrokiem. To podniecające widzieć go takim, Åsmund zrozumiał, że zona chce się bawić. Jak zawsze

okazuje cierpliwość. Leży spokojnie z oczyma, w których płonie podniecenie.

Idunn odrzuca na bok skórzane buty i wolno unosi w górę spódnicę. Pozwala mężowi patrzeć na nogi, na uda, a potem jakby zastyga z tą uniesioną w górę suknią, jakby chciała podręczyć go jeszcze trochę. Ma teraz nad nim władzę, cieszy ją pewność, że znalazł się w jej posiadaniu. Idunn wybucha śmiechem i pośpiesznie ściąga przez głowę ubranie.

Staje nad nim naga, a na jej widok Åsmundowi wilgotnieją oczy. Kołyszące się piersi, niemal ukryte w długich włosach, brzuch, noszący jeszcze ślady minionej ciąży, i wzgórek pod brzuchem, pokryty delikatnymi jasnymi włosami. Miękkie uda... Åsmund gładzi biodra żony. Wyciąga ramiona, żeby dotykać ją wszędzie, gdzie pragnie. Idunn mu w tym nie przeszkadza, klęka nad mężem. Pomaga mu ściągnąć koszulę, przesuwa jego głowę w stronę swojego łona. Broda łaskocze ją w uda. On zdaje sobie z tego sprawę, łaskocze ją jeszcze bardziej, a ona jęczy głośno. Potem Åsmund wstaje i kilkoma ruchami zrywa z siebie resztę ubrania.

Próbują nawzajem swoich ust, Åsmund z całej siły przyciska podbrzusze do ciała żony, a ona pozwala, by ułożył ją na posłaniu. Czuje ciężar mężczyzny, który się na niej kładzie, i pomaga mu dotrzeć do celu.

Czas i miejsce przestają istnieć, kiedy się w niej porusza, Idunn krzyczy głośno. Dziękuje bogom za to, że dali jej zdolność takiego pożądania. Za to, że dali jej męża, który rozumie jej potrzeby i potrafi je zaspokoić.

Niewolnice przygotowują kolację w wielkiej halli. Teraz, kiedy rybacy wrócili do domu, wszyscy domownicy nie zmieszczą się w izbie. Salbjorg i Mildfrid pieką razem

chleb. Niewolnica z południa obserwuje, jak ciepło rumieni chlebki, i obraca je, żeby się nie przypaliły.

Mildfrid, która zazwyczaj jest niewyczerpanym źródłem żartów i chichotów, siedzi teraz w milczeniu, skupiona na pracy. Salbjorg to cieszy. Ona ma o czym myśleć, ostatnio mało sypia po nocach. Złości ją wszystko, co musi robić. Sądziła, że teraz będzie już mniej zajęć, a tymczasem spada na nią coraz więcej obowiązków i plan, który wymyśliła, trzeba raz po raz odkładać na później.

Złości ją, że wszyscy mogą jej rozkazywać. Że traktują ją jak niewolnicę. Od czasu, kiedy Åsmund i jego ludzie wyrwali ją z ojczystego kraju, wciąż ma pęcherze na rękach, a zdarza się też, że, mimo młodego wieku, dotkliwie bolą ją plecy.

Wracanie pamięcią do czasu, kiedy została wyrwana z rodzinnego domu, sprawia jej ból, ale przecież sprawa ma też lepszą stronę. Przecież spotkała Åsmunda. On obudził w niej coś, czego nawet nie potrafiłaby nazwać. To nie tylko miłość do przystojnego hovdinga tak ją do niego pcha. Myśl o bogactwie i władzy jest chyba równie silna. Uwiedzenie Åsmunda to jedyny sposób na to, by mogła odzyskać życie, jakie kiedyś prowadziła. Pochodzi z wysokiego rodu i zasługuje na coś lepszego niż to, co tutaj ma.

Układa kawałki chleba na dużej tacy i wstaje, żeby rozprostować nogi. Mildfrid uśmiecha się do niej, ale Salbjorg nie jest dziś w humorze, nie ma ochoty na żadne uprzejmości. Ma teraz całkiem nowe zmartwienie. Miesięczne krwawienie się spóźnia, a ona ostatnio dziwnie źle się czuje. Podejrzenie, że być może jest w ciąży, wisi nad nią jak czarna chmura, lęk doprowadza ją niemal do szaleństwa. Nie ma Wątpliwości, że ojcem może być jedynie Magnar Ravne-metter, który wielokrotnie gasił pragnienie, które wciąż nie daje jej spokoju. Złości się, że nie była ostrożniejsza. Przez

cały czas wiedziała przecież, że to się tak może skończyć, ale lata mijały, a jej wciąż trudno było zapanować nad pożądaniem.

Przypomina sobie noc nad morzem minionego lata, kiedy Åsmund ją brał. Skoro jest w ciąży, to tylko ón powinien być ojcem. Tylko hövding jest godzien zostać ojcem jej dziecka. Co właściwie wart jest jakiś kowal w porównaniu z takim mężczyzną jak Åsmund? Choć musi przyznać, że bardzo lubi Magnara Ravnemettera, to on nie ma jej do ofiarowania nic prócz miłości i ciepła. To jasne, że tego też Salbjorg potrzebuje, ale niestety to ani nie trwa wiecznie, ani nie wystarcza.

Kiedy tak stoi pogrążona w myślach, w jej pięknej głowie zaczyna się kształtować nowy plan. Trudno byłoby zmusić Åsmunda, by wziął ją za żonę, gdyby była w ciąży, ale jeśli doprowadzi do tego, że on raz jeszcze poczuje, co może mu dać jej ciało, będzie zgubiony. Mężczyźnie trudno się rozeznać, jeśli chodzi o czas. Salbjorg uśmiecha się podstępnie. Może to jednak nie byłoby tak źle, gdyby mimo wszystko była w ciąży...

Magnar Ravnemetter stoi nad ogniem, lśniący od potu. Silne dłonie trzymają kawałek żelaza w płomieniach. Jego pomocnik, niewolnik, dmie w miechy, żeby ogień płonął jeszcze mocniej, żelazo rozgrzewa się do czerwoności i robi się miękkie. Za każdym razem, kiedy młot spada na rozżarzone żelazo, w górę strzela snop iskier. Uderzenia młota słychać i iskry widać na dole w halli, gdzie ludzie zbierają się na wieczorny posiłek. Magnar nie odczuwa potrzeby spotykania się z innymi, oni zaś żywią głęboki respekt wobec tego wysokiego mężczyzny, który potrafi podnieść ciężki młot z taką łatwością, jakby to było pióro. Ciemne włosy

opadają na plecy. Wiąże je z tyłu w koński ogon, żeby nie przeszkadzały przy pracy.

Patrzy ciemnymi oczyma na grot strzały, który właśnie robi, jest z siebie zadowolony. Nie zabraknie broni wikingom, kiedy wiosną wyruszą na wyprawę. Na stole obok leży niemal gotowa kolczuga dla Åsmunda. Ta składa się z wielu tysięcy kółeczek połączonych razem i będzie chronić hovdinga przed cięciami miecza i topora oraz przed ostrymi włóczniami. Robota zabrała mnóstwo czasu, ale hövding zamówił ją dawno temu, a przecież nawet tego lata też na wyprawę nie pojechał.

Co najmniej kilka tuzinów grotów do strzał i do włóczni jest gotowych, by oprawić je na drzewcach, każdy z nich będzie miał na sobie znak Magnara. Topory, metalowe części tarcz, noże i sprzęty domowe również znajdują się w kuźni. Magnar Ravnemetter jest bardzo zdolnym kowalem, większość drużynników Åsmunda posiada miecze, które Mag-nar wykuł tu, w tej kuźni.

W ciągu pierwszych lat pracy dla Åsmunda kowal zajęty był tylko swoim rzemiosłem. Potem popłynął z hovdingiem na wyprawę do południowych krajów, z której przywieźli Salbjorg. To Magnar wniósł ją na pokład okrętu. To na jego plecy spadały ciosy jej zaciśniętych pięści; pożądanie ogarnęło go już wtedy, a potem tylko przybierało na sile.

Tamten wieczór, kiedy przyszła do niego z własnej woli, wrył mu się w pamięć tak, jakby to było dzisiaj. Nie okazywała żadnego wahania, kiedy zdjęła przed nim prostą Wełnianą suknię, a on z wielkim zapałem starał się sprane jej rozkosz. Była w jegp^Spi^^ dzika kot-ka, potem nadeszło bard^^^etó ^oc^^których dawali sobie nawzajem zaspokojenie. Kową^iS opamięta, kiedy stwierdził, że ta dzieważyn ^$*'^1 czymś więcej niż nałożnicą. Serce muNęńÓwi, %?köjt^^ kobietę całym

ciałem, choć rozsądek nie chce dopuścić do siebie takiej myśli.

Ostatnio zauważył, że przychodzi rzadziej niż zwykle. Nabrał zresztą niejasnych podejrzeń, o co to może chodzić. Widział spojrzenia, jakie Salbjorg posyłała Åsmundowi już podczas podróży z południa, nie można było tego zrozumieć źle. Raz zdarzyło się, że leżąc przy Magnarze, wykrzyczała imię tamtego. Chyba myśli o Åsmundzie więcej, niż Magnar by chciał, ale przecież kowal wie, że Åsmund ma swoją kobietę, której nigdy nie zdradzi. Salbjorg musi się zadowolić Magnarem, a z czasem pewnie nauczy się go kochać.

Magnar unosi młot i uderza w kolejny kawałek żelaza. Niewolnik przy miechu jest zmęczony, Magnar zdaje sobie sprawę z tego, że na dziś powinni już skończyć.

Kowal nie sypia w domu czeladnym, ma własny drewniany domek na obrzeżach dworu. Åsmund pozwolił mu go zbudować, a wznieśli go razem z Folkem pierwszego lata, które Magnar spędził we dworze. Chata jest skromna, ale przytulna. Mała córeczka Magnara, Dagny, jest bardzo zręczna w różnych kobiecych pracach i utkała narzutę, którą powiesili na ścianie. Kolory są piękne, a wzór prosty, jeszcze dziecinny, na szczęście do wnętrza chaty nie dociera zbyt wiele światła, więc nie widać błędów i supełków. Jedzenie i picie dostają z dworskiej kuchni, wszystko z wyjątkiem chleba. Magnar nauczył córkę mielić ziarno, zaczyniać ciasto. Dziewczynka piecze bardzo dobry chleb, chyba mogłaby się pod tym względem równać z każdą kobietą we dworze.

Na widok Dagny kowala ogarnia smutek. Dziewczynka robi się coraz bardziej podobna do matki, zarówno jeśli chodzi o wygląd, jak i zachowanie. Magnar nie wie, czy to dobrze, czy źle, pewne rzeczy jednak wskazują, że niełatwo mu będzie kierować córką. Widział, jak się przymila do Si-gurda, i niespecjalnie mu się to podobało. To ona też do-

prowadziła do niezgody między Sigurdem i synem Eirika Skjegglosa.

Dagny ma dopiero sześć zim, a zdaniem Magnara zachowuje się tak, jakby wkrótce miała stać się dorosłą kobietą. Dziecko w tym wieku, nawet jeśli ma sporo domowych zajęć, powinno się bawić i cieszyć, Dagny jednak myśli wyłącznie o dorosłych rzeczach. Lalka, którą jej zrobił z kawałka drewna, leży w kącie, a ona opowiada wyłącznie o Sigur-dzie i o tym, co będą razem robić, kiedy dorosną. Dobrze, że dziecko ma wyobraźnię, ale przecież minie mnóstwo czasu, zanim córka stanie się dorosłą kobietą.

Magnar odpycha od siebie pełne trosk myśli i odkłada na bok narzędzia. Dumny jest z tęgo, że ma własny dom i córkę tak urodziwą jak Dagny, chociaż wie, że ona w przyszłości nieraz ściągnie na niego ból głowy.

W halli na długim palenisku wesoło trzaska ogień, a przy stole toczą się ożywione rozmowy. Ile to historii trzeba opowiedzieć, kiedy mężczyźni, łowiący przez całe lato ryby, Wrócą nareszcie do dworu. Są bardzo przejęci tym, że mają tylu uważnych słuchaczy, a piwo też robi swoje i w miarę upływu czasu historie są coraz zabawniejsze.

Rybacy opowiadają o smokach, które wyłaniają się 2 ciemnego morza, i o potworach ziejących ogniem. O olbrzymach czających się na myśliwych, o istotach nadprzyrodzonych, upiorach i wszelkich innych strachach. Ludzie siedzą zasłuchani, oczyma duszy widzą te wszystkie istoty i wydarzenia, o których mowa. Siedzą tak do późna w noc.

Åsmund i Idunn podnoszą się z miejsc jako ostatni. Hövding cieszył się tym wieczorem i z radością słuchał Wszystkich historii, niezależnie od tego, czy wierzył w nie,

czy nie. Jest coś szczególnego w tym okresie, kiedy wszyscy mieszkańcy dworu znowu gromadzą się przy stole.

Idunn wychodzi razem z mężem, a kiedy nikt ich już nie widzi, on obejmuje ją w pasie. Na dworze wciąż jest ciepło, ale powoli zaczyna padać. Åsmund odczuwa głęboką radość, kiedy tak idzie u boku Idunn i deszcz chłodzi mu twarz. Wszystko w Jotungård jest tak, jak powinno być, i w miarę jak dni mijają, decyzja, którą podjął w związku z żądaniem wolwy, by wyniósł Gro do lasu na zatracenie, coraz bardziej zamazuje się w jego głowie. Akurat w tej chwili jest silny i odporny na ciosy. Może bogowie w końcu zrozumieli, że nie ma sensu z nim walczyć?

Od dawna nie było takiej ciemnej nocy. Chmury zbijają się w sinoszarą masę, groźnie wiszą nad górami, ponure, nieprzeniknione.

Salbjorg leży bez ruchu na posłaniu i czeka, aż ludzie posną. Myśli wciąż krążą wokół tego, co ma zamiar zrobić, ale kierują się też od czasu do czasu do czarownika, który nauczył ją tak wiele o śmiercionośnej sile roślin. W dniach uczty z okazji nadania imion dzieciom ona została uroczyście mianowana prawdziwą czarownicą. Nauczyła się wszystkiego co trzeba, by odebrać człowiekowi życie, nie budząc podejrzeń, a to przecież cel, do którego dążyła.

Uśmiecha się blado w ciemności, wypełniającej ogromne pomieszczenie. Ponieważ Salbjorg jest niewolnicą, nigdy nie ujawni swoich zdolności, ale też wcale tego nie pragnie. Byleby tylko zdołała usunąć Idunn z drogi i zdobyć Åsmunda, a będzie zadowolona.

Salbjorg ściska w dłoniach malutką skrzyneczkę, którą dostała od Finna Czarownika. Skórzany woreczek z magicznymi przyborami wisi na rzemiennym sznurku na

szyi, dobrze ukryty pod samodziałową suknią. Dzisiejszej nocy nikt nie odważy się wyjść na dwór w obawie przed gniewem Tora. Wszyscy widzą przecież, jak niebo przygotowuje się na przyjście boga burzy. Salbjorg sama się boi, ale może minąć dużo czasu, zanim nadarzy się równie dobra okazja.

Siada na łóżku, wciąga samodziałową suknię przez głowę i przewiązuje się mocno pasem w talii. Skórzane buty są zimne i sztywne. Rozgląda się spłoszona dookoła, ale w ciemnościach niewiele może zobaczyć. Szansa, że ktoś inny też nie śpi, jest wielka, ale trzeba podjąć ryzyko. Jeśli ktoś spyta, może przecież odpowiedzieć, że musi wyjść do małego domku nad brzegiem. Zrywa się pośpiesznie z łóżka i biegnie do drzwi, zawiasy skrzypią lekko, kiedy je otwiera, jednak nie zwraca na to uwagi i znika w ciemnościach. Salbjorg bardzo szybko odnajduje miejsce, którego szukała. Siada wśród wrzosów i wyjmuje mały nóż, który zawsze nosi zawieszony na szyi. Nie musi mocno naciskać, by z długiego palca wycisnąć krew. Bierze przygotowany patyk i zaczyna ryć na nim runy, które zabarwia krwią ze skaleczonego palca. Jest ciemno, mało co widać, a runy muszą być odwrócone, by działały jak trzeba. Z ust wydobywa się magiczna pieśń pełna zaklęć, Salbjorg rozgrzewa się coraz bardziej. Ważne jest, żeby wszystko zostało wykonane właściwie, wciąż stara się skupić na tym, czego czarownik ją uczył. Wkrótce znajdzie się w takim stanie, że nic nie może jej przestraszyć. Nawet wtedy, gdy grzmoty zaczynają się przewalać nad ziemią na znak, że bóg burzy wyruszył, ona nie odczuwa lęku. Myśli przenoszą się do miejsc daleko stąd. Tam, gdzie nikt nie może jej dosięgnąć.

Tor pędzi po niebie wozem zaprzężonym w dwa kozły. Żelaznymi rękawicami obejmuje młot Mjollnir, a kiedy ciska go w powietrze, błyskawice przecinają ciemności. Młot nieod-

miennie wraca do swojego właściciela, który może rzucić nim ponownie, raz za razem. Z wściekłością i wielką siłą.

Salbjorg ryje ostatnie runy i unosi ramiona ku niebu. Widzi go wysoko w górze, rude włosy płoną niczym ogień wokół głowy boga. Salbjorg siedzi, a jej włosy oblepiają mokrą twarz, wargi układają się do wypowiadania słów obcych zwyczajnym ludziom. Ściska małą skrzyneczkę w dłoniach i składa duszę w ręce bogów, magiczna pieśń wciąż przybiera na sile.

Najpierw wydaje się, jakby krzyki były częścią snu. Åsmund jest na morzu, potężna fala szarpie okrętem, jakby go miała zmiażdżyć, rozbić na drobne kawałki. Czuje, że zimna woda zalewa go całego, próbuje krzyczeć, ale nie jest w stanie wydobyć dźwięku z gardła. Słyszy, że drużynnicy go wołają.

-    Åsmund, pali się!

Otwiera oczy oszołomiony, a także zdziwiony, co to się może palić, skoro zewsząd otacza ich morze. Okręt zniknął w głębinie, teraz nie słychać już innych głosów.

Nagle ktoś szarpnięciem otwiera drzwi do sypialni i woła:

-    Tor jedzie z kozłami, pali się spichlerz!

Równie dobrze Mjollnir mógł uderzyć Åsmunda w głowę. Wyskakuje z łóżka, pośpiesznie wciąga spodnie. Bosy, półnagi wybiega na dziedziniec.

Płomienie buchają, rozjaśniając ciemność, każdy, kto ma trochę siły, stara się pomagać, stając w długim szeregu, aż do morza. Drewniane wiadra, napełnione po brzegi wodą, podawane są z rąk do rąk w miarowym tempie. Kiedy docierają do ludzi tuż przy spichlerzu, woda wylewana jest na ogień, ale bale były suche i ogień trawi je łatwo. Przerażone twarze jaśnieją upiornie w blasku ognia. Spichlerz akurat

teraz jest najcenniejszym budynkiem we dworze, jak ludzie dadzą sobie radę, jeśli cały spłonie? Dwór jest duży i trzeba wykarmić mnóstwo gąb. Ktoś proponuje, że może trzeba by próbować wynieść chociaż trochę jedzenia, i natychmiast ktoś inny otwiera szeroko drzwi. Ludzie wbiegają do środka i wynoszą, co się da.

Åsmund kieruje ku niebu zaciśnięte pięści i przeklina boga, który wyrządził mu taką krzywdę. Nie widzi go, ale grzmot świadczy, że jeszcze nie odjechał.

- Ty i tobie podobni dostaniecie to, czego pragniecie, ale zostawcie Jotungård w spokoju! - woła.

I wtedy zaczyna padać, najpierw powoli, drobny deszcz, potem coraz mocniej, w końcu rozpętuje się ulewa. Åsmund z niedowierzaniem patrzy na to, co się dzieje, i nie wątpi już dłużej w słowa wolwy. Deszcz spada na płomienie i wolno, ale z wielką pewnością dławi zgłodniałe jęzory.

Hövding nie czeka, by obejrzeć szkody, jakie ogień wyrządził w spichlerzu, ale pośpiesznie wraca do sypialni. Pali się tam jedna tranowa lampka, Idunn chodzi bezradnie tam i z powrotem z Gydą w ramionach.

- Gyda nie chce przestać płakać. Dałam jej piersi, ale °na nadal krzyczy - mówi zmartwiona matka.