Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna w Swarzędzu
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 226
Rok wydania: 2000
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
magiczna opowieść
WYBRANKA
BOGOW
JANE MYSEN
tom 20.
SZAMAN
Przełożyła
Elżbieta Frątczak-Nowotny
Tytuł oryginalny serii: Utvalgt av gudene
Tytuł oryginału: Seidkraft
Tłumaczenie z oryginału: Elżbieta Frątczak-Nowotny
Ilustracja na okładce: Anita Vamartveit
Projekt okładki: Elipsa Sp. z o.o.
Korekta: Maciej Korbasiński
Skład: Elipsa Sp. z o.o.
© J. W. Cappelens Forlag a.s 2000
Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z o.o.
All rights reserved
ISBN 978-83-61226-19-2
Elipsa Sp. z o.o.
01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37 tel./fax +48 (22) 833 38 22 www.dobrasaga.pl
Printed in EU
W miarę jak Gyda i jej towarzysze podróży podążają naprzód, góry stają się coraz bardziej skaliste i jałowe. Jadą już od czterech dni i dzisiaj rano Leiv wspomniał, że powinni pozwolić koniom odpocząć. Gyda wie, że ma rację, ale jakaś niewidzialna siła każe jej kontynuować wędrówkę. Bogowie już od dawna dawali jej znaki, wiedziała, że w końcu będzie musiała im ulec. Nie po raz pierwszy wyrusza w podróż zmuszona do tego przez bogów i jak zwykle ufa, że właściwie pokierują jej krokami.
Zatrzymuje się, osłania dłonią oczy i spogląda na krajobraz. Łagodny powiew wiatru targa jej jasne, długie włosy, które opadają jej na plecy. Wokół czoła zawiązała barwną opaskę. Srebrne nitki tworzą misterny wzór. Gyda mruży oczy, usiłuje wypatrzyć coś na horyzoncie, jednak widzi jedynie bezkresny, kamienny krajobraz.
Leiv także się zatrzymał. Pełen szacunku spogląda na kobietę. Na tle błękitnego nieba wygląda niczym bogini. Siedzi w siodle dumnie wyprostowana. Niemal śnieżnobiała lniana koszula opina jej piersi i lekko zaokrąglony brzuch. Ma na sobie przepasane paskiem spodnie. Jej długie, szczupłe nogi wyraźnie się odcinają na tle derki, zarzuconej na grzbiet konia. Nogawki spodni Gyda związała wąskimi rzemykami, ma na sobie nowe buty z cielęcej skóry.
Młody wojownik podziwia kobietę za wytrzymałość, którą się wykazała. Kilka razy proponował, że weźmie Torarina, ale ona zawsze odmawia. Mały ciemnowłosy chłopiec siedzi pewnie między jej udami, jego brązowe oczy błyszczą, jakby się na coś cieszył.
Cały dzień słońce ogrzewało ich swoimi promieniami, ale w powietrzu czuje się zmianę pogody. Mink jest zmęczona upałem. Też jedzie konno, ale pozostaje w tyle za Leivem i Gydą. Niewolnica przypatruje się bezkresnym szczytom zmęczonym wzrokiem.
Mink uśmiecha się do Leiva, kiedy ten na nią patrzy, ale mężczyzna dostrzega jej zmęczenie. Dlatego zaproponował, żeby chwilę odpoczęli, Gyda jednak twardo obstaje przy swoim. Można odnieść wrażenie, że widzi tylko swojego syna i drogę, która jest przed nimi.
Leiv czuje falę miłości, wzbierającą w nim na widok młodej niewolnicy. Mink nie trzyma się tak prosto jak Gyda, wygląda nieco niezręcznie w swoim zniszczonym ubraniu, ale Leiv wie, co się pod nim kryje. Wspomina, co się zdarzyło w domku niewolników, zanim wyruszyli na wyprawę. Mink oddała mu się, pokazała mu swoje wspaniałe ciało, samo wspomnienie napawa go słodyczą. Na Odyna, ta kobieta go zauroczyła. Jakże on jej pożąda.
Gyda zerka na niebo.
Leiv wie, że kobieta ma rację, ale żal mu Mink. Zatrzymuje konia i czeka na nią. Kiedy w końcu się spotykają, Leiv bierze cugle jej konia i zaczyna go prowadzić. Neri przygląda się ukradkiem Asmundowi. Od czasu, kiedy schwytano jego córkę, høvding dziwnie się zachowuje. Przestał mówić, że musi wykonać zadanie, które bogowie mu powierzyli, kiedy Gro była jeszcze niemowlęciem. To cieszy Neriego, lecz niekiedy nadal trudno mu zrozumieć Asmunda Torkildssona. Wyraźnie widać, że rozmyśla, szuka wzrokiem córki, która podczas drogi powrotnej trzymała się głównie z Ansgarem Mądrym. Neri zastanawia się, jakie myśli kłębią się w jego siwej głowie. Czyżby rozmyślał nad tym, jak ma złożyć córkę w ofierze, czy może jednak zmienił zdanie?
Neri uczestniczył w poszukiwaniach Gro nie dlatego, że chciał, żeby została ujęta. Lubi córkę høvdinga, dawniej też ją lubił. Wyruszył jej szukać, bo przyszedł mu do głowy szalony pomysł, że gdyby doszło do rękoczynów, to mógłby im zapobiec. Ale nawet boi się pomyśleć, co mogłoby się stać, gdyby sprawy przybrały taki obrót. Zerka na grupkę mężczyzn, którzy siedzą nieco na uboczu i rozmawiają. Zimą jego drużyna odniosła spore straty w potyczce z Eldfrid i jej wojowniczkami. Gdyby doszło do walki z zaprawionymi w boju ludźmi Asmunda, mogłoby to oznaczać koniec jego młodej drużyny.
Wie, że niebezpieczeństwo jeszcze nie minęło, ale ma wrażenie, że høvding już znacznie się uspokoił. Neri ma nadzieję, że nie wynika to z tego, że jest zadowolony, że znów może kontrolować poczynania Gro.
W drodze powrotnej do dworu Asmund trzyma się nieco na uboczu, dotąd Neri nie starał się do niego zbliżyć. Teraz jednak postanawia przystąpić do działania.
Høvding podnosi głowę, widząc, że Neri się do niego zbliża.
Z początku ma wrażenie, że Asmund w ogóle nie zamierza mu odpowiedzieć, po chwili jednak høvding odzywa się cicho, jakby mówił sam do siebie:
Neri przytakuje i mówi:
Wzrok høvdinga spoczywa na Gro. Dziewczyna zdaje się całkowicie bezbronna, siedzi skulona przy ognisku, równie krucha jak wtedy, gdy zdecydował się porzucić ją w lesie.
Mężczyzna jest wyraźnie zdziwiony pytaniem, ale odpowiada od razu:
Asmund pogrąża się w swoich myślach, jednak po chwili znów się odzywa:
Asmund odrywa wzrok od córki i skupia całą swoją uwagę na mistrzu z gór.
Neri nie jest pewien, czy słusznie to odczytuje, ale odnosi wrażenie, że w oczach høvdinga pojawiła się iskierka nadziei.
Ponure myśli znów nawiedzają umysł høvdinga, który nagle wstaje i woła:
Neri wsiada na konia i czuje, jak serce bije mu mocno w piersi. Swoją mową poruszył coś w umyśle Asmunda, ma nadzieję, że skłoni go to do przemyślenia całej sprawy na nowo.
Asa wędruje niespokojnie po dziedzińcu. Co chwila spogląda ku szczytom. Nad górami zaczynają się zbierać ciężkie chmury, ale to nie nadchodząca burza najbardziej ją niepokoi. Zapewne wkrótce usłyszą głos młota Tora, Mjollnira, ale w tej chwili to Asmund Torkildsson stanowi największe zagrożenie.
Minęły już dwa dni od czasu, kiedy høvding wyruszył w góry ze swoją drużyną, Asa oczekuje, że wkrótce powrócą. Ma nadzieję, że Gro udało się uciec, ale nie ma pewności. Asmund jest doświadczonym wojownikiem, czy kobieta sobie z nim poradzi? Ansgar Mądry towarzyszył Gro, ale kupiec nie jest w stanie wiele zdziałać przeciwko høvdingowi i jego drużynie.
Asa załamuje ręce w rozpaczy. Co sprawia, że Asmund tak się zachowuje? Czemu stawia siebie ponad wszystko? Bo tym razem tak właśnie jest. Potężny wódz powinien to rozumieć. Chce dokończyć to, co zaczął, kiedy Gro była dzieckiem. Wtedy wydał swoje dziecko dzikim bestiom na pożarcie, lecz bogowie sprawili, że na jego drodze pojawiła się wolwa Torden Tora. Zabrała dziewczynkę do siebie w góry i wychowała jak własną. Jeśli przeznaczeniem Gro była śmierć, to czemu bogowie na to pozwolili? Asa nie ma żadnych wątpliwości. Bogowie mieli inne plany wobec tego głuchoniemego dziecka.
Asmund mówi o sobie, że nie jest wierzący. Czemu więc uparł się zrealizować ten plan? Czyżby chciał w ten sposób pokazać, że jest człowiekiem czynu?
Toralv siedzi na progu. Z lękiem przygląda się kobiecie, która najwyraźniej nie może zaznać spokoju. Asa dzisiaj nawet nie upięła swoich rudych włosów, które teraz zakrywają jej szerokie plecy. Ma na sobie czarną suknię, spod której widać jej bose stopy. Srebrne ozdoby i jej czarodziejski woreczek spoczywają na jej obfitym biuście, w jej zielonych oczach, które cały czas czegoś wypatrują, jest niepokój.
Toralv spostrzega Askella i oddycha z ulgą. Brat zbliża się do niego sprężystym krokiem, w dłoni trzyma mocno łuk, który kilka dni temu dostał od Klenga. Nad ramieniem widać górną część kołczanu i pióra strzał. Za opaskę wetknął dwa pióra kruka, co Toralvowi kojarzy się z Arntorem Skaldem. On też podobnie się stroił, chociaż z wyglądu Askell w ogóle go nie przypomina. Jest typem człowieka z Północy, ma jasną cerę, jasne włosy, niebieskie, łagodne spojrzenie.
Askell jest ubrany tak samo jak Toralv, w brązowe spodnie i kolorową tunikę. Ma jednak szerszy pasek z klamrą misternej roboty, bardziej zdobną niż klamra u paska jego brata. Toralv rusza w jego stronę, widzi wyraźnie, że brat jest jednak od niego starszy. Jest wyższy, wygląda jak młody mężczyzna.
Askell omija Asę szerokim łukiem. Zerka jedynie w jej stronę, a w jego wzroku widać szacunek do wieszczki. Chłopiec czuje, że kobieta otacza się potężnymi siłami, domyśla się też, co ją tak bardzo martwi. Od chwili, kiedy Asmund wyruszył w góry ze swoimi ludźmi, Asa nie może znaleźć sobie miejsca. Pewnie się niepokoi, co stanie się z Gro, jeśli Asmund ją znajdzie.
Askell podchodzi do brata.
Toralv promienieje z dumy i rusza za bratem. W ciągu ostatniej zimy Askell nie tylko urósł, ale w ogóle wydoroślał. Stał się bardziej roztropny, Toralvowi bardzo imponuje sposób, w jaki mówi. Widać też, że bardzo się troszczy o innych. Toralv wyraźnie to czuje.
Niedaleko Elgtun jest mała polanka, na samym środku stoi tam potężny drewniany słup. Askell podchodzi do niego, bierze gałązkę i wtyka ją w jedną z głębokich szpar w drewnie.
Askell patrzy na brata obrażony.
Toralv postanawia więcej się nie odzywać, ale z trudem powstrzymuje uśmiech, widząc, jak brat naciąga łuk i wypuszcza strzałę. Strzała ląduje daleko od celu, wbija się w pień drzewa rosnącego poza polanką.
Toralv bierze w ręce piękną broń, uśmiecha się. Nie chce wypaść gorzej od brata.
Łuk jest długi, ale Toralv chwyta go sprawnie prawą dłonią. Bierze strzałę, którą brat mu daje, i napina łuk. Serce bije mu mocno w piersi, kiedy wypuszcza strzałę. Robi to jednak nieumiejętnie i strzała pada tuż obok jego stóp.
Teraz kolej Askella, żeby się śmiać.
Toralyowi robi się wstyd, ale nagle dzieje się coś, co sprawia, że chłopcy zapominają, po co tu w ogóle przyszli.
Z gór dochodzi ich dźwięk rogu i nagle na zboczu zaczyna się roić od wojowników. Chłopcy zapominają o rywalizacji. Biegną w stronę dworu, wbiegają na dziedziniec równo z Asmundem i jego wojownikami. Konie mają pianę na chrapach, mężczyźni wyglądają na zmęczonych. Na koniu przed høvdingiem siedzi jego córka, blada, ze zmierzwionymi włosami.
Asa zatrzymuje się. Nieruchomym wzrokiem wpatruje się w grupę wojowników. Napięcie między Asmundem a Gro jest wyraźnie wyczuwalne, ale w oczach høvdinga wieszczka dostrzega jakby coś nowego.
Asmund nie patrzy na zebranych ludzi. Schodzi z konia i podaje rękę Gro, żeby pomóc jej zejść. Gro lekceważy jego gest, spuszcza się z końskiego grzbietu, nie zaszczycając ojca nawet spojrzeniem. Poprawia suknię i dumnie wyprostowana rusza w stronę białego domu. Asmund daje znak swoim wojownikom i jeden z mężczyzn podąża za nią. Kiedy Gro wchodzi do domu, wojownik staje przy drzwiach, opiera się plecami o ścianę.
Wieszczka przygląda się starzejącemu się høvdingowi. Nie przesadziła. Asmund jest przystojnym mężczyzną. Nie jest wysoki, ale dobrze zbudowany, wciąż jeszcze trzyma się prosto. Tunika wymaga naprawy, ale tworzące misterny wzór złote nitki wyraźnie świadczą o jego wysokim pochodzeniu. Podobnie jak miecz przy jego boku. Spodnie zrobione są z grubego materiału i zakrywają cholewy butów. Na szyi wisi przepiękny młoteczek Tora.
Wzrok mężczyzny spotyka wzrok starej kobiety, Asa dziwi się, widząc nagły przebłysk ciepła w jego brązowych oczach. Widzi, że Asmund stara się to ukryć, jednak niedostatecznie dobrze. Czyżby zmienił zdanie, kiedy odnalazł córkę? Asa modli się w duchu, żeby tak właśnie było. Gro nie zasłużyła sobie na cierpienie. Życie ją już doświadczyło dostatecznie.
- Wracaj do swojej koźlej skóry! - mówi Asmund, gładząc srebrnosiwą brodę.
Asa nie odpowiada, tylko wbija w niego swój wzrok. Zadowolona zauważa, że mężczyzna jej się poddaje.
Kobieta siada na stołku na zewnątrz domu. Posyła strażnikowi pełne pogardy spojrzenie, mężczyzna aż się kuli. Gotów jest walczyć z każdym, kto włada bronią, ale przed kobietami takimi jak Asa czuje respekt. Kobieta opiera się o drewnianą ścianę i ciężko wzdycha. Ma wrażenie, że to ona siedzi na straży
Asmund uwalnia konia z uprzęży i wpuszcza go do zagrody Patrzy na dumne zwierzęta, ale ich nie widzi. Jego myśli wędrują gdzieś daleko, od momentu, kiedy ujęli w górach Gro, jest pogrążony w swoich rozmyślaniach.
Mimo że bardzo starał się zachować dystans wobec córki, to jednak nie do końca mu się to udało. Kiedy są razem, Asmund widzi jej podobieństwo do zmarłej żony i bardzo cierpi z tego powodu. Gyda także przypomina ją wyglądem, ale ma w sobie coś, czego jej matka nigdy nie miała: upór. Asmund wie, że to po nim odziedziczyła tę cechę charakteru, i współczuje córce; nieraz popadał w tarapaty właśnie z powodu własnego uporu.
Natomiast Gro... Asmund znów pogrąża się w swoich myślach. Nawet wobec siebie trudno mu przyznać się do swojej słabości. Nie spodziewał się, że jego uczucia wobec Gro się zmienią w porównaniu z tym, co czuł, kiedy zobaczył ją pierwszy raz w Elgtun. Ogłosił już, że pragnie złożyć ją w ofierze, a teraz zastanawia się, jak to zmienić. Co powiedzą jego ludzie, jeśli okaże się słaby? Czy pójdzie w świat wieść, że jest tchórzem? Asmund kręci głową, nie chce się okazać tchórzem, nigdy na to nie pozwoli.
Zdecydowanym krokiem rusza w stronę białego domu. Widok Asy, która zdaje się spać na ławce przed domem, sprawia, że zmienia zdanie. Nie czuje się na siłach rozmawiać z nią teraz i dobrze wie, dlaczego. Boi się, że kobieta sprawi, iż objawi inną stronę swojego charakteru. Tę, którą kiedyś objawiał swojej żonie i dzieciom. Asmund zastanawia się, co się z nią stało. Kiedy był w Jotungard, czuł swoją miłość do Gydy, ale po tym, jak kiedyś złożył w ofierze złoczyńcę, zauważył, że Gyda się od niego oddaliła. Nawet więzy krwi nie były w stanie zmienić złych stosunków, jakie panowały między nimi, kiedy odpływał do krainy Danów. Ansgar jest zmęczony po podróży. Nie było dość koni, żeby w powrotnej drodze wszyscy mogli jechać konno, musiał też sam nieść część pakunków. Poruszali się szybko, czuje dotkliwy ból mięśni. Poza tym jednak Ansgar nie może powiedzieć, że był źle traktowany, wręcz dziwi się, jak dobrze høvding się do niego odnosi, mimo że przecież uciekł z jego córką.
Kupiec długo spaceruje po dziedzińcu, zanim w końcu podejmuje decyzję. Musi porozmawiać z Gro, cokolwiek się stanie. Wydaje się spokojny, kiedy kieruje swoje kroki w stronę białego domu, ale pozory mylą.
Gdy jest już prawie przy drzwiach, strażnik zagradza mu drogę. Trzyma dłoń na rękojeści miecza.
- Na twoim miejscu wpuściłabym kupca do wewnątrz! - odzywa się Asa, przerywając ciszę. Wstaje, jej postać robi wrażenie na mężczyźnie pilnującym wejścia do domu. Rozgląda się niespokojnie.
Wojownik kręci głową.
wieszczce nawet na krok.
Wojownik oddycha z ulgą i posłusznie robi krok w bok.
Ansgar patrzy zdziwiony na høvdinga. W jego głosie pojawiło się jakieś nowe brzmienie.
Dwaj mężczyźni wchodzą do środka. Asa rozsądnie zostaje na zewnątrz. Nie chce niczego zepsuć Ansgarowi.
Gro siedzi przy długim stole. Podnosi głowę i patrzy na mężczyzn, którzy wchodzą do izby Jej twarz jest spuchnięta od płaczu, w dłoni trzyma kościany grzebień, dotyka go palcami.
Kiedy podchodzi do niej Ansgar, na jej twarzy pojawia się przelotny uśmiech. Gro uczesała swoje długie, jasne włosy, które teraz spływają jej po plecach.
- Dobrze się czujesz? - pyta Ansgar; widać, że jest zmartwiony.
Gro przytakuje i posyła surowe spojrzenie Asmundowi, który zatrzymał się przy drzwiach.
Høvding nie daje po sobie poznać, o czym w tej chwili myśli, ale targają nim sprzeczne uczucia. Jego córka siedzi tu, nieszczęśliwa, zawiodła się na nim - na własnym ojcu.
Nagle staje przed nim Idunn, poznaje ją. Jego żona płacze, patrzy na niego z wyrzutem, w jej oczach jest smutek i rozpacz. Asmund odsuwa od siebie obraz, ale niepokój go nie opuszcza. Co się dzieje? Czy obraz żony to ostrzeżenie z zaświatów? Po raz kolejny zaczyna mieć wątpliwości. Może powinien ustąpić? Zagryza zęby, oddala od siebie niedające mu spokoju myśli.
Zaczyna padać, z nieba spadają pierwsze krople deszczu. Zachmurzyło się, jakby niebo też szykowało się do walki. Asa otula się szczelniej peleryną. Ma wrażenie, że czuje zimno dochodzące z Asgardu. Bogowie są przeciwni temu, co Asmund zamierza, wieszczka ma nadzieję, że høvding odkryje to, zanim bogowie ześlą na nich kolejne nieszczęścia.
Gyda spuszcza się z końskiego grzbietu. Trzyma przy sobie Torarina. Chłopiec ssie kciuk i mruży oczy, jest wyraźnie znużony podróżą.
Mink czuje ulgę. Nareszcie będzie mogła wyprostować swoje sztywne członki. Z wdzięcznością przyjmuje pomoc Leiva, który chwyta ją w pasie i niemal zdejmuje z konia. Przez chwilę czuje jego ciało przy swoim. Nagle mężczyzna ją puszcza, ale chwila wystarczyła, żeby zdążyła zobaczyć w jego oczach miłość.
Trzeba zdjąć pakunki z koni. Kiedy wnoszą do jaskini ostatnie tobołki, zaczyna padać deszcz. Słychać, jak krople rozpryskują się o skały, Gyda otula Torarina peleryną. Chłopiec chwyta róg grubego materiału i wyciera nim oczy.
Mink bierze derkę, która jeszcze przed chwilą leżała na końskim grzbiecie, i rozkłada ją na nierównym podłożu. Następnie znajduje kosz z żywnością. Uśmiechając się, rozdziela chleb, ser i suszoną rybę. Od ostatniego posiłku minęło sporo czasu, smakowity zapach jedzenia sprawia, że wszystkim zaczyna lecieć ślinka.
Posiłek przebiega w milczeniu. Na zewnątrz pada deszcz, nagły grzmot przypomina, że nadchodzi burza. Gyda wzdryga się. Asa radziła jej nie zapominać o bogu burzy podczas wędrówki, ale rudowłosy As ją przeraża. Gyda wbija zęby w kawałek sera, przygląda się Mink, która nawet nie próbuje ukryć, jak bardzo się boi burzy.
Wkrótce dociera do nich zapach wilgotnej ziemi i wrzosów Leiv już wstał. Kuca teraz w wejściu do jaskini, żując kawałek chleba, który dawno już wysechł i zrobił się twardy.
Mink przytakuje, siedzi skulona na derce.
Leiv się nie odzywa. Zapomniał o chlebie, który trzyma w ręku, skupiony przygląda się czemuś na zewnątrz.
Torarin zasnął. Spod peleryny wystaje tylko jedna ręka.
Gyda wstaje i podchodzi do czujnego młodzieńca. Klęka obok niego i mruży oczy, wypatrując w deszczu.
Leiv patrzy na nią z przyganą.
Gyda patrzy w ślad za jego palcem. Wpatruje się w przestrzeń, aż zaczynają ją boleć oczy, ale nie jest w stanie niczego dojrzeć. Już ma zażartować z przywidzeń Leiva, kiedy nagle dostrzega postać człowieka. Widzi go tylko chwilę, potem postać znika. Zaczyna się zastanawiać, czy jednak nie było to przywidzenie, kiedy znów spotyka wzrok Leiva.
Gyda przytakuje.
Leiv przerywa jej:
Podnosi się i naciąga pelerynę na głowę.
Leiv przez moment przygląda się z powagą obu kobietom i znika w deszczu.
Dzień zaczyna się mieć ku wieczorowi. Asmund siedzi w długim domu razem ze swoimi ludźmi, jest mu ciężko, zarówno na ciele, jak i na duszy. Życie czasem bywa trudniejsze, niżby sobie tego życzył, teraz też oczekuje się od niego zbyt dużo. Przysłuchuje się rozmowom przy długim stole, ale myślami jest gdzie indziej. Cały czas ma przed sobą obraz Gro, a może jest to Idunn? Czy Gyda?
Nagle wstaje, w izbie zapada cisza, kiedy oświadcza, co ma się dokonać następnego dnia. Widzi szacunek ludzi, ale i strach. U niektórych także niedowierzanie i chociaż Asmund nie jest skory się do tego przyznać, rozumie, że to, co robi, może niektórym wydać się szaleństwem.
Powiedziawszy to, opada ciężko na krzesło. Jakby opuściły go wszystkie siły, bierze jednak róg z napitkiem i podnosi jakby nigdy nic. Ze względu na bogów nie wolno mu okazać słabości. Przez chwilę udaje mu się utrzymać swoją dumną pozę, lecz nagle cała sytuacja wydaje mu się bez sensu.
Jako pierwszy z mężczyzn postanawia iść się położyć. Opuszcza izbę, nikt nie próbuje go zatrzymać. Zapowiedział wszystkim, czego jutro mogą się spodziewać. Nie może dłużej zwlekać z uroczystością ofiarowania, nękające go wątpliwości stają się nie do wytrzymania. Gdy już będzie po wszystkim, odnajdzie spokój.
Kiedy wychodzi na zewnątrz, po twarzy chłosta go deszcz. Asmund podnosi rękę pod peleryną, osłania twarz i rusza biegiem w stronę białego domu.
Wewnątrz jest pełno dymu, ale jest ciepło i miło. Ansgar położył się na podłodze w swoim śpiworze. Asmund jest niezadowolony, że kupiec pozwala sobie na takie zachowanie, ale tym razem postanawia nie zwracać uwagi na jego nazbyt swobodne postępowanie. Bierze skrzynkowe krzesło i siada na nim odwrócony plecami do alkowy. Gro nie wyjdzie niezauważona.
W izbie po chwili słychać już tylko spokojne oddechy śpiących mężczyzn: Ansgara i Asmunda. Na palenisku tli się ogień, po jakimś czasie dopala się.
Najpierw widzi tylko cień... potem zbliża się do niego... Idunn... Nawet we śnie przestaje oddychać. Jego ciało ogarnia tęsknota, pragnie wziąć ją w ramiona. Asmund usiłuje wyjść jej na spotkanie, lecz nieważne, jaką drogę pokonuje, ona pozostaje równie daleko.
I wtedy odzywa się do niego. Głos jej brzmi tak, jak Asmund go pamięta. Jest łagodny i pełen miłości, ale wyczuwa w nim coś jeszcze... smutek...
- Czemu to robisz, Asmundzie? Czemu jesteś taki uparty? Nie widzisz, ile bólu sprawiasz sobie i wszystkim dookoła?
Próbuje odpowiedzieć, ale głos ugrzązł mu głęboko w gardle.
Asmund wie, że widzi Idunn po raz ostatni, jeśli nie zrobi tego, o co ona go prosi, ale czy może jej ulec? Nawet we śnie czuje się upokorzony...
Nagle się budzi. Czuje, że ubranie lepi mu się do skóry, oddycha z trudem. Pochyla się do przodu, zaczyna łapać powietrze. Podnosi ręce do głowy, ma wrażenie, że zaraz mu pęknie po tym, co przed chwilą widział. Idunn ma powód, żeby go dręczyć, teraz widzi ją i we śnie, i na jawie. Czuje strach, wstaje, zaczyna chodzić niespokojnie po ciemnej izbie.
Ma wrażenie, jakby coś ciągnęło go w stronę alkowy. Przesuwa krzesło, uważając, żeby nie dotknęło drzwi. Ans-gar śpi jak dziecko, høvding przygląda się mu uważnie, zanim wchodzi do alkowy, gdzie śpi Gro, jego córka.
Uchyla drzwi, stoi i nasłuchuje. W alkowie jest cicho jak w grobie, dobrze wie dlaczego. Gro nie śpi. Asmund zaczyna krzesać ogień, zapala lampkę tranową.
Gro nie ma w łóżku, siedzi skulona w kącie. Jedną rękę trzyma uniesioną nad głową, jakby chciała się bronić przed uderzeniem. W jej oczach jest strach.
Asmund siada na brzegu łóżka.
Gro patrzy na niego, nie do końca mu wierząc, ale opuszcza rękę. Podciąga kolana, opiera na nich brodę. Ma szeroko otwarte oczy, jest gotowa na najgorsze.
Gro czuje ucisk w żołądku, obejmuje mocniej nogi, jakby chciała zdusić jakiś ból. Usta ma zaciśnięte, czuje, jak krew zamienia się w niej w lód. Mężczyzna, który przed nią siedzi, sprawi, iż wkrótce wyruszy do Hel; ten mężczyzna to jej ojciec. Kiedy o tym myśli, pogrąża się we wszechogarniającym smutku.
Asmundowi nie jest łatwo. Jego uczucia i jego wola staczają ze sobą długą walkę, zanim odzywa się zduszonym głosem:
Ma wrażenie, że Gro go nie rozumie, i już chce powtórzyć, kiedy ona nagle wstaje. Przywiera do drewnianej ściany i stoi. Po jej oczach widać, że mu nie ufa. Asmund podnosi się i rusza w jej kierunku. Wyciąga ręce w przyjaznym geście, ale Gro wzdryga się i cofa jeszcze bardziej, jakby chciała przeniknąć przez drewnianą ścianę.
Asmund opuszcza ręce, zwisają teraz wzdłuż jego ciała. Nagle czuje się jak starzec. Jakby opuściła go cała energia, odwraca się bez słowa i wychodzi.
Gro stoi i drży. Trzyma w dłoniach młoteczek Tora, błaga boga burzy, by użyczył jej nieco swojej siły. Bezsilność staje się trudna do wytrzymania, bolesna jest myśl, że dla Asmunda jest warta tyle, że gotów jest złożyć ją bogom w ofierze. Ma wrażenie, że się dusi.
Asmund nie zwraca uwagi na Ansgara, który budzi się ze snu i siada. Patrzy zdziwiony na høvdinga, który chwyta swoją pelerynę i wybiega. Co się stało? Ansgar szybko staje na nogi, na szczęście położył się, nie rozbierając się, i wybiega do sypialnej izby.
Lniana koszula Gro opina jej ciało, podkreśla jej kobiece kształty, Ansgarowi dech zapiera na jej widok. Na jej pięknej twarzy maluje się rozpacz, włosy opadają na wątłe ramiona. Niebieski wzrok spotyka jego spojrzenie, w jej oczach widzi czułość, jakiej dotąd nie znał. Mężczyzna nie może się opanować, podchodzi do niej, obejmuje ją. Przytula Gro do siebie, chłonie zapach jej włosów. Czuje, że kobieta mu się poddaje, odwzajemnia jego uścisk. Nagle jej ciało zaczyna drżeć, Ansgar gładzi ją po włosach, po plecach, pozwala jej wypłakać swój smutek.
Deszcz siecze go w twarz, lecz Asmund nie czuje zimnych kropli, kiedy dużymi krokami rusza w stronę fiordu. Tor spuszcza na niego swe gromy, błyski znaczą drogę Mjollnira po nieboskłonie. Asmund czuje mdłości, ma dość siebie, życia.
Na dworze nie ma nikogo. Nawet wojownicy wolą się schować przed złością bogów.
