Wybranka bogów (6). Niewierrna - Jane Mysen - ebook

Wybranka bogów (6). Niewierrna ebook

Jane Mysen

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kartuzach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 294

Rok wydania: 2000

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



magiczna^opowieść

WYBRANKA BOGOW

JANE MYSEN

tom 6.

NIEWIERNA

Przełożyła Zuzanna Byczek

Tytuł oryginalny serii: Utvalgt av gudene

Tytuł oryginału: Trolos

Tłumaczenie z oryginału: Zuzanna Byczek Ilustracja na okładce: Anita Våmartveit Projekt okładki: Elipsa Sp. z ó.o.

Korekta: Maciej Korbasiński Skład: Elipsa Sp. z o.o.

© J. W. Cappelens Forlag a.s 2000

Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z o.o.

All rights reserved

ISBN 978-83-61226-05-5

Elipsa Sp. z o.o.

01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37

teL/fax +48 (22) 833 38 22

INFORMACJE ® (0 22) 624 16 07

1

Pustkę bezdroża przecina pstrokaty orszak. Obładowane ciężkimi bagażami konie, kilku zbrojnych mężczyzn i dwie kobiety przeprawiają się przez góry.

Gyda dosiada fiorda. Prosto trzyma się w siodle, długie jasne włosy spływają na ramiona. Wygląda pięknie. Męski strój jedynie podkreśla jej urodę. Białą koszulę wyszyła własnoręcznie. Na piersi spoczywa młoteczek Tora. Koński rząd też wspaniale się prezentuje. Ogłowie lśni, gdy promienie słońca odbijają się w srebrnych ozdobach. Siodło jest drewniane; wyryto na nim runy ochronne. Wzbudzą respekt w każdym, kto je przeczyta. Napis głosi: „Ta kobieta jest wybranką bogów, niech podróżuje w pokoju”.

Jest jeszcze coś, co sprawia, że Gyda, córka Åsmunda, przyciąga wzrok - otóż w siodle przed nią siedzi wilcze szczenię. Od czasu do czasu wilczek wije się jak szalony, próbując wyrwać się na wolność, ale delikatne, lecz stanowcze dłonie uspokajają go za każdym razem. Trzeba czasu, żeby oswoić dzikie zwierzę. Gyda patrzy z czułością na szczeniaka, cicho do niego przemawia. Czuje satysfakcję za każdym razem, kiedy udaje jej się go uspokoić.

Córka hovdinga powinna być już zmęczona po czterech dniach podróży, ale świadomość tego, że z każdym krokiem jest bliżej domu, Jotungård, dodaje jej sił.

Towarzyszy jej niewolnica imieniem Malmfrid. Gyda uśmiecha się. Jadąca tuż obok Malmfrid odpowiada promiennym uśmiechem. W jej oczach pojawił się blask, którego nie było przed wyjazdem z domostwa Aggrima. Gyda zna tego przyczynę. Niewolnica straciła głowę dla Rikolva Białego, wysłanego z Jotungård, aby towarzyszyć im w drodze. Wygląda na to, że ciepłe uczucia, którymi obdarza go Malmfrid, nie są mu niemiłe.

Gyda nie ma więc z Malmfrid zbyt wiele pożytku. Niewolnica spędza większość czasu z Rikolvem. Nie na taką towarzyszkę podróży liczyła Gyda. Z początku czuła irytację, gdyż doskwierała jej samotność, ale przestało jej to przeszkadzać, gdy dostała wilczka. Szczeniak dotrzymuje jej towarzystwa i daje tyle radości - nie tylko dlatego, że jest taki piękny, ale również dlatego, że dostała go od Arntora Skalda.

Patrzy w jego kierunku, ale szybko odwraca wzrok. Serce bije tak mocno, że boi się, iż pozostali to zauważą. Za każdym razem, gdy spogląda na Arntora, przepełniają to uczucie - jest przyjemne, ale jednocześnie podszyte bólem. Ta wyprawa odbywa się przecież z jej powodu. Jedzie na własny ślub, Tord Avaldsson już czeka na nią w domu. Została mu przyrzeczona, kiedy jeszcze ssała pierś matki. Gyda nie śmiałaby się sprzeciwić woli ojca, Åsmunda Torkildssona. Trygve Skald, który został jej opiekunem po tym, jak ojciec zaginął wiele lat temu, przekazał jej życzenie. Choć wtedy protestowała, to teraz wie, że nigdy nie przeciwstawi się tej decyzji. Skald nie stanowi odpowiedniej partii dla kobiety wysoko urodzonej. Zresztą to nie pochodzenie Arntora jest największym problemem.

Gyda zerka nań ukradkiem. Widać, że skald pochodzi z obcych stron, ale wygląda piękniej i wspanialej niż większość mężczyzn. Brązowe oczy budzą w niej tęsknotę za ojcem. Chociaż wyjechał, kiedy była jeszcze małym dzieckiem, to jego spojrzenie na zawsze wyryło się w jej pamięci. Kryły się w nim ciepło, miłość i opiekuńczość.

Ciemna karnacja zdradza, że Arntor musi pochodzić z dalekich stron. Wyróżniają go także sięgające ramion kruczoczarne włosy, w które wplótł dla ozdoby kilka barwnych piór. Błękitny płaszcz też nie wygląda jak typowy strój ludzi Północy. Zdobiący go haft to niespotykany w tych stronach wzór we wszystkich kolorach tęczowego mostu Bifrost. Na żółtej tunice połyskuje złota ozdoba w kształcie dużej monety. Gyda widziała już u niego wiele ozdób. Nie dziwi jej to. Utalentowani skaldowie często dostają nagrody za swą twórczość, a niejednemu udało się zebrać w ten sposób całkiem pokaźny majątek.

Nagle na myśl przychodzi jej Trygve i miły nastrój zmienia się w przygnębienie. Wspomnienia tego, co zdarzyło się w Jotungård podczas jej zaręczyn, stają przed nią jak żywe. Znów słyszy krzyk wojowniczek, widzi lecący w jej stronę oszczep. Trygve ją uratował, zasłaniając ją własnym ciałem. Oddał życie, aby ją ocalić. Gydę przeszywa przejmujący ból. Próbuje oderwać myśli od tamtych wydarzeń i wrócić do teraźniejszości. Czuje, że szczeniak wierci się niespokojnie. Przesuwa dłońmi po jego ciepłym ciałku.

Już nie brakuje jej rozmów z Malmfrid. Od dawna nie była tak zadowolona. Tej nocy szczeniak leżał u jej boku w namiocie, na posłaniu ze świerczyny. Raz obudziła się, gdy zaczął się niespokojnie kręcić, ale szybko udało jej się go uspokoić. Gyda czuje radość, kiedy wilczek okazuje jej przywiązanie. Jeszcze musi minąć trochę czasu, nim zwierzę całkiem się oswoi, ale Gyda potrafi czekać.

Gdy zapada zmierzch, podróżni zatrzymują się. Stawiają namioty, zbierają drewno na opał. Malmfrid ma pełne ręce roboty z przygotowaniem posiłku, Gyda włącza się do pomocy. Wilczek leży, przywiązany do drzewa, obserwując bacznie każdy ruch w obozowisku.

Wkrótce rozchodzi się rozkoszny zapach jedzenia. Mężczyźni zbierają się wokół wiszącego nad ogniem kociołka i za pomocą czy to noży, czy innych narzędzi, które akurat mają pod ręką, wyławiają duże kawałki mięsa. Ślinka leci im na widok kruchego mięsiwa. Po całym dniu podróży, podczas której prawie się nie zatrzymywali, głód daje się porządnie we znaki.

Przywódca wyprawy, Sveinbjorn Samotny, posila się, siedząc nieco na uboczu. Ciemnymi oczami wodzi od jednego uczestnika wyprawy do drugiego, ale najczęściej zatrzymuje wzrok na Arntorze i Gydzie. Podejrzewa, że między tym dwojgiem dzieje się więcej, niż przyzwoitość nakazuje. Sveinbjorn już się cieszy na myśl, że opowie o tym Tordowi. Jeszcze ich nie

złapał na gorącym uczynku, ale spojrzenia, które sobie posyłają, nie pozostawiają żadnych wątpliwości.

Mrucząc z zadowolenia, podnosi do wąskich ust wypełniony piwem róg. Przeciąga długie, chude ciało, potem krzyżuje nogi. Czubkiem języka maca złamany ząb. Umysł pracuje gorączkowo. W taki czy inny sposób musi zdobyć dowody na to, co podejrzewa. Tord Avaldsson i tak pojmie Gydę za żonę. Wnosi ona pokaźne wiano. Ale po zawarciu małżeństwa bez trudu będzie mógł przejąć jej majątek. Sveinbjorn jest pewien, że wówczas i on nieźle skorzysta na posagu Gydy, co może się okazać lepszą zdobyczą niż jakikolwiek łup wojenny.

Zebrani przy ognisku snują opowieści, właśnie nadeszła kolej Gydy. Opowiada o Idunn i jabłkach. Słuchacze siedzą cicho, nikt nawet nie podnosi do ust rogu z piwem. Jak zaczarowani śledzą fascynującą historię. Gyda potrafi opowiadać. Jej włosy lśnią w blasku ognia, oczy skrzą się. Gyda zmienia głos odpowiednio do rozwoju akcji.

-    Wszyscy kiedyś się zestarzejemy - zaczyna starczym, łamiącym się głosem. Jednocześnie przygarbią plecy.

Słuchacze kiwają głowami.

Gyda nadaje oczom znużony wyraz i wciąga wargi.

-    Czego byśmy nie oddali za jabłka Idunn. Zapewnią wieczną młodość każdemu szczęściarzowi, który wejdzie w ich posiadanie.

Wyciąga dłoń, udając, że zrywa owoc. Rusza ustami, jakby brała duży kęs, i gryzie z zapałem. Można by niemal uwierzyć, że naprawdę zjada jedno z tych tak pieczołowicie strzeżonych jabłek. Jej plecy powoli się prostują, usta wracają do normalnego kształtu, głos znów brzmi czysto i wyraźnie:

-    Wszyscy wiemy, że Asowie nie zawsze byli w posiadaniu tych owoców. Teraz opowiem, jak pewnego razu zostali wywie-dzeni w pole i jak o mały włos' nie stracili zarówno jabłek, jak i samej Idunn...

Arntor sadowi się wygodnie. Teraz może wpatrywać się w Gydę do woli, a nikt tego nie zauważy. Gyda to centrum. Arntor nie może oderwać od niej wzroku, chłonie widok ko-

biety, która tak go oczarowała. Jej głos przenika do jego uszu, jest jak pieszczota. Nigdy jeszcze nie słyszał tak świetnie opowiadanej historii.

-    Pewnego razu Odyn, Loke i Hone wyruszyli na długą wędrówkę. Dotarli na pustkowie, gdzie trudno było o jedzenie. Ja-dąc przez jakąś dolinę, zobaczyli pasącego się wołu i zabili go bez namysłu, tak byli głodni. Ciesząc się na czekającą ich ucztę, rozpalili ogień.

Gyda przerywa na chwilę, aby słuchacze wczuli się w opowieść. Spogląda na Malmfrid i Rikolva, siedzących obok siebie - jeszcze nie całkiem blisko, ale zdecydowanie bliżej niż chwilę wcześniej. Gyda odrywa od nich wzrok i wraca do opowiadania.

-    Asowie czekali cierpliwie, aż mięso się upiecze, ale mimo że czas płynął, wciąż było surowe. Ponawiali próby, jednak za każdym razem działo się to samo. Nagle usłyszeli głos, mówiący: „To ja sprawiłem, że mięso ciągle jest surowe. Jeśli się ze mną podzielicie, postaram się o to, żeby się upiekło”. Rozejrzeli się, aby się dowiedzieć, skąd głos dochodzi, i na czubku drzewa, pod którym siedzieli, ujrzeli orła. Asowie nie odmówili mu posiłku. Jednak gdy orzeł wciąż zabierał najlepsze kąski, Loke wpadł w szał i zamachnął się na orła kijem. E3j utkwił w grzbiecie ptaka, który zerwał się do lotu i pociągnął Lokego za sobą. Orzeł leciał tak nisko, że kamienie i skały rozrywały ciało Lokego. Krzyczał i błagał, ale ptak zgodził się puścić go jedynie pod warunkiem, że uprowadzi dla niego Idunn. Wtedy Loke zrozumiał, że został oszukany, a pod postacią orła ukrył się olbrzym Tjatse. Loke bez trudu wywabił Idunn z Asgardu, opowiedziawszy jej, że znalazł jabłoń rodzącą piękne owoce i że zaprowadzi do niej Idunn, aby mogła porównać je ze swoimi jabłkami. Nie zdążyli nawet dojść do lasu, gdy nadleciał Tjatse i porwał Idunn.

Gyda znów robi pauzę. Tym razem kieruje wzrok na Sveinbjorna. On odwzajemnia spojrzenie, ale Gyda widzi, że czuje się niepewnie. Podnosi rękę i zakłada włosy za ucho, jednak kosmyki opadają z powrotem.

złapał na gorącym uczynku, ale spojrzenia, które sobie posyłają, nie pozostawiają żadnych wątpliwości.

Mrucząc z zadowolenia, podnosi do wąskich ust wypełniony piwem róg. Przeciąga długie, chude ciało, potem krzyżuje nogi. Czubkiem języka maca złamany ząb. Umysł pracuje gorączkowo. W taki czy inny sposób musi zdobyć dowody na to, co podejrzewa. Tord Avaldsson i tak pojmie Gydę za żonę. Wnosi ona pokaźne wiano. Ale po zawarciu małżeństwa bez trudu będzie mógł przejąć jej majątek. Sveinbjorn jest pewien, że wówczas i on nieźle skorzysta na posagu Gydy, co może się okazać lepszą zdobyczą niż jakikolwiek łup wojenny.

Zebrani przy ognisku snują opowieści, właśnie nadeszła kolej Gydy. Opowiada o Idunn i jabłkach. Słuchacze siedzą cicho, nikt nawet nie podnosi do ust rogu z piwem. Jak zaczarowani śledzą fascynującą historię. Gyda potrafi opowiadać. Jej włosy lśnią w blasku ognia, oczy skrzą się. Gyda zmienia głos odpowiednio do rozwoju akcji.

-    Wszyscy kiedyś się zestarzejemy - zaczyna starczym, łamiącym się głosem. Jednocześnie przygarbią plecy.

Słuchacze kiwają głowami.

Gyda nadaje oczom znużony wyraz i wciąga wargi.

-    Czego byśmy nie oddali za jabłka Idunn. Zapewnią wieczną młodość każdemu szczęściarzowi, który wejdzie w ich posiadanie.

Wyciąga dłoń, udając, że zrywa owoc. Rusza ustami, jakby brała duży kęs, i gryzie z zapałem. Można by niemal uwierzyć, że naprawdę zjada jedno z tych tak pieczołowicie strzeżonych jabłek. Jej plecy powoli się prostują, usta wracają do normalnego kształtu, głos znów brzmi czysto i wyraźnie:

-    Wszyscy wiemy, że Asowie nie zawsze byli w posiadaniu tych owoców. Teraz opowiem, jak pewnego razu zostali wywie-dzeni w pole i jak o mały włos' nie stracili zarówno jabłek, jak i samej Idunn...

Arntor sadowi się wygodnie. Teraz może wpatrywać się w Gydę do woli, a nikt tego nie zauważy. Gyda to centrum. Arntor nie może oderwać od niej wzroku, chłonie widok ko-

biety, która tak go oczarowała. Jej głos przenika do jego uszu, jest jak pieszczota. Nigdy jeszcze nie słyszał tak świetnie opowiadanej historii.

-    Pewnego razu Odyn, Loke i Hone wyruszyli na długą wędrówkę. Dotarli na pustkowie, gdzie trudno było o jedzenie. Ja-dąc przez jakąś dolinę, zobaczyli pasącego się wołu i zabili go bez namysłu, tak byli głodni. Ciesząc się na czekającą ich ucztę, rozpalili ogień.

Gyda przerywa na chwilę, aby słuchacze wczuli się w opowieść. Spogląda na Malmfrid i Rikolva, siedzących obok siebie - jeszcze nie całkiem blisko, ale zdecydowanie bliżej niż chwilę wcześniej. Gyda odrywa od nich wzrok i wraca do opowiadania.

-    Asowię czekali cierpliwie, aż mięso się upiecze, ale mimo że czas płynął, wciąż było surowe. Ponawiali próby, jednak za każdym razem działo się to samo. Nagle usłyszeli głos, mówiący: „To ja sprawiłem, że mięso ciągle jest surowe. Jeśli się ze mną podzielicie, postaram się o to, żeby się upiekło”. Rozejrzeli się, aby się dowiedzieć, skąd głos dochodzi, i na czubku drzewa, pod którym siedzieli, ujrzeli orła. Asowie nie odmówili mu posiłku. Jednak gdy orzeł wciąż zabierał najlepsze kąski, Loke wpadł w szał i zamachnął się na orła kijem. Kij utkwił w grzbiecie ptaka, który zerwał się do lotu i pociągnął Lokego za sobą. Orzeł leciał tak nisko, że kamienie i skały rozrywały ciało Lokego. Krzyczał i błagał, ale ptak zgodził się puścić go jedynie pod warunkiem, że uprowadzi dla niego Idunn. Wtedy Loke zrozumiał, że został oszukany, a pod postacią orła ukrył się olbrzym Tjatse. Loke bez trudu wywabił Idunn z Asgardu, opowiedziawszy jej, że znalazł jabłoń rodzącą piękne owoce i że zaprowadzi do niej Idunn, aby mogła porównać je ze swoimi jabłkami. Nie zdążyli nawet dojść do lasu, gdy nadleciał Tjatse i porwał Idunn.

Gyda znów robi pauzę. Tym razem kieruje wzrok na Sveinbjorna. On odwzajemnia spojrzenie, ale Gyda widzi, że czuje się niepewnie. Podnosi rękę i zakłada włosy za ucho, jednak kosmyki opadają z powrotem.

Gyda uśmiecha się. Po tej stronie Sveinbjorn ma tylko połowę ucha, blizna poniżej zaś nadaje mu groteskowy wygląd. Musiało boleć, kiedy to się stało. Nos, nieforemny i krzywy, też pewnie swoje wycierpiał w niejednej walce.

Ludzie wiercą się niespokojnie, czekając na dalszy ciąg. Gyda podejmuje opowieść:

- Wkrótce Asowie zaczęli się starzeć. Wezwano Loke-go przed sąd. Zaklinał się na wszystkie świętości, że sprowadzi Idunn z powrotem, jeśli tylko będzie mógł pożyczyć od Frei jastrzębie upierzenie. Przemieniony w jastrzębia poleciał Loke w góry Jotunheim, do Trymheim, domostwa Tjatsego. Zastał Idunn samą. Zamienił ją w orzech, chwycił w szpony i poleciał z powrotem do Asgardu. Gdy tylko Tjatse odkrył, co się stało, przybrał postać orła i zaczął ścigać Lokego. Ujrzawszy orła ścigającego jastrzębia, Asowie ułożyli wokół Asgardu stosy wiórów i podpalili je w momencie, gdy orzeł przelatywał nad nimi. Orle pióra zajęły się ogniem, a bez nich Tjatse był bezbronny. Asowie zabili go bezlitośnie. I tak Idunn wróciła do Asgardu, gdzie prędko rozdała swe jabłka i Asowie wkrótce odzyskali młodość.

Wokół ogniska zapadła cisza. Opowieść dała wszystkim do myślenia, a myślenie o starości to najgorsze, co może być. To ostatnia rzecz, o jakiej marzą wojownicy; chcą oni zginąć w walce, młodzi, w pełni sił, tak aby Odyn zabrał ich ze sobą do Walhalli.

Gyda spostrzega, jak cicho się zrobiło. Widzi snopy iskier ulatujące w niemal czarne niebo. Podchodzi do śpiącego szczeniaka. Bez słowa rozwiązuje sznur i ciągnie za sobą wilczka, który niechętnie wlecze się za swą panią.

Odchylając połę namiotu i wchodząc do środka, czuje na plecach spojrzenia. Świadomość, że jej opowieść zrobiła wrażenie, napełnia ją spokojem. To jeden z powodów, dla których została wybranką bogów - sprawia, że historie o bogach stają się powszechnie znane, a jej talent w tej dziedzinie nie powinien nikogo rozczarować.

Arntor zaczyna dzień od kąpieli. Po trudach poprzedniego dnia jest wykończony, ale wraz z potem i brudem zmywa z siebie całe zmęczenie.

Pływa chwilę, po czym kieruje się do brzegu. Po kąpieli czuje się silny i wypoczęty. Żwawym krokiem zmierza do miejsca, gdzie zostawił ubranie. Ale ubranie zniknęło i Arntor gapi się w zdumieniu. Jest jeszcze bardziej zdziwiony, gdy dostrzega Sveinbjorna, siedzącego na kamieniu z jego przyodziewkiem w ręku.

- Tego może szukasz?

Sveinbjorn uśmiecha się obłudnie. W Arntorze narasta niechęć do dziwaka.

- Rzuć je tutaj!

Usilnie próbuje zachować spokój. Czuje się zupełnie bezbronnie, stojąc tak przed Sveinbjornem, który bezczelnie gapi się na jego intymne części. Arntor próbuje zakryć się dłonią, ale wkrótce daje temu spokój.

- Mógłbym dostać swoje ubranie? - głos jest teraz mocniejszy i Arntor przeklina się za to, że nie potrafi bardziej go ściszyć. Ostatnia rzecz, jakiej sobie teraz życzy, to ciekawska publiczność.

Sveinbjorn najwidoczniej nie ma ochoty spełniać rozkazów Arntora. Zaczyna wywijać ubraniem nad głową, aż w końcu spodnie wpadają do wody. Arntor rusza po nie, paskudnie klnąc. Musi długo brodzić, zanim w końcu udaje mu się ich dosięgnąć. Słyszy ochrypły śmiech Sveinbjorna. Najwyraźniej uwielbia on mieć nad innymi przewagę. Arntor rzuca mu chmurne spojrzenie.

- Nie widzę w tym nic śmiesznego - mówi z wściekłością i władczo unosi dłoń.

- O ile mi wiadomo, nie miałbyś nic przeciwko temu, gdyby to Gyda zabrała ci ubranie - odpowiada Sveinbjorn szyderczo.

Arntor rozgląda się czujnie. A jeśli ktoś słyszał? Nie. Nikogo nie widać. Nie potrafi ukryć, jak wielką poczuł ulgę.

- Nie masz żadnych podstaw, żeby twierdzić coś podobne-

go. - Mówiąc to, próbuje nadać głosowi groźne zabarwienie, ale sam czuje, że zabrzmiało to blado i nieprzekonująco.

- Czyżby? - Sveinbjorn chichocze, a jego twarz wykrzywia się złośliwie. - Bywa, że oczy mówią więcej niż słowa - dodaje aluzyjnie.

Po czym bierze w palce koszulę Arntora, chwilę macha nią ponad taflą wody i w końcu puszcza. Arntor rzuca się i łapie ją w locie. Wybiega na brzeg i zwinnie niby ryś rzuca się w stronę Sveinbjorna. Nie powinny ujść mu na sucho bezczelne odzywki i niecne czyny.

- Stój! - głos Gydy rozlega się tak niespodziewanie, że Arntor aż podskakuje z przestrachu.

Nie zdążył włożyć koszuli i nie czuje się dobrze, pokazując obnażony tors. Niezdarnie próbuje wciągnąć ubranie przez głowę, ale nie jest to takie proste, gdyż nie dość, że stoi niepewnie, to ciało wciąż ma mokre po kąpieli.

- Wydaje mi się, że macie coś lepszego do roboty niż stać tu i się kłócić - mówi Gyda szorstko, ale w kąciku ust czai się uśmiech. Arntor stanowi nie lada widok, stojąc tak w mokrych spodniach i krzywo włożonej koszuli. Sveinbjorn rzuca Cydzie drwiące spojrzenie, po czym znika w zaroślach.

Gyda czeka, aż Arntor podejdzie bliżej. Śmieje się głośno. Jej śmiech, tak szczery i pełen życia, sprawia, że Arntor kompletnie traci głowę. Tak często o niej myślał. Fantazjował, tęsknił. Choć w głowie tłuką się ostrzegawcze myśli, nie potrafi dłużej ukrywać swych uczuć. Oplatając ramieniem szczupłą talię, patrzy Cydzie głęboko w oczy.

- Nie powinnaś się śmiać, Gyda, to jest śmiertelnie poważne.

Gyda widzi zbliżające się wargi i czuje siłę uścisku, w którym się znalazła. Wie, że powinna go za to złajać, ale nie potrafi. Ona też nie jest w stanie ukryć silnych uczuć, jakie dla niego żywi. Chętnie podaje mu usta i napotyka język, szukający jej języka. Nogi się pod nią uginają. Już wcześniej tak ją całował. Gyda rozkoszuje się tą chwilą, tak jakby to były jej ostatnie sekundy w Midgardzie. Brak jej tchu, a policzki płoną, kiedy w końcu udaje jej się uwolnić z objęć Arntora.

- Jak śmiesz, Arntorze Skaldzie! - mówi zdyszana i w tym samym momencie słyszy trzask łamiących się gdzieś za nią gałęzi. Ktoś tam był i Gyda domyśla się, kto. - Sveinbjorn! Opowie wszystkim o tym, co właśnie widział.

Arntor kręci głową i znów próbuje zbliżyć się do Gydy. Gyda widzi, jak jego męskość rozsadza obcisłe spodnie. Czuje się zupełnie zamroczona, kiedy ponownie przyciąga ją do siebie. Silne ręce błądzą po jej ciele, gotowym na przyjęcie go. Dół jego brzucha napiera na jej brzuch. Jej ciało przenika drżenie, jakie wywołać może tylko pożądanie.

- Nie! - wbrew sobie jeszcze raz uwalnia się z jego ramion. - Długo nie pożyjesz, jeśli zrobisz to, o czym myślisz. Tord jest mściwy, a stoi za nim potężny ród. Musimy przestać. To może nas oboje doprowadzić do zguby. Przyszłam tylko, aby podziękować za prezent.

Wyrywa mu się, odwraca gwałtownie i znika w lesie.

Arntor czuje się zraniony, choć wie, że nie ma ku temu żadnego powodu. Ośmielił się ubiegać o względy Gydy i wprawił w ruch... no tak, tylko bogowie wiedzą, co. Arntor czuje, jak narasta w nim nienawiść do Sveinbjorna. Cały czas ten odstręczający padalec próbuje utrudniać mu życie. Powinien ponieść karę. Myśl znika równie szybko, jak się pojawiła. Gdyby próbował coś zrobić, naraziłby się na poważne konsekwencje, gdyż pozostali uczestnicy wyprawy to drużynnicy, wiernie podążający za swym wodzem. Arntor nie ma ochoty zakończyć tej podróży jako pokarm dla dzikich zwierząt, na to życie jest zbyt cenne. Zaciska zęby i rusza w kierunku obozowiska.

Następnego ranka wokół ogniska jest ciszej niż zwykle. Gyda wydaje się niespokojna. Kończy siodłać konia, podczas gdy inni jeszcze nie zaczęli. Daje Tryggowi wilczka do powąchania. Wierny wierzchowiec niepewnie kładzie uszy po sobie. Zapach dzikiego zwierzęcia budzi w nim lęk, choć przecież wymieszał się już z zapachem jego właścicielki. Gyda nie śpieszy się. Po chwili Trygg się uspokaja i Gyda siada na końskim grzbiecie.

Odjeżdża na bok. Potrzebuje być przez chwilę sama po tym, co się wydarzyło. Szczeniaka trzyma przed sobą w Siodle. Nagle przychodzi jej do głowy, że przecież musi znaleźć dla niego imię, i w tym samym momencie już wie, jak się będzie nazywał. Varg. Tuląc szczeniaka, szepcze mu jego imię do ucha. Głaszcze miękką sierść, aż zwierzę uspokaja się w jej ramionach.

Wkrótce reszta dołącza do niej. Przejeżdżając obok, Sveinbjorn posyła jej swój najpaskudniejszy uśmiech. Gyda woli zignorować złośliwe spojrzenie. Pyta, którędy pojadą. Sveinbjorn wyciąga rękę w lewo.

-    Dziś nie będziemy długo jechać - odpowiada krótko. - Powinniśmy dotrzeć nad fiord, kiedy słońce będzie stało wysoko. Tam będziemy odpoczywać przez resztę dnia. Konie potrzebują tego po męczącej podróży.

Sveinbjorn patrzy na wierzchowca, który ucierpiał z jego winy. Gdyby tylko miał więcej czasu, wybrałby lżejszą trasę i takie rzeczy nie miałyby miejsca.

Gyda kiwa głową i pozwala, aby Sveinbjorn ją wyprzedził. Arntor podjeżdża do niej. Gyda unika jego wzroku. Wciąż czuje na ciele palący dotyk jego dłoni, wciąż czuje na ustach jego smak. Gyda wie, że musi uważać. To nie ona, lecz Arntor ucierpi najbardziej, jeśli ludzie zaczną gadać. Nie zostanie oszczędzony. Zarówno w rzeczywistości, jak i we śnie widziała, jak Tord potrafi karać. Narażać Arntora na jego gniew - to ostatnia rzecz, jakiej by sobie życzyła.

2

Docierają nad fiord, gdy słońce stoi najwyżej na niebie, dokładnie tak jak mówił Sveinbjorn. Gyda czuje, jak opuszcza ją przygnębienie. Jakby widok wody dawał jej nowe życie. Podjeżdża do niej Rikolv.

-    Obiecałem Sorlemu, że nauczę cię lepiej władać bronią. Jeśli córka hovdinga nie ma nic przeciwko, chętnie rozpocząłbym trening dzisiaj, skoro mamy zatrzymać się na dłuższy odpoczynek. .

Gyda uśmiecha się ciepło.

-    Idealnie.

Rikolv jest dumny, że dostał tak zaszczytne zadanie. Jest świetnym wojownikiem i podoba mu się, że będzie mógł przekazać komuś swe umiejętności.

Gyda zsiada z konia i uwalnia go od bagaży. Varg tuli się u jej stóp. Gyda wyjmuje długi sznurek i zawiązuje go wokół szyi szczeniaka, tak aby jej nie uciekł. Zwierzę już zdążyło dać jej wiele nieopisanej radości. Zapomniała o epizodzie z Arnto-rem i Sveinbjornem. Nie dba o to, że inni dziwnie na nią patrzą, gdy schodzi nad fiord.

Varg idzie za nią niepewnie. Obwąchuje wszystko wokół, podkulając ogon pod siebie. Gyda uśmiecha się, siada w kucki i woła go do siebie. Wilczek odsuwa się od niej tak daleko, jak pozwala na to długość sznurka. Siada odwrócony do niej grzbietem, udając, że go nie ma. Gyda przemawia do niego spokojnie i siada na kamienistej plaży. Mają dużo czasu, a ona. nie chce niczego przyśpieszać.

Sveinbjorn pomaga postawić namiot córki hovdinga. Wy-daje się bardziej zadowolony i chętny do pomocy niż do tej pory. Mężczyźni odprężają się. Cieszą się na czekający ich odpoczynek. Niektórzy przygotowują sprzęt do łowienia ryb. Pe-

wien rosły, krzepki mąż wyjmuje wszystko, co potrzebne do zrobienia wnyków. Teraz będzie trochę czasu na polowanie. Mężczyźni rozmawiają żywo.

Sveinbjorn śledzi rozwój wydarzeń, jednocześnie nie spuszczając z oczu Malmfrid.

Rikolv nie jest zainteresowany tym, co się dzieje. Ogląda broń, której później będą używać on i córka hovdinga. Cieszy się, że będzie mógł pokazać jej, co potrafi.

Malmfrid krząta się dokoła i niezbyt uważnie słucha, o czym rozmawiają ludzie. Martwi się o Gydę, która wydaje się taka nieobecna. Czuje, że musi to mieć coś wspólnego ze skaldem, bo on też nie jest taki jak zwykle. Dwie głębokie zmarszczki widnieją na gładkim czole. Malmfrid odgarnia niesforne kosmyki i rusza nad fiord, aby przynieść wody. Nie zauważa podążającego za nią mężczyzny. Nie dostrzega łakomego spojrzenia i złego uśmiechu wąskich, zaciśniętych warg.

Na powierzchni wody nie widać najmniejszej zmarszczki. Malmfrid stoi przez chwilę, rozkoszując się otaczającym ją pięknem. Jej myśli biegną ku Rikolvowi. Uśmiecha się bezwiednie. Rikolv jest świetny. Miły, opiekuńczy i zawsze w dobrym humorze. Przy nim czuje się szczęśliwa, a serce bije szybciej. Dobrze wiedzieć, że nie jest się komuś obojętną. Malmfrid wyraźnie przeczuwa, że podczas tej podróży coś się między nimi wydarzy. Jednocześnie wprawia ją to w uniesienie i pełne napięcia oczekiwanie. Minęło wiele zim, odkąd ostatnio miała mężczyznę, i cieszy się, że być może zbliża się chwila, gdy znów będzie jej dane doświadczyć rozkoszy.

Gapi się na nią, ukryty pośród brzóz. Serce tłucze się w piersi na myśl, że wkrótce będzie jego. Widział, jak Rikolv jej nadskakuje, i zauważył, że nie jest jej to niemiłe. Rikolv może tylko żałować, że tak się ociągał, bo teraz Sveinbjorn dokończy to, co tamten zaczął. Z doświadczenia wie, że kobiety lubią, jak je się bierze ostro, i nawet mu na myśl nie przyjdzie, że Malmfrid mogłaby sobie tego nie życzyć. W jego oczach jest taka jak inne.

Patrzy łakomie na okrągłe pośladki, wyraźnie rysujące się pod suknią, gdy Malmfrid się pochyla. Piersi zwisają ciężko, a gęste włosy spadają na twarz, skrywając błękitne oczy, w których na jego widok zawsze pojawia się niechęć. Dobrze będzie ją ujarzmić, na nic te wyniosłe spojrzenia.

Malmfrid zauważa go dopiero, gdy stoi tuż za nią. Odwraca się i niespodziewanie napotyka oczy Sveinbjorna. Ciemne spojrzenie napełnia ją lękiem, ostrzega, co mu chodzi po głowie. Malmfrid próbuje ukryć strach, pozdrawiając go wesoło. Twarz Sveinbjorna jest jak wykuta w kamieniu. Kiedy ją chwyta, Malmfrid wie, co on myśli - że jest już za późno. Z przerażenia wypuszcza wszystko z rąk, dłoń Sveinbjorna dusi wydobywający się z jej ust krzyk.

- Spróbuj pisnąć, to za chwilę sobie popływasz - syczy, kiwając głową w stronę fiordu. - Zresztą sama przecież marzysz o tym, co zaraz zrobię.

Obleśny głos budzi w niej mdłości, próbuje go odepchnąć, ale opór zdaje się jedynie podsycać żądzę Sveinbjorna. Przyciąga ją mocno do siebie i przyciska do jej warg swoje. Język jest jak wąż, kiedy wije się w jej ustach. Malmfrid myśli o tym, co Sveinbjorn powiedział. Nie wątpi, że naprawdę byłby zdolny odebrać jej życie, jeśli mu nie ulegnie. Jeszcze nie chce umierać. Przypomina sobie Rikolva i.czuje przypływ siły. Zniesie to dla niego. Musi wytrzymać.

Sveinbjorn kładzie ją na kamienistej plaży, nie napotykając oporu. Malmfrid ogarnia niemoc. Sveinbjorn podciąga jej suknię do pasa, jednocześnie zsuwa z siebie spodnie. Malmfrid dusi wydobywający się z jej gardła krzyk, kiedy Sveinbjorn się w nią wdziera. Ból byłby taki sam, nawet gdyby nie zrobił tego od razu. Nie jest i nigdy nie będzie dla niego gotowa.

Po kilku ruchach Sveinbjorn opada bez sił. Spocony, cięż-:ego, pch uczuć,

ko oddycha. Malmfrid czujej^drazęJ nienawiść do 1 właśnie skończył w niejjtffi$#J^'^^ kryje V gdy Sveinbjorn podnoy^S^Ygapi^f^a nią.

- Niezła jesteś - cw^yruśmiecha^cSil złośliwie Nie odpowiada, patgy ffitóyMtaói prósło w oczy

r. Jego od

dech budzi w niej mdłości. Jego widok i myśl o tym, co właśnie zrobił, sprawiają, że nie może się powstrzymać. Odwraca się na bok i wymiotuje pomiędzy kamienie, zimne i twarde w zetknięciu z ciepłą skórą. Sveinbjorn siada, klnąc. Malmfrid widzi, jak wyciera się jej suknią z samodziału i wstaje. Szybko zakrywa broń, którą właśnie ją przebił. Na ustach widnieje krzywy uśmieszek.

- Pomyśl tylko, jak często będziemy mogli tak się zabawiać podczas podróży - mówiąc to, wyszarpuje nóż z pochwy i pochyla się nad Malmfrid.

Malmfrid czuje dotyk ostrza na szyi i wstrzymuje oddech. Czy Sveinbjorn wyśle ją teraz do Hel? Czy jej ofiara była nadaremna? Z ulgą widzi, jak Sveinbjorn zabiera nóż z powrotem. Odwraca się od niej, zostawia tę, nad którą przed chwilą się pastwił, na kamienistej plaży, przerażoną. Malmfrid leży tak dłuższy czas, drżąc, pełna lęku i bólu, aż nadchodzi płacz.

W końcu wstaje, bierze pod pachę ubranie i wchodzi do fiordu, daleko, aż woda sięga jej do pasa. Przyjemnie chłodzi rozgrzaną skórę. Malmfrid próbuje się umyć, usunąć ślady brudnych rąk Sveinbjorna, ale zdaje sobie sprawę, że to na nic. Już nigdy nie będzie czysta.

Rikolv z takim zapałem próbuje przekazać Cydzie swe umiejętności, że wywołuje to u niej uśmiech. Zawsze dobrze strzelała z łuku i wojownik szczerze chwali jej wyczyny. Równie sprawiedliwy jest przy ćwiczeniach z oszczepem, który pada daleko od celu.

- Z tym trzeba coś zrobić! - głos Rikolva brzmi poważnie. - Jak sobie poradzisz, jeśli ktoś cię napadnie?

Prędko idzie po oszczep. Wraca i staje obok. Cyda przygląda mu się uważnie. Widzi prężące się pod koszulą mięśnie przedramienia, gdy unosi oszczep do rzutu. Broń przecina powietrze i trafia prosto w środek tarczy. Imponujące!

Rikolv uśmiecha się szeroko i ponownie idzie po włócznię. Teraz kolej Gydy. Stara się z całych sił, wszystko próbuje robić

dokładnie tak jak Rikolv, ale nie udaje się jej nadać broni odpowiedniego kierunku. Wzdycha ciężko, idąc po oszczep. To nie będzie takie proste.

Wraz z zapadnięciem zmierzchu do obozu wracają z łowów mężczyźni. Zdobycz jest pokaźna, ale dla tylu osób nie na długo starczy. Sveinbjorn oświadcza, że następnego dnia zabierze ze sobą kilku ludzi i zdobędzie więcej zapasów, skoro konie i tak mają odpoczywać. Nieprzypadkowo pośród wybranych na tę wyprawę jest Arntor. Sveinbjorna cieszy zaskoczone spojrzenie, które posyła mu skald. Wyruszą skoro świt.

Sveinbjorn jest zadowolony. Wszystko zdaje się iść zgodnie z planem. Wpatruje się w Malmfrid, milczącą po ostatnich wydarzeniach. Właśnie tak powinno być. Patrząc na krągłe pośladki czuje ponownie budzącą się żądzę. Niewolnica nie uśmiecha się tak często jak wcześniej. Udało mu się ją poniżyć, tak jak sobie tego życzył. Z radością zauważa, że Malmfrid siada do posiłku z dala od Rikolva. Sveinbjorn nigdy nie zaliczał go do grona dobrych przyjaciół. Zbytnio się różnią. Denerwuje go promieniująca z Rikolva szczerość i optymizm. Jedyna korzyść z tego taka, że do kogo by nie zajechali, są przyjmowani życzliwie. Sveinbjorn spluwa do ogniska i podnosi się. Chce się wcześniej położyć, aby dobrze wypocząć przed zbliżającym się polowaniem.

Leżąc w śpiworze, uważnie śledzi, co się dzieje w obozowisku. Nie boi się, że Malmfrid się wygada. Za bardzo go szanuje. Tak jest zawsze. Proste niewolnice najpierw zgrywają niedostępne, a potem, jak już przyjdzie co do czego, marzą tylko o tym, żeby brał je taki mężczyzna jak on.

Wzdycha zadowolony i wygodnie układa się na posłaniu. Jest chłodnawo, ale niebo jest jasne i bezchmurne. Rano też powinna być ładna pogoda.

Gyda jeszcze leży w namiocie, kiedy następnego ranka Sveinbjorn budzi wszystkich, którzy mają ruszyć na łowy. Arn-

tor jest śpiący i nie bardzo ma ochotę towarzyszyć komuś, kto wyraźnie się na niego uwziął. Nie dziwi go, że Sveinbjorn nie opowiada o tym, co widział. Jednym słówkiem nie pisnął na temat Gydy i Arntora. Jest przebiegły i ma jakiś plan. Poczeka na odpowiednią okazję, by jego słowa mogły im naprawdę zaszkodzić.

Mężczyźni siadają wokół ognia, który nie zdążył wygasnąć przez noc. Choć trudno znieść Sveinbjorna, jest on dobrym przywódcą. Taka pozycja nie stanowi dla niego problemu, zachowuje się jak przystało wodzowi. Wyznaczeni ludzie trzymają straż, inni regularnie dorzucają drew do ogniska, aby odstraszyć dzikie zwierzęta.

Myśliwi w milczeniu zagłębiają się w gąszcz lasu. Po zimnej nocy trawę pokrywa szron, oddechy zmieniają się w parę. Arntor jest porządnie ubrany, wie jednak, że za chwilę zrobi mu się ciepło. Jest w dobrej formie, nie zamierza opóźniać marszu.

Z rozkoszą wdycha zimne powietrze. Bogowie przyrody jak dotąd okazali się łaskawi i oby tak było dalej. W wielu miejscach leży jeszcze sporo śniegu, choć oznaki wiosny są już wyraźne. Za kilka dni dotrą do dworu Steingrima i Alvy, córki Steinara, zgodnie z wytycznymi Sorlego. Arntor z łatwością odnajduje drogę w tej podróży; jechał tędy już kilka razy. Pozostali też bez problemu obierają właściwy kierunek, ale Sveinbjorn zdążył pokazać, że lubi czasem wybrać trudniejszą drogę.

Wrogie nastawienie Sveinbjorna nie budzi u Arntora zdziwienia. Nie on jeden jest taki. Każdy ma prawo zachowywać się tak, jak mu się podoba. Żeby tylko nie odnosił się tak lekceważąco do Gydy. Niczyjej uwadze nie uszła jego wyniosłość. Oczywiście zachowuje wobec niej należne względy, ale pewnych rzeczy nie trzeba mówić wprost. Arntor odnosi nieprzyjemne wrażenie, że ich przywódca jest uprzedzony w stosunku do Gydy. Arntor jest pewien, że chodzi o władzę. Gyda pochodzi z możnego rodu i być może dla tego typu mężczyzny co Sveinbjorn jest to trudne do zniesienia.

Arntor wzdycha głęboko. Nie jest łatwo odgadywać cudze intencje.

Zerka ukradkiem na idącego obok Sveinbjorna. Mężczyzna ciężko oddycha, krople wilgoci osiadły na brodzie i sterczących z nozdrzy włosach. Trudno nazwać go pięknym, ale chuda sylwetka budzi respekt. Ucho, z którego pozostała tylko połowa, blizna poniżej i wykrzywiony nos świadczą o tym, że mężczyzna jest zaprawiony w bojach. Sveinbjorn ubrał się lekko mimo panującego chłodu. Jego strój jak zwykle odznacza się wyszukanym krojem i starannym szyciem. Wszyscy mężczyźni mają przy sobie broń, a za pasem Sveinbjorna tkwi obosieczny topór. Broń jest bogato zdobiona, na stylisku wyryto runy zwycięstwa. Słowa te mają go chronić i zapewnić triumfy na polu walki. Z prawego biodra zwisa miecz, który zawsze towarzyszy swemu właścicielowi. Arntor z zaciekawieniem spogląda na rękojeść ozdobioną pięknym srebrnym filigranem. Sveinbjorn pochodzi zapewne z wysokiego rodu, więc trudno chyba oczekiwać czegoś innego. Sam przecież wspominał, że łączy go z Tordem bliska przyjaźń.

Arntor jest ciekaw przyszłego męża Gydy. Niejedno już o nim słyszał i jak na razie nie odniósł dobrego wrażenia. Chciwość i żądza władzy - to słowa stale pojawiające się w związku z postacią hovdinga. Arntor zastanawia się, czy to przypadkiem nie duże podobieństwo pomiędzy Tordem i Sveinbjornem zdecydowało o tym, że są sobie tak bliscy. Jeśli Tord jest taki jak Sveinbjorn, to raczej trudno oczekiwać, aby Arntor mógł go polubić. Polubić... Arntor uśmiecha się smutno. Jak mógłby polubić tego, z którym Gyda ma dzielić łoże?

Po długim marszu, dopiero około południa, zatrzymują się na odpoczynek. Siadają na małym wzniesieniu. Jak okiem sięgnąć wszędzie rosną gęste świerki. Panuje całkowita cisza. Sveinbjorn jest naburmuszony i opryskliwy. Rozgląda się, marszcząc brwi, i przeklina każde drzewo z osobna. Po co tu rosną? Przez nie tylko nie widać zwierzyny. Żuje energicznie kawałek chleba, suchy i twardy. Mimo że nie smakuje jak świeże wypieki, można się nim najeść.

Patrzy na skalda, który wygląda oburzająco dobrze. Łapie się na tym, że zazdrości mu urody i silnego ciała. Nic dziwnego, że

córka hovdinga czuje do niego pociąg. Sveinbjorn wie, że przystojny mężczyzna, który w dodatku potrafi się pięknie wysłowić, zawsze będzie miał powodzenie u kobiet. Na Sveinbjornie wiersze nie robią wrażenia. Co innego opowieść Gydy. Niemal widział ich wszystkich przed sobą, Tora, Odyna i Honego. Córka hovdinga wie, jak to robić, bez dwóch zdań, ale wątpliwe, by potrafiła rządzić we dworze lepiej niż mężczyzna.

Nagle ciszę przerywa beczenie. Sveinbjorn chichocze.

- No to mamy zwierzynę - mówi, podnosząc się z miejsca.

Mężczyźni patrzą z niedowierzaniem, gdy wyciąga topór zza pasa i rusza w dół wzniesienia, tam skąd dochodzi beczenie. Wstają i idą za nim. Wszyscy są tego samego zdania. To się nie godzi. Ale co innego mają robić, jeśli nie słuchać rozkazów tego, który został wyznaczony na przywódcę? W dodatku przecież potrzebują jedzenia.

Owce pasą się spokojnie na otoczonej drzewami polanie. Kiedy mężczyźni podchodzą bliżej, zaczynają poruszać się, zaniepokojone. Arntor naliczył pięć dorosłych owiec i osiem jagniąt. Sveinbjorn rozgląda się, chichocząc. Tak jak inni zdaje sobie sprawę, że w pobliżu może być pasterz i że na pewno nie odda zwierząt dobrowolnie.

- Bierzemy trzy sztuki, bo są strasznie chude. Jedną dorosłą i dwoje jagniąt - mówi cicho Sveinbjorn. Jest wyraźnie podekscytowany całą sytuacją.

Arntor wstrzymuje oddech. Instynkt podpowiada mu, żeby trzymał się z daleka, lecz mimo to podąża za całą resztą i też zaczyna skradać się w kierunku zwierząt. Wie, że nie powinni tego robić. Zdarzało się to już wcześniej, ale w innych okolicznościach. Arntor przypomina sobie zamorskie wyprawy i ssą-cy głód. Wówczas nieraz rabowali cudze stada. Wtedy jednak byli wycieńczeni z głodu. Teraz są pełni sił, las zaś kryje wystarczająco wiele zwierzyny, aby nikt z uczestników wyprawy nie musiał chodzić głodny. Te zwierzęta do kogoś należą, może czyjeś życie od nich zależy. Arntora ogarniają jeszcze większe wątpliwości. Przystaje. Nie chce brać w tym udziału. Bez słowa

zawraca w stronę drzew. Ktoś inny bliski jest zrobienia tego samego, ale nie śmie sprzeciwić się Sveinbj omowi. Ręka mocniej zaciska się na rękojeści noża. Wykona rozkazy, choćby miał to być ostatni czyn, jakiego dokona w Midgardzie.

Z cichym okrzykiem Sveinbjorn rzuca się ku jednej z owiec. Mocnym ciosem topora wali ją w czaszkę, nożem podrzyna gardło. Oczy zwierzęcia wywracają się. Owca osuwa się na trawę. Ktoś inny zakłuwa nożem jedno z jagniąt. W stadzie po-wstaje zamieszanie. Dopiero po chwili udaje im się pochwycić drugie jagnię. Łapią jeszcze jedno. Sveinbjorn ma ochotę krzyczeć z radości, ale wie, że muszą zachowywać się cicho.

Nagle go dostrzegają. Stoi pośrodku polany. Olbrzym. Czegoś takiego jeszcze nie widzieli. Z ogromnej głowy sterczą brunatne kłaki, twarz wykrzywia wściekłość. Obfita broda sięga do piersi. Po ubraniu widać, że jest niskiego pochodzenia. Rycząc, wymachuje starym, prymitywnym mieczyskiem. Mężczyźni na jego widok najpierw podskoczyli ze strachu, ale prędko się opanowali. Wydawało się, że to będzie prosta kradzież, a okazało się inaczej. Wielkolud wygląda jak coś pomiędzy człowiekiem a jotunem. Nie widać po nim lęku, utkwione w nich oczy płoną nienawiścią. Mężczyźni szykują się do walki.

Arntor, który stoi pośród drzew, obserwując całe zajście, wyciąga teraz miecz z pochwy. W głębi duszy ma nadzieję, że nie będzie musiał go użyć, ale na wszelki wypadek chce być gotowy. Wraca na polanę, mocno ściskając rękojeść miecza w dłoni. Skald nie jest wojownikiem i wie o tym, ale potrafi się bronić w razie konieczności. Arntor nie widział w życiu wielu mężczyzn, którzy dorównaliby wzrostem potężnemu pasterzowi. Nawet berserkowie nie są tak wysocy.

- Kto jest winien tego niecnego czynu?! - ryczy olbrzym. Głos jest ostry i schrypnięty. Zdradza buzującą w pasterzu wściekłość. - Wyzywam go do walki!

Mrużąc oczy, przygląda się każdemu po kolei. Mężczyźni w napięciu spoglądają w stronę Sveinbjorna, stojącego nieco na uboczu. Nawet jeśli się boi, nie widać tego po nim, kiedy kroczy w stronę olbrzyma.

- Podejmuję wyzwanie. To będzie dla mnie zaszczyt wysłać cię do królestwa śmierci.

Tamten śmieje się głośno, jakby usłyszał świetny żart. Kiwa na Sveinbjorna. W jego łapie mogłyby się zmieścić co najmniej dwie Sveinbj omowe.