Wybranka bogów (11). Ragnarok - Jane Mysen - ebook

Wybranka bogów (11). Ragnarok ebook

Jane Mysen

0,0

Opis

[PK]

Gyda spodziewa się, że coś wydarzy się w Jotungard. W widzeniach ukazuje się jej postać mężczyzny w niezwykłym hełmie. Kim jest ten człowiek i jakie ma zamiary? Arnvid, syn Leidulva, ma zostać kolejnym małżonkiem Gydy. Jest nią oczarowany już po pierwszym spotkaniu, jednak Gyda opuszcza Jotungard posłuszna nakazom bogów. Podróż jest pełna niebezpieczeństw. W górach Gyda natyka się na banitów. Nie wszyscy skłonni są okazać szacunek kobiecie z dostojnego rodu, bo na widok niewiasty krew gotuje się w żyłach wyjętych spod prawa. I wtedy zjawia się ten, którego Gyda kocha nad życie. Los jednak nie jest dla nich łaskawy, bo norny przędą nici żywota, a wolwa K?rhild wtrąca swoje trzy grosze. Ktoś zaciągnie Arntora na skraj urwiska...

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach:
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kartuzach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 204

Rok wydania: 2008

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



1

NAJWIĘKSZY BESTSELLER OD CZASU SAGI O LUDZIACH LODU

magicznagopowieść

WYBRANKA BOGOW

JANE MYSEN

Jotungård

tom 11.

RAGNARÖK

Przełożył Grzegorz Skommer

Tytuł oryginalny serii: Utvalgt av gudene

Tytuł oryginału: Ragnarök

Tłumaczenie z oryginału: Grzegorz Skommer

Ilustracja na okładce: Anita Våmartveit

Projekt okładki: Elipsa Sp. z o.o^

Korekta: Maciej Korbasiński Skład: Elipsa Sp. z o.o.

© J. W. Cappelens Forlag a.s 2000

Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z o.o.

All rights reserved

ISBN 978-83-61226-10-9

Elipsa Sp. z o.o.

01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37

tel./fax +48 (22) 833 38 22

www.dobrasaga.pl

Printed in EU

w

INFORMACJE ® (0 22) 624 16 07

1

Gyda omiata powierzchnię wody rozmarzonym spojrzeniem. Åsmund znów wyjechał i bogowie jedynie wiedzą, jak długo go nie będzie. Tęsknota jej nie doskwiera, zanim bowiem wyruszył do kraju Danów, zdołał poróżnić się z córką. Gyda wzdycha lekko, odwraca wzrok na dziedziniec, gdzie ludzie pilnie krzątają się wokół swoich zajęć. Ona też musi opuścić to miejsce, które kocha nad życie. Tylu już wyjechało, w różny sposób i ku różnym celom.

Jej myśli biegną do Alvheid, piastunki, która padła z ręki wojownika. Ten sam los spotkał kowala, Magnara Ravnemettera. Nie ma za grosz sensu w tym, że tych dwoje wspaniałych ludzi musiało opuścić Midgard, mogli służyć pobratymcom przez długie lata. Nie wiadomo jednak, co komu pisane, i Gyda konstatuje ze zdziwieniem, że sens życia na ogół pozostaje nieodgadniony. Toralv, Åskell, Inga i Kleng wyruszyli do Elgtun, dworu, który podarował jej Tord Avaldsson, jej nieżyjący mąż. Sama podjęła tę decyzję, bo tutaj Toralv nie czuł się już bezpiecznie. Strach poplątał bratu ścieżki. W Elgtun będzie mu lepiej, w Ladę znajdzie pomoc. Chodzą słuchy, że pewna wolwa

z tamtych stron znana jest szeroko z umiejętności leczenia trudnych schorzeń. Jeśli pogłoski się potwierdzą, To-ralv będzie mógł wrócić, nie obawiając się niczego.

Rusza ku zabudowaniom, czując na sobie spojrzenia ludzi. Niektórzy patrzą na nią ze współczuciem, we wzroku pozostałych dostrzega co innego: strach, respekt, coś, co jeszcze mocniej podkreśla jej odmienność. Nigdy nie czuła w sobie tego spokoju, który bierze się z poczucia przynależności, od zawsze wiedziała, że jest inna. I nie spodziewa się żadnej odmiany, o nie, jej los jest przesądzony i będzie musiała odejść. W marzeniach sennych moce ukazały jej przyszłe zadania i zagroziły straszną karą, jeśli wkrótce nie wyruszy w drogę. Bogowie są surowi i .nie okazują litości, nakazując opuścić Jotungård, dom dzieciństwa i miejsce, które ukochała ponad wszystkie inne.

Na podwórzu bawią się dzieci. Jest wśród nich Hulda, która przerywa zabawę, kiedy Gyda mija gromadkę. Hulda widzi, że gospodyni- pogrążyła się w myślach, bo jej wzrok jest nieobecny. Gyda to piękna kobieta i Hulda przygląda się jej z ciekawością, wiedząc, że tamta nie zwraca na nią uwagi. Wzrok dziewczynki omiata piękną zieloną suknię zdobioną kolorowymi lamówkami. Skórzany pas mocno opina wąską kibić kobiety, u pasa wisi pęk ciężkich kluczy. Gyda nosi na szyi skórzany woreczek z magicznymi przyborami, na który Hulda spogląda z respektem, zastanawiając się z dziecięcą ciekawością, jakie to kryje tajemnice. Ozdoby na jej piersi przyciągają uwagę, zwłaszcza młoteczek Tora, chociaż sznury pereł też mienią się pięknymi kolorami. Hulda wzdycha bezgłośnie. Bogowie jedynie wiedzą, jak bardzo pożąda takich kosztowności.

Spogląda na wisiorek, który nosi na szyi. W porównaniu z klejnotami Gydy jest niepozorny, ale drewniane pa-

ciorki mają ładną barwę i na tle niebieskiej sukni prezentują.się uroczo. Huldę nachodzą wyrzuty sumienia, kiedy wyobraża sobie, ile trudu musiał włożyć jej ojciec, by wykonać tę ozdobę, i odsuwa od siebie pożądliwe myśli. Nie jest córką hovdinga i nigdy nie przyozdobi się w takie kosztowności, jakie nosi Gyda. Wspomina Åskella i tęsknota ściska jej serce. Żegnała go z bólem, a teraz coraz bardziej cierpi z powodu rozstania... Jej policzki pokrywa lekki rumieniec, bo chociaż młoda, kocha tego chłopca, któremu przypadła rola opiekuna Toralva. Hulda kieruje spojrzenie ku górom, a jej ciało przeszywa dreszcz. Nigdy dotąd nie oddalała się z tego miejsca, .ale słyszała o niebezpieczeństwach, które grożą podróżującym poprzez góry i Midgard. W Jotungård jest tak zacisznie i spokojnie, ale... mruży oczy i wpatruje się w skalne olbrzymy, które pną się dumnie ku niebu jak mury potężnego grodziska. A niebo jest dziś niebieskie, tu i ówdzie pokryte pierzastymi chmurkami. Dzień wstał piękny, taki dzień pozostawia dobre wspomnienia.

Wrze praca na roli. Ptaki porywają tłuste robaki z ziemi użyźnionej końskim łajnem. One też zdają sobie sprawę z uroków tego dnia i zawzięcie kłócą się o zdobycz.

Kilku myśliwych zdąża ku wzgórzom, w kierunku kamiennej chaty ukrytej wysoko wśród skał. O tej porze roku dzika zwierzyna nie daje dużo mięsa, jednak Jotungård to spory dwór i potrzebuje obfitych zapasów, a zwierza wokół jest dość.

Wartownicy omiatają fiord i doliny czujnymi spojrzeniami. Najmniejszy ruch nie ujdzie ich uwagi, ale wszędzie panuje spokój. Żują kromki czerstwego chleba i dzielą się kawałkami suszonej ryby, która dodaje smaku porannemu posiłkowi. Wysuszone gardła zraszają piwem ze skórzanych bukłaków.

W izbie nakrywane są stoły do drugiego śniadania. Gyda pomaga, choć w tak piękny dzień wołałaby przebywać na dworze. Wystawiając jadło i kwaśne mleko, myśli o Arntorze, skaldzie, którego nie ma już u jej boku. Wie, że nigdy go nie ujrzy, skazano go bowiem na banicję do końca życia. Sama uszła sprawiedliwości i dręczą ją wyrzuty sumienia, że Arhtor musiał wziąć jej przewiny na swoje barki. To niesprawiedliwe, tak jednak postanowiła rada starszych, a od ich postanowienia nie ma odwołania.

W izbie rozchodzi się smakowity zapach, a ludzie obsiadają ławy. Dziatwa przekrzykuje się, zajmując miejsca, zaraz potem cichnie, kierując uwagę ku zawartości talerzy. Wszyscy są głodni, a z trzech posiłków podawanych im w ciągu dnia ten cenią sobie najbardziej.

Na podwórzu leży Varg, nie odrywa spojrzenia brunatnych oczu od drzwi izby. Wyczuwa swoją panią i czeka cierpliwie, aż Gyda się pojawi. Mieszkańcy omijają go szerokim łukiem, chociaż ich strach nie ma uzasadnienia. Varg żyje wśród ludzi od dawna i nie szuka ludzkiej ofiary. Nawet małe dzieci nie muszą obawiać się wilczych kłów, choć Varg mógłby rozszarpać taką małą istotę w okamgnieniu. Przychodzi do dworu tylko po to, by przebywać w towarzystwie Gydy. Instynkt podpowiada mu, że Gyda jest przywódczynią stada, a wilczy rozum od zawsze każę podążać za przewodnikiem.

Gyda nie zauważa spojrzeń, które posyłają jej ludzie, ani nie czuje smaku jedzenia. Jest pogrążona w głębokich myślach, czuje w sobie jakiś nieznośny ciężar, którego znaczenia nie potrafi określić. Nie dopija mleka i wsta-je, kierując swoje kroki na dziedziniec. Ledwie dostrzega obecność Varga, wilk podnosi się i podąża za nią. Jakaś niewidzialna moc ciągnie ją ku świątyni.

Sierść na karku Varga jeży się, kiedy Gyda zbliża się do Wrót świątyni. Zna to miejsce, jego woń go przeraża. Zanim Gyda zdąży otworzyć drzwi, wilk czuje zapach krwi i odór śmierci. Powarkując, kładzie się w bezpiecznej odległości, na tyle jednak blisko, by mieć baczenie na wszystko.

W pomieszczeniu jest mroczno, ale Gydzie wystarcza smuga światła sącząca się przez uchylone drzwi, kiedy zbliża się do figurek bogów. Była tutaj wiele razy, prosząc o boskie wstawiennictwo, a bogowie nawiedzali ją w myślach, dawali rady, wysyłali słabe sygnały, których znaczenia musiała się domyślać. Minęło sporo czasu od chwili, gdy kazali jej opuścić to miejsce, lecz Gyda jak dotąd opierała się boskiemu nakazowi. Klękając przed posążkiem Odyna, tego, który ją wybrał, Gyda wie, że dowie się więcej o swoim przyszłym zadaniu. Poczuła już bowiem obecność bogów, a przed oczyma ukazują się jej obrazy pełne głębokiej treści.

- Jesteś uparta, Gydo, córko Åsmunda! - W głosie pobrzmiewa surowy wyrzut. - Sprzeciwiasz się naszej woli, nie myśląc o tym, jak bardzo krzywdzisz innych. Dlaczego przedkładasz własne dobro nad dobro innych?

Gyda chce zaprotestować, otwiera usta, by coś powiedzieć, jednak słowa więzną jej w gardle. Podnosi się z kolan i wyciąga ramiona ku powale. W myślach wysyła modlitwy i już po chwili wie, że została wysłuchana, bo bogowie znów pokazują jej obrazy, w swej łaskawości pozwalają jeszcze raz ujrzeć to, co widziała już tyle razy. Teraz jednak pojawia się nowy element, tak jakby bogowie podsuwali jej kolejny fragment układanki, którą należy ułożyć w całość, by znaleźć rozwiązanie. Niejednokrotnie

przeklinała zagadkową tajemniczość boskich komunikatów, tym razem ma jednak wrażenie, iż pragną naprowadzić ją na właściwy trop.

Lodowiec, chata, dwie kobiety porwane przez lodowy potok. To wszystko już widziała, ale kiedy woda wciąga kobiety w objęcia śmierci, pojawia się nowy obraz.

Śnieg, ogromne płatki śniegu opadają spokojnie na biały, skuty mrozem świat. Czuje chłód, jakby nago unosiła się ponad śnieżnym krajobrazem, jest pięknie, ale nie dane jej cieszyć się tym pięknem. W jednej chwili zrywa się wiatr, który rozpętuje burzę, kłęby śniegu wirują w powietrzu wyrzucane ku górze z ogromną siłą. W nagłym przebłysku dostrzega konia, który przedziera się przez zaspy, i choć nie widzi go dokładnie, ma wrażenie, że rozpo-znaje Trygga.

Obraz zmienia się gwałtownie, na widok kolejnego z gardła Gydy wyrywa się jęk, jej krzyk odbija się od sklepienia świątyni. Krew... dużo krwi... rzeka krwi. Krew pokrywa wszystko wokół, tylko szczyty gór pozostają odkryte i Gyda czuje, jak jej ciało skręca paroksyzm bólu. Jotungård... To Jotungård tonie we krwi. Pojawia się sylwetka mężczyzny w samym środku czerwonego morza. Poznaje hełm ozdobiony srebrną sylwetką leżącego knura. Mężczyzna szczerzy zęby i unosi nad nią swój miecz...

Gyda zakrywa twarz rękoma i przechyla się w tył, jakby chciała uniknąć ćiosu. Zaczyna swój monotonny zaśpiew, mówi obcymi głosami.

Varg podnosi się, sierść jeży mu się na grzbiecie od karku aż po czubek ogona. Głos, który dochodzi ze środka, przeraża go, lecz wilk tłumi w sobie chęć ucieczki. Stoi, póki dźwięki w świątyni nie milkną, wtedy znów się

kładzie, wspiera pysk na przednich łapach i wbija wzrok w uchylone drzwi.

Gyda wraca do przytomności, jest oszołomiona i w pierwszej chwili niezdolna się poruszyć. Wpatruje się w sklepienie, mroczne wnętrze przytłacza ją i napełnia paniką. Drzwi wciąż są otwarte. Gyda nie rozumie, skąd wziął się ten jasny punkt, ale pełznie po klepisku, w końcu unosi się i na czworakach zmierza ku światłu.

Znalazłszy się na zewnątrz, z trudem łapie oddech, pod przymkniętymi powiekami wciąż widzi strzępy obrazów. Spotkała kiedyś tego mężczyznę w hełmie ozdobionym srebrnym knurem, ale nie pamięta, gdzie to było. Wytęża wszystkie siły, by dotrzeć do najtajniejszych zakamarków pamięci, i jej oczom ukazuje się dom Jatmunda. Tam go ujrzała, w snach, które nawiedziły ją pod wiszącą skałą.

Wilgotny język dotyka jej twarzy. Gyda siada gwałtownie. Varg stoi nad nią, wyraźnie ucieszony jej towarzystwem. Gyda uśmiecha się i mierzwi jego gęstą sierść. Wilk łasi się do jej rąk, domagając się pieszczot.

Gyda wciąż jest odurzona, ale wstaje i rusza do izby. Obrazy, które ujrzała, nie wróżą nic dobrego. Jeśli nie opu- , ści dworu, stanie się coś strasznego. Wspomnienie morza krwi napełnia ją niepokojem i słaby dreszcz przeszywa jej ciało.

Izba jest pusta. Gyda przechodzi do alkowy. Panuje w niej ciemność, jednak Gyda zapala lampki tranowe, które migocą przez parę sekund, po czym rozbłyskują ciepłym światłem. Nachyla się nad łóżkiem i podnosi kostur, który dostała kiedyś od wolwy Torden Tory. Rozwija chroniący go skrawek żagla i przesuwa palcami po drewnie i osadzonych w nim kamieniach. Kiedy unosi go do światła, kamienie rozbłyskują i kostur objawia jej swą moc. Wygląda zwyczajnie, lecz Gyda wie, że po opusz-

czenie Jotungård stanowić będzie jej najważniejszą broń. Trzymając go w dłoniach, czuje swą potęgę, a innym łatwiej zrozumieć, iż jej zadania przewyższają obowiązki zwykłych ludzi w Midgardzie. Kostur głosi wszem wobec, że Gyda jest wolwą godną najwyższego szacunku, i mało kto odważy się sprzeciwić jej woli.

Owija kostur niedźwiedzią narzutą i obwiązuje końce skórzanymi rzemykami, po czym starannie przegląda garderobę. Nie może wziąć ze sobą wszystkiego, uznaje jednak, że bez czerwonej sukni obszytej lamówkami z rudego lisa nie ruszy się z miejsca. Ta suknia podkreśla jej osobowość, a w połączeniu z kosturem przydaje mocy, której żaden inny strój nie może jej dać.

Na poddaszu znajduje odzież zimową: kamizelkę z owczej skóry, grubą wełnianą suknię i parę skarpet z szorstkiej włóczki. Z dna skrzyni wydobywa czapkę i ciepłe spodnie, zamyka wieko i rozgląda się wokół. To inny świat, gdziekolwiek odwróci wzrok, widzi prace Idunn i jej serce przepełnia duma. Idunn była znakomitą tkaczką, nawet dzieła zdobiące dwór Aggrima nie mogą równać się z jej gobelinami. Omiata je pieszczotliwym spojrzeniem, napawając się świadomością, że to palce jej matki przetykały nitki i splotły te barwne kobierce. I nagle jej serce przenika żal i braknie jej tchu na myśl, iż musi opuścić to miejsce. Kiedy do niego powróci? Może nigdy? Przyszłość jest niepewna, Gyda nie wie, co ją czeka, kiedy zostawi za sobą Jotungård. W nagłym, pośpiechu rzuca się do drzwi i nie zamykając ich za.sobą, zbiega po schodach.

W sypialni zwija swoje rzeczy w tobołek i kładzie obok niedźwiedziej narzuty. Zabierze ze sobą drugiego konia, bo Trygg nie uniósłby jej i bagażu. Przypomina sobie wyprawę z Sorlem, podczas której jeden z koni uległ wypadkowi. Musi liczyć się z taką ewentualnością i to umacnia

ją w przekonaniu, że oprócz Trygga powinna zabrać ze sobą dodatkowego wierzchowca.

Podchodzi do zagrody. Konie zgromadziły się wokół dużej sterty siana. Liście wmieszały się w wyschnięte źdźbła, Trygg raczy się nimi ze smakiem. Gyda uśmiecha się, opiera o płot i czeka, aż koń się posili, zanim wypowiada jego imię. Trygg podnosi głowę i strzyże uszami na dźwięk jej głosu, po czym potrząsa łbem i pędzi ku niej, głośno okazując zadowolenie.

Gyda gładzi go po szyi, przykłada głowę do jego czoła i przemawia pieszczotliwie. Trygg nasłuchuje, stoi nieruchomo, jakby się obawiał, że najmniejszy ruch zniszczy tę magiczną chwilę. Rzadko zdarzają się im takie momenty bliskości i Gyda czuje, jak jej ciało przeszywa tęsknota. Kto wie, może wyprawa w nieznane na końskim grzbiecie przyniesie jej ukojenie? Może wróci do domu jesienią?

- Niedługo ruszymy w drogę - szepcze mu do ucha. - To może być najdłuższa podróż dla nas obojga.

Trygg pochrapuje cicho, jakby rozumiał słowa swojej pani. Gyda uśmiecha się i czule mierzwi grzywę zwierzęcia.

- Wyjedziemy z samego rana. Nie możemy dłużej zwlekać, bo w innym razie na dwór spadnie nieszczęście. Zbyt długo już wyzywam bogów i zaczynają tracić cierpliwość. - Wzdycha ciężko. - Wkrótce... opuścimy ten dwór, w którym oboje mieszkamy od dnia narodzin.

Gyda odwraca się i spogląda na fiord i zabudowania, idealny obraz w obramowaniu z zieleni i niebieskości. Czuje ukłucie tęsknoty, ale także pociąg ku rzeczom nieznanym. Przenosi wzrok na góry. Tam czeka na nią to, co od dawna ujawniają sny.

Ludzie zbierają się w izbie na wieczorny posiłek. Gyda jest nieobecna duchem. Nikogo to nie dziwi, zdążyli przywyknąć do tej strony jej natury. Starsi, którzy pamiętają Idunn, widzą, jak bardzo Gyda przypomina matkę. Cechuje ją jednakże jakaś trudno uchwytna odmienność, coś, czego nie miała Idunn. Starsi pótrafią ją nazwać: Gyda jest wybranką bogów.

Posiłek dobiega końca, kiedy Gyda podnosi się z miejsca i daje znak, że zamierza przemówić. Rozmowy cichną, małe dzieci milkną pod karcącymi spojrzeniami dorosłych. Gyda spogląda na ich pełne oczekiwania twarze i zanim otwiera usta, zbiera w sobie wszystkie siły. Jej głos zdradza jednak, że słowa sprawiają jej ból. Jej oczy wydają się bardziej niebieskie niż zazwyczaj i wypełnia je smutek, którego wcześniej nikt w nich nie dostrzegł.

- Bogowie dali mi znak - rozpoczyna. - Od dawna przekazują mi w snach przesłanie, któremu dotąd się opierałam. Następowały zdarzenia, które utrudniały mi podjęcie decyzji, nadszedł jednak czas pożegnania.

Przez zgromadzenie przechodzi szmer. Tego tylko brakowało. Hövding wyjechał i wielu ruszyło z nim, a teraz Gyda zamierza ich opuścić? Patrzą na nią niepewnie i lękliwie, a ich niepokój nie ułatwia Cydzie zadania.

- Jeśli nie wyjadę, przydarzy się wam coś złego.

W izbie panuje grobowa cisza, kiedy Gyda opowiada im o snach, a gdy milknie, nikt już nie wątpi, że podjęła właściwą decyzję. Bogowie przemówili jasno i wyraźnie, ludzie mogą mieć jedynie nadzieję, że nie nadali jeszcze biegu złej przepowiedni.

- Proszę, by starszyzna została po skończonej wieczerzy. Musimy zdecydować, kto.zajmie się dworem pod moją nieobecność.

Ludzie potakują głowami i wracają do przerwanego po-

siłku. Gyda pokazuje swą wielkość, dzieląc się z nimi odpowiedzialnością. Nikt nie wątpi, że życie we dworze potoczy się utartym trybem, kiedy Gydy zabraknie, bo wszyscy dobrze znają swoje obowiązki. Wielu zastanawia się, kto zostanie przywódcą, ale też nikomu nie przyjdzie do głowy, by się odezwać. Tylko Gyda i rada mogą podjąć taką decyzję.

Izba pustoszeje, jedynie najstarsi mieszkańcy dworu pozostają na swoich miejscach. Gydę opadają wątpliwości. Nie wie, kogo zaproponować na zarządcę dworu, i odczuwa ulgę, kiedy Asleiv, przywódca rady, podnosi się z krzesła. Pociąga łyk z kielicha, chrząka i odzywa się następującymi słowami:

-    Mamy pewną propozycję. Nie wiemy, czy jest dobra, ale jeśli wybór okaże się zły, możemy, za twoim pozwoleniem, zmienić postanowienie.

Gyda kiwa głową.

-    Pokładam wiarę w waszą ocenę - odpowiada zwięźle i daje mu znak, by mówił dalej.

-    Proponujemy Njårda Erikssona, ojca Huldy. Ma wiele talentów, a jego żonie też nie brakuje sił do działania.

Oczyma wyobraźni Gyda wiclzi dom czeladny.

-    Akceptuję wasz wybór - mówi. - Njård Eriksson może przenieść się do białego domu wraz z rodziną, bo nie godzi się, by mieszkał z innymi, skoro czeka go tak ważne zadanie.

Starszyzna wstaje z miejsc i Gyda przygląda się ze współczuciem mężczyźnie, którego członki zdeformował gościec. Ludziom dobrze się dzieje w Jotungard, ale choroba nie wybiera. Nawet Åsmund cierpiał na reumatyzm, przypomina sobie Gyda z uśmiechem. Jej ojciec starał się ukryć cierpienie, lecz łatwo mu to nie przychodziło. Ni-

gdy nie narzekał, jednak Gyda wciąż pamięta grymasy na jego twarzy, kiedy wstawał lub zasiadał za stołem. Na każdego przychodzi czas próby. Wciąż jest młoda, ale za parę lat i ona pozna smak fizycznego bólu.

2

W wieczór poprzedzający wyjazd Gydy nad fiordem płonie ogromne ognisko. Wokół roznosi się smakowity zapach pieczonego mięsa, a Gyda rozkoszuje się widokiem, który otwiera się przed jej oczyma. Widzi szczęśliwych ludzi, ludzi, którzy nie wiedzą, co kolejny dzień przyniesie. Siedząc na wysokim krześle, wygląda tak dostojnie, że nikt nie ma śmiałości odezwać się do niej. Ubrana w czerwoną suknię, którą wkłada wyłącznie na podniosłe uroczystości, zdaje sobie sprawę, jakie wrażenie sprawia na zgromadzonych. Kostur stoi wsparty o krzesło. Gyda ceni sobie szacunek, którym otaczają ją ludzie, i lubi tak siedzieć, nie niepokojona przez nikogo, i obserwować to, co dzieje się wokół. Pociąga ochoczo łyk piwa, czując, jak ludziom udziela się nastrój zabawy. Bogowie jedynie wiedzą, jak bardzo będzie za nimi tęsknić. Znaczą dla niej więcej, niż im się zdaje, służba, niewolnicy, dzieci, w^zyS^Yr^^ażają ją za znaczniejszą od siebie, ale bez Tak jak w grze planszowej jest najwa£nj^js^ą figu^^tara pozbawiona pionków traci całą swą tndt;^, ' $ §

Hulda czuje się lepiej. Nieustannie rzuca ukradkowe spojrzenia na Gydę, jednak natychmiast odwraca głowę, kiedy tamta kieruje na nią wzrok. Serce tłucze się jej w piersi, czuje niezwykłą łączność z tą kobietą, choć wszak nosi zupełnie inne brzemię. Gyda nigdy się do niej nie odezwała, lecz Hulda wie, że niebieskie oczy śledzą jej poczynania.

Dwoje dzieci zbiega nad brzeg. Podbiegają do Huldy i przekrzykują się, żywo gestykulując. Gyda uśmiecha się, widząc, jak z przejęciem wskazują w kierunku lasu. Nie uszło to niczyjej uwagi, że dzieci mają jakiś sekret. Hulda podnosi się z miejsca i cała trójka rusza w podskokach przed siebie. Śmieją się głośno, zabawa pochłania je bez reszty.

Hulda wpada do domu czeladnego, znajduje matkę przy palenisku.

- Chatka w lesie jest gotowa - mówi radośnie. - Mogę tam przenocować z Magnem i Finnbjornem? Zbudowaliśmy ją razem.

- Oczywiście. Pamiętaj jednak, że noce są chłodne, i weź ze sobą coś ciepłego.

Twarz Huldy rozjaśnia się w uśmiechu. Dziewczynka schyla się i wyciąga spod łóżka skórzany śpiwór. Pakuje go w wełniany koc razem ze skarpetami i grubą koszulą, po czym znów podchodzi do matki, która rozbawiona obserwuje jej poczynania.

- Myślę, że w środku nocy wrócicie do domu.

Hulda potrząsa energicznie głową.

- Nie, nie boimy się spać na dworze.

- A pamiętasz, jak mieliście spać w szopie zeszłego lata? Przypominam sobie pewną dziewczynkę, która nocą wślizgnęła się do mojego łóżka.

Hulda wykrzywia twarz w uśmiechu.

. - Jestem już starsza, mamo. Nie boję się spać na dworze, bo nie będę sama.

-    Wtedy też nie byłaś sama - zaczyna matka, ale Hulda nie daje jej skończyć.

-    Czekają na mnie.

Muska wargami matczyny policzek i wybiega z domu.

Kiedy dzieci biegną w kierunku lasu, Gyda wstaje i podnosi rękę, prosząc o ciszę. Ludzie milkną momentalnie, ci, którzy stoją, znajdują sobie wygodne siedzisko. Niektórzy siadają prosto na ziemi, podwijają nogi pod siebie i czekają w napięciu. Wszyscy znają zamiary Gydy. Nastrój wieczoru każę spodziewać się opowieści, a ludzie nie znają większej przyjemności niż słuchanie historii.

- Opowiem wam o walce Tora z Hrungnirem - mówi głośno i zbliża się do ognia, by wszyscy widzieli ją wyraźnie. Przybiera poważną minę, ściska w dłoni kostur, a zdobiące go kamienie błyszczą promiennie w blasku ogniska. Jej głos jest jasny i czysty, kiedy rozpoczyna opowieść. - Pewnego razu kiedy Tor wyruszył, by zabić trolla, wybrał się Odyn do krainy olbrzymów na swoim koniu Sleipnirze. Natknął się tam na olbrzyma o imieniu' Hrungnir. Olbrzym bardzo się zdziwił na widok męża w złotym hełmie na pięknym rumaku. „Daję głowę, że w całym Jotunheim nie znajdziesz piękniejszego wierzchowca” - puszył się Odyn. Hrungnir uważał, że jego koń, Złotogrzywy, jest lepszy, i stanął z Odynem w zawody. Odyn prowadził przez cały czas, co tak rozzłościło Hrungnira, że nie patrzył, dokąd jedzie, i przekroczył bramę Asgardu.

Asowie zaprosili go na ucztę. Pito z rogów Tora i Hrungnir nie miał najmniejszych kłopotów, by wychylić ich zawartość. Upił się i stał się mocny w gębie. Pysznił się, że przeniesie Walhallę do Jotunheim, zniszczy Asgard i żabi-

je wszystkich Asów oprócz Siv i Frei, bo te piękne kobiece istoty zabierze ze sobą. Oświadczył też, że wypije cały zapas piwa, który zgromadzili bogowie.

W tej samej chwili do sali wpadł Tor. Dyszał z wściekłości, nie pojmując, dlaczego Asowie przepijają do olbrzyma. Hrungnir posłał mu ponure spojrzenie i oznajmił, że zaprosił go sam Odyn i on też gwarantuje mu bezpieczeństwo. „Pożałujesz jeszcze, że przyjąłeś zaproszenie!” - wrzasnął Tor. „Okryłbyś się niesławą, gdybyś mnie zabił, bo nie mam broni. Godzę się jednak na honorową walkę”. Tor nigdy nie przepuściłby takiej okazji, uzgodnili więc, że zmierzą się ze sobą koło Grjotunagard.

Hrungnir popędził do domu i opowiedział wszystkim o zdarzeniu. Olbrzymi przestraszyli się, że przegra pojedynek, ulepili więc mężczyznę z gliny długiego na dziewięć mil i szerokiego w barach na trzy i dali mu imię Mokkur-kalfe. Na koniec wstawili mu w pierś serce klaczy.

Hrungnir miał kamienną głowę i serce, a tarcza, którą się osłaniał, też była zrobiona z kamienia. Na ramieniu trzymał osełkę i wyglądał tak groźnie, że Mokkurkalfe po-sikał się ze strachu.

Tor przyprowadził ze sobą Tjalfego, który wybiegł naprzód i krzyknął, iż Hrungnir robi głupstwo, trzymając tarczę przed sobą. „Tor wyjdzie z ziemi, by zajść cię od tyłu” - oznajmił. Hrungnir położył tarczę pod nogami i osłonił się osełką.

Wtedy przybył Tor, rozeźlony jak nigdy dotąd, w ogniu błyskawic i huku piorunów. Zakręcił Mjollnirem nad głową i cisnął nim w Hrungnira. Hrungnir rzucił osełkę, którą młot rozdzielił na pół, po czym przeciął powietrze i trafił olbrzyma prosto w czoło, roztrzaskując jego czaszkę na drobne kawałki. Połówka osełki uderzyła Tora w głowę i Tor runął na ziemię jak długi. Stopa Hrungnira

przygniotła mu szyję, ą bóg burzy i piorunów nie miał sił, by ją odsunąć.

Tjalfe pobił istotę z gliny i rzucił się na pomoc Torowi, ale nie zdołał uwolnić go spod ciężaru. Wezwał więc Asów, lecz bogowie w żaden sposób nie mogli odsunąć stopy olbrzyma. Wtedy nadszedł Magni, syn Tora i ol-brzymki Jarnsaksy, i z łatwością podniósł nogę Hrungni-ra, choć miał ledwie trzy dni. Tor podziękował synowi i w nagrodę obdarował go koniem Hrungnira, Złotogrzy-wym.

Odłamek osełki wciąż tkwił w jego głowie. Wolwa Groa zaczęła wyśpiewywać zaklęcia, by go obruszyć. Czary kobiety podziałały, bo odłamek drgnął, więc Tor postanowił sprawić jej przyjemność. „Niosłem kiedyś na plecach twojego męża, Aurwandila. Brodził w rzekach Elivagar i odmroził Sobie palec u stopy. Odłamałem palec i rzuciłem go w niebo, gdzie zamienił się w gwiazdę zwaną palcem Aurwandila. Już niedługo Aurwandil wróci do ciebie do domu”. Groa tak się ucieszyła, że przestała mruczeć magiczne formułki i odłamek kamienia pozostał w głowie Tora.                                                        >

Gyda zmrużyła oczy i spojrzała na ludzi zgromadzonych wokół ognia.

-    Dlatego nie wolno suwać osełek po podłodze, bo poruszy się kamień w czole Tora.

Ludzie nie odrywają od niej wzroku,, zwłaszcza dzieci, nigdy bowiem nie słyszeli równie niesamowitej opowieści.

Gyda zadowolona opada na wysokie krzesło, udając, że nie widzi tych spojrzeń. Jest rada, bo wie, że ludzie zapamiętają ten wieczór. Historia o walce Tora z Hrungni-rem na zawsze pozostanie w ich pamięci.

Zmierzch zapada nad Jotungård i ludzie udają się na spoczynek. Najedzeni i zadowoleni, nieco znużeni kładą się do łóżek, by wypocząć przed trudami kolejnego dnia.

Gyda schodzi nad fiord, siada na kamieniu i omiata wzrokiem mroczną toń. Przez głowę przelatują jej różne myśli, niektóre dobre, inne złe. Zanurza dłoń, pod wodą wydaje się większa i bardziej niewyraźna, niż gdyby trzymała ją w powietrzu. Czuje rozkoszny chłód w palcach, zamyka oczy i odchylając głowę, rozwiera powieki i patrzy w niebo, które w tę noc późnego lata ma barwę granatową.

I właśnie wtedy, kiedy pogrążona jest w myślach, przychodzą do niej, rzucają się na nią jak potwory z innego świata. Czuje potworny ucisk w piersi i przewraca się w tył. Półprzytomna leży wśród nabrzeżnych kamieni, a na siatkówce jej oczu wyświetlają się obrazy, jakby wszystko działo się naprawdę. Wbija palce w ziemię i zagryza wargi do krwi. W tym stanie nie odczuwa bólu fizycznego, tylko w podświadomości otwierają się stare rany. Zaśpiew, który wydobywa się z jej warg, brzmi jak tren żałobny. Jego znaczenia nie zrozumie nikt poza tymi, dla których jest przeznaczony.

Ogromne i przerażające głowy smoków wyszczerzają na nią kły. Podnosi ramiona, osłania się nimi jak tarczą i czuje oddech potworów na swojej twarzy. Ten oddech ma woń krwi i śmierci, tego, czego Gyda jako człowiek boi się najbardziej. Widzi morze krwi zalewające Jotungård, słyszy krzyki drogich jej ludzi. Dostrzega płomienie, które jak dzikie zwierzęta pożerają zabudowania i wszystko wokół.

Gyda krzyczy, ale nikt jej nie słyszy, zmęczeni ludzie posnęli po dniu wypełnionym pracą. Nikt też nie widzi,

jak zrywa z siebie ubranie i brodzi u brzegu. Błyszczą tylko białka jej oczu, jednak chłód wody nie przynosi jej ukojenia i nie wyrywa z okowów myśli. Jęk wydobywający się z jej gardła jest inny niż zazwyczaj, pojawia się w nim jakiś straszny pozaziemski ton, którego zwykli ludzie nie są w stanie zrozumieć. Jej skóra pokrywa się gęsią skórką, sutki kurczą się, kiedy chłodny wiatr omiata jej ciało. Woda sięga jej do kolan, a gdy odchyla głowę, włosy nieomal zakrywają jej jędrne pośladki. Wygląda krucho, kiedy tak stoi oddana mocom, które rządzą Midgardem. Wyciąga szczupłe ramiona ku niebu w niemym wołaniu o pomoc, lecz wie, że na nią już za późno.