Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Gyda nienawidzi swego zdradzieckiego ciała. Choć przez cały czas tęskni za Arntorem, nie potrafi się oprzeć pieszczotom Torda. A tymczasem w jej łonie dojrzewa życie. Jak ma powiedzieć mężowi, że nosi pod sercem dziecko innego mężczyzny?
Tord widzi pożądanie w błękitnych oczach żony, miłości w nich wszakże nie znajduje. Nie ma jednak wątpliwości, że miłość przyjdzie z czasem. Trzeba tylko usunąć z drogi skalda. Udało mu się ukuć tak sprytny plan, że nikt się nie domyśli, iż Tord ma coś wspólnego z zabójstwem...
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kartuzach
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 222
Rok wydania: 2008
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
magiczna^opowieść
JANE MYSEN
tom 18.
ZAŚLUBINY
Przełożyła Ewa Partyga
Tytuł oryginalny serii: Utvalgt av gudene
Tytuł oryginału: Giftermål
Tłumaczenie z oryginału: Ewa Partyga Ilustracja na okładce: Anita Våmartveit Projekt okładki: Elipsa Sp. z o.o.
Korekta: Maciej Korbasiński Skład: Elipsa Sp. z o.o.
© J. W. Cappelens Forlag a.s 2000
Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z o.o.
All rights reserved
ISBN 978-83-61226-17-8
Elipsa Sp. z o.o.
01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37
teL/fax +48 (22) 833 38 22 _______
www.dobrasaga.pl
Printed in EU 8 ^ *^ •• A & 1
Gyda czuje się nieswojo, wchodząc do alkowy po raz pierwszy po tym, jak Finngard zawładnął Elgtun. Czy zdoła ochłonąć po tym, co się stało?
Zapala lampkę tranową i siada na brzegu łóżka. Siedzenie zapada jej się w pościel, a kant łóżka wbija się w uda, ale Gyda tego nie zauważa, ho wyruszyła już w wewnętrzną podróż, nachodzą ją obrazy i myśli... wdzierają się w głąb jej ciała... zadają ból nie do wytrzymania.
W ramionach trzyma Torarina. Chłopiec śpi, ale nie tak mocno jak zwykle. Ciągle wierci się niespokojnie. Gyda wie, choć to wiedza skryta gdzieś w głębi jej umysłu, że to bogowie dają mu znaki. Przytula mocno synka, a kontakt z jego ciepłym ciałkiem dodaje jej siły. Przygląda mu się czule i ogarnia ją zdumienie, że maleńkie dziecko może mieć w sobie taką moc, jaką podobno obdarzyli go bogowie. To przecież właśnie z powodu Tora-rińa Finngard zjawił się w Elgtun. Jej maleńki synek jest najważniejszym pionkiem w grze o władzę, którą prowadzi ten krwiożerczy hövding.
Gdy drzwi się nagle otwierają, Gydę przeszywa dreszcz. Odruchowo sięga w stronę niewielkiego noża, który zawsze nosi w pochwie, zawieszonej na rzemyku na szyi. Dziwne, że Finngard pozwolił jej zatrzymać broń. Uważa
zapewne, że Gyda jej nie użyje, ale kto wie, co się zdarzy, jeśli jakieś niebezpieczeństwo zagrozi Torarinowi. Kobieta przygląda się nieproszonemu gościowi z pozornym spokojem, ale w głębi jej duszy szaleje strach.
Do alkowy wchodzi wojowniczka Eldfrid, która nie odstępuje Finngarda od czasu, gdy się tu pojawili. Gyda spogląda sceptycznie na obcą kobietę. Jakże piękna jest Eldfrid, choć tyle zła jest w jej myślach i czynach.
Eldfrid ma regularne rysy, pięknie skrojone usta. Włosy, równie ciemne jak oczy, spływają niesforną falą na dumnie wyprostowane, barczyste ramiona. W słabym świetle jej oczy wyglądają jak dwa węgielki. Myśli Eldfrid muszą być równie mroczne jak te źrenice. Wojowniczka stoi przed Gydą jak mężczyzna, na szeroko rozstawionych nogach, pewna siebie.
Eldfrid przewiązała swoje wysokie czoło ciasną, szeroką skórzaną opaską. Ciemne brwi odcinają się wyraźnie od jasnej skóry. Ma na sobie zieloną, prostą suknię, w której jest jej bardzo do twarzy. Gyda zdaje sobie jednak sprawę z tego, że nawet gdyby ta kobieta chodziła w worku, wyglądałaby równie atrakcyjnie. Suknię ściągnęła szerokim pasem z piękną, srebrną sprzączką. Pochwę na miecz, opartą o jej udo, zdobią klejnoty, noże, które nosi za pasem, także mają suto zdobione rękojeści. Piersi zarysowują się pod suknią tak wyraźnie, że Gyda widzi, jak unoszą się i opadają z każdym oddechem. To chyba oznaka poczucia niepewności, jakie ogarnęło tamtą.
Podnosi się błyskawicznie, chwyta kostur oparty o ścianę. Na drugim ramieniu trzyma Torarina. Chłopczyk rusza się niespokojnie i kwili żałośnie przez chwilę-
Eldfrid czuje, że budzi się w niej szacunek. Ta jasnowłosa kobieta roztacza jakąś dziwną aurę, ale wojownicz-
ka nie zamierza pozwolić sobie na chwilę słabości. Szybko bierze się w garść, a jej długie, smukłe palce oplatają kulę wieńczącą rękojeść miecza, jakby ich właścicielka szukała mocy w chłodnym żelazie.
- Jakaż to ważna przyczyna sprawiła, że ośmieliłaś się wejść do alkowy pani tego dworu, nie pytając o pozwolenie?
Gyda zdaje sobie sprawę, że igra z ogniem, zadając takie pytanie, czuje jednak, że powinna zachowywać się stosownie do swej pozycji, jeśli nie chce, by ją lekceważono.
Eldfrid prycha pogardliwie, ale jest wyraźnie zakłopotana. A to do niej niepodobne, bo nawet w obecności Finngarda stoi zazwyczaj niczym niewzruszona. Słucha rozkazów Finngarda, lecz ma w sobie coś takiego, co każę Gydzie przypuszczać, że te role mogą się odwrócić, jeśli tylko Eldfrid tego zechce. To niezależna kobieta, która zwykła dopinać swego przebiegłością i przemocą. Gyda pamięta, jak ta wojowniczka wywijała mieczem we wnętrzu świątyni... Wie, że to niebezpieczna przeciwniczka.
- Przyszłam powiedzieć ci dwie rzeczy - zaczyna Eldfrid nieco schrypniętym głosem. - Po pierwsze powinnaś wiedzieć, że nie szanuję cię tak jak inni. Dla mnie jesteś zwyczajną kobietą i gdyby to ode mnie zależało, leżałabyś już dawno pośród trupów, które zostawiliśmy pod świątynią. Po drugie chcę ci powiedzieć, że... - Eldfrid przerywa na chwilę. - Podejrzewam, że kobiety wysokiego rodu też potrafią korzystać z sytuacji, i dlatego chcę, żebyś coś dobrze zapamiętała. Jeśli choć raz czule dotkniesz Finngarda, własnoręcznie odbiorę ci życie. On należy do mnie. Rozumiesz?
Gyda czuje, że wzrasta w niej napięcie. Nie zmierza Pozwalać, by Eldfrid traktowała ją jak byle kogo.
- Jestem kobietą honoru, Eldfrid. To, że tu przychodzisz i mówisz do mnie w ten sposób, jest nie do przyjęcia. Tym razem puszczę to płazem, ale jeśli zdarzy się to raz jeszcze, zadbam, byś została ukarana.
Z twarzą ściągniętą gniewem Eldfrid wypluwa słowa pełne drwiny:
- Budzisz we mnie mniej więcej tyle szacunku, co psia pchła. Musisz przyzwyczaić się do myśli, że kto inny rządzi teraz w Elgtun. I zdać sobie sprawę z tego, że to, co trzymasz w ramionach, jest warte o wiele więcej niż twoja pycha.
Gyda przytula małego tak mocno, że dziecko zaczyna kwilić. Zwalnia więc nieco uścisk i koncentruje się, bu nie przegrać tej utarczki słownej z Eldfrid.
- Jak już powiedziałam... tym razem popatrzę przez palce na twoje zachowanie. A jeśli chodzi o Finngarda... nie dotknęłabym go nawet pogrzebaczem!
Eldfrid bierze głęboki oddech. Ulżyło jej. Jednak to nie słowa Gydy przyniosły jej ulgę, ale wyraz oczu tamtej. Nie sposób nie zauważyć odrazy, która się w nich pojawiła na wzmiankę o Finngardzie. Eldfrid już wie, jak powinna postąpić. Gyda wygląda na kobietę o tak silnej woli, że Finngard może mieć spore kłopoty z przeprowadzeniem swoich planów. Można o niej zapomnieć. Trzeba się skupić na hovdingu. Eldfrid się nie obawia, że Finngard zakocha się w Cydzie, bo uważa, że sama jest równie piękna jak ta kobieta. Nie, wojowniczy hövding jest zainteresowany czymś całkiem innym. Chodzi o moc, jaka otacza Gydę. O coś, z czym Eldfrid nie może konkurować.
Wojowniczka obraca się bez słowa na pięcie i wychodzi z alkowy. Gdy drzwi się za nią zamykają, Gyda opada bez sił na łóżko. Pochyla się nad synkiem i jęczy cicho,
z twarzą wtuloną w kocyk, osłaniający ciałko poczęte z niej i Arntora. Dłonie jej drżą, gdy czule gładzi policzek małego. •
Pomimo zmęczenia nie zdoła chyba zasnąć w obecności tych wszystkich ludzi, którzy zajęli izbę. Słyszy ich głosy. Na myśl o tym, że Gro musi wśród nich przebywać, budzi się w niej niepokój. Gro jest na razie bezpieczna, ale takim ludziom jak Finngard nie można ufać. Gyda zdaje sobie sprawę, że śmierć i życie dzieli tylko włos, od kiedy ten człowiek się tu pojawił. Po co zabił ludzi w świątyni? Co się dzieje z tymi, którzy są w długim domu? Nie miała stamtąd żadnych wieści. Teraz czuje, jak dławi ją strach.
Gyda wdrapuje się głębiej na łóżko i opiera plecami o twarde deski. Podciąga kolana trochę wyżej. Torarin leży teraz jak w kołysce między jej udami a brzuchem. Choć Gyda czuje ciepło bijące od jego ciałka, ogarnia ją chłód, gdy tak siedzi i myśli. Przyszłość jest niepewna, Gyda przeczuwa, jak to może się skończyć. Finngard jest zainteresowany właśnie Torarinem. Ona sama nic w jego oczach nie znaczy, a w tej sytuacji niewiele może zrobić, by pomóc synkowi tak, jak powinna. Ta świadomość jest tak przerażająca, że Gyda nie może powstrzymać szlochu.
Ogarniają nieopisane zmęczenie, ale nie chce zasnąć. Nie wolno jej! Z buntowniczym spojrzeniem stawia kostur koło łóżka. Szlachetne kamienie zdobiące drewno lśnią w świetle tranowej lampki, a Gyda przypomina sobie opowieść o dniu, w którym otrzymała imię.
Wówczas w Jotungård pojawiła się Torden Tora. Przyniosła wieść o tym, że Gyda jest wybranką bogów, ale Gro należy porzucić w lesie na zatracenie. Obie równie dobrze mogłyby się obejść bez tych rewelacji. Gyda dosko-
nale rozumie reakcję swoich rodziców. Åsmund opierał się żądaniu bogów, jak długo tylko mógł, ale presja była zbyt wielka. W końcu został zmuszony do zrobienia tego, co przeraziłoby każdego rodzica. Jedną córkę musiął zostawić w lesie na pożarcie dzikim zwierzętom... druga miała od tej pory należeć do bogów. Jakże straszna mu-siała być dla niego myśl, że utraci swoje własne dzieci.
Gyda jęczy cicho, kołysząc się do przodu i do tyłu. Wszyscy uważali, że ona jest tą, która miała szczęście. Czy tak jednak było? Ile już wycierpiała, wypełniając zadanie, które jej wyznaczyli bogowie? Kostur, który stoi koło łóżka, to dowód na to, że została wybrana. Dzięki niemu ma niezwykłą moc, czy jednak nie wołałaby jej nie mieć?
Gyda siedzi tak, pogrążona w myślach, aż wreszcie sen ją morzy. Głowa jej opada bezwładnie, gdy pogrąża się w twardym śnie.
Finngardowi ciążą jego własne myśli, gdy chodzi tam i z powrotem koło paleniska w izbie. Posłał swoich drużynników, by zrobili porządek w długim domu, w izbie został więc w towarzystwie Gro i Eldfrid. Każda z kobiet inaczej mu się przygląda. W oczach Eldfrid jest pożądanie, z jakim zawsze na niego patrzyła. I coś jeszcze. Niepewność, jakiej jeszcze nigdy nie widział. Gro natomiast stara się zachować spokój, ale drżące dłonie, które leżą na zapasce, zdradzają, że jest przerażona. Finngard nie zwykł okazywać współczucia, ale trochę mu żal tej kobiety, która nic nie słyszy... Nie potrafi mówić. Jak wiele rozumie z tego, co się wokół niej dzieje?
- Nakryj do stołu - mówi nagle Finngard. Zauważył, w jaki sposób inni porozumiewają się z Gro, dba więc
o to, by dokładnie widziała jego twarz, gdy się do niej zwraca. - Izba należy teraz do mnie. W długim domu mieszkają drużynnicy. Przynieś nam coś do jedzenia i picia, żebyśmy mogli zebrać siły po walce.
Gro jest posłuszna. Chętnie wyjdzie na chwilę z tego budynku, który do tej pory wydawał jej się najbezpieczniejszym miejscem w całym Midgardzie. A teraz mieszka w nim wróg.
- Na twoim miejscu nie próbowałbym stąd uciec. Jeśli to zrobisz, Gyda zginie szybciej, niż możesz sobie wyobrazić.
Gro kiwa głową na znak, że rozumie. Finngard powinien widzieć, że nigdy by nie opuściła siostry w takiej sytuacji. Mogła przecież wyruszyć z Klengiem, Toralvem i resztą do Neriego, postanowiła jednak zostać z Gydą. Grö nie ma pojęcia, czy na cokolwiek się tu przyda, ale ma nadzieję, że będzie mogła wesprzeć siostrę.
Na dworze pada coraz gęstszy śnieg. Gro zastanawia się, jak się to skończy. Wygląda na to, że bogowie pokazują swój gniew z powodu tego, co zaszło, ale jakie to ma teraz znaczenie? Taka pogoda może tylko pogorszyć sprawę. Gro mruży oczy, by je ochronić przed zacinającym śniegiem, i patrzy w stronę lasu. Jest tak ciemno, że widzi niewiele, ale mimo to stara się dojrzeć Arnvida i Neriego, bo przecież muszą być gdzieś w pobliżu... Nie widać nic poza fruwającymi płatkami śniegu. Przygnębiona otwiera drzwi i wchodzi do budynku, w którym przechowywane są zapasy, które mają im starczyć do wiosny.
Finngard wciąż krąży po klepisku. Płomyk tranowej lampki, wetkniętej w ziemię nieopodal paleniska, migo-
cze za każdym razem, gdy hövding ją mija. Podobnie jak języczki ognia w palenisku.
Eldfrid przygląda się hovdingowi przymrużonymi oczami. Wydaje się jej, że czyta w jego myślach, i trudno jej powstrzymywać dalej gniew, który ją trawi. Nie zwykła zachowywać się tak cicho i potulnie. Woli działać, a nie tłamsić swoje uczucia. Finngard zawsze ją pociągał, ale teraz czuje coś jeszcze innego. Świadomość, że Finngard wkrótce będzie najpotężniejszym człowiekiem w okolicy, czyni go jeszcze bardziej atrakcyjnym. Eldfrid uwielbia władzę, ale do tej pory jej nie posmakowała. Musi więc zdobyć Finngarda. Doprowadzi do tego, że hövding będzie pragnął właśnie jej, ponad wszystko.
Finngard tymczasem zastanawia się nad dalszym planem. Jego twarz rozjaśnia uśmiech na myśl, jak sprytnie postąpił, zostawiając Gro i Gydę przy życiu. Będzie z nich pożytek, zwłaszcza z Gydy, która zostanie jego żoną, nim minie zima.
Finngard, pogrążony w myślach, nie zauważył, że Eldfrid podniosła się ze stołka i stanęła za jego plecami. Dopiero gdy wojowniczka obejmuje go w pasie i przyciąga mocno do siebie, orientuje się, gdzie ona jest. Jej dłonie wędrują w dół. Finngard wydaje cichy jęk rozkoszy, gdy docierają do jego przyrodzenia. Mimo to rozluźnia jej uścisk i odpycha ją delikatnie od siebie.
- Mamy teraz inne sprawy na głowie, Eldfrid. Nie mogę się tarzać po sienniku z kobietą, gdy muszę podejmować tak ważne decyzje. Taka kobieta jak ty powinna to zrozumieć.
Eldfrid nie lubi być tak traktowana, ale tłumi gniew.
- Jakie decyzje musisz podjąć, Finngardzie? Nie wystarczy, że zdobyłeś Elgtun? Czy w tej sytuacji nie powin-
niśmy leżeć już pod skórzaną narzutą i cieszyć się sobą nawzajem? Jest późno, mamy za sobą długą drogę.
Finngard uśmiecha się szelmowsko, widząc, że Eldfrid stara się ukryć przed nim swoje uczucia. Podchodzi do niej i przyciąga ją mocno do siebie. Tak, żeby poczuła, jak jej bliskość na niego działa.
- Podniecasz mnie, Eldfrid. I obiecuję, że gdy pójdę do łóżka, pójdę z tobą.
Eldfrid uśmiecha się i kąsa go delikatnie w wargę, szukając dłońmi jego przyrodzenia. Nie ma wątpliwości, że Finngard zrobi to, co zapowiedział, i że pożąda jej tak samo jak zawsze. Eldfrid zsuwa dłonie po plecach hovdinga i ściska jego pośladki. Finngard się uśmiecha, czując, jak ogarnia go coraz większe pożądanie.
Gro wychodzi ze spiżarni. Z trudem utrzymuje całe naręcze jedzenia i gdy chce zamknąć drzwi, coś spada na ziemię. Kobieta pochyla się, żeby to podnieść. Ręce marzną jej natychmiast i drętwieją. W ciemnościach nie może znaleźć tego, co jej wypadło, i już chce się wyprostować, gdy spostrzega nagle jakąś pochodnię. Podnosi wzrok i przygląda się nadchodzącej postaci. Czyżby Finngard tu przyszedł sprawdzić, czy nie uciekła?
Gdy rozpoznaje zbliżającego się mężczyznę, wszystko wypada jej z rąk... Geirbrand...
Chce rzucić się do biegu, ale wojownik jest szybszy. Chwyta ją za ramię i nie puszcza.
Gro próbuje się wyrwać, ale to nie jest możliwe. Geirbrand trzyma ją w żelaznym uścisku.
- Szykowałaś się do ucieczki?
Gro nie słyszy jego głosu, ale czyta z jego ust. Świat-
ło pochodni tańczy na jego mrocznej twarzy, a w jego oczach widać pożądanie i złośliwą radość.
- Pamiętasz, jak ostatnio byliśmy sami?
Geirbrand przyciąga ją do siebie, jakby nie zauważył, że Gro bije go pięściami po torsie. Oczywiście, że Gro pamięta ostatni raz, gdy Geirbrand trzymał ją w ten sposób. Wtedy także zachowywał się brutalnie, próbował ją wziąć gwałtem. Na szczęście Arnvid przyszedł jej z pomocą i przegnał gwałtownika ze dworu. Gro miała nadzieję, że nic jej już nie grozi, ale tej nocy Geirbrand wrócił do Elgtun i znów ją ma w swojej mocy. Wrócił w złych zamiarach, znów chce jej zrobić krzywdę. Gro czuje, że łzy cisną się jej do oczu, gdy patrzy w jego twarz... na te ciemne oczy... na zarozumiały uśmiech...
Nagle Gro napina mięśnie i Geirbrand krzyczy, czując jej kopnięcie. Ten nieoczekiwany atak powoduje, że zwalnia uścisk i Gro udaje się wyrwać.
Kobieta obraca się i biegnie w dół, w stronę białego domu. Śnieg zacina jej prosto w twarz, za plecami słyszy kroki Geirbranda. Czuje niemal jego oddech na swojej szyi. Nagle, już pod białym domem, potyka się o kamień skryty pod warstwą śniegu i pada jak długa. Czuje, że śnieg wdziera się jej pod ubranie, za pazuchę, potem jeszcze niżej. Zaplątana w pelerynę, nie może się podnieść. Zmaga się z fałdami ubrania... czołga się do przodu, brnąc coraz głębiej w śnieg.
Jej palce dosięgają już progu, gdy Geirbrand chwyta ją za włosy, udaremniając ostatnią próbę powstania. Jest tak brutalny, że Gro wije się z bólu, gdy ciągnąc ją za włosy, stawia ją na nogi. Gdy stoi już wyprostowana, mężczyzna gwałtem odchyla jej głowę do tyłu. Gro czuje ból, ale przede wszystkim strach. Jego usta są tuż koło jej ucha, gdy syczy:
- Nie poddajesz się bez walki, Gro, córko Åsmunda, ale tym razem nikt ci nie pomoże.
Nagle drzwi się otwierają i światło dobywające się z wnętrza izby rozjaśnia mrok. Geirbrand instynktownie puszcza włosy Gro i kładzie jej dłoń na ramieniu, drugą ręką otrzepując ją ze śniegu. Gro śle Finngardowi bezradne spojrzenie. Czuje, że przepełnia ją wdzięczność, ale w jego szarych oczach nie widzi dobrej woli.
- Co się tutaj dzieje? Miałaś chyba przynieść jedzenie.
Finngard spogląda na nią surowo.
- Nie mogła wszystkiego utrzymać, a kiedy chcia-łem jej pomóc, wystraszyła się i uciekła aż tutaj. Ona nie jest taka sama jak inne kobiety, Finngardzie. Powinniśmy o tym pamiętać.
- Skoro pomogłeś jej podnieść się ze śniegu, możesz także pomóc jej przynieść jedzenie do izby, Geirbrand. Kiszki mi marsza grają, i nie tylko mnie.
Geirbrand jest zadowolony. Finngard nie zorientował się w sytuacji.
- Pójdę z nią - odpowiada lakonicznie.
Gro nie może uwierzyć własnym oczom, gdy widzi, jak Finngard zamyka drzwi i zostawia ją znowu sam na sam z Geirbrandem. Czy hövding naprawdę jej nie obroni, gdy Geirbrand będzie chciał zrobić jej krzywdę? Na samą myśl o tym Gro kuli się z bezsilności.
Czuje się tak, jakby to ktoś inny, a nie ona sama, brnął przez śnieg w towarzystwie Geirbranda. Stara się nie zbliżać do niego. Pochodnia, którą mężczyzna przedtem trzymał w ręku, zgasła podczas szaleńczej gonitwy, panuje więc całkowity mrok. Gro zaczyna gorzko żałować, że została w Elgtun. Powinna była pójść z innymi, bo Gyda
jest nietykalna, a ona, Gro, jest zaledwie pionkiem w tej grze o życie i śmierć.
Geirbrand czuje wyraźnie, że Gro jest blisko, ale nie próbuje jej dotknąć. Finngard zażądał jedzenia, trzeba więc podporządkować się jego rozkazom. Na razie zależy mu na przychylności hovdinga, choć na wiosnę wyruszy w dalszą podróż. Ze zdziwieniem przypomina sobie reakcję Finngarda na to, co zobaczył, gdy otworzył drzwi. Na pewno domyślił się, co się działo, ale nic nie powiedział. Czy to znaczy, że Geirbrand może sobie śmiało poczynać z tą głuchoniemą kobietą? Na samą myśl o tym krew tętni mu w żyłach. Elgtun zostało zdobyte, Geirbrand ma całą zimę, by zrealizować swoje plany.
Gdy Geirbrand i Gro wracają do izby, Eldfrid i Finngard siedzą przy stole i rozmawiają. Finngard zajął wysokie krzesło, jakby do niego należało. Gro patrzy na niego z odrazą. Hövding i wojowniczka piją piwo, a Eldfrid unosi róg do ust wcale nie rzadziej niż jej towarzysz. Nie zwraca uwagi na tych, którzy właśnie weszli do izby, bo nie odrywa wzroku od mężczyzny, który siedzi naprzeciwko niej.
Włosy Gro stają się mokre i coraz cięższe, w miarę jak topnieje śnieg. Gdy jej palce mechanicznie przygotowują jedzenie, Gro ciągle nerwowo zerka na Geirbranda, który usadowił się przy ogniu. Nie ma ochoty wychodzić z izby, póki ten gwałtownik przebywa we dworze, ale wie, że nie ma wyboru. Czeka ją jeszcze wiele trudnych chwil w towarzystwie tego człowieka, trzeba więc zebrać siły, by nie okazać słabości.
Arnvid leży w skórzanym śpiworze i ciężko dyszy. Dreng włożył wiele trudu, by wsunąć jego bezwładne ciało do tego ciasnego kokonu. Teraz zaś rybak siedzi i przygląda się hovdingowi zatroskanym spojrzeniem.
W szopie, w której znaleźli schronienie, jest zimno. Śnieg wdziera się przez szpary w ścianach i choć jeden
z mężczyzn urządził coś w rodzaju paleniska na środku, ogień daje niewiele ciepła. Dreng czuje się wycieńczony, ale wie, że nie tylko fizyczne zmęczenie jest temu winne. Jego także ogarnęło poczucie bezsilności, a widok tej popadającej w ruinę szopy nie dodaje mu otuchy. Jeszcze parę godzin temu wszystko wyglądało całkiem inaczej.
Dreng przypomina sobie, co się wydarzyło, rozcierając sobie dłonie nad paleniskiem. Nikt nie przypuszczał,
że sprawy się tak potoczą. Nie, gdy wyruszali z Elgtun, by stawić czoła Finngardowi na jego własnej ziemi, byli dobrej myśli. Dopiero gdy się okazało, że minęli się z jego drużyną, sprawy przybrały niepomyślny obrót. Chociaż śpieszyli się bardzo z powrotem, nie mieli szans, by dogo-
nić Finngarda. Bogowie pogody po
ali ich marsz,
zsyłając lawinę w tej okolicy. Dreng', oczy i znów widzi wszystko, co zaszło. Lj^^y śnie§|^^ojowników,
fruwających w powietrzu j Zdziesiątkowana druż'
s w walce
z Finngardem, gdy wreszcie dotarli do Elgtun. Już z dala widać było, że wojowniczy hövding ma przewagę. Dreng sięga dłonią pod pelerynę i dotyka broni dobrze zamocowanej na torsie. Dostał kiedyś tę broń, by zabił nią Halvdana Czarnego, ale nie wykonał zadania i zaczął nowe życie na wybrzeżu. Przez wiele lat żył w spokoju, ale potem pojawił się u niego Åskell Niezłomny. Ranny chłopiec o żelaznej woli sprawił, że Dreng pojął, iż nie może się ukrywać jak przerażony pies, i teraz siedzi tu i nie może zrobić nic temu, dla którego ciosy zadane tą właśnie bronią miały być przeznaczone.
Pokasływanie i ciche jęki wyrwały Drenga z zamyślenia. Mężczyzna zerka w bok i widzi, że jeden z wojowników zdejmuje właśnie ubranie z górnej części ciała. Biała kość, która sterczy mu z ramienia, mówi sama za siebie. Ręka jest złamana. Wojownik zagryza kawałek płótna w zębach, ale jego twarz wykrzywia grymas bólu, gdy jeden z towarzyszy próbuje nastawić kość. Dreng jest pełen podziwu dla wojowników. Widać, że przywykli do trudów i znoju. Kątem oka widzi, że złamane ramię zostało usztywnione za pomocą prostej gałęzi i kilku gałganków.
Wielu wojowników odniosło rany, a na dodatek zaraza, która dotknęła Arnvida, zaczęła się rozprzestrzeniać. Dreng nieraz już widział, z jaką łatwością choroba może zaatakować osłabionego człowieka, a przecież wszyscy ci ludzie są tak samo zmęczeni jak on sam.
Neri siedzi na ziemi, koło paleniska, w towarzystwie trzech młodzieńców ze swojej drużyny. Wielu jego wojowników porwała lawina, nic jednak nie wskazuje na to, by górski hoyding szczególnie bolał z tego powodu. Dreng myśli sobie, że trudy życia mogą człowieka uczynić zimnym i obojętnym.
- Dreng! - głos Arnvida sprawia, że Dreng obraca się w jego stronę. Wstaje i podchodzi do hovdinga. - Pić mi się chce. Możesz coś dla mnie znaleźć?
Dreng nie odpowiada, ale wyjmuje skórzany bukłak ze swego tobołka.
- To moje ostatnie piwo, ale ty go bardziej potrzebujesz. Ja rozpuszczę sobie później trochę śniegu. To mi wystarczy.
Arnvid uśmiecha się z wdzięcznością i podnosi bukłak do ust. Piwo spływa mu z kącików ust, aż na szyję, gdy pije łapczywie.
- Dobry z ciebie człowiek, Dreng, pewnego dnia cię za to wynagrodzę.
- Wynagrodzisz mnie, jeśli wyzdrowiejesz tak, byśmy mogli się stąd ruszyć.
Arnvid uśmiecha się blado.
- Obawiam się, że ty naprawdę tak myślisz - mówi, a Dreng słyszy w jego głosie żartobliwy ton. Nawet w chorobie nie przestaje żartować, to jedna z jego największych zalet.
Dreng przysiada się do Neriego i mężczyzn, którzy go otoczyli. Omawiają właśnie dalsze plany. Dreng jest pełen podziwu dla odwagi Neriego. Widać wyraźnie, że mistrz z gór jest zmęczony, ale siła jego woli wcale nie ucierpiała.
- Zdajemy sobie chyba sprawę, że jest nas za mało, byśmy mogli stanąć do walki z Finngardem.
Gdy Neri podnosi głos pod wpływem zapału, w szopie zapada całkowita cisza. Wszyscy patrzą na wodza, który ich powiedzie do zwycięskiego boju.
- W tej sytuacji musimy postawić na nietradycyjne sposoby walki. - Neri jest pełen powagi. - Musimy postawić na spryt. I wystraszyć Finngarda tak, by sam opuścił dwór.
Z legowiska Arnvida słychać ochrypły śmiech.
- To nie wystarczy, by się pozbyć Finngarda - prycha Arnvid.
- ■ Finngard, podobnie jak my wszyscy, boi się nadprzyrodzonych mocy. Nie trzeba wiele, by zaczął wątpić, czy słusznie postępuje.
Gwałtowny atak kaszlu zakłóca przemówienie Nerie-go. To jeden z jego wojowników. Neri spogląda z troską na młodzieńca. Potem wraca do przerwanego wątku.
- Ale najpierw musimy odpocząć. Nie mogę wyruszyć przeciwko Finngardowi na czele chorych drużynników. Musimy jak najlepiej wykorzystać pobyt w tym miejscu. Ci, którzy są zdrowi, wyruszą na poszukiwanie chrustu... trzeba także uszczelnić trochę ściany. Tym, co znajdziecie. Wkrótce wtajemniczę was w moje plany, alé najpierw muszę wybrać się z Drengiem do Elgtun. Wyruszymy, gdy tylko zacznie świtać.
Arnvid słyszy jego słowa i sumienie zaczyna go gryźć. Zdaje sobie sprawę, że jest osłabiony, lecz trudno mu to przełknąć. Dręczy go świadomość, że więcej z nim kłopotów niż pożytku. Z nim, który zwykł stać na czele... który prowadził drużynę na najtrudniejsze wyprawy. Arnvid zamyka oczy, leży i słucha dalszej rozmowy. Oczami wyobraźni widzi Gro. Czuje, jak lodowata dłoń ściska mu serce, gdy myśli o tym, co mogło się z nią stać... co może się stać. A on musi czekać, aż nabierze sił, by móc o nią walczyć.
Eldfrid wyciąga się na łóżku. Finngard jeszcze nie przyszedł do alkowy, lecz już niedługo się zjawi. Eldfrid wzdycha z rozkoszy, muskając dłońmi swe nagie ciało
pod puchową pierzyną. Jej ciało jest miękkie i ciepłe, gotowe na przyjęcie Finngarda. Kobieta uśmiecha się w mroku. .
- Gyda, córka Åsmunda, nie może opuszczać białego domu sama. Gdyby przyszło jej do głowy uciec w góry, wszystkie nasze wysiłki poszłyby na marne. Ta kobieta słynie ze swego uporu, ale nie sądzę, by chciała narażać syna, wybranego przez bogów, na niebezpieczeństwo. Nie zamierzam jednak ryzykować. Trzeba jej pilnować!
Audulv słucha pilnie rozkazów Finngarda. Darzy swego wodza wielkim szacunkiem. Towarzyszy mu już od wielu lat i nie zamierza się z nim rozstawać. Nie zawsze był taki lojalny jak teraz, ale potrafi słuchać rozkazów. Gdy przygląda się Finngardowi, widzi zapał i wolę zwycięstwa w każdej walce.
- Powinieneś się cieszyć, że mogłeś tu zostać, Audulv. Wielu wojów postawiłem na straży, im nie jest tak ciepło i przyjemnie jak tobie. Trzeba się liczyć z tym, że Arnvid Leidulvsson i Neri Kalde wrócą tu na czele drużyny, a ja nie zamierzam stracić tego, co zdobyłem, skoro się tym jeszcze nie zdążyłem nacieszyć.
Włosy i broda Finngarda lśnią jak srebro w świetle tranowej lampki. Jego pomarszczona twarz tchnie mocą, a spojrzenie szarych oczu jest zdecydowane jak zwykle. Finngard uśmiecha się, ukazując krzywe przednie zęby.
- Wkrótce rozejdzie się wieść, że zdobyliśmy Elgtun, i pojawi się wielu wojowników, którzy będą chcieli walczyć z nami o władzę nad wybrzeżem. Ale gdy już opanujemy całe wybrzeże, nic nas nie powstrzyma.
Audulv uśmiecha się, słysząc te słowa. Podobnie jak Finngard cieszy się władzą, którą już zdobyli... i tą, którą jeszcze zdobędą...
- Będę strzegł Gydy, córki Åsmunda, i jej syna, jakby chodziło o moje własne życie.
- Bardzo dobrze. - Finngard kładzie dłoń na ramieniu Audulva. - Jesteś jednym z moich najbardziej zaufanych ludzi, Audulv. Wiem, że mnie nie zawiedziesz!
Audulv promienieje, słysząc te pochwały, i uśmiecha się do hovdinga, który zmierza już w stronę dzbana z piwem. Piwo to jedyna słabość wojowniczego hovdinga. No i jeszcze kobieta, która czeka na niego w łóżku. Audulv uśmiecha się do siebie. Finngard potrafi się urządzić, kto wie, czy Eldfrid nie zostanie z czasem jego żoną. Audulv wdział spojrzenia, które wojowniczka posyła wodzowi, jest w nich wiele nadziei - ale także i żelazna wola.
Finngard zarzuca pelerynę na ramiona, ale nawet nię zapina sprzączki. Miło by było zająć alkowę Gydy, jednak dom, który wybrał sobie na siedzibę, też wygląda na wygodny. Ważne, by Gyda nie wpadła w gniew, a wiadomo, że kobiety tak wysokiego rodu lubią być traktowane jak najlepiej. Finngard nie zwykł wprawdzie okazywać ludziom takich względów, ale Gyda jest teraz dla niego najważniejsza.
- Idę spać, Audulv.
- Możesz spać spokojnie. Gyda i jej syn są bezpieczni pod moją opieką.
Finngard z uśmiechem wciska skórzaną czapę na głowę. Hełm trzyma w ręku. Ostrożności nigdy za wiele, Arnvid i Neri mogą się tu zjawić lada moment, trzeba być przygotowanym na wszystko.
W pełni uzbrojony hövding idzie przez dziedziniec. Z zadowoleniem stwierdza, że pada coraz słabiej. Dobrze by było, gdyby się wypogodziło do jutra.
Eldfrid udaje, że śpi, gdy Finngard wchodzi do domku.
Słyszy pobrzękiwanie jego broni i odruchowo sprawdza, czy ma swój nóż jak zwykle pod poduszką. Eldfrid nigdy się nie rozstaje z bronią, bo wiele razy doświadczyła, że może mieć z niej pożytek, gdy się tego wcale nie spodziewa. Lata, które spędziła wśród wojowników, nauczyły ją ostrożności. Tutaj w Elgtun znalazła się w innej sytuacji, ale i z tym sobie poradzi. Uśmiecha się, pewna swego, gdy Finngard kładzie się do łóżka, zwija się w kłębek... uda-je, że rozbudził ją, wślizgując się pod pierzynę i skórzaną narzutę. Finngard jest trochę zmarznięty. Eldfrid się przytula, obejmuje go ramieniem i przywiera nagim podbrzuszem do jego muskularnego uda. Jest przekonana, że to wystarczy, by go podniecić, ale na wszelki wypadek zaczyna wodzić językiem po jego nagim ramieniu, kąsa go delikatnie i pobudza... tak jej się w każdym razie wyda-je... ale nagle słyszy... równy oddech, który zdradza, że mężczyzna mocno śpi.
Eldfrid z trudem opanowuje wściekłość, zaciska pięści. Z czasem jednak zwycięża rozsądek i Eldfrid obraca się na wznak, przyciskając dłoń do swojej piersi. Ale oddech się jej rwie... taka jest rozwścieczona.
Przewraca się po chwili na bok i podciąga kolana pod brzuch. Obejmuje je ramionami i leży, rozmyślając o przyszłości, o tym, jak najlepiej wykorzystać sytuację. Wiele wskazuje na to, że Finngard zechce wziąć sobie Gydę za żonę, nawet jeśli tamta będzie się opierać z całej siły. Z taką żoną jak Gyda Finngard wspiąłby się znacznie wyżej, kto wie, może nawet Asmund Torkildsson, ojciec Gydy, usiadłby z nim przy jednym stole.
Eldfrid zastanawia się, jak zapobiec temu małżeństwu. Jedyny sposób to zabić tę kobietę. Trzeba tylko zrobić to tak, by podejrzenia padły na kogoś innego. Ale czy śmierć
tamtej od razu nie ściągnie na nią podejrzeń? Czy jest tu ktoś inny, kto pragnąłby śmierci Gydy? Eldfrid wzdycha ciężko, bo nikt taki jej nie przychodzi do głowy. Nie, musi być jakiś inny sposób.
