Wybranka bogów (26). Cześć -  Jane Mysen - ebook

Wybranka bogów (26). Cześć ebook

Jane Mysen

0,0

Opis

[PK]

Gyda ucieka z siida... pędzi przed siebie, czując oddech prześladowcy na plecach. Tak jak powiedziały jej sny, znajdzie się nad skrajem urwiska. Bogini Hel wzywa ją do siebie, otchłań przyciąga z magiczną mocą. Czy koniec będzie taki, jaki ukazano jej w sennych marzeniach? ?ile i Duvdi potępiają miłość Torarina i Girste. Boski syn nie jest przeznaczony dla żadnej kobiety, a zwłaszcza dla córki rozpustnej ?ne. Młodzi spotykają się potajemnie, a to pociągnie za sobą poważne konsekwencje... Gaup przybył, by przejąć rolę szamana w obozowisku po odejściu Torarina. Od dawna pobiera nauki u matki, Mądrej Kobiety, lecz kiedy zakochuje się w tej samej kobiecie co Torarin, traci głowę. Opętuje go myśl, by posiąść Girste.

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach:

Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kartuzach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 209

Rok wydania: 2008

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



magiczna^opowieść

WYBRANKA BOGOW

JANE MYSEN

tom 26.

CZEŚĆ

Przełożył Grzegorz Skommer

Tytuł oryginalny serii: Utvalgt av gudene

Tytuł oryginału: ASrefrykt

Tłumaczenie z oryginału: Grzegorz Skommer Ilustracja na okładce: Anita Våmartveit Projekt okładki: Elipsa Sp. z o.o.

Korekta: Maciej Korbasiński Skład: Elipsa Sp. z o.o.

© J. W. Cappelens Forlag a.s 2000

Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z 0.0.

All rights reserved

ISBN 978-83-61226-25-3

Elipsa Sp. z 0.0.

INFORMACJE @ (0 22) 624 16 07 (od pn. do pt. w gocjz. 9.00 - 17.00)

1

Niedźwiedzica naciera na Girste. Dziewczyna cofa się, niezdolna wykrztusić słowa, zaskoczona niebezpieczną sytuacją, w której się znalazła. Miała zanieść jedzenie Bånnemu, Guivemu i Aigiemu, a ni stąd, ni zowąd trafia w sam środek walki Guivego z drapieżnikiem. I na dodatek zwierzę skupia swoją wściekłość na niej.

Kamień leży w tym miejscu od lat i dotąd nie dotknęła go żadna żywa istota. Girste potyka się o niego i przewraca z krzykiem. Leży jak długa i to właśnie ratuje ją od zguby. Niedźwiedzica zatrzymuje się i patrzy z zaskoczeniem na dziwną postać rozpłaszczoną na ziemi.

Guive stał do tej pory jak sparaliżowany. Z początku rozdrażnione zwierzę skierowało uwagę na niego, ale kiedy pojawiła się Girste, sytuacja przybrała dramatyczniej szy obrót.

Guive decyduje się działać. Ze zręcznością rysia rzuca się do przodu i zasłania siostrę swoim ciałem, krzycząc jak opętany.

- Nie zbliżaj się! - Guive stoi do niej plecami, podnosi ramię i otwiera dłoń.

Girste nieruchomieje. Niedźwiedzica jest tuż obok brata, zaraz uderzy Guivego łapą i wyśle go na tamten

świat. Dziewczyna czołga się do tyłu przerażona, wbija palce w wilgotny mech.

Guive instynktownie sięga po nóż, zaciska dłoń na rękojeści, aż bieleją mu kostki. Porusza nerwowo szczękami, krew pulsuje mu w skroniach. Nie odrywa oczu od zwierzęcia.

Girste przypomina sobie turniej łuczniczy, który odbył się podczas święta niedźwiedzia. Wzięły w nim udział kobiety, zwyciężczyni mogła w nagrodę wyznaczyć tego, kto następnym razem powali niedźwiedzia. Girste wygrała. .. A jej życzeniem było, myśli o tym, łkając, by ta rola przypadła Guivemu.

Niedźwiedzica wydaje z siebie ryk, a Guive kuli się w sobie. Jest tak blisko zwierzęcia, że czuje jego oddech. Ogarnia go przemożna chęć, by rzucić się do ucieczki, ale mimo przerażenia zdaje sobie sprawę, jak bezmyślnie postąpiłby, gdyby odwrócił się do drapieżnika plecami.

- Sprowadzę Äigiego i Moroka! - krzyczy Girste.

- Są za daleko. - Guive cofa się o krok.

Dziewczyna jęczy, widząc, jak niedźwiedzica rzuca się do ataku. Bezwiednie chwyta spróchniały pniak brzozy i rzuca nim w zwierzę, wrzeszczy z całych sił i macha rękami.

Niedźwiedzica raz jeszcze odwraca się ku niej.

- Uciekaj, Girste! - W chrapliwym głosie jej brata pobrzmiewa strach.

Girste nie odpowiada. Odwraca się raptownie i zaczyna biec.

- Słyszałeś? - Bånne wstaje. Razem z Aigim pilnują reniferów, właśnie skończyli się posilać.

Aigi zrywa się na równe nogi, chwyta łuk, zarzuca kołczan na plecy i rusza pędem w kierunku, w którym zniknął Guive.

Bånne też zbiera broń i dołącza do towarzysza. Serce bije mu gwałtownie, jego rytm roznosi się po całym ciele, dudni mu w głowie.

Już po chwili dramatyczna scena ukazuje się ich oczom i obaj nie wahają się ani przez chwilę. Aigi wyciąga strzałę z kołczana i opiera ją o cięciwę, Bånne robi to samo. Sytuacja wydaje się beznadziejna, zabicie niedźwiedzia za pomocą łuku to zadanie ponad ich siły. A jednak nie mają innego wyjścia.

Guive dostrzega z przerażeniem, że niedźwiedzica dogania Girste. Wciąż zaciskając dłoń na rękojeści noża, rzuca się do przodu. Ostry zapach drapieżnika uderza go w nos.

- Nie, Guive! - Bånne opuszcza łuk zrozpaczony. -Zatrzymaj się!

- Nie usłyszy cię. Strzelam. - Rozlega się brzęk cięciwy i śmiercionośny pocisk przecina powietrze z furkotem.

Zwierzę zatrzymuje się raptownie, kiedy strzała przebija mu skórę na szyi.

- Strzelaj! - krzyczy Aigi z całych sił.

Kolejna strzała trafia niedźwiedzicę w brzuch.

Drapieżnik ryczy wściekle i rzuca się na Guivego z szybkością, o którą trudno byłoby podejrzewać tak ogromne zwierzę.

Girste krzyczy, widząc, jak niedźwiedzica dopada Guivego, a jej zakrzywione zęby zaciskają się na głowie młodzieńca.

- Nieee! - Bånne zbiega po zboczu, dobywając noża. Aigi pośpiesza za nim.

Bånne nie panuje nad sobą, kiedy rzuca się na niedźwiedzicę i raz za razem wbija ostrze w jej futro. Łzy przesłaniają mu widok, krzyczy na całe gardło, przeklinając zwierzę, które nie pada pod jego ciosami.

Girste obserwuje ten groteskowy spektakl szeroko rozwartymi oczami.

Z niedźwiedziego pyska spływa krew, twarz Guivego jest zmasakrowana, zmieniona nie do poznania. Młodzieniec wali pięściami w łeb drapieżnika, ale to święte zwierzę zdaje się być wypełnione nadprzyrodzoną siłą.

I nagle w jednej chwili życie wycieka z niedźwiedzicy. Jej potężne cielsko nieruchomieje, przyciskając Guivego, który już nie walczy i leży bez życia.

Bånne wciąż uderza nożem bezwładne ciało zwierzęcia. Jego wrzask miesza się z jękami Girste i zrozpaczonymi okrzykami Aigiego.

- To już koniec, Bånne. Już po wszystkim. - Aigi chwyta go za ramiona i odciąga od martwej niedźwiedzicy.

Bånne siada na ziemi. Krew ścieka z jego dłoni i z klingi noża, jego kaftan pokrywają plamy posoki. Z otępieniem wpatruje się w Aigiego, który usiłuje uwolnić bezwładne ciało Guivego spod ciężaru niedźwiedzicy.

- Pomóż mi! - krzyczy do Bånnego, a młody Lapończyk wstaje jak w transie.

Girste podchodzi bliżej. Płacząc i jęcząc, przyłącza się do obu mężczyzn.

Wspólnymi siłami odciągają zwierzę na bok i Girste dopada do ciała brata.

- Obudź się, Guive! - błaga. Strumienie łez płyną po jej policzkach. Nie opuszcza jej poczucie winy, gdyby nie ona, Guive nie doznałby uszczerbku.

-    Odsuń się. - Aigi przemawia łagodnie, kładzie dłoń na ramieniu dziewczyny, usiłując odciągnąć ją od bezwładnego ciała Guivego.

Girste poddaje się jego woli.

-    To mnie się powinno było przytrafić, a nie jemu -jęczy.

-    Gdyby ciebie los wyznaczył, to tak by się stało. -

Głos siostry wytrąca Bånnego ze stanu otępienia. -Chodź tutaj... - Otacza ją ramionami, a Girste przytula się do niego. Jej płacz rani mu serce, gładzi ją po plecach, z niepokojem śledząc poczynania Äigiego.

Äigi przykłada ucho do ust Guivego i zaciska dwa palce na jego szyi. Wszyscy wstrzymują oddech, czekając na wyrok.

-    Jeszcze oddycha. - Głos Äigiego jest jak tchnienie. - To nie do wiary.

-    Musimy zanieść go do obozu. - Bånne znów działa energicznie. Płacz Girste cichnie, kiedy brat łagodnie, lecz zdecydowanie odpycha ją od siebie.

Äigi bada Guivego sprawnymi dłońmi.

-    Nie wiem, czy zdołamy go uratować. Girste, musisz go opatrzyć, a ja sprowadzę renifera. A ty, Bånne, przygotuj nosze.

Girste skupia całą uwagę na bracie, z miłością i oddaniem opatruje jego rany.

-    Nie zostawiaj nas, Guive... nie zostawiaj...

Bånne pracuje jak opętany. Skleca naprędce drewnianą ramę i przykrywa ją kaftanem.

Aigi wraca z reniferem, który płoszy się na widok martwego niedźwiedzia. Äigi uspokaja go i razem z Bannern przytracza prowizoryczne nosze do zwierzęcia.

Girste kuca koło brata. Guive jest przytomny. Na całe szczęście bogowie oszczędzili jego oczy, niebieskie źrenice obserwują ją z bólem.

-    Będzie dobrze, Guive... wszystko będzie dobrze -mówi, nie potrafiąc zapanować nad łzami. Złości ją własna słabość, bo to nie jest dobry moment, by ją okazywać. Powinna raczej dodać bratu otuchy.

Guive widzi wszystko jak przez mgłę. Czuje ból i podnosi rękę do twarzy, lecz Bånne powstrzymuje go.

-    Niedźwiedź mocno cię poharatał. Leż spokojnie, zawieziemy cię do obozowiska.

Guive nic nie mówi, kiedy kładą go na noszach. Jego wzrok jest pusty i na chwilę Girste ogarnia lęk, że go stracili.

- Guive?

Odpowiada jej cichy jęk, więc wciąż jeszcze tli się w niej nadzieja.

- Ruszajmy. - Aigi pogania renifera. Zwierzę ochoczo zrywa się do biegu.

Girste wzywa w duchu boskiej pomocy, kiedy kierują się w stronę obozu.

- Nie dajcie mu umrzeć - szepce.

Wbijają wzrok w zapadające ciemności i ruszają w trudną drogę do domu.

Ich przybycie do obozowiska wzbudza wielkie poruszenie. Ludzie, którzy właśnie udawali się na spoczynek, gromadzą się wokół przybyszów, zasypują ich pytaniami. Towarzysze Guivego milczą, błagalnie wpatrując się w ciżbę ludzką.

- Czy jest tu ktoś, kto potrafi leczyć takie rany? -Głos Bånnego załamuje się. Guive jęczał głośno, kiedy przemierzali ostatni odcinek drogi. Bånne nieomal fizycznie odczuwa jego cierpienie. Jeśli nikt nie pośpieszy im z pomocą, podda się rozpaczy.

- Tylko jeden człowiek może mu pomóc. - To głos Lålli. Otacza ramieniem Girste i stara się pocieszyć pobladłą dziewczynę.

- Kto to taki? - ożywia się Bånne.

- Duvdi... tylko Duvdi może ocalić tego biedaka.

Lållå dostrzega, jak wyraz twarzy Bånnego zmienia się na dźwięk imienia szamana.

- On nam nie pomoże - odzywa się chrapliwie młody Lapończyk. - Jest ktoś jeszcze?

- Twój brat potrzebuje pomocy bogów w walce, któ-

ra go czeka. Rób, jak mówię. Idź do Duvdiego! - Lalla popycha go.

Bånne waha się. Noaide źle potraktował jego siostrę i Guivego, kiedy natknęli się na niego zimą, lecz to nie ma teraz znaczenia, bo życie jego brata wisi na włosku. Zdecydowanym krokiem rusza do namiotu szamana.

Duvdi wzdryga się, kiedy zasłona nad wejściem unosi się. Ma zamiar zrugać przybysza, ale zalewa go potok słów. Rozpoznaje syna Ane i krzywi się z niechęcią, lecz zaraz łagodnieje, widząc rozpacz malującą się na twarzy młodzieńca.

- Wiem, że nie powinienem zakłócać ci spokoju, ale nie mam wyboru. Mój brat Guive został poturbowany przez niedźwiedzia. Lalla twierdzi, że tylko ty możesz pomóc. Mówi, że potrzebujemy wsparcia bogów.

Duvdi patrzy na niego z powagą, a Bånne kuli się pod mrocznym spojrzeniem szamana.

- Masz czym zapłacić?

- Mam niedźwiedzią skórę - odpowiada Bånne bez zastanowienia. - Przyniosę ją i wyprawię. Zrobisz sobie z niej paradny strój.

Duvdi kiwa głową zadowolony. Bånne oferuje mu godziwą zapłatę. I choć to syn Ane, szaman nie potrafi sprzeniewierzyć się pragnieniu, które w sobie nosi... chęci, by chronić życie.

Noaide podnosi się z jękiem ze skóry, na której siedzi. Bånne sądzi, że starzec ma zamiar udać się z nim, lecz Duvdi oznajmia:

- Sprowadź tu rannego, a ja tymczasem przygotuję stosowne zioła. Reszta w rękach bogów. Pamiętaj jednak, że zażądam zapłaty, nawet jeśli chłopak umrze.

Bånne kiwa głową.

- Jeśli taka twoja wola. - Nachyla się i wychodzi przez otwór w namiocie.

Girste z radością przyjmuje wieść, że Duvdi wyraził

chęć pomocy. Chce iść z Äigim i Bannern do lawo szamana, ale Juoksa powstrzymuje ją.

- To nie jest odpowiednie miejsce dla kobiet - mówi przyjaźnie.

Girste nie protestuje. Widok brata sprawia jej nieopisany ból, czuje, jakby ktoś żywcem wyrywał jej serce z piersi.

- Chodź ze mną. - Lalla nie odstępuje dziewczyny na krok, chwyta ją za rękę i pociąga za sobą.

I wtedy następuje zdarzenie, na widok którego milkną mieszkańcy obozowiska.

- Torarin! - Girste wyrywa się z przyjaznego uścisku Lålli i biegnie ku wysokiemu mężczyźnie, który zmierza w ich kierunku.

Torarin patrzy na nią przerażony, dostrzega plamy zaschniętej krwi na jej twarzy.

- Có się stało? - Nie zważając na spojrzenia, podbiega do dziewczyny.

- Guivemu przytrafiło się nieszczęście. - Girste znów płacze, kiedy rzuca się mu na szyję.

- Co mówisz? - Wieść działa na Torarina jak kubeł zimnej wody. Chwyta Girste za ramiona i odsuwa ją od siebie, patrzy wprost w jej załzawione oczy.

- Pilnował renów razem z Äigim i Bånnem - wyjaśnia, łkając. - Zaskoczył nas niedźwiedź... wszystko widziałam.

- Biedna Girste. - Torarin przytula ją do piersi i gładzi po jasnych włosach. - Jego stan jest poważny? - pyta Lallę, która uważnie obserwuje tę scenę. Nie miała pojęcia, że Girste i Torarin są bliskimi przyjaciółmi, a teraz boi się nawet pomyśleć, co taka zażyłość może oznaczać. Słowa nie przechodzą jej przez gardło, więc tylko kiwa głową. - W takim razie muszę pomóc. Zajmiesz się Girste?

Lållå znów przytakuje. Ta zwykle energiczna kobieta zapomina języka w gębie. Otacza ramieniem płaczą-

cą dziewczynę i patrzy przerażona na boskiego potomka. Torarin ma krew na dłoniach, wąska czerwona strużka spływa po jego twarzy. Lalla wzdryga się i modli się w duchu, by jej przypuszczenia się nie ziściły. Nie potępia ich, ale na tyle długo mieszka w obozowisku, że potrafi przewidzieć reakcję Duvdiego.

Girste rusza bezwiednie za Lallą. Mruczy coś nieskładnie pod nosem, w kółko powtarza, że to ona jest winna nieszczęściu brata.

- Co tu się dzieje? - To Aile. Jej głos brzmi gderliwie. - Ten harmider działa mi na nerwy.

Lalla ma ciętą odpowiedź na końcu języka, ale powstrzymuje się od komentarza.

- Skąd to zamieszanie? - Aile rozgląda się wokół, mrużąc oczy.

- Guive, brat Girste, został poturbowany przez niedźwiedzia.

- I to wystarczający powód, by robić rwetes na całą okolicę? - prycha Aile.

- Niedźwiedź zmasakrował mu twarz. - Tym razem Lalla nie potrafi utrzymać języka na wodzy. Musi uświadomić Aile powagę sytuacji.

- To kara dla Ane. - Aile podnosi palec wskazujący i macha nim przed twarzą Girste.

Dziewczyna wciąż zalewa się łzami i Aile kręci głową z rezygnacją.

- Wsadź ją do jakiegoś lawo - mówi - bo postawi cały obóz na nogi. Poszli tam? - pyta, wskazując na największy namiot należący do Duvdiego.

- Tak! - odpowiada Lållå. Najchętniej dałaby tej zarozumiałej kobiecie nauczkę. Z największym wysiłkiem powstrzymuje wybuch gniewu. - Chodź, Girste. Zaprowadzę cię do kogoś, kto się tobą zajmie.

Girste porusza się apatycznie. Wylewa strumienie łez i mamrocze prośby o wybaczenie.

Gyda wita zapłakaną dziewczynę zatroskanym spojrzeniem. Podnosi się z ziemi, nie zważając na ból w stawach. Myśli, które snuły się jej po głowie, ulatują, gdy unosi się zasłona nad wejściem do namiotu. Całą uwagę skupia na Girste.

Lalla zdaje jej krótką relację z wydarzeń, po czym wskazuje dziewczynie posłanie. Girste człapie za nią bezwolnie.

- Wydaje mi się, że straciła rozum. - Lalla szepce te słowa, nachylając się nad Gydą.

Gyda marszczy czoło i wbija badawcze spojrzenie w Girste. Dobrze rozumie, jak może czuć się ktoś, kto był świadkiem tak dramatycznego zajścia.

- Możesz jej pomóc?

Gyda kiwa głową.

- Mam coś, co działa na obłąkanych - mówi cicho. -Girste wróci do równowagi, ale trzeba czasu.

Stara kobieta potakuje.

- Zrób, co w twojej mocy.

- Tak uczynię. - Gyda uśmiecha się przyjaźnie.

Lalla wychodzi z namiotu.

Gyda nie spuszcza oka z dziewczyny, przeglądając suszone rośliny, które zebrała wczesnym latem. Znajduje odpowiednie zioła, resztę odkłada na miejsce. Potem wiesza żelazny kociołek nad paleniskiem.

- Nie powinnam była tego robić. - Spojrzenie Girste jest jak wielka otwarta rana.

- Co się stało, to się nie odstanie.

Girste ukrywa twarz w dłoniach i płacze żałośnie.

- Żebyś widziała tego niedźwiedzia, Gydo... targał Guivem jak kawałkiem mięsa.

Gyda uśmiecha się smutno i gładzi dziewczynę po włosach.

-    Dla zwierzęcia tym właśnie był...

Siada koło dziewczyny, klepie ją po głowie i plecach,

przemawia do niej uspokajająco. Jej słowa odnoszą skutek, lecz Girste nie może opanować płaczu, jej twarz jest rozpalona, oczy zaczerwienione.

Gyda zdejmuje kociołek, wsypuje zioła i miesza je dużą łyżką, po czym wylewa gęstą zawiesinę na kawałek tkaniny. '

-    Połóż się na skórze - mówi cicho.

Girste spełnia jej polecenie, kładzie się i wbija wzrok w otwór w szczycie namiotu. Zapada zmierzch, w prześwicie widać chmarę komarów.

Gyda umieszcza kompres na czole dziewczyny. Girste zamyka oczy, czując, jak ciepło przenika przez skórę i łagodzi cierpienie, pozbawia sił i sprowadza senność.

-    Odpoczywaj. - Gyda klęka koło dziewczyny i delikatnie gładzi ją po rozpalonych policzkach. - Zioła ukoją ból.

Girste wzdycha cicho.

-    Odzyskam spokój - mówi - jeśli Guive wyzdrowieje.

-    Jest w dobrych rękach - uśmiecha się łagodnie Gyda. Szanuje ludzi, którzy troszczą się o bliźnich. Girste to dobra kobieta.

Bånne nie wchodzi do namiotu szamana. Ufa, że Aigi zadba o wszystko, a sam nie może pozbyć się myśli o nagrodzie, którą obiecał Duvdiemu. Obawia się, że drapieżniki mogą rozszarpać ciało niedźwiedzicy. Dni są ciepłe i zapach padliny niesie się daleko.

Dzieli się tym spostrzeżeniem z towarzyszem i Aigi przyznaje mu rację.

-    Nic tu po tobie - mówi.

Bånne opuszcza obozowisko. Dręczą go wyrzuty sumienia, lecz wie, że nie może postąpić inaczej.

Idzie w pojedynkę, więc droga powrotna zajmuje mu

niewiele czasu. Choć ciążą mu złe myśli, nie pozosta-je obojętny na piękno okolicy. Nie czuje się samotny, bo jak wszyscy Lapończycy dostrzega liczne oznaki życia wokół siebie. Drzewa i inne rośliny oddychają wraz z nim, dodając mu sił w obliczu trudnego zadania, które go czeka.

Zatrzymuje się najpierw przy ognisku, które obsiedli pasterze renów. Są zaskoczeni, kiedy Bånne staje nagle pośród nich.

Poczuwa się do obowiązku, by opowiedzieć im o zdarzeniu. Prawdopodobieństwo, że w pobliżu znajduje się więcej niedźwiedzi, jest niewielkie, lecz stada reniferów kuszą drapieżniki sposobnością zdobycia łatwego łupu. Bånne siada przy ogniu i cichym głosem opowiada o tym, co spotkało Guivego.

Pasterze słuchają w milczeniu, w ich spojrzeniach widać współczucie. Wiedzą o więzach krwi, które łączą Bånnego z Guivem, i okazują mu szczery żal.

Jeden z mężczyzn podaje mu kawałek suszonej ryby, a Bånne przyjmuje poczęstunek z wdzięcznością. Czuł ssanie w żołądku, opuszczając obozowisko. Ryba pozwoli mu zaspokoić najgorszy głód.

Potem siedzi, przysłuchując się rozmowom pasterzy. Przebywanie wśród nich przynosi mu ulgę.

W końcu musi jednak zabrać się do dzieła.

- Idę sprawić niedźwiedzia - mówi poważnie. Rozgląda się wokół, jakby oczekiwał, że ktoś zaofiaruje mu pomoc, lecz wie, że mężczyźni mają inne obowiązki. Zwłaszcza teraz, kiedy ich trzech zabrakło.

Zapada już noc, kiedy rusza w dalszą drogę.

Idzie wprost na miejsce zdarzenia i z każdym kolejnym krokiem czuje, jak coraz większy chłód ogarnia jego serce. Wreszcie staje na wzniesieniu i patrzy w dół na niedźwiedziego trupa, który z tej odległości wygląda jak ciemny głaz.

Naraz wzdryga się... Widzi tam w dole obok martwego zwierzęcia jakieś poruszenie. A może w niedźwiedziu kołacze się jeszcze życie? Bånne sztywnieje i wytęża wzrok. Ma właściwie ochotę rzucić się do ucieczki, lecz jak zareagowałby Duvdi na złamanie umowy? Pewnie rzuciłby klątwę na niego i jego rodzinę.

Mrok jest zbyt gęsty i Bånne decyduje się podejść bliżej.

Pochyla się i stąpa bezszelestnie. Pewnym ruchem zdejmuje łuk z ramienia, wyciąga strzałę z kołczana i kładzie ją na cięciwie. Oddycha ciężko, napina wszystkie mięśnie, czujny i gotowy stawić czoło zagrożeniu.

I wtedy znajduje rozwiązanie zagadki.

- Co tam się dzieje? - pyta Lalla jedną z kobiet, które zgromadziły się przed lawo szamana.

- Trudno powiedzieć. - Kobieta wydaje się zaniepokojona. - Słyszałyśmy głośną rozmowę, kiedy zjawiła się Aile.

- A więc weszła do środka? - Lalla kręci głową.

- Słyszę pogardę w twoim głosie, Lalla. - Kobieta patrzy na nią z wyrzutem. - Wszak wiesz, co oznajmili bogowie?

Lalla zaprzecza.

- Powiedzieli, że czas Duvdiego dobiega końca... że Aile dokończy...

- Co ty mówisz? - Twarz Lålli pokrywa się bladością.

- Aile to potwierdziła... przy ognisku. Wielu słyszało to co ja.

śli zaprzątają jej

Lållå nie dostrzegą      kcji kobiety z faktu, że mog-

ła podzielić się z i^^Ctek1^^

iadomością. Inne my

przejmie władzę, przyszłość rysuje si^ $ cięmnych^^wach. Ta kobieta jest chorobliwie ambitną^?^

zna...

•%.

2

Guive zaciska zęby, by nie krzyczeć. Ból, który czuje, kiedy rozcinają na nim ubranie, jest równie dotkliwy jak ten zadawany przez niedźwiedzie zęby.

Duvdi nie zwraca uwagi na Aile, kiedy kobieta wchodzi do namiotu. Właściwie powinien odmówić jej prawa wstępu, lecz chce uniknąć kłótni. Całą uwagę skupia na rannym Lapończyku.

Aigi stara się pomóc, choć czuje, że jego obecność jest zbędna.

Pocięte kawałki ubrania Guivego tworzą stos na klepisku.

Torarin śledzi tę scenę, nie odzywając się. Widok nagiego ciała Guivego sprawia mu nieomal fizyczne cierpienie. Zęby niedźwiedzia pozostawiły głębokie rany, lewe ramię młodzieńca jest rozszarpane. Guive stracił mnóstwo krwi, a jego twarz zmieniła się nie do poznania.

- Nic się nie da zrobić. - Aile wykrzywia twarz w grymasie. W świetle paleniska nagie poturbowane ciało mężczyzny wygląda groteskowo.

Duvdi rzuca na nią szybkie spojrzenie i tłumi w sobie chęć, by wyrzucić ją z namiotu. Nie chce okazać słabości

wobec tych trzech mężczyzn, zwłaszcza wobec Torarina, dla którego ma być wzorem. Musi pokazać mu, że potrafi panować nad gniewem.

-    Nie powinieneś się tak poniżać. - Aile nie może się powstrzymać, wyrzuca z siebie potok słów, z których wynika, że obecność członka rodziny Ane w namiocie szamana uważa za wysoce niestosowną. Jej głos przenika przez ściany lawo i dociera do ludzi stojących na zewnątrz.

Torarin przygląda się kobiecie, która przyjęła na siebie rolę jego matki, i czuje, jak narasta w nim niechęć. Nie pojmuje, że mógł kiedyś dostrzec dobro w tej kobiecie, której usta pełne są zjadliwości. Kręci głową, odsuwając od siebie te myśli.

Ńoaide miesza zawartość kociołka i zanurza w nim kawałek tkaniny, po czym pokrywa gęstą zawiesiną rany na ciele Lapończyka. Guive nie odzywa się, leży nieruchomo, wbijając wzrok w otwór w namiocie.

Torarin wzdryga się, kiedy Duvdi oznajmia, że trzeba zaszyć rany.

-    To zadanie dla ciebie - mówi, wskazując Aile, i z trudem ukrywa rozbawienie na widok jej reakcji. Aile nie spodziewała się takiej propozycji.

Aigi sceptycznie spogląda na starą kobietę. Od chwili, gdy pojawiła się w namiocie, wyraża się pogardliwie o Guivem. Aile ma wrażenie, że najchętniej posłałaby go na tamten świat.

A jednak kiedy widzi, jak Aile sprawnymi ruchami prowadzi kościaną igłę, odstępują go wątpliwości. Siedzi wzrokiem jej wychudzone dłonie, nić i igłę, która raz po raz zagłębia się w ciele jego brata.

Jęki Guivego odbijają się od ścian namiotu. Wijąc się z bólu, chłopak słyszy głos, który nakazuje mu zachować spokój. Zmusza się, by leżeć nieruchomo. Aile wbija igłę w jego skórę tak beznamiętnym ruchem, jakby cerowała starą odzież.

- Wypij to! - Duvdi klęka przy rannym.

Do Guivego nie docierają słowa szamana. Fale bólu wstrząsają jego ciałem.

Aile siedzi po przeciwnej stronie. Nie zastanawiając się, podnosi głowę młodzieńca i pomaga Duvdiemu wlać mu w usta płyn uśmierzający cierpienie. Działa odruchowo, tak jak zwykła postępować przez te wszystkie lata, które spędziła z szamanem.

- Co z nim będzie? - Głos Bånnego jest ledwie słyszalny.

Duvdi patrzy na niego poważnie.

- Tego nie wiemy - odpowiada ze współczuciem. -Jeśli dotrwa do rana, będzie żył.

- Dziękuję! - Aigi pada na kolana, pochyla głowę i wyciąga ręce w kierunku szamana. Wzrok noaide zmienia się raptownie, teraz jest pełen pychy.

- Chcę z nim zostać sam.

Aigi zrywa się z miejsca. Rzuca szybkie spojrzenie na Guivego, który zdaje się spać. Aigi wzdycha ciężko. Zda-je sobie sprawę, że niczego więcej nie można zrobić.

Aigi szykuje się do wyjścia, Aile nie rusza się.

- Ciebie też to dotyczy! - zwraca się do niej Duvdi.

- Potrzebujesz mnie! - protestuje Aile, lecz Duvdi zdecydowanie kręci głową.

- Potrzebuję wyłącznie pomocy bogów, Aile.

Ciemne oczy kobiety rzucają błyskawice, kiedy podnosi się z kolan i kuca. Nachyla się do szamana, zjadliwe słowa, które wypływają z jej ust, są przeznaczone wyłącznie dla niego.

- W końcu przekonasz się, Duvdi, kto z nas jest silniejszy.

- Wyjdź! - Duvdi podnosi głos bardziej, niż to konieczne, po czym rzuca przepraszające spojrzenie na Aigiego, który wciąż stoi przy płachcie zasłaniającej otwór wyjściowy.

-    Mnie pozwól zostać. - Torarin zbliża się do Duv-diego. - Powiedziałeś, że powinienem nauczyć się wszystkiego, co potrafi noaide, a to wszak jest częścią jego wiedzy.

Duvdi kiwa głową. Sam udaje się po bęben magiczny i kiedy schyla się, by go podnieść, seria obrazów przelatuje mu przed oczyma. Miał już kiedyś podobne widzenia, ale tym razem pojawia się w nich nowy element. Duvdi pociera czoło, jakby chciał odsunąć od siebie natrętne myśli, ale one nie ustępują.

Cały świat jest morzem płomieni, a on wędruje poprzez ogień nietknięty jego żarem.

Dostrzega Gydę, córkę Åsmunda. Cyda biegnie, zdaje mu się, że po to, by wydostać się z ognistego piekła, lecz wtedy spostrzega, iż ktoś podąża jej śladem. Zatrzymuje się i przygląda z niedowierzaniem ciemnej sylwetce prześladowcy. To on sam...

Torarin siada na skórze. Duvdi obraca się gwałtownie ku niemu i Torarin wzdryga się na widok twarzy szamana, która jest nadzwyczaj blada.

Duvdi zdaje się przebywać w innym świecie i Torarin nie ma odwagi wyrywać go z tego stanu. Bacznym spojrzeniem śledzi jego poczynania. Noaide zbliża się do paleniska. Guive pojękuje cicho i milknie. Zapada grobowa cisza.

Dłonie trzymające bęben są jak zaciśnięte węzły, kościany młoteczek zaczyna taniec na membranie. Torarin wbija wzrok w reniferowe poroże, w które wplątano cieniutkie srebrne łańcuszki.

Widzi siebie w pogoni za córką hovdinga. Lęk trzyma go w kleszczach. Pędzą w górę zbocza.

Torarin jest zafascynowany tą sceną. Patrzy prosto w oczy szamana, bo wie, że Duvdi w ogóle go nie dostrzega.

Guive wydaje z siebie straszliwy krzyk. Jego ciało wygina się w łuk, po czym ciężko opada na skórę i wije się jak zraniony wąż.

Co się dzieje? Torarin przenosi zlękniony wzrok z młodzieńca na Duvdiego.

Szaman wraca do rzeczywistości. Kto to krzyczał? Gyda? On sam? Dzikim wzrokiem omiata ściany namiotu i przyśpiesza rytm uderzeń.

A potem rozlega się joik, potężna pieśń płynąca wprost ze skołatanej duszy.

Fale cierpienia rozlewają się po ciele Guivego. Twarz dokucza mu najbardziej, chce podnieść ręce, by odgonić ból, ale nie potrafi nimi poruszyć. Zastyga w bezruchu i otwiera oczy. Czyste niebieskie źrenice zdają się nagle czymś obcym w zmasakrowanym obliczu. Guive ledwie słyszy śpiew szamana, nie czuje potężnej siły, która wypełnia lawo.

Słowa Duvdiego są jak szept bogów. Torarin zamyka oczy, by poddać się ich działaniu, lecz wyobraźnia podsuwa mu inne obrazy. Uśmiecha Się lekko, kiedy widzi ją, Girste...

Głos Torarina wplata się w magiczną pieśń noaide. Treść jest inna, ale obaj dają upust niezwykłym mocom, które w nich drzemią.

Bånne oddycha z ulgą. Niedźwiedzica nie porusza się, nic mu nie zagraża. Koło matki kręci się mały niedźwiadek. Tak mały, że musiał przyjść na świat całkiem niedawno.

Bånne nie rusza się z miejsca, przyglądając się pięknemu zwierzęciu. Nie chce go wystraszyć, bo niedźwia-

dek to dar od bogów. Dar dla noaide i całego obozowiska.

Młody Lapończyk uśmiecha się szeroko, ale zaraz poważnieje. Musi schwytać niedźwiadka, ale jak to zrobić?

Suohpan ułatwi mu zadanie. Bånne chwyta zwój linki w dłonie.

Zawsze górował nad innymi w sztuce rzucania arkanem i łapania reniferów. Teraz musi wykorzystać swe umiejętności w inny sposób.

Niedźwiadek krąży wokół matki, co rusz zatrzymuje się i wącha ją, szturcha łapą jej nieruchome ciało. Bånne współczuje małemu, lecz teraz nie może pozwolić sobie na słabość.

Z zadowoleniem stwierdza, że wiatr wieje w jego kie-'runku, co pozwoli mu zbliżyć się do zwierzęcia. Pochyla się i skrada bezszelestnie.

Niedźwiadek dostrzega człowieka dopiero wtedy, gdy pętla zaciska się na jego szyi. Bånne jest zdumiony, bo zadanie okazało się łatwiejsze, niż przypuszczał. Z triumfującą miną ciągnie zwierzę, które warczy i opiera się. Lapończyk nie czuje strachu, lecz zęby i łapy malca budzą w nim respekt.

Odciąga niedźwiadka od ciała matki, napinając suohpan i nie pozwalając zwierzęciu zbliżyć się do siebie. Zaczepia linkę o pniak, upewniwszy się najpierw, że wytrzyma napór małego drapieżnika.

Niedźwiadek protestuje gwałtownie, jego pisk zapada Bannemu głęboko w pamięć.

Muchy i ptaki zdążyły już dobrać się do niedźwiedziego trupa, brzuch-jest wzdęty.

Bånne kuca i zaczyna sprawiać zwierzę. Stwierdza z zadowoleniem, że ślady po ciosach nożem nie są zbyt widoczne.

Lapończyk jest biegły w swym rzemiośle, sprawnie zdejmuje skórę, zwija ją w rulon i mocuje ją sobie na ple-

each. Potem podchodzi do niedźwiadka. Widzi strach w jego brunatnych oczach, lecz reakcja zwierzęcia w ogóle go nie dziwi.

-    Pójdziesz ze mną - mówi spokojnie, rozplątując linkę owiniętą wokół pniaka.

Aile stoi jak przykuta do miejsca i wpatruje się w namiot Duvdiego. Nie jest sama, ludzie wciąż kręcą się w pobliżu lawo szamana. Niektórzy posyłają jej ukradkowe spojrzenia, zapewne ciekawi, co Aile robi wśród nich. A ona czuje, jak zazdrość dławi ją w piersi, zżera ją od środka.

Kiedy wreszcie rusza przed siebie, mało kto zwraca na nią uwagę. Wchodzi do namiotu, siada i pogrąża się w myślach. Bezwiednie bierze do ręki polano, wsuwa jeden z końców do ognia i uporczywie wpatruje się w płonące drewno. I nagle pojawia się niezachwiana pewność, że nadeszła właściwa chwila, której nie należy odwlekać.

Zrywa się z miejsca i zaczyna kręcić się niespokojnie. Mięśnie na jej twarzy i szyi napinają się, dłonie otwierają się i zamykają, jakby usiłowała chwycić coś, czego nie widzą oczy. Usta poruszają się, lecz żaden dźwięk nie wychodzi przez jej wargi.

Girste śpi. Gyda wyciąga się na skórze. Nie powinna zasypiać, lecz ma za sobą trudny dzień i potrzebuje odpoczynku. Juoksa i Lalla nie pojawili się. Zapewne nocują u krewnych, by nie zakłócać spokoju jej i Girste.

Gyda wpatruje się w ogień. Oczy zaczynają ją piec, więc zamyka powieki.

Chciwe języki ognia Użq ściany namiotu. Gyda usiłuje odepchnąć od siebie ten obraz...

Znużenie ogarnia Duvdiego, kiedy kończy pieśń. Jak zza mgły dobiega go głos Torarina. Boski syn zdaje się ciągnąć dalej przerwany joik.