Wybranka bogów (13). Wieszczki - Jane Mysen - ebook

Wybranka bogów (13). Wieszczki ebook

Jane Mysen

0,0

Opis

[PK]

Gyda rusza w drogę, tak jak kazali jej bogowie. Rozpoczyna się zima. Ma przy sobie tylko zwierzęta. Trygg i Varg wiernie jej towarzyszą, aż nadchodzi mróz i śnieg. Wtedy śmierć zabiera jednego z nich. Kryjówka z mięsa, którą Gyda widziała we śnie, staje się rzeczywistością, podobnie dłonie, które przychodzą jej z pomocą. Gyda zdobywa wiedzę i dociera do miejsca, które tyle razy widziała w snach.

[opis okładkowy]

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 


Książka dostępna w zasobach:
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kartuzach
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 231

Rok wydania: 2008

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



NAJWIĘKSZY BESTSELLER OD CZASU SAGI O LUDZIACH LODU

13

magiczna o p o w i c ś ć

WYBRANKA

BOGOW

magiczna^opowieść

WYBRANKA

BOGOW

JANE MYSEN

Jotungård

SO

tom 13.

WIESZCZKI

Przełożyła Zuzanna Byczek

Tytuł oryginalny serii: Utvalgt av gudene

Tytuł oryginału: Volver

Tłumaczenie z oryginału: Zuzanna Byczek Ilustracja na okładce: Anita Våmartveit Projekt okładki: Elipsa Sp. z o.o.

Korekta: Maciej Korbasiński Skład: Elipsa Sp. z o.o.

© J. W. Cappelens Forlag a.s 2000

Copyright © for this edition by Elipsa Sp. z o.o.

All rights reserved

ISBN 978-83-61226-12-3

Elipsa Sp. z o.o.

01-673 Warszawa, ul. Podleśna 37

MG åUW-G'331.0

INFORMACJE S (0 22) 624 16 07

1

Tego ranka osadę ogarnął wyjątkowy nastrój. Na nabrzeżu panuje ruch i gwar. Ludzie krzątają się koło stojącego w porcie statku. Kupcy są zadowoleni. Udało im się sprzedać sporo towarów, wiele też wymienili na inne, piękne przedmioty. Skóry, ozdoby, drewniane posążki, suszone ryby - wszystko to spoczywa teraz starannie ułożone na śródokręciu.

Sigurd stoi oparty o burtę. Błękitnymi oczami wodzi po budynkach, obserwuje nielicznych mieszkańców, którzy zmusili się do wstania o tak wczesnej porze. Jest bezwietrznie, dość duszno. Sigurd bierze głęboki oddech, po czym powoli wypuszcza powietrze. Odrzuca na plecy długie jasne włosy, poluzowuje sznur, podtrzymujący habit w pasie. W roztargnieniu zaciska węzeł z powrotem i spogląda na słońce, które właśnie wstało.

Rozkoszuje się panującą ciszą, ale jego myśli zajęte są czym innym. Krążą wokół Gydy i łączącej go z nią przyjaźni. Między jego brwiami pojawia się głęboka zmarszczka. Zatrzymuje wzrok na budynku, w którym Gyda mieszkała od przybycia do osady. Przez ten czas zrobiła wiele dobrego. Sigurd czuje niewypowiedzianą wdzięczność do Białego Chrystusa, że pozwolił mu znowu ją zobaczyć. Przez całą podróż do Irlandii i pobyt tam nawet nie śmiał liczyć

na to, że kiedykolwiek jeszcze będzie mu to dane. Życie jest pełne niebezpieczeństw. Znikąd nie miał wiadomości o niej, nie wiedział, że dobrze jej się wiedzie. Czy dobrze, właściwie...? Sigurd podpiera dłonią brodę i w zamyśleniu spogląda przed siebie. Cyda ma za sobą wiele złych doświadczeń, a na ciele nosi piętno. Przypomina mu się Arnkjel, ksiądz, który wypalił krzyż na jej ramieniu, naznaczając ją na zawsze. Jednak to na duszy odniosła najgłębsze rany. Może to właśnie z winy Arnkjela Sigurdowi nie udało się przekonać jej do porzucenia starych bogów i nawrócić na wiarę w Białego Chrystusa. Niełatwo uwierzyć w miłosiernego boga, gdy jego pośrednik sieje wokół siebie przerażenie.

Samego siebie uważa Sigurd za dobrego człowieka, chociaż teraz, po pobycie w osadzie, zaczął zastanawiać się nad swoimi prawdziwymi intencjami. Zawsze wiedział, że jego serce należy do Gydy, ale że może być tak zazdrosny... Sigurd potrząsa głową. Tak, doszło nawet do tego, że nie interweniował podczas tamtej awantury, gdy Arntor o mało co nie został zabity. Sigurd z nikim nie rozmawiał na ten temat. Lękiem napełnia go myśl, że znowu życzył komuś śmierci. Gdyby Gyda się dowiedziała, nigdy by mu tego nie wybaczyła. Nikt nie jest tak bliski jej sercu jak właśnie skald.

Pomiędzy Sigurdem i Gydą powstała niezgoda. Sigurd wyrzuca sobie, że nie trzymał języka za zębami. Powinien był wiedzieć, że nie należy głosić słowa Bożego w obecności dwóch, obdarzonych wielką siłą, wieszczek. Jednak nie mógł się pohamować. Na myśl o tym pięści same mu się zaciskają. Gyda poprosiła, by opuścił dom chorych. Nie rozmawiał z nią od kilku dni. Boli go, że nigdy nie zdoła naprawić swego błędu. Zawsze łączyły ich silne więzy przyjaźni.

Nagle drzwi się otwierają i staje w nich Gyda. Sigurd czuje, że krew zaczyna mu szybciej krążyć w żyłach. Nie widzi go, jest skupiona na wilku, ale Sigurd cieszy oczy jej widokiem.

Gyda klęka na ziemi i głaszcze szarobiałą sierść. Cichym głosem przemawia do Varga, jednocześnie rozglądając się wokół. Varg macha ogonem, kładzie uszy po sobie i liże ją po twarzy. Potem bierze jej podbródek między swoje wielkie szczęki, zapewne chce w ten sposób pokazać, że jest mile widziana w stadzie. Gyda uśmiecha się do niego, mierzwi gęstą sierść, potem wstaje i prostuje plecy.

Podchodzi do niej Arntor, Gyda posyła mu promienne spojrzenie, które napełnia go radością. Widzi w jej oczach pożądanie, które go rozpala, zamienia w drżącą wiązkę gorących uczuć. Nie zważając na krytyczne spojrzenia, obejmuje ją w pasie i przyciąga do siebie. Nie zostało im już wiele czasu, chce być blisko niej tak często, jak to tylko możliwe.

Całuje ją delikatnie, czule przeciąga palcami po włosach, szeptem dziękując za ostatnią noc. Gyda śmieje się cicho, przez moment czuje się jak młoda dziewczyna, po czym rozgląda się, zawstydzona. Co sobie ludzie pomyślą. Córka samego Asmunda Torkildssona, a zachowuje się jak zwykła dziwka. Czuje lekkie ukłucie bólu. Różne plotki krążą na temat jej upodobania do męskiego towarzystwa, ale przecież w jej życiu istnieje tylko Arntor.

Chociaż cieszy się jego bliskością, równocześnie czuje głęboki smutek. Nadchodzi moment rozstania. Arntor wyrusza w podróż do ojczyzny. Opowiedział jej swój sen. Ukazała mu się w nim jego matka, jednocześnie zobaczył grób. Gyda nie chce, żeby wyjeżdżał, jednak zdaje sobie sprawę, że sen to wyraźny znak, iż matka chce zobaczyć syna, nim uda się w drogę do królestwa zmarłych. Gyda

nie może odmówić im prawa do spotkania, ale w środku czuje ogromny żal, że Arntor ją opuszcza.

Tak jakby czytał w jej myślach, mówi:

-    Wrócę, Gydo. Nie bój się, nie złamię obietnicy. Myślami cały czas będę przy tobie. Nocami będziesz ze mną w moich snach, to mi nie pozwoli zapomnieć, gdzie naprawdę jest mój dom. Nic nie może rozdzielić nas na dłużej.

-    Wierzę ci - szepcze Gyda. Próbuje nadać głosowi przekonujące brzmienie, lecz wie, że Arntor wyczuwa w nim niepewność. Wierzy jego słowom, choć wiadomo, że często nomy przędą nici losu wbrew naszym oczekiwaniom. Arntor wiele podróżował i do tej pory wszystko było w porządku, ale pewnego dnia może się to zmienić. Ta myśl ją przeraża. Wielu straciło życie na morzu, a Arntor jest dodatkowo wystawiony na niebezpieczeństwo - z powodu koloru skóry. Ciemna karnacja może mu tylko przysporzyć kłopotów w świecie, który nie uznaje odmienności. Gyda przytula się mocniej do ukochanego, na moment przywiera do niego całym ciałem. Tego dnia zapominają o całym świecie, nie zwracają uwagi na ludzkie spojrzenia, nie słyszą szeptów wokół siebie. Kobiecie takiego jak Gyda pochodzenia nie przystoi okazywać uczuć w ten sposób.

-    Powinieneś chyba już wnieść swoje rzeczy na pokład. - Gyda jest wściekła, że jej głos brzmi inaczej niż zwykle. Zdradza słabość i lęk związany ze zbliżającym się rozstaniem.

Arntor uśmiecha się. Gyda wyczuwa, jaki jest podekscytowany, pełen oczekiwań. Bardziej ją to boli, niż cieszy. Wie, że powinna życzyć mu wszystkiego najlepszego i cieszyć się razem z nim, ale ona, słaby człowiek, potrafi tylko życzyć sobie, aby został przy niej.

-    Najpierw muszę się z kimś pożegnać - mówi Arntor z powagą.

Gyda odpowiada skinieniem głowy.

-    W ciągu ostatnich dni widziałam Vebjorna kilka razy, ale nie udało mi się z nim porozmawiać. Myślę, że on boi się rozstania. Dla kogoś, kto uważa się za mężczyznę, takie chwile mogą być wyjątkowo ciężkie. Może boi się łez.

Arntor uśmiecha się.

-    Może i tak być. Porozmawiam z nim w cztery oczy. Nie pozwolę, żeby okazał słabość w obecności innych.

Gyda odprowadza spojrzeniem znikającego pomiędzy domami Arntora. Tak dobrze mieć przed oczami jego drogą sylwetkę. Ciężko pomyśleć, że już niedługo nie będzie go widzieć, że tak mało czasu zostało do rozstania. Z westchnieniem siada na kamiennych schodach, jak najbliżej Varga. Może on ją choć trochę pocieszy.

Vebjorn siedzi na łóżku i macha nogami. Struga kawałek drewna na zabawkę dla siostry. Matka krząta się w pobliżu. Widzi, że coś jest nie tak, ale nie może dojść, co go dręczy. Gdy mówi, że idzie na nabrzeże popatrzeć, jak odpływa statek kupiecki, Vebjorn czuje ulgę. Wreszcie zostanie sam ze swoimi myślami.

Oddfrid martwi się o syna. Wydaje jej się, że wie, co go gnębi, ale on jest milczący i nie chce jej nic powiedzieć. Vebjorn powinien porozmawiać z jakimś mężczyzną. Oddfrid wzdycha ciężko i otwiera drzwi. Na jej ustach pojawia się uśmiech, a w zielonych oczach błysk, kiedy dostrzega zmierzającego w jej kierunku Arntora. Kiedy ją mija, Oddfrid dyga tak nisko, że spódnicą zamiata ziemię. Jak wszystkie kobiety, ona też nie jest obojętna na jego urok. Skald jest piękny, a w dodatku potrafi odpowiednio powitać kobietę. Olśniewający uśmiech na chwilę wprawia ją w drżenie.

Oddfrid potrząsa głową. Przecież jest dorosłą kobietą, powinna nad sobą panować. Szybko wychodzi i rusza ścieżką w dół.

Gdy drzwi się zamykają, Vebjorn wypuszcza nóż i klocek drewna z rąk i pada na posłanie. Łzy są tuż-tuż, ale nawet w samotności nie potrafi od razu się rozbeczeć. Starczy jedna beksa w domu. Ma na myśli Olaug, swoją siostrę. Ta to ryczy z byle powodu. Ale on nie może tak się mazać.

Nie może znieść myśli, że Arntor zaraz zniknie. Wkrótce także Gyda wyjedzie. Co wtedy z nim się stanie? Polubił nowych mieszkańców osady. Dzięki ich umiejętnościom wyzdrowiało wielu ludzi, Vebjorna także wyleczyli z zarazy. Należy im się szacunek. Vebjorn czuje, że między nim a Gydą i Arntorem istnieje jakaś więź. Zda-je sobie sprawę, że w porównaniu z nimi jest nikim, lecz Arntor traktuje go jak przyjaciela. Sprawił, że Vebjorn poczuł się ważny, a teraz co? Teraz go zostawią. Kinie głośno. Może sobie na to pozwolić, skoro matki nie ma w pobliżu.

Nagle podskakuje. Ktoś chrząknął. Siada i zaniepokojony rozgląda się po słabo oświetlonym wnętrzu.

- Zamierzasz leżeć tu i przeklinać, zamiast zejść do portu i życzyć przyjacielowi szczęśliwej podróży?

Vebjorn zna ten głos. Czuje, jak oblewa się rumieńcem. Do licha, to Arntor. Słyszał wszystko, co Vebjorn mówił do siebie, myśląc, że jest sam.

- Jestem zły na Olaug - mówi krótko, zeskakując na podłogę, - Chcesz coś do picia, Arntor?

- Nie pogardzę kubkiem kwaśnego mleka. - Głos Arn-tora brzmi przyjaźnie. Takim zapamięta go Vebjorn.

Chłopiec bierze dzban z kwaśnym mlekiem i napełnia kubki. Arntor i Vebjorn siadają przy stole naprzeciwko

siebie. Vebjomowi brakuje słów, ale wie, że skald na pewno nie ma tego problemu. Zapewne zacznie mówić, gdy uzna, że nadszedł odpowiedni moment.

- Wiesz, dlaczego muszę wyjechać?

Vebjorn nie odpowiada. Patrzy tylko i pije mleko. Nie odrywa wzroku od Arntora.

- Miałem sen - zaczyna skald. - Był bardzo wyraźny. Moja matka niedługo powędruje do królestwa śmierci i chciałaby mnie zobaczyć, zanim to nastąpi.

Cisza. Vebjorn nie wie, co powiedzieć. Czeka na dalszy ciąg-

- Niechętnie opuszczam kraj ludzi Północy. Mam tu wielu przyjaciół. I rozumiesz chyba, co łączy mnie z Gydą?

Vebjorn odpowiada skinieniem głowy. Jest jeszcze chłopcem, jednak Arntor i Cyda bynajmniej nie starali się kryć ze swoją miłością.

- Ale tam, w domu, jest mój ród. - Arntor wzdycha ciężko i bierze łyk mleka. Potem pyta: - Zignorowałbyś taki znak? Nie pojechałbyś w odwiedziny do własnej matki, gdybyś wiedział, że leży na łożu śmierci?

Vebjorn kręci się niespokojnie na stołku. Nigdy nie zawiódłby matki.

- Tak to jest z nami, mężczyznami, Vebjorn. Pozornie jesteśmy twardzi, ale tak naprawdę - równie miękcy jak kobiety. Nie wstydzę się powiedzieć, że mój ród jest dla mnie ważny i że nie chciałbym zawieść oczekiwań moich bliskich. - Arntor wstaje. - Chodź ze mną, Vebjorn. Pożegnaj się ze mną jak przystoi mężczyźnie. Wiem, że to dla ciebie trudne, ale lepiej będzie, jeśli popatrzysz na znikający za horyzontem statek, zamiast siedzieć tutaj i się zamartwiać. To musi boleć, kiedy ktoś odjeżdża, inaczej znaczyłoby, że nam na tej osobie nie zależy.

Vebjorn odstawia kubek i idzie za Arntorem w stronę drzwi.

- Pójdziesz ze mną? - nalega Arntor. Vebjorn czuje, że powinien, ale nie potrafi. Boi się własnych uczuć. Boi się, że poryczy się jak dzieciak. Już teraz to czuje... płacz. Przeraża go to.

Arntor pochyla się tak, że jego oczy znajdują się na wysokości oczu chłopca.

- Musisz wiedzieć, że nigdy cię nie zapomnę. Tyle mi dałeś, tak jak zresztą cały pobyt tutaj. Wiele podróżowałem i wszystkie miejsca obfitowały w ludzi. Niektórych się lubi, innych nie za bardzo. Wielu zachowałem w pamięci, a ty będziesz jednym z nich.

Teraz są już blisko... łzy. Vebjorn nie jest w stanie dłużej ich powstrzymywać. Szlochając, rzuca się Arntorowi na szyję.

Skald przytula do siebie drżącego chłopca. Gdy przybył do osady, od razu poczuł do niego szczególną sympatię. Kiedy teraz tak stoją, sam ma ochotę się rozpłakać. To boli, gdy trzeba porzucić tych, do których człowiek się przywiązał.

Stoją tak, objęci, aż płacz Vebjorna ucicha. Wtedy Arntor kładzie mu ręce na ramionach i lekko odsuwa od’siebie.

- Wrócę, Vebjorn, i obiecuję ci, że cię odwiedzę, zanim wyruszę w drogę za Gydą. Ma przed sobą daleką podróż, umówiliśmy się, że za nią pojadę. Nie łamię przyrzeczeń, jeśli coś obiecałem, to na pewno dotrzymam słowa.

Vebjorn kiwa głową i wyciera twarz rękawem koszuli. Dobrze było się wypłakać, chociaż Arntor był przy tym. Teraz, kiedy skald złożył mu taką obietnicę, Vebjorn czuje jedynie dumę. Czy ktoś inny z mieszkańców osady dostąpił takiego zaszczytu? Nikt...

Vebjorn uśmiecha się i uwalnia z objęć Arntora.

- Przyjdę się pożegnać, ale dopiero wtedy, gdy statek będzie całkowicie gotowy. Właśnie robię zabawkę dla Olaug, a to nie może czekać.

Arntor uśmiecha się i mruga porozumiewawczo. Wie, jaka jest prawdziwa przyczyna tego, że chłopiec nie chce teraz mu towarzyszyć, ale sam w podobnej sytuacji też poszukałby jakiegoś usprawiedliwienia.

- W takim razie widzimy się za chwilę, przyjacielu?

Vebjorn kiwa głową w odpowiedzi i uśmiecha się dzielnie. Potem otwiera przed skaldem drzwi i patrzy, jak Arntor rusza w dół, na nabrzeże.

Kårhild podąża przed siebie szybkim krokiem. Niesie duże naręcze jałowca. Śpieszy się, bo wprawdzie statek jeszcze nie odpłynął, ale czasu jest mało. Chce życzyć Arntorowi szczęśliwej podróży. Czuje się zdradzona. Nie przez Arntora, lecz przez bogów. Przez całą noc odprawiała obrzęd siedzenia na zewnątrz, jednak nie posłuchali jej próśb. Wypowiedziała wszystkie zaklęcia dokładnie tak jak trzeba, jednakże nomy postanowiły inaczej pokierować jej losem.

Nie widzi dobrze z powodu niesionych gałęzi. Przy drodze bawią się dzieci i jedno z nich niechcący wpada na nią. Kårhild traci równowagę i pada jak długa. Gałęzie jałowca rozsypują się dokoła. Z jej ust wydobywają się słowa nieprzystające wieszczce. Dzieci uciekają w popłochu. Słyszały o wolwach i o tym, co takie czarownice potrafią. Wiedzą, że Kårhild zajmuje się białą magią, ale i tak nie czują się bezpieczne.

- Widzę, że ledwo trzymasz się na nogach! - dociera do niej drżący ze śmiechu głos Gunnara, gdy na kolanach

zbiera rozsypane gałęzie. Nie odpowiada, rzuca mu tylko pełne irytacji spojrzenie. Patrzy na niego kątem oka, zauważa, jak kuca obok i pomaga zebrać jałowiec.

Dopiero teraz spostrzega tobołek na jego plecach. Dochodzą z niego stłumione dźwięki, czasem widać jakieś ruchy. Ciepło jej się robi na sercu. Gunnar jest twardy pod wieloma względami, ale ma w sobie dobroć. Kto by pomyślał, że tak poważnie podejdzie do sprawy, kiedy dostał Sveinunga na wychowanie. Teraz jest dla chłopca jak ojciec.

Gunnar czuje bliskość Kårhild każdym skrawkiem ciała. Być tuż obok i nie móc jej dotknąć to trudne do zniesienia. Białe włosy, blada skóra... Tylko on słyszy ciche jęknięcie, które wydobywa się z jego ust. Próbował jej, nie stawiała oporu, gdy objął ją w domu Tomy. Przez moment była jego, ale na tę kobietę działa intelekt. To Arntor budzi w niej namiętność. Zrozumiał to, widząc ją, jak odprawiała czary.

Gunnar wstaje gwałtownie i mówi:

- Muszę coś załatwić, Kårhild. Myślę, że powinnaś pożegnać się ze Sveinungiem.

- Co ty mówisz, Gunnar? Zamierzasz zabrać chłopca ze sobą w góry? Pamiętaj, że nadchodzi jesień... potem będzie zima...

Gunnar pokazuje w uśmiechu wybrakowane uzębienie. Jednak oczy pozostają poważne. Jego spojrzenie jest chłodne, Kårhild wyczuwa to... jego nieprzystępność. Kryje się w nim dzikus, ten pozbawiony uczuć człowiek, którego zobaczyła, kiedy na skraju przepaści zaciskał dłonie na szyi Arntora. Teraz te same dłonie gładzą wypielęgnowaną brodę. Palce są duże, mocne. Nie boi się Gun-nara, w jakiś dziwny sposób czuje się bezpieczna w jego obecności. Kårhild nie potrafi dostrzegać w ludziach je-

dynie złych stron. Chociaż Gunnar ma trudny charakter, tak samo jak inni ma w sobie cząstkę dobroci.

Kårhild układa zebrany jałowiec na kupkę i podnosi się.

- Zrobisz, jak uważasz, Gunnar, ale według mnie to lekkomyślność zabierać małe dziecko w góry o tej porze. Wkrótce nadejdzie jesień.

Gunnar prycha.

- Bogowie chyba wiedzieli, co robią, wybierając mnie na opiekuna chłopca. Wiedzieli, że nie będzie dorastał w takich warunkach jak inne dzieci. Gdyby chcieli dla niego innego życia, nie daliby mi go pod opiekę. Poza tym przecież i tak miałem towarzyszyć wam w podróży. Myślisz, że was ominie jesień i zima podczas przeprawy przez góry? Chyba wychodzi na to samo?

- Daj mi go potrzymać! - mówi Kårhild władczo, jak przystoi kobiecie jej pochodzenia.

Podchodzi bliżej, ale Gunnar powstrzymuje ją ruchem ręki.

- Chłopiec śpi. Nie przeszkadzaj mu.

Kårhild przystaje, ale nie podoba jej się, że musi słuchać jego rozkazów. Żałuje, że wymyśliła całą historię o tym, że to Gunnar ma się zająć Sveinungiem, bo wygląda na to, że pod jego opieką dziecko wkrótce trafi prosto do bogini Hel. Wtedy bogowie będą mieć jeszcze jeden powód, żeby ją ukarać.

- Nie mogę cię zatrzymać, Gunnar, ale proszę cię... nie jedz bez nas. - W jej głosie pojawił się teraz jakiś błagalny ton i Gunnar spogląda na nią niepewnie. Kårhild mruga oczami, czerwonawe gałki oczne to pokazują się, to znikają. Najwidoczniej razi ją ostre światło. Nagle ogarnia go współczucie. Kårhild byłaby zupełnie bezbronna, gdyby nie to, że jest wolwą. Dzięki swej wewnętrznej mocy

i losowi, który uprzędły dla niej nomy, przeszła przez życie z podniesioną głową. Gdyby nie przygarnęła jej Ragni Tajemnicza, inaczej wyglądałoby jej życie.

-    Wyruszam teraz! - mówi Gunnar, podkreślając swe słowa stanowczym ruchem głowy.

-    Mogę użyć jedynie słów, aby spróbować cię powstrzymać, ale chcę, żebyś wiedział, że nie podoba mi się to, co robisz.

-    Nie dbam o to, czy ci się to podoba, czy nie. Bogowie dali mi Sveinunga i potrafię zadbać o niego, niezależnie od okoliczności. Nie zawiodę zaufania, którym mnie obdarzyli.

Gunnar odwraca się do niej plecami. Nie zamierzał odpowiadać jej tak ostro i na myśl o tym, jak się właśnie zachował, serce go ściska. Kårhild nie zasłużyła na takie traktowanie, nigdy nic złego mu nie zrobiła. To nie jej wina, że zakochała się w Arntorze. Gunnar czuje się podle.

Kårhild odprowadza go wzrokiem, patrzy, jak szeroką ścieżką kroczy między zniszczonymi budynkami, a w końcu znika jej z oczu. Rozstanie boli ją bardziej, niż sama przed sobą jest w stanie przyznać. Polubiła Sveinunga, a i z Gunnarem czuje się w pewien sposób związana. Wzdycha ciężko, kuca i próbuje zebrać gałęzie jałowca. Dziwi się, że tak nagle poczuła pustkę. Właściwie powinna być zadowolona, że Gunnar zniknął. Od samego początku podróży stanowił dla nich zagrożenie. A jednak... przypomina jej się, jak objął ją w domu Tomy, jakie zawładnęły nią wtedy uczucia. Poczuła pożądanie. Wie, że gdyby tylko był nieco bardziej natarczywy, nie odrzuciłaby go. Ale Gunnar opanował się, okazał jej szacunek. Zda-je sobie sprawę, ile go to kosztowało. Wie, jak mężczyźni pragną kobiet. Wie, jak silne może być pożądanie. Kårhild

uśmiecha się. Przecież ona sama znajduje się we władzy namiętności.

W końcu gotowa, szybkim krokiem zmierza w dół, ku warzelni. Czeka tam niewolnica, która z uśmiechem bie-rze od niej jałowiec. Będzie z niego piwo. Kårhild nie traci czasu na uprzejmości, szybko wybiega z budynku i kieruje się w stronę domu, w którym mieszkała razem z Arnto-rem i Gydą od przybycia do osady.

2

Wnętrze budynku, który służył za dom chorych, wygląda teraz zupełnie inaczej niż przed przyjazdem Gydy i Arn-tora. Posłania są uprzątnięte, pomieszczenie wypełnia cudowny zapach jałowca. Kårhild rozgląda się. Ogień na palenisku prawie wygasł. Nie widać ani Gydy, ani Arntora. Pewnie są na nabrzeżu.

Dostrzega z daleka wysoką, wspaniałą sylwetkę. Arn-tor wstępuje właśnie na trap. Przez ramię ma przewieszony duży bagaż. Włożył na siebie skórzane ubranie oraz wiele barwnych ozdób, kruczoczarne włosy ozdobił zaś pięknymi kolorowymi piórami. Kårhild wydaje się, że dostrzega prężące się pod ubraniem mięśnie, i z uniesieniem wspomina chwilę, gdy było jej dane go dotknąć. Oczywiście, był wtedy chory i słaby, ale jednak... jej palce pieściły to ciało. Rozpamiętując tę chwilę, cała drży.

Kårhild zatrzymuje się obok Gydy. Biegła i teraz brak jej tchu. Gyda spogląda na nią. Jej oczy są pełne smutku, jednak zdobywa się na przyjacielski uśmiech.

-    W samą porę, Kårhild. - Również głos Gydy zdradza smutek spowodowany nieuchronnie zbliżającym się wyjazdem Arntora.

Kårhild prawie nie zwraca uwagi na jej słowa. Porywa ją fala namiętnych uczuć. Nie potrafi ich dłużej skrywać. Bez słowa biegnie w kierunku statku, pokonuje trap i ru-

sza w stronę Arntora, który właśnie zdejmuje bagaż z pleców. Kårhild nie zastanawia się, co powie, co zrobi, jednak z ulgą zauważa, że są sami.

Arntor odwraca się. Nie kryje zaskoczenia na jej widok. Kårhild wydaj e się wzburzona. Arntor właśnie otwiera usta, by coś powiedzieć, gdy Kårhild go uprzedza.

-    Zakochałam się w tobie, Arntorze Skaldzie. Nie mogę cię dotknąć, nie mogę cię mieć, ale chcę, byś wiedział, że moje serce należy do ciebie.

Arntorowi odbiera mowę. Kårhild odwraca się na pięcie i biegnie z powrotem. Arntor rozumie, że to wyznanie musiało ją wiele kosztować. W jakiś dziwny sposób czuje się zaszczycony. Uśmiecha się, potrząsa głową i rusza w stronę trapu. Teraz czeka go najgorsze - pożegnanie.

Gunnar pokonuje ostatni odcinek drogi pod górę, z trudem łapie oddech. Ma jeszcze trochę czasu, jednak czuje lekkie zdenerwowanie. Zależy mu, żeby tym razem wszystko poszło zgodnie z planem. Teraz nikt nie może mu przeszkodzić. Dwa razy próbował rozprawić się z Arntorem, lecz za każdym razem los sprzyjał tamtemu. Gunnar przypomina sobie moment, gdy prawie udało mu się strącić go w przepaść. Wówczas przeszkodziła mu Kårhild, ale teraz stoi tam, na dole, i pożera Arntora oczami. Gunnar widzi ich dobrze ze swego miejsca, a jednocześnie wie, że jego nikt z osady raczej nie będzie w stanie dostrzec.

Sveinung zasnął po drodze. Nie budzi się nawet wtedy, gdy Gunnar rozwiązuje chustę i ostrożnie kładzie chłopca na ziemi. Gunnar patrzy na zadowoloną twarzyczkę i jego wargi nieświadomie wyginają się w uśmiechu. Przywiązał się do Sveinunga. Nie przypuszczał, że tak będzie, kiedy

Kårhild złożyła chłopca w jego ramionach. Teraz za nic na świecie by się z nim nie rozstał. Nie ma zresztą powodów do obaw, gdyż bogowie zdecydowali o wszystkim. To on i nikt inny ma wychowywać Sveinunga.

Gunnar zbliża się do powalonego przez wiatr drzewa. Przeszukuje zwiędłe listowie. Dzień wcześniej coś tam ukrył. Z zadowoleniem odnajduje łuk i kołczan.

Wyciąga z niego kilka strzał, pieszczotliwie przeciąga dłonią po broni, która ma przynieść śmierć Arntoro-wi. Sam zrobił strzały, wie, że są doskonałe. Żelazne groty dokładnie okręcił zanurzonym w wosku sznurkiem. Lotki sporządził z piór pochodzących z tego samego skrzydła, aby strzały były niezawodne. Są bez zarzutu. Kto jak nie on naciągnął cięciwę i posłał śmiertelną strzałę prosto w pierś Tomy? Gunnar chichoce. Szkoda tylko, że nie wypuścił wtedy jeszcze jednej strzały. Arntor, przywiązany do pala w miejscu ofiarnym, stanowił łatwy cel. Na myśl o tym Gunnar kinie pod nosem. Był tak pochłonięty ratowaniem Kårhild, że zupełnie zapomniał o tym cholernym skaldzie. Za to teraz... Kieruje twarde spojrzenie w dół, na osadę.

Chyba nikogo z mieszkańców nie brakuje dziś na nabrzeżu. Gunnar chrząka z zadowoleniem. Dobrze, niech wszyscy zobaczą, jaka kara może spotkać tych, co wchodzą mu w drogę. Ryzyko, że ktoś będzie go ścigał, jest niewielkie. Gunnar jest pewien, że nikt się na to nie odważy ze strachu, że mógłby przypłacić to życiem. Chichoce. Raczej nikt nie przejmie się śmiercią ciemnoskórego skalda. Gyda i Kårhild będą cierpieć, ale zasługują na to, skoro tak nisko upadły, żeby stracić głowę dla jakiegoś obcego, przybłędy nie wiadomo skąd.

Gunnar zdaje sobie sprawę, że nie przejmowałby się tym wszystkim, gdyby to on był bliski sercu Kårhild. Nie

może znieść myśli, że zakochała się w Arntorze. Męczy go, że Arntor może mieć wszystko, czego zapragnie, bez większego wysiłku. Gunnar zawsze brał kobiety siłą i zawsze mu się to podobało. Ale potem spotkał Kårhild. Oczy Gunnara robią się marzące. Wolwa oczarowała go od pierwszej chwili. Nie wiedział, że to będzie takie trudne, jednak skoro tak się stało, jakoś musi sobie w tej sytuacji poradzić.

Siada i czeka. Właściwy moment nadejdzie, wypuści strzałę, gdy nikt w osadzie nie będzie się tego spodziewał. Jest przyzwyczajony, że nic nie dzieje się od razu. Nauczył się cierpliwości. Z miejsca, gdzie siedzi, ma dobry widok, a przy tym sam jest dobrze ukryty. Ma dużo czasu. Jeszcze...

Gyda czuje, jak do oczu cisną jej się łzy. Nogi się pod nią uginają. Mocno zaciska dłoń na kosturze, jakby nigdy nie zamierzała go puścić. Musi się jakoś opanować. Ludzie nie spuszczają jej z oczu. Gyda wie, że mają wielkie oczekiwania co do niej - jako wolwy i kobiety wysokiego pochodzenia. Nie może oderwać wzroku od Arntora. On patrzy na nią. Tak jakby zaglądała w głąb jego duszy. W ciepłych brązowych oczach, które zawsze tak na nią działały, widzi miłość. Na bogów, jak ona go kocha! Nie potrafi opanować smutku z powodu jego wyjazdu.

Arntor staje przed nią, chwyta jej dłoń. Przez chwilę trzyma ją w swojej. To wystarczy, nie musi nic mówić. Gyda czuje jego bliskość każdą cząstką ciała, patrzy na niego zamglonym wzrokiem. Jest bliska łez, z całych sił próbuje się opanować.

Wszystkie spojrzenia są zwrócone na możną kobietę i ciemnoskórego skalda. Chociaż ludziom łatwo przy-

chodzi osądzać innych, niejeden ukradkiem ociera łzę, widząc, jak bardzo tych dwoje cierpi z powodu rozstania. Kiedy Arntor obejmuje Gydę i przyciąga ją do siebie, przez tłum przebiega westchnienie. Tylko w spojrzeniu Kårhild płonie zazdrość. Wolwa zaciska kostur w dłoni tak mocno, że trzeszczą kości. Dlaczego bogowie są dla niej tak okrutni? Nigdy nikomu nie wyrządziła krzywdy, jednak wygląda na to, że wyższe siły odmawiają jej szczęścia w miłości.

A Gyda? Dlaczego bogowie dopuszczają, by wszyscy się tak na nią gapili? Kårhild robi się niedobrze, najchętniej by sobie poszła. Tak jak Gunnar na zawsze zniknęła wysoko w górach.

Hm, Gunnar. Kårhild spogląda w kierunku, w którym odszedł. Co się z nim teraz dzieje? Jak daleko zaszedł? Wzdycha ciężko. Co się stanie ze Sveinungiem? Jakie cierpienia postanowiły upleść dla chłopca nomy? Czy nie lepiej byłoby dla niego, gdyby został razem z matką, wysoko w górach? Nie może uwolnić się od dręczących pytań. Jednocześnie cały czas czuje przejmujący ból, który sprawia jej widok Arntora i Gydy.

Arntor delikatnie próbuje uwolnić się z objęć Gydy, ale ona nie chce go puścić.

- Pamiętaj, co ci mówiłem, Gydo. Nic nie zdoła mnie zatrzymać na dłużej z dala od ciebie. Jednak teraz potrzebuje mnie matka, nie mogę jej zawieść.

- Wiem, że wrócisz, ale i tak nie mogę znieść tego, że mnie opuszczasz - szepcze Gyda. Tylko Arntor słyszy jej słowa, ze smutnym uśmiechem bierze ją pod brodę, pieszczotliwie przejeżdża palcem po jej twarzy, po czym odwraca się i rusza w kierunku statku. Nikt prócz Gydy nie zauważył, jak bardzo wzruszyły go jej słowa.

Gyda ma ochotę wykrzyczeć swój gniew na bogów,

którzy odbierają jej wszystko, co najdroższe. Jednak stoi nieporuszenie, jak wykuta z kamienia.

Kårhild czuje się podobnie. Przechodząc, Arntor pozdrawia ją jedynie krótkim skinieniem głowy i zaraz kieruje wzrok przed siebie, na statek. Kårhild ma chęć pobiec za nim, rzucić się przed nim na kolana i błagać, żeby został, jednak nie może. Nie może mu pokazać, co czuje. Nie jest to proste. Gdy odprowadza go wzrokiem, szarpie nią tysiąc myśli naraz, rozrywa ją na kawałki.

Gunnar wstaje i przytracza do pleców chustę, w którą zawinięty jest Sveinung. Lepiej być gotowym, na wypadek gdyby trzeba było ratować się ucieczką. Jeszcze zarzuca na plecy kołczan i wyciąga z niego strzałę, której zamierza użyć. Na drzewcu wyryty jest jego znak. Kiedy ludzie go zobaczą, zrozumieją, że to on dokonał zabójstwa. Gunnar myśli o tym z dumą. Ma na sumieniu tyle zabójstw, że jedno mniej czy więcej nie zmieni opinii o nim. Jego życie też nie może być bardziej zagrożone, niż już jest. Każdy może podnieść na niego rękę, bo jest wyjęty spod prawa. Nie może się bronić, a jego zabójcy nie spotkałaby żadna kara. Świadomość, że jego życie jest tak mało warte, nie wprawia go w zachwyt, ale stało się tak na skutek jego wcześniejszego postępowania. Teraz nic nie może na to poradzić.

Łuk jest lekki, nie za duży. To dlatego, że Gunnar zawsze ma go ze sobą podczas wędrówki. Nie może dźwigać nieporęcznej broni, bo często trzeba szybko przemieszczać się z jednego miejsca na drugie.

Prawą rękę mocniej zaciska na łuku, umieszcza strzałę w cięciwie, stoi tak przez chwilę, uważnie przypatrując się temu, co się dzieje na nabrzeżu. Widzi wszyst-

kich wyraźnie. Serce zaczyna mu szybciej bić w piersi, gdy dostrzega Arntora. Napięcie rośnie. Zaciska szczęki, unosi łuk i jeszcze raz poprawia uchwyt. Potem naciąga cięciwę.

Arntor nie odwraca się, lecz na plecach czuje palący wzrok Gydy. Być może robi błąd, wyjeżdżając, lecz przecież otrzymał znak - sen, w którym bogowie objawili mu, że powinien pojechać do domu.

Mieszkańcy osady obserwują przygotowania do podróży. Ci, którzy zamierzają wyjechać, są już na pokładzie. Brakuje tylko Arntora.

Kårhild kręci się w głowie. Uczucia, które nią zawładnęły, są zbyt silne. W pewnej chwili traci panowanie nad sobą. Z krzykiem rzuca się w stronę Arntora. Ludzie patrzą z przerażeniem. Czyżby wolwa postradała zmysły? Kobieta przez cały czas zachowywała się zupełnie normalnie, jednak teraz chyba ogarnęło ją szaleństwo.

Arntor odwraca się i z zaskoczeniem patrzy na biegnącą ku niemu Kårhild. Co się z nią dzieje? Wie, jakie żywi dla niego uczucia, ale czy aby na pewno takie zachowanie przystoi wolwie?

Kårhild rzuca się ku niemu, a Arntor odruchowo wyciąga ramiona i ją chwyta.

- Nie odjeżdżaj! Arntorze, błagam cię... nie opuszczaj mnie! *

Nagle jej twarz się zmienia. Uchwyt wczepiających się w Arntora dłoni słabnie. Skald czuje, jak jej ciało robi się bezwładne, musi podtrzymywać ją z całych sił, aby nie upadła. Z niedowierzaniem patrzy na sterczącą z jej pleców strzałę. Od razu rozpoznaje wypalony na drzewcu znak Gunnara. Brązowe oczy ciemnieją, gdy spogląda na

skały powyżej domu chorych. Zauważa jakiś ruch; Arntor wie, kto tam jest...

Kiedy do ludzi dociera, co się stało, na nabrzeżu po-wstaje zamieszanie. Gyda jako jedna z pierwszych podbiega do Arntora i Kårhild. Z przerażeniem patrzy na strzałę i na znaczącą piękną suknię plamę krwi. Podnosi na Arntora pytający wzrok.

- To Gunnar! - wyjaśnia krótko skald i ostrożnie układa Kårhild na ziemi.

Gyda nic nie mówi. Sprawdza, czy ranna oddycha i czy jej serce bije.