Wszystko do nas wraca - Arkadiusz Lawrenc - ebook

15 osób właśnie czyta

Opis

Na obrzeżach Gniezna, obok płonącego wraku samochodu, zostaje znaleziona okaleczona dziewczyna. Tak rozpoczyna się gra z psychopatycznym mordercą, którego śladem ruszają dwaj pracownicy lokalnej policji: komisarz Zenon Wiśniewski i podkomisarz Radosław Sokołowski. Wydaje się, że każde kolejne wydarzenie, zamiast przybliżać ich do pomyślnego finału, działa na ich niekorzyść, coraz bardziej zaciemniając obraz całej sprawy. Tymczasem morderca pozostaje nieuchwytny. Do czego jest zdolny? Jak daleko się posunie? Pewne jest tylko jedno: ogień to żywioł, który dosięgnie każdego.

– Centrum sto dwanaście, operator sześć, w czym mogę pomóc?
– Yyy – zaczął. Jak ja mam to powiedzieć? Kurwa, cały się trzęsę. Ja się stresuję? – Jestem świadkiem pożaru. Proszę przysłać straż.
– Proszę opisać zdarzenie.
– Auto się pali, mało co z niego zostało.
– Gdzie się pan znajduje?
– Garaże przy ulicy Lednickiej. Ostro się dymi, będzie widać.
– Miejscowość?
– Gniezno, Gniezno.
– Niech mi pan powie, czy są jacyś poszkodowani.
– Nikogo tu nie widzę, jest tylko samochód.
– Sprawdził pan dokładnie miejsce zdarzenia?
– Nie. Chwilę, sprawdzę. Ale tu gorąco. – Po co ja to powiedziałem? Ale piekło.
– Niech pan zachowa ostrożność… Halo, jest pan tam?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 206

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


I

Uderzenie wywołało przeszywający ból w klatce piersiowej. Szklanka wysunęła się z drobnej dłoni dziewczyny, przetoczyła po sosnowym blacie i zniknęła za krańcem kontuaru. Dźwięk tłuczonego szkła przebił się przez muzykę wypełniającą klub.

– Aua, kurwa! – wykrzyczała Ania, zeskakując z obrotowego krzesełka.

Chłopak, który na nią wpadł, stał rozbawiony całą sytuacją. Dziewczyna w odwecie pchnęła go na betonowy filar, strącając mu przy tym turkusową czapkę z głowy.

Młodzieniec przyjął atak z uśmiechem na twarzy. Wolno schylił się po swoją własność, ostentacyjnie oczyścił ją z kurzu. Prostując się, nałożył nakrycie głowy daszkiem do tyłu, po czym wbił wzrok w błękitne oczy Anny.

– Uważaj, jak łazisz, idioto! – wykrzyczała mu prosto w twarz. Odległość między nimi spowodowała, że kilka kropel śliny wylądowało na jego policzku.

Ze stoickim spokojem otarł twarz. Dłoń z wyciągniętym środkowym palcem przyłożył do nosa Anki. Roześmiał się wniebogłosy, po czym, skacząc z nogi na nogę, ruszył w kierunku zatłoczonego parkietu.

– Palant! – wykrzyczała poirytowana.

Przysiadła na wcześniej zajmowanym miejscu. Zza kontuaru wychyliła się rudowłosa barmanka z szufelką pełną drobnych kawałków szkła.

– Przepraszam, ten zaćpany kretyn na mnie wpadł. – Muzyka w klubie zmuszała do mówienia podniesionym głosem.

– Wiem, wiem. Wszystko widziałam – powiedziała kobieta, przyzwyczajona do takich widoków. Chwilę później przed Anią stała czysta szklanka. – Jeszcze raz to samo?

– Tak, najlepiej podwójne. Albo nie! Daj mi normalne i raz kamikaze.

– Się robi! – rzekła i zabrała się do pracy.

Wizerunek Anny odbijał się w szklanej szybie. Fryzjerka spisała się należycie. Każdy pojedynczy lok wyglądał świetnie.

– Równe dwadzieścia – powiedziała rudowłosa postać, podsuwając tackę z czterema kieliszkami wypełnionymi wódką i blue curacao. Uśmiechnęła się, dostawiając wysoką szklankę z ciemnym drinkiem.

– Proszę bardzo. – Anna położyła na blacie banknot z wizerunkiem pierwszego króla Polski.

Kamikaze zniknęło w kilka sekund. Osuszyła kieliszki bez grymasu na twarzy. Zabrała się za swój ulubiony drink. Delektując się smakiem, rozglądała się dookoła. Na przeciwległym krańcu baru dostrzegła łakomy kąsek. Dziesięć na dziesięć w jej osobistej skali. Wysoki, dobrze zbudowany, kruczoczarne włosy bajecznie uformowane na żel, nienaganny strój, dopasowana błękitna koszula i najważniejsze: złoty zegarek. Nie mogła przepuścić takiej okazji. Wpatrywała się w mężczyznę, czekając, aż ten ją zauważy. Pięć, cztery, trzy, dwa… Ich spojrzenia się spotkały. Anna, uśmiechając się, mrugnęła kokieteryjnie. Mężczyzna odwzajemnił uśmiech, ukazując idealnie proste, śnieżnobiałe zęby.

Dziewczyna poczuła intensywne ukłucie pod łopatką. Okręciła się na krzesełku w stronę źródła.

– Co jest do jasnej… A, to ty…

– Witaj, Angie. Jak się bawisz? – zapytała korpulentna brunetka słaniająca się na nogach.

– Dopiero przyszłam. Widzę, że ładnie dzisiaj płyniesz – powiedziała z dezaprobatą w głosie.

– Eee, znajomy ma urodziny – alkohol sprawił, że z trudem się wysławiała. – Raz nie zawsze. Co u… – nie zdążyła dokończyć, gdy chłopak o zbliżonej posturze porwał ją w stronę parkietu.

Anna wróciła do swojego drinka. Rozejrzała się po klubie. Jej cel zniknął. Podniosła rękę, aby przywołać barmankę. W tym momencie poczuła dłoń na swoim ramieniu. Odwróciła się energicznie.

– Co znowu?!

– Black Russian dla pięknej pani. Pomyślałem, że może następnego drinka wypijesz w moim towarzystwie – powiedział mężczyzna w błękitnej koszuli. – Chyba się troszkę przeliczyłem – dodał, subtelnie się uśmiechając.

– Nie, nie. Znaczy tak. Z przyjemnością. Przepraszam. Pomyliłam cię z kimś.

Przysiadł obok, podsuwając drinka dziewczynie.

– Proszę, to dla ciebie.

– Dziękuję. – Zanurzając usta w szklance, poczuła smak kawy wymieszany z wódką. – Skąd wiedziałeś, co piję?

– Bo ja, ja jestem Wojciech. Wojciech Jasnowidz. Wiem wszystko. – Mężczyzna naprężył się dumnie.

– Anna, ale znajomi mówią na mnie Angie.

– Miło mi cię poznać, Angie – wyciągnął rękę w kierunku kobiety.

– Mi również – zignorowała jego dłoń i pocałowała go w policzek.

– Uuu. Jesteś bardzo bezpośrednia – zaśmiał się. – Lubię takie dziewczyny.

– To skąd wiedziałeś, co zamówić? Nie za bardzo wierzę w nadprzyrodzone moce.

– Ludzie pracujący za barem są doskonałym źródłem informacji. Dobre chociaż? – zapytał, wskazując palcem szklankę.

– Pyszne – wzięła kolejny łyk. Pijąc, dostrzegła, że jego oczy są ciemniejsze niż napój. Uśmiechnęła się. – A ty nie pijesz?

– Zostałem wystawiony, zaraz wracam do domu.

– Wystawiony?

– Byłem umówiony z kolegą z młodzieńczych lat. Wiesz, grube picie, jak za starych dobrych czasów. Miałem nocować w hotelu, ale w takich okolicznościach zawijam do domu – rzucił, spoglądając na zegarek. – Muszę cię na chwilę zostawić. Idę do toalety. Poczekasz na mnie?

– Oczywiście, nigdzie się nie ruszam.

Minęło kilka minut. Dziewczyna zdążyła wypić kolejnego drinka. Dopadło ją silne wyczerpanie. Z sekundy na sekundę czuła się gorzej. Oparła się o bar. Głowę wsparła na rękach.

– Wszystko w porządku? – zapytała zaniepokojona barmanka.

Angie z trudem spojrzała na kobietę. W tym momencie Wojciech wrócił z toalety.

– Zajmę się nią, pewnie za dużo wypiła – powiedział do barmanki. Kobieta uprzątnęła kieliszki i z przepełnioną tacką udała się na zaplecze.

– Chodź, świeże powietrze dobrze ci zrobi – powiedział Wojciech, obejmując dziewczynę w talii. Z łatwością podniósł ją z miejsca, po czym udali się w kierunku wyjścia.

Gdy przechodzili obok bramki, jeden z ochroniarzy, kręcąc głową, powiedział:

– Oj, Angie, Angie… Tobie to nigdy się nie znudzi. – Podszedł bliżej. – Może pomogę?

– Poradzę sobie. Otwórz tylko drzwi.

Wojciech, przeprowadzając kobietę przez próg, podziękował za pomoc.

Powoli przemieszczali się w kierunku postoju taksówek. Anna mamrotała pod nosem, po chwili jej głowa bezwładnie zwisła. Mężczyzna czekał, aż ochroniarz wróci do środka. Gdy tylko usłyszał odgłos zamykanych drzwi, przystanął, aby się rozejrzeć. W zasięgu wzroku nie dostrzegł nikogo. Wziął dziewczynę na ręce, po czym zniknął na spowitym mrokiem parkingu.

II

Jak ja kocham wiosnę. Kilka stopni więcej i się zaczyna… Siada sobie człowiek wygodnie w autobusie i oczywiście co? Obok swoje tłuste dupsko uwala spocony grubas. Czy tylko ja mam takiego pecha w życiu? Na dodatek wali od niego kiełbą na kilometr. Ble, jaki fetor! Co on, kurwa, rzeźnika obrabował? Nie, nie, nie! To nic takiego. Szukaj pozytywów. O! Jest! Proszę, usiądź przede mną. No i pięknie, przynajmniej widoki słuszne. Troszkę ciepła na dworze i już więcej ciałka odsłaniają. Krótka spódniczka, dekolcik zacny. Z twarzy tak cztery z plusem. Uuu i jaki zapaszek… Może zabije tę mieszankę mięsa i potu… Dlaczego po jaraniu wszystkie zapachy są takie intensywne? Niedobrze mi. Pierdolę, wysiadam tutaj, ten kawałek się przejdę.

Nie ma to jak świeże powietrze. Rowerzysta, biegacz, rowerzysta, babka z kijkami, kolejny jogger. Proszę bardzo, jacy ludzie aktywni. Skąd oni na to energię biorą? Ten to jakiś zawodowiec. Chyba życiówkę ogarnia. Co?! Przecież to… Jak to możliwe?! Dziwne.

Właśnie, bym zapomniał, trzeba zadzwonić. Gdzie jest ten szmelc? Kontakty… Wuja Tomek… Zielona słuchaweczka… Nigdy tego nie zrozumiem. Co trzeba mieć w głowie, aby ustawić sobie na sygnał Martwe Ziomki?

– Halo, co tam, byku?

– No siema… Kurwa mać!

– Co się stało, Brajan?! Jesteś tam?

– No by to chuj strzelił!

– Co jest, do kurwy nędzy?!

– Aaa, bo w gówno wdepłem.

– Wdepnąłem. Shit happens…

– Kurwa, jaka żółta laksa. Masakra.

– Brajan!

– No co? Nie zgadniesz, kogo przed chwilą widziałem.

– Umieram z ciekawości… No dawaj mi tę petardę.

– Chwila, muszę to doczyścić… Jest git… Widziałem mojego sobowtóra, normalnie jak dwie krople wody. Bliźniaki. No, on trochę lepiej zbudowany i ogolony, ale tak…

– Brajan, proszę cię.

– Serio. Idę Lednicką, a typ zapierdala w takim wdzianku dla sportowców. Mówię ci, jak dziki sprintem ciśnie.

– Brajan, byłeś u Boba?

– No właśnie wracam od niego.

– Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie palił tego jego świństwa? Nawet nie wiesz, skąd on to ścierwo ma!

– No mówiłeś, ale nikt nic nie miał. Ty się nie odzywałeś, to wpadłem do niego na małego wąsa.

– Pisałem wczoraj, że pakiety już dostępne.

– Kwadrans przed jedenastą. Jeszcze nie opanowałem techniki teleportacji. Z Bobem już byłem ustawiony wcześniej.

– Zobaczysz, ta jego chemia cię wyniszczy. Zapraszam do mnie. Czysta natura. Sprawdzone źródełko. Zero niepożądanych efektów.

– Właśnie do ciebie zmierzam, ziomo.

– Idealny wybór! Co przygotować dla naszego najlepszego klienta?

– Niech pomyślę… Sto osiemdziesiąt za piątkę z wagi, tak?

– Oczywiście obowiązują pana nasze zniżki. Jaka decyzja?

– Uszykuj mi jedną paczuszkę. Będę mógł skosztować małe co nieco?

– Brajan, przecież wiesz, że u mnie się nie pali.

– Wiem, wiem. Tak tylko zapytałem, może się coś zmieniło.

– Niestety. Paczka w przygotowaniu, zapraszamy po odbiór za dziesięć minut.

– Spoko. Za jakieś piętnaście, dwadzieścia będę u ciebie.

– Czekam.

– Skoczę jeszcze za garaże, bo mi pęcherz rozsadzi za chwilę. Wiesz, tam, gdzie kiedyś jaraliśmy, pamiętasz, gdzie?

– Brajan!

– Co ci się stało? Kiedyś bez wąsa dnia byś nie przetrwał, a teraz?

– Czekam. Narka.

Jak kobieta potrafi zmienić mężczyznę… Był kumpel, nie ma kumpla. Nie pali już rok, ale zawsze wie, czym konkurencja handluje. Oczywiście jego najlepsze. Fakt, dobre jaranko jest i nigdy wyjebki nie serwuje, ale brakuje tego klimatu. Posiedzieć, puścić dymka, aby przypieczętować transakcje. Tylko dawaj hajs i do widzenia panu. U Boba kulturka jest. Kawka, coś słodkiego do jointa. Bob ma naprawdę mocny towar, no ale sorry. Na pewno nie powoduje halucynacji. Muszę spytać ojca, czy kiedyś nie latał gdzieś po nocach.

O kurwa, jaka dymówa! Co oni tam palą? Opony? I tak muszę tam wleźć, zaraz będę miał powódź w majtach. Walić to. Jak ktoś tam będzie, to niech podziwia moje przyrodzenie. Tu się za krzakiem schowam, to mnie nie namierzą. Ale kopcówa… Masakra. Uff… co za ulga, ledwo zdążyłem. Piwko to naprawdę moczopędna sprawa.

Nie dam rady, muszę obadać, co oni tam kombinują. Co?! Samochód? Jak ktoś wjechał w te krzaki?! Zabieram się stąd, bo jeszcze na mnie będzie. Kurwa, jak teraz stąd wyjdę i ktoś mnie luknie… No to odjebałem. Na co ja tu lazłem? Dobra, zgłoszę to. Zagram porządnego obywatela. Tylko jaki numer jest na straż? Policja dziewięć, dziewięć siedem, a straż? Dziewięć, dziewięć… no i chuj! Spróbujemy tak… sto dwanaście, to w ogóle działa? O! Jest sygnał…

– Centrum sto dwanaście, operator sześć, w czym mogę pomóc?

– Yyy – zaczął. Jak ja mam to powiedzieć? Kurwa, cały się trzęsę. Ja się stresuję? – Jestem świadkiem pożaru. Proszę przysłać straż.

– Proszę opisać zdarzenie.

– Auto się pali, mało co z niego zostało.

– Gdzie się pan znajduje?

– Garaże przy ulicy Lednickiej. Ostro się dymi, będzie widać.

– Miejscowość?

– Gniezno, Gniezno.

– Niech mi pan powie, czy są jacyś poszkodowani.

– Nikogo tu nie widzę, jest tylko samochód.

– Sprawdził pan dokładnie miejsce zdarzenia?

– Nie. Chwilę, sprawdzę. Ale tu gorąco. – Po co ja to powiedziałem? Ale piekło.

– Niech pan zachowa ostrożność… Halo, jest pan tam?

– O kurwa…

III

Decyzję podjął w ułamku sekundy. Kiedy na jego telefonie wyświetlił się numer komendanta, był nieco zaskoczony. Dwie godziny wcześniej dowódca osobiście życzył mu udanego urlopu. Gdy tylko przełożony zaczął mówić, w jakiej sprawie dzwoni, w głowie podkomisarza Sokołowskiego zapalił się ogromny neon z napisem „szansa”.

Wiadomość zastała go, gdy opuszczał siłownię. Kończąc rozmowę, podszedł do granatowego opla astra. Mimowolnie spojrzał na skorodowane nadkola własnego auta. Na siedzenie pasażera rzucił sportową torbę. Zasiadł w fotelu kierowcy i zapiął pasy. Nie odpalał silnika. Zerknął na telefon. Opuściwszy ręce wzdłuż ciała, westchnął głęboko.

Zawsze, gdy próbował odbudować relacje z rodziną, coś stawało na przeszkodzie. Przed oczami miał siostrę, radość wypisaną na jej twarzy, kiedy zgodził się pojechać z nimi na Mazury. Wiedział, że informacja, którą ma za chwilę obwieścić Marcie, bardzo ją rozczaruje. Nie znalazł odwagi, aby zrobić to osobiście. Skontaktował się z jej mężem. Spodziewał się, że przyjmie wszystko bez emocji.

– Wiesz, że sprawiasz jej przykrość? Zresztą nie pierwszy raz…

– Przepraszam – rzucił krótko, kończąc rozmowę.

Kogut wylądował na dachu. Przy akompaniamencie syreny policyjnej i niebieskiego światła Radosław Sokołowski włączył się do ruchu. Przedzierając się przez zakorkowane miasto, poddał analizie wszystkie informacje usłyszane od komendanta.

W niespełna dziesięć minut znalazł się na miejscu. Zaparkował obok oznakowanej alfy romeo, tuż przed wozem strażackim. Zgasił silnik i sygnał syreny ucichł. Opuszczając pojazd, z kabiny stara usłyszał niezrozumiały komunikat radiowy.

Zamieszanie zgromadziło sporą grupę gapiów, która z ciekawością obserwowała całe zajście. Podkomisarz minął ich, nie zwracając niczyjej uwagi. Dopiero gdy przekraczał taśmę policyjną, kilka osób skierowało wzrok w jego kierunku. Funkcjonariusz pilnujący, aby nikt niepowołany nie wszedł na teren, rozpoznał starszego stopniem kolegę. Uśmiechnął się nieznacznie i skinął głową. Sokołowski odwzajemnił uśmiech.

Udeptana trawa prowadziła go w miejsce, gdzie znaleziono ofiarę. Zerknął na zegarek. Dwadzieścia po szesnastej. Niespełna godzina wystarczyła, aby człowiek odcisnął piętno na tym terenie.

Między krzewami dwóch strażaków usiłowało zwinąć wąż. Zaangażowani w pracę, nie spostrzegli nadchodzącej postaci. Sokołowski, mijając ich, poczuł intensywny zapach bzu. Cały dramat rozegrał się za roślinną kurtyną.

Wszedł na polanę. Stawiając kroki, czuł wilgoć pod stopami. Gdzieniegdzie dostrzegł pozostałości po pianie gaśniczej. W centralnym punkcie tego niewielkiego skrawka ziemi stał doszczętnie spalony fiat uno. Podchodząc od strony bagażnika, zauważył brak tablicy rejestracyjnej. Drzwi auta oraz maska były otwarte. Żadna szyba nie przetrwała. Pochylił się, aby zajrzeć do wnętrza. Oprócz drążka kierownicy i stelaży foteli skąpanych w pianie nie pozostało nic.

Zerknął na silnik. W miejscu, w którym powinna znajdować się tabliczka znamionowa, zastał mieszaninę brudu i sadzy. Błysk flesza wyrwał go z zadumy. Funkcjonariusz w mundurze podał mu rękę i bez słowa powrócił do swoich czynności.

Sokołowski chwycił za telefon. Wybrał numer i przyłożył komórkę do ucha. Zaczął mówić, gdy tylko usłyszał głos w słuchawce.

– Niebieski fiat uno. Nie mam tablic, nie mam numeru VIN. Sprawdź mi wszystko. Zgłoszenia kradzieży, ostatnie transakcje, złomowania. Skup się na naszym powiecie. Jak nic nie znajdziesz, to zajmij się całą Wielkopolską. Aha, to jest na wczoraj. Nie przeszkadzam, czekam. – Rozłączył się.

Rozejrzał się dookoła. Między krzewami dostrzegł policyjnego fiata ducato. Jedyna luka, przez którą mogło dostać się tutaj auto. Oparty o bok pojazdu komisarz Zenon Wiśniewski zapisywał informacje w notesie.

Sokołowski podszedł do policjanta zajmującego się fotografowaniem. Odchrząknął.

– Gdzie ją znaleziono? – zapytał spokojnym głosem.

Mężczyzna momentalnie przerwał pracę.

– Tam, pod tym krzewem z białymi kwiatami – odpowiedział, wskazując ręką.

Sokół skinął głową w podziękowaniu i udał się we wskazanym kierunku.

Na trawie pozostał skrawek jałowej gazy, nieuprzątnięty przez służby medyczne. Sokołowski zawiesił wzrok na wróblu skaczącym wśród gęstego listowia. Obserwację przerwało zbliżające się wołanie.

– Sokół! – Zenon Wiśniewski wydzierał się ochrypłym głosem. – Sokół!

Podkomisarz z premedytacją ignorował starszego wiekiem i stopniem kolegę. Dostrzegł smugę na nogawce swoich czarnych spodni dresowych. Pochylił się, aby strząsnąć kurz.

– Radek! Wiem, że mnie słyszysz. Nie udawaj głuchego!

Młodszy policjant odwrócił się w kierunku, z którego nadchodziło wołanie. Na jego twarzy pojawił się szyderczy uśmiech. Skierował wzrok na wydatny brzuch Wiśniewskiego. Napięty pod białą koszulą, wydawał się jeszcze większy niż zazwyczaj.

– Zeniu, z bierzmowania nawiałeś? – zapytał, śmiejąc się szczerze. Dostrzegł, jak Wiśniewski przygryza zbyt długi wąs.

– Mało śmieszne. To też nie wygląda mi na mundur – powiedział, wskazując czarny t–shirt. – Nie powinieneś być na urlopie przypadkiem?

– Prognozy nienajlepsze. Musiałem przełożyć wyjazd.

Zenon rzucił okiem w kierunku słońca. Wyciągając grzebień z kieszonki koszuli, zapytał kpiąco:

– Nienajlepsze? – Przeczesał swoje rzadkie włosy na bok. – Co za psychopaci chodzą po tym świecie.

– Mówisz o mnie? – Sokół uśmiechnął się delikatnie.

– Mówię o tym, który odpowiada za to wszystko – powiedział z gniewem w głosie. – Co trzeba mieć w głowie, aby dopuścić się czegoś takiego? Jej stan jest bardzo ciężki. Lekarz twierdzi, że najbliższe godziny będą decydujące. – Wiśniewski przerwał i przygryzł wąs.

– Powinieneś je przyciąć.

– Wiem. Wieczorem się tym zajmę. – Odjeżdżający bus policji zwrócił ich uwagę.

– Mów, co udało ci się ustalić – przerwał milczenie Sokołowski.

– Godzina 15:40, dostaliśmy zgłoszenie o pożarze. Zgłaszający to dwudziestotrzyletni Brajan Nowak. Twierdzi, że widział dym z daleka. Myślał, że to kontrolowana akcja. Ciekawość go pchnęła, aby zbadać sprawę. Obok auta natrafił na dziewczynę. Miała twarz owiniętą bandażem, była nieprzytomna.

– Masz go tu jeszcze? – wtrącił Sokół.

– Po tym, jak go przesłuchałem, zasłabł. Posadziliśmy go w radiowozie. Kazałem mu posiedzieć chwilę. Twierdził, że się spieszy. Po co miałbym go trzymać? Zeznania mam.

– Kim jest ofiara?

– Anna Gierasińska, lat dwadzieścia sześć… – Wiśniewski urwał, myśląc o własnej córce, tylko rok starszej od ofiary. – Kurwa mać, co za świat! Jak można wydłubać komuś oczy?! – Opuścił głowę i cicho westchnął. – Znaleźliśmy przy niej portfel, klucz i telefon. Zabezpieczyliśmy wszystko. W portfelu miała trochę gotówki, dowód osobisty, kartę kredytową, kartę stałego klienta do jednej z drogerii. W telefonie nie było karty SIM.

– Na miejscu jakieś ślady szczególne?

– Niestety. Wygląda na to, że ktoś bardzo dobrze sobie wszystko zaplanował. Mamy to auto, ale raczej nie za wiele z niego wyciągniemy. – Wiśniewski ponownie przygryzł siwy wąs. – Co o tym myślisz? – zapytał, przerywając kilkusekundową ciszę.

W miejscu, w którym wcześniej stał bus policyjny, pojawiła się laweta. Dźwięk cofania przybierał na mocy. Sokół ruszył energicznym krokiem. Obejrzał się za siebie. Spoglądając na Zenona, zachęcił go ruchem głowy, wypowiadając krótkie:

– Jedziemy.

IV

Astra zatrzymała się przed wysoką na trzy metry bramą.

– Co to ma być? – zapytał z szeroko otwartymi oczami komisarz Wiśniewski, po czym wsadził do ust ostatni kęs drożdżówki.

– Ewidentnie ktoś stawia na bezpieczeństwo. – Sokołowski zaczął niespokojnie rozglądać się dookoła. – Widzisz jakiś dzwonek?

Zenon strząsnął okruszki z brzucha na zakurzony dywanik. Zerknął przez przednią szybę.

– Nic takiego nie ma. Ale Wielki Brat patrzy – powiedział, wskazując kamerę umieszczoną na słupie. – Zatrąb. – Nie czekając na reakcję kolegi, stuknął w przycisk na kierownicy. Dźwięk syreny kolejowej poderwał go z miejsca, aż uderzył głową w podsufitkę. – Kurwa mać!

– Był w tym aucie, jak je kupowałem – Sokołowski mówił, próbując opanować chichot. – Nie znalazłem czasu, by się tego pozbyć. Wszystko w porządku? Żyjesz?

Twarz Wiśniewskiego przybrała czerwony odcień. Przygryzł wąs.

– Żyję. – Językiem zaczął usuwać resztki pokarmu z zębów. Mlasnął.

Sokołowski wpatrywał się w kamerę. Wrzucił wsteczny bieg.

– Sprawdźmy, czy jest jakiś inny wjazd – nie zdążył dokończyć, gdy kuta brama drgnęła. Zielony volkswagen transporter nadjechał od lewej strony świerkowego zagajnika. Kierowca rozmawiający przez telefon, opuszczając posiadłość, nie zwrócił uwagi na auto stojące na podjeździe. Radek nie czekał na zaproszenie. Wjechał na teren posesji, po czym skręcił w prawo.

– No popatrz, popatrz. Własne rondo na działce. Powodzi się.

Gdy znaleźli się na głównej alei, ich oczom ukazał się dworek usytuowany na niewielkim wzniesieniu.

– Wiśnia, jak sądzisz, ile jest warty?

Zenon zagwizdał, chwilę mruczał, przejechał zębami po zaroście.

– Osiemset – rzucił lakonicznie.

– Marzenie, co?

– Przestań, ja już mam swój kredyt do spłacania. Więcej mi nie potrzeba – parsknął. – Kto by o to wszystko dbał, zobacz, ile tutaj zieleni. To jest ogromne. Zmieniam zdanie. Melon, melon dwieście. Tyle pewnie warte.

Sokołowski, mimo wyznaczonych miejsc parkingowych, zatrzymał auto u podnóża schodów prowadzących na ganek wsparty zdobionymi kolumnami. Wysiadając, na horyzoncie dostrzegł granatowe chmury. Chwilę później z auta z trudem wyłonił się Wiśniewski.

– Zeniu, może jakąś dietkę ci ułożyć?

– Weź ty spierdalaj. Tak blisko krawężnika musiałeś stawać?

– Tak, tak. To na pewno krawężnik – Sokołowski uśmiechnął się pod nosem.

– Przepraszam, a panowie w jakiej sprawie? – Dojrzały męski głos skutecznie przerwał koleżeńskie docinki.

Policjanci zerknęli na szczyt schodów. Przed ogromnymi drzwiami pojawił się starszy mężczyzna przyodziany w niebieskie ogrodniczki. Jego śnieżnobiałe włosy kontrastowały z intensywną opalenizną. Twarz pokrywały liczne zmarszczki. Przyglądał się im przez okulary z grubymi oprawkami.

– Podkomisarz Radosław Sokołowski – zaprezentował odznakę – a to jest…

– Komisarz Zenon Wiśniewski – przedstawił się, unosząc blachę. – My w sprawie Anny Gierasińskiej.

Mężczyzna zmrużył oczy.

– Panowie, tutaj jej nie znajdziecie. Dobre dwa miesiące jej tu nie widziałem.

Wiśniewski z trudem wdrapywał się po schodach. Sokołowski dołączył do kolegi.

– A pan to…? – zapytał pierwszy, łapiąc z trudem powietrze.

– Włodek Mileńczuk. Zajmuję się tym ogrodem – Wskazał ręką obszar otoczony wysokim murem. Chwilę męczył się z zapałkami, zanim odpalił papierosa. Wypuścił z płuc kłąb dymu.

Policjanci stanęli przed mężczyzną. Obaj byli od niego wyżsi o głowę.

– Czy Państwo Gierasińscy są w domu? – zapytał Sokół.

Staruszek zaciągnął się ponownie. Oparł lewą rękę na biodrze. Po krótkim ataku kaszlu odpowiedział.

– Pani Małgorzata. – Tlącego się papierosa pozostawił na murowanej popielniczce. – Proszę za mną.

Drzwi frontowe wydały z siebie przeraźliwy pisk. Mężczyzna odwrócił się.

– Muszę je nasmarować.

Korytarz prowadził do przestronnej sali. Oprócz licznych obrazów zdobiących białe ściany pomieszczenie było puste. Dębowy parkiet połyskiwał w świetle promieni wpadających przez niewielkie okna.

Policjanci rozglądali się dookoła, podziwiając imponującą kolekcję. Mileńczuk podszedł do drzwi umieszczonych na wschodniej ścianie. Dwukrotnie nacisnął klamkę.

– Najmocniej przepraszam. Muszę iść po klucze. – Energicznym krokiem ruszył w kierunku, z którego przybyli. Policjanci odprowadzili go wzrokiem. Sokołowski ze zdumieniem obserwował dobrą kondycję mężczyzny. Mimo swojego wieku poruszał się jak młodzieniaszek.

Wiśniewski położył dłoń na ramieniu kolegi.

– Tego nie brałem pod uwagę przy ustalaniu ceny.

Sokół, wpatrując się w obraz przedstawiający czerwony motocykl Ducati, powiedział:

– Patrz, jakie detale. Wygląda jak fotografia.

– Może to jest fotografia, ja tam się nie znam.

Podkomisarz wskazał nazwisko umieszczone na płótnie.

– A. A. Sadowski. – Skierował wzrok na Zenona. Obserwował go chwilę, milcząc. – Zostanie ci taki tik. Ciągle będziesz przygryzał usta, aż w końcu je sobie odgryziesz – zaśmiał się.

Wiśniewski nie odpowiedział. Z korytarza dobiegały coraz donośniejsze kroki.

– Mam! – krzyknął Mileńczuk, wyłaniając się z przejścia. – Zostawiłem przy kosiarce. Już się bałem, że zgubiłem – szczery uśmiech pojawił się na twarzy starca. Jego zęby były zbyt idealne, aby mogły być prawdziwe.

Podszedł do drzwi. Dłonie mu drżały. Klucz wszedł w zamek, gdy huk tłuczonego szkła rozległ się za ścianą. Mężczyzna energicznie przeskoczył przez próg. Policjanci podążyli jego śladem.

– Pani Małgorzato, co się stało?! – zapytał staruszek z przerażeniem w głosie. Dostrzegł brązową plamę na parkiecie. Kryształowa karafka rozbiła się w drobny mak.

Postać w trawiastym szlafroku stała plecami do mężczyzn. Z niewielkiego barku wyciągnęła ozdobną butelkę. Tulipanowy kieliszek wypełniła ciemnym trunkiem, jednym haustem opróżniła połowę. Zwiesiła głowę.

– Pani Małgorzato, zaraz się tym zajmę – powiedział Mileńczuk, pochylając się nad potłuczonym szkłem.

– Wyjdź stąd! – Kobieta wzięła kolejny łyk alkoholu. Ponownie napełniła kieliszek.

Mężczyzna wyprostował się zaskoczony reakcją.

– Ale pani Małgorzato, to trzeba posprzątać. Skaleczy się pani.

Gierasińska odwróciła się, wykrzykując:

– Powiedziałam: wynoś się stąd! – Jej wzrok powędrował w kierunku nieznanych postaci.

– Panowie z policji – rzekł ogrodnik ze skruchą w głosie.

– Zenon Wiśniewski, a to podkomisarz Sokołowski. Musimy porozmawiać o pani córce.

– Ja nie mam córki. – Postawiła kieliszek na szklanym stoliku i usiadła na zamszowej sofie. – Będą panowie tak stać? – Wskazała brązowe fotele naprzeciw.

Policjanci rozsiedli się wygodnie. Siwowłosa postać opuściła pomieszczenie. Sokołowski spojrzał na Wiśniewskiego, skinął głową porozumiewawczo.

– Anna Gierasińska nie jest pani córką? – zapytał Zenon.

– Nie, nigdy nią nie była. – Przystawiła kieliszek do nosa. Ostentacyjnie wciągnęła powietrze.

– W dowodzie figuruje pani jako jej matka.

Sokół wnikliwie obserwował pomieszczenie. Na komodzie za sofą dostrzegł fotografię ślubną. Postać siedząca przed nim w niczym nie przypominała piękności ze zdjęcia. Przetłuszczone posiwiałe włosy, zapadnięte policzki i pożółkłe białka oczu. Szlafrok wisiał na kościstym ciele.

– Anna jest z domu dziecka. Nie chciałam mieć dzieci. Mąż chciał. Na moje szczęście okazało się, że jestem bezpłodna. Michał bardzo pragnął potomstwa. Zagroził mi, że jeśli nie zgodzę się na adopcję, to oskubie mnie do zera. Przyzwyczaiłam się do luksusu przez te wszystkie lata, więc się zgodziłam. Właściwie dlaczego panowie o nią pytają? Co przeskrobała?

– Została skrzywdzona…

Odpowiedź Wiśniewskiego została przerwana oschłym: „Aha”.

Reakcja kobiety wprawiła funkcjonariuszy w osłupienie. Spojrzeli na siebie. Wiśnia zmienił ton głosu.

– Kiedy ostatnio widziała pani Annę?

– Dokładnie nie pamiętam. Pewnie dwa miesiące temu. Wtedy zabrała swoje rzeczy i więcej jej nie musiałam oglądać.

– Z jakiego powodu pani córka postanowiła się wyprowadzić?

– To nie jest moja córka! – krzyknęła kobieta, sięgając po kieliszek. Po jego opróżnieniu delikatnie się skrzywiła.

– Dlaczego Anna postanowiła się wyprowadzić? – policjant zmienił pytanie.

– Skąd ja mam to wiedzieć?! Spakowała się i zniknęła, jest dorosła. Po śmierci Michała nasze relacje…

– Przepraszam – wtrącił się Sokołowski. – Pani mąż nie żyje?

Kobieta zamilkła, spojrzała w kierunku otwartego barku.

– Pół roku temu zginął w wypadku samochodowym.

– Bardzo mi przykro – powiedział Wiśnia.

– Niech się pan nie sili. Wiem, że gówno was to obchodzi.

Komisarz nie zareagował na trafną ripostę.

– Nigdy nic do niej nie czułam. – Uniosła pusty kieliszek. Odstawiła go z powrotem na szklany blat.

– Jest pani do niej podobna – Sokołowski ponownie wtrącił się w rozmowę. W głowie miał zdjęcie ofiary z dowodu osobistego. Wskazał na fotografię ślubną.

– Byłam – zawiesiła wzrok na kościstych stopach wystających spod szlafroka. – Dlatego Michał ją wybrał. Nie miałam nic do gadania. Dobrze, że poszukiwania nie trwały długo. Słaba ze mnie aktorka.

– Kiedy państwo ją adoptowaliście? – zapytał Wiśniewski.