Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Blake zawsze miała plan.
Dobre studia. Stabilna przyszłość. Narzeczony, który miał dać jej życie, o jakim marzyła. Wszystko wydawało się poukładane, dopóki nie straciła osoby, która była dla niej całym światem.
Po śmierci mamy Blake wraca do rodzinnego Winchester, aby przejąć bar i ocalić miejsce, które od pokoleń należało do kobiet z jej rodziny.
Miała wrócić tylko na chwilę.
Tymczasem zostaje sama z narastającymi długami, niedokończoną żałobą i wspomnieniami, przed którymi przez lata próbowała uciec. Blake coraz częściej zastanawia się, czy naprawdę znała ludzi, którym ufała najbardziej. Pojawiają się kolejne problemy, których powoli sama nie umie rozwiązać. Jej głowa przestaje należeć do niej, a prawda, jaką znała, powoli okazuje się kłamstwem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 240
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wszystko, czego
nie wiedziałam
Tom 1
Trylogia Prawdy
Anna Mikulska
Dla Martyny,
Może Blake nigdy nie miała prawdziwych przyjaciół, ale ja wiem, że na ciebie zawsze można liczyć.
Ta książka porusza tematy, które mogą być trudne dla części czytelników, w tym:
przemoc psychiczna i emocjonalna
toksyczne relacje przyjacielskie
wyśmiewanie w środowisku szkolnym
izolacja społeczna i odrzucenie
niska samoocena
problemy z akceptacją własnego wyglądu i ciała
presja społeczna związana z wyglądem
problemy rodzinne
silny stres emocjonalny
Książka przeznaczona wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+). Jeśli któreś z powyższych tematów są dla Ciebie szczególnie trudne, prosimy o zachowanie ostrożności podczas lektury.
Z dzieciństwa nie miałam wielu pozytywnych wspomnień. Mój ojciec nie należał do osób, które mogłyby świecić przykładem. Pamiętałam głównie kłótnie i jego walkę z uzależnieniem, co wiązało się z częstym widokiem białych kresek na szklanym stole w naszym salonie.
Pamiętałam płacz, błagania mamy oraz wstyd, który zrozumiałam dopiero wtedy, gdy dorastałam.
Miałam dziesięć lat, kiedy pierwszy raz poszłam z siniakami na plecach do szkoły. Tego dnia nasza wychowawczyni zorganizowała spotkanie z miłym policjantem, który wyjaśniał nam, kim są Źli Ludzie.
Nie nazwał ich wprost narkomanami, alkoholikami i przestępcami. Nazwał ich Złymi Ludźmi.
Czy poczułam się wtedy upokorzona?
Chyba tak. To było idealne określenie.
Musiałam zrezygnować z ulubionej lekcji matematyki i wysłuchiwać dziwnego pana w mundurze, który tłumaczył innym, że osoby takie jak mój tata są złe. Cała klasa wiedziała, kim był mój ojciec. Wszyscy zerkali na mnie przez całe zajęcia, każdy z innym wyrazem twarzy.
Czy wiedziałam wtedy, że mój tata jest złym człowiekiem?
Tak, zdawałam sobie sprawę, że jego zachowanie nie jest w porządku. Słuchając opowiadań innych, szybko zorientowałam się, że oni nie mierzą się z tym na co dzień. Ich domy były bezpiecznym miejscem.
Pamiętam również, że poczułam niesamowity spokój, kiedy tata zostawił nas kilka lat później. Mama przesiedziała wtedy cały dzień, patrząc w okno. Nie płakała, ale też nie cieszyła się. Spytałam ją wtedy, dlaczego się nie cieszy, że ojciec postanowił odejść. Ona jedynie pocałowała mnie i mocno przytuliła. Powiedziałam jej, że nienawidzę tego, co nam zrobił.
„Nie trać czasu na nienawiść do swojego ojca. Wykorzystaj go, aby być dumną samą z siebie i tylko dla siebie”.
Wtedy tego nie rozumiałam. Dopiero teraz, po czternastu latach, wiem, co chciała mi przekazać. Nie warto tracić czasu na nienawiść do ludzi, którzy i tak mają nas głęboko gdzieś. Nie jesteśmy w stanie zmienić zachowania innych, jeżeli oni sami tego nie chcą. Życie jest za krótkie na zamartwianie się czymś, na co nie mamy wpływu.
Podczas samotnych nocy na pierwszym roku w akademiku matematyka towarzyszyła mi najczęściej. Lubiłam liczby, wzory i prostotę matematyki. Jeżeli miałam wzór, miałam kontrolę. Nie mogła mnie niczym nowym zaskoczyć, jeżeli znałam ją na wylot.
Nigdy nie byłam dobra w kontaktach z innymi. Zawsze trzymałam się raczej z boku. Nie uczestniczyłam w żadnych aktywnościach szkolnych. Nie miałam przyjaciół i nie umiałam żyć w społeczeństwie. Szybko się tym męczyłam i czułam się przytłoczona.
Wiele razy próbowałam. Chciałam mieć znajomych, chodzić na imprezy, poczuć to, co każda normalna nastolatka. Tylko coś było we mnie zepsute. Nie umiałam się tam odnaleźć, nieważne, ile razy próbowałam.
Matma mnie uspokajała, a nauka była czymś, dzięki czemu moja głowa mogła odpocząć.
Nie zadawała pytań.
Dlaczego?
Czy dało się tego uniknąć?
Gdyby mama poszła do lekarza kilka miesięcy wcześniej, co wtedy?
Położyłam na świeżym nagrobku bukiet białych piwonii, ulubionych kwiatów mojej mamy. W barze zawsze pilnowała, żeby w wazonach były świeże kwiaty, które zdobiły stoły.
– Tęsknię za tobą, mamo. Chcę, żebyś wiedziała, że nie jestem zła. Wiem, że „U Annie” było dla ciebie wszystkim. Nie pozwolę, żeby bar upadł. Pamiętam, że zawsze śmiałaś się, że kobiety z naszej rodziny specjalnie rodzą córki i dzięki temu nadal mamy to miejsce. Niepisana tradycja w końcu nakazuje, aby miejsce dziedziczyła pierwsza córka. Nie wiem, kiedy, ale zmienię nazwę na „U Blake”. Nie jestem sama, Ivy przyjechała ze mną. Scott też zostaje. Sam mianował się szefem kuchni. Razem damy sobie radę.
Otarłam łzy z policzków i wstałam z ziemi. Otrzepałam spodnie ubrudzone ziemią i wzięłam głęboki wdech.
– Kocham cię, mamo.
– Dostawa! – krzyknął Scott, wchodząc do kuchni z ogromną drewnianą skrzynką pełną warzyw.
– Już robię ci miejsce – powiedziałam i zaczęłam sprzątać z metalowego blatu pozostałości po moim gotowaniu. Przepis na bajgle z awokado, serkiem śmietankowym i bekonem miałam już opracowany do perfekcji. Mógł pojawić się w naszym menu w ciągu najbliższych kilku dni. Brakowało mi jeszcze tylko odpowiednich zdjęć do nowej karty.
– Zostawiłaś coś dla mnie? – Scott był jednym z tych stereotypowych facetów, którzy mogli zjeść pizzę, burgera i dwie paczki ciastek, a na koniec dnia nadal pochwalić się idealnym sześciopakiem. Kilka treningów w tygodniu robiło swoje, ale i tak można mu było pozazdrościć dobrych genów, których ja nie posiadałam.
– Masz w lodówce, a bekon wrzuć na chwilę do piekarnika. Powinien być jeszcze wystarczająco ciepły.
Uśmiechnęłam się w stronę blondyna, który przekładał warzywa ze skrzyni do zlewu.
Dokarmianie Scotta było jedną z moich ulubionych rzeczy. Przejął stery po poprzednim kucharzu, Bobie, a ja zatrudniłam go na pełen etat. Nie, żebym miała wielki wybór chętnych na to stanowisko. Spadł mi z nieba, bo nadal chciał tu pracować. Sama lubiłam gotować, ale nie poradziłabym sobie ze wszystkim. On za to miał za sobą kilka kursów gotowania, a do tego talent i doświadczenie. Umiał zrobić coś z niczego i praktycznie zawsze dałabym się zabić za dokładkę tego, co ugotował. Dlatego też komplementy z jego ust przyjemnie łechtały moje ego. Sama byłam raczej amatorką i doszłam do względnej perfekcji metodą wielu prób i błędów.
Oparłam się biodrem o blat przy zlewie i wzięłam łyk ulubionej, mocnej wietnamskiej kawy z mlekiem.
Zawsze wiedziałam, że „U Annie” prawdopodobnie kiedyś będzie moje. W najbliższej rodzinie byłam tylko ja i mama. Rodzice nie mieli rodzeństwa, dziadkowie zmarli jakiś czas temu. Miałam jakieś dalsze ciotki w Teksasie, ale nigdy ich nie poznałam. Nie przyszły nawet na pogrzeb mamy, mimo że wysłałam im list na adres, który znalazłam w jej dokumentach.
Ojciec za to wybrał inne życie. Daleko od nas i Winchester. Kiedy miałam dwanaście lat, zniknął z naszego życia i nigdy więcej się nie odezwał. Nie zadzwonił na moje urodziny czy święta. Były jednak i plusy tej sytuacji. W końcu nie musiałyśmy się martwić, że przepije pieniądze albo wyda je na narkotyki. Poza tym nawet gdyby chciał i tak nie miał praw ani do rodzinnego baru mojej mamy, ani do domu.
Nigdy nie rozumiałam, co mama w nim widziała. Wiele razy chciałam ją o to zapytać, ale nie potrafiłam. To, że musiała znosić go latami, było dla niej wystarczająco ciężkie.
Mimo że ucieczka z Winchester była zawsze numerem jeden na mojej liście, byłam pogodzona z faktem, że kiedyś będę musiała wrócić do rodzinnego miasta. Moja mama tego ode mnie nie wymagała, ale wiele razy powtarzała, że kiedyś docenię spokój miejsca, w którym dorastałam. Mówiła również, że skoro miałam możliwość wyjazdu po liceum na dobre studia, powinnam z niej skorzystać i poznać coś innego. Moja nauka nie poszła na marne. Zdałam egzaminy SAT z wysokim wynikiem, co pozwoliło mi uzyskać stypendium naukowe. Dodatkowo bar w ostatnich miesiącach liceum nie przynosił dużych zysków, dzięki czemu załapałam się również na stypendium socjalne.
Studia i życie w mieście były marzeniem prawie każdego z małego miasteczka. W mojej głowie zawsze wyglądało to tak, że spełnię się zawodowo, założę rodzinę i przeżyję większość swojego życia w San Francisco. Wtedy powrót do rodzinnego, położonego nad jeziorem miasteczka wydawał się perfekcyjną opcją na emeryturę.
– Blake! – Scott wyrwał mnie z zamyślenia. – Przyszły kolejne rachunki dzisiaj rano. Położyłem ci je razem z innymi listami w biurze.
Mina mojego przyjaciela wyrażała teraz to, czego tak bardzo nienawidziłam, czyli współczucie. Skinęłam głową w podziękowaniu i nie kontynuowałam tematu. Nigdy nie wiedziałam, co odpowiedzieć, kiedy ktoś pytał: „Jak się trzymasz?” albo „Czy dajesz sobie jakoś radę?”.
Robiłam wszystko, żeby pogodzić się ze śmiercią matki. Czy w ogóle da się z czymś takim pogodzić?
Czułam się, jakbym robiła to wszystko źle. Nigdy wcześniej nie straciłam nikogo ważnego w moim życiu. Myślałam, że każdego dnia będę tylko płakać i krzyczeć. Przecież tak wygląda żałoba. Powinno się być smutnym, przybitym i pewnego dnia po prostu powoli ruszyć dalej. Mijały jednak kolejne miesiące, a ja nie umiałam uronić ani jednej łzy. Nie potrafiłam zamknąć się w pokoju i płakać do poduszki. Nie czułam rozdzierającego bólu, o jakim pisano w książkach.
Czułam się po prostu pusta. Zrezygnowana. Miałam tyle pomysłów, które chciałam zrealizować, żeby mama była ze mnie dumna, ale nie wiedziałam, czy to już wypada. Ile powinno się poczekać ze zmianami po śmierci bliskiej osoby? Rok? Miesiąc?
Kiedy moja mama wydała z siebie ostatni oddech, ścisnęłam mocno jej rękę. Nie krzyczałam, nie płakałam głośno. Po prostu siedziałam i starałam się zapamiętać jej twarz. Trzymałam ją tak mocno, że moja dłoń zdrętwiała. Scott płakał, Ivy przytulała się mocno do mojego boku. Ja natomiast nie potrafiłam wykrzesać z siebie żadnej emocji. Miałam wrażenie, że od tego czasu ktoś wcisnął pauzę, podczas gdy życie nadal próbowało płynąć dalej. Parło do przodu, wywołując u mnie z dnia na dzień coraz większy dyskomfort.
Próbowałam robić wszystko poprawnie. Wstawałam codziennie rano z łóżka. Szykowałam się do pracy i starałam się ulepszyć to miejsce. Utrzymywałam kontakt z przyjaciółmi i nie odcinałam się od nich. Rozmawialiśmy i staraliśmy się znaleźć rozwiązanie dla problemów finansowych, które zostawiła po sobie choroba.
Mama poinformowała mnie na samym początku, kiedy wykryto u niej raka. Nie chciała nic przede mną ukrywać, jako że byłyśmy tylko we dwie. Miałam naprawdę dużo czasu, żeby oswoić się z faktem, że może umrzeć. Oglądanie jej podczas kolejnych chemioterapii było trudne. Z energicznej i wesołej kobiety stała się cieniem leżącym na łóżku i wpatrującym się w okno. Spędziłyśmy długie dni na rozmowach, kiedy miała jeszcze siły. Pewnego dnia poprosiła mnie, abym nie traciła czasu na żałobę. Chciała, abym żyła pełnią życia, korzystała z czasu, jaki mi pozostał i była wolna.
Miałam ochotę wiele razy wykrzyczeć jej prosto w twarz, że nie mam pojęcia, jak to zrobić. Całe życie próbowałam żyć i być wolna, ale nie wiedziałam, jak robić to dobrze. Ciągle porównywałam się do innych i miałam wrażenie, że moje starania są niewystarczające.
Mama nie kazała mi przejmować się „U Annie”. Powiedziała, że mam zrobić to, co podpowiada mi serce. Tylko jak powiedzieć w takiej sytuacji, że podjęłaś w życiu tyle złych decyzji, że już sama sobie nie wierzysz? Że nie chcesz sobie ufać, bo jedyne, co od wielu lat wychodzi, to porażki?
Stałam teraz w kuchni, w swojej kuchni i czułam, jakby ona wciąż tu była. W tych ścianach, których kolor sama wybrała, w fotografii na biurku w biurze oraz w piwoniach, które zawsze były świeże i ładnie przycięte w wazonach.
Jaką córką bym była, gdybym pozbyła się tej historii?
– Wiesz, co mnie przeraża w tym kraju? – Obróciłam się w stronę Scotta i podałam mu zawartość pierwszej koperty, którą chwilę wcześniej przyniosłam z biura. Rozłożył kartkę, a na widok kwoty widniejącej na dole wytrzeszczył oczy i zakrztusił się moją kawą, z której chwilę wcześniej pociągnął solidny łyk.
– Umieranie jest drogie. To nienormalne, Blake – odparł charczącym głosem, starając się odkaszlnąć.
Zaśmiałam się smutno na jego słowa. Nie były nietaktowne. Po prostu przedstawiały brutalną prawdę. Leczenie mojej mamy, mimo że załatwiłam jej dość dobrą polisę ubezpieczeniową, kosztowało setki tysięcy dolarów. Nie oszczędzałam na jej opiece w szpitalu i poświęciłam na to prawie wszystkie oszczędności, zostawiając jedynie żelazną rezerwę na czarną godzinę. Kiedy mieszkałam z Richardem, nie musiałam się przejmować czymś takim jak wydatki na czynsz czy jedzenie. Większość wypłaty szła w stu procentach na moje konto oszczędnościowe. To on uwielbiał zapraszać mnie do drogich restauracji i kupować prezenty bez okazji. Sprawiało mu radość oglądanie mnie w sukienkach, które specjalnie dla mnie wybrał.
– Skąd weźmiesz pięćdziesiąt pięć tysięcy dolarów, Blake? Mogę ci trochę dołożyć, ale sam nie mam dużo. Nadal spłacam kredyt za dom, a mój kot ostatnio polubił kosztowne wycieczki do weterynarza. – Scott wpatrywał się zmartwionym wzrokiem w kartkę.
W tym momencie wyglądał o kilka lat starzej. Stał przygarbiony, z włosami opadającymi na czoło, w pobrudzonej koszulce i przecierał palcami zamknięte powieki. Westchnął zrezygnowany i odłożył rachunek na stół.
– Nie przejmuj się tym. Mam jeszcze jakieś luźne oszczędności – skłamałam. – W końcu miałam stałe staże na studiach i udało mi się załapać do dobrej pracy od razu po dyplomie. Dodatkowo mieszkałam u Richarda, więc odszedł mi koszt wynajmu.
Sprzedałam auto mamy oraz trochę niepotrzebnego sprzętu z domu. Zostało mi jeszcze pozbyć się tego. Niechętnie wyciągnęłam aksamitne, czerwone pudełko z torebki wiszącej na krześle.
– Był kupiony za dwadzieścia tysięcy dolarów.
– Blake… – chciał mi przerwać i położył rękę na mojej dłoni, nie pozwalając otworzyć pudełka.
– Jest w porządku. Richard powiedział, że mam go zostawić i zrobić z nim, co chcę.
– To twój pierścionek zaręczynowy, a zerwaliście zaledwie kilka miesięcy temu. Nie miałaś jeszcze czasu tego przetrawić. Jesteś w stu procentach pewna, że chcesz zrobić taki krok? Nie ma mowy, żebyś wróciła do tego gnoja, ale czy to wszystko nie dzieje się za szybko? – zapytał zmartwiony, wyjmując mi pudełko z dłoni.
Wypuściłam głośno powietrze i spojrzałam w tak dobrze mi znane, zielone oczy przyjaciela. Jego blond włosy były dzisiaj spięte w niewielki koczek, ale niesforna grzywka i tak wpadała mu do oczu, przez co musiał ją często poprawiać.
– Tutaj nie ma o czym mówić. Nie był ze mną z miłości, Scott, i oboje to wiemy. To nie tak, że już nigdy nie zaufam żadnemu facetowi. Miałam latami przed oczami kilkadziesiąt czerwonych flag i wszystkie ignorowałam, bo chciałam kogoś, z kim u boku przyszłość będzie łatwiejsza. Poszłam świadomie na skróty i teraz nie popełnię już tego samego błędu. Chcę się zakochać, Barnes. Chcę oszaleć z miłości i wiedzieć, że jestem spełnieniem czyichś marzeń. Że ktoś kocha mnie taką, jaką jestem. Nieidealną, pełną wad i rys. Czasami działającą pod wpływem impulsu. Chcę kogoś, kto będzie dla mnie dobry, przy kim będę czuła spokój. Nie chcę kolejnego niegrzecznego faceta, dzięki któremu czuję, że żyję, bo potraktuje mnie jak szmatę, a potem ostro przeleci na tylnym siedzeniu swojego mercedesa w ramach przeprosin. Chcę kogoś, kto da mi rodzinę, Scott. Bo w tym momencie jestem zupełnie sama. Mam ciebie i Ivy, co doceniam każdego dnia, ale chcę mieć również własną rodzinę. Może to samolubne z mojej strony, ale boję się, że w końcu zostanę sama. Wy kiedyś kogoś poznacie, założycie własne rodziny i nie będziecie już tylko moi.
Widziałam po jego minie, że się z tym nie zgadza, ale odbyliśmy już kilka podobnych rozmów i znaliśmy swoje podejście do tematu.
– Odpuszczę ci, ale nie kupuję twojego zachowania, B. Chodź, nałożysz mi tego swojego popisowego bajgla z awokado i pomożesz mi z ziemniakami na frytki. Mam do obrania i pocięcia z dwadzieścia parę funtów – pstryknął mnie lekko w nos, na co się uśmiechnęłam i podeszłam do lodówki.
Wyciągnęłam zawinięty w folię talerz i położyłam go na blacie obok piekarnika. Otworzyłam drzwiczki i szczypcami wyjęłam cztery ładnie przypieczone plastry bekonu. Położyłam po dwa plastry na każdej połówce kanapki i posypałam odrobiną płatków chili, które były jego ulubionym dodatkiem.
– Smacznego, wielkoludzie – postawiłam talerz przed nim i przytuliłam się do jego szerokiej klatki piersiowej. Parsknął śmiechem i objął mnie mocno. Poczułam na czole jego ciepłe usta i zamknęłam na chwilę oczy, rozkoszując się tą chwilą. Mój przyjaciel od lat używał tych samych korzennych perfum. Zapach ten raczej należał do tych ciepłych, długo utrzymujących się w powietrzu i czasem zbyt ciężkich na ciepłe dni. Do niego jednak pasował idealnie i zawsze kojarzył mi się z czymś kojącym.
Scotta Barnesa poznałam jako dziecko. Miałam wtedy trzynaście lat, mój ojciec opuścił nas niecały rok wcześniej, a mama właśnie przyjęła na wakacje szesnastoletniego chłopaka do pomocy w kuchni. Obierał ziemniaki, kroił warzywa, zmywał i sprzątał. Obecny wtedy kucharz, Bob, podupadł na zdrowiu i potrzebował pomocy przy cięższych pracach. Wspólnie zajmowaliśmy się również odbieraniem dostaw i sprzątaniem lokalu. Lubiliśmy razem zamykać bar. Z początku mama nie uważała, że ta znajomość wyjdzie mi na dobre. Scott był ode mnie starszy i bardzo zwracał na siebie uwagę. Miała o nim dobre zdanie, ale bała się chyba o moje nastoletnie serce. Teraz wcale się jej nie dziwię.
Scott miał to szczęście, że już jako szesnastolatek sprawiał, że wszystkie dziewczyny ze szkoły się za nim oglądały. Wysoki blondyn z zielonymi oczami, pięknym uśmiechem oraz ciałem, które było w świetnej kondycji dzięki ciężkiej pracy fizycznej. Roztaczał wokół siebie zawsze aurę radości i każdy chciał się z nim przyjaźnić. Mimo że w szkole go unikałam, w pracy wszystko wyglądało inaczej. Wszelkie bariery znikały i wiedziałam, że mogę na niego liczyć. Z początku odrzucałam jego próby zaprzyjaźnienia się, ale on nigdy się nie poddał.
Moja mama często nazywała nas bratem i siostrą. Oboje mieliśmy zielone oczy, blond włosy i delikatne piegi. Myślę, że mama uratowała też Scotta, którego ojciec uwielbiał topić smutki w kieliszku, a matka dawno temu zniknęła i nikt nawet nie pamiętał, kiedy ani dlaczego. Pewnego dnia po prostu stwierdziła, że ma dość.
W Winchester musiała ciążyć jakaś klątwa, bo nie znałam wielu rodzin, które nie byłyby rozbite. Mama pilnowała również, aby Scott skończył szkołę. Dała mu też podwyżkę, na którą ledwo było ją stać, kiedy chciał wyprowadzić się z przyczepy ojca i oszczędzał na kredyt na mały, rozpadający się domek.
– Dobra, daj mi zjeść – parsknął śmiechem i oderwał mnie od siebie, jednocześnie mierzwiąc moją fryzurę dłonią.
– Ej! Zostaw moje włosy! – upomniałam go.
Kiedy Scott jadł śniadanie, ja zajęłam się sprzątaniem, a później pomogłam mu przygotować ziemniaki i resztę warzyw na dziś. Mimo zawieszenia działalności baru na kilka miesięcy nadal mieliśmy wielu stałych klientów. Z drugiej strony byliśmy jednym z niewielu dobrych miejsc w okolicy, gdzie można było coś zjeść. W Winchester nie było za bardzo co robić.
Uwinęliśmy się dość szybko i do otwarcia zostało nam przynajmniej pół godziny. Nie było sensu serwować śniadań, więc otwieraliśmy dopiero w porze obiadowej, o dwunastej. Przeważnie największy ruch robił się w okolicach czwartej i piątej, ale już od południa pojawiały się zamówienia na wynos.
Pomyślałam, że to idealny moment, aby spróbować naprawić wiecznie migającą lampę nad barem, która wszystkich doprowadzała do szału. Próbowaliśmy już dokręcania żarówki i jej wymiany, ale nic to nie dało. Chciałam ją dzisiaj odkręcić i zawieźć do sklepu elektrycznego, żeby ktoś na nią zerknął. Normalnie wymieniłabym ją na nową, ale miałam do niej sentyment. Kupiła ją mama. Była to szklana lampa w stylu tych, jakie można spotkać w kopalniach albo fabrycznych korytarzach.
Nigdy nie rozumiałam, dlaczego była do niej tak przywiązana. Całe to miejsce było zlepkiem niepasujących do siebie elementów. Każdy stanowił pamiątkę po poprzednich właścicielach. Stara szafa grająca została wygrana w zakładzie przez mojego pradziadka. Obrazy przedstawiające lasy i góry były prezentem dla mojej babci od dziadka. Miały przypominać Alaskę, czyli miejsce, z którego pochodziła część mojej rodziny. Niestety, z tego, co wiem, nikt już tam nie mieszka. Moja mama nigdy nie lubiła rozmawiać o dalszych krewnych. Dziadków od strony taty również nigdy nie poznałam. Podobno pochodził z Kalifornii, ale on także unikał tego tematu. Zawsze stawał się drażliwy, krzyczał i wychodził z domu. Dlatego przestałam pytać.
Podeszłam do baru i otworzyłam skrzynkę z bezpiecznikami. Wszystkie były na szczęście dobrze opisane. Wyłączyłam ten odpowiedzialny za oświetlenie na sali. Związałam długie włosy w wysoką kitkę i założyłam rękawiczki ochronne. Przytargałam drabinę z zaplecza i rozstawiłam ją w odpowiednim miejscu. Wsunęłam śrubokręt do tylnej kieszeni spodni i wspięłam się po lekko chwiejących stopniach. W myślach dopisałam nową drabinę jako kolejną rzecz do zakupu.
Stanęłam w miarę stabilnie na najwyższym schodku i zaczęłam odkręcać szklaną pokrywę lampy. Najpierw chciałam sprawdzić, czy problem nie tkwi w złym dokręceniu żarówki. Już to weryfikowaliśmy, ale wolałam się upewnić.
Kilka minut później wiedziałam już, że to był fatalny pomysł. Ręce mi zdrętwiały od trzymania ich w górze, kichałam co chwilę przez zalegający na kloszu kurz i zgubiłam dwie śrubki mocujące obudowę. Śrubokręt nie był namagnesowany, przez co drobne elementy ciągle mi uciekały. Niestety, to nie była kwestia żarówki, która była wcześniej zmieniona na nową i sprawdzona, czy działa poprawnie. Wyglądała nadal na sprawną i siedziała ciasno. Zabrałam się więc za odłączanie lampy od kabli, tak jak widziałam wcześniej w internetowym poradniku. Ignorowałam już śrubki spadające na podłogę. Poszukam ich później albo po prostu kupię nowe.
Westchnęłam zrezygnowana i doszłam do wniosku, że chyba faktycznie trzeba poprosić kogoś, aby naprawił te wszystkie usterki. Było tego naprawdę sporo. Ruszający się stolik z wykrzywioną śrubą, cieknący kran w kuchni, psująca się co tydzień spłuczka w toalecie, zardzewiała rura pod barem, zacinający się zamek do biura i obowiązkowa wymiana parkietu, którego deski były już tak napęczniałe, że można było się o nie potknąć. W większości były to drobiazgi, ale przy takim natłoku obowiązków, jaki na mnie spadł w ostatnim czasie, nie miałam sił, żeby szukać w internecie instrukcji, jak naprawić to samodzielnie. Scotta wolałam w to nie mieszać. Wziął na siebie całą kuchnię.
Większość rzeczy w barze była dość stara, zrobiona naprędce, bo w domu zawsze brakowało pieniędzy. Przez napływające rachunki za leczenie mamy i jej pogrzeb długo nie będzie mnie stać na porządnego fachowca z większego miasta. Z kolei wszyscy, których znałam na miejscu, pomagają przy budowie nowego ośrodka wypoczynkowego po drugiej stronie jeziora. Całe miasteczko się cieszyło, bo oznaczało to nowe miejsca pracy. Ja wciąż nie wiedziałam, czy nie będą dla nas gwoździem do trumny.
Według planu, który musiała zatwierdzić rada miasta, w ośrodku miała powstać restauracja nastawiona na wykwintne dania. Nie byłam pewna, czy goście, których stać na tak drogi pobyt, zechcą stołować się w naszym zwyczajnym barze. Nasz bar miał typowy klimat Teksasu, trochę pod turystów, a w menu dominowały burgery i steki. Mimo to planowałam pojechać tam z naszym nowym menu i zapytać, czy mogłabym zostawić ulotki. Może trafi się ktoś, kto podczas spaceru po okolicy będzie chciał do nas zajrzeć.
– Scott, poddaję się! – krzyknęłam głośno do chłopaka, który nadal był zajęty w kuchni, z której dobiegała głośna muzyka, więc wątpiłam, by mnie usłyszał.
Kogo ja oszukiwałam? Zupełnie nie znałam się na elektryce. Scott potrafił zrobić parę podstawowych rzeczy, ale nie miał na to czasu ani nie był ekspertem. Prędzej odtworzyłby najbardziej skomplikowany przepis niż znalazł cierpliwość do skręcania szafy czy diagnozowania powodu stukania pod maską mojego samochodu.
Wsunęłam śrubokręt z powrotem do kieszeni i zaczęłam powoli schodzić z drabiny. Kiedy byłam w połowie, poczułam, jak drewniany stopień łamie się pod moim ciężarem. Zanim zdążyłam zareagować, zsunęłam się w dół, uderzyłam nosem o wyższy schodek, a potem runęłam prosto na twardą podłogę. Uderzyłam się w biodro i ramię.
Spróbowałam się poruszyć, ale natychmiast jęknęłam z bólu. Z nadgarstkiem, na który spadłam całym ciężarem, było coś bardzo nie tak. W tym samym momencie w kuchni coś z brzękiem upadło.
– Jezu, Blake! Nic ci nie jest?! – W głosie Scotta, który właśnie wypadł zza drzwi, brzmiał czysty strach. Drabina, z której spadłam, była naprawdę wysoka. Chłopak natychmiast uklęknął przy mnie, potwornie zaniepokojony. Odgarnął mi z twarzy kosmyki włosów, które wymknęły się z kucyka. Chwycił moją twarz w dłonie, oglądając nos, w który też się uderzyłam. Akurat on ze wszystkiego bolał teraz najmniej.
Wydałam z siebie bliżej nieokreślony odgłos zażenowania, dociskając kontuzjowaną rękę do piersi. Mogłam ruszać palcami, więc kość chyba była cała, ale ból okazał się paraliżujący.
– Żyję, ale przynieś mi coś z zamrażalnika. Coś jest nie tak z moim nadgarstkiem – przyznałam ze wstydem. Przekręciłam się na plecy, lekko ugięłam nogi i zamknęłam oczy. Wypuściłam głośno powietrze, którego nawet nie wiedziałam, że wstrzymywałam. Wszystko potwornie mnie bolało.
Miałam dość. Byłam zmęczona, niewyspana i skrajnie rozdrażniona.
Scott bez słowa zniknął w kuchni i wrócił po chwili z woreczkiem lodu. Syknęłam, kiedy przyłożył go do pulsującego bólem miejsca.
– Otwórz oczy, Blake. Nie zamykaj ich! Mogłaś dostać wstrząsu. Uderzyłaś się w głowę? – Położył dłoń na moim ramieniu i lekko mną potrząsnął.
Zmusiłam się do uniesienia powiek. Wyostrzenie wzroku zajęło mi chwilę, a przed oczami przez moment tańczyły mi czarne plamy.
– Tylko w nos, ale chyba nie jest złamany.
Przycisnęłam lód mocniej do nadgarstka i spróbowałam zrobić okrężny ruch. Bolało i to bardzo.
– Jest dobrze, ale wiesz co, Scott? – Obróciłam głowę i spojrzałam na przyjaciela, który wyglądał jednocześnie na przestraszonego i gotowego, żeby mnie solidnie zganić.
Rozbita lampa leżała obok mnie na podłodze. Nie zostało z niej już nic przydatnego, a kable, do których była przykręcona, zwisały z sufitu.
– Co? Zakładasz swoją ekipę remontową? – zażartował, na co parsknęłam śmiechem i pokręciłam głową.
– Nie, muszę znaleźć kogoś do ogarnięcia tego wszystkiego.
– W końcu mówisz coś, co ma sens.
Usiadłam, trzymając w dłoniach parujący kubek herbaty. Mój dom rodzinny był niewielki. Zaledwie dwie mikroskopijne sypialnie, łazienka i salon z kuchnią. Z zewnątrz był pomalowany na biało, ale farba powoli zaczęła odchodzić z desek, zostawiając nieestetyczne dziury. W środku było nie lepiej. Mama dbała, aby było schludnie, ale nie mogła przeskoczyć czasu, który odcisnął ślady na meblach i sprzętach. Podłoga skrzypiała za każdym krokiem, prysznic dawał fatalne ciśnienie i miewał problemy z ciepłą wodą. Mój materac w dawnej sypialni już dawno należało wymienić, ale Ivy upierała się, że jej nie przeszkadza.
Mieszkałam na odludziu. Administracyjnie było to nadal Winchester, ale jeden z ostatnich domów. Niedaleko mnie stał jedynie stary dom, w którym przez długi czas nikt nie mieszkał. Z każdej strony otaczały mnie lasy i było bardzo niedaleko do dużego jeziora, z którego słynęło nasze miasteczko. To ono przyciągało wielu turystów. Budowa, która trwała po drugiej stronie, była na szczęście całkowicie niewidoczna przez zakręcającą linię brzegu i drzewa. Kiedy było bardzo ciemno, czasem było widać jedynie światło odbijające się na wodzie.
Do baru nie mieliśmy daleko, ale z drugiej strony czy dziesięć minut drogi samochodem do centrum to dużo? Kiedy byłam dzieckiem, wydawało się to ogromną odległością, tym bardziej kiedy musiałam ją pokonać rowerem albo pieszo. W San Francisco wszędzie były korki i nadal nie mogłam się przyzwyczaić, że wcale nie muszę wyjeżdżać wcześniej, żeby dojechać gdzieś na czas.
Kiedy przyjechałam do Winchester z Ivy, oddałam jej mój pokój, a sama zajęłam sypialnię mamy. Miało to być na chwilę. Myślałam, że choroba jej nie pokona i nie skończy się to wszystko w ten sposób. Zawsze była taka silna i wygrywała każdą walkę. Najgorsze było to, że cały pokój nawet teraz był przesiąknięty jej zapachem i perfumami, których używała, odkąd pamiętam. Pościel była już wiele razy prana, a podłogi odkurzane i myte, ale on nadal tam był. Z początku nie mogłam tam wytrzymać i zimą otwierałam szeroko okno, marznąc pod kołdrą i kocem. Dopiero później nie chciałam stamtąd wychodzić.
Ulubionym miejscem mojej mamy w całym domu podczas ciepłych dni był ganek, na którym mieliśmy zawieszoną ławkę. Zawsze okropnie skrzypiała, co irytowało mojego ojca, ale nigdy nie zrobił nic, żeby ją naprawić. Dopiero kiedy wróciłam tutaj po latach, doceniłam spokój, jaki dawało przesiadywanie na niej i wpatrywanie się w las.
Dzisiejszy wieczór należał do tych spokojnych. Wiał delikatny wiatr, resztki zachodzącego słońca były jeszcze widoczne za drzewami, tworząc kolorową łunę, ale w większości panował już mrok. Słychać było świerszcze, co zawsze przypominało mi szum samochodów za oknem. Od wielu lat już nie spałam w całkowitej ciszy i prawie zapomniałam, jak to jest.
Usłyszałam, że Ivy wyszła z domku i przysiadła się, narzucając na nas duży koc. Wyglądała na lekko zmartwioną oraz zmęczoną. Skuliła się na swoim miejscu i poprawiła nogawki szarego, luźnego dresu. Swoje pofalowane, ciemne włosy spięła w niskiego koka. Moja przyjaciółka z niebieskimi oczami i bladą cerą wyglądała jak Królewna Śnieżka. Kiedy jeszcze razem studiowałyśmy, uwielbiała nosić czerwoną szminkę, co tylko jeszcze bardziej ją do niej upodabniało.
– Na pewno nic ci nie jest? – zmartwiła się, widząc, że trochę się krzywię podczas podnoszenia kubka.
– Lekarz powiedział, że to na szczęście tylko lekkie stłuczenie. Dał mi maść przeciwbólową i kazał oszczędzać rękę przez kilka dni. Jest w porządku, przysięgam – zapewniłam ją. Zmarszczyła brwi i trochę z nieufnością patrzyła na moją zawiniętą bandażem elastycznym rękę. Widziałam po niej, że nie do końca mi wierzy. W końcu mimo maści ręka dość mocno mi dokuczała przy codziennych czynnościach. Dałam radę wszystko robić, ale mimowolnie się krzywiłam przez dyskomfort.
Po dzisiejszym wypadku pojechaliśmy ze Scottem do lekarza i na szczęście obyło się bez większej kolejki. Zapłaciłam za wizytę chorą kwotę i odmówiłam powrotu do domu. Nie mogłam sobie pozwolić na zamknięcie nawet na jeden dzień, a dzisiaj wypadał wolny dzień Ivy od pracy. Nie chciałam do niej dzwonić, bo była zajęta pisaniem artykułu, ale ostatecznie Scott wezwał ją po trzech godzinach do pomocy. Jak na środek tygodnia był wyjątkowy ruch.
