Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Nic nie jest w stanie zakłócić gry Shane’a Hollandera, a już na pewno nie znienawidzony z całego serca rywal.
Gwiazda hokeja Shane Hollander jest nie tylko nieziemsko utalentowany, ale może się również pochwalić nienaganną reputacją. Hokej jest jego życiem. Obecny kapitan Montreal Voyageurs nie pozwoli, aby cokolwiek naraziło na szwank jego karierę, a zwłaszcza gorący Rosjanin, którego wyrzeźbione ciało nie pozwala mu zmrużyć w nocy oka.
Kapitan drużyny Boston Bears Ilya Rozanov stanowi całkowite przeciwieństwo Shane’a. Samozwańczy król lodowiska jest równie zarozumiały, jak utalentowany. Nikt nie potrafi go pokonać, oprócz Shane’a. Na legendarnej rywalizacji zbudowali własne kariery, ale kiedy zdejmują łyżwy, chemia między nimi staje się niezaprzeczalna. Kiedy Ilya uświadamia sobie, że pragnie czegoś więcej niż kilku sekretnych schadzek, wie, że musi odejść. Ryzyko staje się zbyt wielkie.
Kiedy ich wzajemne przyciąganie przybiera na sile, z trudem usiłują utrzymać swój związek w tajemnicy przed opinią publiczną. Wyjście prawdy na jaw mogłoby zrujnować ich obu. Kiedy jednak pożądanie zaczyna dorównywać ambicjom na lodzie, zachowanie dyskrecji okazuje się niemożliwe.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 413
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Heated Rivalry
Copyright © Rachel Reid 2019
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Alicja Chybińska
Korekta: Iwona Wieczorek-Bartkowiak, Aga Dubicka, Natalia Szoppa
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
Ilustracje: Aleksandra Monasterska
ISBN 978-83-8418-949-8 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Październik 2016 – Montreal
Shane Hollander nigdy w życiu nie był tak bliski utraty panowania nad sobą.
Przetrwał dwie tercje i dwanaście minut jednego z najbardziej frustrujących meczów, jakie kiedykolwiek rozgrywał. Drużyna Montreal Voyageurs, grając u siebie, powinna była pewnie pokonać odwiecznego rywala – Boston Bears. Zamiast tego ugrzęzła w wyczerpującym i upokarzającym meczu, którego wynik wynosił cztery do jednego dla Bostonu, a do końca pozostało niecałe osiem minut. Shane stracił aż pięć wspaniałych okazji do zdobycia bramki. Oddał strzały i nie powinien chybić, a jednak tak się stało. Natomiast Bearsi wykorzystali wszystkie błędy Voyageursów.
Jeden zawodnik skorzystał na nich bardziej niż pozostali. Najbardziej znienawidzony w Montrealu człowiek: Ilya Rozanov. Prawie stuletnią rywalizację pomiędzy drużynami NHL z Montrealu i Bostonu w ciągu ostatnich sześciu sezonów reprezentował pojedynek pomiędzy Hollanderem i Rozanovem. Ich intensywna wrogość pozostawała widoczna nawet dla kibiców zajmujących najodleglejsze, i zarazem najtańsze miejsca na trybunach.
Shane pochylił się w buliku naprzeciwko Rosjanina, podczas gdy sędzia przygotowywał się do upuszczenia krążka po drugim zdobytym przez przeciwnika golu w tym meczu.
– Udany wieczór? – zapytał radosnym tonem Rozanov.
Piwne oczy błyszczały mu jak zawsze, kiedy szukał zaczepki.
– Pieprz się – warknął Hollander.
– Wciąż mam czas na hat trick, chyba. – Zamyślił się. Jego angielski był ledwo zrozumiały przez silny akcent i ochraniacz na zęby. – Strzelić gola teraz czy poczekać do ostatniej minuty? Tak będzie bardziej ekscytująco, co?
Shane zazgrzytał zębami w ochraniaczu i nie odpowiedział.
– Zamknij się, Rozanov – wtrącił się sędzia. – Ostatnie ostrzeżenie.
Zawodnik zamilkł, ale znalazł jeszcze skuteczniejszy sposób, aby zaleźć przeciwnikowi za skórę. Puścił do niego oczko.
A potem wygrał wznowienie.
– Kurwa! – Jean-Jacques Boiziau, potężny haitańsko-kanadyjski obrońca rzucił kijem o ścianę szatni.
– Wystarczy, J.J. – oznajmił Shane, choć za jego słowami nie kryła się żadna realna groźba.
Dał jasno do zrozumienia, że nie jest w nastroju do bójki czy nawet kłótni, i opadł bezwładnie na ławkę przy swojej szafce.
Hayden Pike, lewy skrzydłowy grający w tej samej formacji co Shane, jak zwykle zajmował miejsce obok niego.
– W porządku? – odezwał się cicho.
– Pewnie – rzucił beznamiętnym tonem Hollander.
Odchylił głowę, oparł ją o chłodną ścianę i przymknął oczy.
Określanie kibiców Montrealu mianem „zagorzałych” pozostawało sporym niedopowiedzeniem. Montreal uwielbiał Voyageursów do granic absurdu. Ich hala to jedno z najtrudniejszych miejsc do gry dla ekip przyjezdnych, rywalizujących nie tylko z jedną z najlepszych drużyn w lidze, lecz również stawiających czoła najgłośniejszym kibicom. Fani Montrealu nie mieli również skrupułów, aby zademonstrować ukochanej drużynie, kiedy czuli się nimi bardzo rozczarowani.
Kiedy jednak kibice Montrealu byli naprawdę zdruzgotani, tak jak dzisiejszego wieczoru, prawie milczeli. A cisza to najmniej lubiany przez Shane’a Hollandera dźwięk.
– Wiesz, co okazałoby się super? – zapytał Hayden. – Znasz ten film Noc oczyszczenia? Ten, w którym przez jedną noc można złamać prawo bez obaw przed karą?
– Mniej więcej – przyznał.
– Stary, gdyby to się stało możliwe w prawdziwym życiu, zamordowałbym Rozanova.
Shane wybuchnął śmiechem. Nie mógł zaprzeczyć, że zmasakrowanie tej wyniosłej twarzy Rosjanina sprawiłoby mu przynajmniej odrobinę satysfakcji.
Trener wszedł do szatni i z wymownym opanowaniem wyraził swoje rozczarowanie. Sezon dopiero się zaczynał – rozegrali pierwszy mecz przeciwko Bostonowi – i w większości spotkań wypadli dobrze. Teraz zaliczyli jedyne potknięcie. Podniosą się z niego.
Potem nadeszła chwila, aby stawić czoła prasie. Gdy Hollander do nich wychodził, pomyślał, że wolałby spotkać watahę wygłodniałych wilków, ale wiedział, że nie da się uniknąć dziennikarzy. Zawsze chcieli z nim rozmawiać, szczególnie po meczu, a już na pewno kiedy grał przeciwko Rozanovowi.
Ściągnął przez głowę przepoconą bluzę, aby pokazać do kamery koszulkę z logo CCM. Część kontraktu sponsorskiego.
Otoczył go półokrąg kamer, świateł i mikrofonów.
– Cześć, chłopaki – odezwał się zmęczonym głosem.
Zadawali nudne pytania, a Shane udzielał nudnych odpowiedzi. Co w ogóle mógł powiedzieć? Przegrali. To przecież mecz hokeja. Zawsze ktoś musi przegrać i tym razem padło na nich.
– Chcesz wiedzieć, co właśnie powiedział o tobie Rozanov? – zapytał z entuzjazmem jeden z dziennikarzy.
– Coś miłego, jak zakładam.
– Powiedział, że żałuje, że dzisiaj nie grałeś.
Tłum reporterów zamilkł. W oczekiwaniu.
Chłopak parsknął i pokręcił głową.
– Cóż, za trzy tygodnie spotkamy się w Bostonie. Możecie dać mu znać, że na pewno wtedy będę grał.
Dziennikarze się roześmiali, zachwyceni, że zdołali dzisiaj zdobyć wypowiedź do materiału o starciu Hollander kontra Rozanov.
Godzinę później, po prysznicu i przebraniu się, Shane w końcu pojechał do domu. Nie do penthouse’a w Westmount, ale do mieszkania, o którym nikt nie wiedział.
Shane jedynie kilka nocy w roku spędzał w niewielkim mieszkaniu w dzielnicy Plateau. Udawał się tam, kiedy zależało mu na zachowaniu całkowitej prywatności.
Zatrzymał samochód na niewielkim parkingu za trzypiętrowym budynkiem, przemknął do tylnego wejścia i szybko wspiął się po schodach na najwyższe piętro. Wiedział, że dwie pozostałe kondygnacje pozostają niezamieszkane, ponieważ należały do niego. Parter wynajmował ekskluzywnemu salonowi z wyposażeniem kuchennym, lecz sklep zamknął się wiele godzin wcześniej.
Mieszkanie na trzecim piętrze wyglądało dokładnie na to, czym było: pokazowy apartament urządzony przez profesjonalnego dekoratora wnętrz. Technicznie rzecz biorąc, to właśnie to mieszkanie miało iść na sprzedaż, tak jak znajdujący się pod nim apartament. Gdyby tylko Shane był zainteresowany pozbyciem się nieruchomości. Co, jak sobie wmawiał, zdecydowanie nastąpi. Wkrótce.
Powtarzał to sobie od ponad trzech lat.
Podszedł do lodówki ze stali nierdzewnej i wyjął jedną z pięciu znajdujących się w niej butelek piwa, stanowiących jedyną zawartość nieskazitelnie czystych półek. Odkręcił kapsel i usiadł na czarnej skórzanej sofie w salonie.
Trwał w milczeniu, próbując lekceważyć to, że w podobne noce żołądek zaciskał mu się w supeł. Szybko wypił trunek, mając nadzieję, że alkohol pomoże stłumić rozczarowanie samym sobą. Wstręt wobec własnej słabości. Musiał go uśmierzyć, ponieważ wiedział, że na pewno nie uda mu się naprawić bałaganu, w który się wplątał. Próbował od ponad sześciu lat.
Niemal czterdzieści minut później rozległo się pukanie do drzwi. Minęło dość czasu, aby Shane niemal przekonał się do opuszczenia mieszkania. Do zakończenia tej głupoty. Ale oczywiście tego nie zrobił. Gdyby pukanie rozległo się nawet kilka godzin później, on wtedy wciąż tkwiłby na sofie, wyczekując tego dźwięku.
Otworzył drzwi.
– Co, do licha, tak długo? – zapytał poirytowanym tonem.
– Świętowaliśmy. Dzisiejszą wielką wygraną, wiesz?
Shane się odsunął i wpuścił do mieszkania wysokiego, uśmiechającego się szelmowsko Rosjanina.
– Wyrwałem się, kiedy tylko zdołałem – oznajmił Rozanov mniej kpiącym tonem. – Nie chciałem przyciągać uwagi, jasne?
– Pewnie.
To ostatnie słowo, jakie wydusił z siebie Shane, zanim Rosjanin zmiażdżył jego usta w pocałunku.
Hollander chwycił skórzaną kurtkę rywala w dłonie i przyciągnął go do siebie, całując do utraty tchu.
– Ile masz czasu? – zapytał szybko, kiedy odsunęli się od siebie, aby zaczerpnąć powietrza.
– Dwie godziny, może…
– Kurwa. – Ponownie brutalnie pocałował Rozanova, przepełniony żądzą.
Boże, potrzebował tego. Tej cholernej, pojebanej rzeczy.
– Smakujesz piwem – stwierdził Rosjanin.
– A ty tą ohydną gumą do żucia.
– Żuję ją, by nie palić!
– Zamknij się.
Przepychając się nawzajem, dotarli do sypialni, gdzie Shane brutalnie popchnął Rozanova na ścianę, nie przerywając pocałunków. Czuł znajome muśnięcia języka rywala w ustach i przesuwał językiem po swoich naprawianych i wstawianych Bóg wie ile razy zębach.
Pragnął wiele, ale tej nocy nie mieli na to czasu. Rosjanin chwycił go i popchnął na łóżko. Shane obserwował, jak mężczyzna rzuca kurtkę na podłogę i ściąga podkoszulek przez głowę. Złoty łańcuszek wisiał krzywo na jego szyi, a błyszczący krzyżyk spoczywał na lewym obojczyku tuż nad słynnym (absurdalnym) tatuażem obnażającego zęby niedźwiedzia („Za Rosję! Miałem go, zanim zacząłem grać dla Bearsów!”) zdobiącym jego pierś.
Zamierzał później się z tego ponabijać. W tej chwili jedynie obserwował, jak mężczyzna zrzuca z siebie ubrania i z opóźnieniem się zreflektował, że powinien postąpić tak samo.
Rozebrali się, a Rozanov nachylił się nad Shane’em. Całował go i sunął dłonią w dół, aż chwycił jego już żenująco sztywnego penisa. Chłopak wygiął się w łuk pod jego dotykiem, wydając głupie, desperackie jęki.
– Nie martw się, Hollander – oznajmił, ustami muskając ucho Shane’a. – Będę posuwał cię, jak chcesz, dobrze?
– Tak. – Westchnął z mieszanką ulgi i upokorzenia.
Rozanov sunął ustami w dół ciała Hollandera, całując, ssąc, liżąc, aż dotarł do członka. Skończył się droczyć. Wziął go do ust, a Shane odczuł ulgę, że są sami w budynku, ponieważ jego jęki odbijały się echem od ścian skąpo umeblowanego pokoju.
Uniósł się na łokciach, aby popatrzeć. Częściowo miał ochotę się położyć, opuścić powieki i wyobrażać sobie, że ktoś inny, a nie Ilya Rozanov, sprawiał, że czuł się tak wspaniale. Lecz w głębi duszy pragnął dokładnie widzieć, kto go zaspokaja.
Ten hokeista był oszałamiającym mężczyzną. Jasnobrązowe, wiecznie zwichrzone loki opadały na jego figlarne, piwne oczy i ciemne, gęste brwi. Mocną żuchwę i podbródek z dołeczkiem pokrywał kilkudniowy zarost. Uśmiech miał krzywy i leniwy, a zęby nienaturalnie białe, jako że większość z nich była sztuczna.
Nos miał krzywy, złamany więcej niż kilka razy, ale ten cholerny mankament jedynie dodawał mu charakteru. A jak na Rosjanina mieszkającego w Bostonie cieszył się o wiele bardziej złocistą skórą, niż powinien.
Shane cholernie go nienawidził. Rozanov robił jednak świetną laskę i jakimś cudem chętnie się do tego zabierał.
Shane nienawidził równie mocno tego, co ich łączyło, ale dołożył wszelkich starań, aby to chronić, i zamierzał to robić, dopóki jego rywal będzie tego chciał. Biorąc pod uwagę, jak wyglądało ich życie, nie pozostawało to łatwym osiągnięciem. Siedem lat temu, kiedy zaczynali karierę, może się nie spodziewali, że ich życia, ich słynna rywalizacja, dojdą do punktu, w którym znajdowali się teraz. Może powinni dawno z tym skończyć. Lecz mimo że w ich relacji tkwiło coś niewłaściwego, dawała im też poczucie komfortu. Zapewniała coś znajomego. I to najbezpieczniejsze, na co którykolwiek z nich mógł liczyć.
Ich relacja pozostawała tylko tym.
Rozanov pieścił penisa Shane’a utalentowanymi ustami, a ten wyjął z dobrze wyposażonej szafki lubrykant i rzucił go na łóżko. Nie przerywając pieszczot, Rosjanin chwycił buteleczkę i nalał płyn na palce, aby móc przygotować chłopaka.
Shane nigdy nie przepadał za tą częścią pieszczot, ponieważ wtedy czuł się cholernie bezbronny. Stawał się w swoim mniemaniu słaby i żałosny, kiedy byli razem w ten sposób, a to uczucie się potęgowało, kiedy Rozanov wsuwał w niego palce. Rozluźnienie go zazwyczaj zajmowało chwilę.
Z kolei Rosjanin zawsze sprawiał wrażenie całkowicie odprężonego. Wiedział, że jest w tym dobry. Wysunął z ust penisa Hollandera i polizał jego czubek, co posłało dreszcz rozkoszy wzdłuż ciała chłopaka.
– Odpręż się, dobra? Nie mamy wiele czasu, ale wystarczy – oznajmił.
Shane zaczerpnął głęboki haust powietrza i powoli je wypuścił. Tak bardzo nienawidził tego głosu na lodzie i w wywiadach oglądanych w telewizji, podczas których Rozanov kpił z niego irytującym, drażniącym tonem. Lecz tutaj w łóżku ton wydawał się cierpliwy i łagodny, głos miękki, a akcent subtelnie oplatał krótkie angielskie słowa.
Shane odprężył się, kiedy Rozanov rozluźnił go silnymi palcami i całował wnętrze jego ud. Kiedy stał się gotowy, bez słowa wręczył Rosjaninowi kondom, po czym przetoczył się na brzuch i wsparł na łokciach oraz kolanach. Nie mógł patrzeć na swojego rywala. Nie dzisiaj. Nie po tak upokarzającej porażce.
Ten zdawał się to rozumieć. Wszedł w niego ostrożnie, nie biorąc go tak brutalnie jak wiele razy w przeszłości. Tym razem stał się powolny i taktowny. Shane czuł duże dłonie trzymające go mocno za biodra i pas, kiedy mężczyzna się w niego wbijał. Czuł także, jak gładzi go delikatnie kciukami po krzyżu.
– Proszę. Tego chciałeś, tak?
– Tak. – Tak było. Zawsze tego pragnął.
Rozanov zaczął się poruszać, a on krzyknął. Zawsze szybko dawał się ponieść chwili i zaczynał jęczeć, dyszeć i błagać o więcej.
– Kurwa, Hollander. Uwielbiasz to.
Shane nabrał pewności, że zaczerwienił się po uszy. Nie mógł jednak zaprzeczyć prawdzie.
Gdyby nie wiedział, że budynek jest pusty, martwiłby się tym, jak głośno się zachowuje, kiedy Rozanov go posuwa. Czuł się tu jednak bezpieczny, więc się nie pilnował. Krzyczał przy każdym pchnięciu i może parę razy wypowiedział nazwisko Rozanova.
Naprawdę miał nadzieję, że nikt ich nie słyszy.
Kiedy Rosjanin ujął w śliską dłoń kutasa Shane’a, ten – desperacko pragnąc spełnienia – zaczął na niego napierać. Takie chwile zawsze mu przypominały, dlaczego nie może się tego wyrzec. To było za dobre.
– Dojdziesz dla mnie, Hollander?
Tak zamierzał. I spełnił ten zamiar. Uderzył w materac, głośno przeklął i pokrył pięść Rozanova spermą.
Rosjanin przyspieszył ruchy i przy każdym pchnięciu ciało chłopaka ponownie omywały fale rozkoszy. Kiedy poczuł, że nie zniesie więcej, Rozanov znieruchomiał, krzyknął i doszedł w nim.
Po wszystkim leżeli na plecach obok siebie i Hollander poczuł, że w jego myśli wkrada się znajome poczucie winy i wstyd.
– Cóż, w czymś dzisiaj wieczorem odniosłeś zwycięstwo – mruknął Rozanov.
– Boże. Odpierdol się. – Podniósł rękę, aby go odepchnąć, ale mężczyzna złapał go za nadgarstek i wciągnął na siebie.
Przyglądał mu się z góry. Rozbawiony uśmieszek Rosjanina zbladł, kiedy wytrzymał spojrzenie Shane’a. Temu drugiemu nagle zaparło dech w piersi.
– Wciąż masz ten głupi tatuaż, jak widzę – powiedział szybko Hollander, aby odwrócić uwagę od tego co, do licha, się działo.
– Auć – sapnął, a ten nieznośny uśmieszek powrócił na jego twarz. – Tęsknił za tobą.
Shane parsknął.
– Naprawdę – upierał się mężczyzna. – Pocałuj go.
Przewrócił oczami, ale nachylił głowę nad piersią Rozanova. Zamiast jednak przycisnąć usta do tatuażu, lekko złapał w zęby sutek i pociągnął.
– Kurwa – wydusił Rosjanin, wciągając ze świstem powietrze.
W ramach przeprosin i chcąc go jeszcze bardziej podniecić, Shane przesunął językiem po tkliwym miejscu. Rozanov natomiast wsunął palce w jego włosy i przyciągnął go do swoich ust. Po długim, dziwacznie czułym pocałunku Hollander podniósł głowę i dostrzegł, że mężczyzna ponownie spogląda na niego z poważnym wyrazem twarzy. Przełknął ślinę, ale milczał, kiedy tamten przeczesywał palcami jego kosmyki. Miał nadzieję, że na twarzy nie maluje mu się strach.
– Jesteś bardzo przystojny – oznajmił nagle Rosjanin wyjątkowo rzeczowym tonem.
Nie miał pewności, jak zareagować na komplement. Tak naprawdę nie rozmawiali. Nie w ten sposób.
– Najseksowniejszy mężczyzna w NHL według „Cosmopolitan” – zażartował. Był to jedyny sposób, w jaki potrafił rozmawiać ze swoim rywalem poza wykrzykiwaniem wulgaryzmów pod jego adresem.
– To idioci – oznajmił tamten, a czar prysł. – Umieścili mnie na piątym miejscu. Piątym!
– To i tak szczodrze.
Rozanov przetoczył się i przyszpilił Shane’a do materaca. Hollander spojrzał na niego i wybuchnął śmiechem.
– Muszę się zbierać – oznajmił Rosjanin, jakby naprawdę tego żałował. – Najpierw prysznic, ale potem muszę wracać do hotelu.
– Wiem.
Udali się razem do łazienki, a Shane padł na kolana, ponieważ nie mógł pozwolić Rozanovowi odejść, nie posmakowawszy go. Ten wymruczał słowa aprobaty, górując nad Hollanderem pod przestronnym prysznicem. Ujął w silne dłonie jego głowę i wplótł długie palce w mokre włosy. Shane uniósł wzrok i dostrzegł mężczyznę, wpatrującego się w niego z tym cholernym krzywym uśmieszkiem. Natychmiast zamknął oczy, kiedy poczuł, że oblewa się rumieńcem i ku jego zażenowaniu, stanął mu.
I tak było źle, że uwielbiał być tak pieprzony i mieć kutasa w ustach. Ale że też musiało paść właśnie na tego skurczybyka i to do tego stopnia, że w niezwykle rzadkich chwilach, kiedy był z kimś innym, pozostawał z poczuciem niedosytu…
Więc może to nie jedynie wygoda. Nad tym jednak nie miał ochoty rozmyślać.
Doprowadził Rozanova niemal do granic rozkoszy i odsunął się, a ten trysnął na jego podbródek, usta i szyję. Dowody szybko zostały zmyte i zniknęły w odpływie, a Shane opadł do pozycji siedzącej i oparł się o ścianę. Przetarł twarz i przyciągnął kolana do piersi. Usłyszał, że Rozanov ciężko dysząc, mówi coś po rosyjsku.
– Cholera – powiedział, wciąż stojąc z głową opartą o płytki naprzeciwko miejsca, w którym siedział Shane. – Ćwiczyłeś, Hollander?
– Nie – wymamrotał.
– Nie? Oszczędzałeś to dla mnie?
Nie odpowiedział, co wydało mu się równie właściwe jak potwierdzenie.
Rozanov się roześmiał.
– Musisz pobzykać, Hollander. Czekanie na szybki numerek raz na kilka miesięcy nie jest zdrowe.
– Nie czekam – zapewnił. To nie do końca było kłamstwem. Nie był w stu procentach heteroseksualny, ale uprawianie seksu z kobietami go nie odpychało. Po prostu nie działały na niego tak jak mężczyźni.
A jeden w szczególności.
Z kobietami natomiast czuł się bezpiecznie, wszystko wydawało się łatwiejsze i bardziej dostępne. I może gdyby się postarał, znalazłby taką, z którą chciałby spędzić więcej niż jedną noc. Kogoś, kto w końcu położyłby kres… temu, czymkolwiek to było.
Rozanov zakręcił wodę i wyciągnął dłoń. Shane westchnął, ale przyjął ją, pozwalając, aby mężczyzna pomógł mu się podnieść. Stali naprzeciwko siebie, a Hollander obserwował, jak kapiąca z włosów mężczyzny woda spływa po jego ramionach ku pępkowi.
Rosjanin położył dłoń na jego twarzy i uniósł mu głowę. Spojrzał na niego czule, z lekkim uśmieszkiem i go pocałował.
– Doprowadziłem cię do granic rozkoszy – oznajmił, kiedy się od siebie odsunęli. – Nikomu innemu to się nie uda.
– Pierdol się.
– Co za niewyparzone usteczka.
– Milcz.
– Wolałem, kiedy zaciskały się na mnie.
– Cholera jasna, Rozanov. – Shane wepchnął mężczyznę z powrotem pod prysznic i pocałował go agresywnie.
Zawsze tak się działo. Popychając się i wyzywając nawzajem, walczyli o kontrolę, aż jeden z nich się poddawał i pozwalali sobie na upragnione spełnienie.
– Naprawdę muszę się już zbierać – oznajmił Rozanov, ale jednocześnie zębami sunął wzdłuż szczęki Hollandera.
– Wiem.
– Przykro mi.
– Czemu? Nie obchodzi mnie to. I tak chyba już tu skończyliśmy, co?
– Chyba tak. – Rozanov przerwał pocałunki i spojrzał na niego w zamyśleniu.
Wyszli spod prysznica i pospiesznie się ubrali. Shane zdjął pościel i wrzucił ją do pralki. Chciał się upewnić, że pozostawi to miejsce nieskazitelne, tak jak je zastał.
– Zatem do zobaczenia za trzy tygodnie – oznajmił Rosjanin, stając w drzwiach i szykując się do wyjścia.
– No.
Skinął głową, a Hollander pomyślał, że już skończyli, ale wtedy tamten wyszczerzył się i powiedział:
– Czy dzisiaj to przeze mnie?
– Co przez ciebie?
– Rozpraszałem cię. Dzisiaj na lodzie.
Chwilę zajęło Shane’owi zrozumienie, co on sugeruje.
– Pierdol się – odparł.
– Nie mogłeś grać, bo ciągle myślałeś o moim fiucie, co? – Rosjanin uśmiechnął się szczerze.
– Dobranoc, Rozanov.
Rosjanin przesłał mu całusa i zostawił go wściekłego, ale dziwnie spełnionego. Dobrze było sobie przypomnieć, że tak naprawdę się nie lubili.
Chłopak wyjął kolejne piwo z lodówki i usiadł na sofie, aby poczekać, aż skończy się pranie. Było późno i czuł się wyczerpany, ale nie chciał spać tutaj. Naprawdę powinien porozmawiać z agentem nieruchomości o sprzedaży budynku.
Pozbyłby się mieszkań. A podczas meczów w Bostonie pozostawałby w swoim przeklętym pokoju hotelowym, zamiast wymykać się nocą do penthouse’a Rozanova. Zakończyłby ich relację i żył dalej.
Kiedy tak snuł plany, uświadomił sobie, że pociera wargi opuszkami palców. Wciąż go mrowiły na wspomnienie ust innego mężczyzny przyciśniętych do jego własnych.
Wiedział, że planowanie zakończenia tej relacji jest bezcelowe. Dopóki pozostawała dostępna, Shane nigdy nie zdołałby sobie odmówić kontynuowania jej.
Grudzień 2008 – Regina
Ilya Rozanov brnął w przenikliwym chłodzie przez parking hotelowy w stronę autobusu drużyny. Podobnie jak dla większości kolegów był to jego pierwszy pobyt w Ameryce Północnej. Spodziewał się, że poczuje się bardziej przytłoczony tym krajem, ale Saskatchewan to przecież nie Nowy Jork. Nie zastał tutaj niczego, na czym mógłby się skupić, a jedynie zimno i hokej, a z tymi dwiema rzeczami Rosjanie pozostawali doskonale zaznajomieni.
Pozostały dwa dni do świąt, ale dla najlepszych na świecie nastoletnich hokeistów Boże Narodzenie oznaczało Mistrzostwa Świata Juniorów w hokeju na lodzie. Nadarzyła się okazja, aby Rosjanin w końcu mógł przyjrzeć się z bliska Shane’owi Hollanderowi.
Wokół fenomenalnego siedemnastoletniego Kanadyjczyka robiono dużo szumu. Ilya miał dosyć jego nazwiska. Wywoływało takie zamieszanie w świecie hokeja, że nawet Moskwa nie znajdowała się wystarczająco daleko, aby od tego uciec. Zarówno on, jak i Hollander kwalifikowali się do draftu NHL w czerwcu i spodziewano się, że zostaną wybrani jako pierwszy i drugi. Kto miał okazać się pierwszym wyborem zależało od tego, kogo się pytało.
Ilya znał odpowiedź.
Nigdy nie spotkał Shane’a Hollandera. Nigdy nie grał przeciwko niemu. Lecz już ogarnęła go determinacja, aby go zniszczyć.
Chciał rozpocząć od poprowadzenia Rosji do zdobycia złotego medalu tutaj, w ojczyźnie rywala. Potem zamierzał zaprowadzić drużynę do zwycięstwa w Moskwie. A wtedy z pewnością zostałby wybrany jako pierwszy w drafcie. To był rok Ilyi Rozanova. Odkąd skończył dwanaście lat, rok dwa tysiące dziewiąty zawsze miał być tym, w którym wkroczy na światową scenę. Żaden kanadyjski kandydat nie mógł tego zmienić.
Rosyjska drużyna zjawiła się na lodowisku na zaplanowany trening pod koniec sesji Kanadyjczyków. Ilya przystanął z kilkoma kolegami z drużyny, aby poobserwować wykonujących ćwiczenia zawodników. Na bluzach nie mieli nazwisk, więc nie mógł wyłowić spośród nich tego, kogo szukał. Wkrótce asystent trenera upomniał go, aby udał się do szatni. Grafik treningów na lodowisku pozostawał bardzo napięty.
Wyszli na taflę, kiedy tylko rolby je opuściły. Hala była mała i dość obskurna. Właściwe mecze miały odbywać się w ogromnym obiekcie w centrum miasta. Kilka osób na trybunach obserwowało trening rosyjskiej drużyny, bez wątpienia jacyś łowcy talentów i nieliczni członkowie rodziny, którym udało się przybyć z Rosji, a także kilku miejscowych zagorzałych kibiców.
W połowie treningu Ilya zauważył kilka rzędów powyżej ławki kar siedzącego młodego mężczyznę, ubranego w czapkę z daszkiem oraz kurtkę reprezentacji Kanady. Towarzyszący mu mężczyzna i kobieta zapewne byli jego rodzicami. Z poziomu tafli trudno to stwierdzić, ale pomyślał, że to może być Hollander. Jego matka była Japonką albo podobnej narodowości, prawda? Chyba gdzieś to wyczytał…
– Dołączysz do nas, Rozanov? – ryknął po rosyjsku trener.
Chłopak odwrócił się zawstydzony, widząc, że reszta kolegów z drużyny skupia się już wokół trenera.
Nie podobało mu się, że Hollander – o ile to on – ich obserwował. A może mu się podobało? Może Kanadyjczyk denerwował się tym, że później musiał stawić mu czoła w turnieju? Może czuł zagrożenie?
Powinien.
Po treningu Ilya wziął prysznic i pospiesznie się ubrał. Wrócił na lodowisko, stanął za szybą i spojrzał na trybuny. Mężczyzna i jego rodzice zniknęli. Reprezentacja Słowacji właśnie wyjechała na lód, by rozpocząć trening.
Wzruszył ramionami i skierował się w stronę automatu z przekąskami. Kupił sobie butelkę Coca-Coli i zastanawiał się, czy zdoła się wymknąć na zewnątrz na szybkiego dymka, zanim przyjdzie czas, by udać się do autobusu.
Zapiął parkę z logo drużyny i wyśliznął się bocznym wejściem. Na dworze panował cholerny ziąb. Przycisnął się do ściany ceglanego budynku, wepchnął napój do kieszeni kurtki i wyciągnął papierosa oraz zapalniczkę.
– Tu nie wolno palić – odezwał się ktoś.
Chwilę zajęło Ilyi przetłumaczenie wszystkich słów.
Odwrócił się do obcego i od razu rozpoznał w nim Shane’a Hollandera. Miał bardzo charakterystyczną twarz. Ewidentnie po matce odziedziczył kruczoczarne włosy i bardzo ciemne oczy, natomiast jego ojciec posiadał nijakie anglo-europejskie korzenie. Shane cieszył się nieskazitelną cerą. Gładką i opaloną z ciemnymi piegami – jego najbardziej uderzającą cechą – rozsianymi na nosie i kościach policzkowych.
– Co? – zapytał Ilya. Nawet pojedyncze słowo brzmiało głupio z jego akcentem.
– Strefa dla palących jest tam. – Chłopak wskazał na odległy kąt parkingu obok wielkiej zaspy.
Na pewno nieźle tam wiało.
Rozanov ponownie przytulił się do ściany i zapalił papierosa. Co za pieprzony kraj. Wystarczająco irytował go zakaz palenia w budynkach, a teraz miał jeszcze siedzieć w pieprzonym śniegu, aby spokojnie sobie zakurzyć?
– Dziwi mnie, że palisz – oznajmił Hollander.
– Okej – odparł Ilya i wypuścił duży obłok dymu spomiędzy warg.
Zapadła krępująca cisza, a potem Kanadyjczyk podjął kolejną próbę nawiązania rozmowy.
– Chciałem cię poznać – powiedział, wyciągając rękę. – Shane Hollander.
Ilya wpatrywał się w niego, aż w końcu poczuł, że lekko drgają mu usta.
– Tak – odparł. Wsunął papierosa do ust i uścisnął dłoń chłopaka.
– Niesamowicie grasz – oświadczył tamten.
– Wiem. – Jeśli się spodziewał, że Ilya zrewanżuje się komplementem, to będzie musiał poczekać naprawdę cholernie długo.
– Są tu z tobą rodzice? – Hollander zmienił temat, kiedy Rosjanin nie odezwał się słowem.
– Nie.
– Och. Musi ci być trudno. No wiesz, Boże Narodzenie i to wszystko.
Ilya z trudem tłumaczył sobie w myślach tak wiele słów.
– Jest w porządku – rzucił.
– Zimno, co? – Hollander wepchnął dłonie do kieszeni kurtki.
– Tak.
Stanęli obok siebie i oparli się o ścianę. Ilya przechylił głowę, aby spojrzeć na Hollandera, który był dobre cztery cale niższy od niego. Stanowił interesujący widok. Miał zaróżowione od zimna policzki, a spomiędzy jego różowych warg wydobywały się białe obłoczki pary.
– Za rok zawody odbędą się w Ottawie. Moim mieście rodzinnym – oznajmił Kanadyjczyk.
Rozanov skończył palić i cisnął niedopałek na ziemię. Postanowił się wysilić, skoro koleś wydawał się taki zdeterminowany, aby z nim pogadać.
– Ottawa jest bardziej ekscytująca?
Hollander się roześmiał.
– Od tego miejsca? Nie wiem. Trochę. Tak samo tam zimno.
– Twoi rodzice są tu z tobą.
– Tak. Zawsze starają się oglądać moje mecze, gdziekolwiek gram.
– To miłe.
– Tak. Wiem. Są świetni.
Ilya nie miał nic do dodania, więc zamilkł.
– Powinienem już iść. Czekają na mnie – oznajmił Hollander.
Odsunął się od ściany i odwrócił w stronę rozmówcy, a ten skupił wzrok dokładnie na cholernych piegach chłopaka, kiedy ponownie wyciągnął dłoń.
– Powodzenia w turnieju – oznajmił.
– Przestaniesz być taki miły, kiedy was pokonamy. – Ilya uścisnął mu dłoń i wyszczerzył się w uśmiechu.
– Nie dojdzie do tego.
Rozanov wiedział, że Hollander naprawdę wierzy, iż zdobędzie złoty medal i zostanie pierwszym wyborem w drafcie NHL, ponieważ uważał się za pieprzonego księcia hokeja.
Może Kanadyjczyk oczekiwał, że Ilya również życzy mu powodzenia, ale ten puścił jego dłoń i odwrócił się, aby wejść do budynku.
W samochodzie Shane wyznał rodzicom, że poznał Ilyę Rozanova.
– Jaki jest? – zapytała matka.
– Typowy palant – odparł.
Kiedy ostatni mecz turnieju dobiegł końca, kanadyjska drużyna musiała znieść jeszcze jedną upokarzającą sytuację. Rosjanie przerwali świętowanie i ustawili się w szeregu, aby zawodnicy mogli uścisnąć sobie dłonie w geście sportowej rywalizacji, której w tej chwili Shane kompletnie nie czuł.
Po pierwsze, przeciwna drużyna grała nieczysto. Nienawidził stawać przeciwko nim.
Po drugie, Ilya Rozanov naprawdę był cholernie dobry. Irytująco dobry. W trakcie turnieju media włożyły wiele wysiłku w podsycanie rywalizacji między nimi. Shane próbował to lekceważyć, ale możliwe, że podsycało to płomień jego nienawiści.
Kiedy dotarł do Rozanova podczas ściskania dłoni, oślepił go blask fleszy.
– Gratulacje – oznajmił lakonicznym tonem, upewniając się, że patrzy mu prosto w oczy.
– Do zobaczenia podczas draftu – odparł tamten z pełnym zadowolenia uśmieszkiem.
Na szyi Hollandera zawisł srebrny medal, ale nie robiłoby mu różnicy, gdyby to był martwy szczur. Z szacunkiem wysłuchał rosyjskiego hymnu narodowego, powstrzymując łzy frustracji, po czym w końcu mógł opuścić lodowisko.
Miało to wyglądać zupełnie inaczej. Miał poprowadzić swój kraj do zwycięstwa na własnej ziemi. Naród oczekiwał od niego złotego medalu. Nadzieje Kanady spoczęły na jego siedemnastoletnich barkach, a on zawiódł wszystkich.
Przy każdym wznowieniu stawiał czoła Rozanovowi, który patrzył mu prosto w oczy, szyderczo unosząc kąciki ust. Shane nie dawał się łatwo wytrącić z równowagi, ale ten cholerny kpiący uśmieszek działał na niego jak płachta na byka.
Może po prostu chodziło o to, że po całym życiu grania na poziomie przewyższającym wszystkich w końcu trafił na godnego siebie przeciwnika.
Nabrał pewności, że właśnie o to chodziło.
Czerwiec 2009 – Los Angeles
Czy mógłbyś przysunąć się nieco bliżej Ilyi, Shane?
Hollander poczuł ocierające się o niego ramię chłopaka, gdy ten spełnił prośbę fotografa.
– Idealnie. Dobrze, a teraz uśmiechnijcie się, chłopcy.
Shane’a oślepiły flesze aparatów. Stał przyciśnięty do Rozanova, który zdawał się o kilka cali wyższy niż w styczniu. Po prawej stronie Rosjanina do zdjęcia pozował potężny amerykański obrońca Sullivan, jako trzeci wybrany w drafcie, przez drużynę z Phoenix.
Rozanov został wybrany jako pierwszy.
Przez pół roku po Mistrzostwach Świata Juniorów Shane’em owładnęła lekka… obsesja na punkcie Ilyi Rozanova. Mieli ze sobą nieco wspólnego, w kontekście zawodowym. Obaj pełnili funkcję kapitana i poprowadzili swoje drużyny do mistrzostw w tym sezonie. Obaj zdobyli tytuł najbardziej wartościowego zawodnika ligi i play-offów, a także prowadzili w punktacji. Jedyną różnicą między nimi pozostawało to, że Shane miał w domu srebrny medal, natomiast Rozanov złoty.
A teraz Shane po raz kolejny został zepchnięty na drugą pozycję. Do tej pory przez całe życie był pierwszy w hokeju.
To przez tego pieprzonego kolesia.
Nie wszystko poszło jednak tak źle. W drafcie wybrali go Montreal Voyageurs, najbardziej legendarna drużyna w lidze, a ich siedziba znajdowała się dwie godziny jazdy od jego rodzinnego miasta, Ottawy. To idealnie mu odpowiadało, ponieważ płynnie posługiwał się językiem francuskim oraz angielskim i zawsze miał wiele szacunku dla Voyageursów, pomimo że dorastał jako kibic Ottawy. Mimo to ubodło go, że wybrali go jako drugiego.
Dramatyzmu temu dniu dodał fakt, że Rozanov został wybrany w drafcie przez największych rywali Montrealu, Boston Bears. Shane wiedział, że teraz jego kariera nieodłącznie zwiąże się z karierą Rosjanina. Gdyby jeden z nich trafił do jakiejś drużyny Zachodniej Konferencji, być może ta rywalizacja nigdy by się nie rozwinęła. Zapowiadało się jednak intensywnie.
Co nie oznaczało, że nie mógł się zachować uprzejmie wobec Rozanova.
– Gratulacje – powiedział, odwracając się, aby uścisnąć mu dłoń, kiedy fotografowie skończyli sesję zdjęciową.
– Dziękuję – odpowiedział Rosjanin, uśmiechając się z jawną arogancją.
Chłopak nie pogratulował Shane’owi. Zamiast tego poklepał go po pieprzonym ramieniu, jakby pocieszał dziecko po nieudanym uderzeniu w amatorskiej lidze baseballowej. Hollander wzdrygnął się na jego dotyk i już miał na końcu języka coś stanowczo mniej uprzejmego niż gratulacje, ale w tym momencie obaj zostali odciągnięci w przeciwnych kierunkach przez dziennikarzy.
Shane spotkał Rozanova dopiero po powrocie do hotelu. Rosjanin wyróżniał się nawet wśród stłoczonych w lobby młodych sportowców w garniturach. Był jednym z wyższych mężczyzn, a ubrany w opinający ciało ciemnogranatowy garnitur wyglądał jak model z magazynu „GQ”.
Hollander poczuł się niski. W ubiegłym miesiącu skończył osiemnaście lat, ale czuł się jak dzieciak.
Jego rywal również osiągnął pełnoletność. Zaledwie w zeszłym tygodniu. Shane wiedział o tym, ponieważ miał na punkcie tego gościa obsesję.
Tej nocy w swoim prywatnym pokoju hotelowym (jego dumni rodzice zajmowali ten naprzeciwko) Shane nie mógł zasnąć.
Miał za sobą wyczerpujący dzień. Został wybrany w drafcie do NHL. Osiągnął to, na co pracował całe życie. A bycie drugim wyborem nie stanowiło powodu do narzekań.
Nie dąsał się. Niekoniecznie. Po prostu… coś nie dawało mu spokoju. Coś.
Westchnął i zwlókł się z łóżka. Narzucił na siebie dresy, włożył sportowe buty i ruszył do siłowni hotelowej. Może ćwiczenia pomogą mu się wyciszyć.
Na szczęście pomieszczenie świeciło pustkami. Shane zajął jedną z dwóch bieżni i zaczął biec spokojnym tempem. Nie zabrał ze sobą słuchawek i zatracił się w hałasie maszyny.
Nie zauważył, kiedy ktoś wszedł do pomieszczenia. Zorientował się, że nie jest sam, dopiero kiedy ktoś włączył bieżnię obok niego.
Ilya Rozanov przywitał się szybkim skinieniem głowy, a potem odwrócił się w stronę białej ściany i ruszył.
Shane starał się lekceważyć obecność Rosjanina. Nie widział w tym niczego dziwnego; on pewnie też miał kłopoty ze snem. A może zawsze korzystał z siłowni po północy. A może dokuczała mu zmiana strefy czasowej. A może…
Rozanov zwiększył prędkość, wcale nie patrząc na rywala. A skoro Hollander pozostawał małostkowy i ambitny, również zwiększył tempo… nieco bardziej niż przeciwnik.
W ciągu minuty Rosjanin poszedł w jego ślady, podniósł poprzeczkę i w milczeniu czekał, aż przyjmie wyzwanie. Hollander dostrzegł delikatny kpiący uśmieszek na jego ustach. Pokręcił głową i powstrzymał się od uśmiechu. Zwiększył prędkość.
Biegali, w milczeniu ze sobą rywalizując, aż obaj dotarli do najwyższych obrotów bieżni. Znacznie dłużej, niż organizm zdołałby wytrzymać, biegli sprintem, a Shane poczuł, że jego ciało protestuje. Nie chciał się jednak zatrzymać ani nawet zwolnić, dopóki nie zrobi tego przeciwnik. Na litość boską, on palił, więc był w stanie go pokonać.
Lecz Rosjanin nie wykazywał chęci poddania się.
Przez kolejną minutę czy dwie utrzymywali tempo, aż Hollander w końcu uderzył dłonią w przycisk awaryjnego zatrzymania i chwiejnym krokiem zszedł z bieżni. Oparł się o ścianę, ciężko dysząc, po czym zsunął się po niej na podłogę. Rozanov zatrzymał swoją maszynę i przytrzymał się konsoli dla utrzymania równowagi.
– Kurwa – wydyszał Kanadyjczyk, na co chłopak się zaśmiał i osunął się obok niego na podłogę.
Wcisnął się w kąt i usiadł bokiem do niego. Jego szary podkoszulek bez rękawków przesiąkł potem. Siedzieli z wyciągniętymi przed siebie nogami, a buty Rosjanina niemal ocierały się o kostkę Shane’a.
Przeczesał palcami wilgotne włosy. Gest wydał się Shane’owi bardziej interesujący, niż powinien. Ten gość prezentował się tak… męsko. Hollander miał twarz dzieciaka, był niski i nie potrafił zapuścić prawdziwego zarostu, a na klatce piersiowej prawie nie miał owłosienia. Rozanov to niemal jego rówieśnik, ale wyglądał, jakby przekroczył magiczną granicę dorosłości.
Shane natychmiast wbił wzrok w podłogę. Miał nadzieję, że rumieńce po ćwiczeniach ukryją te wywołane zakłopotaniem.
– Co za cholerny dzień, prawda? – zapytał Rosjanin.
– Tak. Jasne.
– To wszystko, o czym marzyłeś?
– Prawie. – Spojrzał mu prosto w oczy.
– Przykro mi, że zrujnowałem ci wielki dzień. – Rozanov wyszczerzył się w uśmiechu.
– Odpierdol się.
– Montreal jest ładny, tak?
– Tak.
– A Boston?
– Jasne. Tak. Byłem tam jedynie kilka razy, ale to niezłe miasto.
Rozanov kiwnął głową.
Przez chwilę milczeli, następnie Rosjanin dotknął kostki Shane’a podeszwą buta sportowego.
– Hej. Będziemy się często widywać.
Dopiero po chwili do Shane’a dotarło, o czym mówił tamten.
– O! No tak. Montreal i Boston często grają przeciwko sobie.
– Zapowiada się ciekawie.
Rozanov pociągnął spory łyk z butelki. Shane przyglądał się z tęsknotą jego poruszającemu się gardłu, udając przed samym sobą, że to tylko dlatego, iż zapomniał własnej wody. Zorientował się, że się gapi, dopiero kiedy grdyka Rosjanina przestała się poruszać, a wargi zalśniły mu ciemną czerwienią. Mężczyzna uniósł kąciki ust w lekkim uśmiechu, wyciągnął rękę i zaproponował Hollanderowi butelkę.
– Och. Dobra. Dzięki.
Rozanov potrząsnął przed nim napojem, a Shane go wziął. Potrzebował wody. Głupio byłoby odmówić.
Opuszki ich palców zetknęły się przelotnie. Kanadyjczyk przytrzymał butelkę nad ustami i prysnął do nich wodą, podczas gdy Rozanov go obserwował.
Po raz pierwszy to poczuł. Wrażenie, jakby powietrze w pomieszczeniu zgęstniało. Wszystko w nim pulsowało i spiął się, jakby miał wyskoczyć z samolotu.
Nie wiedział, czy jego rywal cokolwiek poczuł. Ale w tamtej chwili zapragnął… czegoś. Nawet nie potrafił tego nazwać.
Oddał butelkę i tym razem mógłby przysiąc, że Rozanov celowo otarł palcami o jego nadgarstek. Ta chwila zdawała się trwać wiecznie, jednak prawdopodobnie minęła niespełna sekunda.
Shane zapragnął, aby Rosjanin ponownie go dotknął.
Sam również pragnął go dotknąć.
Może pragnął go pocałować.
– Idę spać. Ja chyba… Do zobaczenia, tak? – Poderwał się z miejsca.
– Jeszcze nie raz się spotkamy. – Rozanov spojrzał na niego.
Chłopak pokiwał głową i opuścił siłownię tak szybko, jak tylko mógł. Dopiero po powrocie do pokoju pozwolił sobie na panikę.
Co to, do licha, było?
On nigdy… Jezu Chryste, miał dziewczynę. On nie był…
Dziewczynę, która, jak masz nadzieję, w końcu z tobą zerwie. Nawet nie przyjechała, aby zobaczyć, jak wybierają cię w drafcie.
Cóż, to prawda. Lecz dopiero co rozpoczęła nową letnią pracę…
I przez cały dzień nie poświęciłeś jej choćby jednej myśli. Aż do teraz. Nawet jeszcze do niej nie zadzwoniłeś.
Tak, zgadza się. Może i nam się nie układało, ale przecież nie z nią jedyną kiedykolwiek… to robił.
W tej chwili na wpół stwardniałeś. Wystarczyło ci siedzenie na podłodze siłowni przy innym mężczyźnie.
Tego nie potrafił wyjaśnić.
Mógł jednak udać się pod prysznic i się zaspokoić, próbując myśleć o swojej, albo jakiejkolwiek innej, dziewczynie. Skupić się na czymś innym niż te czerwone, wilgotne wargi, ciemny zarost i piwne oczy…
Przez resztę życia Shane Hollander musiał zmagać się ze świadomością, że zakończył dzień draftu NHL doprowadzaniem się do rozkoszy podczas fantazjowania o Ilyi Rozanovie.
