Pani Doktor - Monika Czugała - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Pani Doktor ebook i audiobook

Monika Czugała

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

38 osób interesuje się tą książką

Opis

Na prośbę przyjaciółki Amanda Pierce porzuca swoje dotychczasowe życie na wsi i przenosi się do Toronto. Tam będzie zarządzać prywatną kliniką ramię w ramię z aroganckim Mattem Archerem. Ukrywa przed wszystkimi fakt, że jest lekarzem. Trudno jest jej zdobyć sympatię zespołu, a nieprzyzwoicie przystojny chirurg zrobi wszystko, żeby utrudnić jej życie.

Od samego początku nic nie idzie zgodnie z planem. A co gorsze, sekret, który przez długie lata skrywała przed wszystkimi, może zostać wyciągnięty na światło dzienne. Amanda próbuje ze wszystkich sił dotrzymać słowa danego przyjaciółce. Zaczyna jednak gubić się w swoich uczuciach i pozwala wciągnąć w nieplanowaną rywalizację. Tak bardzo, jak Matt stara się ją zniechęcić, ona nie zamierza zrezygnować. Napięcie rośnie… Szczególnie, że w tej relacji jest jeszcze ten trzeci – Stephen.

Widmo seksownego lekarza prześladuje Amandę nawet po pracy. Sprawy komplikują się bardziej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Zaryzykujesz, by poznać ich historię?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 258

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 19 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Kim Sayar

Oceny
4,4 (440 ocen)
262
108
44
23
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Lido2022

Całkiem niezła

ksiazka OK, ale koncowka ? totalnie do bani. za szybkie zakonczenie, takie hmm no brakowalo rozwiniecia
70
nati551
(edytowany)

Całkiem niezła

Pomysł na książkę niezły i była całkiem przyzwoita, ale końcowa akcja z byłym, przesadzona plus mam wrażenie, że ucięta końcówka. Zabrakło jakiegoś epilogu.
40
gretia

Dobrze spędzony czas

Cudowna historia… zaś zakończenie totalnie na nie.
20
DU7529

Dobrze spędzony czas

ktos chyba zapomniał dodać jakiś osatnie rozdziały na zakończenie ;) akcja kończy się tak nagle że szok.
20
Agibooks

Dobrze spędzony czas

Dziwny koniec, czy będzie kolejny tom?. Brakuje mi epilogu.
20

Popularność




Spis Treści

Roz­dział 1Roz­dział 2Roz­dział 3Co­py­ri­ght

Rozdział 1

Od­chy­li­łamsięnafo­te­lu i usły­sza­łam, jak moje ko­ści wy­da­ją przy tym dziw­ny dźwi­ęk. Skrzy­wi­łam się na myśl, że od dłu­gie­go sie­dze­nia po­wo­li za­czy­nam przy­po­mi­nać osiem­dzie­si­ęcio­lat­kę. Po­win­nam roz­pro­sto­wać nogi i za­czerp­nąć świe­że­go po­wie­trza. Pierw­szy raz od wie­lu go­dzin pra­cy wsta­łam z fo­te­la i się prze­ci­ągnęłam. Po­tem zer­k­nęłam na ze­gar wi­szący na sąsied­niej ścia­nie. Na­de­szła pora ko­la­cji. Zdu­mio­na po­kręci­łam gło­wą, bo na­wet nie za­uwa­ży­łam, kie­dy mi­nął cały dzień.

W drzwiach ga­bi­ne­tu zja­wi­ła się Su­san, któ­ra była moją pra­wą ręką, od­kąd prze­nio­słam całe swo­je ży­cie na wieś. Ele­ganc­ka, szczu­pła czter­dzie­sto­lat­ka za­trzy­ma­ła się w pro­gu. Ski­nęłam na nią za­chęca­jąco gło­wą. Na mój znak po­de­szła do biur­ka.

‒ Nie by­łam pew­na, czy już sko­ńczy­łaś.

Po­ło­ży­ła przede mną tecz­kę z do­ku­men­ta­mi, a ja zer­k­nęłam na pa­pie­ry.

‒ Nie­wie­le mi zo­sta­ło ‒ od­pa­rłam. ‒ Co to?

‒ Li­sta pro­duk­tów, któ­re wy­czer­pa­ły się w tym ty­go­dniu.

‒ Dzi­ęku­ję.

‒ Je­śli to wszyst­ko na dziś… ‒ urwa­ła.

‒ Ja­sne, mo­żesz iść. Do ju­tra. ‒ Uśmiech­nęłam się lek­ko i ski­nęłam gło­wą.

Po­dzi­ęko­wa­ła mi, po czym opu­ści­ła ga­bi­net. Przez chwi­lę pa­trzy­łam za nią, po czym wes­tchnęłam ci­ężko. By­łam pe­łna po­dzi­wu dla jej pro­fe­sjo­na­li­zmu. Su­san była za­wsze ele­ganc­ka, no­si­ła szpil­ki i ide­al­nie uło­żo­ne wło­sy. Po­zwa­la­ła so­bie na lek­ki ma­ki­jaż, choć by­łam pew­na, że nie­raz już wstrzyk­nęła so­bie bo­toks. Pra­co­wa­ła dla mnie już rok, czy­li od sa­me­go po­cząt­ku, jak tyl­ko otwo­rzy­łam ap­te­kę. Ani razu nie usły­sza­łam z jej ust sło­wa skar­gi. Nie­na­gan­nie wy­ko­ny­wa­ła swo­je obo­wi­ąz­ki, je­ździ­ła za mnie raz w ty­go­dniu do mia­sta, by skon­tro­lo­wać do­sta­wy. Sama nie lu­bi­łam zgie­łku i ogra­ni­czy­łam swo­je wi­zy­ty w To­ron­to do mi­ni­mum. Jed­nym sło­wem – bez niej na pew­no bym zgi­nęła.

Po­pra­wi­łam za dużą fla­ne­lo­wą ko­szu­lę, któ­rą ku­pi­łam w męskim dzia­le, i wy­szłam na ze­wnątrz. Za­czerp­nęłam do płuc świe­że wiej­skie po­wie­trze i po­czu­łam, jak na mo­ich ustach po­ja­wia się de­li­kat­ny uśmiech. By­łam bar­dzo za­do­wo­lo­na ze swo­je­go ży­cia. Dłu­go na nie pra­co­wa­łam. Ci­che, spo­koj­ne i bez wy­ści­gu szczu­rów. Zo­sta­łam swo­im wła­snym sze­fem i mo­głam ro­bić to, na co mia­łam ocho­tę. Oczy­wi­ście w gra­ni­cach roz­sąd­ku, ina­czej nie osi­ągnęła­bym zbyt wie­le.

Wszy­scy moi zna­jo­mi zo­sta­li w To­ron­to, tyl­ko ja po­sta­wi­łam na wiej­skie ży­cie. Ze względu na swo­ją dzia­łal­no­ść prze­nio­słam się mo­żli­wie naj­bli­żej mia­sta, ale i tak ni­g­dy nie za­mie­ni­ła­bym domu z dzia­łką na luk­su­so­wy pen­tho­use.

Wspa­rłam się ra­mie­niem o drew­nia­ny fi­lar na we­ran­dzie i wsu­nęłam dło­nie w kie­sze­nie je­an­sów. Swo­je dłu­gie kręco­ne wło­sy mia­łam zwi­ąza­ne na kar­ku od sa­me­go rana, aby nie prze­szka­dza­ły mi pod­czas pra­cy.

Na dźwi­ęk dzwo­ni­ące­go te­le­fo­nu zmarsz­czy­łam brwi. Wy­ci­ągnęłam ko­mór­kę z kie­sze­ni i wi­dząc na ekra­nie imię naj­lep­szej przy­ja­ció­łki, uśmiech­nęłam się sze­ro­ko.

‒ Emma, skar­bie, co sły­chać? ‒ rzu­ci­łam, przy­ty­ka­jąc apa­rat do ucha.

‒ Aman­do, ko­cha­nie, wiesz, że je­steś dla mnie jak sio­stra, praw­da? ‒ za­częła szyb­ko.

Wy­wró­ci­łam ocza­mi.

‒ Oczy­wi­ście, że tak ‒ po­twier­dzi­łam. ‒ O co cho­dzi?

‒ Czy mogę do cie­bie wpa­ść jesz­cze dzi­siaj? ‒ za­py­ta­ła słod­kim gło­sem.

Za­sko­czy­ła mnie tym py­ta­niem na tyle, że po­trze­bo­wa­łam kil­ku se­kund, aby od­po­wie­dzieć. Wy­pro­sto­wa­łam się, na­bie­ra­jąc czuj­no­ści.

‒ Ja­sne! ‒ za­pew­ni­łam, zda­jąc so­bie spra­wę, że ci­sza z mo­jej stro­ny mo­gła­by dziw­nie za­brzmieć. ‒ Jest po­nie­dzia­łek, nie je­steś cza­sem za­jęta?

‒ Wiem, nor­mal­nie nie zo­sta­wi­ła­bym kli­ni­ki w ty­go­dniu, ale mu­szę się z tobą spo­tkać.

Coś w jej gło­sie spra­wi­ło, że za­częłam się mar­twić.

‒ Emmo, wszyst­ko w po­rząd­ku?

Za­śmia­ła się krót­ko, ner­wo­wo, co tyl­ko wzmo­gło moje po­dej­rze­nia.

‒ Oczy­wi­ście ‒ prych­nęła. ‒ To mogę wpa­ść?

‒ Mó­wi­łam już, że tak. Nie mu­sisz py­tać. Tyl­ko jest już pó­źno, a to dwie go­dzi­ny dro­gi. Nie je­steś zmęczo­na?

‒ Nic mi nie jest, nie mu­sisz się mar­twić ‒ zby­ła mnie. ‒ Przy­go­tuj coś na ko­la­cję. Będę głod­na.

Nie zdąży­łam od­po­wie­dzieć, bo roz­łączy­ła się, za­nim otwo­rzy­łam usta. Od­su­nęłam te­le­fon od ucha i spod zmarsz­czo­nych brwi rzu­ci­łam na nie­go po­wąt­pie­wa­jące spoj­rze­nie. Emma była ja­kaś dziw­na, na­praw­dę za­czy­na­łam się mar­twić. Co ta­kie­go mu­sia­ło się stać, że zde­cy­do­wa­ła się wy­ru­szyć z To­ron­to w ci­ągu ty­go­dnia? Była pra­co­ho­licz­ką, pro­wa­dzi­ła naj­lep­szą kli­ni­kę w mie­ście. Dla niej pra­ca była wszyst­kim.

Nie mia­łam in­ne­go wy­jścia, jak tyl­ko za­cze­kać, aż przy­je­dzie i sama mi po­wie, o co cho­dzi. Za­mknęłam ap­te­kę, wsia­dłam w swo­je­go Mer­ce­de­sa i wy­je­cha­łam na dro­gę. Mu­sia­łam jesz­cze tyl­ko wstąpić do skle­pu, bo oba­wia­łam się, że moja lo­dów­ka świe­ci­ła pust­ka­mi.

Zro­bi­łam za­ku­py, po czym do­ta­rłam do domu. Za­par­ko­wa­łam za bra­mą, wy­sia­dłam i we­szłam do środ­ka. Skie­ro­wa­łam się do kuch­ni, gdzie zo­sta­wi­łam za­ku­py na bla­cie. Po­sta­no­wi­łam, że zaj­mę się nimi pó­źniej, a w mi­ędzy­cza­sie we­zmę prysz­nic.

W ła­zien­ce na pi­ętrze zrzu­ci­łam z sie­bie ubra­nie i we­szłam do ka­bi­ny, pro­sto pod stru­mień go­rącej wody. Sto­jąc w bez­ru­chu, czu­łam, jak moje mi­ęśnie po­wo­li za­czy­na­ją się roz­lu­źniać. Po kil­ku mi­nu­tach na­my­dli­łam całe cia­ło, spłu­ka­łam i za­kręci­łam ku­rek z wodą. Owi­nęłam się gru­bym ręcz­ni­kiem, po czym opu­ści­łam ka­bi­nę. Prze­ta­rłam dło­nią za­pa­ro­wa­ne lu­stro i spoj­rza­łam w swo­je od­bi­cie.

Zdjęłam gum­kę i po­zwo­li­łam wło­som opa­ść aż poza po­ło­wę ple­ców. Wil­got­ne po­wie­trze od uno­szącej się wci­ąż pary spra­wi­ło, że po­fa­lo­wa­ły się jesz­cze bar­dziej. Duże, ciem­ne oczy pa­trzy­ły na mnie spod gęstych rzęs. Zer­k­nęłam na ze­ga­rek le­żący obok umy­wal­ki i uzna­łam, że za­pas cza­su nie­wia­ry­god­nie się skur­czył.

Wło­ży­łam ja­sny dres i wró­ci­łam do kuch­ni.

Za­bra­łam się za pod­grze­wa­nie go­to­we­go je­dze­nia. Nie­na­wi­dzi­łam go­to­wać, co wi­ęcej, moja obec­no­ść w kuch­ni spra­wia­ła praw­dzi­we za­gro­że­nie. Dla­te­go też ku­pi­łam dwie piz­ze oraz bu­tel­kę wina. W chwi­li, w któ­rej wsa­dza­łam bla­chy do pie­kar­ni­ka, na pod­jazd wje­chał czar­ny Ran­ge Ro­ver. Pod­bie­głam do drzwi i otwo­rzy­łam je w mo­men­cie, gdy Emma wy­sia­da­ła.

Sta­nęłam w pro­gu i po­ma­cha­łam jej ra­do­śnie. Od­ma­cha­ła mi, za­mknęła auto, po czym ru­szy­ła w moją stro­nę. Pi­snęłam, gdy zna­la­zła się na we­ran­dzie.

‒ Tak się cie­szę, że cię wi­dzę! ‒ za­wo­ła­łam, nie mo­gąc po­wstrzy­mać ra­do­ści.

‒ Ja też, ko­cha­nie!

Roz­ło­ży­łam ra­mio­na, na co przy­ja­ció­łka wpa­dła w moje ob­jęcia. Uści­ska­łam ją moc­no.

‒ Na pew­no je­steś głod­na, cho­dź.

‒ Jak dia­bli! ‒ od­pa­rła, po­ci­ąga­jąc no­sem.

Ob­jęte we­szły­śmy do środ­ka. Emma prze­szła przez ko­ry­tarz, kie­ru­jąc się pro­sto do prze­stron­ne­go sa­lo­nu. Ja w tym cza­sie za­nio­słam i usta­wi­łam je­dze­nie oraz kie­lisz­ki na ła­wie, po czym sama za­jęłam miej­sce na spo­rych roz­mia­rów kre­mo­wej so­fie.

‒ A więc… ‒ za­częłam, roz­le­wa­jąc czer­wo­ne wino. ‒ Co spro­wa­dza cię do mnie o tak pó­źnej po­rze? Sam ar­gu­ment, że się za mną stęsk­ni­łaś, nie wy­star­czy.

Emma przy­jęła kie­li­szek i od­rzu­ci­ła na ple­cy swo­je blond wło­sy. Uśmiech­nęła się ner­wo­wo, na­stęp­nie upi­ła łyk. Przy­gląda­łam się jej uwa­żnie w ocze­ki­wa­niu na od­po­wie­dź – bo wie­dzia­łam, że jej przy­jazd ma dru­gie dno.

‒ Aman­do, je­steś taka ko­cha­na ‒ za­częła.

Po­pra­wi­łam się na so­fie, w głębi du­cha przy­go­to­wu­jąc na to, co mia­ła mi do po­wie­dze­nia. Mia­łam złe prze­czu­cia.

‒ Co się dzie­je, skar­bie? ‒ na­chy­li­łam się i do­tknęłam jej dło­ni. Wi­dzia­łam, że twarz przy­ja­ció­łki była za­tro­ska­na i aż ści­snęło mnie w żo­łąd­ku.

‒ Do­sta­łam pro­po­zy­cję ze Sta­nów ‒ po­wie­dzia­ła po­wo­li.

Pi­snęłam ni­czym mała dziew­czyn­ka, pod­ska­ku­jąc przy tym ra­do­śnie i klasz­cząc w dło­nie. Po kil­ku se­kun­dach jed­nak zda­łam so­bie spra­wę, że przy­ja­ció­łka z ja­kie­goś po­wo­du nie po­dzie­la mo­je­go en­tu­zja­zmu. Spo­wa­żnia­łam.

‒ To cu­dow­na wia­do­mo­ść! Dla­cze­go się nie cie­szysz?

‒ Mogę je­chać tam na szko­le­nie, ale jest pe­wien pro­blem… ‒ Spu­ści­ła gło­wę i po­ci­ągnęła nie­wi­docz­ną nit­kę ze swo­ich ma­te­ria­ło­wych spodni.

Zmarsz­czy­łam czo­ło. Moja za­wsze ide­al­na przy­ja­ció­łka mia­ła pro­blem. Stu­dio­wa­łam jej per­fek­cyj­nie pro­por­cjo­nal­ną twarz, pró­bu­jąc uzy­skać od­po­wie­dź na nur­tu­jące mnie py­ta­nie. Emma była kar­dio­chi­rur­giem i spe­cja­li­zo­wa­ła się w pra­cy z do­ro­sły­mi. Była wśród naj­lep­szych w kra­ju.

‒ Nie mogę zo­sta­wić kli­ni­ki. ‒ Unio­sła gło­wę i utkwi­ła swo­je spoj­rze­nie w mo­jej twa­rzy. Wstrzy­ma­łam od­dech. Coś mi mó­wi­ło, że nie spodo­ba mi się to, co za­raz usły­szę. ‒ Wiesz, że jest dla mnie naj­wa­żniej­sza.

‒ Wiem, wiem ‒ po­twier­dzi­łam, na do­da­tek ki­wa­jąc gło­wą. ‒ Ale prze­cież masz świet­nych le­ka­rzy. I wspól­ni­ka. Na pew­no będzie w do­brych rękach ‒ za­ko­ńczy­łam z sze­ro­kim uśmie­chem.

Opa­rłam się za­głó­wek i przy­tknęłam kie­li­szek do ust.

‒ Oba­wiam się, że mnie nie ro­zu­miesz…

Wpa­try­wa­łam się w nią uwa­żnie. Ciem­ne oczy przy­ja­ció­łki zdra­dza­ły jej przy­gnębie­nie.

‒ Więc mi wy­tłu­macz ‒ za­chęci­łam ją.

‒ Chcę, że­byś to ty sta­nęła na cze­le kli­ni­ki pod­czas mo­jej obec­no­ści ‒ oznaj­mi­ła po­wo­li.

Moja ręka drgnęła mi­mo­wol­nie i kil­ka kro­pel wina, któ­re znaj­do­wa­ło się w kie­lisz­ku, spa­dło na ciem­ne spodnie. Na kil­ka chwil za­po­mnia­łam, jak się od­dy­cha. Spa­ra­li­żo­wał mnie strach.

Już ni­g­dy wi­ęcej nie we­zmę do ręki skal­pe­la.

Rozdział 2

Od­chrząk­nęłam.

‒ Emmo, skar­bie ‒ mruk­nęłam, sia­da­jąc wy­god­niej. Ucie­kłam spoj­rze­niem w bok. ‒ Wiesz, że to nie­mo­żli­we.

‒ Aman­do… ‒ Ude­rzy­ła w bła­gal­ny ton. ‒ Gdy­bym mia­ła inne wy­jście, na pew­no bym z nie­go sko­rzy­sta­ła. Wiem, jak wie­le cię to kosz­tu­je, ale ja nie mogę po­wie­rzyć za­rządza­nia kli­ni­ką ni­ko­mu in­ne­mu.

Po­kręci­łam prze­cząco gło­wą i szep­nęłam:

‒ Przy­kro mi, ale nie mogę tego zro­bić.

Czu­łam ogrom­ny na­cisk w pier­si, któ­ry utrud­niał za­czerp­ni­ęcie po­wie­trza.

‒ Po­patrz na mnie ‒ po­pro­si­ła. ‒ Aman­do…

Z oci­ąga­niem pod­nio­słam wzrok i spoj­rza­łam w jej wy­pe­łnio­ne łza­mi oczy. Po­czu­łam po­twor­ne wy­rzu­ty su­mie­nia.

‒ Nie mogę tego zro­bić ‒ po­wtó­rzy­łam sła­bym gło­sem. Na samą myśl wpa­da­łam w pa­ni­kę. ‒ Wiesz, że nie je­stem w sta­nie. Nie po­tra­fię.

‒ Po­trze­bu­ję ko­goś, komu mogę za­ufać. To szko­le­nie to dla mnie wiel­ka szan­sa… ‒ Emma ota­rła spły­wa­jącą po po­licz­ku łzę. ‒ A to­bie ufam bez­gra­nicz­nie.

Skrzy­wi­łam się. Z góry wie­dzia­ła, jaka będzie moja od­po­wie­dź. Nie­po­trzeb­nie się fa­ty­go­wa­ła. Od­sta­wi­łam kie­li­szek na ławę i wsta­łam. Emma nie spusz­cza­ła ze mnie wzro­ku.

‒ Ja też ci ufam, ale mu­szę ci od­mó­wić. Prze­pra­szam cię ‒ po­wie­dzia­łam szcze­rze. ‒ Ist­nie­je taka tech­no­lo­gia, że bez pro­ble­mu mo­żesz za­rządzać kli­ni­ką ze Sta­nów.

Emma uśmiech­nęła się smut­no.

‒ Nie mogę, tam będę zbyt za­jęta. Mamy mnó­stwo pa­cjen­tów, wiesz o tym. Per­so­nel po­trze­bu­je ko­goś, kto do­brze nimi po­kie­ru­je pod moją nie­obec­no­ść.

‒ Ile cza­su cię nie będzie? ‒ za­py­ta­łam czy­sto teo­re­tycz­nie.

‒ Trzy mie­si­ące.

Par­sk­nęłam.

‒ Nie ma mowy.

Ból, któ­ry od­ma­lo­wał się w jej oczach, spra­wił, że za­czy­na­łam sobą gar­dzić.

‒ Znasz mnie i wiesz, że zo­sta­łam przy­par­ta do muru, sko­ro przy­je­cha­łam tu i po­pro­si­łam cię o coś ta­kie­go.

Skrzy­wi­łam się nie­znacz­nie.

‒ Rzu­ci­łam to, pa­mi­ętasz? Obie­ca­łam so­bie, że nie wró­cę do za­wo­du. Wy­je­cha­łam z mia­sta i zmie­ni­łam całe swo­je ży­cie. Otwo­rzy­łam ap­te­kę… ‒ Urwa­łam, a mój od­dech przy­spie­szył.

‒ Nie będziesz prze­pro­wa­dzać żad­nych ope­ra­cji ‒ za­pew­ni­ła szyb­ko.

Unio­słam wy­so­ko brwi.

‒ Nie chcę wra­cać do To­ron­to ‒ wy­zna­łam ci­cho.

‒ Spójrz na to z dru­giej stro­ny, wci­ąż będziesz bli­sko. Zmia­na do­brze ci zro­bi. ‒ Emma wsta­ła i po­de­szła do mnie. Ujęła moje dło­nie, po czym spoj­rza­ła mi w oczy. ‒ Bła­gam cię ‒ za­ko­ńczy­ła ła­mi­ącym się gło­sem.

Nie od­po­wie­dzia­łam.

‒ Je­steś moją je­dy­ną na­dzie­ją ‒ do­da­ła.

Prych­nęłam.

‒ Dla­cze­go nie ufasz swo­im pra­cow­ni­kom? A twój wspól­nik?

‒ Matt? ‒ spy­ta­ła i za­śmia­ła się krót­ko. ‒ Jest świet­nym neu­ro­chi­rur­giem, ale fa­cet nie na­da­je się do pa­pier­ko­wej ro­bo­ty.

‒ Nie po­ra­dzi so­bie przez trzy mie­si­ące?

‒ To fa­cet ‒ mruk­nęła. ‒ Za­po­mnij o nim. Po­mo­żesz mi?

‒ A kie­dy wy­je­żdżasz?

‒ Ju­tro. Wiem, że sta­wiam cię przed fak­tem do­ko­na­nym, ale do­pie­ro dzi­siaj po­twier­dzi­li mi na sto pro­cent. Ktoś się wy­sy­pał, a ja by­łam pierw­sza na li­ście re­zer­wo­wej ‒ po­in­for­mo­wa­ła bez ogró­dek. ‒ Je­śli się zgo­dzisz, ju­tro z sa­me­go rana po­je­dzie­my do To­ron­to. Po­ka­żę ci kli­ni­kę, przed­sta­wię ze­spo­ło­wi. Za­trzy­masz się w moim miesz­ka­niu.

‒ Sama nie wiem… ‒ szep­nęłam. ‒ Chy­ba nie dam rady…

‒ Zaj­miesz się ad­mi­ni­stra­cją. Le­ka­rze będą da­lej wy­ko­ny­wać swo­ją ro­bo­tę, a ty nie będziesz ni­ko­go ope­ro­wać. Po­ba­wisz się w sze­fa, żeby nie po­przew­ra­ca­ło im się w gło­wach. ‒ Na ko­ńcu uśmiech­nęła się lek­ko.

Kur­wa, nie po­tra­fi­łam jej od­mó­wić.

‒ Wiem, że będę tego ża­ło­wa­ła, ale… ‒ Uśmiech Emmy się po­sze­rzył. ‒ Zgo­da. Po­słu­chaj! Mam jed­nak kil­ka wa­run­ków. ‒ Unio­słam gro­źnie pa­lec.

Emma pi­snęła i pod­sko­czy­ła w miej­scu.

‒ Co tyl­ko chcesz! ‒ za­wo­ła­ła.

‒ Nie będę przyj­mo­wa­ła pa­cjen­tów. Nikt nie do­wie się o tym, że je­stem chi­rur­giem, na­wet twój wspól­nik ‒ wy­li­cza­łam. Emma wy­gląda­ła na zu­pe­łnie nie­zra­żo­ną. ‒ I za­bie­ram ze sobą swo­je­go kota.

‒ Zgo­da! ‒ oznaj­mi­ła bez za­sta­no­wie­nia.

Unio­słam jed­ną brew.

‒ Je­steś tego pew­na?

‒ Oczy­wi­ście. ‒ Po­ki­wa­ła szyb­ko gło­wą. ‒ Ufam ci i wiem, że do­sko­na­le dasz so­bie radę. Je­steś naj­lep­szym chi­rur­giem, ja­kie­go znam.

‒ Nie je­stem le­ka­rzem ‒ za­pro­te­sto­wa­łam. ‒ Już nie.

‒ Okej, nie je­steś ‒ po­twier­dzi­ła. Po­ło­ży­ła dło­nie na mo­ich ra­mio­nach. ‒ Dzi­ęku­ję ci, ko­cha­nie. Będę two­im dłu­żni­kiem aż do śmier­ci.

Par­sk­nęłam śmie­chem.

‒ Oczy­wi­ście ‒ po­twier­dzi­łam wci­ąż roz­ba­wio­na. ‒ Wpi­szę cię so­bie na li­stę.

‒ Co tyl­ko chcesz ‒ za­chi­cho­ta­ła.

Przy­ja­ció­łka wró­ci­ła na sofę, a ja za nią. Ze­szły­śmy z te­ma­tu kli­ni­ki na plot­ki. Emma opo­wia­da­ła mi o wspól­nych zna­jo­mych, któ­rych tak daw­no nie wi­dzia­łam. Sie­dzia­łam i słu­cha­łam jej w mil­cze­niu, w środ­ku drżąc o to, co przede mną.

***

Tej nocy bar­dzo mało spa­łam. Nie­ma­lże nie zdo­ła­łam zmru­żyć oka. Na zmia­nę dręczy­ły mnie zim­ny pot oraz dresz­cze. W ko­ńcu usia­dłam sku­lo­na na ma­te­ra­cu i ob­jęłam nogi, ko­ły­sząc się przy tym lek­ko. Po­wrót do mia­sta wy­ma­gał ode mnie zbyt wie­le. Moje zdro­wie psy­chicz­ne po raz ko­lej­ny mia­ło zo­stać moc­no nad­szarp­ni­ęte. Nie wie­dzia­łam, czy tym ra­zem zdo­łam to wy­trzy­mać.

Emma była dla mnie jak sio­stra. Po­zna­ły­śmy się w To­ron­to i bar­dzo szyb­ko za­przy­ja­źni­ły­śmy. Tyl­ko ona oprócz mo­ich ro­dzi­ców zna­ła praw­dzi­wy po­wód, dla­cze­go rzu­ci­łam za­wód. Sko­ro przy­je­cha­ła tu i po­pro­si­ła mnie o coś ta­kie­go, mu­sia­łam jej po­móc.

Nad ra­nem za­pa­dłam w nie­spo­koj­ny sen. Nie wie­dzia­łam, ile spa­łam, gdy po­czu­łam czy­jś do­tyk na ra­mie­niu. Otwo­rzy­łam oczy i zo­ba­czy­łam nad sobą uśmiech­ni­ętą Emmę. Jęk­nęłam.

‒ Wsta­waj, śpio­chu! Mu­sisz się spa­ko­wać.

Zi­gno­ro­wa­łam ją, prze­kręci­łam się na bok i na nowo za­mknęłam oczy. Emma mruk­nęła coś pod no­sem, a na­stęp­nie po­trząsnęła moim ra­mie­niem.

‒ Trze­ba było spać w nocy. Wsta­waj, zro­bi­łam ci kawę.

‒ Któ­ra jest go­dzi­na? ‒ wy­chry­pia­łam, wi­dząc pa­nu­jący za oknem pó­łm­rok.

‒ Pi­ąta. Ru­szaj się.

‒ Już wsta­ję, tyl­ko mnie zo­staw jesz­cze… na chwi­lę ‒ wark­nęłam. Ode­pchnęłam ją, usia­dłam na łó­żku i po­ta­rłam za­spa­ną twarz dło­ńmi. ‒ Przy­nieś mi kawy.

‒ Pa­kuj się, bo o szó­stej wy­je­żdża­my ‒ za­rządzi­ła, pod­no­sząc się.

Spio­ru­no­wa­łam ją wzro­kiem. Emma unio­sła dło­nie w ge­ście ka­pi­tu­la­cji.

‒ Do­bra, już nic nie mó­wię. Naj­pierw kawa.

Opu­ści­ła sy­pial­nię, zo­sta­wia­jąc mnie samą. Chcia­ło mi się pła­kać. Se­kun­dę pó­źniej na łó­żko wsko­czył mój per­ski kot, Ste­phen. Mru­czek usia­dł i wbił we mnie swo­je wiel­kie śle­pia. Skrzy­wi­łam się.

‒ Nie patrz tak na mnie ‒ jęk­nęłam. ‒ Idź le­piej spa­ko­wać swo­ją wa­liz­kę. Na trzy mie­si­ące je­dzie­my do To­ron­to.

Zwie­rzak zmru­żył oczy i za­miau­czał. Par­sk­nęłam śmie­chem.

‒ W pe­łni się z tobą zga­dzam ‒ mruk­nęłam.

Z tru­dem zwle­kłam się z łó­żka i po­drep­ta­łam do kuch­ni. Usia­dłam na wy­so­kim sto­łku przy ba­rze, na któ­rym cze­kał już na mnie ku­bek pa­ru­jącej kawy. Pi­jąc bło­go­sła­wio­ny na­pój, na­gra­łam Su­san wia­do­mo­ść, in­for­mu­jąc o ca­łej sy­tu­acji. Będzie mu­sia­ła tu zo­stać i za­rządzać ap­te­ką przez ten czas.

Oczy­wi­ście w za­mian za­żąda­ła pod­wy­żki.

Do­pi­łam kawę, wzi­ęłam prysz­nic i spa­ko­wa­łam kil­ka wa­li­zek oraz kota. Punkt szó­sta, kie­dy Emma sta­nęła w pro­gu mo­jej sy­pial­ni, za­su­nęłam wła­śnie ostat­nią tor­bę.

‒ Go­to­wa? ‒ rzu­ci­ła, opie­ra­jąc się o fu­try­nę.

Zer­k­nęłam na szczu­płą blon­dyn­kę i ski­nęłam gło­wą.

‒ Chy­ba tak.

‒ Ste­phen też?

‒ Tak ‒ po­twier­dzi­łam. ‒ Mo­że­my je­chać.

Emma w swo­im do­pa­so­wa­nym kom­bi­ne­zo­nie i szpil­kach po­mo­gła mi za­tasz­czyć wa­liz­ki do sa­mo­cho­du. Ja w swo­ich sze­ro­kich je­an­sach i czar­nym to­pie wy­gląda­łam przy niej jak stu­dent­ka. Za­wsze by­łam tą brzyd­szą.

Wsia­dły­śmy, Ste­phen już cze­kał na tyl­nym sie­dze­niu, i ru­szy­ły­śmy spod domu. Wspa­rłam gło­wę na dło­ni i wyj­rza­łam przez bocz­ną szy­bę. Ser­ce wa­li­ło mi jak mło­tem.

Wra­ca­łam do To­ron­to.

Rozdział 3

Podwóchgo­dzi­nachjaz­dy wje­cha­ły­śmy na te­ren kli­ni­ki. Sie­dzia­łam sztyw­no, nie­na­tu­ral­nie wy­pro­sto­wa­na, ob­ser­wu­jąc wszyst­ko po dro­dze. Przy­ja­ció­łka za­trzy­ma­ła swo­je auto przed wiel­ki­mi prze­szklo­ny­mi drzwia­mi i zga­si­ła sil­nik. Po­pa­trzy­łam na bu­dy­nek z re­zer­wą.

Emma si­ęgnęła po­nad skrzy­nią bie­gów i do­tknęła mo­jej dło­ni. Zer­k­nęłam na nią, gdy rzu­ci­ła ci­cho:

‒ Dasz so­bie radę, Aman­do.

Z tru­dem uda­ło mi się wzi­ąć głębo­ki od­dech.

‒ Obyś mia­ła ra­cję ‒ mruk­nęłam. ‒ Co ze Ste­phe­nem?

‒ Moja asy­stent­ka za­wie­zie two­je rze­czy do mo­je­go domu. Cho­dź, opro­wa­dzę cię i ucie­kam, wie­czo­rem mam lot.

Ski­nęłam gło­wą.

‒ Cho­dźmy ‒ po­wtó­rzy­łam po niej.

Na­ci­snęłam klam­kę i po­pchnęłam drzwi, po czym wy­sia­dłam na drżących no­gach. Kli­ni­ka była ogrom­na, jej roz­miar za­czy­nał mnie przy­tła­czać. Za­pra­gnęłam wzi­ąć nogi za pas i uciec stąd jak naj­szyb­ciej. Emma po­de­szła do mnie i wsu­nęła mi rękę pod ra­mię. Czu­ła, jak drżę, więc ści­snęła mnie za przed­ra­mię.

‒ Je­stem z tobą, ko­cha­nie.

Wy­pu­ści­łam po­wie­trze przez usta i gło­sem drżącym z emo­cji po­wie­dzia­łam:

‒ Po­każ mi two­je dziec­ko.

Po­wo­li za­częły­śmy iść w stro­nę bu­dyn­ku. Drzwi otwo­rzy­ły się przed nami. Sto­jący w nich ochro­niarz uśmiech­nął się na wi­dok Emmy.

‒ Wi­ta­my ‒ rzu­cił.

‒ Geo­r­ge, po­znaj Aman­dę. Będzie za­rządza­ła kli­ni­ką pod moją nie­obec­no­ść ‒ przed­sta­wi­ła mnie przy­ja­ció­łka.

Mężczy­zna ski­nął grzecz­nie gło­wą. Prze­szły­śmy da­lej i Emma po­pro­wa­dzi­ła nas do środ­ka. Przy­gląda­łam się czar­nej mar­mu­ro­wej podło­dze, zło­tym zdo­bie­niom i szkla­nym ścia­nom. Z ka­żdej stro­ny czuć było luk­sus i bo­gac­two.

‒ Nasi pa­cjen­ci to głów­nie oso­by za­mo­żne, ce­le­bry­ci, me­ne­dże­ro­wie, VIP-y, ge­ne­ral­nie szu­ka­jący naj­lep­szej opie­ki. Mamy wśród per­so­ne­lu wie­lu spe­cja­li­stów, ta­kich jak fi­zjo­te­ra­peu­ta, neu­ro­chi­rurg, ane­ste­zjo­lo­dzy. Jed­nym sło­wem: wszyst­ko ‒ za­ko­ńczy­ła ze śmie­chem.

‒ Ro­zu­miem ‒ po­tak­nęłam.

‒ Po­ka­żę ci ga­bi­net ‒ oświad­czy­ła. ‒ A po­tem przed­sta­wię ze­spo­ło­wi.

‒ Zgo­da. – Stres od­bie­rał mi mowę.

Wspi­ęły­śmy się na pi­ętro po kręco­nych scho­dach. Tu­taj znaj­do­wa­ły się tyl­ko dwa ga­bi­ne­ty ze zło­ty­mi ta­blicz­ka­mi na drzwiach. W po­ko­ju na­le­żącym do Emmy sta­ło ele­ganc­kie biur­ko, re­gał z do­ku­men­ta­mi i dwa mi­ęk­kie fo­te­le. Do tego kil­ka ro­ślin, któ­re mia­ły do­dać mi­łej at­mos­fe­ry.

To tu spędzę naj­bli­ższe trzy mie­si­ące. Po­de­szłam do biur­ka i po­ło­ży­łam na nim to­reb­kę. Emma zdjęła z wie­sza­ka bia­ły ki­tel i po­da­ła mi go. Po­pa­trzy­łam na ma­te­riał i po­czu­łam, jak mój żo­łądek za­wi­ązu­je się w su­peł. Z oci­ąga­niem wzi­ęłam go do ręki i za­drża­łam nie­kon­tro­lo­wa­nie, gdy moje pal­ce za­ci­snęły się na nim.

‒ Go­to­wa, by po­znać za­ło­gę? ‒ spy­ta­ła Emma.

Wło­ży­łam ki­tel i wy­gła­dzi­łam bia­ły ma­te­riał. Pod mo­imi po­wie­ka­mi za­częły zbie­rać się łzy, za­mru­ga­łam szyb­ko, aby je prze­go­nić.

‒ Tak ‒ za­chry­pia­łam ze stre­su.

‒ Zej­dzie­my te­raz pi­ętro ni­żej, gdzie są sale i ga­bi­ne­ty po­zo­sta­łych le­ka­rzy.

Ru­szy­ły­śmy we wska­za­nym kie­run­ku. Opusz­cza­jąc ga­bi­net, zer­k­nęłam w kie­run­ku dru­gie­go po­miesz­cze­nia. Mia­łam za­py­tać przy­ja­ció­łki, do kogo na­le­ży, ale ta za­częła mi coś tłu­ma­czyć, więc po­sta­no­wi­łam się z tym wstrzy­mać.

Mi­ja­jący mnie lu­dzie zer­ka­li na mnie z cie­ka­wo­ścią, kie­dy prze­cho­dzi­łam obok nich na ko­ry­ta­rzach. Przy ka­żdych ko­lej­nych drzwiach Emma tłu­ma­czy­ła mi, kto za nimi pra­cu­je. Sha­ron była ane­ste­zjo­lo­giem, Nora fi­zjo­te­ra­peu­tą i zo­sta­ła nam ostat­nia para.

‒ Emmo, mogę cię pro­sić na chwi­lę! ‒ za­wo­łał ktoś.

‒ Prze­pra­szam cię na se­kund­kę ‒ rzu­ci­ła, po czym ode­szła w in­nym kie­run­ku.

Zo­sta­łam sama, wsu­nęłam dło­nie do kie­sze­ni spodni i za­ko­ły­sa­łam się na pi­ętach. Nie wie­dzia­łam, ile to po­trwa, za­nim Emma wró­ci, i nie za bar­dzo chcia­łam się stąd ru­szać. Cie­ka­wo­ść jed­nak wy­gra­ła i po­wo­li za­częłam iść w stro­nę ostat­nich drzwi. Wte­dy zza rogu szyb­kim kro­kiem wy­ło­nił się wy­so­ki mężczy­zna. Nie spo­dzie­wał się mnie tak samo, jak ja jego, przez co wpa­dli­śmy na sie­bie.

Stęk­nęłam, gdy zde­rzy­łam się z jego twar­dym cia­łem. Po­spiesz­nie cof­nęłam się o krok i unio­słam gło­wę, pa­trząc na naj­przy­stoj­niej­szą twarz, jaką do tej pory wi­dzia­łam. Moc­no za­ry­so­wa­na szczęka, za­rost i usta za­ci­śni­ęte ze zło­ści. Nie­bie­skie oczy ci­ska­ły we mnie bły­ska­wi­ce. Roz­chy­li­łam usta, kie­dy do­le­ciał do mnie za­pach jego per­fum. I wte­dy… do­strze­głam bia­ły ki­tel.

‒ Kim je­steś? ‒ ode­zwał się do mnie nie­zna­jo­my wy­jąt­ko­wo nie­przy­jem­nym to­nem.

‒ A ty? ‒ od­bi­łam pi­łecz­kę.

Mężczy­zna o ide­al­nie uło­żo­nych ciem­no­blond wło­sach po­ru­szył za­ci­śni­ętą szczęką. Mu­sia­łam za­dzie­rać gło­wę do góry, aby na nie­go pa­trzeć. Miał chy­ba ze dwa me­try wzro­stu.

‒ Ja tu pra­cu­ję. Je­steś umó­wio­na do mnie na wi­zy­tę? ‒ za­py­tał, lu­stru­jąc mnie od stóp do głów uwa­żnym spoj­rze­niem. ‒ I dla­cze­go no­sisz ki­tel?

Prych­nęłam, sły­sząc jego pro­tek­cjo­nal­ny ton.

‒ Do cie­bie? Nie, dzi­ęku­ję ‒ od­pa­rłam, zra­żo­na jego aro­ganc­kim za­cho­wa­niem. ‒ Je­stem przy­ja­ció­łką Emmy.

Mężczy­zna unió­sł wy­so­ko brwi.

‒ To gdzie wo­bec tego jest Emma?

‒ Skąd mam wie­dzieć? Ktoś ją za­wo­łał ‒ mruk­nęłam, roz­gląda­jąc się na boki w po­szu­ki­wa­niu przy­ja­ció­łki. ‒ Pew­nie za­raz wró­ci.

‒ Je­steś le­ka­rzem? ‒ do­py­ty­wał.

Wspa­rłam się pod boki i prze­krzy­wi­łam na bok gło­wę. Fa­cet przez cały czas świ­dro­wał mnie spoj­rze­niem.

‒ Far­ma­ceut­ką.

‒ To co tu­taj ro­bisz?

‒ Co cię to…? ‒ Urwa­łam.

‒ Matt! ‒ Z głębi ko­ry­ta­rza do­bie­gł mnie głos Emmy. ‒ Po­zna­łeś już moją przy­ja­ció­łkę, Aman­dę. Ko­cha­nie, to Matt, mój wspól­nik. Aman­da ra­zem z tobą będzie za­rządza­ła kli­ni­ką pod­czas mo­je­go po­by­tu w Sta­nach.

Po kil­ku chwi­lach zrów­na­ła się ze mną ra­mie­niem. Unio­słam wy­so­ko brwi: a więc to był ten neu­ro­chi­rurg? Cóż, nie wspo­mnia­ła o tym, że dziad jest przy­stoj­nym mężczy­zną. Szko­da tyl­ko, że przy tym ta­kim gbu­rem.

Tym­cza­sem typ wbił w moją przy­ja­ció­łkę wście­kłe spoj­rze­nie.

‒ Co?

Kil­ka osób z per­so­ne­lu za­częło się nam ukrad­kiem przy­glądać.

‒ To, co sły­sza­łeś. Aman­da mnie za­stąpi ‒ po­wtó­rzy­ła spo­koj­nie Emma.

Matt pod­sze­dł do niej i po­pa­trzył na nią z góry. Za­cie­ka­wio­na przy­gląda­łam im się z boku.

‒ Po­roz­ma­wiaj­my w ga­bi­ne­cie. Po­zwól, pro­szę ‒ wark­nął.

‒ Zgo­da ‒ od­pa­rła Emma, pa­trząc mu pro­sto w oczy. ‒ Aman­do, cho­dź z nami ‒ do­da­ła.

Matt pierw­szy ru­szył ko­ry­ta­rzem, Emma za nim, a ja na sa­mym ko­ńcu. Mimo tego, że sze­dł pierw­szy, wy­ró­żniał się nad nami jak ja­kaś góra lo­do­wa. Sze­ro­ki w bar­kach z wi­docz­nie za­ry­so­wa­ną ta­lią przy­po­mi­nał bar­dziej mo­de­la niż le­ka­rza. Mia­łam w gło­wie to jego nie­bie­skie spoj­rze­nie…

We­szli­śmy do ga­bi­ne­tu Emmy, a ja za­mknęłam za nami szkla­ne drzwi. Matt zwró­cił się z wście­kłym wy­ra­zem twa­rzy do swo­jej wspól­nicz­ki.

‒ Kto to jest?! ‒ za­wo­łał, wska­zu­jąc na mnie ręką.

Skrzy­żo­wa­łam ra­mio­na na pier­si, za­cho­wu­jąc ka­mien­ny wy­raz twa­rzy. Chy­ba go­ściu mnie nie po­lu­bił. Za­cho­wy­wał się, jak­by mnie tu w ogó­le nie było.

‒ To Aman­da Pier­ce. ‒ Emma po­zo­sta­ła nie­wzru­szo­na jego wście­kło­ścią. ‒ I za­stąpi mnie na trzy mie­si­ące.

Matt za­ci­snął dło­nie w pi­ęści.

‒ Ja­kim pra­wem pod­jęłaś taką de­cy­zję sama? ‒ wy­ce­dził przez za­ci­śni­ęte zęby.

‒ Aman­da jest oso­bą god­ną za­ufa­nia, pro­wa­dzi swo­ją ap­te­kę, więc zna się na dzia­łal­no­ści me­dycz­nej. Poza tym nie mu­szę cię py­tać o zgo­dę w kwe­stii tego, kogo wy­bio­rę na swo­je za­stęp­stwo. Mam wi­ęk­szo­ść udzia­łów, za­po­mnia­łeś?

‒ Wzi­ęłaś ko­goś z ze­wnątrz. Ja­kąś obcą babę, któ­ra na­wet nie jest le­ka­rzem! ‒ ryk­nął. ‒ Ta kli­ni­ka jest też moja i nie po­zwo­lę, aby pra­co­wał w niej ktoś nie­kom­pe­tent­ny.

‒ Nie­kom­pe­tent­ny? ‒ po­wtó­rzy­łam za nim, wtrąca­jąc się do roz­mo­wy.

Ad­re­na­li­na za­czy­na­ła krążyć w mo­ich ży­łach.

Po­de­rwał gło­wę do góry i ob­rzu­cił mnie po­gar­dli­wym spoj­rze­niem.

‒ Nie wtrącaj się ‒ wark­nął.

‒ Ja­kim pra­wem… ‒ za­częłam, go­tu­jąc się ze zło­ści. Co za aro­ganc­ki buc!

‒ Nie będę słu­chaj ko­bie­ty, któ­ra wzi­ęła się tu­taj nie wia­do­mo skąd ‒ prze­rwał mi w po­ło­wie zda­nia.

Za­chły­snęłam się z obu­rze­nia.

‒ Jesz­cze to od­szcze­kasz…

Po­pa­trzył na mnie z góry.

‒ Zo­ba­czy­my ‒ wy­ce­dził. ‒ Chcę z tobą po­roz­ma­wiać na osob­no­ści, Emmo.

‒ Przy­kro mi, mu­szę już je­chać. Do­ga­da­cie się, wie­rzę w to. Ucie­kam!

Emma po­szła so­bie jak­by ni­g­dy nic. Z nie­do­wie­rza­niem i roz­dzia­wio­ną bu­zią ob­ser­wo­wa­łam, jak zni­ka mi z oczu. Po­pa­trzy­li­śmy po so­bie z Mat­tem, mie­rząc się wzro­kiem.

‒ Cho­dź na ta­ras ‒ roz­ka­zał.

Omi­nął mnie i opu­ścił ga­bi­net. Za­ci­ska­jąc dło­nie w pi­ęści, ru­szy­łam za nim.

Co­py­ri­ght © by MO­NI­KA CZU­GA­ŁACo­py­ri­ght © by Moje Wy­daw­nic­twoAll ri­ghts re­se­rved · Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja: Bar­ba­ra Wro­na (tekst­na­no­wo.pl) Ko­rek­ta: Agniesz­ka Li­szow­ska Skład i ła­ma­nie tek­stu: K&K De­si­gner Pro­jekt gra­ficz­ny ksi­ążki: K&K De­si­gner Fo­to­gra­fia na okład­ce: Shu­ter­stock.com Po­my­sł na okład­kę: Moje wy­daw­nic­two ISBN Pa­pier: 978-83-68837-16-2 ISBN Ebo­ok: 978-83-68837-17-9 ISBN Au­dio: 978-83-68837-18-6

Moje Wy­daw­nic­two

Stro­na: www.mo­je­wy­daw­nic­two.plEma­il: wspol­pra­ca@mo­je­wy­daw­nic­two.plIn­sta­gram: mo­je­wy­daw­nic­twoX: mo­je­wy­daw­nic­twoTik­Tok: moje.wy­daw­nic­twoFa­ce­bo­ok: mo­je­wy­daw­nic­two