Dzień, w którym odeszłaś - Luna Velevitka - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Dzień, w którym odeszłaś ebook i audiobook

Luna Velevitka

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

585 osób interesuje się tą książką

Opis

Gdy Ashling przyłapuje narzeczonego w łóżku ze swoją siostrą bliźniaczką, w jednej chwili traci dwie najważniejsze osoby w swoim życiu. Zrywa zaręczyny, odwołuje ślub i próbuje poskładać serce po podwójnej zdradzie.

A potem przychodzi wiadomość.

Alice nie żyje.

Nie będzie przeprosin ani pojednania. Zostaje żałoba wymieszana z gniewem i poczuciem winy. Bo jak opłakiwać kogoś, kogo jednocześnie się kochało i nienawidziło?

Wtedy do mieszkania naprzeciwko wprowadza się Christopher – były żołnierz, który sam próbuje uciec przed przeszłością. Nie chce pomocy, litości ani ludzi, którzy mogliby podejść zbyt blisko.

A jednak Ashling zaczyna dostrzegać to, co Chris tak desperacko próbuje ukryć.

Dwoje złamanych ludzi. Dwie przeszłości, od których nie da się uciec. I uczucie, którego żadne z nich nie planowało.

Tylko że Ashling nie zna całej prawdy o Christopherze.

Czy dzień, w którym odchodzimy, zabiera ze sobą także serca tych, którzy zostają?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 485

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 57 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Magdalena WojtachaDamian Żebrowski

Oceny
4,3 (10 ocen)
7
1
1
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Choco1234

Nie oderwiesz się od lektury

No w końcu coś od Autorki 🙌 Polecam
40
agnieszkaus87

Nie oderwiesz się od lektury

Extra
20
bodzio86

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna niebanalna historia
20
xxxaniaxxx456

Nie oderwiesz się od lektury

od tej autorki można wszystko brać w ciemno!
10



Dla serc, któ­re mimo krętych dróg do­ta­rły tam, gdzie po­win­ny.

Prolog 1

Ashling

Rok wcześniej…

Wil­liam nie ma po­jęcia, że skró­ci­łam po­byt w Soak & Sage Spa tyl­ko dla­te­go, że się za nim stęsk­ni­łam. Zre­zy­gno­wa­łam z sau­ny oraz se­rii re­lak­su­jących ma­sa­ży, na któ­re mnie na­mó­wił, po­nie­waż chcia­łam dziś za­snąć wtu­lo­na w jego ra­mio­na.

A te­raz sto­ję przed drzwia­mi pro­wa­dzący­mi do na­szej sy­pial­ni i choć bar­dzo chcę na­ci­snąć klam­kę, to nie je­stem w sta­nie się ru­szyć, bo do­bie­ga­jące stam­tąd dźwi­ęki brzmią zbyt jed­no­znacz­nie, bym mo­gła po­my­lić je z czym­kol­wiek in­nym. Może to dla­te­go pie­rścio­nek na moim pal­cu za­czął mi nie­zno­śnie ci­ążyć. Spo­glądam na­wet na nie­go i je­dy­ne, co czu­ję, to po­twor­ny nie­po­kój. Dla­te­go ro­bię krok w tył, a po­tem jesz­cze je­den, aż bio­drem ude­rzam o nie­wiel­ki sto­lik przy ścia­nie, przez co na mo­jej twa­rzy po­ja­wia się gry­mas. Moc­niej, niż to ko­niecz­ne, roz­ma­so­wu­ję bo­lące miej­sce i sta­ram się uspo­ko­ić, ale przez moją gło­wę z za­wrot­ną pręd­ko­ścią mkną idio­tycz­ne sce­na­riu­sze tego, co mogę za­stać po dru­giej stro­nie drzwi. Naj­bar­dziej ku­rio­zal­ny jest ten, że Will, za­miast w si­łow­ni, po­sta­no­wił od­być tre­ning w na­szej sy­pial­ni.

Po­trząsam gło­wą, po czym od­li­czam w my­ślach do trzech i ostro­żnie na­ci­skam klam­kę. Za­glądam do środ­ka. Żo­łądek pod­cho­dzi mi do gar­dła na wi­dok Wil­lia­ma klęczące­go na na­szym łó­żku i w sza­le­ńczym tem­pie wbi­ja­jące­go się w…

Mru­gam kil­ku­krot­nie z na­dzie­ją, że wi­dok przede mną za­raz się roz­my­je.

– Ali­ce… – szep­czę zdła­wio­nym gło­sem, gdy do­cie­ra do mnie, że mój na­rze­czo­ny wła­śnie pie­przy się z moją sio­strą bli­źniacz­ką.

To wła­śnie on do­strze­ga mnie jako pierw­szy. Jego oczy w jed­nej chwi­li sta­ją się wiel­gach­ne jak spodki, a wszyst­kie mi­ęśnie na­pi­na­ją mu się ni­czym stru­na. Po­spiesz­nie wy­su­wa się z mo­jej sio­stry i nie­zdar­nie ze­ska­ku­je z łó­żka, po czym w po­pło­chu szu­ka cze­goś, czym mó­głby za­kryć swo­je­go wci­ąż ster­czące­go pe­ni­sa.

To się nie dzie­je…

– Ko­cha­nie, ja… Cho­le­ra… – Zgar­nia z podło­gi spodnie, wci­ąga je na sie­bie, pod­ska­ku­jąc to na jed­nej, to na dru­giej no­dze, by utrzy­mać rów­no­wa­gę. W in­nych oko­licz­no­ściach pew­nie uzna­ła­bym to za za­baw­ne. – Mia­łaś być w spa… – rzu­ca oska­rży­ciel­sko, a se­kun­dę pó­źniej, gdy naj­wy­ra­źniej do­cie­ra do nie­go, jak bez­na­dziej­nie za­brzmiał, krzy­wi się i po­cie­ra dło­nią twarz.

– Sio­stra… – Ali­ce od­zy­wa się w ko­ńcu gło­sem przy­po­mi­na­jącym po­mruk kota i le­ni­wie prze­ci­ąga się w po­ście­li, któ­rą sama wy­bra­łam. – Wy­bacz, tak ja­koś wy­szło. – Jej tłu­ma­cze­nie nie ma w so­bie na­wet nut­ki żalu, wręcz prze­ciw­nie.

Przez chwi­lę przy­glądam się im w mil­cze­niu. Chy­ba po­trze­bu­ję kil­ku se­kund, by do­ta­rło do mnie, że to, na co pa­trzę, to nie wy­twór mo­jej wy­obra­źni, a pie­przo­na rze­czy­wi­sto­ść. Ukła­dam w gło­wie, co po­win­nam po­wie­dzieć, ale żad­ne sło­wa, któ­re przy­cho­dzą mi na myśl, nie od­zwier­cie­dla­ją tego, co wła­śnie czu­ję. Robi mi się dusz­no.

– Nie… Nie prze­szka­dzaj­cie so­bie – oznaj­miam, uno­sząc wy­żej pod­bró­dek, a po­tem się wy­co­fu­ję i ko­ry­ta­rzem ru­szam pro­sto do wy­jścia.

Sły­szę za sobą ci­ężkie kro­ki Wil­lia­ma, któ­ry naj­wi­docz­niej otrząsnął się już z szo­ku i po­sta­no­wił, że czas na wy­ja­śnie­nia. Chwi­lę pó­źniej czu­ję na nad­garst­ku pal­ce. Za­ci­ska­ją się de­li­kat­nie, jak­by nie był pew­ny, czy ma jesz­cze pra­wo mnie do­ty­kać.

– Ash! To… To wszyst­ko tak szyb­ko się po­to­czy­ło, ja… ja tego nie pla­no­wa­łem.

Chcia­łam po pro­stu wy­jść, ale jego sło­wa po­wo­du­ją, że od­wra­cam się i spo­glądam mu w oczy. Tli się w nich na­dzie­ja, bo prze­cież głu­piut­ka Ash za­wsze wie­rzy w ka­żde jego sło­wo i te­raz prze­cież nie może być ina­czej.

– Och, co za ulga… – oświad­czam z iro­nią. – Już się ba­łam, że zro­bi­łeś to z pre­me­dy­ta­cją.

Wy­ry­wam się z uści­sku i wci­ąż na nie­go pa­trząc, ści­ągam z pal­ca pie­rścio­nek za­ręczy­no­wy. Will cały tęże­je, gdy spo­gląda na moją wy­ci­ągni­ętą ku nie­mu dłoń.

Chry­ste, czy on sądzi, że po tym, co zo­ba­czy­łam, ci­ągle chcę za nie­go wy­jść?

– Ash­ling… – Prze­ły­ka ci­ężko. W tym jed­nym sło­wie wy­czu­wam praw­dzi­wą pa­ni­kę.

Drzwi sy­pial­ni otwie­ra­ją się i kątem oka za­uwa­żam za nimi ruch. Jed­nak ja i Will wci­ąż pa­trzy­my upar­cie na sie­bie.

– To ko­niec. – Wkła­dam mu w dłoń pie­rścio­nek. – Za kil­ka dni wró­cę po rze­czy.

– Ash… – szep­cze spa­ni­ko­wa­ny, a ja za­bie­ram wa­liz­kę, któ­rą mia­łam ze sobą w spa, i wy­cho­dzę.

Z ka­żdym kro­kiem co­raz trud­niej jest mi po­wstrzy­mać płacz. Czte­ry wspól­nie spędzo­ne lata wła­śnie sta­ły się za­mkni­ętym roz­dzia­łem.

Spo­glądam w chmu­ry i moje oczy wy­pe­łnia­ją się łza­mi. Gdy­by Lulu żyła, by­ło­by mi ła­twiej.

– Nie mogę uwie­rzyć, że mi to zro­bi­li, bab­ciu…

Prolog 2

Christopher

Siedem lat wcześniej…

Pó­łci­ęża­rów­ka mo­jej sio­stry su­nie po szu­tro­wej dro­dze pro­wa­dzącej na ran­czo Staj­nia Spo­koj­nej Du­szy, a ja mam wra­że­nie, że ka­żdy mi­ęsień w moim cie­le pło­nie. Po wie­lu spędzo­nych w szpi­ta­lu ty­go­dniach, w cza­sie któ­rych prze­sze­dłem skom­pli­ko­wa­ną ope­ra­cję nogi i nie­ma­lże na nowo mu­sia­łem na­uczyć się cho­dzić, a ta­kże – co było naj­trud­niej­sze – pa­trzeć na sie­bie, sądzi­łem, że na­uczy­łem się o bólu wszyst­kie­go. Gów­no praw­da. Po­zna­ję go do­pie­ro te­raz, gdy wy­słu­żo­ny sa­mo­chód La­ven­der pod­ska­ku­je na do­łkach, któ­rych ona naj­wi­docz­niej nie za­uwa­ża albo po pro­stu ma je gdzieś.

Sły­szę wi­bra­cje te­le­fo­nu do­cho­dzące z tor­by, ale igno­ru­ję je, po­nie­waż do­sko­na­le wiem, że to Matt, mój je­dy­ny przy­ja­ciel. My­śla­łem, że gdy opusz­czę szpi­tal, uda­jąc, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku, od­pu­ści, ale naj­wi­docz­niej to tyl­ko po­bo­żne ży­cze­nia.

Gdy w ko­ńcu Ven par­ku­je pod do­mem, od­czu­wam nie­wy­obra­żal­ną ulgę, tak ogrom­ną, że przez se­kun­dę mam ocho­tę przy­tu­lić sio­strę. W tej chwi­li zgo­dzi­łbym się na­wet na ko­lej­ną ope­ra­cję, byle tyl­ko nie mu­sia­ła mnie już ni­g­dzie wo­zić. To też jest tyl­ko po­bo­żnym ży­cze­niem, po­nie­waż nie­pręd­ko będę mógł wsi­ąść za kó­łko.

Po­wi­nie­nem był zgi­nąć…

Oci­ęża­le si­ęgam do klam­ki, ale Ven oka­zu­je się szyb­sza. Zdąży­ła już wy­sko­czyć z sa­mo­cho­du, okrążyć go i otwo­rzyć mi drzwi. Z nie­śmia­łym uśmie­chem wy­su­wa w moją stro­nę rękę, bym się na niej wspa­rł, ale ja się nie ru­szam. Pa­trzę na jej dłoń, za­ci­ska­jąc szczęki tak moc­no, że aż trzesz­czą mi zęby.

– Chris… – wzdy­cha.

– Nie. – Moc­niej na­ci­ągam da­szek wy­pło­wia­łej bejs­bo­lów­ki i z nie­by­wa­łym tru­dem wy­sia­dam. Spor­to­we buty, któ­re mi ku­pi­ła i do wło­że­nia któ­rych mnie zmu­si­ła, wzbi­ja­ją tu­ma­ny ku­rzu, gdy tyl­ko moje sto­py zde­rza­ją się z zie­mią.

Roz­glądam się, ale bez sen­ty­men­tu, ra­czej mie­rzę się z nową rze­czy­wi­sto­ścią na chłod­no. Dom ro­dzi­ców wy­gląda nie­mal iden­tycz­nie, jak w dniu mo­jej ostat­niej wi­zy­ty, ja­kieś… trzy, może czte­ry lata temu. Ta sama we­ran­da, ten sam dach i te same wspo­mnie­nia.

Tyl­ko ja je­stem te­raz inny. Znisz­czo­ny. Na ze­wnątrz i w środ­ku.

Dźwi­ęk nad­je­żdża­jące­go sa­mo­cho­du prze­ry­wa go­ni­twę my­śli w mo­jej gło­wie. Po­wo­li od­wra­cam się i za­uwa­żam ja­dący w na­szym kie­run­ku wóz. Nie mam po­jęcia, kim jest kie­row­ca, ale łączy go z moją sio­strą ten sam styl jaz­dy. Au­tem trzęsie na boki, gdy za­pa­da się w ka­żdej mo­żli­wej dziu­rze. Na­wet z ta­kiej od­le­gło­ści da się wy­ła­pać skrzy­pie­nie sta­rej ka­ro­se­rii.

Gdy tak wpa­tru­ję się w tę zbli­ża­jącą się kupę zło­mu, czu­ję na so­bie wzrok sio­stry i coś mi pod­po­wia­da, że nie będę za­do­wo­lo­ny z tego, co się za chwi­lę wy­da­rzy.

Spi­nam się.

Ubło­co­ny Che­vro­let z lat dzie­wi­ęćdzie­si­ątych za­trzy­mu­je się na pod­je­ździe, tuż za au­tem Ven, a po chwi­li wy­sia­da z nie­go ko­bie­ta. Ma na so­bie wy­so­kie ka­lo­sze, rów­nie brud­ne co jej po­jazd, a ta­kże wąskie spodnie do jaz­dy kon­nej i ka­mi­zel­kę przy­po­mi­na­jącą tę, któ­rą nie­gdyś no­sił mój oj­ciec.

– Chris… – od­zy­wa się Ven w spo­sób, któ­ry wca­le mi się nie po­do­ba, bo przy­wo­dzi na myśl mie­szan­kę pro­śby i ostrze­że­nia. – To jest… dok­tor Young.

Za­ci­skam pi­ęści.

– Po­mo­że ci.

Ja nie za­słu­gu­ję na po­moc…

Rozdział 1

Ashling

Nor­mal­nie nie ko­rzy­stam z te­le­fo­nu, gdy na­prze­ciw­ko mnie sie­dzi oso­ba, z któ­rą się umó­wi­łam, ale tym ra­zem to wy­da­je się moją je­dy­ną przy­zwo­itą roz­ryw­ką pod­czas tego po­po­łud­nia.

Bell: Jak rand­ka??? Bła­gam, po­wiedz, że jest go­rący jak wul­ka­nicz­na lawa.

Tri­ni: Czy ktoś może po­zbyć się stąd Bell? Jej rady są tak cen­ne jak zno­szo­ne majt­ki, któ­ry­mi han­dlu­je jak mały di­ler.

Bell: Do ko­ńca ży­cia będziesz mi do­gry­zać z po­wo­du jed­nej uży­wa­nej pary maj­tek, któ­rą sprze­da­łam mężczy­źnie w po­trze­bie???

Tri­ni: Ośmiu par, Bell. Było ich osiem. A ten fa­cet to pew­nie ja­kiś zbok.

Bell: PRZY­PO­MI­NAM TYL­KO, ŻE MIA­ŁY­ŚMY WSPE­RAĆ ASH, A NIE WY­PO­MI­NAĆ MI BŁĘDY MŁO­DO­ŚCI!!!

Tri­ni: To sta­ło się za­le­d­wie dwa ty­go­dnie temu, a ty wci­ąż je­steś mło­da.

Od­kła­dam ko­mór­kę i spo­glądam na fa­ce­ta, z któ­rym spo­tka­łam się wy­łącz­nie dla­te­go, że dziew­czy­ny nie da­ły­by mi żyć, gdy­bym tego nie zro­bi­ła.

– Po­pro­szę flat whi­te na mle­ku mig­da­ło­wym, z lek­ką nut­ką wa­ni­lii – mówi uprzej­mie John. – Ale taką nie­zbyt do­mi­nu­jącą – za­zna­cza z uśmie­chem.

Ob­ser­wu­ję tę sce­nę z za­że­no­wa­niem i mam co­raz wi­ęk­szą ocho­tę po pro­stu wstać i wy­jść, ale idąc tu­taj, obie­ca­łam so­bie, że cho­ćby nie wiem co się wy­da­rzy­ło, wy­trwam do ko­ńca. Nie­za­le­żnie od tego, jak bar­dzo iry­tu­jącym mężczy­zną oka­że się mój to­wa­rzysz.

Pół roku temu Tri­ni i Bell – ab­so­lut­nie gdzieś ma­jąc moje zda­nie – za­ło­ży­ły mi kon­to na apli­ka­cji rand­ko­wej, po­nie­waż obie zgod­nie uzna­ły, że po­win­nam w ko­ńcu za­cząć się z kimś spo­ty­kać. Miał to być cel­nie wy­mie­rzo­ny cios w ty­łek by­łe­go na­rze­czo­ne­go i sio­stry, któ­ra rok temu spa­ko­wa­ła wa­liz­kę i wy­je­cha­ła Bóg wie do­kąd. Z tą idio­tycz­ną my­ślą za­częłam więc uma­wiać się na rand­ki. Nie zli­czę, na ilu nie­uda­nych spo­tka­niach by­łam i jak wie­lu pa­lan­tów po­zna­łam. John jed­nak od po­cząt­ku spra­wiał wra­że­nie zu­pe­łnie in­ne­go. Sko­ńczył ban­ko­wo­ść, ma swo­je miesz­ka­nie, in­te­re­su­jące hob­by, jest ele­ganc­ki i przy­stoj­ny. Nie spędza wie­czo­rów w ba­rach, za to gra w gol­fa. Pi­sa­li­śmy ze sobą od ja­kie­goś cza­su i wy­da­wał się na­praw­dę za­baw­ny, jed­nak te­raz…

– Coś jesz­cze? – pyta kel­ner i je­stem prze­ko­na­na, że z tru­dem po­wstrzy­mu­je od­ruch prze­wró­ce­nia ocza­mi. Po­dob­nie jak ja.

– Och, tak, pew­nie. Po­pro­szę bez­glu­te­no­wy ser­nik we­ga­ński, na spo­dzie z ko­mo­sy ry­żo­wej i dak­ty­li.

John za­my­ka menu i od­da­je kar­tę chło­pa­ko­wi, tłu­ma­cząc coś jesz­cze na te­mat kawy, a ja wy­my­ślam naj­ró­żniej­sze spo­so­by na po­zba­wie­nie mo­ich przy­ja­ció­łek pal­ców, by ni­g­dy wi­ęcej nie do­tknęły żad­ne­go te­le­fo­nu. Zwłasz­cza mo­je­go. Wzro­kiem wędru­ję po ide­al­nie wy­pra­so­wa­nej ko­szu­li Joh­na i zu­pe­łnie nie­spo­dzie­wa­nie do­cie­ra do mnie, że on przy­po­mi­na mi Wil­lia­ma. Co za­baw­ne, gdy wy­mie­nia­li­śmy wia­do­mo­ści, od­no­si­łam wra­że­nie, że jest zu­pe­łnie inny niż mój były na­rze­czo­ny, ale po dzie­si­ęciu mi­nu­tach w jego to­wa­rzy­stwie… mam dość. Na­gle przy­po­mi­na­ją mi się też sło­wa bab­ci Lulu: „Je­że­li wiesz, że ja­kieś ciast­ko ci nie po­sma­ko­wa­ło, po cho­le­rę si­ęgasz po iden­tycz­ne?”. Nie­mal sły­szę w gło­wie ton, ja­kim to mó­wi­ła.

Gdy tyl­ko kel­ner się od­da­la, John znów sku­pia się na mnie.

– Cóż… szko­da, że nie mia­łaś ocho­ty na ten ser­ni­czek.

„Ser­ni­czek”.

– Jest re­we­la­cyj­ny. – Po­sy­ła mi olśnie­wa­jący uśmiech, a po­tem, gdy chce do­dać coś jesz­cze, jego ko­mór­ka za­czy­na dzwo­nić, więc si­ęga po nią do kie­sze­ni, po­sy­ła­jąc mi prze­pra­sza­jący uśmiech. – Cho­le­ra, prze­pra­szam, Ash­ling, ale cze­ka­łem na ten te­le­fon. Wy­bacz, mu­szę ode­brać. Wró­cę za mo­men­cik.

Od­pro­wa­dzam go wzro­kiem, gdy zmie­rza w kie­run­ku wy­jścia, i na­gle w mo­jej gło­wie po­ja­wia się okrop­na myśl. A co, gdy­bym te­raz ucie­kła? By­ło­by mu przy­kro? Upi­łby się z żalu? Zresz­tą, co mnie to ob­cho­dzi. Fa­cet za­miast na drin­ka wie­czo­rem za­pro­sił mnie na kawę i ser­ni­czek w jego ulu­bio­nej re­stau­ra­cji. Chrza­nić to! Chrza­nić moje po­sta­no­wie­nia, któ­re mia­ły dla mnie zna­cze­nie, gdy tu szłam. Zry­wam się z krze­sła i za­rzu­cam to­reb­kę na ra­mię. Roz­glądam się do­oko­ła, szu­ka­jąc dro­gi uciecz­ki.

– Tyl­ne wy­jście – sły­szę nie­spo­dzie­wa­nie za ple­ca­mi czy­jś głos.

Od­wra­cam się i wi­dzę kel­ne­ra, któ­ry przyj­mo­wał na­sze za­mó­wie­nie. Mam ocho­tę rzu­cić mu się w ra­mio­na i uca­ło­wać za ten nie­za­prze­czal­ny akt mi­ło­sier­dzia.

– Mó­wisz po­wa­żnie? – py­tam i je­stem nie­mal pew­na, że brzmię jak de­spe­rat­ka.

Chło­pak uśmie­cha się sze­ro­ko.

– Jak naj­bar­dziej. – Ru­sza w kie­run­ku za­ple­cza, a ja drep­czę za nim, ogląda­jąc się co chwi­lę za sie­bie, by mieć pew­no­ść, że John wci­ąż roz­ma­wia przez te­le­fon.

Za­cho­wu­ję się jak nie­doj­rza­ła na­sto­lat­ka, ale w tej chwi­li wolę my­śleć o tym jak o pod­jęciu je­dy­nej słusz­nej de­cy­zji.

– Tędy. – Zer­ka na mnie przez ra­mię i pro­wa­dzi do du­żych me­ta­lo­wych drzwi, któ­re skrzy­pią prze­ra­ża­jąco, gdy po­py­cha je z ca­łej siły.

– Je­steś cu­dow­ny! Dzi­ęku­ję. – Skła­dam dło­nie jak do mo­dli­twy i pa­trzę na nie­go z wdzi­ęcz­no­ścią.

– Taaa… Po­dob­no… – Nie­co za­wsty­dzo­ny dra­pie się po kar­ku, a po chwi­li zni­ka we wnętrzu bu­dyn­ku.

Ni­g­dy wi­ęcej ran­dek z apli­ka­cji!

Nie­dziel­ne po­po­łud­nie spędzam na wy­le­gi­wa­niu się na ka­na­pie przed te­le­wi­zo­rem i po­chła­nia­niu gi­gan­tycz­nej por­cji lo­dów. Bell i Tri­ni od wczo­raj nie­ustan­nie pró­bu­ją się ze mną skon­tak­to­wać, ale ja świa­do­mie je igno­ru­je, by dać im na­ucz­kę.

Po po­wro­cie do domu z nie­uda­nej rand­ki na­pi­sa­łam im je­dy­nie, że John oka­zał się po­ra­żką, po czym stre­ści­łam prze­bieg tego spo­tka­nia. Za­jęło mi to dwa zda­nia. Do­słow­nie.

Pa­trzę na wy­świe­tlacz i znów mam ocho­tę sko­pać im ty­łki.

Bell: No weź, Ash, chcia­ły­śmy do­brze!

Tri­ni: Żad­na z nas nie sądzi­ła, że jest dzi­wa­kiem, Ty też nie, przy­znaj.

Bell: Do­kład­nie! Mój ra­dar za­kwa­li­fi­ko­wał go do gru­py: NA PEW­NO MA DU­ŻE­GO FIU­TA, ale nie sądzi­łam, że za­ja­da się tek­tu­rą.

Tri­ni: Ko­mo­sa ry­żo­wa to nie jest tek­tu­ra…

Bell: Nie­istot­ne. Fa­cet na zdjęciu wy­glądał na spo­ko go­ścia, je­stem prze­ko­na­na, że gdy­byś zaj­rza­ła mu w spodnie, moja teo­ria na te­mat jego ku­ta­sa oka­za­ła­by się słusz­na. Może trze­ba było na nie­go za­cze­kać?

Tri­ni: Bell, za­mknij się, bo w prze­ciw­nym ra­zie Ash ni­g­dy wi­ęcej się do nas nie ode­zwie!

Ja: Niech żad­na z Was wi­ęcej nie do­ty­ka mo­je­go te­le­fo­nu! Ni­g­dy! Po­zby­łam się tej apli­ka­cji!

Bell:

Tri­ni:

Cho­ciaż je­stem na nie zła, to i tak nie mogę po­wstrzy­mać uśmie­chu ci­snące­go mi się na usta. Od daw­na te dwie wa­riat­ki są jak moja ro­dzi­na i wiem, że na­praw­dę chcia­ły do­brze.

Tak wie­le zda­rzy­ło się w ci­ągu mi­nio­ne­go roku… Na­gły wy­jazd Ali­ce tuż po tym, jak na­kry­łam ją z Wil­lia­mem, sza­le­jąca z nie­po­ko­ju mat­ka, któ­ra mimo wszyst­ko uzna­ła, że po­win­nam dać szan­sę by­łe­mu na­rze­czo­ne­mu i wy­ba­czyć sio­strze. Jak­by to było ta­kie pro­ste. Tyl­ko dzi­ęki Tri­ni i Bell nie roz­pa­dłam się na mi­lion ka­wa­łecz­ków.

Te­le­fon za­czy­na dzwo­nić. Zer­kam na wy­świe­tlacz i na­tych­miast od­bie­ram, wi­dząc imię Me­lo­dy, wła­ści­ciel­ki ksi­ęgar­ni, w któ­rej pra­cu­ję. Od pierw­sze­go dnia mo­jej pra­cy bar­dzo ją po­lu­bi­łam, ale w ostat­nim cza­sie jesz­cze moc­niej się do sie­bie zbli­ży­ły­śmy. To pew­nie dla­te­go, że przy­po­mi­na mi bab­cię Lulu, z któ­rą łączy­ła mnie wy­jąt­ko­wa więź; ni­g­dy nie­wy­stępu­jąca mi­ędzy mną a mamą. Bab­cia była ko­cha­na, tro­chę sza­lo­na, ale za­wsze mo­głam na niej po­le­gać. Gdy mat­kę po­chła­nia­ło bie­ga­nie z ca­stin­gu na ca­sting w na­dziei na rolę ży­cia, Lulu – bo wo­la­ła, gdy tak się do niej zwra­ca­ły­śmy – da­wa­ła mi na­miast­kę praw­dzi­we­go domu. Chło­nęłam ka­żdą chwi­lę w jej to­wa­rzy­stwie i nie ro­zu­mia­łam, dla­cze­go Ali­ce nie może się z nią do­ga­dać.

– Tak, Me­lo­dy?

– Och, Ash­ling! – pisz­czy ra­do­śnie, a ja od­su­wam te­le­fon od ucha, po­nie­waż roz­en­tu­zja­zmo­wa­na Me­lo­dy za­wsze jest zbyt gło­śna. – Te nie­dziel­ne za­jęcia to strzał w dzie­si­ąt­kę!

W tle sły­szę śmiech dzie­ci i dźwi­ęcz­ny głos Chloe, któ­ra wpa­da do nas w ka­żdą nie­dzie­lę i czy­ta ma­lu­chom. Dzie­cia­ki ją uwiel­bia­ją.

– Po­win­nam się po­ja­wić?

– Nie, od­po­czy­waj. – Chi­cho­cze. – Mu­sisz do­jść do sie­bie po wczo­raj­szej rand­ce.

Prze­wra­cam ocza­mi, ża­łu­jąc, że w ogó­le opo­wie­dzia­łam jej, jak wy­gląda­ło spo­tka­nie z Joh­nem, ale ona bywa na­praw­dę nie­ustępli­wa, gdy chce się cze­goś do­wie­dzieć.

– To nie jest za­baw­ne, Me­lo­dy.

– Do­brze, już do­brze. Za­mknę dziś.

– A Frank? Co sądzi o Chloe?

Frank to chło­pak Me­lo­dy, choć brzmi to dość dziw­nie zwa­żyw­szy na to, że obo­je są po sze­śćdzie­si­ąt­ce.

– Nie za­czy­naj! – upo­mi­na mnie, a ja mo­men­tal­nie się uśmie­cham. Me­lo­dy Hay­es to strasz­nie za­zdro­sna zo­łza i nie­jed­no­krot­nie by­łam świad­kiem, jak stro­fo­wa­ła bied­ne­go Fran­ka, gdy jego spoj­rze­nie po­wędro­wa­ło do in­nej ko­bie­ty. – On ma za­kaz pa­trze­nia w jej kie­run­ku. Do­ży­wot­nio. Czy­li… bo ja wiem… na ja­kieś dzie­si­ęć do dwu­dzie­stu lat. Oczy­wi­ście je­że­li prze­sta­nie jeść tyle czer­wo­ne­go mi­ęsa.

– Je­steś okrop­na. – Śmie­ję się.

– Tak, tak… – wzdy­cha. – Po­dob­no.

Za­mie­nia­my jesz­cze kil­ka zdań, po czym się roz­łączam. Mam szczęście, że ota­cza­ją mnie lu­dzie tacy jak ona. Rok temu mu­sia­łam za­cząć nowe ży­cie bez Wil­lia­ma, od­wo­łać ślub i znie­ść la­ment mat­ki, gdy do­wie­dzia­ła się, że zdra­dził mnie z Ali­ce. Naj­gor­sze w tym wszyst­kim było jed­nak to, że bar­dziej ża­ło­wa­ła jej, cho­ciaż to ja po­trze­bo­wa­łam po­cie­sze­nia. Wszyst­ko, co zna­łam, na­gle znik­nęło, a po­czu­cie bez­pie­cze­ństwa roz­my­ło się, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie je­dy­nie cień.

Na­stęp­ne­go ran­ka otwie­ram ksi­ęgar­nię z dziw­nym po­czu­ciem lęku. Nie po­tra­fię wy­ja­śnić, skąd się wzi­ął, ale przy­lgnął do mnie, gdy tyl­ko unio­słam po­wie­ki, i czu­ję go nie­mal na ca­łym cie­le. Jak­by do mo­ich ple­ców przy­kle­ił się mo­kry koc.

Po­py­cha­jąc drzwi, sły­szę gdzieś z od­da­li krzyk Bell:

– Ash­ling! Ash!

Od­wra­cam się i wi­dzę pędzącą w moim kie­run­ku przy­ja­ció­łkę. To dość za­ska­ku­jący wi­dok, zwłasz­cza że jest po­nie­dzia­łko­wy po­ra­nek, a Bell jest wy­stro­jo­na, jak­by wy­bie­ra­ła się na rand­kę.

– Cho­le­ra – sa­pie zdy­sza­na i po­pra­wia gra­fi­to­wą su­kien­kę opi­na­jącą jej kszta­łt­ne bio­dra. – Te szpil­ki to ja­kiś kosz­mar – jęczy z fru­stra­cji.

Spo­glądam w dół, na jej ob­ca­sy, i aż się krzy­wię na samą myśl, jak bar­dzo nie­wy­god­ne mu­szą być. Na­tych­miast prze­no­szę wzrok na swo­je bia­łe tramp­ki, któ­re może i nie są naj­pi­ęk­niej­sze, ale za to kom­for­to­we.

– Co tu ro­bisz? – py­tam, wcho­dząc do środ­ka.

Bell drep­cze za mną, sy­cząc z bólu i prze­kli­na­jąc pod no­sem.

– Mam roz­mo­wę w spra­wie pra­cy. – Sia­da w fo­te­lu pod oknem i zrzu­ca szpil­ki. Przez chwi­lę ma­su­je sto­py, wzdy­cha­jąc z ulgą. – Je­śli tyl­ko zdo­łam tam do­trzeć. – Krzy­wi się.

– O ile wiem, to masz pra­cę. – Za­no­szę na za­ple­cze to­reb­kę, a po­tem wra­cam do przy­ja­ció­łki.

– Ale chcę mieć taką jak Tri­ni – ma­ru­dzi, moc­niej ugnia­ta­jąc pal­ce. Czer­wień na jej pa­znok­ciach lśni w po­ran­nym sło­ńcu, któ­re­go pro­mie­nie wpa­da­ją do środ­ka przez ogrom­ne okno.

Pod­cho­dzę bli­żej i sia­dam na wy­ło­żo­nym po­dusz­ka­mi pa­ra­pe­cie. Kącik do czy­ta­nia był moim po­my­słem, do któ­re­go Me­lo­dy na po­cząt­ku nie była prze­ko­na­na, a oka­zał się ko­lej­nym strza­łem w dzie­si­ąt­kę.

– Pra­cę czy może sze­fa? – Uno­szę brwi, spo­gląda­jąc na Bell.

– A ja­kie to ma zna­cze­nie?

– Chry­ste… – jęczę i za­czy­nam się śmiać. – Po­wiedz mi, gdzie masz tę roz­mo­wę?

– W Jack­son Ate­lier – oznaj­mia dum­nie.

– Je­śli do­brze pa­mi­ętam, fir­ma zaj­mu­je się wy­stro­jem wnętrz no­wo­cze­snych apar­ta­men­tów. Nie znasz się na wnętrzach – stwier­dzam.

– No i co? – Wzru­sza ra­mio­na­mi i w ko­ńcu prze­sta­je ma­so­wać sto­py. Nie­chęt­nie si­ęga po buty i znów krzy­wi się z bólu, gdy tyl­ko wci­ska je na sto­py, po czym wsta­je i po­sy­ła mi udręczo­ne spoj­rze­nie. – Życz mi po­wo­dze­nia.

– Po­wo­dze­nia, Bell. – Uśmie­cham się sze­ro­ko i od­pro­wa­dzam ją wzro­kiem do wy­jścia.

Gdy tyl­ko zo­sta­ję sama, wpi­su­ję w wy­szu­ki­war­kę „Jack­son Ate­lier”, a na­stęp­nie do­pi­su­ję sło­wo „wła­ści­ciel”. Se­kun­dę pó­źniej Go­ogle wy­plu­wa dzie­si­ąt­ki zdjęć przy­stoj­ne­go blon­dy­na w ide­al­nie do­pa­so­wa­nym gar­ni­tu­rze. Na ka­żdym z nich to­wa­rzy­szy mu inna ko­bie­ta. Nie­za­prze­czal­nie jest przy­stoj­ny i bez dwóch zdań w ty­pie Bell, jed­nak sądząc po jego part­ner­kach, to ona nie jest w jego ty­pie. Nie­ste­ty nie ist­nie­je taka siła, któ­ra po­wstrzy­ma­ła­by ją przed pó­jściem na tę roz­mo­wę.

Od­kła­dam te­le­fon i za­bie­ram się do pra­cy, jed­nak przez cały czas mam wra­że­nie, że coś jest nie tak. Je­stem dziw­nie nie­spo­koj­na i dość ner­wo­wo re­agu­ję na ka­żdy dźwi­ęk, za­rów­no w ksi­ęgar­ni, jak i na uli­cy. To przy­po­mi­na dni, w któ­rych wy­pi­jam za dużo kawy i nie je­stem w sta­nie się na ni­czym sku­pić, a moje ser­ce bije nie­co szyb­ciej niż zwy­kle.

Ta­kie roz­tar­gnie­nie to­wa­rzy­szy mi przez na­stęp­ne go­dzi­ny, aż do za­mkni­ęcia.

Gdy idę chod­ni­kiem, my­ślę, czy wło­ski tem­pe­ra­ment mo­jej przy­ja­ció­łki nie do­sze­dł dziś do gło­su i czy Ford Jack­son jesz­cze żyje.

Po dro­dze do miesz­ka­nia wstępu­ję jesz­cze do skle­pu i ro­bię nie­wiel­kie za­ku­py. Go­dzi­nę pó­źniej do­sta­ję w ko­ńcu wia­do­mo­ść od Bell.

Bell: Je­stem pew­na, że mam tę pra­cę!

Ja: Tak Ci po­wie­dzie­li???

Bell: Nie bądź dzie­cin­na, Ash. Wy­czy­ta­łam to w oczach Cho­ler­nie Go­rące­go For­da Jack­so­na!

Ja: Za­tem, Pa­nie, miej w swo­jej opie­ce Cho­ler­nie Go­rące­go For­da Jack­so­na…

Tri­ni: Nie waż się pra­co­wać dla ja­kie­goś dup­ka!!!

Nie od­pi­su­ję, za­miast tego przy­go­to­wu­ję so­bie ko­la­cję, a po­tem idę pod prysz­nic. Gdy kła­dę się do łó­żka, znów ogar­nia mnie nie­po­kój. To cho­ler­nie dziw­ne uczu­cie i za nic w świe­cie nie po­tra­fię go wy­tłu­ma­czyć. Ono po pro­stu jest. Wła­ści­wie to nie mam pew­no­ści, czy w ogó­le mnie dziś opu­ści­ło.

Na chwi­lę wstrzy­mu­ję od­dech. Nie wiem na­wet dla­cze­go, a jed­nak nie je­stem w sta­nie zmru­żyć oczu przez całą noc.

Za­sy­piam do­pie­ro nad ra­nem.

Rozdział 2

Ashling

Łap­czy­wie na­bie­ram haust po­wie­trza, wpa­tru­jąc się w su­fit, i… Cho­le­ra, nie roz­po­zna­ję go. Na­tych­miast się pod­no­szę i sia­dam, opie­ra­jąc drżące dło­nie o ma­te­rac. Pot cien­ką stru­żką spły­wa mi po skro­ni, a klat­ka pier­sio­wa uno­si się i opa­da w nie­na­tu­ral­nie szyb­kim tem­pie. Chry­ste, nie mam po­jęcia, co się dzie­je. I jesz­cze to nie­zno­śne uczu­cie dła­wie­nia w gar­dle, jak­by coś tam utknęło.

– Co, do cho­le­ry…?

Z wi­ęk­szym niż za­zwy­czaj tru­dem prze­ły­kam śli­nę i spo­glądam w kie­run­ku okna, a po­tem na sto­jący na szaf­ce noc­nej ze­ga­rek. Pi­ąta. To ozna­cza, że spa­łam za­le­d­wie go­dzi­nę. Nie mam po­jęcia, co mnie obu­dzi­ło, ale to było… prze­ra­ża­jące. Przy­po­mi­na­ło spa­da­nie w prze­pa­ść. Le­cia­łam, wi­dząc przed sobą czy­jąś wy­ci­ągni­ętą w moim kie­run­ku dłoń. Szczu­płe pal­ce de­spe­rac­ko pró­bo­wa­ły mnie chwy­cić, ale by­łam za da­le­ko.

Z po­wro­tem opa­dam na po­dusz­kę i za­sła­niam przed­ra­mie­niem oczy, da­jąc so­bie chwi­lę, by do­jść do sie­bie. Na­bie­ram kil­ka na­praw­dę głębo­kich od­de­chów, co spra­wia, że czu­ję się odro­bi­nę le­piej. Chy­ba. Z mo­ich ust wy­ry­wa się śmiech. Nie ma nic wspól­ne­go z we­so­ło­ścią, ale bra­ku­je w nim też go­ry­czy. Sama nie wiem, co ozna­cza. Zda­je się, że wła­śnie mia­łam kosz­mar, któ­re­go na­wet zbyt do­brze nie pa­mi­ętam, a któ­ry dość moc­no mną wstrząsnął. To na­praw­dę dziw­ne.

Prze­kręcam się na bok i wci­ska­jąc twarz w wil­got­ną od potu po­dusz­kę, pró­bu­ję znów za­snąć.

Go­dzi­nę pó­źniej piję ko­lej­ną już kawę – dru­gą, a mo­żli­we, że na­wet trze­cią – i nie­chęt­nie zer­kam na ta­lerz z le­żącą na nim nie­tkni­ętą ka­nap­ką. Na­praw­dę czu­ję głód, ale przez mdło­ści nie po­tra­fię się zmu­sić, by za­to­pić zęby w tym cho­ler­nym baj­glu. Gdy­bym cha­dza­ła na rand­ki i sy­pia­ła z fa­ce­ta­mi, pew­nie wła­śnie umie­ra­ła­bym ze stra­chu przed nie­pla­no­wa­ną ci­ążą. To jed­nak nie­mo­żli­we, bo nie upra­wia­łam sek­su od… Ja­sna cho­le­ra, na­wet nie pa­mi­ętam, od kie­dy. Zda­je się, że ostat­ni raz był przed wy­pa­dem do spa, któ­ry za­ko­ńczył się na­kry­ciem Wil­lia­ma z Ali­ce w łó­żku.

Ali­ce…

Nie­spo­dzie­wa­nie myśl o sio­strze za­gnie­żdża się w mo­jej gło­wie, krad­nąc też odro­bi­nę miej­sca w ser­cu. Przez mi­nio­ny rok nie my­śla­łam o niej pra­wie ani razu. Tak bar­dzo upa­rłam się, by wy­rzu­cić ją ze swo­je­go ży­cia, że na­praw­dę mi się to uda­ło. Oczy­wi­ście po­mó­gł mi w tym jej wy­jazd i by­wa­ły na­wet dni, gdy za­po­mi­na­łam, że gdzieś tam jest moja bli­źniacz­ka. Ta sama, któ­ra przez lata udo­wad­nia­ła mi, że jest lep­sza, ład­niej­sza i może mieć, kogo tyl­ko ze­chce.

Na­wet Wil­lia­ma.

– Chloe, je­steś nie­sa­mo­wi­ta! – Z wdzi­ęcz­no­ścią wpa­tru­ję się w dziew­czy­nę i nie wiem, co mo­gła­bym jesz­cze do­dać. – Masz po­jęcie, że dziś rano za­dzwo­ni­ła do mnie ko­lej­na oso­ba z py­ta­niem, czy mamy miej­sce dla jesz­cze dwoj­ga dzie­ci?

Do­strze­gam ru­mie­niec po­ja­wia­jący się na jej ślicz­nej twa­rzy, ale nie dzi­wi mnie to, jest skrom­na i nie­spe­cjal­nie po­tra­fi przyj­mo­wać kom­ple­men­ty.

– To nie moja za­słu­ga. – Kręci gło­wą i si­ęga po jed­ną z ksi­ążek. Ja­kiś czas temu za­uwa­ży­łam, że jest ogrom­ną fan­ką ro­man­sów, dla­te­go gdy tyl­ko za­ma­wiam ja­kieś pi­kant­ne no­wo­ści, na­tych­miast daję jej znać. – Czy­ta­nie. – Spo­gląda na mnie prze­lot­nie. – Cho­dzi o czy­ta­nie, Ash. – Prze­su­wa pal­cem po okład­ce, jak­by się za­sta­na­wia­ła, czy jej się po­do­ba, czy ra­czej nie. W ko­ńcu od­kła­da wo­lu­min na miej­sce i pod­cho­dzi do fo­te­la, na któ­ry opa­da z gło­śnym wes­tchnie­niem.

– Coś cię tra­pi… – stwier­dzam, na co nie­znacz­nie kiwa gło­wą.

– Chy­ba zmie­nię kie­ru­nek. Ak­tor­stwo nie jest dla mnie.

Dla­cze­go nie je­stem zdzi­wio­na?

– Ale pra­ca z dzie­ćmi ow­szem – su­ge­ru­ję i si­ęgam po kawę. Dziś je­stem w sta­nie przy­jąć wy­łącz­nie ją.

– Taaa… Lu­bię dzie­ci. – Wzru­sza ra­mio­na­mi. Ma za­miar do­dać coś jesz­cze, ale drzwi ksi­ęgar­ni otwie­ra­ją się gwa­łtow­nie. Obie spo­gląda­my w tam­tym kie­run­ku.

W pro­gu sta­je mama, co jest dość za­ska­ku­jące, bo ni­g­dy wcze­śniej nie od­wie­dza­ła mnie w pra­cy.

– Mamo, co ty tu ro­bisz? – py­tam idio­tycz­nie, ale chy­ba dla­te­go, że mu­szę samą sie­bie prze­ko­nać, że na­praw­dę tu jest. Nie pa­mi­ętam, kie­dy ostat­ni raz ją wi­dzia­łam. Od cza­su do cza­su dzwo­ni­ły­śmy do sie­bie, ale na­wet wte­dy na­sze roz­mo­wy były sztyw­ne i ja­ło­we.

Kątem oka do­strze­gam, że Chloe wsta­je z fo­te­la.

– To do nie­dzie­li – rzu­ca, po czym wy­my­ka się przez otwar­te na oścież drzwi.

Wpa­tru­ję się w mat­kę i nie je­stem w sta­nie okre­ślić, co wła­ści­wie te­raz czu­ję. Ja­kaś część mnie na­praw­dę za nią tęsk­ni­ła, ale moja ra­cjo­nal­na stro­na ci­ągle szep­ta­ła, że nie po­win­nam prze­by­wać wśród lu­dzi, któ­rzy mnie krzyw­dzą. A mama krzyw­dzi mnie za ka­żdym ra­zem, gdy ba­ga­te­li­zu­je moje cier­pie­nie.

– Ash… – szep­cze, le­d­wo po­ru­sza­jąc usta­mi. Za­zwy­czaj ucze­sa­na i uma­lo­wa­na Wren Ben­nett dziś przy­po­mi­na wrak czło­wie­ka. Jej wło­sy przy­le­ga­ją do gło­wy, a pod ocza­mi ma ciem­ne smu­gi roz­ma­za­ne­go ma­ki­ja­żu. – Ash… – po­wta­rza. – Ash… Ash… – Osu­wa się na ko­la­na i cho­wa twarz w dło­niach, za­no­sząc się szlo­chem. To nie jest zwy­kły płacz. To sko­wyt żalu, bólu i nie­do­wie­rza­nia.

Na­gle, jak ostry szty­let wbi­ty w ser­ce, wra­ca do mnie wspo­mnie­nie tego, w jaki spo­sób wy­bu­dzi­łam się dziś ze snu. Ogar­nia mnie pa­ni­ka, a gdy uda­je mi się ode­zwać, nie roz­po­zna­ję wła­sne­go gło­su. Jest drżący, cho­ler­nie obcy i prze­si­ąk­ni­ęty stra­chem.

– Coś się sta­ło, praw­da? Coś złe­go?

– Mój Boże, Ash… – Mama spo­gląda na mnie, ale je­stem prze­ko­na­na, że nie­wie­le jest w sta­nie do­strzec, po­nie­waż jej oczy wy­pe­łnio­ne są łza­mi. Łka, a jej dol­na war­ga drży. – Có­recz­ka… m-moja ko­cha­na c-có­recz­ka… – jąka się i mru­ga po­spiesz­nie, uwal­nia­jąc ko­lej­ne sło­ne kro­ple. – Moje dziec­ko!

Dreszcz nie­po­ko­ju prze­bie­ga mi po kręgo­słu­pie, a na­stęp­nie cel­nie ude­rza w ser­ce.

Ali­ce.

Sen.

– Co z nią? Co z Ali­ce, mamo?! – krzy­czę.

– Nie ma jej, nie ma jej, nie ma! Nie będzie już mo­jej cu­dow­nej Ali­ce. Uma­rła! – za­wo­dzi.

W tym mo­men­cie nie in­te­re­su­je mnie to, że drzwi ksi­ęgar­ni wci­ąż są otwar­te, a prze­cho­dzący chod­ni­kiem lu­dzie zer­ka­ją z za­cie­ka­wie­niem do środ­ka. W tej chwi­li nic mnie już nie ob­cho­dzi, bo do­ta­rło do mnie, że i ja wła­śnie umie­ram.

– To nie­mo­żli­we – szep­czę i sia­dam na podło­dze.

Ob­raz wy­ci­ągni­ętej ku mnie dło­ni chy­ba już na za­wsze po­zo­sta­nie w mo­jej pa­mi­ęci. To była ona. Ali­ce umie­ra­ła, pod­czas gdy ja le­ża­łam w łó­żku i by­łam zła, że nie mogę za­snąć. Moja sio­stra od­cho­dzi­ła, a ja nie mam pew­no­ści, czy był przy niej ktoś, komu ufa­ła, kogo… ko­cha­ła. Nic nie wiem o jej ży­ciu, a ono zga­sło. Nic nie na­pra­wi mi­nio­ne­go roku, nic mi jej nie zwró­ci. Na Boga! Chcę ją przy­tu­lić. Chcę zno­sić jej głu­pie miny i do­cin­ki, że je­stem jej mniej uda­ną wer­sją. Mogę nią być, dla niej.

– Może to ja­kaś po­my­łka? – py­tam, li­cząc, że za chwi­lę obie doj­dzie­my do wnio­sku, że to tyl­ko głu­pie nie­po­ro­zu­mie­nie.

Mama bie­rze głębo­ki od­dech i pod­no­si się z ko­lan. Sku­lo­na wpa­tru­je się w swo­je dło­nie, jak­by się za­sta­na­wia­ła, jak po­wie­dzieć mi te wszyst­kie okrop­ne rze­czy, któ­re w tej chwi­li mia­żdżą jej ser­ce.

– Po­li­cja. Byli u mnie… – Po­ci­ąga no­sem. – To był wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy. Ali­ce pro­wa­dzi­ła.

Nie, na pew­no nie. Gdy mia­ły­śmy po sie­dem­na­ście lat, moja sio­stra bez py­ta­nia wzi­ęła auto mamy, by za­szpa­no­wać przed zna­jo­my­mi, i mia­ła stłucz­kę. Ni­ko­mu nic się nie sta­ło, ale szko­dy były spo­re, bo dru­gi sa­mo­chód był o wie­le dro­ższy niż nasz, a jego wła­ści­ciel upar­cie eg­ze­kwo­wał na­le­żno­ści zwi­ąza­ne z na­pra­wą. Pa­mi­ętam, że mama dłu­go nie chcia­ła się po­tem zgo­dzić, by Ali­ce zro­bi­ła praw­ko, a i ona sama nie wsia­da­ła chęt­nie za kó­łko.

– Ali­ce bała się je­ździć au­tem! Nie­mo­żli­we, że wsia­dła­by za kie­row­ni­cę. – Zry­wam się na rów­ne nogi, czu­jąc w so­bie ma­le­ńką iskier­kę, któ­ra z ka­żdą se­kun­dą swo­im ża­rem roz­pa­la wi­ęk­sze po­kła­dy na­dziei. – To ja­kaś po­my­łka! Na pew­no! Ali­ce bywa nie­roz­sąd­na, ale nie wsia­dła­by do…

– To nie jest żad­na po­my­łka, Ash – prze­ry­wa mi. – Ali­ce… jej już nie ma… – mówi gło­sem tak pu­stym, że prze­cho­dzą mnie ciar­ki. – Nie ma mo­jej uko­cha­nej Ali­ce…

Znów za­czy­na pła­kać, a ja nie je­stem w sta­nie nic zro­bić. Nie znaj­du­ję słów, któ­ry­mi mo­gła­bym ją po­cie­szyć.

Mama pod­no­si na mnie wzrok. Jest w nim coś ta­kie­go, co po­wo­du­je, że na moim cie­le po­ja­wia się gęsia skór­ka.

– To przez cie­bie wy­je­cha­ła – ce­dzi po­wo­li, świ­dru­jąc mnie spoj­rze­niem. – Ty ją do tego zmu­si­łaś. A te­raz ona… nie żyje.

Ser­ce pęka mi na pół. Czu­ję to. Wy­rwa w jego ide­al­nej struk­tu­rze jest dla mnie ostrym, kłu­jącym bó­lem, któ­re­go nic nie może po­wstrzy­mać. Brak mi tchu, dla­te­go mil­czę i wpa­tru­ję się w za­łza­wio­ne oczy mat­ki. Je­dy­ne, co w nich wi­dzę, to żal. Nie po­tra­fię po­zbie­rać my­śli czy cho­ćby zmu­sić cia­ło, by się po­ru­szy­ło. Tyl­ko mru­ga­nie przy­cho­dzi mi z ła­two­ścią, ale to z pew­no­ścią dla­te­go, że wci­ąż pła­czę. Łzy spły­wa­ją po mo­jej skó­rze, a ja mam wra­że­nie, że są jak ostrze noża tnące po­licz­ki.

Zo­sta­ną mi po nich cho­ler­ne bli­zny. Na za­wsze.

Nie mam od­wa­gi za­trzy­mać mamy, gdy zmie­rza do wy­jścia.

Nie­do­brze mi…

– Mu­sisz coś zje­ść – na­le­ga Bell gło­sem tak ci­chym, że le­d­wo ją sły­szę. Jed­no­cze­śnie czu­ję, jak ma­te­rac ugi­na się pod jej ci­ęża­rem, gdy sia­da koło mnie. Wci­ąż leżę zwró­co­na do niej ple­ca­mi, bo nie mam siły, by się prze­kręcić. – Ash… – od­zy­wa się, tym ra­zem nie­co gło­śniej.

– Wró­cę dziś do domu – mam­ro­czę, bo wy­rzu­ty su­mie­nia nie dają mi spo­ko­ju.

Gdy wczo­raj za­dzwo­ni­łam do niej i po­wie­dzia­łam o Ali­ce, rzu­ci­ła wszyst­ko i przy­je­cha­ła po mnie do ksi­ęgar­ni, a po­tem za­bra­ła pro­sto do sie­bie. Jej ma­le­ńkie łó­żko cu­dem po­mie­ści­ło nas dwie, a mimo to nie od­stępo­wa­ła mnie na krok przez całą noc. I dzi­siej­szy po­ra­nek.

– Nie ma mowy! – pro­te­stu­je. – Zo­sta­jesz tu­taj albo mo­że­my obie prze­nie­ść się do cie­bie. Nie spusz­czę cię z oka, do­pó­ki Tri­ni nie przy­le­ci.

Na wzmian­kę o mo­jej dru­giej przy­ja­ció­łce łzy same ci­sną mi się do oczu.

– Jak to? – py­tam i spo­glądam na Bell przez ra­mię.

– No chy­ba nie sądzi­łaś, że zo­sta­wi­my cię samą? – Mo­żli­we, że tyl­ko mi się wy­da­je, ale chy­ba brzmi na odro­bi­nę wku­rzo­ną. – Cho­le­ra, Ash! Jak w ogó­le coś ta­kie­go mo­gło ci przy­jść do gło­wy?

– Prze­pra­szam. Po pro­stu… – ury­wam, wzro­kiem wędru­jąc w kie­run­ku okna, bo tak na­praw­dę nie wiem, co po­win­nam po­wie­dzieć.

– Będzie wie­czo­rem. Obie­ca­łam, że od­bio­rę ją z lot­ni­ska… – Bell za­sta­na­wia się nad czy­mś przez chwi­lę. – Ale rów­nie do­brze może przy­je­chać tu Ube­rem.

– Nie mu­sisz się oba­wiać, mogę zo­stać sama – oświad­czam.

– Po pro­stu się mar­twię. Chcesz o tym po­ga­dać?

Cza­sem trud­no uwie­rzyć, że ta sza­lo­na i nie­okie­łzna­na ko­bie­ta jest też nie­sa­mo­wi­cie wra­żli­wa i ko­cha­na.

– Nie, dzi­ęki – mam­ro­czę.

– A mama? – pyta z lek­kim wa­ha­niem. – Dzwo­ni­ła?

Wci­ąż mam przed ocza­mi za­pła­ka­ną twarz mat­ki. To, jak pa­trzy­ła na mnie, mó­wi­ąc, że prze­ze mnie Ali­ce uma­rła… Chry­ste, nie znio­sę tego. Nie dam rady. To zbyt wie­le. Zwi­ni­ęta szlo­cham w po­dusz­kę, czu­jąc su­nącą po mo­ich ple­cach dłoń Bell.

– Dasz radę, Ash. Dasz radę, do cho­le­ry – mówi tak, jak­by samą sie­bie chcia­ła o tym prze­ko­nać.

Wie­czo­rem kil­ku­krot­nie się upew­nia, że nie zwie­ję z jej miesz­ka­nia, gdy tyl­ko za­mknie za sobą drzwi, by po­je­chać na lot­ni­sko po Tri­ni. Za­cho­wu­je się, jak­bym była dwu­lat­kiem, któ­re­go zo­sta­wia na polu mi­no­wym. To nie­do­rzecz­ne.

– Za­mó­wi­łam piz­zę – mówi, za­rzu­ca­jąc to­reb­kę na ra­mię. Spraw­dza, czy ma w niej klu­czy­ki i te­le­fon, a po­tem po­sy­ła mi jed­no z tych swo­ich spoj­rzeń pod ty­tu­łem „I tak się do­wiem, co ro­bi­łaś pod­czas mo­jej nie­obec­no­ści”. – Bła­gam cię, nie ru­szaj się stąd, bo Tri­ni urwie mi gło­wę.

– Obie­cu­ję.

Te­le­fon Bell za­czy­na dzwo­nić, na co prze­wra­ca ocza­mi. Nie musi go wyj­mo­wać, to oczy­wi­ste, że Tri­ni po raz ko­lej­ny przy­po­mi­na, że wci­ąż cze­ka na lot­ni­sku.

– Idę – in­for­mu­je, ale nie robi na­wet kro­ku.

– Nie martw się, po­cze­kam na was. – Wy­py­cham ją za drzwi.

Na­praw­dę nie mam za­mia­ru się stąd ru­szać, bo w tej chwi­li nie ma miej­sca na zie­mi, w któ­rym chcia­ła­bym być bar­dziej niż wła­śnie tu­taj. Przy mo­ich przy­ja­ció­łkach.

Idę do jej ma­le­ńkiej sy­pial­ni po te­le­fon i ze smut­kiem wpa­tru­ję się w ekran, bo mama wci­ąż się do mnie nie ode­zwa­ła. Kła­dę się na łó­żku i po­now­nie wy­bie­ram jej nu­mer, ale od razu wita mnie pocz­ta gło­so­wa, a we­so­ły głos, gdy mówi: „Cze­ść, tu Wren, naj­lep­sza fry­zjer­ka w mie­ście! Na­graj się, a na pew­no od­dzwo­nię!”, spra­wia, że mam ocho­tę krzy­czeć.

Chcia­ła­bym móc cof­nąć czas do dnia, w któ­rym zroz­pa­czo­na za­te­le­fo­no­wa­ła do mnie i oznaj­mi­ła, że Ali­ce wy­je­żdża. Wci­ąż do­sko­na­le pa­mi­ętam jej zło­ść i fru­stra­cję, gdy bła­ga­ła mnie, że­bym po­wstrzy­ma­ła sio­strę.

– Ash­ling! Po­roz­ma­wiaj z nią!

– Chcesz, że­bym po­pro­si­ła, by zo­sta­ła… – upew­niam się, gdy za­trzy­mu­ję się przed ksi­ęgar­nią. Moje ser­ce ło­mo­cze w pier­si jak osza­la­łe i wci­ąż mam na­dzie­ję, że przez szum prze­je­żdża­jących uli­cą aut źle ją usły­sza­łam.

– Prze­cież to przez cie­bie ucie­ka.

Bio­rę głębo­ki od­dech i przy­trzy­mu­ję ko­mór­kę przy uchu ra­mie­niem, by wy­jąć z to­reb­ki klu­cze.

– Ucie­ka, bo zro­bi­ła mi świ­ństwo, mamo, i mo­żli­we, że pierw­szy raz w ży­ciu czu­je wstyd z po­wo­du tego, cze­go się do­pu­ści­ła. – Ja­kim cu­dem mój głos jest tak opa­no­wa­ny, sko­ro le­d­wo uda­je mi się wsu­nąć klucz do zam­ka? – Całe ży­cie da­wa­ła mi do zro­zu­mie­nia, że jest lep­sza ode mnie… – wresz­cie otwie­ram drzwi – …i że może mieć to, cze­go za­pra­gnie. Chcia­ła mo­je­go na­rze­czo­ne­go, więc go do­sta­ła.

Wcho­dzę do ksi­ęgar­ni, a mama w tym cza­sie wy­bu­cha gło­śnym pła­czem.

– W-wiesz, że ona…

– Pa, mamo! – Nie po­zwa­lam jej do­ko­ńczyć, tyl­ko się roz­łączam.

Drgam, gdy na­gle ko­mór­ka, któ­rą wci­ąż trzy­mam w dło­ni, za­czy­na dzwo­nić. Na wy­świe­tla­czu po­ja­wia się ko­mu­ni­kat: „Nu­mer nie­zna­ny”. I choć w pierw­szej chwi­li wa­ham się, czy po­win­nam od­bie­rać, to jed­nak mój pa­lec nie­ma­lże bez­wied­nie prze­su­wa się po ekra­nie.

– Halo? – od­zy­wam się, jed­nak po dru­giej stro­nie pa­nu­je ci­sza. – Kto mówi? Halo?

Mija kil­ka se­kund i po­łącze­nie zo­sta­je ze­rwa­ne.

Rozdział 3

Ashling

Mama leży sku­lo­na na ka­na­pie i pła­cze. Od wi­zy­ty po­li­cjan­tów w jej domu mi­nęły dwa dni i te­raz cze­ka nas trans­port zwłok i cała przy­gne­bia­jąca „resz­ta”, któ­rą mu­si­my się za­jąć. Na samą myśl o tym czu­ję co­raz bar­dziej upo­rczy­wy ucisk w gar­dle.

– Zro­bi­łam ci her­ba­tę. – Sta­wiam przed nią ku­bek. Za­pa­rzy­łam dla niej zio­ła na uspo­ko­je­nie, li­cząc, że choć tro­chę jej po­mo­gą. Tak na­praw­dę nie chcę tu być, ale drze­mi­ące we mnie po­czu­cie obo­wi­ąz­ku nie da­ło­by mi spo­ko­ju, gdy­bym do niej nie przy­je­cha­ła. – Po­win­naś to wy­pić.

Mama zer­ka na mnie prze­lot­nie i le­d­wo za­uwa­żal­nie kiwa gło­wą, po czym sia­da i drżącą dło­nią si­ęga po ku­bek. Nim pierw­szy łyk na­pa­ru lądu­je w jej ustach, w domu roz­le­ga się gło­śne pu­ka­nie. Moje spoj­rze­nie pod ty­tu­łem „Spo­dzie­wasz się ko­goś?” mama zby­wa lek­kim wzru­sze­niem ra­mion, więc idę, by otwo­rzyć. Gdy tyl­ko to ro­bię, za­mie­ram, na­po­ty­ka­jąc spoj­rze­nie mężczy­zny, któ­re­go za nic w świe­cie nie chcia­ła­bym wi­ęcej spo­tkać. Przez mi­nio­ny rok z po­wo­dze­niem uni­ka­łam Wil­lia­ma – nie li­cząc oczy­wi­ście przy­pad­ko­wych spo­tkań na mie­ście i dnia, w któ­rym wró­ci­łam do nie­go po swo­je rze­czy.

Za­glądam do szaf­ki, w któ­rej po­win­na być moja fi­li­żan­ka. Mama pew­nie by mnie wy­śmia­ła, gdy­by wie­dzia­ła, że za­le­ży mi na tej sta­rej por­ce­la­nie, ale ona ni­g­dy nie ro­zu­mia­ła mo­jej re­la­cji z bab­cią ani tego, jak wa­żne jest dla mnie to, co mi po niej zo­sta­ło.

– Cie­szę się, że przy­szłaś. Na­praw­dę, Ash. Tęsk­ni­łem…

– Nie miej złud­nych na­dziei. Wpa­dłam tyl­ko po… – Si­ęgam głębiej do szaf­ki, ale gdy wci­ąż nie znaj­du­ję fi­li­żan­ki, pro­stu­ję się i rzu­cam Wil­lia­mo­wi sro­gie spoj­rze­nie. – Gdzie pa­mi­ąt­ka po bab­ci?

Marsz­czy brwi. Naj­wi­docz­niej nie ta­kiej re­ak­cji się spo­dzie­wał, gdy wy­znał mi, że tęsk­nił. Cóż, ja też by­łam odro­bi­nę roz­cza­ro­wa­na, gdy jego fiut fry­wol­nie ba­rasz­ko­wał w mo­jej sio­strze.

– Jaka pa­mi­ąt­ka? – pyta nie­co zbi­ty z tro­pu, cho­ciaż do­sko­na­le wie, o co mi cho­dzi.

Mi­lion razy pod­kre­śla­łam mu, by na nią uwa­żał, a on mi­lion razy od­po­wia­dał, że dba o nią tak samo, jak o mnie. Cóż, gdy te­raz o tym my­ślę, za­czy­nam sądzić, że ręcz­nie ma­lo­wa­na por­ce­la­na spo­czy­wa już na śmiet­ni­ku.

– Moja. Fi­li­żan­ka. Bia­ła, z ręcz­nie ma­lo­wa­ny­mi kwia­ta­mi. Mia­ła lek­ko uszczer­bio­ny brzeg.

– Po­win­na tam być…

– Ale jej nie ma.

A te­raz wpa­tru­je­my się w sie­bie w mil­cze­niu, co spra­wia, że za­czy­nam się czuć nie­swo­jo, jak­bym wca­le nie spędzi­ła z nim czte­rech lat.

– Ash… – szep­cze i ner­wo­wo prze­cze­su­je pal­ca­mi wło­sy. Jego spoj­rze­nie ucie­ka na mo­ment w bok, a gdy znów sku­pia się na mnie, sta­je się ta­kie jak daw­niej. Czu­łe i zna­jo­me. – Two­ja mama do mnie za­dzwo­ni­ła – tłu­ma­czy.

Nie ko­men­tu­jąc, wpusz­czam go do środ­ka, po czym ci­cho za­my­kam drzwi i opie­ram się o nie ple­ca­mi. Dziw­nie jest znów być tak bli­sko nie­go. Ostat­ni raz wi­dzie­li­śmy się przy­pad­ko­wo kil­ka mie­si­ęcy temu, a te­raz wcho­dzi do tego domu jak do sie­bie i wku­rza mnie to, że tak swo­bod­nie czu­je się w miej­scu, w któ­rym się wy­cho­wa­łam, pod­czas gdy ja za­sta­na­wiam się, czy to wci­ąż mój azyl.

Wil­liam wy­gląda, jak­by chciał coś po­wie­dzieć, ale mo­żli­we, że bra­ku­je mu słów. Stoi z dło­ńmi wci­śni­ęty­mi do kie­sze­ni czar­nych je­an­so­wych spodni, a ja sunę wzro­kiem wy­żej, do jego ko­szu­li w ta­kim sa­mym ko­lo­rze… I wła­śnie coś do mnie do­cie­ra.

Ża­ło­ba.

Ża­ło­ba po mo­jej sio­strze.

Z któ­rą miał cho­ler­ny ro­mans.

Nie­na­wi­dzę się za to, że w tej chwi­li je­stem na tyle sa­mo­lub­na, by roz­pa­mi­ęty­wać to, co mi zro­bi­li.

– Tak mi przy­kro, Ash. – Will robi ku mnie nie­pew­ny krok.

Mo­gła­bym go ode­pchnąć, na co oczy­wi­ście mam ocho­tę, ale to nie jest od­po­wied­ni czas, by to­czyć z nim bez­sen­sow­ną wal­kę.

– Nie wiem, co mó­głbym jesz­cze po­wie­dzieć.

Wpa­tru­je­my się w sie­bie. Mam wra­że­nie, że mi­lion słów ci­śnie się nam oboj­gu na usta, ale osta­tecz­nie re­zy­gnu­je­my z ich wy­po­wie­dze­nia.

To złe miej­sce i jesz­cze gor­szy mo­ment.

– Nic, Will. – De­li­kat­nie kręcę gło­wą. – Nic nie mów.

Mi­jam go i idę do sa­lo­nu, a on ru­sza za mną.

– Wren… – Jego głos jest mi­ęk­ki i wspó­łczu­jący.

Mama na jego wi­dok się oży­wia. Od­sta­wia ku­bek i pod­ry­wa się z miej­sca. W jej oczach lśni ja­kiś ro­dzaj szczęścia, taki, któ­ry nie po­ja­wia się, gdy pa­trzy na mnie. Pew­nie po­win­nam po­czuć się od­rzu­co­na, zra­nio­na, a może na­wet wście­kła, tym­cza­sem ja nie czu­ję kom­plet­nie nic.

– Will, dzi­ęku­ję, że przy­je­cha­łeś. To wie­le dla mnie zna­czy. – Wpa­da w jego ra­mio­na. – Za­wsze by­łeś taki po­moc­ny, a ja…

Wil­liam, mimo że obej­mu­je moją mat­kę, pa­trzy tyl­ko na mnie.

– Mamo, mu­si­my pod­jąć de­cy­zję w zwi­ąz­ku z po­grze­bem… – mó­wię, ale nie otrzy­mu­ję od­po­wie­dzi. Nic prócz gło­śniej­sze­go pła­czu.

– Już się tym za­jąłem – od­zy­wa się Will.

– Za­jąłeś się? – py­tam, nie kry­jąc zdzi­wie­nia.

– Tak, za­ła­twi­łem, co trze­ba. Trans­port zwłok, nie­zbęd­ne do­ku­men­ty…

„Trans­port zwłok”.

– Ty? Ty za­ła­twi­łeś…

– Tak, Ash. Nie gnie­waj się, ale mu­siał to zro­bić ktoś, kto był w sta­nie my­śleć ra­cjo­nal­nie. Wy­bacz, ale… – ury­wa i zer­ka na moją mamę, któ­ra wci­ąż pła­cze wtu­lo­na w nie­go. – To wy­da­wa­ło mi się roz­sąd­ne – do­da­je znacz­nie ci­szej.

Wiem, że ma ra­cję. To na­praw­dę jest roz­sąd­ne. Dzi­ęki nie­mu nie mu­szę dźwi­gać do­dat­ko­we­go ci­ęża­ru i chy­ba po­win­nam być mu za to wdzi­ęcz­na, dla­te­go ki­wam lek­ko gło­wą i sia­dam na fo­te­lu, ob­ser­wu­jąc, jak mama wci­ąż trzy­ma się go kur­czo­wo, jak­by był jej ostat­nią de­ską ra­tun­ku. Gdy w ko­ńcu obo­je zaj­mu­ją miej­sca na ka­na­pie, spoj­rze­nie by­łe­go na­rze­czo­ne­go na­tych­miast lądu­je na mnie.

– Gdzie wy­da­rzył się wy­pa­dek? – py­tam z tru­dem. Nie mam na­wet po­jęcia, gdzie Ali­ce po­dzie­wa­ła się przez mi­nio­ny rok, ale te­raz mu­szę to wie­dzieć.

– W Ko­lo­ra­do, ale…

– Nie mu­sia­ło do tego do­jść… – prze­ry­wa mu mama. – Prze­cież ona mo­gła żyć… Dla­cze­go im po pro­stu nie wy­ba­czy­łaś?

Wil­liam, sły­sząc to, tęże­je i za­ci­ska szczęki. Mam na­dzie­ję, że czu­je wy­rzu­ty su­mie­nia. To ta­kie ma­łost­ko­we z mo­jej stro­ny, że w ob­li­czu ogrom­nej tra­ge­dii ja wci­ąż nie po­tra­fię prze­stać my­śleć o tym, że mój na­rze­czo­ny i moja sio­stra mnie zdra­dzi­li. I na­gle do­cho­dzi do mnie, że być może on… tęsk­ni za Ali­ce.

Wy­brał ją, na­wet je­śli tyl­ko na chwi­lę.

Ali­ce była jego świa­do­mym wy­bo­rem.

– Wren – od­zy­wa się w ko­ńcu Will. – Zo­staw Ash w spo­ko­ju. Pro­szę. To ni­cze­go nie zmie­ni. To nie jej wina, tyl­ko… – spo­gląda mi w oczy, szu­ka­jąc w nich zro­zu­mie­nia – …moja.

Kie­dy to sły­szę, za­czy­nam po­spiesz­nie mru­gać, bo nie­ocze­ki­wa­nie w mo­ich oczach wzbie­ra­ją łzy. Will bio­rący na sie­bie winę to coś no­we­go. Na tyle nie­spo­dzie­wa­ne­go, że wręcz ab­sur­dal­ne­go. A te­raz pa­trzy na mnie wzro­kiem prze­pe­łnio­nym ża­lem i bie­rze na sie­bie ten cho­ler­ny ci­ężar, któ­rym moja mat­ka pró­bu­je obar­czyć mnie. Po­win­nam po­czuć się wo­bec tego lżej, ale… wca­le tak nie jest. Wręcz prze­ciw­nie. Za­pa­dam się w tym cho­ler­nym fo­te­lu jesz­cze bar­dziej i je­dy­ne, o czym ma­rzę, to by znik­nąć. Spoj­rze­nie Wil­lia­ma pali ka­żdy skra­wek mo­jej skó­ry, a mat­ka sku­lo­na tuż przy nim to coś, na co nie chcę pa­trzeć, bo znów czu­ję się zdra­dzo­na.

Po­trząsam gło­wą, by wy­rzu­cić z niej wszyst­kie nie­po­trzeb­ne my­śli, po czym wsta­ję. Nie wy­trzy­mam tu ani mi­nu­ty dłu­żej.

– Will, ja… – głos mi się ła­mie – …chy­ba…

– Idź. – Kiwa gło­wą ze zro­zu­mie­niem. – Ja się nią zaj­mę.

Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek by­łam mu bar­dziej wdzi­ęcz­na niż w tej chwi­li. Nie mam siły na opie­kę nad mat­ką, nie po tym, jak po­wie­dzia­ła, że to ja je­stem win­na wszyst­kie­mu, choć… ja wca­le nie czu­ję, że­bym była. Czy to zna­czy, że je­stem złym czło­wie­kiem? Nie mogę wzi­ąć od­po­wie­dzial­no­ści za śmie­rć Ali­ce. Nie mogę i nie chcę, bo to mnie znisz­czy. Może nie dziś ani nie ju­tro, ale kie­dyś na pew­no. Dla­te­go mu­szę stąd jak naj­szyb­ciej uciec.

Po­sy­łam Wil­lia­mo­wi wy­mu­szo­ny uśmiech i ru­szam do drzwi.

– Ash­ling… – Za­trzy­mu­je mnie jego cie­pły głos. – Zaj­mę się wszyst­kim – za­pew­nia.

Nie od­wra­cam się. Sto­ję, wpa­tru­jąc się w dłoń, któ­rą za­ci­skam na klam­ce, i za­sta­na­wiam się nad sen­sem jego słów. Dziś brzmią jak to, co na­praw­dę po­trze­bo­wa­łam usły­szeć.

Za­nim zmie­nię zda­nie, wy­cho­dzę.

Po­nie­waż u Bell jest za­cznie mniej miej­sca, a dziew­czy­ny upa­rły się, że nie spusz­czą mnie z oka, prze­nio­sły­śmy się do mnie.

– Nie mo­żesz mu ufać – stwier­dza sta­now­czo Bell, sia­da­jąc na podło­dze. W jej gło­sie do­mi­nu­je de­ter­mi­na­cja. – Ash, na Boga, wiem, że to na­praw­dę pa­skud­ny czas, ale Will nie może znów cię wy­ko­rzy­stać. Nie te­raz…

– Wy­jąt­ko­wo zga­dzam się z Bell – wtrąca Tri­ni znad po­ran­nej kawy.

Wci­ąż nie mogę uwie­rzyć, że rzu­ci­ła dla mnie wszyst­ko i przy­je­cha­ła do Se­at­tle. Po­sy­łam jej lek­ki uśmiech i si­ęgam po swój ku­bek. Kawa już daw­no zro­bi­ła się zim­na, ale dziś mi to nie prze­szka­dza. Upi­jam mały łyk i zmie­niam po­zy­cję; sia­dam po tu­rec­ku. Po­zwa­lam my­ślom przez chwi­lę swo­bod­nie wędro­wać po mo­jej gło­wie. To cu­dow­ne, gdy mam pew­no­ść, że żad­na z mo­ich przy­ja­ció­łek mnie nie oce­nia.

Spędza­my tak go­dzi­nę. Bell po­win­na być w pra­cy do­pie­ro wie­czo­rem, cho­ciaż ci­ągle spraw­dza te­le­fon, li­cząc, że przy­stoj­ny Ford Jack­son wy­słał jej już ma­ila z gra­tu­la­cja­mi, ja­ko­by wła­śnie do­łączy­ła do jego ze­spo­łu i może rzu­cić pra­cę w ba­rze. Tri­ni ma ty­dzień wol­ne­go, więc rów­nież się ni­g­dzie nie spie­szy, a w ksi­ęgar­ni jest te­raz Me­lo­dy.

– Kie­dy po­grzeb? – pyta Tri­ni.

– Nie wiem – przy­zna­ję, krzy­wi­ąc się lek­ko.

– O nie! – Bell po­sy­ła mi su­ro­we spoj­rze­nie, czy­ta­jąc mi chy­ba w my­ślach. – Nie waż się o to ob­wi­niać!

– Ja… nie… – kręcę gło­wą – po pro­stu…

– Ash, sko­ro Will za­ofe­ro­wał po­moc two­jej mat­ce, to… cóż, świet­nie – stwier­dza, jak­by to było ta­kie pro­ste. – To też two­ja ża­ło­ba. Bądź sa­mo­lub­na. Prze­żyj ją tak, jak tego po­trze­bu­jesz. Ty. Nikt inny.

– Chy­ba osza­la­łam, ale po­now­nie zga­dzam się z Bell – wtrąca Tri­ni, po czym idzie po ko­lej­ną kawę.

Bell za to wci­ąż sie­dzi obok mnie i czu­ję, że chce do­dać coś jesz­cze, ale tego nie robi, po­nie­waż z całą pew­no­ścią by­ło­by to coś nie­sto­sow­ne­go. Za­miast tego, po­dob­nie jak ja, śle­dzi ka­żdy ruch Tri­ni, któ­ra po­sta­no­wi­ła chy­ba wzi­ąć się też za przy­go­to­wa­nie śnia­da­nia. Otwie­ra ku­chen­ne szaf­ki, ale jej gło­śne wes­tchnie­nia świad­czą o tym, że nie znaj­du­je ni­cze­go, co by ją za­do­wo­li­ło.

– Sko­czę do tego skle­pu na dole – mam­ro­cze. – Ash, nie masz w domu żad­ne­go je­dze­nia.

W chwi­li, w któ­rej Tri­ni za­my­ka za sobą drzwi, mój te­le­fon za­czy­na dzwo­nić. Bell oka­zu­je się jed­nak szyb­sza niż ja i pierw­sza po nie­go si­ęga.

– Kto to? – py­tam.

– Two­ja mama.

Po­da­je mi ko­mór­kę. Wa­ham się przez chwi­lę, ale w ko­ńcu od­bie­ram.

– Tak?

– To ja – od­zy­wa się Wil­liam. – Wy­bacz, ale ba­te­ria mi pa­dła…

Opie­ram gło­wę o ścia­nę i przy­my­kam po­wie­ki.

– O co cho­dzi?

– Chcia­łem ci tyl­ko po­wie­dzieć, że już wszyst­ko za­ła­twio­ne. Po­grzeb… – wzdy­cha ci­ężko. – Po­grzeb od­będzie się za dwa dni. Ash… Cho­le­ra, nie wiem, co mó­głbym jesz­cze zro­bić, by ci ulżyć. Po­zwól mi so­bie po­móc. Chcę być przy to­bie.

Na­sta­je ci­sza, któ­rej nie po­tra­fię prze­rwać. Słu­cham, jak Will od­dy­cha ci­ężko, i mo­men­tal­nie do oczu na­pły­wa­ją mi łzy. Nie mam po­jęcia, czy pła­czę nad śmier­cią Ali­ce, czy może nad tym, co wy­da­rzy­ło się wcze­śniej. A może nad wła­snym ży­ciem, któ­re za­czy­nam ro­zu­mieć do­pie­ro te­raz. Dzie­ci­ństwo, do­ra­sta­nie, zwi­ązek z Wil­lia­mem i jego zdra­da. Dziś je­dy­nym pew­nia­kiem w moim ży­ciu są Bell i Tri­ni.

– Jak… – bio­rę głębo­ki od­dech – …jak mama?

– Śpi. Przy­je­cha­ła tu też moja mat­ka. Mam na­dzie­ję, że nie masz nic prze­ciw­ko.

– Nie wiem, Will – przy­zna­ję nie­chęt­nie. – Na­praw­dę nie wiem. Ale chy­ba nie, bo ja nie po­tra­fię być te­raz przy niej. Chcę, ale nie umiem.

Wil­liam wzdy­cha.

– To nie jest two­ja wina, Ash. Ali­ce sama wy­bra­ła dro­gę, któ­rą chcia­ła podążać.

Otwie­ram oczy i zer­kam na Bell. Jej zmarsz­czo­ne czo­ło świad­czy o tym, że nie jest za­do­wo­lo­na z tego, że roz­ma­wiam z Wil­lia­mem, jed­nak mimo wszyst­ko mi nie prze­ry­wa.

– Wiem, że to… cho­le­ra, ro­zu­miem, że nie chcesz mnie wi­dzieć, ale je­stem tu dla cie­bie, ko­cha­nie. I zro­bię wszyst­ko, by ten czas był dla cie­bie… Po pro­stu chcę ci po­móc. To­bie i two­jej ma­mie. Je­stem ci to wi­nien.

Żad­na od­po­wie­dź nie przy­cho­dzi mi do gło­wy. Wil­liam brzmi szcze­rze, ale ja chy­ba nie chcę mu wie­rzyć. I nie chcę mu za­ufać, zwłasz­cza te­raz, gdy je­stem sła­ba.

Do oczu na­pły­wa mi jesz­cze wi­ęcej łez, a Bell, wi­dząc to, na­tych­miast wy­ry­wa mi te­le­fon i przy­kła­da go so­bie do ucha.

– Masz czel­no­ść dzwo­nić do niej po tym wszyst­kim, ty zła­ma­sie?! – war­czy wku­rzo­na. Mogę so­bie tyl­ko wy­obra­zić jego minę. – Wsa­dź so­bie gdzieś tę tro­skę o jej do­bro! Od tego ma mnie i Tri­ni! Chry­ste, je­steś ta­kim ku­ta­sem, Will!

Bell z za­ci­ętą miną słu­cha tego, co mój były ma jej do po­wie­dze­nia. Chy­ba jesz­cze ni­g­dy nie za­mie­ni­li ze sobą aż tylu zdań, co pod­czas tej roz­mo­wy. Za­zwy­czaj w swo­im to­wa­rzy­stwie po pro­stu mil­cze­li albo rzu­ca­li so­bie mało przy­ja­zne spoj­rze­nia.

– Kur­wa, jak ja cię nie­na­wi­dzę! – Roz­łącza się i już po chwi­li na jej twa­rzy po­ja­wia się lek­ki uśmiech. Zda­je się, że ob­rzu­ce­nie ko­goś bło­tem po­pra­wi­ło jej hu­mor. – Wy­bacz, za­wsze chcia­łam mu to po­wie­dzieć.

– Co ta­kie­go?! – woła Tri­ni, któ­ra wła­śnie wcho­dzi do miesz­ka­nia. Ma ze sobą trzy tor­by pe­łne je­dze­nia i z tru­dem uda­je jej się za­mknąć drzwi. – I komu?

– Zła­mas dzwo­nił – in­for­mu­je ją Bell. – Tro­chę mu na­ga­da­łam.

– Tro­chę… – mam­ro­czę pod no­sem, ale żad­na z nich nie zwra­ca na mnie uwa­gi.

Tri­ni wyj­mu­je za­ku­py, a Bell pod­cho­dzi do niej, by po­móc. Mam cho­ler­ne szczęście, że są tu ze mną.

Wie­czo­rem kła­dę się do łó­żka, wcze­śniej po­zbyw­szy się przy­ja­ció­łek z mo­je­go miesz­ka­nia. Ko­cham je, ale dziś po­trze­bu­ję prze­strze­ni, dla­te­go po­pro­si­łam, by prze­no­co­wa­ły u Bell.

Sa­mot­no­ść tej nocy brzmi za­ska­ku­jąco do­brze. Sta­ram się nie my­śleć o ni­czym. Chcę je­dy­nie za­snąć, a rano za­sta­no­wię się, co da­lej.

Gdy nie­mal od­pły­wam, wy­bu­dza mnie dźwi­ęk te­le­fo­nu. Wy­da­je się bar­dziej upo­rczy­wy niż za­zwy­czaj, dla­te­go po­spiesz­nie od­bie­ram.

– Tak? – mam­ro­czę nie­co sen­nie.

Wdech.

Wy­dech.

– Kto mówi?

Co­py­ri­ght © for the text by Luna Ve­le­vit­ka

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

Lesz­no 2026

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja i ko­rek­ta języ­ko­wa:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska

Pro­jekt okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Skład, ła­ma­nie i przy­go­to­wa­nie ebo­oka:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68916-41-6