Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
363 osoby interesują się tą książką
Małżeństwo z rozsądku. Uczucia, których nie da się zaplanować.
Lavender Lang zna zasady świata wielkiego biznesu – chłodną kalkulację i decyzje, które muszą się opłacać. Nie spodziewała się jednak, że sama stanie się częścią jednego z takich układów. Po katastrofie samolotu firma jej rodziców staje na skraju upadku, a jedynym rozwiązaniem okazuje się fuzja z konkurencją. Warunek jest jeden: ślub z Alexandrem Atwoodem.
Dla Alexandra to tylko biznes – układ, który ma uratować dwie potężne firmy i uspokoić media. Przynajmniej tak próbuje to sobie tłumaczyć, bo od początku trudno mu ignorować fakt, że Lavender działa na niego znacznie bardziej, niż zakładał. Wspólny czas, ukryte napięcie i emocje, których nie da się zignorować, sprawiają, coraz trudniej odróżnić to, co zaplanowane, od tego, co prawdziwe.
Kiedy na jaw wychodzą sekrety, które mogą zniszczyć nie tylko ich wizerunek, ale i to, co zaczyna się między nimi rodzić, Lavender i Alexander muszą zdecydować, czy to wciąż tylko biznes… czy coś, o co warto zawalczyć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 526
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska Wydawczyni: Ewelina Czajkowska Redakcja: Dominika Bronk Korekta: Sylwia Zazulak, Małgorzata Denys Projekt okładki i ilustracja: Anna Niemczak
Copyright © 2026 by Ludmiła Skrzydlewska
Copyright © 2026, Niegrzeczne Książki an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie I Białystok 2026 ISBN 978-83-8417-916-1
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Plik przygotował Woblink
woblink.com
Dla Moniki, bo bez Ciebie ta książka by nie powstała. Dziękuję, że jesteś
Musisz z nim zerwać, Lav.
Robię głupią minę, po czym upijam łyk kawy. Odsuwam od siebie talerz z resztką sałatki, bo nagle odechciewa mi się jeść. Być może nie powinnam była opowiadać na przerwie lunchowej, co ostatnio zrobił mój chłopak, ale po prostu musiałam się wygadać, a wiedziałam, że spotkanie z Jasmine i Liamem pozwoli mi spojrzeć na to z dwóch zupełnie różnych perspektyw.
Dokładnie tak, jak się spodziewałam, mój przyjaciel Liam krzywi się na słowa Jasmine.
– Ogólnie się z tobą zgadzam, bo nie lubię tego typa, ale serio? Przez taką głupotę?
Zerkam na Jasmine. Jej długie, proste, ciemne włosy są zebrane w schludny kok – jak zazwyczaj podczas pracy. W przeciwieństwie do mnie jest też ubrana bardzo biurowo, szare spodnie garniturowe i żakiet w tym samym kolorze podkreślają stalowy kolor jej oczu. Jasmine wygląda jak ktoś, kto właśnie wyszedł zza dyrektorskiego biurka w jakiejś dużej korporacji.
Nie to co ja.
Poza tym Jasmine ma głowę na karku, zna swoją wartość i zawsze była tą osobą, która nie pozwalała innym po mnie deptać. Kocham ją za to.
– Głupotę? – powtarza chłodno, z niedowierzaniem. – Naprawdę uważasz, że to głupota, Liam? Zrobiłbyś to samo swojej dziewczynie?
Liam waha się i nie odpowiada, co prawdopodobnie jest mądrym posunięciem. Nie od dzisiaj wie, że lepiej nie zadzierać z Jasmine.
– Przecież nic takiego się nie stało – wtrącam. – Poradziłam sobie sama.
– A jednak uznałaś, że powinnaś nam o tym powiedzieć, więc wyraźnie siedzi ci to w głowie – oponuje dziewczyna, po czym dopija swoją kawę. – I nie powinnaś radzić sobie sama, gdy masz chłopaka nieroba.
– On po prostu szuka pracy – protestuję.
– Od pół roku – wypomina bezlitośnie przyszła najlepsza prawniczka w całym Chicago. Jestem tego pewna. – Od pół roku ten darmozjad spędza więcej czasu u ciebie niż u siebie, bo nie stać go na napełnienie lodówki, a prawdopodobnie także na czynsz, i ty mu na to pozwalasz. A gdy przychodzi co do czego i musi raz ruszyć tyłek z kanapy, żeby odebrać cię z pracy, bo zepsuł ci się samochód i leje deszcz, to stwierdza, że nie ma czasu, bo gra na PlayStation? Żałosne.
Przezornie wolę jej nie mówić, że wielokrotnie pożyczałam Simonowi pieniądze na czynsz i nigdy nie doczekałam się ani centa zwrotu. Jasmine uznałaby, że jestem totalną ofiarą losu.
Może tak jest. Ale po prostu nie potrafiłam nie pomóc, gdy Simon patrzył na mnie z tym błaganiem w oczach.
– Mamy równouprawnienie, tak? – wtrąca nagle Liam. – Niby dlaczego oczekujesz od faceta, że będzie biegł po swoją dziewczynę? Sama nie może sobie poradzić? Chciałyście, żeby traktować was na równi z mężczyznami.
Sądząc po tym, jak zapalają się szare oczy Jasmine, domyślam się, że Liam skończy zaraz pod stołem z widelcem między oczami.
No dobrze, może trochę przesadzam, ale moja przyjaciółka w przeciwieństwie do mnie zdecydowanie wie, jak sobie radzić z innymi. I nie dałaby sobie wejść na głowę nikomu, tym bardziej chłopakowi darmozjadowi.
– Na równi? – prycha z oburzeniem. – Czyli twoim zdaniem pozwalanie facetowi, żeby gnił na kanapie, jest równouprawnieniem?
Liam wzrusza ramionami.
– A kiedy kobiety nie pracowały i były utrzymywane przez swoich facetów, to było dobrze?
Kocham Liama jak brata, ale kiedyś mu przyłożę. I myślę to nawet ja, która normalnie raczej nie miewa morderczych zapędów… a co dopiero Jasmine.
– No, i zazwyczaj wtedy sprzątały domy, gotowały obiady, zajmowały się dziećmi i robiły zakupy – dopowiada złowróżbnie spokojnym tonem. – Które z tych rzeczy dokładnie robi Simon?
Żadne. Moja mina chyba wystarczy za odpowiedź.
– Co więcej – dodaje Jasmine z rozpędu – tak, uważam, że równouprawnienie jest dobre. I gdybyś ty był moim facetem i moknął na stacji L1, bo zepsuł ci się samochód, a ja siedziałabym na dupie w domu, nie mając nic do roboty, to owszem, wsiadłabym w swoje auto i po ciebie przyjechała. A gdybym tego nie zrobiła, byłoby dla mnie całkiem naturalne, że inni będą mnie nazywać darmozjadem.
Cieszę się, że mam ją po swojej stronie. Spotykam się z Simonem od roku i przez pierwszą połowę tego czasu było w miarę dobrze; potem jednak Simon zrezygnował z pracy, bo nikt go w niej nie doceniał, i właściwie zaczął na mnie żerować. Mam jednak tak dobre serce, że nie jestem w stanie pozbyć się chłopaka. Jakaś część mnie ciągle sugeruje, że powinnam mu pomóc z powrotem stanąć na nogi, zamiast go jeszcze bardziej dobijać.
Czy muszę dodawać, że nie przepadam za tą częścią siebie?
Zerkam na ekran telefonu, na którym nie mam żadnej nowej wiadomości od Simona. Odkąd wczoraj napisał, że po mnie nie przyjedzie, bo nie może przerwać rozpoczętej gry, i że przecież nie rozpłynę się na deszczu i sobie poradzę, milczy. Ani słowa na temat zakupów, które chciałby, żebym przywiozła po pracy. Nie mówiąc już o tym, by po prostu zapytał, jak mija mi dzień i czy dobrze się czuję.
Dupek. Chyba naprawdę powinnam z nim zerwać.
– Więc zerwij z nim, bo nie przyjechał do ciebie, gdy zmokłaś – burczy zniecierpliwiony Liam, jakby byli z Simonem najlepszymi przyjaciółmi, chociaż to nieprawda. Kumpel od początku nie znosił mojego chłopaka i twierdził, że prędzej czy później się rozstaniemy. Chyba powinien się raczej cieszyć, że jego proroctwo jest bliskie spełnienia. – Nie zdradził cię, w żaden sposób nie obraził, nie stosuje przemocy ani nic, ale raz po ciebie nie przyjechał, więc pewnie, zostaw go.
Jasmine posyła mu pełne niedowierzania spojrzenie.
– „Nie stosuje przemocy”, serio? Masz tak niskie wymagania wobec własnej płci?
Liam zaczyna wyjaśniać, że nie o to mu chodziło, ale wyłączam się, nie mając ochoty słuchać kolejnej ich kłótni. Ta dwójka nigdy za sobą nie przepadała i dlatego tak rzadko spotykamy się razem. Z Liamem znam się jeszcze z dzieciństwa, bo mieszkaliśmy obok siebie na tej samej ulicy; z kolei Jasmine poznałam na studiach i szybko stałyśmy się nierozłączne. Przez jakieś pięć sekund myślałam nawet, że może ona spiknie się z Liamem, ale nic z tego nie wyszło.
Liam to przystojny chłopak, jeśli ktoś lubi typ kalifornijskiego surfera albo chłopca z sąsiedztwa. Ma modnie obcięte blond włosy, szeroki śnieżnobiały uśmiech i masę mięśni wypracowanych podczas częstych wizyt na siłowni. Jest w tym samym wieku co my – wszyscy mamy po dwadzieścia cztery lata – ale w przeciwieństwie do nas nie skończył jeszcze żadnych studiów i wciąż żyje na garnuszku rodziców. Skacze z kierunku na kierunek, twierdząc, że szuka własnego miejsca i nie chce popełnić żadnego błędu, i korzysta z tego, że jego rodzice to popierają.
Jasmine, która od dawna ciężko pracuje na swoje nazwisko i robi karierę, nie lubi go za to jeszcze bardziej.
Wyłączam się całkiem i przestaję słuchać kłócących się przyjaciół, a po chwili mój telefon rozdzwania się połączeniem. Jestem nieco zaskoczona, gdy widzę numer Simona.
– Cześć, Si – odbieram z głupią nadzieją, że może jakoś przywołaliśmy go myślami i chce przeprosić za to, co wydarzyło się wczoraj. – Co słychać?
– Dlaczego jakiś typ dzwoni do mnie i mówi, że muszę z tobą zerwać, bo bierze z tobą ślub?
Mój mózg gwałtownie hamuje w gonitwie myśli i przez chwilę zupełnie nie wiem, co odpowiedzieć.
Czy to jest jakiś żart?
Moi przyjaciele dalej się kłócą, nie zwracając na mnie uwagi, a Simon krzyczy mi do słuchawki, domagając się wyjaśnień. W końcu udaje mi się wyjść ze stuporu i zadaję pierwsze pytanie, które przychodzi mi do głowy:
– Jaja sobie ze mnie robisz?
Jasmine i Liam milkną i przenoszą wzrok na mnie. Sama skupiam się jednak wyłącznie na moim chłopaku.
– Czy brzmię, jakbym sobie robił jaja? – syczy Simon. – Kim jest ten frajer i dlaczego do mnie wydzwania?!
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz – tłumaczę słabo. – Ktoś musiał ci zrobić głupi kawał.
– A to dziwne, bo wydawał się bardzo dobrze poinformowany – odpowiada z przekąsem. – Wiedział, że dokładasz mi się do czynszu, że szukam pracy i nie mogę jej znaleźć, jak długo z tobą jestem i całą resztę. Wiedział wszystko. O tobie też. Powiedział, że ustalił wszystko z tobą i z twoimi rodzicami i że mam się od ciebie wynosić. Co to, do diabła, znaczy? Spotykasz się z kimś za moimi plecami, suko?
Oszołomienie sprawia, że prawie nie zwracam uwagi na epitet, jakim mnie na koniec obdarzył. Simon rzeczywiście nie brzmi, jakby w którymś momencie żartował, a z kolei to, co mówi, bardzo mi się nie podoba. Zwłaszcza ta wzmianka o moich rodzicach.
Ale to przecież… niemożliwe, prawda? To musi być jakaś głupia pomyłka.
Zanim zdążę coś odpowiedzieć, Jasmine wyrywa mi telefon z ręki i przykłada go sobie do ucha.
– Czy ja dobrze, kurwa, słyszałam? – wypala do słuchawki. – Czy ty właśnie nazwałeś moją kumpelę suką, karaluchu?!
Liam parska śmiechem, a ja zakrywam twarz dłońmi. Jasmine zazwyczaj jest bardzo opanowana, ale czasami wystarczy jedno słowo, żeby ją uruchomić. Najczęściej chodzi o słowa, które w jakiś sposób obrażają kobiety.
Simon próbuje coś powiedzieć, lecz moja przyjaciółka natychmiast mu przerywa.
– Nie chcę słyszeć ani słowa więcej, parszywy gnojku – rzuca. – Nie mam pojęcia, o czym gadasz, ale rzeczywiście będzie lepiej, jeśli zostawisz Lav w spokoju. Wracaj do swojej nory!
Po tych słowach rozłącza się i z zadowoloną miną oddaje mi komórkę. Spoglądam na nią oszołomiona.
– Czy to na pewno było konieczne?
– Sama w życiu byś go nie pogoniła. – Jasmine wzrusza ramionami. – Nie musisz dziękować.
Kręcę z niedowierzaniem głową i nie odpowiadam, bo myśli zajmuje mi już coś całkiem innego. Wątpię wprawdzie, żeby moja przyjaciółka tak łatwo odstraszyła Simona na dobre, ale nie to w tej chwili jest najważniejsze.
Cały czas wracam do tego, co powiedział. Czy ktoś mógł mu zrobić tak idiotyczny żart? Ale kto, zważywszy na to, jak wiele podobno wiedział o Simonie i o mnie?
– O co właściwie chodziło? – pyta z rozbawieniem Liam. – Twój chłopak zadzwonił z pretensjami, bo zorientował się, że obgadujesz go z nami?
– Nie, ja… – waham się, nadal wpatrując się w ekran. – Chyba muszę iść.
Jasmine robi zatroskaną minę.
– Jeśli chodzi o tego gnojka, to nie będę przepraszać, że wyrwałam ci telefon…
– Nie, to w ogóle nie o to chodzi – zapewniam ją pospiesznie, po czym wstaję od stolika. – Muszę po prostu coś sprawdzić. Napiszę do was i może umówimy się na jakieś drinki na wieczór, co?
Moi przyjaciele próbują mnie jeszcze zatrzymać i dopytują, co się dzieje, ale zbywam ich i zapewniam, że to nic takiego i że o wszystkim opowiem im później. Zostawiam pieniądze za mój lunch, po czym wychodzę z knajpki prosto na jedną z najbardziej ruchliwych ulic Chicago.
Żeby wrócić do firmy, muszę przejść zaledwie dwie przecznice, które o tej porze dnia tętnią życiem. Mijam mnóstwo przechodniów, a ulice są zakorkowane jak zwykle. Wokół nas w górę wzbijają się przeszklone wieżowce, a wiatr przynosi wilgotne powietrze znad Chicago River. Jest raptem około siedemdziesięciu stopni, dlatego chętnie wystawiam twarz do słońca. Czerwiec w Chicago wciąż jest nieco chłodny i jak zwykle wietrzny.
W końcu docieram do budynku przy 100 North Riverside Plaza. To tutaj mieszczą się biura firmy należącej do moich rodziców; pracuję tu w dziale PR. Skończyłam studia biznesowe, żeby kiedyś przejąć po nich ten interes, ale ostatnie miesiące okazały się dla nas trudne. Prowadzimy Skyline International, jedną z największych międzynarodowych linii lotniczych w Stanach, lecz po ostatniej katastrofie lotniczej trzy miesiące temu prasa nie była dla nas zbyt łaskawa. Nadal mam w związku z tym mnóstwo roboty, a sytuacja wcale się nie polepsza.
Wchodzę do środka i przechodzę przez bramki, po czym kieruję się do wind, żeby udać się od razu do biura należącego do moich rodziców. Dochodzę do wniosku, że o cokolwiek chodziło w tamtym telefonie do Simona, moi rodzice muszą mieć z tym jakiś związek.
A to bardzo mi się nie podoba.
Naprawdę liczę, że nie wymyślili niczego głupiego.
1 Transport „L” to metro w Chicago (przyp. red.).
Gabinety rodziców mieszczą się na ostatnim piętrze biurowca, którego przestrzeń dzielimy z główną siedzibą Boeinga.
Nie bywam tam zbyt często, bo sama pracuję w zupełnie innym miejscu, jednak mimo to wszyscy mnie tam znają. W końcu jestem jedyną córką moich rodziców, założycieli całej firmy i jedynych właścicieli. Trudno, żeby mnie tu nie kojarzono.
Kiedy dwa lata temu zaczęłam pracę w Skyline International, bardzo chciałam wyrobić sobie pozycję, a nie jedynie polegać na nazwisku. Dlatego właśnie zatrudniłam się tam, gdzie akurat był wakat – w dziale PR. Teraz, po dwóch latach, praktycznie go prowadzę, i nie uważam, żeby była to zasługa nepotyzmu. Po prostu okazałam się dobra w tym, co robię, nawet jeśli sporo osób we mnie wątpiło.
Przeglądam się w lustrze w jadącej na górę windzie i dochodzę do wniosku, że właściwie nie dziwię się tym opiniom. Wyglądam raczej jak młodsza siostra Sabriny Carpenter, a nie szefowa działu PR w poważnej korporacji; z moimi długimi blond włosami, mizernym wzrostem, twarzą dziewczyny z sąsiedztwa i kolorowym stylem ubierania się zdecydowanie tutaj nie pasuję. Zazwyczaj staram się schodzić ludziom z drogi i unikać konfrontacji, jeśli to tylko możliwe, co również nie przysparza mi reputacji lwicy biznesu. Jednak to dzięki mnie statek zwany Skyline International nie zatonął po katastrofie lotniczej, w której zginęło ponad dwieście osób przebywających na pokładzie jednego z naszych samolotów rejsowych. To ja trzymałam wtedy w ryzach dział PR i kontrolowałam wszystkie wychodzące na zewnątrz komunikaty. Można było oczywiście zrobić dużo więcej, o ile tylko dostałabym na to pozwolenie, ale gdyby nie mój dział, mogłoby być dużo gorzej.
Przynajmniej tak sobie powtarzam, bo moi rodzice nie są zbyt chętni do przyznania mi jakichkolwiek zasług.
Docieram w końcu na odpowiednie piętro; rozciąga się stąd piękny widok na Chicago River i całe nadbrzeże. Mimo wszystko prawie nie zwracam na niego uwagi, gdy korytarzem dążę do gabinetu rodziców. Pomieszczenie jest podwójne, narożne, ze ścianą, którą mogą w razie potrzeby podnieść i dzięki temu się od siebie odgrodzić – zazwyczaj jednak pracują razem, bo do tego przyzwyczaili się przez lata. Oni od zawsze żyli tą pracą. Jako dziecko bardzo rzadko ich widywałam, a wychowywała mnie armia opiekunek.
– Cześć, Marge. – Uśmiecham się w napięciu do asystentki taty, zatrzymując się przy jej biurku, i zerkam w stronę drzwi. – Mogę wejść?
– Są sami, na pewno nie będą mieli nic przeciwko. – Marge obdarza mnie zachęcającym uśmiechem. Zawsze ją lubiłam. – Wszystko w porządku, Lav?
– Tak, jasne. – Zerkam na zdjęcie umieszczone na jej biurku, na którym dziewczyna pozuje ze swoją siedmioletnią córką, i chociaż wiem, że robię wszystko, żeby odwlec nieuniknione, i tak się odzywam: – Jak poszedł ostatni recital Millie?
– Och, super. Była zachwycona. – Asystentka taty się rozpromienia. – Uważa, że znalazła karierę dla siebie i nie zamierza robić już niczego innego. Mam nadzieję, że nie zrezygnuje równie szybko co poprzednimi razami.
Śmieję się i wypytuję ją jeszcze przez chwilę o córkę, która rzeczywiście bardzo szybko zmienia hobby – w każde angażuje się całym sercem, by następnie równie szybko porzucić je na rzecz kolejnego – po czym żegnam się z nią i ruszam w końcu w kierunku gabinetu rodziców. Przez całą drogę powtarzam sobie, że to nic takiego; to tylko głupie żarty, prawda? Nikt tak naprawdę nie mógł dzwonić do Simona, żeby…
Nie. To naprawdę nie ma sensu.
Ale i tak muszę ich o to zapytać.
Pukam do drzwi, a potem wchodzę do znajomego gabinetu; po jego dwóch stronach stoją dwa biurka, przy których siedzą moi rodzice. Oboje na mój widok odrywają się od pracy, ale nie wyglądają na zachwyconych moim widokiem.
Tata ma obecnie pięćdziesiąt dziewięć lat; mama jest od niego o dziesięć lat młodsza. Oboje są niedorzecznie atrakcyjni i zupełnie do mnie niepodobni. Mama to wysoka i smukła blondynka, a jedyne, co nas łączy, to ciemny odcień włosów oraz kolor oczu – obie mamy chłodne, niebieskie tęczówki. Tata nadal trzyma formę, jest równie wysoki co ona i dobrze zbudowany, a garnitury leżą na nim jak druga skóra. Włosy i broda w kolorze soli i pieprzu co prawda dodają mu wieku, ale on zdaje się zupełnie tym nie przejmować.
Rodzice przez lata mieli lepsze i gorsze okresy, prawie rozwodzili się ze dwa czy trzy razy; zawsze jednak do siebie wracali, nie tylko dlatego, że prowadzą razem firmę, lecz przede wszystkim dlatego, że nie potrafią bez siebie żyć. Są ze sobą równie szczęśliwi co toksyczni. Najwięcej spokoju przyniosło mi zdystansowanie się od nich, gdy poszłam na studia, wyprowadzenie z domu i skorzystanie z odrobiny terapii.
Mimo to nadal nie czuję się zbyt dobrze, gdy zaczynają się w mojej obecności kłócić albo wręcz przeciwnie – gdy tworzą wspólny front przeciwko mnie. Tak jak – mam takie dziwne przeczucie – zrobią to za chwilę.
– Lav, dobrze, że już wróciłaś z lunchu, kochanie – odzywa się mama, wstając od swojego biurka, i przechodzi do ojca, jakby musiała być obok niego, gdy zacznie ze mną tę rozmowę. – Chcieliśmy z tobą porozmawiać.
Wchodzę głębiej i zatrzymuję się przed biurkiem taty, ignorując znajdujące się tam krzesło dla petentów.
– Simon zadzwonił do mnie i powiedział, że ktoś kazał mu się ode mnie wynosić – mówię, starając się zachować spokój. – Wiecie coś na ten temat?
Rodzice wymieniają spojrzenia i wszystko staje się jasne. Doskonale wiedzą, o co chodzi, co sprawia, że w moim wnętrzu wybucha panika.
Dawno temu dałam im do zrozumienia, że mamy dwudziesty pierwszy wiek, a nie dziewiętnasty, w związku z czym nie pozwolę im ustawiać mojego życia uczuciowego. Przez jakiś czas próbowali zapraszać mnie na randki z synami różnych swoich partnerów biznesowych, ale szybko dali za wygraną i zrozumieli, że nic z tego nie będzie. Więc skoro teraz jakiś mężczyzna miał czelność dzwonić do Simona i twierdzić, że biorę z nim ślub, to musi to być coś poważnego. Coś poważniejszego niż ich kolejna próba swatania.
Naprawdę mi się to nie podoba.
– Właśnie dlatego chcieliśmy z tobą porozmawiać – oznajmia mama spokojnie. – Podjęliśmy pewne… decyzje. Dotyczą one także ciebie, więc nie chcieliśmy cię zostawiać w nieświadomości.
Krzywię się.
– Byłoby miło, zwłaszcza że jakimś cudem najwyraźniej te decyzje obejmują także moje rzekome zamążpójście.
– Prosiliśmy go, żeby nie załatwiał tego ani z tobą, ani Simonem. – Mama robi zdegustowaną minę.
Kogo prosili?!
– O czym wy mówicie…
– Postanowiliśmy przejść na emeryturę – przerywa mi ojciec. – Prowadzenie tej firmy w ostatnich miesiącach bardzo źle wpłynęło na nas psychicznie i doszliśmy do wniosku, że to odpowiedni moment. Przepracowaliśmy swoje, a teraz pora cieszyć się owocami tej pracy.
Przez chwilę gapię się na nich bez słowa, bo to po prostu niedorzeczne. Chcą oddać w czyjeś ręce firmę, której poświęcili całe życie, bo kilka miesięcy psychicznie ich wykończyło? Akurat w takim momencie?
– To nie jest dobra chwila na takie zmiany – protestuję nieco desperacko. – Nasza pozycja wciąż jest zagrożona po katastrofie SI212 i zmiany w zarządzie w żaden sposób nam nie pomogą. Weźcie urlop, jeśli potrzebujecie…
– Nie rozumiesz, Lav. – Ojciec znów wchodzi mi w słowo. – Decyzja już zapadła. I uwierz mi, wcale nie chcieliśmy jej podejmować, ale nie mieliśmy innego wyjścia. Sytuacja po tamtej katastrofie jest gorsza, niż przypuszczasz.
Okej, jednak nie wytrzymam na stojąco. Przysuwam sobie krzesło i siadam, podczas gdy tata milczy przez chwilę, jakby zbierał siły, żeby mi wszystko powiedzieć. Z jakiegoś powodu trzęsą mi się kolana; wiem, że chociaż jeszcze nie jest to takie oczywiste, to moje życie za chwilę się zmieni.
Obawiam się tylko, czy nie na gorsze.
– Problemy z wizerunkiem firmy to jedno – mówi w końcu ojciec. – Dział PR dobrze sobie z tym radzi, ale mimo wszystko notujemy spadek wartości naszych akcji. Straciliśmy zaufanie społeczne do Skyline International.
– Niestety nie jest to jedyny problem – wtrąca mama. – Podczas gdy wartość firmy leci w dół, poszukiwania czarnych skrzynek drenują nasze rezerwy finansowe. Nie masz pojęcia, ile kosztują prace na Oceanie Atlantyckim. Wynajęcie floty, ludzi, sprzętu. To ogromne pieniądze za akcję, na którą nas w tej chwili po prostu nie stać.
Krew odpływa mi z twarzy. Po ich minach domyślam się, że sytuacja naprawdę jest poważna, nawet jeśli do tej pory nie miałam o tym pojęcia. W końcu zajmuję się PR, nie finansami. Mogłam o tym nie wiedzieć.
Trzy miesiące temu jeden z naszych rejsowych samolotów, SI212, runął do oceanu w drodze z Chicago do Paryża. Nastąpiło to gdzieś w miejscu pomiędzy zasięgiem radarów różnych państw, przez co nigdy nie poznaliśmy dokładnej ostatniej lokalizacji maszyny. Przez ostatnie miesiące nasze linie lotnicze w koordynacji ze służbami ratowniczymi różnych państw, głównie USA, prowadziły poszukiwania na oceanie, ale poza nielicznymi szczątkami nie udało nam się odnaleźć zbyt wiele. Natomiast brak czarnych skrzynek sprawia, że nikt nie jest w stanie określić nawet przyczyn katastrofy, przez co negatywny PR dostaje się zarówno liniom lotniczym, jak i producentowi samolotu. W mediach czytałam już praktycznie wszystkie możliwe teorie spiskowe – włącznie z podłożeniem bomby na pokładzie.
Przeszukano jakieś dwanaście tysięcy mil morskich kwadratowych terenu. Zdaję sobie sprawę, że to musiało kosztować krocie, ale nie sądziłam, że aż tak nadszarpnęło finanse firmy.
– I to według was powód, żeby przejść na emeryturę? – pytam po chwili z niedowierzaniem.
Mama ze smutkiem kręci głową.
– Nie masz pojęcia, jak bardzo jest źle, Lav – odpowiada łagodnie. – Jeśli w tej chwili nie podejmiemy żadnych kroków, za kilka miesięcy Skyline International przestanie istnieć. Nie chcę ogłaszać bankructwa. Nie po tylu latach nieposzlakowanej opinii, nie przez jedną katastrofę.
Marszczę brwi.
– A jak ma pomóc wasze przejście na emeryturę?
– Postanowiliśmy zgodzić się na połączenie spółek – oznajmia ojciec. – Mamy kogoś chętnego, kto przejmie rolę CEO. Skyline International połączy się z innymi liniami lotniczymi, dzięki czemu unikniemy dalszych problemów finansowych, a zaufanie społeczne do tej drugiej spółki pomoże w uratowaniu naszej. My przejdziemy na emeryturę, a ty dostaniesz wszystkie nasze udziały w Skyline International.
Zaraz. Co takiego?!
– Chcecie ze mnie zrobić współwłaścicielkę połączonych spółek? – pytam nie swoim głosem.
– Będziesz miała udziały – powtarza tata. – Nie będziesz musiała pracować. Wyjdziesz za mąż za nowego CEO, dzięki czemu przedstawimy całe połączenie spółek jako połączenie naszych rodzin, zamiast wspominać o problemach finansowych. Dzięki temu nasze kłopoty w ogóle nie będą musiały wyjść na jaw.
Jest. Wreszcie. Ta część ich planu, której obawiałam się najbardziej.
Miałabym wyjść za mąż, żeby dostać akcje Skyline International?! Co jest z nimi nie tak?!
– Nie chcę wychodzić za mąż za jakiegoś typa, którego w ogóle nie znam – protestuję stanowczo. – Co wam w ogóle przyszło do głowy? Możecie zgodzić się na połączenie spółek bez małżeństwa!
– Ale wtedy będziemy musieli wyjaśnić, że robimy to ze względu na nasze kłopoty finansowe – wzdycha mama. – A tego nie chcemy. Nikt nie może wiedzieć, jakie problemy przez tamtą katastrofę ma Skyline International. Więc nie, Lav. Jeśli chcesz dostać nasze udziały, zgodzisz się na cały ten plan. Przekonacie opinię publiczną, że połączenie spółek wynika z połączenia rodzin, a to z kolei jest efektem waszej wielkiej miłości. Dlatego musisz pozbyć się tego twojego chłopaka nieroba i publicznie pokazać się z nowym narzeczonym.
Oni chyba oszaleli.
– I kto niby miałby być tym narzeczonym? – dopytuję.
Rodzice znowu wymieniają spojrzenia, a potem matka rzuca:
– Alexander Atwood, właściciel Atlantic Arrow. Już wyraził chęć poślubienia cię.
Och. Oczywiście, że tak.
Przecież ten zimny kawał lodu na pewno ma w dupie, kto właściwie zostanie jego żoną.
Atwood? Oszaleliście? – prycham z niedowierzaniem. – Przecież ten facet jest stary!
Mama marszczy brwi.
– Wcale nie jest taki stary. Nie przesadzaj.
– Ma ze czterdzieści lat! – podnoszę głos. – Jest stary!
– Właściwie to trzydzieści sześć – poprawia spokojnie. – Jest tylko o dwanaście lat starszy od ciebie. Mnie i twojego ojca dzieli prawie tyle samo i stworzyliśmy bardzo udane małżeństwo.
Być może dlatego, że nikt ich do niego nie zmuszał?
– To niedorzeczne – upieram się. – Alexander Atwood nawet mnie nie lubi. Za każdym razem, kiedy widziałam go na jakiejś oficjalnej imprezie, gapił się na mnie tak, jakby chciał mnie pozbawić głowy. Niemożliwe, żeby zgodził się na ślub. Na pewno chce położyć łapy na waszej firmie, w to jestem w stanie uwierzyć, ale nie w całą resztę.
Robi mi się niedobrze, gdy przypominam sobie spojrzenia Alexandra. Kilkukrotnie widziałam go podczas kretyńskich gali, na które zaciągali mnie rodzice. Nie wiem, czy zamieniłam z nim przez całe życie choćby ze dwa zdania, a mimo to wyrył się w mojej pamięci bardzo dokładnie. Od dawna zastanawiałam się, dlaczego właściwie ten facet mnie nie lubi – bo tak jest, to mogłam rozpoznać po jego wzroku bez pudła.
Nigdy się tego nie dowiedziałam.
A teraz miałabym wyjść za niego za mąż? Żeby zachować moją część udziałów w firmie? Co za absurdalny pomysł.
– Alexander nie miał żadnych obiekcji – odpowiada tata spokojnie. – Zgodził się na wszystko.
Oczywiście, że tak. Bo pewnie cały ten koncept małżeństwa nic dla niego nie znaczy albo to pretekst, żeby mnie torturować.
– Ale po co wam w ogóle to małżeństwo? – pytam desperacko. – Nie rozumiecie, że ja wcale nie chcę wychodzić za mąż za tego typa?
– Nikt cię do tego nie zmusi – zapewnia mama uspokajająco. – Jeśli nie chcesz dostać naszych udziałów w firmie, to oczywiście możesz zrezygnować. My przejdziemy na emeryturę, a całość majątku przypadnie Alexandrowi. Jeśli jednak chcesz po nas dziedziczyć, weźmiesz z nim ślub. Ty dostaniesz udziały, a on się o ciebie zatroszczy. Zrozum, Lav, że próbujemy w ten sposób zabezpieczyć cię na przyszłość.
No tak. jasne. A ja powinnam się tak po prostu zgodzić, jak na potulną, grzeczną Lavender Lang przystało.
Na samą myśl o tym robi mi się niedobrze.
– To małżeństwo ma być przykrywką – dodaje ojciec. – Jak umówicie się między sobą, to już nas nie obchodzi. Równie dobrze możecie się pobrać, a za jakiś czas, kiedy sytuacja na rynku się uspokoi, wziąć rozwód. Chodzi tylko o to, żeby media nie podłapały, że fuzja jest wynikiem problemów finansowych. Wolimy, żeby złapały przynętę, że chodzi o wielką miłość i inne takie bzdety.
„I inne takie bzdety”. Nic dziwnego, że ojciec tak chętnie mną kupczy, skoro tak mało go obchodzi moje życie uczuciowe.
– Chociaż oczywiście byłoby lepiej dla was, gdyby okazało się prawdziwe – wtrąca mama łagodnie. – Zasługujesz, żeby ktoś o ciebie zadbał, kochanie. Alexander może być tym człowiekiem.
Ha, ha. Dobre sobie. Świetny żart, mamo.
Pomijając już fakt, że wolałabym sama się o siebie troszczyć, to Alexander Atwood byłby ostatnim facetem, którego podejrzewałabym o takie intencje. Przecież ten mężczyzna patrzy na mnie tak, jakby był zniesmaczony, że musi oddychać tym samym powietrzem co ja.
Cóż, najwyraźniej jest też masochistą.
Albo aż tak zależy mu na majątku moich rodziców.
Atlantic Arrow, firma Alexandra, to nasza największa konkurencja. Mają dużo krótszy staż niż Skyline International; Alexander założył je jakieś dziesięć lat temu, ale przez ten czas rozwinęły się bardzo dynamicznie i zyskały równie dobrą pozycję na rynku co nasza firma z dłuższymi tradycjami. Ich siedziba również mieści się w Chicago, więc dla Alexandra fuzja ze Skyline International to z pewnością nie lada gratka. Dzięki niej mógłby zyskać praktycznie wyłączność na całym Środkowym Zachodzie.
Katastrofa SI212 to dla niego z pewnością wcześniejszy prezent świąteczny. Ciekawe, kto w ogóle wyszedł z pomysłem tej fuzji? Rodzice czy może ten typ, który jak rekin wyczuł krew w wodzie?
– Nie chcę wychodzić za mąż za Alexandra Atwooda – upieram się.
Ojciec tylko wzrusza ramionami.
– Twój wybór, kochanie. Ale w takiej sytuacji zostaniesz z niczym, kiedy fuzja dojdzie do skutku.
Nie. To się nie może dziać naprawdę. To jakiś głupi, podły żart albo koszmar, prawda? To musi być koszmar.
Przecież moi rodzice by mi tego mimo wszystko nie zrobili, tak?
– Naprawdę? – pytam z niedowierzaniem. – Zostawilibyście mnie z niczym? Waszą jedyną córkę?
Tata wzrusza ramionami.
– Przecież i tak nigdy nie zależało ci na tej firmie, kochanie.
Według kogo?!
– „Nie zależało mi”? – powtarzam ze złością. – Skończyłam studia biznesowe, żeby tutaj pracować. Siedzę w dziale PR od dwóch lat, próbując przebić się wyżej od najniższego stanowiska. O czym to świadczy, jeśli nie o tym, że mi zależy? Zawsze chciałam przejąć po was firmę, więc dlaczego nagle zachowujecie się, jakby było inaczej?
Nienawidzę, kiedy rodzice znowu wymieniają spojrzenia. Jakby porozumiewali się między sobą bez słów, w dodatku w taki sposób, jakbym właśnie potwierdzała ich przypuszczenia. Mam ochotę krzyczeć, ale wiem, że przy ich spokojnym podejściu do całej sprawy wyszłabym na tę niezrównoważoną i nieracjonalną.
Nawet jeśli to oni mają względem mnie jakieś nieracjonalne wymagania.
– Wiemy, że chcesz nas w ten sposób zadowolić, Lav – przyznaje mama. – Ale znamy cię i wiemy, że bardziej uszczęśliwiłaby cię inna kariera. Dlatego dajemy ci tę możliwość. Nie musisz dłużej pracować w Skyline International, niepotrzebnie się stresować i wszystkim martwić. Dostaniesz pieniądze z udziałów w firmie, Alexander się tobą zajmie, a ty będziesz mogła rozwijać się w innych dziedzinach, na przykład artystycznych. Tak, jak zawsze miało być.
Oczywiście. Bo przecież mała Lavender Lang nie poradzi sobie w pracy z rekinami biznesu, prawda?
Moja matka zawsze uważała, że powinnam być trophy wife. Siedzieć w domu, ewentualnie zająć się pracą charytatywną albo czymkolwiek innym, co nie przysporzy mi stresu. Pozwolić się rozpieszczać jakiemuś facetowi, który odwali za mnie całą robotę. Może to powinno być dziwne, zważywszy na to, że sama pracuje w Skyline International, odkąd wyszła za mąż za tatę, ale ona po prostu nigdy nie widziała we mnie siebie. Dawno temu zrezygnowała z prób upodobnienia mnie do niej i zdecydowała, że jest mi pisana inna ścieżka. A jeśli uparcie staram się iść w jej ślady, to uważa, że robię to wbrew sobie, żeby im w ten sposób zaimponować.
Moi rodzice nigdy tak naprawdę nie traktowali mnie poważnie.
– Nie chcę, żeby Alexander się mną zajmował – powtarzam uparcie. – Wolę sama wybrać sobie męża.
– Tak jak chłopaka? – Ojciec krzywi się ze zdegustowaniem. – Jak tego bezrobotnego lenia, którego obecnie utrzymujesz?
No dobrze, biorąc pod uwagę aktualny status Simona, rozumiem, że rodzice nie mogą mieć zbyt dobrego zdania o moim guście, ale znalezienie mi innego męża to chyba dosyć radykalne rozwiązanie.
– To dlatego Atwood zadzwonił do Simona i kazał mu się wynosić? – prycham.
Mama posyła mi przepraszające spojrzenie.
– Prosiliśmy go, żeby tego nie robił. Obiecaliśmy, że sama się nim zajmiesz. Zrobił to za naszymi plecami, przysięgam, Lav.
Oczywiście, że jej wierzę. Bo to zapewne nie pierwszy ani nie ostatni raz, kiedy ich rzekomy nowy wspólnik w interesach zrobi coś bez ich wiedzy. Mam absolutnie zero zaufania do Alexandra Atwooda.
Szkoda, że nikt nie pytał mnie o zdanie.
– Tak jak wy za moimi plecami sprzedaliście mnie razem z firmą? – dopowiadam uprzejmie.
Mama wzdycha, jakbym była nieracjonalnym dzieckiem, które nie rozumie decyzji podejmowanych dla jego dobra przez rodziców.
– Nikogo nie sprzedaliśmy – protestuje łagodnie. – Sama musisz podjąć tę decyzję. Ale wiem, że masz wystarczająco rozsądku, żeby podjąć tę właściwą, bo w końcu jesteś naszą córką, Lav.
Och, oczywiście.
Wstaję z krzesła i po prostu wychodzę, nie zaszczycając jej odpowiedzią na tę ostatnią uwagę i nie zwracając uwagi na to, że oboje mnie wołają. Już na korytarzu Marge dopytuje, czy wszystko w porządku, ale ignoruję ją, bo nie jestem w stanie teraz o tym rozmawiać bez krzyków czy płaczu.
Rodzice chcą oddać firmę jakiemuś obcemu typowi, bo pierwszy raz od lat napotykamy kłopoty finansowe i problemy z wizerunkiem. Zamiast szukać rozwiązań, oni po prostu chcą się wycofać.
Jak robot idę przed siebie korytarzem, chcąc jedynie dotrzeć do windy. Po drodze dochodzę do wniosku, że właściwie ich nie winię. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby wycofali się z aktywnego zarządzania firmą i zostali w zarządzie, bo lata pracy w Skyline International z pewnością ich wykończyły. Ale to? Fuzja z kimś kompletnie obcym i grożenie mi, że jeśli go nie poślubię, to oddadzą mu firmę?
To po prostu niedorzeczne. A Alexander Atwood jest gnojkiem, skoro zgodził się na taki układ.
Kiedy winda w końcu przyjeżdża, początkowo chcę zjechać na swoje piętro, na którym mieści się dział PR, ale po namyśle zamiast tego klikam jeden. Na szczęście jestem w środku sama, więc przez chwilę nie muszę kontrolować wyrazu twarzy. Krzywię się, jednak nie pozwalam łzom popłynąć, bo będę mimo wszystko musiała wyglądać dzisiaj jak człowiek. Zwłaszcza że zamierzam za chwilę odbyć jeszcze jedną trudną rozmowę.
Wyciągam telefon i wrzucam w Google Atlantic Arrow. Główna siedziba firmy mieści się w Aon Center, przy 200 East Randolph Street. To jakaś mila drogi z mojego miejsca pracy, ale postanawiam mimo szpilek przejść ją pieszo, żeby mieć czas, by się nieco uspokoić. Popołudniowy ruch sprzyja anonimowości i pozwala mi nieco odetchnąć. Lubię zgiełk Loop, zwłaszcza że spędziłam tu połowę mojego życia i przyzwyczaiłam się do tej okolicy.
Ruszam przed siebie w stronę Washington Street, by następnie skręcić w North State Street. Już z daleka dostrzegam strzelisty budynek Aon Center. To jeden z najwyższych wieżowców w Chicago, ma ponad osiemdziesiąt pięter i podobno piękne widoki na jezioro Michigan. Pewna nie jestem, bo nigdy nie byłam w środku, ale to zaraz ma się zmienić.
Oczywiście, że biura Atlantic Arrow muszą znajdować się właśnie w takim miejscu.
Na chwilę zatrzymuję się przed samym wejściem do budynku i rozglądam dookoła. Otaczają mnie przeszklone wieżowce i mnóstwo betonu; wyjątkowo ta okolica nie wydaje mi się przyjemnie znajoma. Mija mnie sporo osób w korporacyjnych ciuchach, które przyglądają mi się tak, jakbym urwała się z choinki. W mojej różowej sukience do kolan trochę rzeczywiście się tak czuję, ale nie przejmowałabym się tak bardzo, gdyby nie fakt, że zupełnie bez planu postanowiłam odwiedzić mężczyznę, który zgodził się mnie poślubić, żeby dostać firmę moich rodziców.
Co ja właściwie zamierzam mu powiedzieć? Rozpłaczę się i poproszę go, żeby nie przyjmował oferty? Przecież mnie wyśmieje.
Nie wycofuję się jednak, tylko po dłuższej chwili wahania wchodzę w końcu do środka. Obszerny, wykończony marmurami hol oczywiście ma skanery, więc bez przepustki nie przejdę dalej. Zamiast tego zwracam się do ochroniarzy siedzących w recepcji, a ci niechętnie kontaktują się z asystentką CEO Atlantic Arrow.
Czekam przez chwilę, podczas gdy jeden z mężczyzn rozmawia przez telefon; robi mi się niedobrze ze zdenerwowania i sama nie wiem, czy wolałabym, żeby wpuszczono mnie na górę, czy żeby mi tego odmówiono. Podałam swoje nazwisko, więc asystentka CEO z pewnością przekazała swojemu szefowi, kto do niego przyszedł. On wie.
I co zamierza z tym dalej zrobić?
– Może pani wejść – oznajmia ochroniarz, odłożywszy słuchawkę. – Ostatnią windą na najwyższe piętro.
Och.
Dziękuję im, kiwam głową i przechodzę przez bramki, a potem wzywam dla siebie odpowiednią windę. Kiedy wsiadam do środka i klikam przycisk najwyższego piętra, dochodzę do wniosku, że chyba wolałabym, gdyby Alexander Atwood mnie do siebie nie wpuścił.
Teraz już jednak za późno, by się wycofać.
Jedynym biurem, które znajduje się na ostatnim piętrze Aon Center, jest to należące do Alexandra Atwooda, właściciela i CEO Atlantic Arrow.
Orientuję się w tym od razu po wyjściu z windy. Nie ma tutaj typowego open space’u jak w innych biurach – dostępu do dalszej części piętra broni asystentka, zauważam tu jedynie recepcję i ogromną, przestronną część podzieloną na strefy. W oddali widzę między innymi wygodną kuchnię i kanapy ustawione tak, by mogła na nich usiąść i rozmawiać duża grupa ludzi. Głównie skupiam się jednak na asystentce, która posyła mi zaciekawione spojrzenie, gdy tylko pojawiam się przed jej biurkiem.
Jest mniej więcej w moim wieku i posyła mi naprawdę uroczy uśmiech. Bardzo ładna, o ciemnobrązowych włosach spiętych w wysoki kucyk, ma pewną mało korporacyjną cechę: kolczyk w nosie. Po chwili orientuję się także, że żuje gumę, a kiedy wstaje, żeby podać mi dłoń, dochodzę do wniosku, że już ją lubię.
– Lavender, tak? – rzuca. – Cześć, mam na imię Violet. Jestem asystentką prezesa i bardzo ciekawi mnie, kim jesteś, że kazał cię natychmiast wpuścić na górę, chociaż wcześniej mówił, że nikt ma mu nie przeszkadzać przez całe popołudnie.
Z trudem tłumię uśmiech. Dziewczyna ma paznokcie pomalowane na czarno, ale gdzieniegdzie lakier zdążył już odprysnąć. Moi rodzice prędzej by się powiesili, niż zatrudnili kogoś takiego jako swoją asystentkę.
Wątpię, żebym dogadała się z jej szefem, ale może przynajmniej z nią mi się uda.
– Cześć, tak, Lavender to ja – odpowiadam. – Niestety nie jestem nikim ważnym.
Dziewczyna mruży szare oczy.
– Jakoś wątpię – odpowiada, a ja zastanawiam się, czy naprawdę nie skojarzyła mojego nazwiska z rodzicami i Skyline International. – Alex nie miewa tu takich gości jak ty. Zazwyczaj tylko dyrektorzy i inne grube ryby. Nudziarstwo. Jesteś pierwszą ciekawą osobą, którą tu widzę, odkąd się zatrudniłam.
„Alex”? Asystentka mówi do swojego szefa po imieniu?
– Vi, na litość boską – dobiega nagle gdzieś zza moich pleców niski męski głos. – Zostaw tę biedną dziewczynę w spokoju i daj jej przejść do mojego gabinetu.
Violet zerka gdzieś ponad moim ramieniem i robi głupią minę, czym jeszcze bardziej mnie zaskakuje. Naprawdę nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek w Skyline International zachowywał się w ten sposób wobec swoich przełożonych.
Odwracam się, bo domyślam się już, kto znajduje się za mną, ale i tak powietrze ucieka mi z płuc na widok Alexandra Atwooda. Kroczy ku nam z dłońmi włożonymi nonszalancko w kieszenie garniturowych spodni, obdarzając mnie tak lodowatym spojrzeniem, że aż odruchowo się wzdrygam.
Może nie byłam do końca sprawiedliwa, nazywając go starym, bo nawet jeśli ma trzydzieści sześć lat, to wcale na tyle nie wygląda. Wygląda… naprawdę dobrze. A przez „naprawdę dobrze” mam na myśli ekscytująco przystojnie.
Jest wysoki, dobrze zbudowany i nosi garnitury w taki sposób, jakby się w jednym z nich urodził. Ciemnoszary, który obecnie ma na sobie, układa się na nim tak doskonale, że to niemożliwe, by nie był szyty na miarę. Nic w tym zresztą dziwnego, bo nie wiem, czy normalnie znalazłby w sklepie taki, który pasowałby na jego szerokie ramiona i wąskie biodra równocześnie.
Spoglądam prosto w jego szarozielone, chłodne oczy; nie widzę w nich zaskoczenia moją obecnością w jego biurze, i to raczej nie tylko dlatego, że zostałam zaanonsowana. On z pewnością spodziewał się, że w końcu do niego przyjdę. Po rozmowie z rodzicami albo… Simonem. Jego gładko ogolona twarz o ostrych, zdecydowanych rysach nie wyraża ani odrobiny emocji, gdy mężczyzna wskazuje mi drzwi do zamkniętej części swojego gabinetu. Potem tą samą dłonią przeczesuje czarne włosy i z przykrością muszę stwierdzić, że efekt jest jeszcze lepszy, niż gdyby się uczesał. Wcale nie wygląda na rozczochranego.
I mówi do swojej asystentki „Vi”. Ta dwójka ma zdecydowanie bliższą relację niż służbowa.
Co w ogóle nie powinno mnie obchodzić, prawda? Nic mnie z tym typem nie łączy. W domu czeka na mnie mój chłopak, o ile jeszcze się nie wyniósł, tak jak kazał mu Atwood.
– Lavender. – Alexander wypowiada moje imię tak, jakby było przekleństwem, które rani go w usta. – Zapraszam.
Ruszam, posyłając Violet ostatni uśmiech. Ta odpowiada mi kciukiem w górę, przez co nie mogę jej nie lubić, nawet jeśli sypia z mężczyzną, który podobno chce zostać moim mężem. Nie, żeby mnie to obchodziło… ale w końcu to trochę dziwna relacja, nie?
Nie moja sprawa.
W gabinecie zyskujemy odrobinę prywatności. Alexander zamyka za nami drzwi, a ja rozglądam się dookoła. Podłoga jest tu wykonana z prawdziwego ciemnobrązowego drewna, a wysokie od niej do sufitu okna zapewniają widok na jezioro Michigan. Sufit jest czarny, ale wcale nie przytłacza, raczej dobrze się komponuje z brązowymi meblami, w tym ogromnym biurkiem stojącym przed jedną ze ścian i ogromnym regałem za nim. Znajdują się tutaj także wyglądające na wygodne brązowe fotele i sofa i tam zaprasza mnie Alexander. Całość przypomina typową męską jaskinię.
Zanim usiądę, staję przed Atwoodem i zmuszam się do uśmiechu, po czym wyciągam w jego kierunku rękę.
– Wydaje mi się, że nigdy się sobie oficjalnie nie przedstawiliśmy – mówię. – Jestem Lavender Lang.
Patrzy na moją dłoń tak, jakby była jadowitym wężem, a potem tak po prostu wymija mnie, żeby usiąść w jednym z foteli. Uśmiech natychmiast znika mi z ust. Jeśli potrzebowałam potwierdzenia, to proszę bardzo – ten facet naprawdę mnie nie znosi.
– Wiem, kim jesteś – rzuca, rozsiadając się w fotelu. – A ty wiesz, kim ja jestem. Darujmy sobie te gierki.
Gryzę się w język, zanim powiem coś pochopnego. W porządku. Nie chcę go z miejsca antagonizować, bo będę potrzebowała jego współpracy, więc po prostu zapominam o tym incydencie i siadam naprzeciwko. Kiedy jego spojrzenie wędruje do moich nóg, odruchowo obciągam sukienkę, która wcale nie jest za krótka.
– Myślę, że to nie ja zaczęłam tutaj grać w gierki – oznajmiam.
Alexander tylko unosi brew.
– A dlaczego tak uważasz?
On tak poważnie czy robi sobie ze mnie żarty? Nie byłby pierwszą ani z pewnością ostatnią osobą, która nie traktuje mnie serio.
– Wybacz, może coś pomieszałam – szczebioczę i mrugam, udając zdziwienie. – Czy to nie ty przypadkiem zadzwoniłeś do mojego chłopaka, żeby mu powiedzieć, że ma usunąć się z mojego życia, bo bierzesz ze mną ślub? O czym w ogóle nie miałam pojęcia?
Alexander milczy przez chwilę, przyglądając mi się uważnie. Z trudem to wytrzymuję bez niepotrzebnego wiercenia się w rzeczywiście bardzo wygodnym fotelu. Ten facet jest dziwny. Zdaje się kontrolować każdy swój wyraz twarzy i każde słowo, podczas gdy ja jak zwykle gadam, co mi ślina na język przyniesie.
Może jednak nie powinnam była tu przychodzić.
– Skoro pragniesz od razu przejść do konkretów, Lavender… Chcesz mi powiedzieć, że nie wiedziałaś o planie swoich rodziców? – pyta nagle.
Robię zaskoczoną minę.
– Słucham?
– Państwo Lang przyszli do mnie z ofertą nie do odrzucenia – wyjaśnia spokojnie. – Fuzja spółek w zamian za ciszę na temat kłopotów finansowych Skyline International i małżeństwo z ich jedyną córką. Zapewnili mnie, że o wszystkim wiesz i że się na to zgodziłaś. Uznałem, że to trochę dziwne, że w takim razie nie skontaktowałaś się ze mną wcześniej… ale nie widziałem powodu, żeby odmówić.
Zaraz… Co takiego?
– Moi rodzice powiedzieli, że się zgodziłam? – powtarzam z niedowierzaniem.
Alexander kiwa głową.
– Dokładnie tak. Twierdzisz, że było inaczej?
– Twierdzę, że o niczym nie miałam pojęcia – cedzę. – Postawili mnie przed faktem dokonanym. A ty nie miałeś żadnego prawa dzwonić do mojego chłopaka. Skąd w ogóle wziąłeś do niego numer?
– Potrafię zdobyć wszystko, na czym mi zależy, Lavender – zapewnia podejrzanie spokojnie. – A informacja, że moja narzeczona ma chłopaka, cóż… nie wpłynęła dobrze na moje ego.
Dobrze mu tak.
– Nie jestem twoją narzeczoną – odpowiadam. – Nie poprosiłeś mnie, żebym została twoją żoną, nie dostałam od ciebie pierścionka ani niczego z tobą nie ustalałam. Jestem dorosła, a moi rodzice jeszcze mnie nie ubezwłasnowolnili i nie mają prawa rozporządzać moim stanem cywilnym. To wszystko to jakaś bzdura. Chcę, żebyś do nich zadzwonił i powiedział im, że zrywasz umowę.
Jeden kącik ust Alexandra drży, jakby mężczyzna z trudem hamował uśmiech. Nie podoba mi się to, bo wiem, że jeśli jest rozbawiony, to nie przeze mnie. On chce się śmiać ze mnie. Czy naprawdę zachowuję się tak zabawnie, próbując odzyskać choć odrobinę kontroli nad tą sytuacją?
– Nie, nie zrobię tego – protestuje. – Jeśli jeszcze nie zauważyłaś, to dla mnie naprawdę niezła okazja. Wystarczyła jedna katastrofa, żeby twoi rodzice się wystraszyli i wycofali z biznesu. Tym lepiej dla mnie.
Po prostu w to nie wierzę.
– Ale masz wziąć ze mną ślub – przypominam mu. – Jak możesz nie mieć nic przeciwko? Przecież my się w ogóle nie znamy!
Spojrzenie Alexandra wędruje w dół mojego ciała i jest tak ostentacyjne, że od razu wiem, że on robi to celowo. Żołądek zaciska mi się z nerwów, bo przecież nie może mu się podobać to, co widzi. Facet, który prawdopodobnie urodził się w garniturze i stanowi uosobienie elegancji, nie może chcieć żony takiej jak ja – drobnej kolorowej blondynki, która wygląda jak dziewczyna z sąsiedztwa. Prawda?
My do siebie kompletnie nie pasujemy.
A jednak z jakiegoś powodu szarozielone spojrzenie Alexandra przesuwa się po moim ciele zdecydowanie zbyt powoli i zbyt dokładnie. Wiem, że on po prostu chce mnie w ten sposób zawstydzić, i to mu się udaje, ale równocześnie mnie to wkurza. Także dlatego, że tyle wystarczy, żeby wszystkie zakończenia nerwowe wbrew mojej woli obudziły się do życia.
– Myślę, że to nie będzie zbyt duże poświęcenie z mojej strony – stwierdza w końcu spokojnie. – Twoi rodzice jasno dali mi do zrozumienia, że chcą, żebyśmy wyglądali na zakochanych, żeby to odciągnęło uwagę od problemów finansowych ich firmy. Zgodziłem się i nie zamierzam zmieniać zdania. Przykro mi, że cię nie uprzedzili, bo nie to mi powiedziano, ale to nie ma wpływu na moją decyzję.
Och, co za… Dlaczego on się tak zachowuje?! Dlaczego jest taki spokojny? Czy ten ślub nic dla niego nie znaczy?!
– Nie zgadzam się – oznajmiam, unosząc wyżej podbródek.
Alexander wzrusza ramionami.
– Twoi rodzice chcą w ten sposób zabezpieczyć twoją przyszłość – wyjaśnia tak, jakby tłumaczył to dziecku, a nie dorosłej kobiecie. – Dostaniesz swoje udziały, ale to ja będę podejmował decyzje w firmie. Nie martw się, nawet jeśli zabraknie ci pieniędzy, nie będziesz klepać biedy. Zatroszczę się o to.
Przez chwilę nie potrafię odpowiedzieć. Zatracam się w jego szarozielonych oczach i przez kilka szalonych sekund zastanawiam się, czy to mogłaby być prawda. Czy mogłoby mu naprawdę na mnie zależeć.
Tylko że tak nie jest. To jedynie słowa, które nigdy nie będą miały pokrycia w rzeczywistości. Temu typowi chodzi tylko o udziały, dla nich zrobi wszystko.
Więc co ja zamierzam w tej sytuacji zrobić? Nie zgodzić się i stracić wszystko, na co pracowałam przez ostatnie lata?
Alexander pochyla się w moją stronę i opiera łokcie na kolanach.
– To jak będzie, Lavender? – pyta. – Zamierzasz za mnie wyjść czy wolisz zostać bez centa przy duszy ze swoim bezużytecznym, bezrobotnym chłopakiem?
Waham się jeszcze przez chwilę, a potem wreszcie odpowiadam:
– W porządku, wyjdę za ciebie. Ale mam warunki.
Alexander
Słodka, seksowna, absolutnie cudowna Lavender Lang ma warunki.
Ta dziewczyna, która – według jej rodziców – nie będzie robić problemów, chce stawiać warunki mnie. Mężczyźnie, który dużo poważniejszych oponentów od niej zjadał na śniadanie.
Mam w sobie całą mieszankę sprzecznych emocji, których nie zamierzam po sobie pokazywać. Sam widok jej tutaj, w moim gabinecie, w moim fotelu, sprawia, że coś we mnie ryczy triumfalnie. Ona powinna być właśnie tutaj, przy mnie. Widywałem ją na różnych galach, które odwiedzała z rodzicami, i za każdym razem wodziłem za nią wzrokiem jak zakochany szczeniak. Oczywiście nie zamierzałem nigdy robić z tym nic więcej, ale kiedy okazja sama się nadarzyła, cóż…
Ciągle pamiętam, żeby trzymać ją na dystans. Nawet gdybym chciał, nie byłbym w stanie zrobić nic innego. Ale chcę ją tutaj. Przy mnie. Tak blisko, jak tylko moje zdradzieckie ciało mi na to pozwoli.
Lavender Lang ma dużo bardziej cięty język, niż sugerowałby to jej wygląd. To pierwsza rzecz, której uczę się na jej temat. Do tej pory widziałem tylko to, co pokazywała światu zewnętrznemu: że jest słodką, posłuszną córką swoich rodziców, kochającą pastelowe kolory, i że ma chłopaka, który absolutnie na nią nie zasługuje. Skończyła studia biznesowe i pracuje w dziale PR w Skyline International. A poza tym jest najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu spotkałem.
Jest tak drobna, że nawet w szpilkach czubek jej głowy sięga mi ledwie do szyi. Ma zabójcze ciało z wąską talią i odpowiednio szerokimi biodrami, którymi potrafi kręcić przy każdym kroku. Długie blond włosy, obecnie opadające kaskadą na jej plecy, chciałbym owinąć sobie wokół pięści, odkąd tylko pierwszy raz je zobaczyłem. Jasnoniebieskie oczy patrzą na mnie z uosobieniem niewinności, w którą trudno mi uwierzyć.
Chciałbym ją złamać. Zniszczyć. Sprawić, że będzie klęczała u moich stóp i błagała o więcej.
A równocześnie pragnę jej dać wszystko, co posiadam, i jeszcze więcej.
Dlatego właśnie słowo „warunki”, wychodzące z tych jej pełnych różowych ust, okazuje się niebezpieczne.
Dobrze, że ona nie ma o tym pojęcia.
– No, dalej, oświeć mnie – mówię leniwie. – Jakież to masz warunki?
Coś zapala się w jej chłodnych niebieskich oczach. Złość. Bunt. Och, Lavender z pewnością nie jest delikatną różą, jak przedstawiali ją jej rodzice. Mam przeczucie, że ta kobieta wcale nie będzie chciała, żebym się nią opiekował.
Nie powinno mnie to cieszyć, a jednak z jakiegoś powodu czuję ekscytację. Przecież to małżeństwo ma być farsą. Powinienem trzymać się od niej z daleka, dopóki plotki wokół fuzji nie ucichną, a potem natychmiast się z nią rozwieść. Bo jeśli tego nie zrobię…
Ta kobieta może być moją zgubą.
– Nie będę siedzieć na tyłku i przyjmować pieniędzy za nicnierobienie – oznajmia ku mojemu zdziwieniu. – Chcę pracować w firmie. Z tego będę się utrzymywała.
Do tej pory chyba utrzymywali ją rodzice, więc ciekawe, jak sobie to wyobraża. Czy ona w ogóle wie, ile kosztują choćby te stroje, które na co dzień nosi?
– W porządku – zgadzam się natychmiast. – Z tego, co kojarzę, prowadziłaś do tej pory dział PR. Możesz to spokojnie robić dalej…
– Chcę stanowiska COO – przerywa mi.
Unoszę brew. Moja przyszła żona umie się targować.
– Mam już dyrektora operacyjnego, kochanie – odpowiadam z rozbawieniem, którego nie daję rady pozbyć się z głosu. – Nie potrzebuję drugiego.
Lavender mruży oczy.
– Nie jestem twoim kochaniem.
– Lepiej przyzwyczajaj się do czułych słówek, jeśli chcesz udawać zakochaną we mnie żonę – mruczę. – Opinia publiczna musi w to uwierzyć, prawda?
Na jej ekspresyjnej twarzy pojawia się trudny do zinterpretowania wyraz. Z czasem poznam każdy, ale irytuje mnie, że teraz nie wiem, co moja przyszła żona myśli i czuje.
– Uwierz mi, potrafię udawać, jeśli tylko chcę – cedzi. – Mam wątpliwości co do ciebie.
Prawie uśmiecham się na te słowa. Poważnie ma wątpliwości? Ale chyba się nie zorientowała, że odkąd tylko tu weszła, myślę o tym, że z chęcią rozkazałbym jej, by uklęknęła pod moim biurkiem, podczas gdy ja będę za nim siedział, prawda?
Och, zdecydowanie potrafię udawać, że wcale jej nie chcę. Muszę być w tym naprawdę dobry, żeby ta cała farsa się udała.
– O mnie się nie martw – rzucam protekcjonalnie. – Wróćmy lepiej do tych twoich warunków. Stanowisko dyrektora operacyjnego jest już obsadzone.
Lavender patrzy na mnie nieustępliwie i unosi nieco podbródek, od czego robię się odrobinę podniecony.
– Więc je odobsadzisz – oznajmia z pewnością siebie, całkowicie niezrozumiałą w związku z faktem, że używa słowa, które nie istnieje. – Otrzymam wszystkie udziały Skyline International. Chcę być COO. Jeśli się nie sprawdzę, mogę wrócić do PR, ale chcę tej szansy. Zasłużyłam na nią.
Zabawne. Lavender Lang ma raptem dwadzieścia cztery lata. Pracuje w firmie rodziców… jakieś dwa? I uważa, że zasłużyła na stanowisko COO?
Zaciskam usta, żeby się nie uśmiechnąć. Jeśli sądzi, że jest gotowa na stanowisko dyrektora operacyjnego, to niech jej będzie. Miesiąc po podjęciu tej pracy sama wróci do mnie na klęczkach z prośbą, żebym przeniósł ją z powrotem do działu PR. Może sobie być pewna siebie i wyszczekana, ale nie ma doświadczenia w tej pracy i nie poradzi sobie, kiedy nie będzie miała za plecami doświadczonych rodziców. To dalej jedynie rozpieszczona smarkula, która myśli, że wie już wszystko.
Trzeba przyznać, że reakcja jej działu po katastrofie SI212 trzy miesiące temu była wzorcowa. Ale też trudno powiedzieć, ile z tego stanowiło jej zasługę, a ile jej rodziców lub innych dyrektorów. Nie mam pojęcia, czy pracuje samodzielnie. Będę musiał sam się przekonać, z jakiej gliny została ulepiona.
– W porządku – mówię, na co ona reaguje zdziwieniem. Jeśli chce utrzymać się w tej branży, naprawdę powinna popracować nad swoim wyrazem twarzy. – Dostaniesz stanowisko COO. Jeśli nie sprawdzisz się w ciągu trzech miesięcy, wrócisz do działu PR. Na wszelki wypadek zostawię ci tam stanowisko, bo przeczuwam, że i tak tam skończysz. Coś jeszcze?
Kątem oka dostrzegam, jak jej długie, smukłe palce zaciskają się na rąbku różowej sukienki, która absolutnie nie pasuje do pracy biurowej. Jest zbyt obcisła i zbyt sugestywna, a tyłek Lavender wygląda w niej jak milion dolarów. Jak zresztą ona cała.
Moja przyszła żona się denerwuje.
– Chcę, żeby to było platoniczne małżeństwo – wyrzuca z siebie.
Nie wytrzymuję. Parskam śmiechem.
– Nie zakładałem niczego innego, kochanie – odpowiadam drwiąco. – Nie zamierzam cię tknąć nawet palcem.
Z mieszaniną satysfakcji i zafascynowania obserwuję, jak na jej alabastrową skórę wypełza rumieniec. Lavender zaczyna się czerwienic od szyi. To takie urocze.
Boże, małżeństwo z nią będzie koszmarem.
– Ja ciebie też nie – odpowiada po chwili, a jej głos aż ocieka niesmakiem. Auć. – Po prostu nie chcę niejasności. Na potrzeby opinii publicznej możemy udawać zakochaną parę, ale nie licz, że to kiedykolwiek będzie prawdą. Cokolwiek bym nie zrobiła publicznie, to będzie tylko gra, jasne? Prywatnie masz się do mnie nie zbliżać.
Kiwam głową, udając, że jej słowa w ogóle mnie nie ruszają. Gdyby to ode mnie zależało, właśnie ściągałbym z niej tę obcisłą różową kieckę i pokazałbym jej, co w naszym wypadku mogłoby być prawdą, ale rozsądek wygrywa z bezmyślnym pragnieniem. Po pierwsze, ona naprawdę mnie nie chce. Uważa – zresztą zapewne słusznie – że wpadła w pułapkę zastawioną przeze mnie i jej rodziców i wcale jej się to nie podoba. Po drugie, w ogóle mnie nie zna. A po trzecie…
Nie zamierzam jej dotykać. Muszę ją trzymać na dystans.
– W porządku – mówię miękko. – Ale ja też mam warunki, kochanie.
Lang robi wielkie oczy, przez co wygląda jeszcze niewinniej.
– Jakie niby warunki?!
– Myślisz, że tylko ty możesz jakieś stawiać? – Uśmiecham się leniwie. – Nie, nie. Też mam swoje. Ale najpierw powiem ci, jak to będzie wyglądało. Chciałbym, żeby fuzja doszła do skutku za jakieś trzy miesiące. Mniej więcej tyle potrzebujemy, żeby dograć wszystkie szczegóły i formalności. W tym czasie ogłosimy, oczywiście, nasze zaręczyny. Weźmiemy ślub we wrześniu, tuż po połączeniu spółek. Postaramy się do ostatniej chwili trzymać wszystko w tajemnicy przed opinią publiczną, więc aż do oficjalnego ogłoszenia nie będziemy musieli pokazywać się razem publicznie. Wymyślimy jakąś historyjkę o trzymaniu naszej miłości w tajemnicy czy coś.
Lavender ostrożnie kiwa głową.
– To brzmi rozsądnie – przyznaje niechętnie. – A twoje warunki?
– Po pierwsze, rzucasz swojego chłopaka – oznajmiam ostro. – W tej chwili. Nie potrzebuję, żeby ktoś z prasy wygrzebał potem, że spotykałaś się z innym, kiedy rzekomo byłaś już ze mną zaręczona.
Ona się krzywi, a we mnie narasta wściekłość, której bardzo nie chcę po sobie pokazać. Nie rozumiem, dlaczego właściwie Lavender go broni. Dowiedziałem się tego i owego na temat nieroba, który absolutnie na nią nie zasługuje, i wiem, że już dawno powinna się była go pozbyć. Co jest z nią nie tak? Jest aż tak dobry w łóżku?
Na samą myśl o tym moja wściekłość jedynie jeszcze bardziej wzrasta.
– W porządku – zgadza się w końcu niechętnie, dzięki czemu odrobinę się uspokajam. – Zerwę z nim.
– Kiedy nasz związek już wyjdzie na jaw, wprowadzisz się do mnie – dodaję. – To mój drugi warunek. Mieszkamy razem. Spokojnie, mój dom jest na tyle duży, że nawet nie będziemy się musieli widywać.
Chociaż znając mnie i to, jakim jestem masochistą, pewnie i tak zrobię wszystko, żeby jak najczęściej na nią wpadać. Przecież tylko dlatego chodziłem na te kretyńskie gale, których nienawidzę, żeby patrzeć na nią z daleka.
Widzę, jak przez twarz Lavender znowu przepływa jakaś emocja, lecz nie potrafię jej nazwać. Wiem, że będę miał czas, żeby nauczyć się każdej reakcji jej ciała, ale i tak irytuje mnie, że nie wiem, jak w tej chwili się czuje.
– W porządku – powtarza, choć widzę, że robi to niechętnie. – To logiczne oczekiwanie. Małżeństwa powinny mieszkać razem. Jeszcze jakieś warunki?
Kręcę głową, bo tyle mi wystarczy. Będę miał ją blisko na co dzień, będę mógł na nią patrzeć… i tyle. Na nic więcej sobie nie pozwolę.
Ale będzie moja.
Przynajmniej przez jakiś czas. Dopóki nie zacznie domagać się rozwodu.
– Więc mój ostatni jest taki, że chcę mieć to wszystko na piśmie – oznajmia, czym udaje jej się mnie zaskoczyć.
– Na piśmie? – powtarzam, unosząc brwi. – Nie boisz się, że taki kontrakt wpadnie w niepowołane ręce?
– Nie wpadnie – zapewnia protekcjonalnie. – Mam znajomą prawniczkę. Może dla nas przygotować odpowiednią umowę. Zawrzemy w niej wszystkie punkty, których chcemy przestrzegać. Nikt poza nami nie musi o tym wiedzieć.
Wspólne tajemnice z Lavender Lang. To już mi się podoba.
– Dobrze – odpowiadam powoli. – Też mam znajomego prawnika. Niech pracują nad tym razem, żeby obie strony były zadowolone. I oczywiście podpiszemy też intercyzę. Na pewno wolisz się upewnić, że twoje udziały pozostaną twoje, a ja nie chcę, żebyś mnie oskubała przy rozwodzie.
Uśmiecham się do niej perfidnie, a ona znowu się czerwieni. Sądząc po tym, jak posyła mi gromy spojrzeniem, oskarżenie jej o bycie gold diggerką chyba jej się nie podoba, ale mam to gdzieś.
Lavender jest taka piękna, kiedy się złości. Już wiem, że będę uwielbiał doprowadzać ją do takiego stanu.
Nigdy nie pozwolę sobie na więcej. Będę ją trzymał na dystans za wszelką cenę, ale będę mógł przynajmniej patrzeć. Na nią w moim domu, w mojej firmie, w moim życiu. Będzie należała do mnie, nawet jeśli nigdy jej nie dotknę.
Tyle musi mi wystarczyć.
Naprawdę jestem masochistą.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
